Andrzej Chenier/XXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
O umówionéj godzinie, Andrzéj Chenier stanął na placu; poeta został znów podporucznikiem; niósł z sobą do boju tę odwagę którą instynkta szlachetne obdarzają wszystkich ludzi genjalnych, wszystkich artystów władających pieśnią, dłótem lub pędzlem; odwagę, która towarzyszyła Michałowi-Aniołowi w r. 1527 w oblężeniu Florencyi, która ożywiała Danta wstrzymującego Pizanow w Ponto-d’Era i Salwatora Rozę, gdy w wąwozach Abruzzów, chwytał broń rzuciwszy pędzle.
Poeta pożerał chwile upływające, a oko jego wciskające się w każdy przestrzał lasu, nie mogło dostrzedz żadnéj postaci ludzkiéj poruszającej się w cieniu tych mass zieloności, w których ptacy śpiewali tylko poezje swoich miłostek.
Nawet w téj chwili gorączkowego oczekiwania, podlegał dwóm panującym wpływom, od których myśl jego oswobodzić się nie mogła. Oczy jego widziały kobiétę oddaloną, usta mruczały jońskiemi wierszami; miłość szła do niego od ziemi, natchnienie z niebios płynęło. Siedząc na placu śmierci, odmawiał pomimowoli pożegnanie życia Gilbert’a, jak poboźniś odmawia modlitwy konania, i mówił do siebie:
— Jeden jeszcze, jeszcze jeden poeta ginący w wieku moim, u progu świetnéj przyszłości! Biedny Gilbert! Jak się on uśmiéchał, umiérając, do téj pięknéj natury, do uśmiéchnionego lasów wygnania! a z tchnieniem jego ostatniém, natura nie przestała być piękną, lasy nie przywdziały żałoby! Co obchodzi naturę, że jeden poeta umrze! sama natura jest poetą, i niewiele dba o bezsilnych współzawodników swoich.
Godziny upływały, Chenier wściekle cisnął gardę szpady schowaną pod suknią, obruszał się na to niepojęte opóźnienie, któreby na rachunek tchórzostwa położył, gdyby odwaga hrabiego nie była uznaną powszechnie u dworu i wszystkich co go znali.
— O! wołał jakby go kto mógł słyszeć — jeśli to nie tchórzostwo, to dla mnie gorszego cóś jeszcze! Jest to nowa i krwawa obelga! Szlachcic obarcza poetę ironją swéj pogardy! Głos jego szyderski woła do mnie ze wszystkich tych drzew — Wierszokleto nie wart jesteś żebym zszedł do ciebie z dobytym orężem! Ten śmiészny hrabia parodjuje Alexandra Wielkiego, który drugiego Alexandra żądał, żeby się z nim mierzyć! Obelga ta szarpie mi jak sęp wątrobę.
Oczy poety błyskały ogniem, szpada jego dobyta darła trawnik i podrzucała niewinne kwiaty wyrwane ziemi, miotając niemi na wszystkie strony.
Nagle myśl straszna spadła na głowę jego, i od niéj zadrżał jakby go raził płyn elektryczny.
Tak długie milczenie hrabinéj Margarety, doskonale się teraz tłómaczyło. Poeta został zapomniany. Ta kobiéta, którą na chwilę odurzyło przywiązanie płoche, wstrzymała się u brzegu przepaści mając się stać niewierną, zwróciła swą miłość czystą jeszcze i nieskalaną do męża. Hrabia de Pressy oddzielony na jakiś czas wypadkami politycznemi od żony, wrócił zapewne do niéj, jak skąpiec do skarbu, i w téj chwili, gdy Andrzéj Chenier, rywal nie straszny, czekał nań ze szpadą w ręku, hrabia śmiał się siedząc przy niéj, z dziwnéj roli, którą samotny poeta odegrywał w głębi lasu.
To dojmujące przypuszczenie, co chwila dochodziło bliżéj przykréj rzeczywistości. Poeta wkrótce w myśli téj nie widział już cienia wątpliwości; rospacz, gorączka, szał obłąkały go; głowa nie mogła dłużéj powstrzymać; szarpnął się po czole jakby zeń chciał dobyć ostatnią iskierkę rozumu, i z płomieniem na licu, z blademi wargi, rzucił się ku Viroflay.
