Andrzej Chenier/XXXI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
We dwie godziny potém, młody nasz Adrjan biegł konno do Wersalu, i szybkim krokiem udał się do znanego domu na ulicy Thiers.
Fizjognomja zewnętrzna jego oznajmywała, że był zamieszkany, co go dosyć podrażniło. Jednakże, pomyślał w duchu, ogólnie biorąc każdy dom można kupić lub nająć; wyrzucając trochę pieniędzy, ułatwiają się wszystkie trudności, zwłaszcza, będąc bogatym jak P. de Pressy...
Na drugie pociągnienie dzwonka, drzwi się otworzyły, i stara kobiéta wyjrzała z nich.
W owych czasach, dzwonek i młot zawsze prawie oznajmywały cóś złego; i otwiérając drzwi, oko szwajcara lub mieszkańca domu, natychmiast starało się o czémś dowiedzieć z rysów twarzy i ubioru niespodziewanego przychodnia.
Na ten raz udał się examen: poważna strażnica domu zdała się całkiem uspokojoną na widok jednéj z tych ślicznych, świéżych twarzy, które wyrażają wszystkie przymioty duszy poczciwéj, i nie dozwalają się domyślać żadnego zła skrytego.
— Obywatelko, rzekł Adrjan uśmiéchając się, dosyć widzę jest domów do najęcia w Wersalu, czyby czasem i wasz nie był z téj liczby?
— Mogło by to być, obywatelu — odpowiedziała kobiéta z miną dowodzącą, że rzadko trafiało się jéj pogawędzić, i że rada była rozmowie, którą gotowa była przedłużyć — mówiąc między nami, dwaj lokatorjusze moi nie wiele tu pyłu robią, i pewnie radzi by się ztąd wynieść, gdyby im kto co za to ofiarował... ale proszęż pana do środka...
— Ja dom ten znam, rzekł Adrjan przestępując próg... a mało mam czasu... Za pozwoleniem obywatelko, nie mógłbym się widzieć z temi panami?
— A! panie, niéma ich w domu... Widzę, że to panu mitręży wielce...
— O! i jak, obywatelko.
— Ale wieczorem pewnie powrócą.
— Ja nie mogę czekać do wieczora... muszę do Paryża wracać z odpowiedzią.
— Gdyby tak pan jutro tu się pofatygował, byłaby już odpowiedź pewnie.
— Jutro... niepodobna!
— Jakto, i dnia poczekać pan nie możesz?
— Ani dnia!
— A to zabawna!
— Nie mogłażbyś mnie obywatelko, mniej więcéj wskazać, gdziebym znalazł twoich lokatorjuszów... Może przechadzają się w ogrodzie zamkowym? Powiedz mi tylko jak wyglądają, znajdę ich łatwo, bo nie mogę powrócić do Paryża, bez zaspokajającéj odpowiedzi; potrzeba przynajmniéj, żebym złożył dowody, iż uczyniłem co tylko mogłem, dla spełnienia polecenia.
— Obywatelu, odpowiedziała pomyślawszy kobiéta, trudno by mi było dać wam objaśnienie w tym względzie... Jednakże... jest jedna rzecz, któréjbym mówić nie powinna, ale ja powiem zważając na waszę poczciwą minę... tylko tego nie powtarzajcie.
— Cóż takiego obywatelko?
— Zdaje mi się, że moi lokatarjusze są w Passy.
— Mieszkają w Passy? przerwał Adrjan nie mogąc dłużéj wytrzymać — to pojadę do Passy.
— Ale nie, obywatelu, nie jedź do Passy, nie znalazłbyś ich tam, to pewna. Tylko... WPan wiész, że dla swéj gospodyni, to się niema sekretów, słyszę ich mówiących często: chodźmy do Passy! dziś rano powtórzyli to także.
— Ale nie wiész obywatelko, domu do którego tam uczęszczają?
— Nie wiém...
— Przepędzająż kiedy niekiedy dzień przynajmniéj w Wersalu...
— O! bardzo rzadko... prawie nigdy; powracają dosyć regularnie wieczorami na nocleg, a o świcie ruszają; czasem ich i nie widzę. Młodszy z nich do połowy nocy często w tym pawilonie siedzi i pisze... Między nami mówiąc, to musi być autor.
— Wszak drzwi otwarte, rzekł Adrjan podchodząc, widać, że wasz autor nie lęka się natrętnych.
