Andrzej Chenier/XVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Andrzéj poszedł za Anielą po wschodach, i towarzyszył jéj w ogród.
Przybywszy razem po nad pochyłość boczną drogi, zastanowili się; Aniela spójrzała w niebo, i lekko na znak że się udało skinęła głową; potém pociągnęła z sobą Andrzeja w długą ulicę gęsto drzewami wysadzaną, mówiąc.
— Pamiętasz pan jak dnia jednego szedłeś tędy za nami przez te dzikie zarośle? Czy przypominasz pan sobie?
— Jakżebym mógł zapomnieć? odparł Andrzéj wzruszony. Nie dawno to temu, pamiętani nawet żem wkrótce ślad stracił... właśnie w tém miejscu podobno.
— Teraz, panie Chenier, słuchaj pan dobrze co mu powiem. Proszę nie śledzić mnie gdzie się udam. Usiądź pan pod tym krzewem i czekaj na mnie.
— Słucham ślepo, rzekł poeta.
— Tak, ślepo, dobrześ pan powiedział.
Upłynął kwadrans; jutrzeńka napełniła las swemi wdzięcznemi szmery wiosennemi, budząc wszystkie uśpione zapachy kwiatów i głosy ptastwa.
Andrzéj nastawił ucha i zdało mu się jakby usłyszał szmer sukni która się przesuwała po trawie; nie zwrócił jednak głowy i oczekiwał na ukazanie się osoby, z okiem ciągle wlepioném w jedne miejsce.
Nagle powstał, padł na kolana i podniósł się na znak mu dany, wszystko w oka mgnieniu. Hrabina Margareta była przed nim.
— Trzeba żyć w naszych czasach, odezwała się, żeby podobnych scen być świadkiem. Ale wina nie nasza że wszystko przewrócone w prawach przyzwoitości i obowiązkach ludzi, że żyć musimy w podziemiach i ciemności: pochodzi to ze straszliwych warunków chwili dzisiejszéj. To panu tłumaczy, jakim sposobem znalazłam się tutaj.
— Pani, rzekł Chenier, przyszłaś by człowieka z rozpaczy wybawić; dobry uczynek przystoi w każdéj epoce i chwili.
— Nie, panie, mylisz się. Żyjemy w momencie w którym kobiéta wierzy słowu mężczyzny, grożącemu jéj samobójstwem. Dziś umrzéć tak łatwo! uwierzyłam w jego rozpacz, i przybiegłam na pomoc, jakbym tonącemu wyciągnęła rękę.
— Drugi to już raz jednéj nocy ratujesz mnie pani; pojąłem cóś pani uczyniła dla mnie, kilka godzin temu, w swoim ogrodzie, gdyś się ukazała ściągając na siebie całą uwagę... tego... tych ludzi, i dozwoliła mi uciec, korzystając z ciemności. Kobiéta tylko może uczynić cóś podobnego, wymyślić cóś tak cudownie, a raczéj jedna tylko kobiéta zrobić to mogła, ta, którą życiem całem miłości i wdzięczności chciałbym otoczyć.
— Dowiodłam panu, odezwała się młoda kobiéta, biorąc za rękę poetę, jak mnie obchodzisz na piérwszy wykrzyk jego rozpaczy przybiegłszy... Teraz zdaje mi się spokojną być mogę; ustąp pan i bądź ostróżnym. Będę czuwać nad tobą, biedny wygnańcze; ale trzeba żebyś i pan zasłużył na macierzyńskie starania moje. Samobójstwo byłoby więcéj niż występkiem, byłoby niewdzięcznością; nie możesz być niewdzięcznym.
Na te słowa, hrabina odwróciła się żywo i silnie ścisnąwszy dłoń Andrzeja, pociągnęła go za sobą pod inne drzewa cienistsze i gęstsze.
— Stań pan, rzekła, na tym pasie wysokich traw i nie ruszaj się więcéj, nie pytaj o nic.
Piérwsze promienie słońca oświecały ulicę, zaczynały bieleć mury domków przez gałęzie drzew.
Aniela śpieszyła ku nim szybkim krokiem, i choć odgłos jéj stąpań nie rozlegał się stłumiony trawami po których szła, dosiągł jednak uszu Margarety. Była to warta czujna, która uchodząc ze stanowiska, choć się nie odezwała słowem, oznajmywała już o niebezpieczeństwie.
Andrzéj stał nieruchomy na tajemniczém swém miejscu, w którym go rozkaz kobiéty postawił, jak posąg na swéj podstawie.
Aniela drżała ściskając rękę hrabinéj.