Tegoż dnia rano, hrabia de Pressy przybył do fórtki domku Denisa; rozpiął suknię, dobył z pod niéj szpadę i rzucił ją w zarośla, potém wzbudziwszy w sobie odwagę, przycisnął klamkę i wszedł.
Żaden kwiat niéma milszéj woni nad słodki zapach, który wyziéwa ogród o rannéj dnia godzinie. Hrabia z natury swéj, nie bardzo skłonny do marzenia, odetchnął tą wonią spokojną z uciechą jakiéj nie doznał wśród zielonych wspaniałości Wersalu, w dniach królewskiego przepychu; szedł krokiem nieśmiałym i powolnym przez krzewy bzów, rzucając wzrokiem, na pozór spokojnym, po wszystkich zakrętach ogrodu, gdy postrzegł na prawo wieśniaczkę podejrzanéj postaci, która nań patrzała z podziwieniem konwulsyjném.
— Pani, rzekł hrabia, wyciągając ręce przed siebie, nigdy się przebrać dla mnie nie potrafisz, mam nadzieję że i ja przebranym dla niéj nie jestem.
— Hrabia de Pressy! zawołała kobiéta chwytając z żywém uczuciem podane jéj ręce. Przysięgam na Boga, żem pana czekała.
— To mnie nie dziwi, rzekł hrabia podając jéj rękę jakby zapraszał na przechadzkę po ogródku — to mnie bynajmniéj nie dziwi; pani jesteś ostatnią z matron Galji nad Rhońskiéj; znam jéj talenta; wiém żeś w związku z przyszłością.
— Nadewszyslko znam przeszłość, odezwała się hrabina wzruszona.
— To łatwiéj, pani.
— Czasem panie hrabio.
— Dla tego, że historja zwodzi, toś pani chciała powiedzieć?
— Tak panie.
— Ale i nauka przyszłości ma zboczenia także, nawet dla Gallów; powiedz mi też proszę piękna hrabino, cóś pani odgadła w przeszłości mimo kłamliwych świadectw historji?
— Odgadłam że hrabia de Pressy wspaniałomyślnie poświęcił się dla kobiéty, i zabił mężnie potworę wypuszczoną na nas przez konwencyą.
— Jest to niemal prawda, pani, rzekł hrabia z poważnym uśmiéchem, — szczęściem historja nie mówi o tém.
— Szlachetny hrabio, kończyła z wielkiém wzruszeniem kobiéta. Oto czyn któryby królowa dawniéj miłością musiała opłacić. Ale dziś niéma królowych!
— Gdzie kobiéty tam królowe! nigdy ich nie zabraknie!
— Nawet po 10 sierpnia 1792, panie hrabio?
— Ślicznie to pani powiedziałaś, rzekł hrabia czułém wejrzeniem obejmując młodą kobiétę — ale czy to wymówka? czy ośmielenie?
— Jedno i drugie.
— Oboje przyjmuję.
— Hrabio de Pressy, ciągle czekam na twoje usprawiedliwienie.
— Wszakże wiész je pani, jak gdyby już należało do przeszłości.
— Ale chcę, panie, poznać je lepiéj, dokładniéj jak gdyby w przyszłości jeszcze miało miejsce.
— Co za duma! cóż robić! muszę ją zaspokoić kilką słowami. Jednego wieczora, pamiętaj pani ten wieczór, grano Naninę Voltair’a, w zamku hrabiego de Poix.
— Pamiętam to panie hrabio.
— Dobrze pani;.. i gdy aktor mówił ten wiersz Naniny:
Jam sobie pozwolił poklasnąć.
— Sam jeden pan klasnąłeś tylko, przerwała hrabina.
— Sam, właśniem to miał dodać. Naówczas głos jakiś odezwał się: — Co to za oryginał z tego de Pressy! Ukłonem pozdrowiłem autora tego wykrzykniku.
— A ja przypominam sobie, żem tego autora zdanie dzieliła.
— Coraz lepiéj, widzisz już pani przeszłość tak jasno jakby przyszłością była. Pani więc także znajdujesz mnie tak bardzo oryginalnym? spytałem jéj naówczas.
— Bardzo oryginalnym, odpowiedziałam.
