Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVI.
Odwiedziny bohaterskie.

Pani de Pressy czekała więcéj godziny, w obawie i męczarniach śmiertelnych, na przybycie Klaudyusza Mouriez; pasowała się z sobą, dla zdobycia spokoju i przytomności umysłu tak potrzebnych w tych trudnych spotkaniach, których rozwiązania nikt przewidzieć nie może.
Wreście drzwi się otwarły, i Klaudyusz Mouriez wszedł nagle, krokiem pana wracającego do domu, który nie potrzebuje oznajmywać o sobie: zdziwiony wstrzymał się widząc kobietę zakwefioną, i ukłonił się, podnosząc nieco kapelusz, z niezgrabnością studenta.
Hrabina Margareta zamknęła książkę, położyła ją na stole i powstała.
Oko Klaudyusza przeszyło zasłonę, złamał ręce i z piersi jego wyrwał się okrzyk stłumiony.
— To ty, pani!
Zdjął kapelusz i wybąknął kilka słów niezrozumiałych, a ruchem ręki wskazał jéj, żeby usiadła.
W téj chwili, pani de Pressy przymknęła oczy chcąc zebrać myśli, i jak we śnie ujrzała przed sobą krwawe rusztowanie wznoszące się na ścięcie genjuszu poety. To okropne widzenie wróciło jéj odwagę, na ustach znalazł się wyraz energiczny, w głowie spokój i jasnowidzenie, które się jéj zdały zesłanym z niebios posiłkiem.
Głosem przenikającym, który matka dobywa z piersi usiłując swe dziecię wyrwać z paszczy dzikiego zwierza, zawołała:
— Obywatelu Mouriez, cała przeszłość znikła mi z oczów; urodziłam się dziś rano, nie znam cię, i dziś widzę cię po raz piérwszy. Mówiono mi, że dusza twoja chętnie się otwiéra uczuciom szlachetnym, przychodzę do ciebie w posłannictwie od ojca, od starca. Dziś wieczór, jutro może, młodzieniec pełen genjuszu i przyszłości stanie przed waszym trybunałem; występkiem jego jest niewinność; zwyciężony nim sądzony, jeśli sprawiedliwość wasza jest sprawiedliwą, ocalicie go.
Głos ten melodyjny, twarz cudna, oczy podobne zroszonym rosą dyamentom, ten wdzięk uroczy, co ją otaczał aureolą świetną, roznieciły dawny namiętny ogień w piersi Klaudyusza; zapomniał szlachetnych postanowień swoich; stał się znów prokonsulem wersalskim, i z téj duszy ognistéj, w któréj walczyło nieustannie złe z dobrém, dzikie instynkta buchnęły z szałem pożérającym, gwałtownym.
Krew nabiegła mu do twarzy, sparaliżowała język na chwilę; bełkocząc niezrozumiale począł odpowiadać.
— Któż jest ten młody człowiek, którym się pani tak bardzo zajmujesz?
— Jest to syn republikanina, brat republikanina, jest to Andrzéj Chenier.
Szkarłatna twarz Klaudyusza nagle pokryła się bladością.
— Andrzéj Chenier — rzekł odzyskując mowę powoli — oddawna źle notowany... przeszłość jego nie czysta. Pióro jego, szarpało jak pazur dzikiego źwierza, wszystkich patrjotów, ma nieprzyjaciół potężnych, a w konieczności srogiego karania w jakiéj zostajemy, nie podobna żeby otrzymał ułaskawienie u trybunału.
— Jaklo? Andrzéj Chenier, nie miałby i jednego obrońcy wśród sędziów swoich! — zawołała pani de Pressy; ty panie cóś surowy ale prawy, ty coś sędzią, ale sprawiedliwym, miałbyś głosem swym potępić go z innemi!
— Pani, rzekł Mouriez z groźnym uśmiechem, nie wiész pani, że krok jéj w téj chwili jest niebezpieczny... nieostróżny... krok ten karzą prawa rewolucyjne najsrożéj. Chcesz pani ująć sędziego, urzędnika.
