Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.
Poeta vates.
(WIESZCZ-POETA).

Hrabina przyłożyła ucho do drewnianych drzwi zamykających podziemie, i kilka tak chwil postawszy, dała znak ręką, że żaden ją głos niedochodził.
— Teraz, odezwała się do Andrzeja Chenier nie bardzo głos zniżając, wytłumaczę panu krótko cały mechanizm tego schronienia. Kto wié! może ci to kiedy na co przydać się może. Przyciskając palcem tę mosiężną klamkę, otwierają się drzwi i wchodzi do salonu. Konsola zakrywa wewnątrz drzwiczki i stanowi z nim jedność. W téj chwili niéma niebezpieczeństwa, do pełnienia téj demonstracyi, stanie się ona jaśniejszą.
Młoda kobieta przycisnęła klamkę mosiężną i przez jasną szczelinę prostopadłą ukazała się część salonu: żaden głos, szmer, szelest nie dawał się słyszeć; ręka ciekawa popchnęła drzwiczki daléj, i Chenier wysadziwszy głowę naprzód, potém po pas wychylony, wszedł do salonu chcąc rozpatrzyć wewnętrzny mechanizm konsoli. Młoda pani weszła za nim czyniąc sprawiedliwą bardzo uwagę, która ich oboje uspokoiła. — Nie słychać było jeszcze uderzeń do bramy, odezwała się — zaczną od tego. Będziemy mieli dość czasu zniknąć niepostrzeżeni.
— Niezawodnie! powtórzył Andrzéj cały w szczęściu oglądania blasku piękności hrabinéj Margarety, oświeconéj wesołym słońca promieniem.
Hrabina pomimo przestrachu, ciężącego nad niemi w téj chwili, oddawała się niewinnéj próżności okazywania z dumą poecie zręcznego mechanizmu ruchoméj konsoli, którego robotą sama kierowała: zamknęła wreszcie drzwiczki tajemne i odezwała się do Andrzeja.
— Widzisz pan że teraz niepodobna odgadnąć wejścia do podziemia, a chcąc uciec z tego domu, jak ja téj nocy, przyciska się tylko rozasę téj konsoli i...
Ręka Cheniera dotknęła w téj chwili dłoni hrabinéj, ona podniosła oczy, i ujrzała w zwierciadle dwóch ludzi wchodzących do salonu. Zimny pot oblał jéj skronie: poznała Klaudyusza Mouriez.
Chenier pozostał jak był i skinieniem głowy odpowiedział na ukłon dwóch osób wchodzących do salonu.
Hrabina zebrała się na całą energją, jakiéj była zdolna i patrzyła na dziwnych swych gości.
Aniela była w podziemiu.
Wielka pani, w téj piorunującéj ostateczności, znalazła potrzebną energję.
— Proszę panów siedzieć, odezwała się z ruchem wdzięcznym, jak gdyby przyjmowała dwóch dworaków w swoim hotelu de Grave.
Klaudyusz Mouriez, który nie zadrżał ostatniéj nocy przed rewolucyą głodu, uczuł jakby słabł, i stchórzył jak tchórz, widząc broń dobytą. Adrjan spójrzał na stryja i dostrzegł bladość śmiertelną, która pokrywała tę twarz brązową.
— Przychodzim, rzekł młody człowiek z tonem poszanowania, przychodzim prosić panią o chwilę rozmowy na osobności.
— Na osobności, powtórzył Klaudyusz, któremu ledwie tchu na ten jeden wyraz starczyło.
— Wszakże ten pan, odparła hrabina wskazując Cheniera, nie będzie może zbytecznym świadkiem?
Adrjan spójrzał na stryja, który pokornie dał znak że się zgadza.
— Nie mogę odejść i pani porzucić, rzekł Chenier stanowczo ale grzecznie.
Mężczyzna który drży przed kobiétą, nie zadrży przed równym sobie mężczyzną; wyrazy suche Cheniera wróciły odwagę Klaudyuszowi.
— Obywatelu, rzekł, jeśli nie wyjdziesz, rozmowa miejsca mieć nie będzie, a naówczas — biada opornym!
— Jeśli mi pani wyjść każę, wyjdę, rzekł Chenier.
— To słuszna! odezwał się Adrjan, gestem zręcznym i małoznacznym starając się stryja do piérwszego zwrócić usposobienia.
— Darujecie panowie nieśmiałości kobiety, przerwała hrabina, nie mogę się zgodzić na taką rozmowę jaką mieć chcecie.
Klaudyusz Mouriez zabierał się wybuchnąć; Adrjan uspokoił go zaraz, obejmując z miłą poufałością i odzywając się głosem słodkim.
— W istocie, nadto wymagamy, mój stryju, od kobiety; to co jéj powiedzieć mamy mógłby cały Wersal słyszeć; nie mamy więc potrzeby usuwać jedynego jéj świadka który zapewna... jest mężem pani.
Chenier i hrabina ostróżne zachowali milczenie.