— Pamięć anielska! i pamiętasz pani co dodałaś jeszcze?
— Nie.
— Nie? przypomnij pani proszę.
— Nie mogę.
— Zgadnij więc jak umiész zgadywać przyszłość.
— Nic nie widzę, ciemności — hrabio de Pressy.
— Pozwolisz więc pani, bym jéj pamięci w pomoc przyszedł..
— Pomóż pan.
— Piękna hrabino, kosztuje mnie to.
— No, to ci oszczędzę wysilenia, przerwała śmiejąc się hrabina.. Jam panu odpowiedziała:
— Prawda żeś pan bardzo oryginalny — ale bardzo miły..
— Hrabino, dziękuję ci, nic nie zapomniałaś. Tego wieczora miałaś na sobie suknię resztek żałoby, rok wdowi się kończył. Mąż twój, hrabia de G... zmarł w Ameryce, od dziesięciu miesięcy, uśmiéch twój po łzach, miał w sobie cóś boskiego, trzeba cię było kochać lub umrzeć — jam kochał. Często otrzymujemy na cośmy nie zasłużyli; otrzymałem trochę przywiązania od ciebie, tyle żem oczy moje śmiał podnieść wysoko, i wzbiłem się w dumę do tyla, żem zapragnął być mężem twoim.
— Przyjęłam go.
— Tak, zostałem przyjęty. W dniu tego szczęścia, otworzyłem ci pani, duszę moję, duszę całą, wyliczyłem szczérze wszystkie wady moje, jak inny liczyłby cnoty.
— To prawda, hrabio.
— Przedstawiłem jéj, moje dziwactwa, oryginalności i wzgardę zwyczajów, którą w tym wierszu Naniny ogłosił pan Voltaire; prosiłem cię pani żebyś raczyła zważyć wszystkie te wady organizacyi w szali małżeńskiéj, żałując żem naprzeciw nich nie mógł odpowiednich cnót położyć... Paniś się raczyła uśmiechnąć, i odpowiedziałaś słowami Rousseau z Genewy: — Człowiek co nie miał wady miałże wielkie cnoty! Pobłogosławiłem słowa P. Rousseau, upadłem do nóg twoich i postanowiliśmy ślub nasz odbyć dnia 10 sierpnia 1792.
— Co za data! hrabio de Pressy!
— A! pani, data straszna! wywołuje rozwód nim przyszło do małżeństwa! W wigilją dnia tego, przechadzaliśmy się w ogrodzie Tuilleries, jak dwoje małżonków i paniś postrzegła, że liście drzew spadały już zeschłe, nim pora przyszła na nie.
— A Ludwik XVI, przerwała hrabina, słowo w słowo tę samą uwagę uczynił panu Roederer przechodząc przez ogród, gdy go prowadzili do Konwencyi.
— Nie wiedziałem o tym szczególe.. Jakkolwiek bądź, ta żałoba przedwczesna natury w pośrodku lata, zasmuciła panią, musiałaś pani naówczas ujrzeć cóś fatalnego, straszliwego w przyszłości, i powiedziałaś mi, podrzucając nóżką liść uwiędły i zżółkły: Bardzo złą wróżbą ten listek, w wigilją ślubu!
— Pan odpowiedziałeś mi z uśmiéchem, przerwała hrabina. — Szczęściem, że pani gardzisz i depczesz te gminne przesądy.
— Tak, zdaje mi się, że to sobie przypominam, ale pamiętam także, że uśmiéch mój był poważny. Nazajutrz, w chwili gdym jechał odwiedzić rodzinę pani, dzwonią na gwałt, biją trwogę, oznajmują mi, że zamek zagrożony został przez bataljon Marsylczyków; biegnę do Tuilleries bronić króla.. Myślałem że tu się wszystka szlachta zgromadzi... Znalazłem tylko Szwajcarów! kilku szlachty staréj, mało wielkich imion. Wzięto nas szturmem. Wyszedłem z rospaczą w sercu; nie dali mi czasu zginąć; wszystkie sromy i srom własny mnie obarczał, świat rozpadał się po demną; okropny wstręt zalał mi usta; wspomniałem wczorajszą przepowiednię i nie chcąc ani pociągać z sobą do zguby, ani przeżyć okropną klęskę królewską, wymyśliłem sobie nowy rodzaj samobójstwa, którego Bóg nie zabronił: zagrzebałem się żywcem.
