Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXV.
Niewinny zdrajca.

Przybywszy na miejsce, nie znalazł Chenier przyjaciela. Roucher zniknął. Wątpić nie było podobna — Chenier domyślił się łatwo, że poeta Miesięcy, redaktor Dziennika Paryzkiego, jego wspólnik i towarzysz porwany już został i osadzony w więzieniu, z którego nie wychodzono chyba na śmierć.
To też nie dla upewnienia się, ale dla opłakiwania straszliwéj rzeczywistości pobiegł do Passy, do P. de Pastoret, i nigdy natchnienie lepiéj nie usłużyło przeznaczeniu! Dom P. de Pastoret właśnie w téj chwili był trzęsiony, a śledztwu temu przewodniczył Guénot. Ten przebiegły sługa policyi miał polecenie przy zdarzonéj okoliczności chwytać wszystkich podejrzanych.
Tak postanowili Fouquier-Tinvilie i Collot-d’Herbois, nieprzyjaciele wszystkich i samych siebie, dyktatorowie siedzący na tronie katowskim i panujący naówczas samemu nawet Robespierr’owi. Collot-d’Herbois był dostarczycielem ofiar gilotynie, i nikomu nie dozwalał pomagać sobie w tém dziele; pojąć to łatwo: człek ten miał dawne zemsty które chciał nasycić i liczne przeciwko sobie napaści które poskramiał; nie mogąc wskazać swych nieprzyjaciół postanowił wytępić wszystkich, a z niémi i tych co przeciw niemu byli. Collot-d’Herbois długo był wyświstywanym na teatrze naprzód jako autor, potém, powiadają, jako aktor, mścił się więc za to, że ani pisarzem, ani aktorem dobrym być nie mógł.
Długi szereg upokorzeń publicznych przytomny był jego pamięci, a węże furji dramatycznych rozdzierały uszy tego Oresta terroryzmu; dla niego wszyscy musieli być podejrzani, podejrzani że go mogli wyświstać na jakim parterze przed 80 rokiem. Historja nigdy dość nie śledzi powodów tajemnych, które nienasyconą zemstę wywołały w ludziach przychodzących późniéj do znaczenia politycznego. Tu, mimochodem tylko, wyjaśniamy charakter Collot-d’Herbois, tyrana Robespierra i Konwencyi.
Obywatel Guenot, wysłaniec Collot’a, ujrzał nagle wchodzącego do pana Pastoret młodego człowieka z twarzą cechującą roznerwowanie, postawą śmiałą, okiem ognistém, i poznał w nim zaraz niezaprzeczonego wroga dawnego aktora Collot’a.
— Jak się nazywasz? spytał.
— A co ci z tego? rzekł Chenier zamiast odpowiedzi.
— Odpowiadaj, albo cię aresztuję.
— Ha! zawołał Chenier, przez szacunek dla siebie powiém ci jak się zowię, nie ze strachu, nie mam zwyczaju ukrywać się z tém imieniem, — imie to uczciwe. — Jestem Andrzéj Chenier.
— Dziennikarz?
— Tak.
— Pisarz?
— Tak.
— Nieprzyjaciel swobody!
— Nie, kłamiesz.
— A nie tyżeś napisał dodatek do N. 13.
— Tak, temu nie przeczę.
— Nie pisałeś na Collot’a i Fouquier-Tinville?
— Nie dosyć.
— Aresztuję cię w imie trybunału rewolucyjnego: jesteś podejrzany.
— Nie lękam się, jestem niewinny.
— Trybunał rewolucyjny i obywatel Collot, nie uznają nikogo niewinnym z tych co są podejrzani.
Guenot napisał rozkaz, oddał go swemu pomocnikowi; dwóch ludzi zbrojnych, ale szczęściem dla wojska nie żołnierzy, porwali gwałtownie poetę, wsadzono go na wózek... zawieziono do więzienia w Luxembourgu.
Stróż szemrząc odczytał rozkaz, jako gospodarz domu, w którym do zbytku jest lokatorów, i oddał papier agentom, mówiąc że nie jest formalny.
