Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVIII.
Wdowa i Wulkan.

Grano na teatrze Rzeczypospolitéj: Wdowę Malabaru, tragedyą, i Wulkan, fantazją Silvain’a Marechal. Na parterze, w lożach ścisk był wielki. Jedni przybiegli patrzéć na niewinne widowisko kobiéty palącéj się na stosie alexandrynów; drudzy poklaskiwać wulkanowi, który na bezludnéj wyspie wyprawiał wielkie auto da fe godeł rojalistowskich.
Między dwiema sztukami, mężczyzna wysokiego wzrostu wychylił się z loży swojéj, i przypatrywał się czas jakiś z natężoną uwagą dwóm kobiétom, które zdawały się incognito znajdywać na teatrze.
Widz ten usunął się potém w głąb loży i usiadł z widocznemi oznakami wzruszenia, które nie uszło oka młodego sąsiada.
Nie potrzebujemy malować i nazywać tych dwóch osób, bo je poznamy wkrótce.
— Kochany stryju, rzekł szydersko młody człowiek, ile razy pan w ten sposób patrzysz się na kobiétę, spodziewam się, że mnie nazajutrz pochwycą duchy niewidome i zaniosą znów do jakiéj chaty leśnika, w głąb lasów.
— Zdaje mi się, żem się omylił, rzekł drugi tonem, wcale przeciwną myśl wyrażającym.
— A ja, kochany stryju, szczęśliwszy jestem od niego, bom pewny, że się nie mylę. To ona.
— Kto? spytał stryj, udając że nierozumie.
— Kto? a, to powiém. Kobiéta, z któréj przyczyny Komitet cię zrzucił z miejsca, z któréj przyczyny byłeś jedną nogą w grobie, po pchnięciu hrabiego de Pressy.
— A więc z przyczyny kobiéty zostałem zrzucony! przerwał stryj, kłamiąc zdziwienie.
— Nie mówię, żeby ona swojemi związkami zrzuciła cię z ważnego stanowiska, które zajmowałeś w Wersalu; ale denuncyacye nieprzyjaciół twoich odkryły Robespierrowi wszystkie twe wycieczki, i odjął ci miejsce, choć twój przyjaciel. Zresztą, miał słuszność. W teraźniejszych czasach nie dają się pogodzić obowiązki urzędnika z awanturnictwem miłośném.
— No, mój kochany Adrjanie, kiedy tak, to mi moje zrzucenie wraca zupełną swobodę, rzekł stryj uśmiechając się. Teraz przed nikim rachunku czynności nie winienem.
— Prócz, mnie.
— Tobie? myślisz, że całe życie będę pod kuratelą synowca?
— Nie wiém, ale ja nie myślę się jéj wcale wyrzekać.
— Myślisz mi być zawsze opiekunem?
— Zawsze, — sto razy ci to mówiłem. Zajmuję przy tobie miejsce zmarłego brała; nie twojego honoru strzegę, ale honoru ojca mego i własnego.
— Ale co cię za szał napadł, mój Adrjanie, w twoim wieku grać rolę Katona!
— Naprzód, stryju mój, nie wiém zupełnie w jakim wieku Kato rozpoczął swój urząd, a raczéj missję Cenzora; powtóre, myślę, że ludzie młodzi już w naszych czasach rozum mieć powinni, gdy ci co są młodzi jeszcze, nie wiele go okazują.
— Adrjanie, więcéj cię na teatr nie poprowadzę.
— A ja, będę stryja prowadził ciągle.
— Milczmy, zaczynają sztukę Silvaina-Marechal.
W tejże chwili, w innéj loży, dwie kobiéty rozmawiały także, między aktami, i zdawały się bardzo poruszone. Młodsza z nich i piękniejsza mówiła do drugiéj:
— Moja Anielo, pókim oczu łzami wylanemi popsutych nie miała, poznawałam każdego w teatrze, chociażby najdaléj... Ty, Anielo cóś mniéj płakała odemnie, czy poznajesz tego człowieka, który na nas patrzy z loży przeciwległéj?
— Zdaje mi się, pani hrabino...
