Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXV.
Rana i lekarz.

— Tak kochany Andrzeju, mówił Roucher chowając rękopism jakiś do portfelu swego, nareście uczyniłeś postanowienie bardzo rozumne. Uważam cię teraz za ocalonego.
— Za szybko decydujesz mój przyjacielu, mówił Chenier siedząc przed kominem, w którym palił listy, ocalony jestem jak człowiek, co go burza nagim i stłuczonym na puste rzuci wybrzeże.
— Ha! mój drogi, i puste wybrzeże cóś warto — jest to nadzieja jutra.
— A potém?
— Potém — Opatrzność.
— Opatrzność była dla wszystkich, co z nędzy poginęli.
— Ci co zginęli, zwątpili.
— Przyjacielu Roucher, wcale nie jestem w humorze rozbierania z tobą problemów metafizycznych; co innego ty i ja mamy teraz do czynienia.
— Co do mnie Chenier, jam gotów.
— Ja się przygotuję; ale jeśli tak ciągle mówić będziemy, nigdy tych listów nie popalę, bo je odczytuję na prędce przed zniszczeniem.
— Na co je odczytywać? spal razem wszystkie te szpargały: ogień najskuteczniéj poprawia głupstwa naszéj przeszłości. A! gdyby tak tylko wszystkie razem głupstwa popalić można!
— Cóż z tym zrobić? rzekł ze wzruszeniem Chenier pokazując piérwszy długi list hrabinéj Margarety.
— Pal wszystko mówię, pal razem, nie rozbierając, jak Juljusz Cezar spalił listy Pompejusza po zwycięztwie pod Farsalją.
— Spalić ten list! zawołał Chenier poglądając nań oczyma pełnemi czułości i boleści.
— Od tego potrzeba było zacząć, Chenier.
— Kochała mnie, gdy to pisała.
— Dzieciństwo mówisz, dobry mój Chenier, jak dójdziesz pięćdziesięciu dwóch lat, które ja mam, nie będziesz tak naiwnym.
— Roucher kochany, i tyś tak wykrzykiwał w moim wieku!
— Otóż się mylisz przyjacielu, nie znałem bliżéj w mojém życiu nad trzy kobiéty, a z przyczyny ich nie miałem nigdy wielkiéj zgryzoty.
— Dobrześ je wybrał.
— O! wybornie.
— I zapomniałeś o nich?
— Kocham je dotąd, i zawszem radził przyjaciołom moim, żeby o nich wiersze pisali. Te kobiéty natchnęły mi w życiu najlepsze wiérsze.
— I drukowałeś je?
— W moich dziełach kompletnych.
— I imiona?
— Tak! i imiona — Heleny, Didony i Kleopatry.
— Roucher, żarty twoje bardzo być mogą dowcipne, ale są nie w miejscu.
— Nie sądzę, wszakżeś się rozśmiał?
— Jak się śmieje, gdy łez zabraknie. Roucher? jak myślisz czy pora się ruszyć?
— Nie jeszcze, rzekł Roucher przez okno spoglądając na pola i niebo... Noc jeszcze nie dosyć ciemna.
— Dla mnie noc już ciągła.
— Chenier, miéj się na baczności, byłeś konwalescentem, żeby nie było recydywy.
— Pojmujesz ty tę kobiétę? rozumiesz ty ją? rzekł Andrzéj mnąc w rękach list drogi.
— Pojmuję ją doskonale, przyjacielu, mam-że ci to ciągle powtarzać?
— Tak, powtarzaj, dopóki nie zrozumiem.
— A to rzecz bardzo prosta.
— Kto? kobiéta?
— Nie, wypadek. Wszystko cóś mi opowiadał mój kochany Chenier, naprowadziło mnie na dobrą drogę. Mąż téj pani, hrabia de Pressy, jest zabitym rojalistą; komenderował bataljonem szwajcarów 10 sierpnia, i imie jego powtarzane było często w przyjacielu ludu, z przyprawą najróżniejszych przekleństw. Ten hrabia ukrywał się gdzieś w jakim lochu swojego hotelu, puściwszy żonę na opatrzność Boską; nagle horyzont rojalistowski, w jego oczach przynajmniéj zaczyna się rozjaśniać; cztéry departamenta powstają przeciw Rzeczypospolitéj; Tallien, wcale nie podejrzany, donosi konwencyi najstraszniejsze wieści; monitor 10 maja ogłasza, że chorągiew białą wywieszono w Loudun. Stokroć tego dosyć by wrócić życie temu tchórzowi de Pressy, wychodzi z kryjówki swojéj i wraca do żony, w chwili, gdy ta żona nie myślała już o nim, a daleko więcéj o swojéj swobodzie.