— Ha! odpowiedziała hrabina blademi usty — więc donieś — donieś o tém i wydaj biédną kobiétę, która przychodzi cię natchnąć uczuciem pełném szlachetności i ludzkości.
— Ha! a gdybym poszedł za jéj radą, odparł Mouriez łagodniejąc — jaka będzie moja nagroda?
— Nagrodą dobrego uczynku, jest własne serce; sumienie nasze poklaskuje, gdy pełniąc cnotę zbliżamy się do Boga. Zyskujem na tém spokój żywota, — tracim męczarnie zgryzoty. Chcesz-że pan innéj nagrody!
— Kiedy tak — rzekł Klaudyusz sucho — toś mnie pani nie zrozumiała.
P. de Pressy zamilkła.
— Albo pani udajesz, że mnie zrozumieć niechcesz? — dodał Mouriez.
Hrabina wstała i posunęła się ku drzwiom, Klaudyusz zastąpił jéj drogę, i układając ręce na piersi szérokiéj, wstrząsając głową zawołał:
— Pani przypomnisz to sobie, i ja także kiedyś o łaskę prosiłem; był dzień gdyś pani życie moje miała w ręku, a z jaką wzgardą poglądałaś wówczas na mój szał, na rozpacz moję! Byłem u nóg twych, zdeptałaś mnie jak robaka; byłem silny, upokorzyłaś mnie, byłem szlachetny i potężny, zabiłaś mnie dwa razy, wzgardą wejrzenia i orężem twego męża! Jakież dziś masz prawo do mojéj litości? Co cię tu sprowadzić może, gdzie na żadną nie zasłużyłaś wdzięczność, gdzie musisz znaleść tylko ręce silne i niezbłaganą miłości zemstę!
— Omyliłam się na panu, dumnie podnosząc głowę zawołała hrabina — omyłka moja zaszczyt ci przynosi — puszczaj mnie pan.
— Nie! nie wypuszczę cię zwycięzką — wyjdziesz ztąd upokorzoną. Zwołam świadków, nie potrafisz odbić ich świadectwa. Hrabina de Pressy wypędzona z Paryża, przeciwko prawu wróciła dla podejścia, dla przekupienia urzędnika i wymagania od niego przebaczenia dla arystokraty, dla swego kochanka! Wszak jasno? Przytomność pani tutaj sama, jest dowodem występku? na co mi świadków nawet by dowieść rzecz tak oczéwistą? U drzwi moich czeka cię prom lub rusztowanie, jeśli twa duma nie upokorzy się przed moją namiętnością!
Klaudyusz porwał hrabinę za rękę, a ta krzyknęła głosem jaki się tylko może wyrwać z piersi kobiéty, któréj bronią, jéj słabość.
Na ten krzyk trwogi, drzwi się zatrzęsły i młody człowiek wszedł niemi. Był to Adrjan.
Margareta, wyzwolona z rąk Klaudyusza padła na kolana, dwóma wejrzeniami zbłąkanemi witając młodzieńca i dziękując niebu.
Adrjan nie rzekł słowa, nie ruszył się, ale żaden pęzel mistrza nie może nadać płótnu tego wyrazu oburzenia, jaki z oczów jego wytrysnął.
Potępieńcy w dolinie Jozafat, którzy zawołają do gór, aby spadły na nich, mieć będą postać i twarze, z jakiémi w obliczu synowca stanął Klaudyusz Mouriez.
Długiego milczenia, jakie nastąpiło po téj scenie, nie mógł nikt przerwać prócz Adrjana.
— Wstań pani — rzekł i wynijdź — jeśli w głębi serca zachowałaś choć trochę szacunku dla imienia Mouriez, chciéj w tajemnicy pogrążyć szkarady, które cię tu spotkały.
Mouriez upadł na krzesło i głowę zakrył rękami, jak obłąkany, który myśli zbiéra, by za szał swój żałował.
— Powodem moich odwiedzin — odezwała się pani de Pressy do Adrjana — była prośba, któréj odstąpić nie mogę.
— Mów pani — zawołał Adrjan głosem gospodarza, który czuje się w domu.