— Ale wprzód napisałeś do mnie, o tém zapomniałeś hrabio.
— Tak, napisałem do pani słów kilka następujących:
«Wracam z Tuilleries.
«w niebie, lub w lepszych zobaczym się czasach, 10 sierpnia 1792.»
— Zachowałam starannie bilet twój, hrabio de Pressy.
— Jam więcéj zrobił....
— Cóż przecie?
— Zachowałem miłość moję.
Długa była chwila milczenia; młoda kobiéta spuściwszy głowę zdawała się poglądać na przesuwanie się kroków swych po ulicy ogrodu i o niczém więcéj nie myśleć. Hrabia czekał na wyraz coby mu odpowiedział na ostatnie słowo: Zachowałem miłość moję.
Odpowiedzi nie było, hrabia wytłómaczył milczenie na korzyść swoję, i tak daléj mówił:
Usunąwszy się od świata, nie przestałem czuwać nad panią, kryjąc przed nią starannie ostatek miłości pozostałéj w sercu, bojąc się nią swobodę jéj związać i wolę skrępować. Trzeba mi było dowodu nadzwyczajnego niebezpieczeństwa, żebym wyszedł z kryjówki i rzucił się znowu na życie zewnętrzne, którego się wyrzekłem. Czas szczególniejsze sprowadza odmiany; przyzwyczaja nas do złego, odzwyczaja od szczęścia. Znalazłem w końcu wdzięk jakiś drażliwy wśród burzy od któréj uciekałem, żegnając się nierozmyślnie ze światem, zapomniałem, że węzeł jeden, ale silny trzymał mnie jeszcze na świecie, że wszystka nienawiść nagromadzona w sercu ustąpić będzie musiała miłości. Tak się stało. A więc, Margareto, co zaszło od 10 sierpnia, jest dla nas jakby nie było. Dzisiejszy dzień, jest jutrem tego dnia fatalnego, a raczéj wigilją jeszcze. Przechadzamy się w Tuilleries w godzinie zaręczyn naszych, a pod ślicznemi nóżkami twojemi nie znajdziesz tam listka zeschłego, wszystko uśmiéchnięte, młode dokoła, wiosna ze swemi wdzięki i życiem, miłość ze swoim słodkim spokojem nas otacza.
Hrabia de Pressy spójrzał na młodą kobiétę z wyrazem znaczącym, a oczy w których chciał czytać, odpowiedziały uprzedzając usta.
— Hrabio de Pressy, rzekła, przyjmuję datę pańskiego kalendarza, jesteśmy w 9 sierpnia 1792 — tak to miło odmłodnieć kobiécie!
Promień wesela wyjaśnił szlachetną twarz hrabiego, ręce nowo-zaręczonych uścisnęły się z energją szczęścia.
— Teraz Margareto, rzekł hrabia, zgaduję dobrze o co mnie pyta milczenie twoje. Oto mój plan. Przypadek szczęśliwy dał mi w ręce pasport pod cudzém imieniem. Wyjedziemy do Holandyi, ztamtąd do Anglji, lub jeśli wolisz, zostaniemy we Francyi, w niedostępném jakiem schronieniu, gdzie nas oczy świata nie dójdą. Zresztą, piękna Margareto, we wspólném życiu naszém, dozwolę ci się kierować jak zechcesz, bo więcéj ufam w twój instynkt, niżeli w mój rozum.
— Hrabio, odpowiedziała Margareta, podobnych postanowień zaimprowizować nie można; trzeba żeby dojrzały. Wiész że rodzina moja mieszka w swym zamku dziedzicznym w Berri. Tam udam się naprzód. Kątek ten jest dotąd i zapewne pozostanie spokojnym; przyjdziesz do nas gdy cię wezwę... prędko.. prędko, kochany hrabio.
Pan de Pressy spójrzał na zegarek i pomimo zwykłéj swojéj spokojności, nie mógł ukryć lekkiego wzdrygnienia, które czujne oko hrabinéj postrzegło.
Hrabia zapomniał był o honorowém spotkaniu, i we dwie godziny za późno ten obowiązek przyszedł mu na myśl.