— Naprzód, ja obywatelu, czytać nie umiém, a potém nigdy w tym pawiloniku nic nie zostawia, możesz pan zajrzeć...
Adrjan skorzystał z pozwolenia udzielonego, aby natrafić na jaki ślad przypadkowy, coby go lepiéj o mieszkańcach potrafił objaśnić, niż stara kobiecina.
Stół kulawy, trzy zbutwiałe krzesła, dywanik podarty, meblowały ten pawilon; kilka arkuszy papiéru rozrzuconych było po podłodze — ale nic na nich: białe były, to jest żółtawe, bo biały papier ówczesny wszystek miał tę barwę.
Młody człowiek przy owéj kobiécie nie miał ochoty odegrywać roli inkwizytora, zaledwie nieśmiało odwrócił kilka arkuszy by się o ich dziewiczéj białości upewnić. Chciał natrafić przynajmniéj na książkę, bo książka często odkrywa charakter i obyczaje człowieka; ale nie znalazł żadnéj. Papier pisany i drukowany uciekł ztąd wszystek.
W chwili, gdy już miał wychodzić, Adrjan postrzegł wśród czarnych plam na stoliku kilka wiérszy symetrycznie jakoś rzuconych, pochylił się niby od niechcenia, i wyczytał na drzewie następującą strofę, jakby dla sprobowania pióra nakreśloną:
U Mityleny brzegów zburzą fale,
Gdy chmura groźna zgasi jasne słońce,
Żeglarz zbłąkany w tym żywiołów szale,
Uśmiécha się zdaleka ostatniéj światłości,
To dziwna! rzekł Adrjan w sobie, wiérsze te nie zdają się wyjęte z Almanacha Muz i Merkurego! mają one właściwy sobie charakter. I zwracając się ku staruszce, obojętnym spytał głosem.
— Obywatelko, czy to pismo twojego lokatora?
— Ja — odpowiedziała kobiéta przypatrując się — nie umiem czytać i nie znam się na charakterach pisma, ale codzień ocierając ten stolik z pyłu, mogę pana zaręczyć, że pozawczoraj téj plamy nie było. A że ja tego nie zrobiłam, musiał jeden z lokatorów...
— Może ci się naprzykrzam pytaniami, obywatelko? Mów proszę otwarcie, zdaje mi się, że zaczynam być natrętnym?
— A! mój Boże! nie obywatelu, ja nie mam nic do roboty, a czasem po trzy dni słowa do nikogo nie przemówię, bo mi się nie trafi... Rozmowa, to jak małżeństwo, trzeba do niéj dwójga koniecznie... możesz mnie pan pytać, a z chęcią odpowiém; — możeby wygodniéj było usiąść, ot i krzesło.
— A! nie uważajcie obywatelko — oczy mając wlepione w wiérsze rzekł Adrjan, — mogę postać, siądę zaraz na koń... Jakiego to wieku ludzie ci lokatorowie?
— Starszy musi mieć lat cztérdzieści kilka, młodszy wygląda na trzydzieści.
— To pewnie młodszy pisał te wiersze?
— Tak, tak obywatel Andrzéj... bo drugi tu nigdy nie przychodzi...
— A imie mu Andrzéj...
— Tak jest, obywatelu.
— Czy może to jego nazwisko?
— Nie, musi to być imię, a może i nazwisko, bo go z inném nie znam.
Adrjan mruknął po cichu sam do siebie.
— To Andrzéj Chenier.
I sądząc się już do zbytku natrętnym, nawet względem staruszki, która ochotnie gotowa była mu rozpowiadać o swoich lokatorach i o czém by chciał, zbliżył się do drzwi mówiąc:
— Kiedy już jestem w Wersalu... pozostanę tu do jutra. Posłuchaj mnie obywatelko, zostawię tu kilka słów ołówkiem napisanych do młódszego z twoich lokatorów, oddasz mu je, gdy z Passy powróci.
I Adrjan napisał natychmiast następujący bilecik:
«Adrjan Mouriez oczekuje go w oberży pod Lirą Apollina. Jeślibyś dla jakich powodów nie mógł się tam znajdować, chciéj oznaczyć inne miejsce.
Staruszka wzięła kartkę i patrząc na niego odezwała się.
— Znasz pan więc obywatela Andrzeja, kiedy do niego piszesz?
