Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXX.
Prawo wygnania.

Największą z prawd ogłoszonych przez ludzi, jest następująca: Człowiek się kręci, Bóg nim kieruje; pomimo to człowiek się jednak kręci.
Są czasem w losach ludzkich tajemnicze zgodności wypadków, związanych z sobą tak starannie, jakby je któś umyślnie długą rozwagą z sobą zjednoczył. Niektórzy przypisują przypadkowi, te dramatyczne węzły domowego żywota ludzkości.
Od piérwszego wiérsza, historja nasza weszła na tor, którym się sunie ta nić przewodnicza, fatalna, co tyle żywotów gorączkowych wiedzie do nieprzewidzianego końca.
Przypadek jest bóstwem, które widzimy spoglądając na ziemię; by cóś innego zobaczyć, wyżéj spójrzeć potrzeba.
A teraz, idźmy daléj.
Adrjan zaledwie wstawszy poszedł do stryja, którego nie zasiał. — Ba! rzekł, już wyszedł! Zaczynają się wycieczki znowu! Co za dziecko! i on chciałby zająć wysokie jakie miejsce w rządzie Rzeczypospolitéj! Szczęściem dobrze go znają.
Sparłszy głowę na dłoni, tak daléj kończył monolog:
— Jeśli go nie napróżno posądzam, gdzieby mógł znajdować się o téj godzinie. W Palais-National czy w kawiarni wojskowéj... tak, zaprawdę... biega po Paryżu wedle swojego zwyczaju; kręci się tu i ówdzie, zbiera nowinki, jak wszyscy urzędnicy bez miejsca.
Tymczasem stryj nie wracał, a godziny płynęły. Adrjan, który, w imie praw rewolucyjnych, przemienił także dawne zwyczaje rodziny i mianował się opiekunem stryja, począł go szukać po Paryżu; co, na piérwszy rzut oka zdawało się tak trudném, jak zadanie Telemaka szukającego ojca po archipelagach.
Dnia tego właśnie, piękna pora wszystkim paryżanom zalecała przechadzkę do Tuileries. Adrjan wychodził z ciasnéj i ciemnéj uliczki de l’Echelle, i w końcu ujrzał zieleniejący wiosennie ogród ex-królewski, który go jakoś ku sobie pociągnął.
Szukał tam stryja po wszystkich klubach pod gołém niebem, gdzie zacni obywatele, z laskami w ręku, krytykowali kréśląc arabeski po piasku, plany Hoche’a w Vosges, operacye wojenne Jourdan’a w Charleroi, marsze Klebera i niedocieczone tajemnicze pochody jenerała Marceau. W téj chwili, wszystek piasek w Tuileries na szérokich ulicach ogrodu nad rzeką zmienił się w karty geograficzne pod ręką taktyków nowych, dających surowe lekcye jenerałom Rzeczypospolitéj. Niezliczony tłum ciekawych otaczał każdą kupkę i śledził oczyma poruszenia lasek, kréślących siedém pochodów armji francuzkiéj pod komendą jenerałów Charbonnier i Desjardins przeciwko księciu Paunitz i dukowi Yorku. Nie potrzebujemy dodawać, że taktycy ogrodowi zbijali stante pede, laskami swemi, przeciwników i gnali ich do Wiednia i Berlina, popijając pogoń czekoladą.
Adrjan nie znalazł stryja w tym tłumie bojowniczym obywateli-tchórzów, którzy nie śpiesząc się do wojska, staczali wojny pod kasztanami Tuileries; powziął naturalnie myśl, że Klaudyusz Mouriez musiał być na posiedzeniu Konwencyi i skierował się ku sali Zgromadzenia, pewien będąc, że stryja znajdzie w któréj trybunie; ale w drodze, postrzegł na tarasie, kroczącego Klaudyusza z miną Jowisza piorunującego. Ten, zobaczywszy synowca usiłował gwałtownie gniew, którym buchał na zewnątrz, ukryć w sobie, ale Adrjan nie dał się oszukać udawaniem zbyt nagłém i dość niezręczném.
— Kochany stryju, rzekł mu, widzę, że masz się bić i nie odstąpię cię.
— Nie, Adrjanie, nie, odparł Klaudyusz ocierając czoło, głosem łagodniejszym jak fala po burzy; nie — jestem zupełnie spokojny... Wychodzę z Konwencyi, nadzwyczaj tam było gorąco. Wystaw sobie siedmiuset reprezentantów wszystkich w gorączce, a dwa tysiące ciekawych, chorych na wściekliznę, wszystko to razem wulkan, przy którym Wezuwjusz byłby lodownią.