— Dosyć to trafne, rzekł Chenier poprawując starannie list zniszczony, i przypuściwszy to co mówisz, mój Roucher, przypuszczając to jako wcale prawdopodobne, pani de Pressy nie mogła inaczéj ze mną postąpić; uczyniła co była powinna. Mąż, pan, ze swemi prawami stanął przed nią; kobiéta musiała milcząc go posłuchać.. Biédna Margareta! Tak! Roucher.. teraz sobie przypominam! Głos jéj z ostatnim pożegnaniem brzmi jeszcze w uchu mojém. Pożegnanie to tak pełne było, uczucia, boleści i osłonionego smutku! mąż! co za wyraz! ile władzy z jednéj strony! ile słabości z drugiéj! Tak! wszystko to przyjmuję Roucher; umysł twój widzi jasno, jam ciemnościami otoczony! Oświeciłeś, mnie.. Biédna Margareta!
— Strzeż się Chenier, czy znowu nie zadaleko się posuwasz! nie bądź tak obfitym w litość; uzdrowienie twoje było by trudném, gdybyś się nazbyt politowaniu nad panią de Pressy oddawał; litość ta oddziaływać może na ciebie; a jeśli miłość własna powie ci, że jesteś jedyném lekarstwem na niewyleczoną boleść, jutro znów, pójdziesz do Viroflay wierzchołkom drzew się przyglądać. Chenier kochany, uznajesz że jestem w usposobieniu widzenia jasno tych rzeczy; no, to posłuchaj mnie do końca. Naprzód odwiodłem cię od samobójstwa; samobójstwo mówiłem ci jest ostatecznym wyrazem egoizmu; ten kto się zabija kochał tylko siebie, nie miał przyjaciół, nie było dla niego rodziny. Chcesz-li być takim? Nie, odpowiedziałeś mi. Drugie rozumowanie moje nakłoniło cię do opuszczenia tego mieszkania, do zmiany jego, żeby nie widzieć do koła przedmiotów gorzkie obudzających wspomnienia. I w tém potwierdziłeś zdanie moje. Udało mi się równie wytłómaczyć ci zmartwychwstanie małżeńskie pana de Pressy. W ostatku myślę dopełnić tych pomyślnych powodzeń zaręczając ci, doświadczeniem mojém, że ta kobiéta wcale nie potrzebuje owego zbytku litości, którym ją obdarzasz, i że niezapomniawszy może przywiązania płochego, owocu odosóbnienia i braku zajęcia, ma się za najszczęśliwszą, będąc połączoną znowu ze szlachetnym, młodym mężem swoim.
— Roucher, rzekł Chenier głosem bolesnym, okrutny jesteś doprawdy!
— Toż samo mówi ranny operatorowi, dobry mój Andrzeju, a operator ocala rannego!
— Tak! gdy rana nie jest zrozpaczona i w ostatku mój drogi towarzyszu wygnania, muszę cóś dla ciebie uczynić; sprobuję pójść za radą twoją.
— O to cię tylko proszę.
— Nim skończym tę rozmowę, która się nie powtórzy bądź tego pewny mój Roucher, pozostaje mi skrupuł dręczący; tylkoś co nazwał tchórzem pana de Pressy; nie mogę sumiennie, zostawić cię przy tém mniemaniu, choć on jest żywą wszystkich moich nieszczęść przyczyną. Nie godzi się zwać tchórzem tego, co śmiały w pojedynku zabił Klaudyusza Mouriez.
Roucher wielkiemi oczyma spójrzał na przyjaciela.
— Tak! tak, mówił daléj Chenier; taki czyn świadczy głośno o męztwie tego człowieka.
— Jeśli ten człowiek to zrobił! dodał śmiejąc się Roucher.
— Ale to jawna; P. de Pressy to uczynił.
— Widać, mój kochany Andrzeju, że zamieszkujesz w podziemiach i lasach, i że dla ciebie sprawy świata kończą się na twoich miłostkach.
— Cóż to jest? wytłómacz się.
— Kto ci powiedział, że pan de Pressy zabił w pojedynku Klaudyusza Mouriez?
— Wiém to doskonale.
— Któś cię oszukał mój Chenier i skłamał, Klaudyusz Mouriez nie jest zabity w pojedynku, został zamordowany w rozruchu, na placu Wolności, przez rojalistę imieniem Walentego.
— Co ty mówisz?
— Zabójcę dziś sądzić miano; ale ostatniéj nocy przepiłował dwie kraty żelazne w więzieniu, co od kilku dni począć musiał, i uciekł — ścigają go...
— Jakże to wiész, Roucher?
— Nic pewniejszego. Stara nasza gospodyni, kupująca wszystkie ogłoszenia, dała mi to wczoraj wieczór, przeczytaj.
Chenier wziął arkusz z rąk Roucher, i przeczytał ogłoszenie pod tytułem: Szczegóły o ucieczce Walentego, zabójcy obywatela Klaudyusza Mouriez.
Pisemko to było urzędowe, drukowane z dozwolenia municypalności.
