Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.
Dwóch przyjaciół Robespierr’a.

Nazajutrz, Klaudyusz Mouriez wstał bardzo rano, i stanął na straży na tarassie des Feuillans, w Tuileries, czatując na przechód Robespierr’a, mającego tędy iść do Konwencyi.
Było to w piérwszych dniach miesiąca maja 1794 r. Dzień świetny był i roskoszny, bzy rozkwitłe wonią napełniały powietrze, drzewa rozwijały się zielonością silną i żywą, którą mają tylko w piérwszych chwilach wiosny, dopóki jéj letnie nie skazi słońce.
Robespierre siedział przed gierydonikiem z młodym Duperray, przyjacielem i nieprzyjacielem wszystkich jakobinów, i śniadał po spartańsku pod daszkiem ogródka, nazwanym wspaniale kawiarnią.
Klaudyusz Mouriez, z wyżyny terasu spostrzegł go, i zszedł zbliżyć się do niego.
W téj chwili Robespierre zdawał się bardzo uważnie przysłuchiwać towarzyszowi swemu; podniósł głowę widząc nadchodzącego mężczyznę kolosalnego wzrostu, i poznawszy Klaudyusza Mouriez, przywitał go zimno, dając mu znak by usiadł.
— Kończ Duperray — rzekł — obywatel Klaudyusz Mouriez, należy do naszych.
— A więc nie do moich — rzekł Duperray z uśmiéchem wdzięcznym, który u niego osładzał każdy niemiły przycinek. Zresztą, to mi wszystko jedno... Mówiłem ci więc, Robespierze, że jedno jest tylko berło, któróm Francya rządzona być może, to berło — szabla z krzyżem związana. Wszelkie inne narzędzie rządu skruszy się u nas. Francya, wierzaj mi, jest krajem katolickim i żołnierskim — lubi tylko procesje i rewje; w téj chwili wszyscy, którym twoja wolność nie do smaku, walczą na cztérnastu może pobojowiskach; i to wielkie szczęście dla ciebie, bo gdyby byli we Francyi, a nie rozsypani po świecie, twój Komitet ocalenia publicznego nie utrzymałby się dwadzieścia cztéry godzin, i jutro już nie byłbyś Robespierrem.
Robespierre dobył srébrnego zégarka i zobaczył godziny.
— Duperray, rzekł, nie chcesz ze mną zjeść śniadania?
— Chcesz, żebym się kontentował jajami, które udają świéże? Ja pójdę na śniadanie do restauracyi pod Szyszką, i zjem sobie cóś pokarmistszego.
— A ty Klaudyuszu? spytał Robespierre.
— Ja już dwa razy dziś jadłem śniadanie — odparł Mouriez.
— Nicże mi więcéj dzisiaj poradzić nie masz? spytał Duperray’a, Robespierre.
— Nic w téj chwili.
— No, to ja ci cóś pocieszającego powiém.
— Wątpię, żeby mnie twoja nowina pocieszyła, rzekł Duperray.
— Słuchaj no: 22 prairial przyszłego, przygotowuję wspaniałą uroczystość; uznam na niéj Najwyższą Istność i nieśmiertelność duszy.
— Co? serjo? Robespierze, rzekł Duperray, czy ty myślisz, że rząd co się poważnie zabawia takiemi szaleństwy, może mieć jaką przyszłość przed sobą? Powiém ci Robespierze, główną wadę twoję — tyś warjat. Ot, o czém Francya jeszcze nie wié.
Klaudyusz Mouriez aż podskoczył na krześle i spójrzał na Duperray’a z politowaniem, z jakiém się pogląda na człowieka mającego wkrótce wisieć.
Robespierre trochę się uśmiéchnął i obracając się do Klaudyusza Mouriez:
— Dziwi cię to Klaudyuszu, nie prawda? No, widzisz, a Duperray co rana mi tu toż samo powtarza, i ja pozwalam mu paplać; jednak arystokraci utrzymują żem tyran!
