Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXIII.
W ogrodzie Wersalskim.

W lecie roku 1794, ogrody Wersalskie i czoło pałacu wychodzące na nie, nabrały także fizjognomji rewolucyjnéj, któréj założyciel ich pewnie nigdy nie przewidywał. Okna zamku, pomimo piękności pory, zamknięte były hermetycznie na całéj linji i oznajmywały o niebytności właściciela; w uliczkach nie było gładko wysypanego piasku; dziki chwast jeżył się wszędzie, protestując przeciw symetrycznym rozporządzeniom Le Nôtre’a; trytonowie, najady, nereidy z suchemi wargi stali nad sadzawkami próżnemi; bogowie i boginie na skroni dźwigali wieńce nieśmiertelniczek, ale nic nie mogło ogrodom tym odjąć wspaniałéj ich zieleni i pysznego blasku jakim stroiło je słońce i lato.
Chenier wyprzedził naznaczoną listem godzinę hrabinéj; i chcąc skrócić wiekami długie oczekiwanie, szeptał wiersze jakieś wśród tego marmurowego Olimpu, który nań patrzał z wysokich piedestałów swoich.
W około poety, nikogo prócz tego tłumu marmurów, nieruchomego świadka tylu scen straszliwych: który zdawał się uśmiechać scenie powabniejszéj, od lat czterech oczekiwanéj na próżno.
Poeta usłyszał wybijające południe, a oko jego nie zeszło już z tarasu, a raczéj horyzontu, na którym miało się ukazać jego słońce, wśród rozsypanych na nim kwiatów.
W chwilę po wybiciu dwunastéj, dwie kobiety ukazały się pod Andromedą Puget’a, a idąca przodem zatrzymała się przed arcydziełem i smutnie potrząsnęła głową. Chociaż w pewnéj stojący odległości, Chenier odgadł myśl hrabinéj, która melancholijnie witała kobiétę przykutą do skały, ofiarę, którą miał oswobodzić awanturniczy poeta lecący na hipogryfie. Był to mytologiczny symbol téj chwili.
Z przytomnością, która w trudnych położeniach nigdy nie opuszcza kobiéty, pani de Pressy zbliżyła się do Chenier’a, który był blady i niemy jak Vertumnus, najbliższy jego sąsiad.
Aniela skłoniła mu się zdaleka i przyzostała. Hrabina ścisnęła rękę poety i zawołała:
— Potrzebaż panu powiedzieć że go widzę z przyjemnością, która się zbliża do szczęścia?
— Nie, pani, nic mi nie trzeba więcéj nad to, żeś tu przyszła! odparł Chenier.
— Mogłeś pan wątpić?
— O nieszczęściu bym nie wątpił.
— Ja przecie nic szczęśliwego nie mam panu oznajmić.
— Przyszłaś pani, dość mi na tém. W chwili w któréj żyjemy, nie godzi się pragnąć wiele.
— Powiedz mi pan, panie Chenier, rzekła hrabina wskazując poecie miejsce przy sobie na ławce kamiennéj — jakeś pan odkrył mieszkanie moje?
Pytanie to uczynione zostało z nagłą zmianą głosu, usiłującą rozmowę uczynić poufalszą. Andrzéj nie zaraz odpowiedział, żywe wzruszenie odejmowało mu przytomność umysłu.
— Stało się to... dziwnym przypadkiem, rzekł po chwili... często wychodzę z Passy gdzie teraz mieszkam, i Wersal odwiedzam, staję naówczas w oberży pod Lirą.
— Poeta innéj obrać nie mógł, przerwała uśmiechając się hrabina.
— Tam dowiedziałem się, że obywatelka Pressy wróciła do Wersalu, — napisałem wówczas, na przypadek... na los...
— Pan tak jesteś wzruszony, tłumacząc rzecz tak prostą.
