Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXIV.
Przyjaciel.

W tém straszliwém położeniu, Chenier nie słyszał, nie uważał na inne wyrazy; dźwięczały, mu tylko słowa — nie zgubnaż miłość moja! wiedział tylko że był kochanym.
Poeta błogosławił niebezpieczeństwo które to wyznanie wyrwało z serca kobiéty, i silny miłością jéj, wyznaną w chwili złowrogiéj, nie lękał się krwawych groźb przyszłości.
Strona ogrodów Wersalskich, kończąca się Wschodami olbrzymów, była zupełnie pusta; uciekający przeszli Rotundę, niemą naówczas jak urna wyczerpana Najady, i skierowali się ku lewemu skrzydłu zamku.
Aniela odebrała rozkaz pozostania w tyle i uważania na każdy krok policyantów.
Chenier patrzał tylko na Margaretę, i dawał się jéj szybko ciągnąć za sobą; gdyby był panem jéj woli, byłby pozostał pod roskosznym cieniem ogrodu, w którym miłosna rozmowa tak mile się tuli; ale musiał być posłusznym gwałtownemu ruchowi kobiéty, która przedewszystkiem chciała ocalić Andrzeja.
Z żywém serca ściśnieniem opuścił poeta ciemne sklepienia alei, i ujrzał wschody, jaśniejące blaskiem słonecznym.
— Teraz, odezwała się Margareta, nie zdradzajmy się chodem: idźmy powoli, nie zwracajmy oczu.
To mówiąc, zasłoniła się zielonym woalem, nie dla ukrycia twarzy, ale dla schowania się z pięknością swoją, bo taras zamkowy nie tak był pusty jak ulice parku.
Przeszli bramę zamku i spuścili się ku miastu, w prawo, w część jego, która się zowie częścią kościoła S. Ludwika. Ztamtąd poszli na ulicę Thiers... minąwszy drogę, dostali się do drzew stojących po nad znajomem podziemiem.
Tak więc uszli pogoni i byli bezpieczni. Przeszedłszy przez podziemie, hrabina nastawiła ucha, przykładając głowę do drzwi, które dzieliły je od domu, dla upewnienia się że tam nikogo nie było, a nie słysząc wewnątrz najmniejszego szelestu, podniosła klapę i znaleźli się w salonie.
— Nie łudźmy się, rzekła, to schronienie jest tylko chwilowe. Myślmy o lepszém i bezpieczniejszém.
Chenier wpatrywał się w nią ze wzruszeniem, którego niebezpieczeństwo nie powiększało, twarz jego wyrażała anielski spokój wybranych. — Miejsce to dobre, zdawał się mówić, utknijmy tu namioty nasze. — Na co odmieniać, gdyśmy dobrze?
Hrabina odgadła stoicką myśl jego i żywo ściskając go za rękę, dodała:
— Łatwo pojmiesz, że ci tu zostać niepodobna. Ci ludzie mają węch swemu rzemiosłu właściwy; będą pytać oberżysty z pod Liry. W takich razach najmniejszy ślad bywa zgubny. Wyprzedźmy wszystkie zdrady i wszelkie nieostróżności; jeśli nam pozostała godzina spokoju, nie używajmy jéj, jak dzieci, na zgubę naszę.
— Godzina! powtórzył Chenier głosem melodyjnym i przejętym uczuciem — godzina! to wiek... a potém... umrzeć.
— Chenier, przerwała żywo hrabina, ja cię nie chcę gubić; moim obowiązkiem ocalić ciebie, ocalić mimo twéj woli... mimo mojéj! Wzruszenie pokryło wyrazy te, których znaczenia z razu nie zrozumiał poeta.
— Posłuchaj mnie, droga Margareto, rzekł Chenier... boję się, bo mogę nie ujrzeć cię więcéj gdy się dziś rozstaniem. A jeśli cię nie zobaczę, na co mi się zdało to życie któreś mi ocaliła.
