Andrzej Chenier/XXXVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Posiedzenie było burzliwe, pisarz odczytał obwinienie dwudziestu ośmiu osób.
Obrońców nie było, uważano ich za całkiem niepotrzebnych, chodziło tylko o uznanie tożsamości osób, wedle metody szybkiéj Fouquier i Collot’a.
Oskarżający akt przeciwko Andrzejowi Chenier, wysłuchany został w milczeniu przez zwykle burzliwych widzów, zamkniętych w skwarnéj i wyziewami nieznośnemi napełnionéj izbie.
Akt ten zasługuje na szczególną uwagę, zwłaszcza z powodu sporu jaki wyrodził, a którego nie było przykładu w historji sądownictwa krajowego.
«Antoni-Quentin Fouquier-Tinvìlle, oskarżyciel (instygator) trybunału rewolucyjnego, przedstawia, że w skutek postanowienia Komitetu ocalenia publicznego Konwencyi narodowéj, Andrzéj Chenier, mający lat trzydzieści i jeden, urodzony w Konstantynopolu, literat, ex-adjutant generała szefa brygady Dumouriez, mieszkający przy ulicy Clery N. 97, został powołany przed trybunał rewolucyjny, jako oskarżony o jawne okazanie się nieprzyjacielem ludu:
«Andrzéj Chenier, jak wielu innych, starał się ujść z pod czujnego oka władzy, i potrafił wsunąć się między obrońców kraju, otrzymując stopień adjutanta generała szefa brygady armiji północnéj. Zdaje się, że posiłkował w zdradach niecnych niegodziwego Dumouriez, z którym zostawał w najściślejszych stosunkach; po ucieczce zdrajcy Dumouriez, starał się zatrzéć wspomnienia udziału, jaki w niéj miał.
«Pomimo to podejrzenie jakie wzbudziło jego postępowanie, skłoniły ministra do zawieszenia go ze stopnia, który zajmował, i rozkazania mu by się usunął i zamieszkał w gminie Breteuil; tu intrygował; usiłował zwaśnić współobywateli i rzucić nasiona wojny domowéj; spotwarzył władze ustanowione w obelżywym paszkwilu, który podpisali z jego natchnienia obywatele uwiedzeni i obłąkani.
«W skutek przedstawienia powyższego, instygator publicznéj następujące składa obwinienia....“
Andrzéj Chenier powstał i prosił o głos.
— Mów, a krótko! — rzekł sędzia.
— Ograniczę się ile możności — odparł Chenier. Akt oskarżający pełen jest widocznych fałszów materjalnie dowieść się mogących. Nie byłem nigdy adjutantem, nigdym nie służył w armji północnéj; cały mój zawód wojskowy trwał pół roku, i ukończył się przed rokiem 89. Jako podporucznik, spędziłem te sześć miesięcy na załodze w Strasburgu; nigdym nie znał, nigdy nie widziałem generała Dumouriez. Nigdy nie mieszkałem w gminie Breteuil, anim tam jakikolwiek memorjał pisał; zresztą prócz nazwiska nic nie mam wspólnego z osobą, w któréj wspomina akt oskarżenia.
— Wszystko to prawda! — rzekł Klaudyusz Mouriez, którego głos przeczuwać kazał blizkie wybuchnienie.
Wulkan wrzał już lawą.
Antoni-Quentin Fouquier, spojrzał jastrzębim okiem na Klaudyusza, i powstając z powagą urzędnika zawołał.
— Zadziwia mnie to, że między członkami trybunału, znajduję jednego, który śmie zaprzeczać...
— Ba! — rzekł Klaudyusz uderzając w stół żelazną pięścią — dziwisz się łatwo jak widzę? ale to nie ja jeden, wszyscy przeczą temu oskarżeniu. To bajka, z końca w koniec bajka. Znam obywatela Andrzeja Chenier — jest to pisarz, nigdy w wojsku nie służył i nigdy oficerem wyższym nie był. Spytajcie piérwszego z brzegu. Gdzie u licha pobrano te wiadomości?
Szmer przyzwalający, dał się słyszeć pomiędzy widzami napełniającemi salę; nawet szwajcar się uśmiéchnął potwierdzająco.