— O! dajże pokój tym tytułom między ludźmi, przerwała żywo młoda kobiéta — daj mi pokój z hrabiną proszę cię.
— Zdaje mi się, pani, kończyła Aniela wpatrując się w punkt wskazany... zdaje mi się w istocie, że poznaję tego człowieka! poznaję go raczéj po ruchach, po postawie niżeli po twarzy, któréj dobrze widzieć nie mogę... bo w teatrze dość ciemno.
— Jakże ci się zdaje, kto to taki, Anielo?
— To — zdaje mi się — o! mój Boże, chciałabym się mylić! To... Klaudyusz Mouriez.
— Anielo... drészcz mnie przebiegł jakiś, nie mylę się to on... poznaję także po figurze jego sąsiada, tego młodego człowieka.
— Naraża się zwykle na takie spotkanie, bywając w miejscach publicznych...
— A! mój Boże! zawołała hrabina z głębokim westchnieniem, alboż wiém co począć z sobą? Nie mam celu żadnego w mojém smutném życiu. Chciałam na wieki zagrzebać się w moim zamku; i poznałam, że mi ta samotność nie starczyła. Ten nudny margrabia d’Holbein, wypędził mnie ztamtąd, a on był tylko zwiastunem tłumu Holbeinów, któryby mnie obiegł późniéj. Mężczyzni mają passję latać za kobiétami, które się usuwają od świata, zawsze pod pretextem rady i protekcyi, a każdy z nich sam chce być jedynym protektorem. Doświadczenie wdowieństwa oddawna mnie tego nauczyło.
— O! to prawda, pani, zauważyła Aniela.
— Tak, mówiła dalej hrabina, położenie moje na wsi stawało się nieznośne. Musiałam się schronić do Paryża. Ogromny Paryż zdawał się pustynią większą od naszego zamku w lesie. Są zwłaszcza chwile, jak ta, gdy w Paryżu tylko mieszkać można, właśnie dla tego, że i on jest nieznośny. Przynajmniéj tu historją mamy pod oknami, — nie łudzą nas codzień, jak na wsi, komerażami wiejskich klubów. W Paryżu życie okropne to prawda, ale przynajmniéj, wie się dokładnie jak się żyje. Nie łudzim się, przerzucamy co dnia po karcie rewolucyą jak księgę; z tą różnicą, że historja czytana często nas zwodzi, a historja widziana nie myli.
— O, ja jestem całkiem zdania pani, odparła Aniela.
— Ale, moja dobra Anielo, jest czasem fatalność, co wszystkie plany łamie, a szczególniéj moje. W chwili, gdym się cieszyła z mojego postanowienia, fatalność ta pchnęła mnie tu, na ten teatr, dając mi lekcyą wdowieństwa... ten człowiek okropny zapędził by mnie na drugi koniec świata... bo moja Anielo, to on niechybnie, to Klaudyusz Mouriez, a ja jutro już nie będę w Paryżu...
Mówiłaś mi pani, że na ostatniéj sztuce być nie chciałaś...
— Niech mnie Bóg broni od tego! Przyszłam na teatr, żeby się dowiedzieć, wiész to najlepiéj, — co może mówić i robić w tragedyi wdowa, kiedy to rzecz przyjęta, że teatr jest nauką moralności, ale w téj szkole nicem się dziś nie nauczyła.
— Można się było tego spodziewać, pani.
— Ja się zawsze spodziewam zawodu, ale dziś wieczór przeszedł oczekiwanie moje. Co się tycze sztuczki pana Silvain, cieszę się, że jéj widzieć nie będę.
— A więc wychodźmy pani.
— Tak, ale wynijdźmy powoli, ostróżnie. Zostaw nawet płaszczyk twój na poręczu loży, jakbyśmy powrócić mieli.
— Zginie pani.
— To pewna, ale tracąc tę bagatelę, możemy zyskać cóś na tém. Jeśli to Klaudyusz Mouriez siedzi naprzeciwko nas, oszuka go płaszczyk; ja go znam, gotów by śledzić, jeśliby mu się zdało, że wychodzim.
