Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.
W lesie.

Opuszczając zarośla powieści i szczegóły mniéj potrzebne; znajdujemy hrabiego de Pressy w małym domku wiejskim, blizko Evreux, u pani Mouriez, matki Adrjana, w chwili gdy oboje wyjeżdżają pocztą, z powodu, który się zaraz wytłómaczy.
Matka Adrjana odebrała list następujący:

Kochana matko!

Niepodobna mi się wytłómaczyć jak się dostałem do domu, z którego do ciebie piszę; wiém tylko, żem bardzo osłabiony, jakby po długiéj chorobie, poczciwi jacyś ludzie troskliwie chodzą koło mnie, od rana dzisiejszego gorączka i delirium ustały. Długi czas upłynie nim całkiem przyjdę do zdrowia, ale gdybyś była przy mnie, zdaje mi się żeby mi nic nie brakło.
Nie pisz do mego stryja, nie wstępuj do niego przejeżdżając przez Wersal; nadtom osłabiony żebym ci wszystko wytłómaczył. Przyjedź, opowiem ci resztę.
Pilnuj ściśle skazówki jaką mi dyktują, a łatwo znajdziesz dom, w którym ja jestem.
«Zapytać od Xawerego Meignan o dom dawnego leśniczego, dadzą przewodnika, ulica de la Treille, N. 28. w Wersalu. Nie pytać o nic więcéj; nie badać.

Syn twój przywiązany
Adrjan Mouriez.