— Pani, odezwała się ochłonąwszy trochę z wrażenia — dobrąś pani myśl miała stawiąc mnie na straży w téj gąszczy, zkąd widać wszystko bezpiecznie. Dwóch ludzi przybyło w ulicę przed dom twój; postacie ich wcale mnie nie zaspokajały, nie traciłam ich z oczów. Zatrzymali się czyniąc sobie jakieś znaki porozumienia i wskazali ręką drzwi, jak gdyby czynili ceremonje kto z nich pójdzie piérwszy. Jeden z nich był wysokiego wzrostu, i wpatrzywszy się w niego, pomimo że nie dobrze było widno, poznałam...
— To on! przerwała nagle hrabina.
— Tak, pani.
— Kto on? zapytał mimowolnie Andrzéj.
Hrabina piękną swą ręką zatuliła mu usta, i spójrzała na niego wdzięcznie lecz surowo.
— Tak! spodziewałam się téj wizyty! rzekła... I weszli?
— Nie pani... Zdaje się, jakby czekali na posiłek. Dwaj pierwsi agenci policyi musieli powołać innych, widać ze ich naczelnik stanął na czele wyprawy.
— Wszystkie drożyny mojego domu muszą być otoczone przez policyą! zawołała kobiéta.
— To bardzo być może, i ja to właśnie myślałam.
— Pozwól pani bym jéj ofiarował schronienie w....
— Panie Chenier, przerwała hrabina, oto już dwa nieposłuszeństwa w jednéj chwili... Dajesz mi pan schronienie w swoim domu... Nie bardzo by ono było bezpieczne... domy nasze sąsiadują z sobą... A cóźby pomyślano o mnie gdyby mnie u pana znaleziono! Panie Chenier, wiedz, że kobiéty są lepiéj przewidujące od mężczyzn... Jeśli lasek otoczono, o czém nie wątpię, cóżbyś pan uczynił? naprzykład? pozwalam panu odpowiedzieć?
— Pani, gdybym był sam...
— Ale pan sam nie jesteś; przerwała żywo hrabina, jest nas troje...
— Broniłbym pani, choćby paść przyszło.
— Ale śmierć pana nie obroniła by nas.
— Nie pani, lecz...
— Nie mów już pan więcéj, panie Chenier; po ostatnich słowach niema co dodać. No! a ja, panie poeto, miałam przezorność siostry lub matki... dla pana. Spójrz, spójrz po dalekich uliczkach tego lasu. Nie zdaje się panu że tam bronie błyszczą w dali; że się straszliwe ukazują twarze, gałęzie rozsuwają i zbójcy wyłażą...
— A! to nie marzenia moje, rzekł Chenier, okrywając wejrzeniem hrabinę... to rzeczywistość... a ja nie widzę nikogo prócz niéj jednéj.
— Uciekaj więc pan, uciekaj, nic nie możesz we własnéj, nic w mojéj obronie... nie masz nawet oręża. Złapano by cię w zasadzce, bezczelnie, jak lwa co wpadł w jamę nagotowaną.
Andrzéj pochwycił gałęź wiązu, odłamał ją od drzewa i oczyścił w mgnieniu oka, jak pastérz, przywykły do tego rodzaju broni w dolinach Tessalji, porywa drzewinę widząc wilka.
— To szaleństwo! co pan robisz? zawołała hrabina — szaleńsze jeszcze co zamyślasz? Na Boga, słuchaj pan mnie! korzystaj z ostatka cienia co nas okrywa pod temi drzewami, bo wkrótce go słońce rozpędzi.
— Ależ... pani... przerwał poeta — żądaj co podobna, na miłość Boga... a będę posłusznym! mogęż się zgodzić na tak podłą ucieczkę! zawołam jak brat Godfrieda u Tassa: Cożby rzeczono, wiedząc żem kobiecie odmówił dłoni... Twoi nieprzyjaciele, pani, zresztą, są równie mojemi, będę ich oczekiwał. Silną dłonią chwyciłem oręż który zwalczył Geryona i Anteusza, nie ja piérwszy padnę w walce; masz pani porę ucieczki, bo ci co nas szukają wprzód będą musieli bronić się odemnie.
Młoda kobiéta ręce założyła spokojnie, nogą gwałtownie poruszyła trawy, i spójrzała w niebo jakby żądając z niego natchnienia.
— Dziękuję panu za to szlachetne poświęcenie; nie tylko jenjuszem naśladujesz starożytnych, ale i sercem także. Postanowiłeś więc dać się dziś zabić za mnie?
— Dziś — i zawsze.
Hrabina dała jakiś znak Anieli stojącéj o kilka kroków.
Promień słońca horyzontalnie przeszywał sklepienie drzew i oświecał tę scenę.
