Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVIII.
Rogatka wywrócona.

Był znak jeden ważny, powiada historyk starożytny, który zwiastował upadek tyrana Maxencyusza i zwycięztwo Konstantyna; cyrki i amfiteatry, w których płynęła krew ludzka zostały opuszczone i stały pustkami. Kolosseum nawet nie wabiło widzów, i gdy ogłoszenie tabulariów zwoływało lud na uroczystość krwi i śmierci, rzadcy tylko ciekawi z przedmieść, rozsypani po stopniach wyższych galerji, przychodzili mu się przypatrywać.
Igraszka krwawa długą być nie może; lud w początku namiętnie się ku niéj ciśnie; lecz wkrótce obrzydnie mu ona i rzuca kata sam na sam z męczennikiem.
Nigdy dziś tego napowtarzać nie można, dla ludzi, którzy od sześciu tysięcy lat nic ze starego doświadczenia nie zachowali.
Słońce 8 thermidora, oświeciło nieliczną kupkę ludzi stojącą pod więzieniem Conciergerie. Dwa wózki czekały przed wschodami więzienia, na łup kata.
W wielkich przesileniach, Paryż zawczasu czuje, co go czeka i rzadko myli go przeczucie. Myśl miljona mieszkańców składa się na jednego proroka. W tych kupkach, mówiono po cichu jeszcze:
— Coś się gotuje w Konwencyi.
— Coż takiego?
— A! zobaczymy.
— Mówią o spisku Góry przeciwko Robespierrowi.
— O! to być nie może.
— Powiadają nawet, że wczoraj, gdy przechodził przez targ Jakóbinów, strzelono do niego z pistoletu.
— To fałsz.
— Powtarzam com słyszał.
— To pewna, że cóś jest.
— Tymczasem widziałem przechodzące trzy wózki, dwa poszły na plac Rewolucyi, jeden ku ratuszowi.
— A gdzież tych stracą?
— U rogatki Wywróconéj; tylko co mi mówił woźnica, on to wié najlepiéj.
— Ale to daleko, do rogatki!
— Mówią, że przedmieście Ś. Antoniego nie chce więcéj patrzéć na przewożonych ku rogatce Tronowéj.
— Bo to nie wesoła rzecz dla przedmieścia.
— Właściciele domów podają prośbę.
— Dla czego tak się ta rogatka nazywa?
— Nie trudno się domyśléć, to inwencya Collot’a.
Rozmowy te były dosyć spokojne; zaledwie gdzie niegdzie ozwało się słabo — Ça ira, ale mu chór ludu nie towarzyszył.
Godzina, która miała otworzyć wrota więzienia, wybiła; straż przysunęła się z końmi ku wozkóm, dając się stoicznie łajać starym babom, które to miejsce uważały za swoje.
Dwódziestu siedmiu skazanych ruszyli w podróż ostatnią, a wzrok wszystkich ścigał ich z litościwém zajęciem.
W tym tłumie nikt nie wiedział, że dwóch poetów szło na śmierć pokutując za dwojaką zbrodnię — niewinność i genjusz.
Andrzéj Chenier, stał na piérwszym wozie, i ujrzał obok wchodzącego dobrze znanego, drogiego dawnego przyjaciela: był to poeta miesięcy, kommentator Wirgiljusza. Chenier i on podali sobie ręce, i twarze ich się rozjaśniły niebieską radością — ostatnią.
— Tak, zawołał:

Kiedy mojego druha przy sobie znajduję,

Losu srogości, cierpień mych nie czuję,
Zda mi się złagodzonym, uśmiécha weseléj,

Gdy nas przynajmniéj nie dzieli.
— Cytacya wyborna, — rzekł Roucher uśmiechając się, — ale porównanie nie dokładne — niema tu Pylada, są tylko dwaj Orestowie.