— Stryju, rzekł Adrjan surowo, przywykłem na ciebie patrzéć, i znam cię dobrze. Wczoraj w teatrze, oszukałeś mnie, dziś chcesz mnie oszukać znowu. Jeśli tak sobie ze mną postępować będziesz, rzucę cię na łup namiętnościom twoim: jadę do matki i żaden twój list nie potrafi mnie więcéj ściągnąć do Paryża.
— No, słuchaj-że Adrjanie — rzekł stryj, biorąc za rękę młodego swego opiekuna i pociągając go z sobą w ciemną ulicę ogrodu — chcę odtąd szczérym być z tobą.
— Zacznijże stryju od dzisiaj.
— Właśnie zaczynam Adrjanie; wiedz naprzód, że wychodzę pełen oburzenia z posiedzenia Konwencyi.
— No, i cóż się tam stało? Czy Góra bierze się do reakcyi?
— Nie jeszcze, ale to przyjdzie. Tymczasem ludzie ci mnożą głupstwa olbrzymie. W téj chwili właśnie, zfabrykowali naprędce prawo, w którém niéma najmniejszego sensu... Chcą wygnać z Paryża wszystkie wdowy ex-szlachty? pojmujesz ich szaleństwo?
— A co ci to ma szkodzić mój stryju? spytał Adrjan z wyrazem twarzy okazującym, że rzecz rozumiał.
— W istocie, poniekąd, masz słuszność, to mi wszystko jedno.... ale....
— Ale! zobaczym co to będzie za ale?
— Ale zdaje mi się, że Konwencya, mogłaby lepiéj czasu używać. Co za głupota pokazywać światu, że mężczyzni kobiét się boją!
— Bo też stryju kochany są kobiéty niebezpieczniejsze od mężczyzn...
— Myślisz Adrjanie? spytał Mouriez z udaną naiwnością.
— Tak sądzę, stryju. Naprzykład tobie; jestli kto straszny, jestli kto kogobyś się mógł zlęknąć?
— Nikt.... a w dowód powiém ci, żem dziś rano dobrze utraktował Robespierr’a.
— No, a Robespierre co na to?
— Nic a nic; Robespierre, jak tylko jest sam jeden, gdy go nie otaczają ludzie, zwykł tchórzyć. Wielu jest śmiałków tego rodzaju.
— Otóż, kochany stryju, ty co się nie boisz nikogo nawet Robespierr’a, drżysz przed panią de Pressy.
— Dziecko! tyś dziecko Adrjanie! rzekł Mouriez z uśmiéchem studenta na rekreacyi.
— Jakkolwiek dziecko, odparł Adrjan, zgaduję teraz powód twojego gniewu przeciwko prawu wygnania, które świeżo ogłoszono; prawo to powinno było przynajmniéj zawierać wyjątek dla pani de Pressy... naówczas, nieprawdaż, byłoby wyborne?
Żart Adrjana widać było z jego głosu szyderskiego, ostrego, a Klaudyusz spuszczał oczy, jako panienka przed urzędnikiem, którego się lęka.
— Kochany stryju — mówił daléj młody człowiek biorąc z uczuciem za rękę Klaudyusza, i nadając głosowi swemu wyraz czułości poruszającéj serce — jeśli jesteś szczérze republikaninem, piękna ci się nastręcza zręczność pojednać z samym sobą. Jestem pewien, że znasz schronienie pani de Pressy: stań się jéj opiekunem; masz potężnych przyjaciół i użyj ich na dobre nie na złe. Grunt charakteru twojego wyborny; sprobuj cnoty, znajdziesz w niéj więcéj przyjemności niż w występku. Prawo srogie wypędza panią de Pressy z tego miasta, gdzie ją może tajemne jakie serca utrzymują związki; może to wygnanie dla niéj także jest wielkiém nieszczęściem; ja pójdę w twojém imieniu do niéj, będę jéj ofiarował naszę protekcyą i usługi, a ty stryju pozostaniesz na boku, w cieniu. Będzie umiała ocenić to pełne uszanowania usunięcie się twoje, i poświęcenie z taką delikatnością dokonane; jéj szacunek i przyjaźń będą ci słodką nagrodą, i zastąpią jéj miłość, któréj nigdy pozyskać nie możesz.
Klaudyusz słuchał mowy Adrjana z uwagą i rozczuleniem, i ściskając dłoń jego, odpowiedział mu:
— Kochane dziecko, jeśli uczynię jak ty mi radzisz, nie prawdaż zostaniesz ciągle przy mnie... bo mój kochany Adrjanie, czego się najwięcéj lękam, to ciebie utracić... Zazdroszczę mojéj bratowéj, matce twojéj... Gdy ty mi się u boku mego uśmiéchasz, niéma w tym tak pięknym ogrodzie, niéma promienia wiosennego, coby mnie zachwycał! Chcesz dobrego uczynku. Adrjanie, spełnię, co sobie życzysz, z warunkiem, że ci codzień za dobrą radę będę mógł dziękować.
