Andrzej Chenier/XXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Klaudyusz Mouriez podniósł głowę aby rychléj zobaczyć zabójcę, którego wprowadzano.
Był to człowiek niemłody, ale oczy jego pałały jeszcze żywością młodzieńczą, która dziwną stanowiła sprzeczność z siwemi włosami okrywającemi mu głowę.
Zuzia mruknęła po cichu.
— Jak u licha ten ogromny Klaudyusz dał się zabić takiemu małemu staruszkowi.
— Zostawcie mnie sam na sam z tym człowiekiem, rzekł Mouriez głosem nieśmiało rozkazującym.
— A! tak! odparła Zuzia, myślisz, że cię sam na sam ze zbójcą zostawię! Nie ruszę się krokiem ztąd... Daremnie na mnie oczy wytrzeszczasz, zostanę, żeby w czas przynajmniéj krzyknąć o ratunek.
— Ręczę ci Zuziu, że niéma najmniejszego niebezpieczeństwa, zostaw mnie z nim.
— Panie kochany, jesteś tak osłabiony, żebyś się małemu dziecku nie obronił.
— Nie będę się potrzebował bronić.. wierzaj mi.
— A ja nie wyjdę.. oprócz tego jestem też ciekawą, chciałabym wiedzieć co tego nędznika pobudziło, żeby cię zabił.
— Zuziu, powiém ci to wieczorem.
— Wolę dowiedzieć się o tém zrana.
I Zuzia usiadła, a raczéj przyrosła do krzesła jak najwygodniéj się rozpierając, jakby w sali teatralnéj zabierając się do reprezentacyi zajmującéj.
Mouriez ruszył ramionami jak człowiek, który się zdecydował ustąpić.
— Jak się nazywasz? spytał obwinionego.
— Walenty.
— I nic więcéj.
— Nic więcéj, bom się urodził nie wiém jak na okręcie.
— Gdzieżeś się urodził?
— W Paryżu, jak wszyscy co na morze są przeznaczeni.
— Śmiało odpowiadasz, zdaje mi się panie Walenty.
— Śmiało jak paź, mruknęła Zuzia.
— Ojciec mój zmuszał mnie zawsze mówić głośno, rzekł Walenty.
— Kto twoim ojcem?
— Ocean.
— Nie potrzebuję pytać cię czyś lojalista?
— Tak, jest to całkiem niepotrzebne.
— Co miałeś przeciwko mnie?
— Wiész pan sam.
— Mylisz się.
— Odczytaj pan piérwsze badanie.
— Nie masz prawa dyktować mi co mam czynić.
Odpowiadaj: co miałeś przeciwko mnie?
— Miesiąc temu przychodziłem cię wyzwać na rękę; twoi agenci poznali mnie. Podarłeś waćpan moje wyzwanie na kawałki i zrobiłeś mnie warjatem. Onegdaj spotkawszy cię przypadkiem przez sztachety ogrodowe, zmusiłem do obrony. Biłeś się mężnie, oddaję ci tę sprawiedliwość. Biliśmy się i zostałeś zwyciężony.
— Ale ba! przerwała Zuzia, co ci ten bezwstydnik plecie? Klaudyusz Mouriez spójrzał ostro na Walentego i uśmiechnąwszy się rzekł.
— Walenty, rzekł, uczciwy człowiek z ciebie!
— To dla mnie nie nowina.
— Ale, mówił daléj Mouriez, nie mogę dać wiary twemu poczciwemu kłamstwu.
— Kłamstwu! zawołał Walenty, alboż to co mówię nie prawda?
— Tak, nie ze wszystkiém prawda... wyjąwszy cóś skłamał... Nie było zbyt jasno, wczoraj rano pod drzewami, u sztachetów, ale dobrzem widział przeciwnika, a nie był nim starzec sześćdziesiątkilko letni. Biłem się z młodzieńcem przyjacielem twoim, krewnym czy panem, który musi mieć powody ukrywania się, a ty bez jego wiedzy chcesz się za niego poświęcić... Nie przerywaj mi. Ten co mnie ranił w pojedynku, temi dniami bywał tu często, pod nazwiskiem zmyśloném odwiedzając mnie.
— Pan de la Grille! zawołała zdziwiona Zuzia.