Adrjan zwrócił się do stryja i uśmiechnął się do niego wdzięcznie, młodo. — Prawda? niegodzi się męża od żony oddzielać?
Klaudyusz cóś szepnął wewnątrz, jak organ który się odzywa głucho.
— Stryj mój, obywatel Klaudyusz Mouriez, rzekł Adrjan, ma sobie nadaną, jak państwo wiecie, władzę nadzwyczajną od Komitetu ocalenia publicznego. Wojna ze złemi, opieka uczciwym, to godło jego. Dowiedzieliśmy się z dokładnych i pewnych doniesień, że dwóch złoczyńców napadli nocy ostatniéj na dompani, i zaręczając jéj że podobna napaść więcéj mieć miejsca nie będzie, oznajmujemy jéj że winnych szukają, odkryją i ukarani będą przykładnie. Obowiązkiem naszym było począć ten dzień od kroku który pani ocenić potrafisz; późniéj, prace administracyjne byłyby nas wstrzymały na ratuszu, i nie przyszlibyśmy tu o tak rannéj godzinie, gdyby nie okoliczność która nas próg tego domu przestąpić ośmielała: brama otwarta świadczyła że mieszkańcy wstali uprzedzając słońce.
— Radam wierzyć, odpowiedziała hrabina, że co mi pan mówisz, jest wyrazem myśli stryja pańskiego pana Mouriez.
Mouriez skinął w sposób potwierdzający, i wybąknął słów kilka bez związku.
Adrjan miał wyjść, i oczyma wskazywał stryjowi drzwi salonu, ale ten nie mógł się zebrać na tak prędkie odejście; wszak czary jakieś nieprzezwyciężone wstrzymywały go w téj atmosferze spokoju, w któréj wdzięk wiosny, woń kwiatów, śpiew liści szumiących, piękność kobieca łączyły się łagodząc nienawiści i słodką napawając ironją namiętności polityczne epoki.
Oczy Klaudyusza Mouriez, w chwili jednéj, przebiegły wszystkie wyrazy spójrzeń, od surowości upartéj do najczulszéj słodyczy: ta kobiéta, którą ścigał tak zapalczywie w wolnych od politycznych swych prac chwilach, stała przed nim, i niewinne szczęście widzenia jéj, zacierało w nim pamięć Fouquier-Tinvill’a, dziennika Przyjaciela ludu i klubu Jakóbinów.
Naglony wzrokiem panującym Adrjana, Klaudyusz Mouriez bełkotał niewyraźne słowa pożegnania, ale nie miał odwagi skazać się na zaćmienie nagłe widoku piękności; wyrazy ostatnie na drżących jego ustach zmieniły się zupełnie, i zamiast nich, rzekł następujące słowa:
— Czy pani... ma jakie podejrzenia... ktoby być mogli ci złoczyńcy, o których mówi mój synowiec?
— Nie panie, odparła hrabina z dobrze udaną prostotą.
— Dość by mi było najlżejszego śladu, do dójścia tych ludzi...
— Najmniejszych śladów nie mam.
Dwóch ludzi kochających się w jednéj kobiecie, nigdy się nie omylą na sobie. Andrzéj na chwilę nie odwrócił wzroku z Klaudyusza Mouriez, i oświecony nagle już wszystko zgadywał.
Dwadzieścia razy gorący poeta wstrzymał, jak sam mówił «szatana co jego sercem miotał» walka ta ostróżności i exaltacyi musiała się zakończyć: exaltacya wzięła górę.
— Mości panie, odezwał się ze szczególnym akcentem, który zaostrzała nieustanna ironja, — chociaż pani niéma żadnych do wskazania mu śladów złoczyńców, życzliwy jego wymiar sprawiedliwości zrażać by się tém nie powinien. Z tych wyżyn na jakich pan stoisz, łatwo mu widzieć dobrze i zapewnić pomyślne skutki badaniom. Skoro pan zażądasz dowiedzieć się o wszystkiém, dowiesz się wszystkiego. Ja ręczę za skutek. Nadewszystko szukaj pan występnych gdzie potrzeba; ręka zbrodnicza wiodła tém wszystkiém, inni byli tylko jéj ślepem narzędziem. Tę rękę dosięgnąć potrzeba, i przyjdzie to panu łatwo, tak łatwo, że uczynić tego nie zechcesz...
— A cóż mi może przeszkodzić do spełnienia mego obowiązku? zapytał Klaudyusz głosem na wpół pewnym, wpół wahającym jeszcze.
— Co może przeszkodzić! Na co te pytanie? pan to wiész przecie.
— A! ja to wiem! powtórzył Mouriez z gorzkim uśmiechem.
Chenier po kilka razy głową dał znak potwierdzający.
Adrjan, blady z przestrachu, patrzał na hrabinę która oczy spuszczone miała ciągle ku ziemi, ze stoicyzmem zupełnym.
