Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVII.
Dwakroć wdowa.

Margrabia d’Holbein, w piérwszych latach panowania Ludwika XVI, uchodził za zalotnisia i galanta.
W r. 93, był to człowiek pięćdziesiąt pięć letni, wysokiego wzrostu i wspaniałéj postawy, co zawsze nieposiadających tych przymiotów nieco upokarza; oko jego miało w sobie wyraz niewieściéj słodyczy objawiający brak myśli; cera dziecinnéj świéżości, była godłem duszy, któréj żadna gwałtowniejsza namiętność nigdy nie dotknęła. Od bardzo dawna, margrabia d’Holbein, przezwany pięknym d’Holbein przez wiejskie wdówki, nabył zwyczaju ciągłego wpatrywania się w posadzkę lub sufit, aby nie przeszkadzać ciekawym uwielbiać swe wdzięki, i rozpatrywać się w jego osobie lub wytwornym stroju.
W godzinie na wizyty przeznaczonéj, pan d’Holbein, sąsiad zamku de Pressy, nigdy nie omieszkiwał złożyć swe uszanowanie pięknéj wdowie hrabinie Margarecie; wyperswadował był sobie z najlepszą wiarą w świecie, że przytomność jego i rozmowa, były dla niéj wielką pociechą w smutku i nudach, i poświęcał, przez ludzkość jako dobry sąsiad, długie godziny pani hrabinéj, mogąc je zająć polowaniem lub przechadzką po lesie swoim i parku.
Często pani de Pressy, która nie domyślała się poświęcenia swego sąsiada, któréj nawet odwiedziny te poczynały się wydawać trochę ciężkie, wyszukiwała rozmaitych powodów, by nie wyjść do salonu. Gdy służący, ze zwykłą swemu rzemiosłu śmiałością, przyszedł oświadczyć margrabiemu od hrabinéj jak ją bolało, iż mu służyć nie mogła, margrabia wpatrzywszy się w sufit, żądał pióra i papiéru i rozmaite wypisywał warjacye z następującego tematu:
«Margrabia d’Holbein składa uszanowanie swe pani hrabinie; czci on i szanuje boleść słuszną, którąby rad osłodzić, i przybędzie jutro dowiedzieć się, czy dzień następny mniéj jedną łzą nie wysączył.»
Taki lub podobny napisawszy bilecik, składał go z powolnością wspaniałą i oddawał służącemu, ciągle wpatrując się w sufit.
Służący ten, odebrał był raz na zawsze rozkaz od pani de Pressy, żeby jéj bilecików nie oddawał, a margrabia oddalał się rojąc domysły różne o skutkach, jakie zręczne jego frazesiki wywrzeć mogły na sercu młodéj wdówki, osamotnionéj wśród lasów.
Kobiéta żyć umiejąca, potrafi walczyć z godzinami znudzenia, gdy ujrzy, że jéj taktyki nie rozumieją, i exkluzji przypuścić nic chcą, choć ją wyraźnie wskazuje. Po dwóch dniach odprawy, hrabina Margareta musiała przyjąć pięknego sąsiada, który usiłował nagrodzić sobie dni stracone, i stawał się przyjemnym, ciężko przyjemnym, jak to niektórzy być umieją, na postrach i plagę salonów.
Po dwudniowém niewidzeniu, margrabia d’Holbein zawsze sobie wyrozumował, otwierając fórtkę parku przyległego ogrodowi hrabinéj: — Pani de Pressy jest w ósmym miesiącu wdowieństwa — to już wiele! Kobiéta ta wiedzie życie jak najprzykładniejsze, nie przyjmuje nikogo a nikogo od śmierci swego męża, prócz mnie. To wiele! Rzecz ma znaczenie. Pani de Pressy walczy — pojmuję! Zgaduję nawet, że niekiedy zdobywa się na stanowcze kroki by uniknąć ze mną widzenia się na cztéry oczy; ale trzeciego dnia wszystkie te postanowienia giną.. To wiele! W istocie ta awanturka wiejska ma swój pewien wdzięk!... Jestem z panią de Pressy nadzwyczaj wstrzemięźliwy, niezmiernie ostróżny, za co mi musi być wdzięczną, a gdy przyjdzie chwila wylania się, usłyszę za to z jéj pięknych ust wyrazy wdzięczności, które mi w najwyższym stopniu pochlebią. Co tu sztuki i wprawy potrzeba mężczyznie w tak delikatném położeniu! Stu innych na mojém miejscu, byliby już wszystko nagląc popsuli.. ale ja znam ludzi... Ja, tyle mając powodów odwagi i nadziei wygranéj.. co czynię? Nic — zupełnie nic.. Czekam! To wiele!