— Tak, mówił daléj Klaudyusz, Pan de la Grille. Widzisz Walenty, że nie zmyślam; powiém ci nawet, że ten twój przyjaciel, krewny czy pan, w téj chwili jest w drodze do Calvados... Ale bądź spokojny, Walenty, tajemnicy dochowam. Można mnie było zabić podle w tym ogródku; łatwo to było; wolano wyzwać na niepewny pojedynek; jest to wspaniałomyślne postępowanie, które wspaniałomyślnością wynagrodzić powinienem.
— Panie Mouriez, rzekł Walenty wzruszony, wiész wszystko, nic więc mówić nie będę. Oczekuję na to co mi przeznaczono.
— A cóż ci ma być przeznaczone! Ściśnij mi rękę, otwórz drzwi i ruszaj sobie, jesteś wolny.
Zuzia powstała i chwytając życzliwie rękę Walentego, wskazała mu drogę do wyjścia.
— Przepraszam pana, panie Mouriez, rzekł Walenty zlekka odtrącając Zuzię... Pan bo mnie nie dobrze zrozumiałeś... Uważaj pan lepiéj, a kiedy ci się zebrało na wspaniałomyślność, nie rób rzeczy przez pół.
— Próżno myślę, odparł Klaudyusz, nie mogę cię zrozumieć.
— Ale to rzecz bardzo prosta panie Mouriez. Kilka osób uwięziono jako wspólników zbrodni, po zaburzeniu na placu Wolności. Obowiązkiem jest moim nie dopuścić, aby ci biedni wystawieni byli na niepewne losy sądu, który ich życia pozbawić może niewinnie. Sprawiedliwość często robi podobne omyłki, zwłaszcza w teraźniejszych czasach. Z drugiéj strony, nie zcierpię, żeby ten, co się z panem bił, został skompromitowany. Imie jego powinno zostać zakryte. A żem się dał dobrowolnie wziąść, to mi z planu wypadło. Przyznam się sam do spełnienia zbrodni; sąd mnie jednego sądzić będzie! Czego się mam lękać? Śmierci? A! mój Boże! starość moja nie długie mi obiecuje życie. Skazany będę i okupię tych niewinnych, których uwolnią. Za kilka dni mowy o tém nie będzie.
— Oto poczciwy człowiek! zawołała Zuzia ocierając łzę, ale my na to nigdy nie pozwolim, nigdy!
— Zapewne że nie, rzekł wzruszony Mouriez, niepodobna na to zezwolić; nie możemy dopomódz do takiego poświęcenia, które ci cześć czyni, bez wątpienia, ale mnie by hańbą okryło, gdybym na to pozwolił. Jesteś wolny Walenty, nikt cię tu chwili dłużéj zatrzymać nie może.
— A co będzie z resztą uwięzionych?
— I ci natychmiast uwolnieni zostaną.
— A cóż powie na to lud?
— Niech mówi co chce. Zresztą mogąż mnie obwinić, że sprzyjam zabójcom moim!
— Wszystko to co pan Klaudyusz mówi, bardzo słuszna, zauważyła Zuzia, ja mu rzadko pochlebiam.
— Tak, panie, zdaje się panu żeś wszystko ułożył, ale to dla mnie nie dosyć. Trzebaż będzie robić poszukiwanie. Sprawiedliwość musi ich śledzić choćby pan nie chciał tego i nie wiedział o tém. Piérwszy urzędnik tego miasta padł pod ciosami zabójców, trzeba się będzie starać koniecznie żeby ich odkryć, a ja tego właśnie chcę uniknąć, i uniknę sam się poświęcając. Tym sposobem ten o kogo mi chodzi, na zawsze wolny będzie. Widzisz pan, że mój plan najlepszy i wszystko razem uprząta i kończy.
Klaudyusz Mouriez pochylił głowę, zamknął oczy i pociągnął rękę po czole, jak by w niém szukał jakiego sposobu.
Głębokie milczenie panowało w pokoju.
Głos tylko z ulicy obwołującego nowiny miejskie dochodził przez okna. Klaudyusz wyciągnął rękę dając znać, żeby słuchali.
Krzyk doszedł ich uszu: — Oto szczegóły uwięzienia i badania zabójcy obywatela Klaudyusza Mouriez, po groszu, z portretem zabójcy.
— Głupi! zawołała Zuzia, dobrze ten grosz zarobi!
