Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.
Badanie obwinionego.

— Jakżeś pan noc przepędził?
— Dość dobrze Zuziu... spałem spokojnym snem godzin kilka.
— No! no! miéj cierpliwość... wyszedłeś z niebezpieczeństwa. Doktor mówił.. czekaj pan, napisałam sobie co mówił, jego własne słowa: Niéma żadnego ważnego zbawienia, w organach żywotnych obywatela Klaudyusza Mouriez.
— Chcesz mówić zapewne zranienia nie zbawienia.
— Napisałam zbawienia, i koniec!
— Jak sobie chcesz, Zuziu! i żadnych wieści o Adrjanie?
— Ah! niema żadnych!
— To Zuziu, to moja rana największa! Gdyby mnie Adrjan po czole pogłaskał, zostałbym uleczony.. Co się stało z tym biédakiem.
— Wierz pan temu co mówię, i co powiém znowu: synowiec pański wyjechał do Calvados.
— Niepodobna!
— Ależ, panie Mouriez, pan myślisz żeś bardzo zabawny dla tych co z nim żyją? To gruba omyłka. Zapewne, choć mężczyzna, nie zadrasnąłbyś muchy kiedy masz krew zimną; ale jak cię ten republikański diabeł opęta — o! uciekajcie na kraj świata, żeby twarzy waćpana nie widzieć i głosu nie słyszéć. Trzeba cię bardzo kochać, i dobrze znać, żeby z nim życie pędzić.
— W istocie masz racyą.. potrzebuję ci wierzyć; to mi czyni nadzieję, że Adrjan żyje..
— I że cię porzucił dla pozbycia się.. Ja jestem otwarta. Masz pan czegoś wart. Co za szał też waćpana wpędził w te szarfy trójkolorowe i zamęt rewolucyjny.. mnie się zdaje żeście wszyscy powarjowali. Nie lepiéj ci było panie Klaudyuszu, z małym twoim dochodem, w ogródku w Honfleur, między rzeczką a morzem?
— Zuziu, kobiétą jesteś i nic nie rozumiész polityki.
— Śliczna wasza polityka! niema co mówić, macie się z czém pochwalić!
— Zdaje mi się Zuziu, że Adrjan powinien powrócić, gdy się dowie z gazet, co mi się trafiło... znam jego serce.. nie czytałem gazet od dni cztérech.. i.
— I czytać ich nie będziesz.. doktor zakazał mi dawać ich panu..
— Pozwól mi tylko przeczytać jeden numer wczorajszy.
— A! a! poczekawszy! zapewne! będziesz go miał!
— No! to powiedz mi przynajmniej Zuziu, czy jest tam mowa o moim przypadku.
— Zapewne że jest mowa.
— I cóż piszą?
— Powtarzają co było w Przyjacielu Ludu, w Mieczu mściwym, w Pairjocie.
— Cóż pisały te gazety?
— Zawsze to co zwykle.. Poczekaj, przeczytani co się was tycze, ale z warunkiem, że na tém przestaniesz.
— Przystaję na to Zuziu!
Gospodyni wzięła gazetę Prudhomm’a, poszukała artykułu i czytała co następuje:
«W nocy ostatniego quintidi, spokojność zamięszaną została w Wersalu skupieniem się ludu przekupionego przez Pitta i Cobourga. Obywatel Klaudyusz Mouriez sam potrafił rozpędzić wichrzycieli; lecz gdy już powracał do ratusza, cztérech złoczyńców wpadli nań, odebrali mu broń, i zawlókłszy go do ogródka w ulicy Thiers skłóli go sztyletami. Rany są ciężkie, ale została nadzieja ocalenia.”
Klaudyusz Mouriez pomimo wielkiego osłabienia, z lekkim uśmiéchem przysłuchiwał się czytaniu; gospodyni zrozumieć go nie mogła.
Fakt tedy, został zdobyty dla historji, wedle wyrażenia kronikarzy.
Cała prawie historja składa się z faktów zdobytych, równie prawdziwych.
— Jeszcze cię o jedną łaskę proszę, Zuziu, rzekł Klaudyusz Mouriez błagającym głosem, daj mi spis tych co mnie odwiedzili..
— A co ci po nich? Będziesz miał czas jeszcze i późniéj to przeczytać. Całe miasto zbiegało się dowiadywać; z tysiąc nazwisk zapisano u drzwi twoich, na tém dosyć.
— I nikt niedomagał się tajemnéj rozmowy, gdy będę w stanie mówić?
— A! a! przypominasz mi kogoś co tu dwa razy na dzień przychodzi. Jest to młody człowiek bardzo przyjemnéj twarzy, postawa przyzwoita, ale ubior nie najstosowniejszy do niéj. Ten najupartszy ze wszystkich: chce koniecznie mówić z tobą, bądź co bądź; zamykam mu drzwi przed nosem, ale zawsze grzecznie, bo i on grzeczny; potrzeba go przyjmować przyzwoicie.
— Mówił ci jak się zowie?
