Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
Strona wewnętrzna i zewnętrzna terrorysty.

Kobieta w pewnym wieku, podejrzaném nazwaniem gospodyni utytułowana, otwarła drzwi pokoju Klaudyusza Mouriez, i stawiąc lichtarz na stole, odezwała się:
— Czy pan kilka razy dzwonił?
— Cztéry razy, Zuzanko.
— Spałam.... Zdaje mi się, że spać o trzeciéj zrana jest rzeczą godziwą, zwłaszcza, gdy kto, jak ja, cały dzień musi siedzieć nad przyjmowaniem prośb.
— Widzę, że cię to w nienajlepszy humor, dzisiejszego ranka wprawia, biédna Zuziu?
— Teraz panie, będzie tego na cały tydzień.
— Daj mi białą kamizelkę széroko wykładaną?
— A gdzieżeś ją pan wczoraj wieczór zrzucił? Kiedyż pan zdobędziesz się na trochę ładu w tym pokoju.. to prawdziwie psiarnia.. oto kamizelka tabaczkowa, a drugiéj niema.
— Daj mi nową suknię... tam, na kanapie.
— A! naprzykład! myślisz, że ci dam wyjść w téj sukni, o trzeciej zrana, żeby rozprawiać z wichrzycielami! Bierz pan mi tę kapotę z grubego sukna, a wziąwszy do niéj szarfę wyglądać będziesz jak mer Paryża.
— Co tam mówi odźwierny o téj zawierusze ulicznéj!
— Mówi że to gawiedź z Marly, która się gromadzi na placu wolności, i śpiewa pieśń przeciwko władzom...
— Tylko tyle... No, to nie wielkie rzeczy.
— Tak, ale co wielka rzecz, to że wołają chleba.
— A chleba dla nich nie mam.
— Przecież go potrzeba. Śmieszna z was hołota panowie obywatele patrjoci! Robicie rewolucye dla ludu, a dajecie mu mrzeć z głodu.
— Zuziu, nic nie rozumiesz polityki..... dawaj mi bóty ze sztylpami.
— Masz pan na nogach trzewiki bez sprzążek, to właśnie co potrzeba idąc przeciwko wichrzycielom, bo ich tak podobno nazywacie, gdy się przeciwko wam buntują.
— No! niech będą i trzewiki!
— Wiesz pan, że nowe buty jegomościne kosztowały mnie cztéry nowe talary?
— Daj mi mój pasek...
— A to na co?
— Ba! zawieszę na nim szablę!
— A po co panu ta szabla? Alboż to potrzeba zbrojno wychodzić przeciwko biedakom, którzy proszą chleba?
— No, a jeśli mnie napadną?
— Jeśli napadną, to się starym szabliskiem nie obronisz. Dobremi racyami zasłonisz się chyba od ludu, gdy mu ani chleba ani zajęcia dać nie możesz.
— To prawda! A teraz... na głowę...
— Nie bierz pan tego kapelusza! Co za manjera stroić się jak byś pan szedł na paradę? Ci przystojni mężczyzni wszyscy jednego kalibru! Powyzłacali by się jak monstrancye, choćby do sów i puhaczy! Oto pan masz stary kapelusz; — widział on już deszcz na Marsowym placu... Weź pan go.... zakrawasz w nim na pięknego Leandra...
— Zuziu, zobacz no przez okno od balkonu czy moi ludzie już są...
— Są już, panie Klaudyuszu...
— A wielu?
— Naliczyłam ich sześciu.
— Tylko?
— Z sierżantem.
— Sześciu żołnierzy na poskromienie rozruchu! Nie powiedząż mi, że wstępuję w ślady Lafayett’a i Bailly?
— Proszę tylko pana, dobrze się obchodzić z biednemi ludźmi.
— Bądź Zuziu spokojna.
— O! pan mówisz zawsze: bądź spokojna! a potém głupstwa robisz..
— Jednak minister inaczéj to uważa; wczoraj jeszcze, winszował mi w swym liście mego obywatelstwa, i...
— Minister nie czyta tego co pisze.. lepiéj ja pana znam od niego.
— Gotów jestem Zuziu... patrz gdy będę przechodził pod oknami, ale się nie pokazuj.