— O! stryju, ja także, obiecuję ci wszystko, czegobyś tylko mógł od własnego wymagać syna.
— Nie trać czasu Adrjanie... słuchaj... oto już schrzypłym wywołują głosem: Prawo, które wygania ex-szlachtę z Paryża i miast nadmorskich... za grosz!
— Proszę o adres pani de Pressy?
— Sam cię zaprowadzę.
— Ale się nie pokażesz?
— Wszakżeśmy tak uradzili; pokażę ci tylko dom zdaleka...
Od téj chwili zachowali milczenie oba: Adrjan w myśli przygotowywał, co miał powiedzieć pani de Pressy.
W rogu ulicy Ś. Anny, Klaudyusz Mouriez wskazał zdala dom, w którym mieszkała piękna wdowa... Naznaczyli sobie, że się zejdą wieczorem, a Adrjan spytał szwajcara N. 42, o mieszkanie obywatelki Pressy.
Szwajcar przypatrzył się młodemu człowiekowi uważnie i nieznacznie okazał ruchem twarzy, że mina, głos wdzięczny i ubranie pytającego dobre na nim robiły wrażenie.
— Obywatelka Pressy, rzekł, w głębi dziedzińca, wschody na lewo, piérwsze piętro, drzwi na prawo.
Aniela przyjęła Adrjana, prosiła go żeby usiadł w salonie, i poszła o nim pani oznajmić.
Hrabina w kilka chwil potém nadeszła, poznała piérwszym rzutem oka poczciwego chłopca, który omdlał w jéj małym domku wersalskim, w uliczce Thiers.
Adrjan powód swych odwiedzin wyłożył jéj jasno, a wyrazy poczciwe jak twarz, żywe uczyniły wrażenie na pani de Pressy.
— Przytomność pańska tutaj, rzekła, przypomina dzień okropny; ale razem przywodzi na pamięć jego szlachetne postępowanie w tych chwilach, które o mojém życiu stanowiły. Nie lękam się wcale i mówię z całą otwartością.
Adrjan skłonił się i gestem zapewnił o najuniżeńszém poświęceniu.
— Prawo to, mówiła daléj P. de Pressy, wygania mnie z Paryża, ale nie będę kryć przed panem, że o pobyt w nim dbam mało; krok jego tém mnie pociesza, że mi dozwoli bez obawy zamieszkać w miejscu, które najlepiéj lubię...
— Gdzie? spytał Adrjan.
— W Wersalu.
— Chcesz pani zamieszkać w Wersalu?
— Tak, panie, wracam tam, dziś zaraz; wystaw pan sobie, że nie wiém nic, nie słyszę o niczém, że żyję w niewiadomości zarówno wielkich jak małych wypadków. Usunęłam się od świata najzupełniéj i jednakże nie ukrywam się, — po cóż bym się kryć miała? Wolę niebezpieczeństwo nagłe i niespodziane, niż ciągłą obawę; dla tego to znalazłeś pan drzwi moje otworem. Wersal, od czasu jakem go opuściła, tak mi był obcy, tak daleki — jak Dublin. Nie wiém, co się tam stało. Zapewniasz mnie pan, że bez obawy mieszkać tam mogę, — jutro więc opuszczam Paryż, i mam nadzieję, że się tam zobaczymy?
— Jeśli pani pozwolisz, ja to mogę ułatwić daleko dogodniéj. Mam przyjaciół w Wersalu; mogę tam wybrać sam dla niéj dom stosowny... i...
— A! panie, jeśli tam niema żadnego niebezpieczeństwa, w tym ślicznym moim Wersalu, bardzoby mi miło było, mieszkać znów w tym samym domu... w domu, który pan znasz...
— Czy pani mi polecasz go nająć?
— Jeśliś pan łaskaw... przyjmuję z wdzięcznością jego ofiarę.
Rozmawiano długo jeszcze, a Adrjan, w dalszéj rozmowie, okazał szlachetność swego charakteru, i wyjednał przebaczenie błędom dawnym Klaudyusza Mouriez.
Żegnając hrabinę, Adrjan odezwał się.
— Za kwadrans siadam na konia, powrócę przed zachodem słońca...
Pani de Pressy zostawszy sama, doznała dawno już nieznanéj sobie roskoszy; cieszyła się myślą powrótu do miejsca, które dla niéj tyle miłych i strasznych zawiérało wspomnień; ostatnie często tak są drogie sercu kobiéty!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.