— A tak! czekaj pan, mówił imię, ale go nie chciał zapisać.. Zowie się... przypominam sobie.. pan de la Grille.
De la Grille! powtórzył Klaudyusz spoglądając w górę.. A! a! wiém! znam go! masz racyą bardzo miły człowiek... to jeden z dawnych moich przyjaciół.. Jeżeli przyjdzie, wpuść go tu natychmiast..
— Jeśli doktor pozwoli..
— Czy pozwoli czy nie.
— I jeśli mi się podoba..
— Podoba ci się, Zuziu!
— Wątpię bardzo. Zresztą, nie wróci może chyba za tydzień, a w ciągu tygodnia będziesz pan całkiem lepiéj.
— Czemuż za tydzień?
— Bardzoś pan ciekawy! Nadto podobno już mówisz na konwalescenta?
— Ale bo mi daleko lepiéj Zuziu — nie oszczędzaj mnie... Powiedz mi wszystko co wiész o tym panu de la Grille.
— De la Grille! śmieszne nazwisko!.. cóś to brzmi jak zmyślone.. Czyż on się tak doprawdy nazywa?
— A kiedym go poznał!
— Prawda! prawda! No! powiém ci! Ten jegomość zdaje się wielce zajmować twoim synowcem Adrjanem... Poprzysiągł, że go wyszuka i staranie o nim mieć będzie... Prawdaż to?.
— Prawda! mów daléj.
— No! to któś z twoich krewnych, taką rzeczą?
— Tak jest, mów tylko daléj.
— Ten pan de la Grille upiérał się dowiedzieć odemnie czegoś o Adrjanie.. muszę ci powiedzieć, że mi ofiarował przepyszny pierścień.
— Któregoś nie przyjęła?
— Prawie..
— Jak to prawie?
— To jest nie odmówiłam przyjęcia, ale też i nie wzięłam; powiedziałam mu, że się namyślę...
— Tu niema co myśleć — nie możesz przyjąć.
— Dla tego, że od jednego z twoich krewnych?
— Nie przyjmiesz!
— Mam cztérdzieści cztéry lata, panie Klaudyuszu! mówię ci ile mam lat, bo ty to wiész. W moim wieku prezenta się nie odrzucają..
— No! to przyjmij sobie.. ale kończ że..
— Jak to? Chcesz żebym kończyła, a przerywasz mi ciągle! Musiałam tedy powiedzieć panu de la Grille, krewnemu twemu, że Adrjan wyjechał do Calvados.
— Zapewniłaś go o tém?.
— A tak..
— I pojechał?
— Wczoraj wieczór, pocztą..
— Bez pasportu?
— Myślisz żem tak roztrzepana! kazałam mu dać pasport panu Legaigneur, z którym robię co chcę.
— Ty więc teraz komenderujesz w ratuszu?
— A kiedyś ty chory, trzeba przecie żeby któś rządził! Bądź spokojny, nie więcéj głupstw zrobię jak drudzy.
— Zresztą bardzo dobrze żeś mu pasport dać kazała, ale pod jakiémże nazwiskiem?
— Śliczne pytanie! pod nazwiskiem własném! de la Grille!
— A! to słusznie!
— Klaudyuszu, widać żeś jeszcze nie wyzdrowiał i nie przyszedł do siebie; pamięć dotąd trochę przytępiona... zaśnij sobie nim doktor nadejdzie.
— Jak tylko pan de la Grille nadejdzie.. powróci, zaraz go tu do mnie przyprowadzisz.. Dałażeś mu dokładny adres mojéj bratowéj, matki Adrjana?
— Proszę być spokojnym, nie zapomniałam o niczém.
W téj chwili zapukano do drzwi zlekka i Legaigneur spełniający obowiązek sekretarza, ukazał się dając znak gospodyni, która przyjęła go z niecierpliwością.
— Czego chcesz? spytała żywo ale cichym głosem.
— Wielka nowina — rzekł sekretarz.. trzeba mi się zaraz widzieć z obywatelem Klaudyuszem Mouriez.
— Nie więcéj jak na dwie minuty.. odparła Zuzia. Przyprowadziła Legaigneur’a do łóżka chorego. Sekretarz skłonił się nizko. Klaudyusz podał mu rękę i kazał mu usiąść, mówiąc:
— A co tam nowego?
— Tylko mi nie przedłużaj! szepnęła rozkazująca gospodyni.
— Raportuj mi krótko! rzekł Klaudyusz posłuszny.
— Oto więc rzecz cała, rzekł Legaigneur wpatrując się drżący w gospodynię. — Wczoraj ważnego zatrzymano więźnia..
— Codzień ważnych więźniów zatrzymują, przerwała Zuzia, ustawując sprzęty niepotrzebujące uporządkowania.
— Dajże mu mówić Zuziu, odparł Klaudyusz łagodnie.. No! kogożeście zatrzymali?
— Twojego zabójcę obywatelu!
Klaudyusz poruszył się cały, wzdrygnął i zadrżał.