Wysłani poczęli nalegać, powtarzając pokilkakroć nazwisko obywatela Guénot; ale klucznik także dumny po swojemu, i pewien swéj obywatelskiéj godności, zamknął drzwi więzienia, zaryglował je, ani zdając się dbać o rozkazy obywatela Guénot.
W czasie całéj téj sceny Chenier był zupełnie obojętnym.
Z Luxembourga, wózek potoczył się ku więzieniu Ś. Łazarza. Tu, nie było najmniejszéj przeszkody, stróż czytać nie umiał; ale na głos imienia Collot’a i Guénot, z których łaski żył dobrze, ukłonił się z uszanowaniem i otworzył poecie okropne wnijście więzienia.
Chenier znalazł naówczas w swéj duszy te niespodziane zasiłki na których nie zbywa ludziom wybranym w chwilach spełnionego nieszczęścia. Na progu więzienia rzucił wszelkę nadzieję, ale męztwo poszło z nim za smutne kraty, a ono jedno, może straconą nadzieję zastąpić.
W epoce téj trudno było dowiedzieć się o zaaresztowaniu czyjemkolwiek drogą dzienników. Monitor milczał w ogólności o wszystkich uwięzionych, i żadna go w tém gazeta nie zastępowała. W pierwszéj więc chwili niepodobna było upewnić się o losie znikłego przyjaciela lub krewnego. Hrabina Margareta, którą u drzwi domku w Viroflay spotkał zawód podobny wczorajszemu, straciła nagle ślad Chenier’a, zwłaszcza gdy w Passy znalazła pustkę tylko. Może, gdyby się tam była rozpytywała, mógłby ją kto o jego losie objaśnić; ale ostróżność i przezorność nie dozwalały ust otworzyć. Kto wie z resztą, czy by jéj odpowiedziano, bo wolano milczeć na wszelki wypadek. Milczenie nie naraża, a słowo jedno w podobnych czasach niebezpieczeństwem grozić może.
P. de Pressy użyła wszelkich środków na jakie się zdobyć mogła dla odkrycia wiadomości o losie Cheniera; ale sama zmuszona do największéj ostróżności, w poszukiwaniach swoich bardzo była ograniczoną obawą nie o siebie, lecz o niego. Próżne były jéj usiłowania: trzeba było oczekiwać na przypadkowe odkrycie przyszłości, któréj głos odzywa się późno, ale niechybnie, i czekać w męczarniach gorączkowych, które rozpacz i rozygnacya przeplatają.
Dość długi przeciąg czasu upłynął. P. de Pressy zmieniwszy nazwisko, zamieszkała z Anielą w maleńkim domku w Chaillot. Tu, czytała co tylko Paryż dostarczał gorącéj ciekawości ludzi, gazet i pamfletów. W téj chwili, trzy gilotyny czynne były na placu Rewolucyj, w ogródku Paryża i u rogatek Tronu (nazwanych naówczas rogatkami wywróconemi) ale zaledwie rzadkie imiona ofiar, dochodziły do uszu ludzi, nazajutrz po każdéj exekucyi. Słaba nadzieja świtała w sercu P. de Pressy.
— Człowiek sławny, jak Andrzéj Chenier, mówiła sobie, często nie może tak zniknąć głucho na rusztowaniu, trup jego nawet wzbudzić musi odgłos litości lub nienawiści.
Trzeba głęboko wniknąć, nie ze stanowiska historycznego, ale jako postrzegaczowi serca ludzkiego, w krwawe ciemności téj epoki, by w niéj odkryć słabe światełko, przy którego blasku jaśnieje charakter ludzi i wypadków. Tak zrazu słupiejem z podziwienia, czytając wszędzie że Chenier w początku zupełnie został w więzieniu swém zapomniany. Nikt o nim nie pomyślał, nawet najzajadlejsi nieprzyjaciele jego. Collot i Fouquier, kazawszy uwięzić sławnego poetę, nie dbali więcéj o niego; unosiły ich nienawiści nowe, a w tych głowach przewróconych, każdy dzień wiekiem się zdawał, i wczoraj, było już przeszłością starą, o któréj prokonsul ledwie mógł sobie przypomnieć. Niestety! za słabe są mozgi ludzkie, by znieść potrafiły burze, które są ich dziełem! wielu historyków i mężów stanu zapominają o tém. Najstraszniejsze ze wszystkich szaleństw, szaleństwo krwi chmurą osuwa czoła; naówczas rządzi Bicetre a występni jak Collot i Fouquier, dla zimnego postrzegacza, są rozbestwionemi warjatami.