— Ależ wszyscy tyrani byli warjaci! — rzekł Duperray zaczerwieniony od gniewu — począwszy od Kaliguli, który swego konia zrobił konsulem, aż do ciebie, który raczysz uznawać pana Boga. Świat sobie wyobraża, że warjaci są ci tylko, co siedzą u Bonifratrów. Montesquieu powiedział: zamykają w szpitalu kilka szalonych, żeby wyperswadować, iż reszta ludzi jest przy zmysłach. Tysiąc rodzajów szaleństwa, swobodnie chodzi po świecie, napisał Erazm. Teraz, Robespierze, wybiéraj i sam się klassyfikuj, ja nie mam czasu miejsca ci oznaczyć. Spostrzegam Barrèr’a warjata innego rodzaju, mam mu powiedzieć dwa słowa... Bądź zdrów[1].
I Duperray pobiegł do Barrèr’a, wyspowiadać mu się z tego, co miał na sercu.
Klaudyusz Mouriez ścisnął pięść na gierydonie i ścigając okiem Duperray’a, rzekł: — Prawdziwie, Robespierze, nie pojmuję twojéj cierpliwości. Chcesz, żebym na mój rachunek dał nauczkę dobrą temu zuchwałemu arystokracie?
— Próżném by to było — rzekł Robespierre — to warjat. Przywykłem do jego wybryków — no, a co tam mi masz powiedzieć, Klaudyuszu?
— Nie powiedzieć, ale prosić cię o cóś, Robespierze.
— Rozumiém, wstańmy, późno się robi, koło nas coraz więcéj ciekawych się zbiera. Ty się nudzisz próżnowaniem Klaudyuszu, nie prawda?
— Zgadłeś Robespierze; czuję się młodym, silnym, pełnym zapału, a jestem nieużytecznym rzeczypospolitéj.
— Cóż ty chcesz Klaudyuszu?
— Nie wiele; miejsca tylko... Służyłem krajowi i zasługi mam; sto razy naraziłem życie moje, uśmierzałem rozruchy, dochodziłem spisków, organizowałem administracyą w miastach znaczących, a w nagrodę tego wszystkiego, zostałem z miejsca zrzucony.
— Klaudyuszu — rzekł z zimną twarzą Robespierre — że masz zasługi, to rzecz niezaprzeczona; ale zrzucony zostałeś z miejsca słusznie. Chcesz bym ci przypomniał twoje gorszące sprawki wersalskie?
— Ba! dzieciństwa!
— Nie — łagodniéj rzekł Robespierre — byłyby to dzieciństwa dla kogoś nieznanego, ale popełnione w wyższéj sferze, są to wielkie występki.
— Doprawdy, ty to serjo mówisz? przerwał Klaudyusz — ty do mnie?
— Zupełnie serjo.
— A ty, w wyższéj sferze stojący, nie masz-li sobie do wyrzucenia, jakiéj awanturki miłośnéj?
— Żadnéj! rzekł Robespierre rozpościerając széroko rękę prawą na roztwartych klapach kamizelki.
— Boś chyba zimny i zamarzły, jak ten marmur, dodał Klaudyusz.
— Umiém się zwyciężać.
— Robespierze, rzekł Mouriez zaczynając się rozpalać i poruszając ramionami — żartujesz sobie ze mnie! Bierzesz mnie widzę za deputowanego z Równiny.
— Klaudyuszu, nieporuszony odparł Robespierre, nadto jestem surowy bym z kogo żartował; szanuję w każdym człowieka.
— Wyjąwszy głowę! dodał złośliwie Klaudyusz. Na tę straszliwą uwagę wystrzeloną wprost, ani się zmarszczył trybun; wziął Klaudyusza za rękę i rzekł:
— Przyjacielu, wielkie mam do spełnienia obowiązki.
— Wszyscy to sobie mówią! zamruczał Mouriez jakby do siebie — no — śmiało i otwarcie, powiedz mi, że odmawiasz miejsca, nawet miejsca sędziego w trybunale, który ustanowiła Konwencya?