— Ja pójdę spać: dobranoc panu! Ma on racyę ten arystokrata rojalista, co mówił przed trybunałem broniąc się:
„Obwiniają mnie, że nie lubię nowéj narodowéj chorągwi; przeciwnie, ja ją kocham, bo z jéj łaski oka zmrużyć nie mogę.”
— A gdzieżeś to czytała Zuziu?
— W ostatnim numerze — Miecza-mściwego.
Klaudyusz Mouriez okręcił się wdzięcznie przed dwóma zwierciadłami, przyjacielski pocałunek złożył na czole gosposi i zbiegł ze wschodów z miną poważną, krokiem odwagi pełnym.
Pięciu ludzi, obłamek oddziału wojskowego, stanęli w porządku; Klaudyusz Mouriez odbył rewją i zawołał głosem energicznym:
— Bracia, jeśli potrzeba będzie, dajcie się zabić, ale nie zabijajcie.
Stanął na ich czele i udał się na plac Wolności. Przy świetle niejasném dwóch rewerberów, Klaudyusz Mouriez ujrzał tłum liczny bardzo, a krzyki jego szalone oznajmywały nieprzyjazne usposobienie. Wszystkie okna sąsiednie były otwarte i napełnione głowami ciekawych widzów.
— W imię prawa! zawołał Mouriez głosem stentora — oświecić wszędzie, żebym rozeznać mógł dobrych obywateli.
Rozkaz ten wykonany został z obu stron ulicy w jednéj chwili, jakby raca zapaliła wszystkie okna domów.
Klaudyusz zbliżył się do piérwszych najbliższych kup ludu, i rzekł do nich głosem silnym, wstrzęsając straszną swą głową.
— Obywatele, rozkazuję wam odejść, mieszacie spokój publiczny.
— To spokój publiczny nas mięsza i niepokoi, obywatelu, zawołał silny burzyciel jakiś mający minę wodza — nie mamy roboty, i umieramy z głodu.
— Trzeba umieć cierpieć dla Rzeczypospolitéj.
— Daj chleba, to cierpieć potrafim.
— Będziecie go mieli. Dziś jeszcze napiszę do Komitetu ocalenia publicznego; ale rozejdźcie się natychmiast, w imię Rzeczypospolitéj.
— No! zawołał naczelnik, — a ja, zostaję tu w imieniu Wolności.
— A ja aresztuję cię w imieniu prawa — rzekł Klaudyusz chwytając burzyciela ręką silną i oddając go żołnierzom.
Krzyki wściekłe wyrwały się z ust tłumu, okropne groźby towarzyszyły krzykom, Klaudyusz podobny był skale, o którą biją bałwany; ruchy téj ciżby dochodziły aż do niego, i u stóp jego konały.
— Choćby was było sto tysięcy, wołał, ja się nie cofnę przed wami, a wyzywam was, żebyście śmieli tknąć reprezentanta Konwencyi narodowéj. No! probujcie, zakładam ręce na piersi, bronić się nie będę!
Burza nieznacznie cichła i cofała się, krzyki stawały rzadsze i nikły w oddaleniu. Klaudyusz Mouriez szedł ciągle sam wśród téj ciżby naprzód, i nie znajdował w niéj najmniejszego oporu.
— Obywatele, rzekł naówczas, ponieważ prawu posłuszni jesteście, wybierzcie z pomiędzy was sześciu delegowanych; polećcie im przedstawić skargi wasze, niech przyjdą do mnie o południu.
Szmer zezwolenia odpowiedział na te słowa; zbiegowisko straciło charakter nieprzyjazny i straszny i rozsypywać się poczęło; o świcie nie było śladów jego.
Klaudyusz Mouriez rozkazał żołnierzom prowadzić więźnia na miejsce przeznaczenia, a sam powrócił do domu, przeszedłszy kilka ulic pełnych ciekawych, wcale nieokazujących mu sympatji.
Przyjaźni i nieprzyjaciele, wszyscy z jakąś czcią patrzali na przechodzącego olbrzyma rewolucjonistę, który umiał sam walczyć przeciwko całemu ludowi, którego głos, ruch, energja, postać, rozsiewały daleko, milczący postrach przed sobą.