Naówczas hrabina opowiedziała cel odwiedzin swoich, ale z największém umiarkowaniem nie wspominając o niczém przykrém i zawstydzającém Klaudyusza.
— Ha! — rzekł Adryan, expiacya gotowa — tak zaufałaś pani domowi temu i słusznie — imię Klaudyusza Mouriez pozostanie czystém. Andrzéj Chenier będzie miał więcéj jednym obrońcą między urzędnikami trybunału rewolucyjnego, stryj mój stanie się jego najszczerszym patronem. Chciéj pani wierzyć temu — zdajesz się wątpić? Rozumiem tę wątpliwość, ale niech sam ci powie, a powątpiewanie to zniknie.
Postąpił ku Klaudyuszowi, wziął go za rękę Adrjan, ścisnął ją poufale i odezwał się głosem pełnym wdzięku.
— Nieprawdaż stryju, mój drogi ojcze? Słyszałeś com mówił? Czyż nadto rachowałem na twe serce prawie zawsze pełne uczuć szlachetnych?
Mouriez podniósł głowę i okazał oczy łez pełne, a twarz łagodnością dziwnie sprzeczną z rysami wzburzonemi, które hrabina widziała przed chwilą. Ścisnął dłoń Andrzeja i rzekł:
— Pani de Pressy dobrze zrobiła, że o mnie pomyślała w tym razie... ale źle uczyniła, że sama tu przyszła... Czemu się nie było udać do ciebie Adrjanie, nie pokazując się przedemną? Ja, zobaczywszy ją wpadłem w szał dawniejszy... namiętność jest zawsze panią mój woli. Czuję, że mi się rozum obłąkał, i chciałbym krwią okupić przebaczenie. Na Boga, pani, nie zbliżaj się do mnie... nie patrz... póki daleki jestem od ciebie, dopótym bezpieczny... Pozwól służyć sobie z poświęceniem, ale nie słysząc twego głosu, nie patrząc na twarz twoję... Ty, Adrjanie, przysięgam ci, będziesz rad ze mnie dzisiejszego wieczora.
— A! więc to dziś wieczór! — zawołała mimowolnie pani de Pressy.
— Tak pani — rzekł nie patrząc na nią Klaudyusz — dziś wieczór Chenier stawiony będzie przed trybunałem rewolucyjnym, to jest wyciągnięty na rusztowanie.
— Teraz pani — odezwał się Adrjan, ja odpowiadam za stryja, a jeśli, o czém nie wątpię, masz pani męztwo właściwe niewiastom tych czasów, możesz sama być przytomną sprawie, możesz pójść na nią ze mną, nasza przytomność doda siły dobrym chęciom Klaudyusza Mouriez.
— Będę więc! — odpowiedziała gasnącym głosem pani de Pressy.
— A ja będę miał honor zaprowadzić panią na te nieszczęsne posiedzenie, mam zamówione miejsce... rzekł Adrjan.
— Jestem gotową! — zawołała idąc ku drzwiom hrabina.
— Tak pani — rzekł Klaudyusz twarz swą tuląc do szyby okna wychodzącego w ulicę — ręczę będziesz pani kontenta ze mnie.
Adrjan podał rękę P. de Pressy, mówiąc:
— Musimy się śpieszyć, bo zamówione miejsca bywają czasem wcześnie zajęte przez osoby protegowane.
Aniela czekająca w ulicy w okropnéj bojaźni i niepewności, ujrzała hrabinę z żywą radością.
— Anielo — odezwała się do niéj pani de Pressy — nie obawiaj się o mnie, jestem z przyjaciółmi, idź i czekaj na mnie w Chaillot, i nie niepokój się, gdybym musiała opóźnić.
Codzienni goście trybunału rewolucyjnego, nie opuścili sali posiedzeń od rana, miejsc zamówionych mało już było; ale Adrjan, dobrze znajomy straży, potrafił wyszukać ławki dla swéj towarzyszki w blizkości kratek sądu, a sam stanął obok niéj, we wklęsłości okna. Na podwórzu słychać było rozlegające się śpiewy, piosnki Ça ira, bo Marseileza z wojskiem z Paryża uszła, głosy śpiewania słabsze jednak były niż dawniéj; upojenie krwią przechodziło w zdrętwiałość, a szubienice traciły widocznie najgorętszych stronników.