— A! to też wypadek ten tak prosty, przypomniał mi dom w którym spędziłem najpiękniejsze dni życia... mogłem był napisać wcześniéj, ale nim się na list ośmieliłem, chciałem się upewnić że pani sama... zamieszkujesz w tym domu, sama z Anielą.
Hrabina spójrzała długo na Chenier’a, i po chwili milczenia odezwała się.
— Nie wiesz więc pan o nieszczęściu które dotknęło hrabinę de Pressy.
— O jakiém nieszczęściu? pytał poeta bledniejąc.
— A! pan nic nie wiész! mówiła daléj hrabina — Wandea, która już tyle szlachetnych pożarła ofiar...
Kobiéta umilkła i dwie łzy na twarz jéj spadły.
— Hrabia de Pressy! zawołał Chenier na wpół powstając, głosem w którym zmięszały się wszystkie uczucia, jakie nim miotały.
— Nie wymawiaj pan tu imienia jego, — zawołała kobiéta chwytając go za rękę — te posągi mają uszy.
— Umarł! cicho do siebie szepnął Andrzéj.
— Dawno już, dawno! mówiła daléj hrabina. Gdyby mąż mój żył, nie byłabym tutaj panie Chenier.
Po tych wyrazach nastąpiło długie milczenie, oboje zamilkli razem, a oczy ich utkwiły się w zielone trawniki ulic; rzekłbyś, że dwa posągi przybyły w ogrodach Wersalu.
Chenier piérwszy począł:
— Po téj smutnéj wieści, rzekł, dwie mi pozostaje rzeczy uczynić: i podziękować jéj za tę chwilę rozmowy, i odejść szanując jéj boleść.
— Uczynisz pan jak zechcesz, przyjaznym głosem odezwała się hrabina. Wolno ci odejść, ale mi się zdaje żem mu niczém nie dała do zrozumienia, iż rozmowa nasza powinna by się ukończyć.
— Ale to, czegom się w téj chwili dowiedział, wszystkie myśli moje zburzyło... zaprawdę, cokolwiek bym teraz mówił, byłoby kłamstwem ust i sprzecznością z niewzruszoném uczuciem serca mego... Wolę, wolę, odejść.
Chenier konwulsyjnie wzruszony, powstał.
— Panie Chenier, odezwała się hrabina wstając także i poprawując suknię dla pokrycia tym ruchem śmiałego pytania które uczynić miała. Panie Chenier, nie zwykłam nigdy kończyć rozmowy zagadką. Ostatnie jego wyrazy są dla mnie niepojęte, proszę mi je wyjaśnić.
— Wymagasz tego pani?
— Nie wymagam, proszę.
— A więc... słowa te ciemne, takie jasne mają znaczenie. Za życia jéj męża, byłbym zawsze najszczęśliwszy widząc ją choć na chwilę, usłyszeć jedne z jéj ust słowo, ani bym się ośmielił nigdy wyrzec tajemnicy mojego serca. Należę do tych co szanują małżeństwo; dziś mnie już nie wstrzymują te skrupuły... Jesteś pani wdową, jesteś wolną; miałbym za stracone, za kłamliwe wszystkie chwile którychbym nie poświęcił na powtarzanie jéj jedynéj myśli, jedynego uczucia serca... kocham cię. Hrabina roztwarła parasolik i upuściła go pod nogi Chenier’a.
Bóg tylko widział wyraz jéj niebiańskiego oblicza w téj chwili.
Wiatr, który się zrywa o południu, przebiegł piękne drzewa Wersalskie i cudnie w nich zamruczał; rzekłbyś że głos poety wskrzesił wszystkie uniesienia miłości co się odbiły o zielone sklepienia zieleni, pod któremi ludzie innego wieku tak wesoło żyli i kochali!
— Panie Chenier, odezwała się hrabina ze wzruszeniem źle pokrytém — wyznanie jego jest dla mnie niespodziane... ale mogę mówić otwarcie... bo okoliczności wszystko tłumaczą. A! któż wié, czy jutro żyć będziemy? miłość twoja jest dla mnie zaszczytem, dumna nią jestem, choć nie wolno mi być szczęśliwą.