— Głupiś obywatelu Legaigneur, rzekła Zuzia klapiąc go po ramieniu — patrz cóś zrobił, uwiadamiając go o tém tak niespodzianie.
— To nic, Zuziu, to nic, rzekł Klaudyusz wstrzymując się, dreszcz to był z gorączki, ale nie od téj wiadomości. A cóż mnie zabójca obchodzi?
— Darmo to już mówić, przerwała Zuzia, zawsze to jakiś robi skutek, obywatelu Legaigneur jesteś głupi.
Klaudyusz ruchem łagodnym, zmitygował apostrofę gospodyni i rzekł do sekretarza:
— Odmaluj mi pan wiernie tego człowieka..
— Nie widziałem go, rzekł sekretarz.
— Trzebaż go było widzieć, dodała Zuzia.
— A tak, potrzeba go było widzieć, rzekł Klaudyusz, zapytaliżeście go jak się zowie?
— Spytano go o to, odparł wzruszony nieco sekretarz.
— Jakże się nazywa?
— Otóż zapomniałem się o to właśnie zapytać — mruknął Legaigneur.
— Możesz pójść grać rolę Cadet-Roussel’a, zawołała Zuzia.
— Chcę zaraz widzieć tego człowieka, rzekł Klaudyusz z poruszeniem wewnętrzném, które starał się miarkować — ale jak najmniéj hałasu, jak najmniéj odgłosu; niech mi go przyprowadzi dwóch ludzi tylko.. Prędko, Legaigneur.. na ulicach mało jest ludzi o téj godzinie. Ruszaj i czasu nie trać.
Sekretarz skłonił się nizko Zuzi i wyszedł spełnić dane rozkazy.
— Zuziu, rzekł Klaudyusz, o któréj jak sądzisz wyjechał wczoraj pan de la Grille?
— Nie mówił mi godziny; ale wiém, że wyjechać musiał wczoraj wieczorem lub dziś w nocy, pocztą. Każę konie zakładać, powiedział mi, i jadę zaraz sam, bez sługi, jak poseł Rzeczypospolitéj.
— Nareszcie,.. szepnął Klaudyusz jakby sam do siebie mówiąc.. nareszcie dowiémy się wszystkiego..
— Czego? spytała Zuzia.
— Cierpię na głowę Zuziu; i co mówię nie może być tak bardzo jasném...
— Tak, tak, odpocznij tymczasem.
Był kwadrans milczenia, wszedł woźny i oddał Zuzi arkusz papieru, było to piérwsze badanie obwinionego.
Klaudyusz prosił gosposi, żeby mu główne punkta odczytała; Zuzia usłuchała go:
«Obwiniony upiéra się taić nazwisko, ale przyznaje się do występku.”
— No, to on, rzekła Zuzia.
— Czytaj daléj, przerwał Klaudyusz.
Gospodyni czytała.
Pytanie: — Gdzieś spotkał Klaudyusza Mouriez?
Odpowiedź. W ulicy Thiers — szedł sam jeden.
Pytanie. A ty, byłeś sam jeden?
Odpowiedź. Sam.
Pytanie. Jaką bronią go raniłeś?
Odpowiedź. Laską ze szpadą we środku, gdy czytał przechadzając się gazetę. Klaudyusz Mouriez upadł. Myślałem że zabity, zaciągnąłem go do ogródka blizkiego, którego fórtkę zastałem otwartą, poczém fórtkę zamknąłem, i nieoddalałem się żeby zobaczyć co daléj będzie.
Pytanie. Jaki miałeś powód nastawania na życie obywatela, któremu władza powierzona została.
Odpowiedź. Powodem było moje przekonanie polityczne: Klaudyusz Mouriez był dla mnie nieprzyjacielem.
Pytanie. Przekonanie więc twoje prowadzi do zabójstwa?
Odpowiedź. Tak jest, jeśli się bić z kim nie można.
Pytanie. Więceś go wyzywał?
Odpowiedź. Tak jest; ostatnich dni przeszłego miesiąca, chodziłem go wyzywać do ratusza. Wzięto mnie za warjata.
Pytanie. I rzuciłeś się potém do zabójstwa?
Odpowiedź. Tak.
— O, to bezwstydny! zawołała gospodyni odrzucając od siebie daleko arkusz papieru. Ale mu trzeba oddać tę sprawiedliwość że się nie tai, przynajmniéj szczéry: sędziowie nie będą z nim mieli kłopotu; proces po takich zeznaniach kończy się łatwo — Jesteś winny? Tak. — Zabiłeś? — Tak. — Zasługujesz na śmierć? — Tak. Podoba mi się ta otwartość. Ten zabójca jest niechybnie ex-dworakiem ex-króla.
Klaudyusz Mouriez wydał głębokie westchnienie i głowa jego na wpół podniesiona w czasie czytania, opadła na poduszki.
W sieniach słychać było brzęk karabinów, a Zuzia wybiegła do drzwi wołając:
— Otóż i zabójca! radabym go zobaczyć!
Wtém obwiniony wszedł do pokoju Klaudyusza Mouriez.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.