— Teraz nas już zobaczą... czy pan nie ruszyłeś się z miejsca, panie Chenier?
— Ani krokiem.
— I zawsze nie chcesz mi być posłusznym?
— Chcę się zawsze poświęcić?
— No! dość téj próby, którą mi ranek dzisiejszy dozwolił spełnić... zasługujesz pan na to co dla niego kobiéta uczynić mogła.
Anielo! otwieraj.
W największéj gąszczy, Aniela podniosła tajemniczą klapę, których w owéj epoce tyle zbudowano, i Andrzéj ujrzał ciemną głąb, wiodącą do podziemia. — Idź pan z nami, odezwała się hrabina, wchodząc najpiérwsza.
Klapa zapadła po cichu, jak wieko axamitne.
Podziemie to, dzisiaj jeszcze istniejące, wiodło tajemniczo od domu N. 19 do lasu, wygnańców i prześladowanych 93 roku: wykopane było w kształcie sklepienia, w ziemi gliniastéj ale tęgiéj, i trzy latarnie oświecały je co dziesięć kroków rozstawione.
— Jak to pan znajdujesz? spytała uśmiechając się hrabina... teraz wiesz pan tajemnicę moję, panie poeto.
— Jest to niezawodnie najlepsza broń prześladowanego, rzekł Chenier... jakimże trafem znalazłaś ją pani u stóp swoich.?
— Nadto pan razem chcesz wiedzieć, poeto nasz... późniéj to panu opowiem.
— Przebacz pani, mojéj ciekawości niewczesnéj.
— Oto są dziś, kończyła hrabina, naszego Wersalu galerje! Oto korytarze wielkich pań! kto by to nam powiedział na owéj wieczerzy w hotelu de la Tour d’Aigues w Aix, w 1788! gdy pan Florjan recytował nam pastérki swoje, gdy Cherubini śpiewał: A jeśli jest w waszém siole... gdy ksiądz Delisle deklamował wiersze o figach i oliwach Prowancyi.
— Dodaj pani jeszcze, przerwał Chenier, gdyś tak chmurno spoglądała na mnie wśród uczty tak wesołéj! gdy twa wdzięczna twarz okryła się nagłą bladością, jak gdyby widzenie 93 roku krwawo mignęło przed jéj oczyma.
— Tak! tak! przypomina mi się to trochę... a! prawda! prawda! rzekła, spierając twarz swą na dłoniach.
— Nie pani, pani to doskonale pamiętasz, nie trochę tylko, ale jasno i wyraźnie...
— Tak jest! odpowiedziała hrabina melancholicznie potrząsając głową... kobiéta nie może oszukać poety który widzi wszystko i wszystko zgaduje... wyznam więc panu do końca. Jest to wspomnienie tego obłoku krwi który mignął przedemną, który życie moje związał z twojém życiem, który od piérwszych twych walk, hrabinę Margaretę rzucił na wszystkie drogi, jakiemi poszedł awanturniczy Chenier... Tak, ten wieczór w Aix, ta wieczerza, wyryły się niezmazanemi głoskami w pamięci mojéj. Ujrzałam naówczas w ciemnéj głębi sali straszliwe rzeczy, widziałam przedmioty krwawe, na które niéma nazwania w żadnym języku, które włos mój palą! przywiązałam się do ciebie uczuciem przywiązania, które umiałabym może nazwać, gdybym była matką... Oto... Chenier... podziemie wyryto dla ciebie w dwa miesiące przez wiernego mojego Denisa, dawnego ogrodnika, dziś zamieszkującego z całą rodziną w Viroflay; on to czuwa nad Anielą i nademną co do potrzeb życia, i co wieczora opatrzność dla nas zastępuje...
Andrzéj ujął rękę hrabinéj, zlał ją łzami i rzekł.
— Pozwól mi pani teraz spytać, co na nią ściągnęło to prześladowanie tego...
— Wstrzymuję cię panie Chenier, nie pytaj o nic... Przyjdzie chwila gdy pytania twe stać się muszą niewczesne, pomimo woli, a wiele by mnie kosztowało odpowiedzieć ci obelżywem milczeniem. Czekaj odpowiedzi, którą czas, wielki objawiacz tajemnic, przyniesie powoli na twe pytania.
— Zgadzam się pani.
— Oto jesteśmy u końca naszéj schówki. Mówmy cicho... lub, co lepiéj, zamilczmy...
Słuchajmy czy nie będą co mówić?.
— A któż mówić ma? jeśli my milczeć będziemy?
— Panie Chenier, będziesz widział i słyszał, niech to mu wystarcza. Nie pytaj więcéj.