Ale Klaudyusz Mouriez nie był tak dobroduszny by go płaszczykiem Anieli zwieść było można: rozmawiając z synowcem Adrjanem, okiem wprawném śledził każdy ruch pani de Pressy, i ujrzawszy ją wstającą, rzekł do synowca od niechcenia.
— No! no! skończy się na tém, że zostaniesz doskonałym synowcem w swoim rodzaju... chętnie pójdę za radą twoją... ale że mnie ta rozmowa wielce wzruszyła, pójdę cokolwiek powietrzem wieczorném odetchnąć, do końca międzyaktu. Poczekaj tu na mnie.
Synowiec dopuścił się tu błędu, który zwykle popełniają stryjowie, uwierzył protestacyi i uścisnął rękę Klaudyusza Mouriez.
Ten powolnie otworzył drzwi loży, jak człowiek, któremu wynijść nie pilno, i znalazłszy się w korytarzu, pośpieszył żywo ku wschodom, dając się zaćmić rozmaitym wychodzącym i wchodzącym, by zniknąć z oczów.
Pomimo prostoty republikańskiéj stroju, hrabina nie mogła ukryć wdzięku swéj postaci i chodu; Klaudyusz Mouriez poznał ją zaraz w pośród tłumu zchodzącego z nią ze wschodów. Kiedy niekiedy Aniela odwracała głowę, jak straż wierna swemu celowi; ale Klaudyusz ukrywał się szybko przed jéj wzrokiem, a hrabina uspokojona przez Anielę, łatwo sobie dała wmówić, że niebezpieczny prześladowca jéj nie ścigał.
W tym czasie ulice Paryża dość jeszcze były ciemne, a rzadko rozstawione rewerbery, czyniły je czarniejszemi jeszcze; kobiéty same nie śmiały się w nie zapuszczać po godzinie dziewiątéj wieczorem, nawet w najpiękniejszéj porze. Dziewiąta biła właśnie, gdy hrabina z Anielą weszły na ulicę Ś. Anny, gdzie było skromne ich mieszkanie. Kilka jeszcze sklepów w pół otwartych, błyskały słabwm lamp światłem mięsząjącém się z jasnością rewerberów i zdradzały rzadkich w tych cieniach przechodniów.
Aniela, ciągle posłuszna rozkazowi, odwracała głowę za siebie, ale wejrzenie to szybkie spotkało tylko kształty niewyraźne i mgliste, których pochwycić nie mogła.
Wśród tych postaci prześlizgujących się w ulicy Ś. Anny i przesuwających po pod domami, nie poznała Klaudyusza Mouriez; ale on nie stracił z oczów dwóch kobiét, których białe suknie byłyby w najczarniejszéj zdradziły nocy.
Kobiéty zatrzymały się przed numerem dwónastym; dało się słyszeć uderzenie młotem, wrota otworzyły się i natychmiast zamknęły za niemi.
Klaudyusz z największą ścisłością dom rozpatrzył, by go nazajutrz rozpoznać, bo po ciemku numeru wyczytać nie mógł. To dopełniwszy pobiegł szybko do teatru, by wrócić z Adrjanem razem. Wulkan Silvain’a już się był rozpoczął; Adrjan surowo spójrzał na stryja, i rzekł mu:
— Zdaję mi się, że trochę za długo oddychałeś powietrzem wieczorném.
— Spotkałem się pod perystylem z Barrerem, rzekł Mouriez siadając od niechcenia, rozmawialiśmy o dzisiejszém posiedzeniu Konwencyi.
Adrjan potrząsł głową tylko, jak gdyby mówił.
— Cóś mi to na bajkę wygląda.
Parter zawołał — cicho! do loży, a Klaudyusz Mouriez byłby mu tą razą ochotnie za surową naukę podziękował.