Przypadek oczekiwany nadszedł wreście. Raz P. de Pressy czytała monitora, i zadrżała pod jedną kartą ujrzawszy nazwisko Chenier. — Pod niém był adres. Ulica Clery. N. 97.
Nie pytając o radę ostróżności, wzięła P. Pressy najskromniejsze ubranie i najpospolitszy kapelusz, odziała podobnie Anielę, i wyszła z Chaillot do tego miasta, które pod karą śmierci zakazaném jéj było.
Dwie kobiéty szły ulicą Cours-la Reine prawie przez całą jéj długość, i zwróciły się potém w lewo, na pola Elizejskie, które przejść musiały unikając kałuży krwi broczącéj plac Rewolucyi.
Było to około połowy lipca 1794. Paryż w niektórych miejscach był smutny i ponury, w innych niespokojny i burzliwy. Sklepy zdawały się pootwierane dla formy, dla przewietrzenia towarów, nie dla zwabienia kupujących. Na targach niedostatek był jawny.
Zgadnąć było łatwo, że cała ta ogromna stolica karmiła się tylko wzruszeniami, chlebem powszednim owego czasu.
Pani de Pressy zaledwie okiem rzuciła na miasto, bawiące się pogrzebem; nic jéj od celu oderwać nie mogło. Przebiegła szybko, z gorączką w sercu, zbyt liczne ulice które ją oddzielały od domu będącego celem jéj podróży, i szczęściem wpuszczoną została natychmiast domieszkania P. Chenier.
Tu, zastała starca przeszło siedemdziesiątletniego, był to ojciec wielkiego poety.
Po półgodzinnéj rozmowie, wszystko z obu stron powiedziano sobie, wszystko się odkryło, ze wszystkiego zwierzyć się musiano. Starzec ściskał dłoń kobiéty i płakał jak dziecię; od czasu jak smutna ludzkość płacze, nigdy może łzy nie lały się gorętsze i konieczniejsze, nigdy człowiek z takiéj boleści nie płakał.
Ojciec ten sam wydał swe dziecię.
Zapomniano zupełnie o Andrzeju Chenier zamkniętym w głębi więzienia, a ojciec uczciwy i dumny republikanin, poddał się ostréj próbie: napisał do Collot’a i Fouquier dwa listy pełne uczucia błagające za synem.
Ci dwaj prokonsulowie, silniejsi od dyktatora, jak tego dowiedli 9 Thermidora, odebrali list ojca Chenier’a, i uderzyli się w czoło pozbawione pamięci, wołając: — I jakto! Chenier żyje jeszcze! Niech go natychmiast wiodą przed trybunał rewolucyjny! Taką odpowiedź otrzymał ojciec; oceńcie rozpacz jego.
— Wiesz pan imiona sędziów? spytała płacząc kobieta.
wiem, odparł Chenier, ale ci trzéj są mianowani przez Collot’a, możnasz ich zmiękczyć? oprócz nich jest dziewięciu przysięgłych?
— Nie lękam się ich, zwykle są ludźmi, mają duszę i serce... Oni są z ludu; ale sędziowie, sędziowie których stanowi i tworzy Collot! Tych trzeba prosić, tych zmiękczyć i ugłaskać, a z pomocą Bożą kto wie? można cudu dokazać; można na chwilę wlać duszę i serce w tych seidów Collot’a nawet.
Chenier wymienił trzech sędziów, a ostatnim mianowanym był Klaudyusz Mouriez.
— Klaudyusz Mouriez! zawołała P. de Pressy łamiąc ręce poruszona. Klaudyusz Mouriez! znam go, idę do niego, nie tracę chwili, jest to człowiek energiczny, który może opanować sąd słowem, wejrzeniem, skinieniem. P. Chenier nie dawaj mi czasu na rozmysły, bo mnie mogą powstrzymać poziome względy, nie chcę spoglądać w przepaść nim ją przeskoczę... Gdzie mieszka Klaudyusz Mouriez? Lecę na ulicę de l’Echelle; niech Bóg czuwa nademną!