Zwrócił się ku fórtce i opuścił powolnie rękę hrabiny.
— Hrabio de Pressy, zapytała wzruszona, masz pan w téj chwili myśl jakąś niepokojącą go, któréj ja zgadnąć nie mogę.
— Margareto, odparł udając niestosowną na ten raz lekkość... tak, masz słuszność — przebacz mi, mam myśl w istocie... nie prawdaż żeśmy sobie wszystko wyjawić powinni? w wigilją....
— Tak! tak, hrabio.. powinniśmy nic przed sobą nie mieć skrytego — mów pan.
Margareta trochę niespokojna, żałowała już teraz, że wywołała wyznania.
— Często, mówił hrabia, starając się uśmiéchem złagodzić wyrazy — często, między kobiétami dowcipnemi a ludźmi — pewnéj klassy, bywają stosunki.. niewinne, ale które świat nie zawsze korzystnie dla mężów tłómaczy...
— Hrabio de Pressy, przerwała hrabina z tonem i ruchem nagłym wcale nie arystokratycznym, nie mów tym trybem wyroczni. Zrozumiałam cię od słowa. Tak, wśród odosobnienia na jakie usunienie się twoje mnie skazało, wmięszałam się z braku zajęcia, do interesów publicznych, czytając wiele, odczytując; wyrobiłam w sobie nienawiści i sympatje, i nie będę kryć przed tobą żywego zajęcia jakie wzbudził we mnie jeden młody człowiek, pisarz, poeta pełen talentu i przyszłości; od dziś imie jego z ust moich nie wyjdzie, ale je znasz... znasz go.
— Na tém mi dosyć Margareto, rzekł hrabia za rękę ją ściskając. Obelgą by było dłuższe wypytywanie. Są rzeczy o których raz tylko, raz mówić można i nie godzi się ich wznawiać.
Tu głos pana de Pressy wstrzymał się, hrabina zadrżała i instynktowo przycisnęła jego rękę.
Gwałtowne stukanie do bramy ogrodowéj słyszeć się dało, zmięszane z silném dzwonieniem.
Denis biegł ulicą wchodową otworzyć fórtkę, ale go wstrzymał rozkazujący ruch hrabinéj.
— To jakiś gość, któremu bardzo pilno wnijść tutaj, rzekł hrabia z udanym uśmiéchem.
— Niechybnie — nie jest to przyjaciel, odpowiedziała hrabina.
— Któż wié? z lekką ironją szepnął pan de Pressy.
To — któż wié? przeraziło Margaretę, i rumieniec jéj zagasł powleczony żółtą bladością.
Tymczasem dobijano się coraz gwałtowniéj, a bramka ogrodowa zdawała się rozpadać pod silnemi uderzeniami.
— Jednakże, odezwał się hrabia, wypadałoby otworzyć, nim drzwi wybiją.
— Nie, zawołała hrabina żywo — brama mocna, a my mamy czas uciec — to nieprzyjaciel.
W tejże chwili, głowa zbladła, okryta czarnemi włosy rozrzuconemi ukazała się nad murem poblizkim, obok dwóch rąk, które czepiały się muru jak lwie łapy pastwy swojéj i podtrzymywały niewidzialne ciało; głowa ta podrzucona silnie podniosła się, szpada naga upadła w ogród, a człowiek który ją trzymał, rzucił się za nią.
Hrabia i Margareta, poznali Andrzeja Chenier.
Upadły i piorunem rażony Archanioł musiał mieć na swéj pięknéj twarzy wyraz, jaki rozpalał lice poety. Są wzruszenia, które nagle ryją na obliczu całe skarby gniewu, zemsty, miłości, rospaczy jakie w sobie zawiérać może wielka dusza.. Ci co naówczas widzieć mogą straszliwy rozkład rysów ludzkiéj twarzy, stają osłupiali jakby przed zjawiskiem piekielném.
Margareta szepnęła: To on! ale tak cicho, że jéj słychać nie było.
I omdlała upadła na ławkę zakrywając twarz rękoma.
Pan de Pressy, zawsze gotow na wszystko, wedle dewizy swojéj, uczuł raz piérwszy, że energją jego łamał ten piorun niespodziany, i spójrzał na poetę ze wzruszeniem, jakiego nigdy śmiałe jego serce w obliczu żadnego niebezpieczeństwa nie doznało.