— Miejsce sędziego! rzekł Robespierre z uśmiechem, który nie tknął oczów — tobie Klaudyuszu! miejsce sędziego!
— No! no! mnie! mnie! alboż to ja nie potrafię tak sądzić jak i drugi? Kiedy prawo ustanawia po dziewięciu przysięgłych i po trzech sędziów do każdéj sekcyi trybunału rewolucyjnego, przypuściwszy nawet, żeby się tam zamięszał sędzia nieosobliwy, jak ja naprzykład, miałbyś jeszcze dwóch dobrych sędziów i dziewięciu przysięgłych zawsze nieomylnych, jak wszyscy przysięgli.
— Klaudyusz Mouriez sędzią! zawołał Robespierre, jakby tego nie słyszał, ale ja cię znam i znam od dawna! Pierwsza kobiéta, coby do ciebie przyszła z prośbą!
— Żarty już za długie, rzekł Mouriez z okiem zaognioném od gniewu — Ro-bespierze, nie udawajmy między sobą — jeśli mnie do ostatka przywiedziesz, powiém ci czego się nie spodziewasz.
— Ja się spodziewam wszystkiego, rzekł zimno Robespierre — mów.
— Myślisz ty, że Paryż nie wié o twoich domowych saturnaljach?
— A! o tych saturnaljach nic dotąd nie wiedziałem!
— Chcesz, wnijdź ze mną do piérwszego sklepu na ulicy S. Honoré, pogadamy z piérwszym lepszym, posłyszysz co mówią o miłostkach twoich z dwiema siostrami....
— Chętnie przyjmuję wezwanie, rzekł Robespierre z uśmiéchem — chodźmy.
— Pomiarkowałem, to by było próżném — imie twe nadto przeraża, zaniemieli by widząc nas.
— Widzisz, że musisz się wyrzec znalezienia jednego nawet echa téj potwarzy, która nie istnieje...
— Tak, ale ci daję przyczynę i przyczynę dobrą. Jutro, niech ci władzę wydrą z rąk, a zobaczysz czy w każdym rogu ulicy nie znajdą się echa téj prawdy.
— Klaudyuszu, rzekł Robespierre odchodząc od niego — jesteś moim najdawniejszym przyjacielem, mogę znieść niektóre dziwactwa twoje... Bądź zdrów! Idę do Konwencyi — ale na inny raz, miarkuj się z tém co mówisz, i wyrażaj ostróżniéj...
— Więc nic nie zrobisz? nic się nie zrobi? zapytał Klaudyusz głosem stłumionym wściekłością.
— Nic się zrobić nie może, mój przyjacielu.
— Trzeba więc Robespierze, żeby stary twój przyjaciel, zarabiając na życie, fabrykował asygnaty?
— Wiész, że za to kara śmierci?
— Ba! kara śmierci za wszystko! lepiéj ze starych gałganów robić monetę, niż nosić biały gwoździk u guzika. Za oboje zarówno kat czeka.
— Klaudyuszu, chcesz dobréj rady?
— O! jakiś mi wspaniały! A no! proszę?
— Idź do wojska, jest to droga dla ciebie przepyszna, która może zawieść cię daleko, i...
— I którą byś ty się mnie pozbył, przerwał Klaudyusz — dziękuję ci za wojsko! w wojsku mrą głodem. Chcę zostać w Paryżu.
— Zostań więc i obierz sobie stan.
— A dobrze, zostanę, wrzasnął Klaudyusz — i stan sobie obiorę! Pójdę krzyczeć po klubach, mam piersi, jak kowalskie miechy, będą mnie słuchali; mam pięści żelazne, twarde jak młoty, będą się mnie lękać. Mówcy mojéj siły, niéma nawet wasza cała Konwencya. Robespierze! zdruzgoczę cię, ja, i imie twoje oburącz tłuc będę na kowadle klubu Jakóbinów — nie żegnam! do widzenia przyjacielu!