Adrjan dwuznacznym ruchem odpowiedział i ukłoniwszy się kobiécie, pobiegł w skromnym pokoiku pod Lirq Apollina oczekiwać. Ztąd, przez umyślnego, napisał parę słów do P. de Pressy, przepraszając ją za opóźnienie. Obiecywał pomyślną odpowiedź na jutro; około dziewiątéj wieczorem, Adrjan usłyszał chód na wschodach i wkrótce potém trzy lekkie uderzenia we drzwi; wstał, otworzył, i w przybyłym poznał Andrzeja Chenier.
— Przychodzę z zupełném zaufaniem, rzekł poeta wyciągając rękę i podając mu dłoń — z pełném zaufaniem jak widzicie.
— I zdaje mi się, że na to zaufanie zasługuję, rzekł Adrjan ściskając rękę Chenier’a.
— W piérwszych chwilach niebezpieczeństwa, dodał przybyły, bawimy się ostróżnościami unikając zasadzek i podstępów; ale gdy się te lata przeciągną, ciągła baczność staje się rzeczą ciężką, przekonywamy się, że życia nie warto bronić nieustanną walką.
— Obywatelu, odparł młody Mouriez, to co widzisz znacznie zmniejsza wartość twych wyrazów piérwszych i zaufania, o którém wspomniałeś.
— O! wierz mi pan, przerwał Andrzéj, że wcale nie myślę cofać piérwszych słów moich; reszta jest czysto filozoficzną uwagą; stosuje się to do wszystkich, prócz pana. Daj mi pan rękę, poznaliśmy się w strasznéj chwili, w tym samym domu, w którym dziś pan mnie szukałeś... prawdziwie wielbię pańską przebiegłość cudowną... Zgadłeś więc, że wspomnienia... prędzéj późniéj do tego miejsca mnie napędzą.
— Ale, obywatelu, przerwał Adrjan.... prawdziwie.... wiele winienem przypadkowi... i...
— Przypadkowi! powiadasz pan! źle się wyrażasz; przenikliwość rzecz potrzebna: już pan znasz dobrze serce ludzkie.
— Przybyłem, przerwał Adrjan zmieniając nagle ton i przedmiot rozmowy, przybyłem prosić pana o jedną uczynność... Chcę ten dom nająć.
— Tak, mówiono mi o tém, rzekł Chenier, oznajmując o jego bytności, i oddając pański bilecik; wziąłem to tylko za pretext. W teraźniejszych czasach, tysiące się podstawia mniemanych powodów, nim się prawdziwy wyjawi. Wszyscy gramy nieustannie zawikłaną partją szachów. Zowią to zręcznością...
— Wybacz, obywatelu, zawołał uśmiechając się młody człowiek, ja nigdy w szachy nie grywam, choć kawiarnia Regencyi bardzo w modzie. Gdym się stawił u pana, miałem istotną chęć najęcia tego domu, jeśli jest do wynajęcia.
— Prawdziwie, jeśli tak, widzisz mnie pan w rozpaczy, rzekł Chenier, bo żądasz pan po mnie jedynéj rzeczy, którą mu muszę odmówić. Ten dom jest światem moim. Jeśli go panu odstąpię, nie będę miał gdzie głowy położyć.
Cały rok spędziłem w samotności zupełnéj w Rouen, i byłbym tam umarł, żeby nie nadzieja, że kiedyś może zamieszkam w czasie swobodniejszym dom, o którym mowa. Los mi sprzyjał, ujrzałem otwierające się przedemną błogosławione drzwi uliczki Thiers, mogęż je sam za sobą zamknąć? Nie miałbym sił na to. Lecz daruj mi pan moję natrętność; czyś pan koniecznie, gwałtownie przywiązał się do najęcia tego właśnie domu?
— Tak! smutnie odpowiedział młody człowiek.
— Rozumiem, rozumiem, rzekł Chenier, i pan tam zostawiłeś wspomnienie, do którego byś chciał wrócić. Niestety! żyjemy samą przeszłością... Daruj pan, że go muszę opuścić, przyjaciel czeka na mnie niespokojny, pan pojmujesz, że... Andrzéj postąpił ku drzwiom, Adrjan go zatrzymał.
— Słówko jeszcze, obywatelu Chenier, rzekł zastępując mu drogę — nie chcesz więc pan tego dla mnie uczynić?