W ulicy kobieta znowu szła zwolna żeby nie zwracać oczów na siebie. Gdy przechodziła galerją pałacu Egalité, usłyszała wyraźnie w tłumie powtórzone imię Andrzeja Chenier, zaczęła iść powolniéj jeszcze, bo chciała się dowiedzieć co téż lud sądził o nieszczęśliwym poecie.
To co usłyszała natchnęło ją niejaką radością i wzruszyło niemal radośnie. Rynkowi krzykacze nie okazywali żadnéj nienawiści ku niemu; wielu z nich nawet bronili go, nadewszystko udający literatów. Cytowano wiersze z Tyberjusza, które fałszywie przypisywano autorowi dodatku do N. 13, ale nikt nie zaprzeczał fałszywéj cytacyi. Współczucie powszechne zdawało się towarzyszyć nieszczęśliwcom więźniowi przed trybunał rewolucyjny. Dodać potrzeba, że umysły poczęły się nużyć nienawiścią ciągłą: trybunał tracił łaskę u ludu, a gillotyna, aktor niedawno tak wzięty, codzień mniéj miała admiratorów i stronników. Gdy zbyt wiele krwi płynie, nienawiść prędko gaśnie w kraju serc szlachetnych.
Pani de Pressy doszła do połowy uliczki de l’Echelle tak osłabiona, że musiała się wzmocnić przypomnieniem świętości swego poświęcenia, nim potrafiła wejść na wschody dawnego wersalskiego prokonsula. Kobiéta, znajoma nam już, gospodyni Klaudyusza, wprowadziła panią de Pressy do salonu pana, i poznając ją przez zasłonę, zawołała.
— Ty pani, tutaj!
— Znasz mnie waćpani! zawołała Margareta.
— Czy panią znam? jakże nie! odezwała się uśmiechając gospodyni. Mieszkałaś pani obok nas przy ulicy du Reservoir, w Wersalu. Widywałam panią codzień na balkonie, gdyś podlewała kwiaty.
— Jeśli tak, to wiész pani, zawołała Margareta z wielkim wdziękiem, — że jestem ex-szlachcianką, i że sama bytność moja w Paryżu jest zbrodnią na którą postanowiono karę śmierci.
— Nigdy się w interesa i sprawy cudze nie mięszam, odparła gospodyni, — dość i tak w domu mamy osób, co się tém zajmują; ja myślę o tém co do mnie należy; muszę karmić dwóch ludzi, a w teraźniejszych czasach, jest o czém myśleć!
— Chciałabym się widzieć z obywatelem Klaudyuszem Mouriez, odezwała się drżąc P. de Pressy. Myślisz pani że rychło powróci? bo widzę że go nie musiałam zastać.
— Tak! wyszedł... wiesz zapewno dokąd... Obywatel Mouriez jest sędzią trybunału rewolucyjnego... nudził się... bo to bardzo czynny człowiek... pisał ze dwadzieścia listów do Robespierr’a, to zuchwałych, to przyjacielskich; u drzwi Konwencyi czekał na niego i robił mu sceny! sceny!
Wreście, co pani powiész, piękna nasza sąsiadko? dla pozbycia się go, Robespierre dał mu miejsce sędziego... ale to dla niego nic nie warte. Proszęż pani usiąść. Jeśli pani życzysz sobie na niego poczekać, proszę wziąść książkę, gazety, co chcąc, a ja muszę iść do roboty — przepraszam.
— A synowiec P. Andrzéj Mouriez, czy mieszka także przy stryju?
— Tak, pani — i to szczęście nasze. Gdyby P. Mouriez nie miał przy sobie gospodyni i synowca, robił by same głupstwa. Teraz pan Adrjan poszedł z tłumem na trybunał, jak powiada, sądzić stryja swego. Ale wkrótce oba powrócą.
— Będę na nich oczekiwała, rzekła P. de Pressy. I udała że bierze książkę, żeby oswobodzić gospodynię.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.