— Chenier, przysięgam ci w téj godzinie lak dla nas obojga uroczystéj, przysięgam ci, że się zobaczymy, i przysięgam ci... że będę twoją... ale posłuchaj mnie, mówiąc to wiém dobrze co mówię... tu cię odkryją... w téj nieszczęsnéj oberży znalazłam klucze tego domu; każdy nasz krok zagraża nam... tobie... a! na cóż tam znalazłam klucze tego domu! Zresztą nie to, co innego trafićby się musiało... Wszystko teraz jest omyłką, nieostróżnością, nie wiemy jak żyć żeby życie ocalić! Głowa moja płonie, oszaleję. Chenier... ty wiesz, przeczucia moje, nigdy nie mylą... krew czuję koło nas... nie bądź głuchym. Kochaj mnie jak chcę być kochaną... kochaj niewolnikiem w nieszczęściu, będziesz panem gdy będę szczęśliwą!
Hrabina była w serafìczném uniesieniu, twarz jéj jaśniała, oczy sybilijskim płonęły ogniem, ruch jéj ręki byłby mocarzy ziemi rzucił pod nogi.
Chenier w upojeniu szczęścia, padł przed nią na kolana, i całując miejsce po kterem się przesunęła, odezwał się:
— Mów, spełnię wolę twoję, wola twoja święta... Słucham cię.
— Natychmiast idź do Viroflay, zawołała Margareta; znasz domek Denisa, tam się przebierzesz, i nikt cię nie potrafi dośledzić. Ztamtąd będziesz mógł napisać do brata.
— O Margaretu, rzekł Chenier, na brata nie mogę już rachować, niéma on już znaczenia, od czasu upadku klubu Kordeljerów, od śmierci Kamilla Desmoulins. Kto wie, czy w téj chwili i sam on nie jest jak ja z pod prawa wyjęły? Głosy szlachetniejsze prawdziwych patrjotów zgasły wszystkie. Czytałaś może wczoraj w gazetach, dumną apostrofę Robespierra młodszego przeciwko Herbertowi.
«To ty, zawołał do niego, poburzyłeś lud, swobodom wiary zagroziwszy.» Hebert spójrzał na Robespierra młódszego, z miną obiecującą śmierć; a Robespierre starszy wpadł na trybunę, by w zręcznéj mowie usiłować pogodzić brata ze strasznym Herbertem, i to jemu, dyktatorowi, ledwie się na wpół udało, a ty chcesz by Marja-Józef mnie ocalił, gdy się mojéj domagają głowy. A wiém to dobrze, że brat mój rzuci się między mnie a katów moich, gdy mi ręce zwiążą; ale jego pomocy nie wezwę, naprzód że na nic mi się nie przyda, powtóre że ona by go także na śmierć niechybna i zemstę wskazała. Nie mnie to, Margareto, żądać od brata kroku próżnego dla mnie, a może śmiertelnego jemu.
— A! jeśli tak Andrzeja, nikogo nie wzywaj o pomoc, i pozostań w bezpieczném schronieniu; złe doszło już do najwyższego stopnia. Lepsze czasy świtają; z trochę ostróżności doczekamy się dnia może; idź natychmiast. Wierzaj mi. Tak, czytam myśl twoję w oczach, i odpowiem na nieme pytanie. Rachujesz na podziemie tego domu, nieprawdaż? Było to dawniéj schronienie, rok temu, dziś niema nic tajemnego w murach, w stropach, pod podłogami. Policya nauczyła się swego rzemiosła. Śledzą wszystko, odkryć umieją rzecz każdą, nikt nie śmie szukać przytułku w tych schronieniach wymyślonych przez terroryzm, odkrytych przez doświadczenie prześladowców. Tak, mój poeto, nie szukaj zbawienia gdzie go niéma; idź du Viroflay, natychmiast. Zobaczymy się, przysięgam ci, zobaczymy...
— Margareto, rzekł Chenier, pójdę gdzie każesz, posłuszny będę najmniejszemu skinieniu twéj ręki, jeśli mi przyrzeczesz że odwiedzisz przytułek wygnańca...
— Więcéj niż przyrzekam, przysięgam ci to, Chenier. Jutro, zobaczymy się u Denisa.
— Idę, idę! zawołał poeta z exaltacyą.
— Teraz przyda się nam jeszcze to podziemie, odezwała się hrabina; ukryje ono ucieczkę naszę, aż do krańców lasu. Chodź, nie traćmy chwili.
Hrabina przycisnęła sprężynę, otworzyły się drzwiczki do podziemia, i zeszli za ręce się trzymając, nie mówiąc słowa aż do drugiego otworu. Tu, poeta, jedną nogą stojąc na progu wschodów, drugą na trawie lasu, uścisnął Margaretę, i posłuszny przyjacielsko-rozkazującemu skinieniu jéj, rzucił się pod gęste cieniste sklepienia wielkich drzew.