Dnia tego, margrabia d’Holbein, wchodził poważnie na wschody gankowe i zatrzymał się w sieniach, udając przed sobq, że się przypatruje starym mappom, które ściany zdobiły. Nikt się nie ukazywał.
— Niema służących... rzekł poczynając monolog z nadzieją, że go zakończy dyalogiem — niema służących, by oznajmili o przybyciu margrabiego d’Holbein?
Echo sieni odpowiedziało na te słowa posępném mruczeniem.
Na prawo, drzwi salonu szeroko były otwarte, jakby wzywając do wnijścia.
D’Holbein zlekka zapukał, stuknął korkami trzewików, odetchnął silnie, ośmielił się spójrzeć wyciągając głowę, i ujrzawszy w salonie pustki, wszedł.
— Ale cóż się stało ze służącemi pani de Pressy? zamruczał półgłosem chcąc cóś powiedzieć. Dotykać począł mebli, książek, obrazów, kwiatów, żeby z sobą cóś zrobić i dać sobie przyzwoitą postawę w obec siebie, gdyż dwa ogromne zwierciadła odbijały wspaniałą jego figurę i twarzyczkę zestarzałego cherubinka.
Po godzinie próżnego oczekiwania, chód dał się słyszeć w sieni; margrabia d’Holbein rzucił jeszcze okiem na zwierciadła i ukazała się hrabina.
Młoda wdowa nie miała pewnie żadnéj myśli zalotności w tém ustroniu, w którém pogrzebła wdzięki swoje, a jednak — niezbadane są serca kobiécego tajemnice! ubrana była, zapewne dla własnéj przyjemności, starannie i z wytworem, który nie rażąc praw wdowieństwa, w oczach złośliwych, mógł ją dać w posądzenie o jakieś zamysły.
Piękne jéj czarne włosy, przybrały kształty fantazyjnego stroju z czasów Ludwika XIII; wycięcie czarnéj jéj sukni wdowiéj zbyt może okazywało obnażone ramiona, ale na to miała wymówkę w gorącéj porze roku.
Rzekłbyś, że Julja de Vergennes weszła na salon amfitryty w hotelu Rambouillet. Brakło tylko salonowi zamku de Pressy, pięknego wielkiego świata z wieku Ludwika XIII; pusty był niezmiernie, bo go napełniała nuda w osobie margrabiego d’Holbein.
Widząc margrabiego, pani de Pressy, mimowolnie wzdrygnęła się, ruchem zrozumiałym dla pokornych, który, próżni i dumni umieją sobie na swą korzyść wytłómaczyć.
Ruch ten i wzdrygnienie jasno znaczyły:
— A! mój Boże! znowu ten wieczny margrabia d’Holbein.
Margrabia skłonił się, i biorąc rękę hrabinéj, dotknął jéj usty zimnemi a pełnemi szacunku.
— Mam nadzieję, hrabino, rzekł pompatycznie — że lekka jéj słabość, nie pociągnie za sobą żadnych następności....
— Nie byłam słabą, odpowiedziała hrabina, wskazując ze znaczącém zaniedbaniem fotel gościowi, nie wychodziłam w tych dniach do salonu, bom miała do uporządkowania papiery familijne — i to mi cały mój czas zajęło.
— Oddano pani bilecik mój wczorajszy i pozawczorajszy.
— Odebrałam je.
— Napisane były naprędce, tutaj.. ale są wyrazem najszczérszych uczuć moich... Wiész pani jak mnie żywo zajmuje...
— Margrabio d’Holbein, przerwała hrabina wyrywając kwiatek z japońskiego naczynia — jak to być może, żebyś pan, jeszcze tak młody i zdrów, siedział w swoim zamku, gdy wszystka szlachta Wandei, idzie pod chorągwie królewskie?
D’Holbein wcale się nie spodziewał tak żywego natarcia; cofnął się mimowolnie w axamitne głębie swojego fotelu, i zamruczał naprzód buntującemi mu się usty, kilka zgłosek nie mogących złożyć słowa; nareszcie z pomocą niucha tabaki, którego resztki długo otrzęsał z koronkowych żabotów, zdobył się na odpowiedź.