Pani de Pressy liczyła po jednéj wiekuiste minuty dwóch nieprzebytych godzin, które czekać musiała na posiedzenie trybunału.
Nareście, ruch się dał słyszeć większy w przyległéj sali, i obwinieni w liczbie dwudziestu ośmiu, usiedli przed kratą. Byli to mężczyźni i kobiéty różnych lat i stanów. Pisarz mięszał imiona nieznane z świetnemi nazwiskami Montmorencych, Montalembertów, Roucher’a, barona de Trenck. Gdy wywołano Cheniera, pani de Pressy podniosła oczy i ujrzała poetę stojącego, spokojnego jak najheroiczniejszego Greka dawnych wieków, ze stoicyzmem, który się nie zachwiał na chwilę. Andrzéj trzymał w ręku arkusz papieru i odczytywał raz ostatni, ostatnie wiersze, które głos stróża więzień przerwał mu w dziedzińcu Conciergerie: jakże ich tu nie wypisać — to był przedśmiertny, łabędzi śpiew poety:

Jako promyk ostatni, jak zefiru tchnienie,

Ożywia wieczory lata,
Tak śpiéw mój płynie, snuje się marzenie,
Nim je przerwie ręka kata...
Może, nim ta godzina przejdzie i uderzy,
Nim obumarłą źrenicą,
Więzień jéj kroki powolne wymierzy,
Zimną zégaru skréślone tablicą;
Może sen grobu ściśnie mu powieki,
Nim te dwa wiersze końcami się złączą,
Nim wiersz za wierszem zdąży niedaleki
Mury się wstrząsą i wbiegając rączo —
Przyjdzie śmierci posłaniec, pasterz cieniów srogi,
Z niemą swych żołdaków zgrają,

Rzuci moje nazwisko o wylękłe progi....
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ostatniego wiersza nigdy nie dośpiewał poeta.
Chenier złożył starannie arkusze i zwrócił się ku widzom, jakby między niemi szukał godnego, któremuby je mógł powierzyć.
W téj chwili, słońce lipcowe spuszczało się nad ziemią, a snop promieni jasnych, które wkrótce zagasnąć miały, wpadł jak pożaru płomień do sali posiedzeń, oświecając najpiękniejsze oblicze, jakie kiedy boleść zachmurzyła.
Poeta ujrzał tę szlachetną i bladą twarz, któréj oczy spotkały się i wejrzeniem zlały z jego wzrokiem; poznał panią de Pressy, i co tylko wdzięczność może wyrzucić najsilniejszego w twarzy, ruchu, spojrzeniu, oblało nieszczęśliwego Chenier.
Cudowna pantomina poety zdawała się malować dobitnie powtórzenie słów kantyku Simeona.
Sędziowie weszli, Klaudyusz Mouriez usiadł przy rogu stołu od strony synowca i P. de Pressy, ale wzrok jego nikogo w sali nie szukał; postawa jego była poważna bez wymuszenia, i dziwnie odbijała od gniewnych twarzy i figur współ-sędziów. Adrjan znający stryja i odgadujący łatwo, co miał złego lub dobrego uczynić, bardzo był rad temu, czego się spodziewał po nim, i pocieszył po cichu wyrzeczonemi parą słowami panią de Pressy.
Hrabina siedziała milcząca, ostróżna, nie pokazując po sobie co się w niéj działo; gdyby była samą w téj sali, patrzyłaby tylko na Andrzeja Chenier; ale zbyt wiele wejrzeń plątały się pod sklepieniem izby sądowéj; trzeba było uniknąć najmniejszego podejrzenia; P. de Pressy spoglądała na sędziów, na obwinionych, na widzów z udaną obojętnością kobiéty, którą nic nie obchodzi, którą tylko pospolita przywiodła ciekawość.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.