Antoni-Quentin Fouquier wziął akt obwinienia oburącz, odczytał go, czy udał, że go odczytuje, szukając innego środka, jakim by mógł oskarżonego potępić.
— O! — rzekł Klaudyusz — daremnie ślepisz nad tym aktem, gdybyś go i do jutra czytał, nie uczyni go to prawdziwszym.
Jeden z przysięgłych zabrał głos i rzekł:
— Widzę kilku obywateli, którzy proszą o pozwolenie odezwania się, chcąc popierać zdanie obywatela Klaudiusza Mouriez.
Fouquier rzucił piorunującym wzrokiem na widzów i rzekł:
— Trybunał rewolucyjny nie ma obowiązku słuchania ani świadków ani obrońców; oświeca się własném sumieniem, i jest nieomylnym. Na najmniejszą wrzawę, każę salę wypróżnić; niech nikt sądów nie przerywa, gdy się naradzają.
— Ale to ty nam przerywasz — rzekł Klaudyusz wyciągając rękę cyklopa ku instygatorowi. Kiedy wszyscy uznają, że akt oskarżający opiéra się na zupełnie fałszywych faktach, no! to uznaj błąd swój czy roztargnienie, i rozkaz uwolnić obywatela Chenier.
Fouquier blady, stał na podwyższeniu, odczytywał ciągle akt i uderzając weń ręką zawołał:
— Ale to się opiera na urzędowych podaniach! nie wymyśliłem przecie tego!
— Właśnie żeś to wymyślił — odparł Klaudyusz — chociaż zapewne bez złéj intencyi, a zatém, idźmy daléj i rozkażmy wypuścić na wolność biédnego muz wychowańca! nie jest to człowiek niebezpieczny! to dzieciak!
Widzowie zdawali się łagodném szmerem potwierdzać słowa sędziego, a głos ten ostro brzmiał w uszach instygatora.
Jeden z sędziów powstał i po cichu słów kilka szepnął do ucha Fouquier-Tinville.
Był to zausznik Collot’a.
Fouquier wysłuchał uważnie, co mu ten człowiek mówił i zdawał się bardzo rad wiadomości. Sędzia powrócił na miejsce.
— Obywatele — rzekł Fouquier wyciągając obie ręce ku zgromadzonym — dziecinny spór, który się tu rozpoczął, kosztuje nam już dosyć drogiego czasu.
— Ba! dziecinny! — zawołał Klaudyusz uderzając o stół — a! dziecinny, mówisz!
Kilku przysięgłych i sędziów powstali gwałtownie zmuszając milczéć towarzysza swego, a Fouquier widząc się popartym przez znaczną część trybunału, dodał:
— Nic nie powinno przerywać biegu sprawiedliwości. Natychmiast zaskarżym wszelkich odzywających się sprzecznie, ktobykolwiek oni byli...
Tu szmer niepotwierdzający wcale dał się słyszeć, ale Fouquier udał, że znaczenia jego nie wyrozumiał, i mówił daléj:
— Mijamy więc ów spór, i odrzucamy całą kwestję.
— Dziecinna! szydersko na stronie rzekł Klaudyusz. Adrjan spójrzał na stryja, i zdawał się ostrzegać go, aby się nie narażał zbytecznie stając w obronie obwinionego.
Mouriez odgadł znaczenie wzroku; wyciągnął ręce na stół, sparł na nich głowę i przymrużył oczy, jak lew. gdy mu ruch jego pana nakaże uspokojenie.
— Akt oskarżenia, ciągnął daléj Fouquier — byłby niekompletny, gdyby nie zawierał jeszcze co następuje: Andrzéj Chenier jest autorem dodatku do N. 13 Dziennika Paryzkiego, a to najważniejszy zarzut przeciwko niemu: on w sobie zawiera cały żywot kontr-rewolucyonisty. Czy i temu zaprzeczycie, że Chenier jest autorem dodatku?
Klaudyusz spojrzał z ukosa na synowca i ruszył ramionami.
— Obywatele przysięgli, mówił daléj Fouquier, ocenią zresztą ważność moich zarzutów i innych zaprzeczeń; ale z tego wszystkiego wynika fakt jasny, oczéwisty, niezbity, że Andrzéj Chenier był redaktorem głównym Dziennika Paryzkiego.