Żywo będąc niespokojną, matka Adrjana przyjęła miejsce ofiarowane jéj w powozie hrabiego de Pressy, i nazajutrz była u łoża chorego syna swego.
Hrabia de Pressy, uznał przyzwoitém wstrzymać się od tych piérwszych odwiedzin: nie przestąpił progu domu w którym Adrjan złożony został po straszliwym ranku owym, i przyzostawszy się w lesie, zajął się nieco sobą samym: spłaciwszy dług sowicie miłości bliźniego, wolno być egoistą w chwili spoczynku po spełnieniu ważnéj posługi.
Wszystkie domysły, które pan de Pressy nagromadził rozważając, nie doprowadziły go, wedle zwyczaju do niczego pewnego, ale przez chmury dumań dójrzał, że hrabina Margareta, która miała tajemne stosunki z Denisem, ogrodnikiem w Viroflay, nie musiała być obcą tajemniczéj historji Adrjana, opuszczonego na progu domku odosobnionego, wśród lasu.
Ubezpieczony swoim ubiorem i pasportem pod nazwiskiem zmyśloném, na którym stał podpis protekcyjny władzy republikanckiéj, hrabia de Pressy postanowił wyjaśnić swe domysły dalszém badaniem; bo co przypuszczał nadewszystko i nie bez prawdopodobieństwa, to stosunek jakiś występny między hrabiną a Adrjanem. Zasiadł więc w szynczku drwalów niedalekim od domku Denisa, i płacąc sowicie gospodarzowi, żeby u niego być bezpiecznym, zasiadł niejako szpieg, co zawsze ohydna, ale jako postrzegacz, co czasem dozwolone.
Andrzéj Chenier, czekał jeszcze na obiecanych posłańców i ciągle nadaremnie; opóźnienie to co chwila dziwniejsze i mniéj pojęte mu się wydawało. Sprzykrzywszy sobie oczekiwanie, napisał list rozpaczliwy, w którym dopraszał się o chwilę rozmowy, dla umówienia się o wyemigrowanie do Anglji. Opatrzony tym listem, poszedł jednego ranka ku Viroflay, rachując na zręczność, która mu poddać miała miejscowość i okoliczność z oddaniem swojego pisma hrabinie.
Gdy tak krążył z listem w ręku wzdłuż murów ogrodowych, kryjąc się za drzewami las obrzeżającemi, usłyszał szelest kroków i zwracając szybko głowę, ujrzał naprzód i poznał hrabiego de Pressy. Są chwile w których podstęp wszelki byłby próżny, bo nie dozwalają żadnego daremnego wybiegu.
Hrabia ukłonił się Andrzejowi Chenier z tą grzecznością wdzięczną, która w podobnych razach równa się uderzeniu piorunowemu, i podał mu rękę, jakby go spotkał na przechadzce w ogrodzie.
— Pokazuje się, rzekł, panie poeto, że oba razem przetrzęsamy las, i jednym idziemy tropem, iż użyję wyrażenia myśliwskiego.
— Zdaje mi się, odparł Chenier z zimną krwią dobrze udaną — że wolno mi las przetrzęsać jak panu, odkąd prawa myśliwskie nadały nam więcéj swobód pod Rzeczpospolitą.
— Doskonale! rzekł hrabia śmiejąc się — spotykamy się na przesmyku, pan i ja, jakby to było wyznaczone stanowisko. To prawdziwie szczęśliwie! Nie wiész tam pan o jakim odyńcu lub maciorze?
— Panie hrabio, odparł Chenier, zdaje mi się, że te wstępy są próżne i niegodne nas obu. Potrzeba śmieléj przystąpić do rzeczy, a jam gotów odpowiedzieć mu.
— Na poczciwość, poeto, śmiesznym mi się wydajesz. Jeśli się panu zdaje przystąpić do rzeczy, no to przystępuj piérwszy, a śmiało? Co do mnie, gotów jestem gadać z panem o rzeczach obojętnych do wieczora, jeśli się to panu podoba, i opowiedzieć mu o przepyszném polowaniu, jakieśmy tu mieli z P. de Grave d. 12 lipca 1789, na którém wszystkie nasze psy się rozprzęgły... Niech pan tylko raczy usiąść pod tym drzewem, opowiém panu jakie nam tu figle płatał odyniec, którego w ostatku zmuszeniśmy byli forsować końmi.
— Hrabio de Pressy, rzekł Chenier, pan nadużywasz żartu.
— Tęgo mówisz poeto, ale nie przystępujesz jeszcze do rzeczy.
— Hrabio de Pressy, pan wiész dobrze, że oba nie mamy jedynéj broni, któraby nas od szermowania słowami uwolnić mogła.
— Jest to jakaś mglista groźba? nie prawdaż panie Chenier?
— Przystępuję śmiało do rzeczy, panie hrabio.
— Chcesz się więc wytłómaczyć pojedynkiem?
— Innego tłómaczenia dać panu nie mogę.
— Mylisz się, kochany poeto.
— O tém ja tylko sądzić mam prawo, a ja nie przyznaję się do omyłki.
— Daruj mi, panie Chenier, przyznasz się do niéj, boś człowiek uczciwy i prawy, i wyzywam cię żebyś milczeć mógł, gdy przemówię do jego honoru.. Czekasz tu na hrabinę Margaretę?
— Nie, panie hrabio.
— A! panie Chenier, daruj, omyliłem się, rachowałem na twój honor i uczciwość.
— To dobrze, panie hrabio, wybornie; wolę już wprost obelgę rzuconą w oczy, przynajmniéj uwalnia od dalszych tłómaczeń; człowiek obrażony nie odpowiada... Panie hrabio, gdzie się jutro spotkamy?