I pośpieszył drogą dobrze znaną, która mu przypominała słodsze dawne godziny, godziny bez jutra i przyszłości; teraz przynajmniéj, u kresu prób i cierpienia, widział świtające szczęście.
Było to w porze najdłuższych dni roku, i choć wiele czasu stracono, Chenier przybył do drzwi domku daleko przed zachodem słońca, zadzwonił, nieznajomy jakiś otworzył mu.
— A co tam chcesz? spytał tonem niewzbudzającym zaufania.
— Chciałbym się widzieć z Denisem, odpowiedział Chenier okiem do koła ogród obwodząc. — Czym się nie omylił?
— Omyliłeś się, obywatelu — Denis sprzedał swój dom, dziewięć miesięcy temu, obywatelowi Barras.
— A gdzież teraz mieszka Denis? spytał Chenier.
— Tego to nie wiem; nie służyłem u niego za parobka.
I drzwi dosyć niegrzecznie zamknęły się przed nosem Cheniera.
Młody człowiek pozostał chwilę w postaci rażonego piorunem, o którym wspomina Owidyusz; a że musiał cóś postanowić przed zachodem słońca, piérwsza myśl jaka mu przyszła zdała się najlepszą. Chenier zwrócił się nazad ku Wersalowi, obiecując sobie być jak najostróżniejszym, przez posłuszeństwo dla pani de Pressy.
Dość było widno jeszcze gdy poeta przybył do drzew kryjących podziemie; ale ani myślał wchodzić tędy, żeby się nie narazić pani de Pressy. Czekał nocy, a gdy ciemności zdawały się zabezpieczać go od napaści, poszedł ulicą Thiers. Spójrzał w okna domu, ale w nim nie ujrzał żadnego światła, nie dziwując się temu i sądząc że hrabina z Anielą były w mieszkaniu od strony ogrodu.
Szedł tak daléj ku miastu, gdy w rogu ulicy postrzegł kilka kupek ciekawych i rozmawiających po cichu, jak zwykle w miejscu które świeżo było teatrem jakiegoś wypadku — ciekawi coraz przybywają, choć przedmiot ich ciekawości zniknął. Najczęściéj nawet ciekawi są nasieniem rozruchów.
Chenier poszedł ku nim niedbale, obojętnie niby, zmieniając o ile możności zwykły chód i postawę, i łącząc się z piérwszą od brzegu kupką. — Rozmawiano w te słowa:
— Nic nie znaleziono, obywatelu, nic a nic — wiém dobrze, bom poszedł za temi co dom trzęśli.
— No! a ja ci powiadam że znaleziono dwie kobiéty, z dawnéj szlachty....
— Ale, to nie tego szukano...
— No! a czegoż szukano?
— Arystokraty jakiegoś.
— Nieprawda, nie szukano arystokraty... szukano dziennikarza tego co to pisał sławny suplement do N. 13.
— Andrzeja Chenier!
— Otoż to właśnie.
— Andrzej Chenier nie jest arystokratą.
— Nie, to autor i przyjaciel Roucher’a.
— Ale autor arystokrata: — Pisał przyjaciela praw i tragedye.
— Nic nie zrobiono tym dwóm kobiétom?
— To nie są szlachcianki, cóż im miano zrobić, są to obywatelki jak wszyscy, i nikomu nieszkodliwe.
— A dla czegoż ten dom w którym mieszkają trzęsiono? zgwałcono przezto prawo.
— Tobie w głowie zawsze, gwałt prawa! Wiedziano, że dziennikarz Chenier mieszkał w tym domu; oberżysta z pod Liry zaświadczał o tém, więc musiano go poszukać. Widzisz że pleciesz nie wiedzieć co o pogwałceniu prawa.
Rozmowa ta pod gołém niebem przedłużała się, ale Chenier dowiedział się z niéj co żądał. Jedne imie wymówione zostało, które mu przypominało obowiązki, obowiązki mogące w sercu szlachetném nawet miłość przytłumić.
— A! biedny Roucher! zawołał zdobywając się na silne postanowienie — jam o nim zapomniał! Biegnę do niego; podobne nieszczęście i jemu grozi pewnie: był wspólnikiem mojego występku... o mój Boże! daj mi czas bym go potrafił ocalić.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.