— Tak pani, tak — często — bardzo często o tèm myślałem.. i mówiłem sobie.. w istocie jest obowiązek święty.. jest tam obowiązek honorowy do spełnienia.. Ale, jeśli mi pani pozwolisz mówić otwarcie...
— Tak, mów pan otwarcie, odezwała się hrabina udając, że wącha kwiatek, by ukryć ironiczny uśmiech.
— Otóż pani, odparł żywo d’Holbein nie wiedząc spełna co powié — głęboko, bardzo głęboko, zastanawiałem się nad tém.. Między nami, rojalistami, możemy to sobie powiedzieć po cichu, że nieszczęsne roztérki powstały między dowódzcami Wandei; wieśniacy niewiele mają ochoty słuchać swych dowódzców szlachty, wolą naczelników wyszłych z ich stanu.. Jest to bardzo ważna uwaga.. Po cóż, rzekłem sobie, iść na tę wojnę, by patrzeć na te drobne zawiści? które, jeśli się Bogu podoba — znikną wkrótce, bo wszyscy wreszcie zrozumieją, wodzowie i żołnierze, że dobro wszystkich jest w jedności i zgodzie... Gdy ta godzina pojednania nadejdzie.. o! natenczas, pani, wiém co mi należy uczynić dla honoru familji i imienia mojego...
Wyrzekłszy te słowa, d’Holbein powstał i przybrał postawę Ajaxa, wpatrując się w sufit.
— A! zawołała hrabina z wyrazem głosu i wzroku, którego nie dostrzegł margrabia — a! panie d’Holbein? to więc jest powodem, że Wandea pozbawiona została tak mężnego obrońcy!
D’Holbein spójrzał nagle na hrabinę, i zdało mu się, że myśl głęboką i jasną wynalazł.
— Pani, rzekł ze wzruszeniem, obiecałem mówić z nią otwarcie, i przyrzeczenie moje zgwałciłem...
— Dobrze, odpowiedziała hrabina z uśmiéchem, na drugi raz wiedzieć będę jak się pańska otwartość nazywa.
— Pozwolisz pani, mówił daléj margrabia skłaniając się bardzo pokornie, pozwolisz pani.. W chwili gdym miał mówić z tą otwartością, któréj pani tak jesteś godna, zabrakło mi odwagi..
— Niech się pan uspokoi.. niech się pan nie lęka.. panie d’Holbein..
— Kiedy pani raczysz mnie swą boską prawdziwie dobrocią ośmielać, będę całkiem już szczéry.. Tak pani.. widziałem jéj boleści, jéj nudy, jéj odosobnienie.. i poświęciłem się nawet z ofiarą mego honoru, żebyś pani miała przy sobie głos przyjaźni, głos pociechy; żeby ożywić tę pustynię jaką tu wojna uczyniła dokoła; wreszcie, wyznam wszystko, by na twe usługi pani, oddać człowieka, który przywykł do dworów i salonu, który się zaszczycał względami najdystyngwowańszych kobiét, który wśród wieku, w którym się wszystko zatraca, zachował tradycye dobrego smaku i życia wielkiego, będące wdziękiem wszystkich czasów i wszelkiéj pory..
Po tém wyznaniu, P. d’Holbein rozwinął chustkę i otarł kilka kropli potu z zaczerwienionego czoła.
— Prawdziwie, panie d’Holbein, rzekła hrabina z wdzięcznie zaokrąglonym ukłonem — nie spodziewałam się takiego wyznania. Jest to ofiara, poświęcenie godne jego grzeczności, i wielce mnie dotykające..
— Te wyrazy, te słodkie wyrazy pani, rzekł margrabia wzruszony, są dla mnie już nagrodą.
— Więc panie d’Holbein, kończyła hrabina de Pressy, przypuszczając nawet, że owe zawiści, które jak mówią exystują między wodzami wandejskiemi, usłaćby mogły, pan byś wytrwał pomimo to w swém poświęceniu się dla mnie.
— Nawet w takim razie! rzekł d’Holbein pięścią uderzając o kolano.
— I nie poszedłbyś pan na wyprawę?
— Nie, pani.
— Nie zaparłbyś się pan tego poświęcenia honoru swego, poświęcenia nieustannego i tak już trwającego długo?
— Aż do śmierci, do śmierci, stawiam się na próbę i proszę o nią.
— Tak więc, w panu jednym, mam mieć towarzystwo moje całe!