Klaudyusz odszedł, pieniąc się od gniewu; a Robespierre najspokojniejszy zawsze z ludzi wzruszonych, wspaniale wszedł po wschodach gmachu, w którym zasiadała Konwencya, wejrzawszy tylko na niego wzrokiem nie poruszonym gniewem, pogardą ani litością, zimnym jak stal.
Ex-proconsul Wersalski, który drżał przed swoją gosposią i synowcem, przypuściwszy szturm nieustraszony do najniebezpieczniejszego z ludzi, miasto żałować swego zuchwalstwa, przechadzał się, konwulsyjnie się rzucał, po ogrodzie Tuileries latając i najdziksze w głowie swéj przewracając zamysły. Ci co go mijali, z przerażeniem i niejaką trwogą patrzali na tego olbrzyma, z wyrazem twarzy pełnym wzburzonych myśli i potężnéj namiętności.
Nagle powziął myśl, którą zaraz pochwycił:
— Tak, rzekł, chodźmy na Konwencyą. Kto to wié? Robespierre może mówić będzie (mówi codzień), a ja skorzystam z tego i rzucę nań z wierzchołka trybuny, dobrą jaką obelgą jak kamieniem. Będzie to przynajmniéj początek zemsty; a biada temu, co się mnie tknie! — powalę na ziemię, jak wołu w rzeźni! Chodźmy! chodźmy!
Konwencya była pełna jak zwykle; ale Klaudyusz nie lękał się tłumu; umiał on za pomocą pięści wyorać sobie w nim drogę, choćby ciżba była najbardziéj ściśnięta. Przed przyjściem jego zdawało się, że tam się i dziecię nie wciśnie, — a znalazło się miejsce na ogromnego mężczyznę.
Nowy przybyły słuchacz założył dumnie ręce na piersiach, i wejrzeniem zmierzył Górę, Dolinę i Wzgórze.
W téj chwili roztrząsano prawo, które nagle zajęło bardzo Klaudyusza Mouriez z powodu któremu się dziwić nie można.
Ta dyskusja przewróciła wszystkie myśli, które Klaudyusz przyniósł z sobą. Chodziło o wygnanie ex-szlachty, nie szlachtę ożenioną z szlachtą i owdowiałą, z Paryża, z fortec i miast nadmorskich.
Kilku mówców weszło na trybunę, nie żeby myśleli projekt ten obalać, lecz by go podtrzymać, i zmienić w niektórych jego szczegółach.
Łatwo się domyśleć, że Klaudyusz widział tylko w tym prawie wygnanie pani de Pressy, a oczy jego pożerały mówców podtrzymujących projekt. Słaba jeszcze zostawała mu nadzieja, ale i ta wkrótce spełzła. Prawo zostało przyjęte niezmierną większością głosów.
Klaudyusz nogą wstrząsł trybunę i zawołał! — «To prawo oburzające niedorzecznością!” Wszyscy widzowie zajmujący tę część loży zawołali chórem złowrogim, mrucząc głucho — Precz z arystokratą! Klaudyusz spójrzał na nich tylko z wysokości i rzekł:
— Piérwszemu co te słowo powtórzy, wepchnę je pięścią w gardło.
I podniósł dłoń godną Milona z Krotony. Wszystkich oczy z podziwem wlepiły się w jego olbrzymią postać i nikt nie pisnął.
— No — obywatele, puszczajcie mnie, zawołał, muszę odwiedzić jednę ex-panią, która skutkiem tego niedorzecznego prawa, jutro Paryż zmuszoną będzie opuścić. Ale, żeście się grzecznie sprawowali, obywatele, miło was upewnić, że Klaudyusz Mouriez wcale nie jest arystokratą.
Na to imię dobrze znane, tłum się rozstąpił i Klaudyusz wyszedł z sali Konwencyi.





  1. Historyczne.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.