— No! a wolność druku! zawołał Klaudyusz.
— Wolność druku — krzyknął oskarżyciel — nie upoważnia wcale pism kontr-rewolucyjnych!
— Ba! wasza wolność do niczego nie upoważnia! — rzekł Klaudyusz śmiejąc się konwulsyjnie.
— Przysięgli ocenią — dodał Fouquier z udaną godnością — widzicie, że instygator w ciągu całéj sprawy, dał dowód wielkiego umiarkowania.
— Ha! ha! poszlijcie i nas wszystkich od razu na gilotynę! — zawołał Mouriez.
— Nikt mi tu nie może praw przepisywać — rzekł Fouquier, — a ja sam, schylam głowę przed wyrokiem obywateli przysięgłych. Sprawa na stole!
— Jak to na stole — przerwał Klaudyusz — nikt jéj nie zna dotąd. Czy sprawiedliwość może sobie igrać z życiem dwódziestu ośmiu ludzi?
— Obywatelu sędzio Mouriez — rzekł Fouquier — nie jesteś tu niczyim obrońcą, a ja po raz ostatni ci powiadam, że trybunał nie potrzebuje adwokatów, i niema czasu ich słuchać.
Narady się rozpoczęły. Dwódziestu ośmiu obwinionych rozmawiali tymczasem spokojnie zebrawszy się kupkami, jak gdyby process toczący się wcale ich nie obchodził. W tych nieszczęśliwych czasach, Francya dawała światu przykład heroizmu starożytnych bohatérów; dzieci jéj umiały umiérać z uśmiéchem na polach bitwy i na rusztowaniach. Tak pomimo excessów politycznych, cześć kraju ocalała.
Andrzéj Chenier skorzystał z chwili zamieszania i wyciągnąwszy rękę, doścignął pani de Pressy, któréj oddał ostatnie wiersze swoje. Margareta przyjęła je ze czcią, z jaką piérwsi chrześcijanie chwytali relikwje męczenników. Noc ciemna okrywała salę, i dwie tylko lampy oświecały złowrogo, trybunał, obwinionych i widzów. Ogłoszono czytanie wyroku, cisza głęboka nastąpiła.
Prezydujący nie wymienił powodów; przeczytał imiona obwinionych i gdy skończył, na wszystkich wyjąwszy jednego, ogłosił wyrok śmierci.
Krzyk boleści dojmującéj, straszliwéj rozległ się pod sklepieniem izby krwawéj; ale ciemność nie dozwoliła dójrzeć kobiéty, z któréj ust się wyrwał, ten jęk rozpaczy.
Adrjan tylko wiedział o nim: ujął za rękę hrabinę i zlekka dłoń jéj uścisnął.
Ale, prawie razem z tym odgłosem straszliwego cierpienia, piorunowy głos wychodzący z piersi olbrzymiéj, zagrzmiał nad głowami sędziów. Wołał on do nich w te słowa:
— Popełniliście zbrodnię! jesteście trybunałem zbójców! Tak to myślicie natchnąć lud miłością Rzeczypospolitéj! Dwadzieścia siedém głów oddaliście w ręce kata! jedną los nie wy oszczędziliście! To szyderstwo okrutne! to ludzkość śmiechu warta! Uniewinniacie jednego żebyście mogli bezkarnie zarznąć dwódziestu siedmiu!
Głos Fouquier’a, połączony z piskiem sędziego przyjaciela Collot’a, usiłował groźbą stłumić wrzący gniew Klaudyusza Mouriez. Ale ex-prokonsul wersalski nie dawał się tchórzom zastraszyć, którzy usiłowali szérzyć postrach, sami lękając się wszystkiego. Klaudyusz wywrócił stół sądowy, i porywając drąg, krzyknął głosem piorunującym.
— Puszczajcie mnie! puszczajcie mnie z téj jaskini dzikich źwierząt! Adrjanie, Adrjanie, gdzie jesteś? Chodź do mnie! Chodź! niech się ci ludzie zostaną tu w kałuży krwi, którą rozleli! chodź, Adrjanie! do wojska! do wojska, na bohatérskie boje! do chwały, do walki!