Stryj i synowiec przypatrywali się Wulkanowi, jak się pogląda zwykle na sztukę sławną a nieznaną. Silvain-Marechal ułożył swój dramat, dziś całkiem zapomniany, z dosyć ciekawych materjałów. Wychowanek Voltair’a pożyczył z jego Kandyda karnawału Weneckiego; ale przesadził go jeszcze, zgromadza bowiem swoich dostojnych gości na bezludnéj wyspie, a wulkan wybuchający ostatnim jest jéj aktem i chłonie co żyło. Autor Wulkanu miał dowcipu dosyć, wiérsz jego zręczny; ale to dzieło rewolucyjne jest niesłychanie zimne i nie przydało jego sławie, pomimo wielkiego sukcessu, jaki mieć musiał wybuch wulkanu na końcu umieszczony.
Gdy zasłona zapadła, Klaudyusz Mouriez uderzył pięścią w poręcz loży i rzekł wstając:
— Oto sztuka co mi dawne uczucie w sercu rozgrzewa! Adrjanie! wstyd mi doprawdy mego próżniactwa, muszę się wziąść do pracy, muszę być czémś znowu...
— Stryju, odparł Adrjan, nie urodziłeś się na polityka, uznałeś to nie raz w chwilach zastanowienia chłodniejszego. Byłbyś wcale dobrym republikaninem w fałszywych rzeczypospolitych Rzymu lub Wenecyi, ale w naszéj, wierzaj mi, zawsze zdradzisz stronę niemoralną i zbyt zmysłową swego charakteru. Mądry Kato, którego cytowałeś przed chwilą, miał sto niewolników płci obu, obchodził się z niemi bardzo ostro, mówi historja; a pomimo to był tęgi republikanin.
— Prawdziwie, kochany synowcze, rzekł Mouriez podając mu rękę do wyjścia, masz mnie za człowieka zupełnie zniewieściałego?
— Mam cię stryju, za to, czém w istocie jesteś?
— Masz mnie za człowieka bez energji, bez odwagi, bez popędu?
— Nie! o! nie! jesteś owszem energiczny i mężny, ale to nie stanowi jeszcze republikanina; z tém można być dobrym jenerałem kawalerji. Republikanin winien być wstrzemięźliwy, skromny, ubogi, obyczajów czystych; musi dać z siebie przykład wszystkich cnót obywatelskich; żołnierz za to będzie wzorem cnót militarnych — mieszkamy w mieście nie w obozie.
— No! no! Adrjanie — skorzystam z twych rozróżnień trafnych, których cię retoryka wyuczyła — będę odtąd wstrzemięźliwy jak Curius Dentatus, a czysty jak Scypion.
— Stryju, będziesz czém byłeś — Klaudyuszem Mouriez, i nie potrafisz wykierować się na Greka, ani na Rzymianina.
— Zobaczymy późniéj czém ja będę, odparł Klaudyusz — to do mnie należy.
— Ale zarówno i do mnie, stryju — zapominacie bo o tém zawsze!
— No! no! i do ciebie! jeśliś się już uparł wcielić się w stryja. A zatém, synowcze, jutro odwiedzę Robespierra, powiém mu, żem się wyrzekł starego człowieka, i będę go prosił o umieszczenie w adminislracyi.
— Na prowincyi? stryju?
— O, na teraz, nie! w Paryżu!
— Stryju, przerwał Adrjan z surowém wejrzeniem, jest to determinacya, która nowéj jakiejś chętki dowodzi.
— Dziecko jesteś! no! wytłumacz mi się z tego.
— Tłumaczyć się nie będę — ale jestem tego pewny, żeś odkrył schronienie hrabinéj Margarety, i to twoją ambicyę rozbudziło.
— Adrjanie, przyjacielu — odezwał się Mouriez oczéwiście zakłopotany, nie obwiniaj, poczekaj.
— I owszem, stryju! ale nie długo poczekam, zobaczysz.
Przyszli na próg domu, na ulicy de l’Echelle: pokazała się gosposia Klaudyusza Mouriez z lampą w ręku, skrzywiona i odezwała głosem surowym.
— Uczciwi ludzie nie o téj godzinie do domu wracają — mogłeś zanocować gdzie byłeś.
Straszliwy Klaudyusz Mouriez schylił głowę, i jak dziecię skarcone poszedł cicho do swojéj izdebki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.