— Jednakże, odezwał się Klaudyusz z udaną najniezgrabniéj naiwnością, gdybym nie miał dość przebiegłości, gdybym mniéj wiedział niżeli pan sądzisz, wszak wolno mi będzie, uciec się do jego światłéj rady?
— Nigdym nikomu, odparł szybko Chenier, nie odmówił udzielenia światła jakie mieć mogę.
Są wyrazy które zdają się odskakiwać od piersi słuchacza jak kule od tarczy do której wymierzone były. Mouriez poskoczył jak człowiek rażony kulą wystrzeloną w pierś samą.
— Więc, rzekł smutnie się uśmiechając, udam się gdy będzie potrzeba o radę do pana.
I spójrzał na hrabinę z miną kogoś, co się spodziewa że go przytomny pośrednik ze srogiego wywiedzie kłopotu.
Hrabina udawała w téj chwili że z największą uwagą przypatrywała się wierzchołkom drzew swego ogrodu, jakby obrońcy swemu dozwalała z zupełną swobodą wyrażać myśl przedsięwziętą, nie troszcząc się wcale o wypadki które czasem sprowadza odwaga nieostróżna i nie w miejscu.
— Gdy będzie potrzeba! powtórzył szydersko Chenier, gdy będzie potrzeba! Ale podobne rzeczy natychmiast wyjaśnione być powinny. Sprawiedliwość jego ma-li się wlec kulawa, gdy gotowe ofiaruję jéj skrzydła by dościgła celu?
— A więc! zobaczmy! rzekł Mouriez, zobaczmy tych skrzydeł — i ręce skrzyżował na piersi nakształt puklerza.
— Zobaczysz pan — mówił daléj poeta — mamy instynkta nieomylne do czytania z twarzy, jak panowie czytacie z raportów policyjnych. Dla mnie wywód sprawy téj nocy pisze się na twarzy pańskiéj, w oczach jego; brzmi w każdym wyrazie jego mowy; rysuje się w wesołości smutnéj która rysy jego pokrywa... do tego stopnia że uśmiech ten, ruchy, postawa byłyby inne gdyby to co zaszło nie tém było czém jest w istocie, do tego stopnia że wasz synowiec, uczciwy młodzieniec, gdyby nie tak było, już by się wydał broniąc pana, a przecież milczy i oskarża go milczeniem swojém. Czy dość to jasne? Chcesz jeszcze promyka!.. niech i tak będzie... Pan zwierzęcą namiętnością kochać śmiesz tę kobietę i sam jesteś sprawcą, sam wspólnikiem barbarzyńskiego napadu nocy ostatniéj!
Adrjan z rozdzierającym straszliwym krzykiem, upadł i omdlał: daléj go już odwaga dźwignąć nie mogła i utrzymać.
Ziemia zadrżała pod nogami Klaudyusza, głuchy jęk wyrwał się z piersi olbrzyma, jak odgłos źródła Solftary — Pan się urągasz reprezentantowi prawa! zawołał grzmiąco — aresztuję pana!
— Dobrze! odparł Chenier — szlachetna odpowiedź na moje obwinienie! wybornieś się oczyścił.
— Pan prawa nie masz mnie nic zarzucić!
— Żądasz pan światła odemnie, udzielam go.
— Jesteś zuchwalcem!
— Na Boga! zawołała hrabina, ratujcie tego młodego człowieka... Zimny, jak trup...
W téj ci)wili, gwałtowne uderzenia młota zabrzmiały u bramy domu.
— To moi wierni towarzysze szukają mnie, zawołał Klaudyusz ze straszliwą groźbą, czuwają nademną. Myśleli żem wpadł w zasadzkę rojalistów. Pojdę im sam otworzyć, i oboje państwo zamknięci będziecie w więzieniu miejskiém.
Klaudyusz wyszedł szybko otworzyć bramkę od ulicy... kobiéta stała w progu sama... Klaudyusz rzucił żywo wzrokiem po drodze i w długie cieniste aleje... żywéj tam duszy nie było, nikt się nie ukazywał nigdzie.
— Czego tu chcesz! spytał ostro kobiéty.
— Wracam do domu.
Była to Aniela: pełna poświęcenia kobiéta; słyszała całą scenę, i przybiegła na wszelki wypadek dla odwrócenia uwagi i uratowania swéj pani.
— Dom ten jest właśnie badany z rozkazu sprawiedliwości, idź sobie.
Odepchnął Anielę w ulicę nazad, zamknął drzwi, i ręce spuściwszy w szerokie kieszenie sukni, dobył z nich parę pistoletów, które przygotowawszy skierował się ku salonowi.
W téj chwili, twarz Klaudyusza Mouriez wyrażała najsprzeczniejsze uczucia; co tylko dobrego, ludzkiego było w głębi duszy jego, ulotniało się od ognia miłości i nienawiści; człowiek — wróg i kobiéta — kochanka, zasłaniali mu świat cały; miał ich oboje w mocy swojéj, by piérwszym nasycić nienawiść, drugą miłość.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.