Adrjan sparł obumierającą P. de Pressy na ręku swoim, i wszedł na podwyższenie, z którego Klaudyusz Mouriez piorunował przeciwko Fouquier i Collot’owi.
Ludzie zbrojni otaczali osądzonych, i nie dozwalali z niemi żadnéj styczności przytomnym, Klaudyusz Mouriez zszedł, przebił się przez zgraję zbrojną z zuchwalstwem nieznającém żadnéj zapory i uścisnąwszy Andrzeja Chenier, rzekł mu:
— Gdy genjusz jak ty idzie na rusztowanie, znak to, że za nim pójdą wkrótce kaci. Bądź zdrów przyjacielu! Nie jestem sędzią odtąd, będę żołnierzem.
Hrabina Pressy pociągnioną została przez Adrjana aż ku poecie, i zbliżyła się do niego drogą, którą im silne ramie Klaudiusza otworzyło. Chenier radośnie wykrzyknął i usta jego zetknęły się z ustami biednéj kobiéty. To ślub mój — to małżeństwo moje! zawołał w szale uniesienia — O! słodką będzie mi śmierć jutro.
Strażnicy i tłum płakali; wszyscy czuli, że ta straszliwa śmierć będzie ostatnią; niektórzy nawet wyglądali już lepszego jutra. Ale się o dzień jeden mylili.
Klaudiusz podał rękę Margarecie i dumnie wyszedł z izby nie znajdując najmniejszéj przeszkody, choć Fouquier, wysłał za nim kilku swych najsprawniejszych gończych.
Gdy wyszli na ulicę, Klaudyusz odezwał się do Margarely i synowca: Cóś mi mówi, że ta ofiara spełnić się nie powinna! Dosyć już mają krwi wszyscy, Paryż oburza się na te trzy gillotyny. Miéj pani nadzieję, miéj nadzieję! Czasem noc jedna, w epoce w jakiéj żyjemy, bywa płodną w wypadki, wróżby są dobre! Gdyby w przeszłym miesiącu ktokolwiek bądź, bodaj najlepszy przyjaciel Robespierra ośmielił się mówić i robić w izbie sądowéj, com ja uczynił i powiedział, lud i żołnierze byliby go w miejscu rozsiekali. Widzicie, że zuchwalstwo moje uszło bezkarnie! Dobrze wybrałem chwilę! Dobrze odgadłem współczucie, które mnie otaczało, nawet wśród przysięgłych.
— Masz więc nadzieję? spytała kobiéta głosem przygasłym.
— Mam, i mam wielką — naprzód, zaraz ztąd lecę do Robespierr’a...
— A! na Boga! zawołała pani de Pressy, nie idź pan do niego; na nic by się to nie zdało, a mogło by cię zgubić. Po tém cóś uczynił, Robespierre wściekać się może na pana, bo Fouquier już mu donieść musiał o wszystkiém.
— A więc, — rzekł Mourier, — odprowadzim panią do naszego domu, Adrjan i ja; przepędzim noc w mieście, zobaczym się z przyjaciółmi, jutro o wschodzie słońca, Adrjan da znać jéj o tém, co się zrobić może.
Hrabina skłoniła głowę i nie sprzeciwiała się więcéj dobremu sercu swych przyjaciół, usiłujących ratować skazanego.
Promyk nadziei świecił jéj w ciemnościach; i miasto całe już widziało połysk bladego jeszcze tego światełka przyszłości.
U progu swego mieszkania, Klaudyusz pożegnał z uszanowaniem P. de Pressy i odezwał się do Adrjana.
— Idź z panią hrabiną, poleć ją naszéj gospodyni, i wracaj co najprędzéj, będę cię czekał. Pani de Pressy uścisnęła i ucałowała rękę Klaudyusza Mouriez: on konwulsyjnie się wstrząsnął i zawołał:
— O! pani, wartaś by za ciebie umrzéć, zwłaszcza dziś, gdy tak łatwo umiérać!
— Do zobaczenia, do jutra! — odpowiedziała Margareta, — i weszła wewnątrz domu.