Chenier rozpromieniał radością i złożył ręce jak do modlitwy przed świętym obrazem.
— Pani, pozwól mi także, spytać o jasne znaczenie ostatnich słów twoich. Dla czego, nie wolno ci być szczęśliwą miłością moją?
— Poeto! smutnie odrzekła kobiéta... te słowa nie mają znaczenia... nic ci nie powiedziałam.
— Na Boga, zaklinam cię pani, chciéj mi powiedzieć!
— Pamiętasz pan piérwsze nasze spotkanie w Hotel de la Tour d’Aigues?
— Jakże bym mógł zapomnieć?
— Naówczas, piérwszym raz wspomniała o moich przeczuciach i widzeniach, — rzeczach które w tłumie uchodzą za szaleństwa. A jednak! zawsze przyszłość potwierdza przeczucia moje! Chenier! nie żądaj na Boga, miłości mojéj, miłość ta byłaby dla ciebie zgubną.
— To wyraz którego nie rozumiem, odpowiedział Chenier z zapałem. Wyraz ten nie należy do epoki w któréj żyjemy... Fatalność jest ojcowizną wszystkich nas; to spuścizna każdego; ojcowie nasi przekazali ją pokoleniom następnym... tylkoś co pani sama wyrzekła: «Kto wié czy jutro żyć będziem?“’ Tak! to prawda! niepewność jutra każę nam żyć dzisiaj.
— Nie, nie. Chenier, dość mam na sobie żałoby, dość żałoby! dozwól mi pysznić się miłością twoją, ale unikaj mojéj... bo moja miłość to śmierć!
— Posłuchaj pani, posłuchaj... w przeszłym wieku żył malarz wielki — Antoni Van Dyck, który wyrzekł szczytne, potężne słowo. Kochał hrabinę Brignole, kochał ją pewnie jak ja ciebie hrabino. Hrabia Brignole, jéj mąż, wiódł swą nowo zaślubioną żonę przez kościół San Lorenzo... Van Dyck oparty o słup, patrzał na niego... ściskając rękę przyjaciela stojącego przy nim, odezwał się do niego z uczuciem niewysłowioném. — Dałbym życie za kwadrans życia tego człowieka. Van Dyck miał słuszność.
Hrabina przygotowała się na odpowiedź spoglądając na dzikie kwiaty ogrodu, gdy Aniela nadbiegła nagle wołając:
— Pani, jacyś tu są ludzie podejrzani, chciała bym się mylić, ale z poza krzaku usłyszałam wyraźnie nazwisko Chenier i Lirę Apollina powtórzono przez nich... Drżę cała. — Chciałam zobaczyć tych co rozmawiali... widziałam ich... przeszli koło mnie. O! co za postacie! są to wysłańcy policyi... Skryjcie się... jest ich czterech...
Chenier dobył sztyletu i spójrzał w stronę wskazaną przez Anielę. — Schowaj ten sztylet, odezwała się Margareta — co ci on pomoże przeciwko czterem ludziom uzbrojonym.
— Idź pani, idź, zostawcie mnie samego, odparł Chenier... jeśli mnie pochwycą z rozkazu Fouquier-Tainville, na Boga, niech mnie wezmą samego, niech nikt nie będzie ze mną! pani byś także była zgubioną!
— Chenier, ja cię nie opuszczę, zawołała hrabina stanowczo — jestem dumna twoją miłością a jeśli umrę z tobą, pysznić się będę moją śmiercią.
— Ale, moglibyście jeszcze ujść ich... odezwała się Aniela... Poszli tą uliczką w koło... idźcie ku Rotundzie fontanny, tam, naprzeciw, uciec możecie drugą stroną ogrodu.
— Chodź Chenier, szybko zawołała hrabina podając mu rękę... A cóż? nie zgubnaż miłość moja?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.