Tymczasem, żałobny pochód szedł daléj otoczony kupą jeźdzców zbrojnych, niewiele okien otworzono by mu się przypatrzéć; przechodnie nawet spostrzegając zdaleka przykory i wystawę zwykle towarzyszące wybrańcom gilotyny, szybko się przemykali w sąsiednie uliczki, dla uniknienia obrzydłego im widoku.
Dzień był prześliczny; złoto i lazur świeciły na niebie; kopuły, wieże, dzwonnice, dachy kąpały się w atmosferze światłości; słońce thermidorowe rozlewało falami życie i wesele na ów gród wielki, który się dozwalał dziesiątkować osłupiały, dla dogodzenia kaprysom Collot’a i Fouquier, tyranów siedzących na tronie podtrzymywanym przez Konwencyą.
— Szczęśliwsi jesteśmy od tego biédnego Bailly, rzekł Roucher patrząc z roskoszą na ożywne światło słońca... nie zadrżym z chłodu na rusztowaniu.
— Wistocie, to szczęście, — odpowiedział Chenier — nie posądzą nas przynajmniéj o to, żeśmy się kala ulękli. Bailly biedak drżał z zimna!
— To dziwna — mówił Roucher — przypominam sobie z tego powodu epitet, który Wirgiljusz z cudną zręcznością wyrzucił na początek wiérsza drugiego... Ty to musisz pamiętać Chenier?
Wózek szedł daléj; wjeżdżali na przedmieście Ś. Antoniego prawie puste; młodzież cała była na placu boju, starcy i kobiéty nie wychodziły już patrzeć na te ofiary codzienne.
Chenier skłonił głowę i pomyślał trochę, nim odpowiedział przyjacielowi.
— Tak! tak, zdaje mi się, że ten epitet odgaduję, torridus? nie prawdaż?
— Tak jest! klasnął w ręce Roucher — torridus. I zważ tylko, co to za potęga wyrazu, który stoi na miejscu właściwém, jak mówi Boilleau. Mógł Wirgiljusz powiedzieć:

Solstitium pecori defendite, torridus aestas jam venit....