Szał przez usta Andrzeja Chenier miał się odezwać.
— Tak! zawołał, to oni, dzieci nieprawe Regencyi! ci paniczykowie haftujący na kanwie! ci wierszokleci buduoarów! ci rycerze skarleli, sybaryci suchotni, to oni wszyscy, wszyscy w nim jednym! mężczyzna-niewiasta posypany krochmalikiem, upstrzony muszkami, umalowany barwiczką, obszyty w korunki! Mężny był bardzo, gdy miał tylko do czynienia z rzezańcami w Trianon, z satrapami zwierzyńca, z podłemi lizunami monarchji! ale spotkawszy się z mężczyzną odważnie się cofnął. Uszedł pod opiekę Ameryllis ogrodowéj, bo ta wielka pani wstyd mu ten w oczy rzuciła! Dał się wziąść szturmem w cytadelli, bo się obawiał wyjść w pole! No! Hrabio de Pressy, wziąłem cię w jamie jak lisa! Wybieraj teraz, nogę co depcze lub szpadę, która zabija! Gadzino czy dworaku, nie ujdziesz mi teraz!
Hrabia słuchał z wielkim chłodem pozornym; na ostatnie słowo Cheniera, skłonił się i rzekł:
— Niema co na to odpowiedzieć, chodź pan.
I zrobił kilka kroków ku bramie.
Hrabina Margareta, któréj Andrzéj Chenier nie poznał przebranéj, wstała nagle i zaparła im drogę.
Głosem królowéj, odezwała się do poety.
— Mości panie, oddaj mi szpadę!
Chenier wzdrygnął się, jakby go kto ze snu nagle przebudził; spójrzał na młodą kobiétę od głowy do stóp ją opatrując, i otwierając oczy ogromne, ukłonił się przywykły do uszanowania.
— Proszę o szpadę, odezwała się hrabina Margareta, na ten dwakroć powtórzony rozkaz ukochanéj, poeta musiał być posłuszny, jak dziecię lękliwe niesprawiedliwemu nauczycielowi.
Hrabina oparła szpadę o drzewo i złamała ją.
— A pańska! odezwała się do hrabiego.
— Moja? spytał de Pressy śmiejąc się, pójdę po nią, raczcie mi państwo towarzyszyć.
Chenier spójrzał na hrabinę jak pies na myśliwca i poszedł za danym jéj znakiem w ślad hrabiego.
Wyszli wszystkie troje z ogrodu, a hrabia zanurzywszy ręce w zarośle, wyjął z nich szpadę swoję i oddał ją młodéj kobiécie, która wziąwszy ukazała poecie.
— Panie Chenier, odezwała się, nie łamię jéj, bo była bohaterską; bo pewnego dnia, pan de Pressy, sybarita, wierszokleta, rycerz garderobowy, wziął ją oburącz i powalił olbrzyma w pojedynku straszliwym. Nie łamię jéj jakem skruszyła pańską, bo otworzyła żyły Klaudyusza Mouriez.
Chenier założył ręce na piersi, i spójrzał na hrabiego.
— Teraz, panowie, rzekła kończąc — chodźmy do mnie. Scena przedłużała się w ogrodzie. Poeta pochylił głowę na ramię jak atleta zwyciężony proszący przebaczenia: głos kobiéty przeleciał po nad jego czołem i pochylił je, jak wiatr nachyla trzcinę.
— Panie Chenier, mówiła z akcentem melodyi niebieskiéj, któremu nic się oprzeć nie może — dałeś pan sobą zawładnąć złemu natchnieniu i wpadłeś tu; zgwałciłeś święty przytułek prześladowanych; winę tę opłakujesz sam pewnie w goryczy serca. Twoje uszanowanie pełne milczenia lepiéj mi niż słowa odpowiada; na czole czy tam żebyś się chciał uniewinnić — i nie żądam uniewinnienia; dość mi na tém, i mnie i hrabiemu de Pressy.
— Pani, rzekł Chenier spuszczając oczy jak winowajca przed sędzią, kiedy tak dobrze sądzisz o myślach moich, nie przemówię, nie dodam i słowa do tego co mówisz pani za mną. Niech mi tylko wolno będzie powiedzieć, że gniew i szał nigdy by mnie nie uniosły do takiéj gwałtowności, gdybym sądził, że mam świadkiem ich hrabinę Margaretę...