— O! kochany panie, nie mogę — możemy o tém gadać do białego dnia, a jutro zastanie mnie upartszym jeszcze, oszczędźmy sobie próżnych rozpraw, rad będę zawsze widział pana — i — zbliżył się jeszcze do drzwi. Adrjan go zatrzymał.
— Obywatelu Chenier, posłuchaj — rzekł zmięszany Mouriez głosem, który jego niedoświadczenie i bojaźń dowodził — posłuchaj, ja nie chcę domu tego dla siebie.
— Tém bardziéj go odmawiam, odparł Chenier.
— Żądam go w imieniu kobiéty.
Wzruszenie dokończyć mu nie dało.
— W imieniu?... spytał Chenier niedosłyszawszy.
— W imieniu kobiéty, powtórzył Adrjan jasno i wyraźnie.
Andrzéj Chenier spójrzał bystro na mówiącego, a że w myśli i wspomnieniach poety jedna tylko była kobiéta, domyślił się zaraz, że domu tego żądała pani de Pressy, zwłaszcza zauważywszy w Adrjanie pewne wzruszenie, któreby inaczéj wytłumaczyć się w tak prostéj rozmowie nie dało.
— W imieniu kobiéty! rzekł Chenier krzyżując ręce na piersiach, a imie jéj jest zapewne tajemnicą?
— Obywatelu Chenier, odparł Adrjan spuszczając oczy, nie jestem upoważniony do wymówienia jéj nazwiska. Wiész pan, że dziś tysiące jest nazwisk nie należących do tych, co je noszą. Ty sam, obywatelu Chenier, nazywasz się Andrzejem tylko... cóż dziwnego, że kobiéta poleca mi zatrzeć nazwisko swoje.
Adrjan był uszczęśliwiony, że się tak gładko potrafił wywinąć z trudnego pytania, i sumienie miał spokojne.
— To pewnie kobiéta prześladowana, rzekł Chenier głosem, raczéj uwagę własną niż pytanie oznaczającym.
Adrjan zamilkł, nie czując się obowiązanym do odpowiedzi.
Chenier opuścił ręce, pochylił głowę i pomyślał chwilę, a twarz jego przeleciały myśli radosne i boleśne, które w téj chwili miotały duszą.
— No! obywatelu Chenier, rzekł Adrjan... pomyśl o niespokojności oczekującego cię przyjaciela i kończmy.
— Dziś właśnie, odezwał się poeta, Konwencya ogłosiła prawo przeciw dawnéj szlachcie, wczoraj czytałem je w Monitorze. Jakkolwiek bądź, to pewna, że pańskie żądanie ma jakiś związek z tą okolicznością. Żądasz domku mego dla jakiéjś wygnanki, któréj Paryż zabroniony — dość na tém... jeśli to nie ona, to inna w jéj położeniu, to siostra jéj wygnania. Dom mój od jutra należy do niéj.
— Tysiączne dzięki! zawołał Adrjan ściskając rękę poety — rachuj pan na wdzięczność moję i poświęcenie, dwa uczucia, które w méj duszy nie gasną.
— Dziękujesz mi pan za rzecz bardzo małą, panie Mouriez, rzekł Chenier, cóś mi powiada, że do wielkiéj wdzięczności w téj sprawie, nie pan będziesz obowiązany...
— Przyszłość należy do Boga, rzekł Adrjan, spełniłem obowiązek, pan dokonałeś swego, a teraz daléj, gdzie los poprowadzi...
— Bądź zdrów, odpowiedział Chenier ze wzrastającém wzruszeniem — milczenie twoje aż nadto mi już powiedziało. Wszystko czegoś powiedzieć nie chciał wyjawiło się;, nie twoja w tém wina, pojmuję. Bądź zdrów, zobaczym się jeszcze. Znajdziesz mnie pan codziennie o piątéj wieczornéj w Passy, ulica Niższa N. 15, jutro się tam przeniosę.
— Bądź zdrów kochany poeto, zawołał Adrjan, niech tajemnica dzisiejszéj rozmowy naszéj, nigdy nie wyjdzie z serc naszych.
— Nigdy! poprzysięgam — odezwał się Chenier. A! mój Boże... zapominamy, najważniejszéj rzeczy... jutro, o południu, klucze tego domu złożone zostaną do rąk gospodarza oberży... i nie zostaną wydane chyba obywatelce...
— Obywatelce... dokończył Adrjan zamykając drzwi — nie zmieniła imienia.
Chenier schwycił te wyrazy schodząc z piérwszych stopni wschodów.