— Widzisz, rzekł Walenty, ludowi potrzeba ofiary, dają mu zabójcę, chwyta go i nie puści.
— Waćpan nie znasz Klaudyusza Mouriez, przerwała Zuzia, dałby się zabić za Rzeczpospolitę, ale włosa z głowy niewinnego nie weźmie.
Zapukano do drzwi zlekka, Zuzia otworzyła je, cóś zagadała i obracając się ku alkówce, w któréj leżał ranny, rzekła: — Obywatel Instygator publiczny zapytuje czy widzieć się może?
— Proszę! rzekł Klaudyusz.
Urzędnik zbliżył się do łóżka, i na zaproszenie chorego, mówić począł:
— Lud żąda prędkiego ukarania zabójcy waszego. Ponieważ nędznik ten przyznał się do swéj zbrodni, process nie może być długi. Potrzeba przykładu, jeśli gdzie to tu, w mieście pełném rojalistów; przychodzę po rozkazy wasze, i życzyłbym, żebyście proces kryminalny jutro kazali rozpocząć.
— Proces się nie pociągnie! rzekł Walenty.
— Milcz! przerwała gospodyni ściskając rękę obwinionego.
Klaudyusz Mouriez począł poważnie:
— Lud żąda prędkiego wymiaru sprawiedliwości, ale chce też, żeby ona była sprawiedliwą. Znam lud, bo z niego pochodzę. Jak chcecie rozpocząć procés kryminalny w nieprzytomności głównego świadka, to jest mnie?
— Pisarz może tu przyjść po zeznanie wasze, rzekł urzędnik tonem człowieka co wszystko przewidział.
— Byłoby to złamaniem świętych form sprawiedliwości, rzekł Klaudyusz.
— Starych form...
— Tak, starych i tém świętszych, że starych, macie słuszność, rzekł Mouriez; jak gdyby nie zrozumiał, co instygator chciał mówić — rozkażę więc odprowadzić więźnia. Powiész pan przed sądem, że za kilka dni spodziewam się być zdrowszym i sam zeznanie moje przyniosę o wypadku ulicy Thiers. Do mnie należy nadewszystko dać przykład uszanowania prawa i form. Żadnych excepcyj; niech równość nie będzie czczém słowem.
— Ślicznie powiedziano, odezwała się Zuzanna. Urzędnik dziwnie spójrzał na gospodynię, ukłonił się choremu i wyszedł.
— Otoż tylem tylko dla zyskania na czasie wymyślić potrafił, rzekł Klaudyusz.
— A na co zyskiwać na czasie? spytał Walenty.
— Słuchaj no Walenty, kończył Klaudyusz, czemu się sprzeciwiasz ze swoim natrętnym heroizmem, moim widokom i myślom? Namyśl się, cobyś sądził o mnie, jakiebyś miał wyobrażenie o moim charakterze, gdybym ci takiego poświęcenia dozwolił? Zrób-że cokolwiek dla mnie. Rewolucye tém są dobre, że szlachetnym sercom i poświęceniom wszelkiego rodzaju otwierają drogę. No! Walenty! proszę cię, poświęć się nieco i dla mnie.
— No, niech tak będzie, rzekł Walenty wzruszony, trzeba żyć, żeby ludzi poznać. Ktoby to powiedział, żeś waćpan Klaudyusz Mouriez!
— A ja ci powiadam, że to dziecko, przerwała Zuzanna, ja go znam przecie.
— Zuziu, dodał Klaudyusz, wszystkie twoje uwagi o mnie, gdy rzeczy serjo się traktują, wcale nie są w miejscu.
— Ale ba! myślisz że się będę wstrzymywać od uwag i gadania, choćby chodziło nie wiém o co! Wszystko tu serjo! Musiałabym ciągle milczeć.
— Zuziu, wpuść urzędnika policyjnego i straż, rzekł Klaudyusz, a ty Walenty, obiecujesz mi pomagać?
— Obiecuję, rzekł Walenty ze łzami w oczach.
Straż weszła.
— Odprowadźcie go do więzienia, rzekł Mouriez ostro, i niech nikt nie waży się dostąpić do niego, ani z nim mówić.
Gdy Zuzia została sam na sam z Klaudyuszem, zbliżyła się do jego łóżka i rzekła:
— Zrobiłeś coś poczciwego, zobaczysz, że ci to wyjdzie na dobre.