— Jedyne! A! pani, gdzieżbym ja mógł znaleźć wdzięczniejszy salon nad ten, w którym jaśniejesz pięknością swoją.. A ty pani, pozwól to sobie powiedzieć, gdzieżbyś znalazła serce jéj wyłączniéj poświęcone, więcéj przywiązane, nadewszystko w téj straszliwéj epoce, w któréj wszędzie królują egoizm i nienawiść? Zawsze przyjaciel był rzadkim; dziś go już nie widać.
— Przynajmniéj, szepnęła hrabina, wiém już teraz co mnie czeka.
— Tak! to nieuchronne.
— Otwartość pańska, panie d’Holbein, wielką mi sprawia ulgę.
— Od dwóch miesięcy pani, rzekł ogniście d’Holbein, wyznanie to krążyło na ustach moich, ale mnie dziecinny skrupuł wstrzymywał.
— Margrabio d’Holbein, odezwała się wstając hrabina, nie spodziewałam się tu go znaleźć, czekają na mnie na górze, z ułożeniem jakichś tam papierów sądowych, żegnam pana dziękując mu za jego otwartość i wyznanie to, z którego korzystać nie omieszkam.
Margrabia chciał rozpocząć na nowo, niosąc rękę hrabiny ku ustom, ale ręka ta cofnęła się szybko i pożegnała go tylko skinieniem. D’Holbein tryumfalnie zszedł ze wschodów gankowych, a postępował tak lekko, że pod stopami jego ledwie uginały się trawy w alejach parku.
Wróciwszy do domu, wziął piérwszy tom Nowéj Heloizy, i po połowie frazesu zapożyczając z każdego listu Saint-Preux, ułożył z tych kawałków długą i piękną odezwę, którą nazajutrz miał wręczyć hrabinie de Pressy.
— To będzie uderzenie stanowcze! rzekł d’Holbein, odczytując list Jana-Jakóba Rousseau.
Z jakąż niecierpliwością oczekiwał nadejścia szczęśliwéj godziny, któréj wzywał od niebios łaskawych! Wreszcie — godzina wybiła.
Zielone sklepienia drzew zdawał się dosięgać głową, idąc do zamku hrabinéj, i powtarzając frazes z Heloizy, który zręczném słów obrótem potrafił zmienić do niepoznania: Władze niebieskie, dałyście mi duszę do znoszenia nieszczęścia, dajcie mi siłę znieść szczęście moje.
Wstąpił na wschody ganku pogodniejszy niż zwykle, i nieco się zdziwił widząc przed sobą drzwi zamknięte.
— Rozumiém tę ostróżność! rzekł do siebie zastanowiwszy się nieco.
Zadzwonił raz, potém dwa; dzwonek rozbudził drzemiące echa sieni, a wewnątrz ani głosu, ani ruchu.
Otwarła się tylko fórtka do sadu i ogrodnik wyszedł.
D’Holbein surowo a dumnie spéjrzał na niego, i nie racząc się odezwać nawet, pokazał mu drgający jeszcze konwulsyjnie sznurek od dzwonka.
Ogrodnik kiwnął głową, ale kiwnięcia tego nie zrozumiał margrabia.
— Pani hrabina wyszła? spytał d’Holbein.
— Nie, panie, odparł ogrodnik.
— A czemuż nie otwierają mi?
— Bo dziś rano, pani hrabina wyjechała.
— Do?..
— Do Paryża, pocztą..
— Nie podobna!
— A! jeśli nie podobna, rzekł ogrodnik, niech pan tu sobie na ganku poczeka, to może na przyszłe lato powróci.
Ogrodnik ukłonił się i odszedł.
Margrabia d’Holbein, wpatrzył się w facyatę zamkową, wszystkie okna były pozamykane. Zszedł z ganku, przeszedł pod stajnię, pod oborę, psiarnię — wszystko stało zaparte, milczące, opuszczone. Postanowił czekać nocy pod drzewami przed zamkową bramą — nikt się nie ukazał. Niepodobna było wątpić o wyjeździe. Margrabia ciągle trzymając list swój w ręku i bijąc po nim palcami, rzekł wreście:
— Teraz rozumiem, tu kobiéta widziała się zgubioną — uciekła!.. ale powróci!
Schował starannie list do wielkiego pugilaresu, i otworzył furtkę swego parku, zawsze bardzo rad z siebie, ale niemniéj trochę strapiony, że hrabina tak się go przelękła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.