— Tak sądzę panie.
— Co się tycze przyszłego mojego postępowania, kończył Chenier, będzie ono takiém, jakiem mi je wskazać zechcesz.
— Panie Chenier, odezwała się uśmiechając hrabina, zdaje mi się, że sam oświecić się powinieneś o postępowaniu swojém; po za temi murami, wola twoja niczém nie jest skrępowaną.
— Byłaś pani łaskawą zajmować się losem moim, nie jak kobiéta, ale jak anioł opiekuńczy; gdy cię proszę o radę w postępowaniu, nie do kobiéty odwołuję się, ale do anioła.
— Hrabina Margareta, która się zawsze żywo zajmuje poetą, prosi cię panie Chenier, raz ostatni...
— Raz ostatni! przerwał Chenier słabym głosem.
— Tak, raz ostatni, — prosi cię żebyś czuwał nad sobą, żebyś nie dawał żadnego powodu do zemsty swoim nieprzyjaciołom politycznym i czekał dni lepszych na osóbności, w ciszy rozmyślania. Masz pan genjusz, którego uprawą zająć się winieneś, winieneś rachunek Bogu z cudnego talentu, którym cię obdarzył, odmawiając go drugim. Pracuj, myśl, pisz, masz pan światy do odkrycia w sobie. Idź pan do dzieła swego, a zapomnij o przeszłości cudzéj, i myśl tylko o swojéj przyszłości.
— To pożegnanie od ciebie pani? spytał Chenier skłaniając się.
— Nie mogę panie Chenier obdarzyć cię inném, pochodzi ono ze szczérego zajęcia jego losem, jego genjuszem. Pojmujesz dobrze teraz, że od dziś nowe się dla mnie rozpoczynają obowiązki, muszę się także odosóbnić, szukać schronienia, bo i to wygnanie niedostępném nie jest. Bądź zdrów P. Chenier, bądź zdrów!
Wyrazy Margarety, dotąd stanowczym wymawiane głosem, słabły i oznajmywały wzruszenie wewnętrzne, które się zdradzić mogło, gdyby się przedłużyła rozmowa.
Hrabia de Pressy, stojący trochę na ustroni, przez delikatność zręcznie pokrywaną w czasie całéj téj sceny, zrobił kilka kroków, przystąpił do poety i podał mu rękę.
Chenier jak automat spełnił wymagania téj straszliwéj chwili: uścisnął ręce hrabiego i Margarety, tłumiąc w głębi serca wykrzyk boleści, i wyszedł z Viroflay nie spełna wiedząc dokąd zmierzał.
Mimowolnie monolog w myśli się jego rozpoczął i towarzyszył mu w pochodzie przez lasy. Tak, mówił, — otoż to kobiéty! przyciągają cię ku sobie, syreny, usty miodowemi, rączkami białemi; schodzisz z okrętu na brzeg; bieżysz ku nim, a miluchne stworzeńka zabijają cię bez litości! Co teraz począć? zemsta mi nawet wzbroniona. Zemścić się? za co? na nim? jam winien najwięcéj, ja byłem śmiesznym i dziwnym, wziąłem czyste przywiązanie kobiéty za nieprawą miłość. Zawsze się tak mylimy. Duma nas obłąkuje; a gdy miłość własna zanurzy nas w głąb przepaści, poglądamy czy nas z niéj wyciągniona nie podźwignie ręka. Widzę głębią przepaści — nie postrzegam ręki... rozpacz ciśnie mnie, jak obręcz rozpalonego żelaza! powietrza brak piersi mojéj, życie ucieka odemnie... bo życiem mojém była miłość!
Andrzéj usunął się i padł pod drzewem osłabiony i podobien konającemu; ale ludzie, których utrzymuje ogień elektryczny namiętności, nie mogą być zniszczeni tak pospolitym wypadkiem; powstają zmartwych by cierpieć, a cierpią by żyli; dziwne to ich przeznaczenie: aby ich obalić — potrzeba kuli bojowéj lub topora kata! Szczęśliwy Chenier, gdyby go była rozpacz miłośna zabiła.