— Otóż! jak uparcie trzyma się swego pojedynku! Alem cię nie obraził, nie chcę pojedynku! nie przyjmuję tych wykręcań słów. Wiész dobrze żem nie tchórz, wiész jak szpadą władam, wiész żem sto razy miał pojedynki szczęśliwe. Co za szał zmusza cię bić się z hrabią de Pressy? chyba żeś był podporucznikiem w Royal-Angoumois, gdzie się bili wcale nie tęgo; wiém to doskonale, bom w dwudziestym roku był jego półkownikiem. Kochany poeto, pióro ci rękę popsuło. Jeśli się uprzesz, ręczę ci, że pojedynek nie potrwa długo, i choć masz dłoń silną, wyrzucę ci szpadę o dwadzieścia kroków, a co potém powiész?
— Powiem mości hrabio, żeś zuchwalec.
— No! zuchwalec jestem, zgoda. Chcesz się bić ze mną, będziesz się bił; ale jeśli ci dam tę satysfakcyę, żądam innéj od ciebie, dasz, mi ją panie Chenier?
— Jeżeli ona...
— Bez jeżeli. Jak to! robię co chcesz, słucham cię, powoduję się twojemi fantazjami poety, a ty mi odmawiasz niewinnéj satysfakcyi o którą cię proszę?
— Nie wiém jakiéj.
— Dasz mi ją, słowo honoru?
— Ale bić się będziesz panie hrabio?
— Będę.
— No, mów pan, pytaj. Dam panu satysfakcyą jakiéj żądasz.
— Odpowiész mi uczciwie tak lub nie, bez ogródki.
— Przysięgam ci to hrabio.
— Przysięga twoja zapisana; — niebo mam za świadka. Andrzeju Chenier jesteś kochankiem hrabinéj Margarety?
— A to dziwna..
— Tak lub nie, przerwał hrabia tonem poważnym i silnie, tak lub nie. Wiém dla czego zmuszony jestem pytać się o to. Przysiągłeś mi odpowiedzieć. Jesteś kochankiem hrabinéj Margarety?
— Nie.
— Przysięgasz w obec nieba, wzniósłszy rękę ku Bogu.
— Przysięgam.
— Na popioły matki twojéj.
— Tak, na popioły mojéj matki.
Hrabia de Pressy wyjął maleńkie album z kieszeni, i podając ołówek poecie, rzekł:
— Masz-li wstręt zeznać na piśmie i stwierdzić podpisem coś wyznał?
Chenier zawahał się chwilę i odezwał.
— Piszę i podpisuję.
— Dobrze, panie Chenier, kontent jestem z pana i mam nadzieję, że i pan ze mnie rad będziesz.
— Będziesz się bił hrabio?
— Jak to? wątpisz o tem! służę ci. Tylko panie Chenier, pozwól mi zwrócić twoję uwagę na ciebie.
— Rozważyłem wszystko.
— Czekaj pan, słówko, nie przerywaj — nie jesteś kochankiem hrabinéj Margarety; przysiągłeś to na honor: rzecz więc pewna; ale kochasz tę kobiétę, ja ci mówię że ona jest moją żoną; masz więc projekcik wcale nie moralny. Nie przerywaj mi proszę. Projekt ten, niegodny czystego muz ulubieńca, jest następujący: Kochasz kobiétę, mąż ci stoi na zawadzie naturalnie, chcesz więc zabić męża.
— Panie hrabio, chcę co Bóg zrządzi.
— Ale Bóg nie żąda żeby kochankowie zabijali mężów a żenili się z ich wdowami. Przestrzegam więc waćpana, że mnie nie zabijesz. Wyjdziem na plac, skrzyżujem szpady; dasz mi śliczną zręczność zabicia kochanka mojéj żony, a ja z niéj korzystać nie będę. Cóż potém? nie wiesz? Ja ci powiém co uczynię.. Wyjadę z Francyi z panią hrabiną de Pressy, i nie zobaczysz jéj więcéj.
— Panie hrabio, rzekł Chenier wzruszony, wyznaję że całéj téj mowy pańskiéj zrozumieć nie mogę.. nic a nic. Nigdy mąż tak lekko nie odzywał się o swojéj żonie, i nie wyzywał do podobnych tłómaczeń.
— Tak panie Chenier, to prawda; zwykle nie tak sobie postępują mężowie, ale daruj, ja nie jestem pospolitym mężem. Położenie moje nie wyjaśnione całkowicie, wina to czasu w którym żyjemy. Anormalność jest w powietrzu. Nic się nie czyni jak w czasach zwyczajnych. Rewolucya wszędzie. Mąż pyta młodego człowieka: Jesteś kochankiem mojéj żony? To się nigdy jeszcze nie trafiło, a dziś się trafia. Mieliśmy cztérnaście wieków królestwa; wpadliśmy w Rzeczpospolitę, jak mi onegdaj mówiono: dziw-że się tu czemu! Nasz drobny wypadeczek ginie w chaosie anomalji, które nas otaczają. Nie bądź zbyt naiwnym, panie Chenier.
— Do celu, do rzeczy hrabio de Pressy.
— Pokaż-że mi cel, panie Chęnier.
— Jutro o téj saméj godzinie, spotkamy się tutaj hrabio, i Bóg nas rozsądzi.
— Upiérasz się przy swojém.
— Wszystkiegom zapomniał oprócz obrazy; jeszcze mi ona czoło rumieni.
— No, panie Chenier, jeśli chcesz to odwołuję com powiedział.
— A ja nic nie odwołuję.
— Niech i tak będzie, kiedy koniecznie chcesz, muszę się do twéj woli zastosować.
Hrabia skłonił się bardzo wdzięcznie poecie i znikł w gęstwinie lasu.
Chenier zapomniał o liście z którym szedł, i zamyślił się o losach jutra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.