Daktyl ów całkowity: torridus, zdawał się tu lepiéj brzmieć niżeli jam venit aestas. Ale nie? poświęcić wolał torridus, jako daktyl przed spondejem kończącym, i wyrzucił to do drugiego wiersza, w którym torridus tak wielkie sprawuje wrażenie w przeskoku.
— Tak Roucher! — rzekł Chenier — przyznać potrzeba, że ten wiersz dobrze się dziś zastosować daje.
— I dlatego mi na myśl przyszedł, — rzekł Roucher, — promień palącego lata, uderzył czoło moje. Torridus!
I Roucher uśmiechał się, rozmyślając nad tym wyrazem.
Zdala widać było jakieś rusztowanie czerwonawe, posępne, które się ukazywało z pomiędzy dwóch kolumn rogatki Wywróconéj — to była gillotyna!
Andrzéj Chenier przypatrywał się z uwagą troskliwą wszystkim przechodzącym, bo mu się zdawało niepodobném, żeby go któś na drodze śmierci, nie przyszedł pożegnać. W tém się nie mylił poeta.
Wóz śmierci zatrzymał się u rogatki; tłum prawie był zapomniał o téj drodze, mało było mężczyzn, kilka starych kobiet tylko, siwowłosych i pochylonych, sławnych ponczosznic ani jednéj. Kat, w postawie smutnéj, zdawał się rozpaczać nad swém osamotnieniem, którego nie pojmował, bo rzeczy tego długiego dramatu krwawego codzień były żywsze i bardziéj zajmujące; dziś topor miał spaść dwadzieścia siedém razy i wylać strumień krwi, jak najada Eumenidów — a Paryż obojętny nie patrzał, nie przyszedł! Kat nie pojmował, i milczał ponury.
U stóp jednego ze słupów rogatki, kupka złożona z dwóch mężczyzn i jednéj kobiéty, czekała od rana na to, co się tu dziać miało.
— Niéma nadziei! niéma nadziei! wołała kobiéta i nogi jéj drżące słabły i chyliły się pod ciężarem jéj ciała.
— Pani, na Boga, — mówił Adrjan, — miéj jeszcze nadzieję... wszystko przygotowano... Rozdrażnienie doszło do najwyższego stopnia... Jedna krwi kropla, a rzeka wyleje i pochwyci katów. Lud, spójrz pani, nie dozwoli dziś na straszliwe wykonanie wyroku.
— Tak, — wołał Klaudyusz, — podtrzymując Margaretę — tak — Adrjan ma słuszność. Téj nocy, widzieliśmy się ze wszystkiemi przyjaciółmi naszemi. Wszyscy tu są. Czekają tylko na znak, który nam będzie dany z Konwencyi, a za danym znakiem, wywrócim rusztowanie wołając, niech żyje Rzeczpospolita!
— Jadą! jadą, zakrzyknęła hrabina, wskazując okiem zeszkloném rozpaczą wozy wiozące dwódziestu siedmiu skazanych.
— Tak! to oni, — rzekł Klaudyusz Mouriez, — miejmy nadzieję, pani, miejmy nadzieję!
— Widzę go, — odezwała się P. de Pressy konającym głosem — widzę go — on piérwszy... szuka okiem w tłumach.... podtrzymujcie mnie.... słońce ciemnieje.... ziemia z pod nóg moich ucieka.... Przytrzymajcie mnie, niech mnie mijając zobaczy raz jeszcze.... więcéj już nic nie żądam.
Wóz przesunął się blizko stojących rzędem trzech osób, Chenier stał jak zwyciężca na przedzie, spostrzegł Margaretę... wszystkie skarby miłości, któremi na długie życie obdarzył go Bóg, w jednym spójrzeniu konającém spożył.
Lud był milczący, ponury, nieruchomy, kilku ludzi śmiałych możeby dokonali tego dnia, co się nazajutrz stać miało, i Chenier nie umarł by trzydziestoletni! Ale potrzeba było téj szlachetnéj i ostatniéj ofiary, żeby po za nią zajaśniała jutrzenka 9 thermidora. Rzeczpospolita grecka skazywała poetów na wygnanie wieńcząc ich kwiatami, Fouquier skazywał ich na śmierć i wieńczył krwią.
Roucher piérwszy się ukazał na rusztowaniu wysokiém, — przedsieniu grobu; zachował on i tu szczęśliwą swą obojętność, a oczy jego mierzyły piękną ulicę drzew wiodącą do Vincennes, nie zwracając się nawet na kata.
Po Roucher, Andrzéj Chenier zajaśniał swém piękném i szlachetném obliczem, jaśniejącém pogodą, — a kat schwycił tę głowę jak pospolitego złoczyńcy.... Topor upadł na nią.... Rozległ się krzyk okropny.... Topor uderzył razem w serce kobiéty. Uderzenie odbiło się od rusztowania i powtórzyło pod kolumną rogatki. Dwie dusze razem wzleciały ku niebu.
Adrjan rzucił się ku P. de Pressy dla ratowania jéj, tłum się poruszył, ludzie w łachmanach płakali i przeklinali trybunał rewolucyjny. Okropna machina szła daléj nieubłagana.
Pani de Pressy zaniesioną została przez Klaudyusza i Adrjana do blizkiego domku, tłum poszedł płacząc za niemi, — ale starania były daremne, Margareta nie żyła....
Klaudyusz Mouriez i Adrjan czuwali sami u łoża śmierci biédnéj kobiety, a nazajutrz oddawszy jéj ze łzami ostatnią posługę, opuścili Paryż zaciągając się jako prości żołnierze, do armij połączonych Północnéj i Sambre-et-Meuze. Tylko co wojska Francyi zajęły Niderlandy, po świetnéj wyprawie, która wsławiła imiona Jourdan’a, Pichegru i Moreau. Była to cudna chwila obozowego żywota!

Koniec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.