— Tak, rzekł Chenier drżąc z gniewu, tak, masz słuszność, de Pressy tchórzem jest i kłamcą; i obrzydliwą, występną fanfaronadą odzyskał sobie serce hrabinéj Margarety. Kobiéta wszystko przebacza heroicznemu mężowi, który ją umiał ocalić. Pojmujesz ty tę podłość, Roucher? Nędznik ten wynosił się z pojedynku uczciwego, który go czynił wybawcą! Otóż to delikatności pełne postępowanie dworaków! oto jak uwodzą kobiéty! Nie pojadę Roucher, jedź sam, ja muszę zdemaskować P. de Pressy; upodlę go w obec téj kobiéty; niech mi się wypłaci z należnego pojedynku. Myślał, że wszystko skończono: ale nie — wszystko się na nowo rozpocznie. Zabiję go, choćbym potém nie miał więcéj zobaczyć hrabinéj Margarety. Mam powód do zemsty teraz — i chcę się pomścić.
Chenier wyrwał się żywo z objęcia Roucher, który go chciał powstrzymać, i rzuciwszy się na wschody do ogrodu, otworzył furtkę, a w niéj oko w oko spotkał znajomego posłańca Denisa.
— Wychodzisz pan, rzekł Denis, przepraszam jeśli przeszkodzę, nie mam nic do powiedzenia, tylko ten oddać bilecik.. zaraz idę.
— Bilet od pani hrabinéj? spytał Chenier głosem stłumionym.
— Tak jest panie; dziś rano o czwartéj wyjechała.
— Wyjechała! zawołał Chenier uderzając się w głowę, wyjechała z...
— Z panią Anielą.
— A hrabia?
— Hrabia nie u nas, pojedzie późniéj do Berri na wesele.
— Jak to na wesele! co mówisz Denisie! oszalałeś!
— Nie, panie, ja wiém co mówię.
— Więc nie byli się jeszcze pobrali?
— A pan o tém nie wiedział?
— Ten hrabia de Pressy jest więc nałogowym oszukańcą, zawołał znowu Chenier drżąc z wściekłości, chwali się z małżeństwa i z pojedynku... Denisie, rychło zobaczysz panią hrabinę?
— Nie, panie, może jéj nigdy już nie zobaczę.
— Słyszałeś o Klaudyuszu Mouriez?
— O tém tylko teraz gadają.
— Cóż o tém mówią?
— Mówią, że go w rozruchu zabił jakiś Walenty.
— Tak jest! tak! nie mogę już wątpić o charakterze tego człowieka; wszelką podłość gotów popełnić.
— Czy pan ma mnie jeszcze spytać o co?
— Nie, Denisie, możesz odejść.
Ogrodnik ukłonił się i wrócił ku lasowi.
Chenier dwadzieścia razy chciał podrzéć kartkę, którą trzymał w ręku. W téj chwili Margareta ukazywała mu się w nowém świetle; zdawała się współ winowajcą pana de Pressy; z nim razem dzieliła kłamstwo. O! jak wiele potrzeba doświadczenia, ile oswojenia się z dziwowiskami życia, żeby się wstrzymać w obec fałszywego przekonania, przed wnioskiem mylnym, i nauczyć się wielkiéj sztuki powątpiewania i wahania na tym świecie, gdzie każda piérwsza myśl nasza jest błędem, i ostatnia prawdą nie jest jeszcze. Dla najprzebieglejszego człowieka są trzy osoby, których nigdy do głębi poznać nie potrafi: siebie, swéj żony i najlepszego przyjaciela.
Ale że zawsze kochamy mimo wiedzy kobiétę, którą nienawidzim, Chenier wszedł do domku odczytać list hrabinéj Margarety, bo noc już była ciemna. Bilet zawarły był w tych słowach:
«Dziś jeszcze mogę do pana tych kilka słów napisać: jutro mi to już nie będzie dozwolone. Chcę wiedzieć, że dni twoje spokojne, schronienie bezpieczne, a umysłowi twemu panuje rozum, który stanowi genjusz. Napisz pan do mnie raz jeden tylko, poste restante, do Vierzon, adresując pani de Grave, i uspokój mnie. Pamiętam zawsze moje widzenie w Aix.

H. Margareta.

Widok tego pisma, zawsze tak drogiego, sprawił skutek zwyczajny. Poeta kilka łez uronionych sam ukradł przed sobą i rozmyśliwszy się, wstrząsnął konwulsyjnie głową, jakby stanowcze przedsiębrał postanowienie.
Roucher czekał ciągle na przyjaciela, jak człowiek gotujący się do wyjazdu, i nie zajmujący się już wcale domem, który na zawsze opuszcza.
Przyjaciele zeszli się w ogródku i uścisnęli się za ręce, z niemém życzeniem wszelkiego szczęścia w podróży, którą odbyć mieli razem.
— Gotowiśmy? spytał Chenier.
— Gotowi, odparł Roucher — omnia mecum porto, jak Bias.
— A! więc na losy nowe!
I dwaj poeci udali się drogą ku Rouen, ale unikając wielkiego gościńca.
Po cztérech dniach pochodu, przybyli do wspaniałego normandskiego grodu i najęli mieszkanie anachorety po za kościołem Saint-Ouen, tego cudu marzonéj architektury cacka w dniach wiary upadłego z niebios na ziemię.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.