Przyznać potrzeba, że Klaudyusz Mouriez w podobnych zdarzeniach nie zaniedbywał korzystać z fizycznych swych przymiotów, któremi go obdarzyła natura: trzęsła się pod nim ziemia, jak pod przenośną wieżą rzymskich kohort, drżały mu usta, płonęły oczy, nadymały się nozdrza, rozdzierała się pod piersią széroką rozłożysta republikańska kamizelka; tak przerzynał się przez tłumy jak archanioł niedobity piorunem po buncie, i spadły na naszę ziemię przez omyłkę.
Synowiec Adrjan, o świcie na nogach, czekał stryja we drzwiach ratusza, i kończył czytać raporta policyi, które w nocy poprzychodziły; pilne były jak widać, bo na nich to słowo stało dopisane u wierzchu.
— A! jesteś Adrjanku, zawołał stryj, ściskając go za rękę — idźmy prędzéj, bo się przyzbiera ciekawych, a ty wiesz, że ciekawi są nasieniem rozruchów.
— O! zawołał bratanek, przodem postępując po wschodach.. zawsze słowa twe mędrzejsze są od czynów.
Gdy pozostali sami, i usiedli w municypalném laboratorium, Klaudyusz Mouriez rzekł do młodego człowieka:
— A i ty od samego rana jesteś widzę w złym humorze!
— Jest bo czego, kochany stryju.
— No! radbym wiedzieć!... daj pokój tym tajemnicom i mów.
— Oto macie, odezwał się Adrjan, rzucając papier na stół.. oto raport, który za mnie mówić będzie.
Klaudyusz wziął doniesienie policyjne, i twarz jego bronzowa zdawała się rozkładać jak wosk topniejący od ognia.
— Czytałeś to? spytał naiwnie Adrjana.
— A na cóż, kochany stryju (proszę wybaczyć wyrażenie), tak nieroztropnie powierzasz mi czytanie wszystkich raportów; kiedy się mogą trafić między niemi podobne temu?
— To wyjątek... Adrjanie... to nieszczęśliwy wyjątek.
— Stryju, wyraz to za słaby... nieszczęśliwy! nie każdy tak osądzi.
— Myślisz Adrjanie, że ta awanturka będzie miała rozgłos?
— Czy myślę! Ba! ależ stryju! jesteś bo czasem naiwny, jak piérwsze słowo dziecięcia. Jak to! posyłasz dwóch zbirów porwać kobiétę w domu na ulicy du Thiers N. 19; ci niezręczni nie porywają nikogo; wypędzają ich ztamtąd sromotnie łopatami, grabiami, ludzie tej kobiéty, i myślicie, że ta nocna wycieczka jest nieszczęśliwym wyjątkiem, niemogącym mieć rozgłosu.
— Trzeba bo ci powiedzieć Adrjanie, rzekł Klaudyusz głosem łagodniejącym, że miałem ważne powody zgwałcenia w ten sposób domu obywatelskiego.
— Ale mój stryju! jaż znam te ważne powody! ten obywatel, jest to raczéj obywatelka, niéma o niéj mowy w raporcie, ale ja łatwo odgadnę jéj imię.
— Omylisz się Adrjanie... Tak, tak, i darmo nie wytrzeszczaj na mnie oczów, omyliłbyś się.
— To nie hrabina Margareta?
— Nie! odparł Klaudyusz, zdobywając się z ciężkością na kłamstwo.
— Mówisz nie! więc nie ona! nie hrabina Margareta!
— Ex-hrabina, Adrjanie.
— Ba! nie czas śpierać się o tytuły; piękny koncept, że mnie chcesz w ten sposób zbić z tropu; ale ja nie dam się spędzić..
— A to już za wiele! rzekł Klaudyusz z miną jak by się chciał buntować, ale razem łagodnie — znowu mnie ten dzieciak zmusza, żebym się tłumaczył.
— Mój stryju, trzeba umieć znosić następstwa rewolucyi, które robicie. Hierarchje, pokrewieństwo zniknąć muszą. Teraz my jesteśmy stryjami z kolei, i mogę ci to dowieść.
Adrjan wstał, otworzył okno i spójrzał na niebo.
— Gdzie idziesz, dziecko! odezwał się Mouriez z akcentem nieśmiałym winowajcy, który chce przekupić sędziego.
— Ja także wybieram się na expedycyą.
— No! jaką? spytał Klaudyusz z uśmiechem poważnym.
— Dawniéj, przed 89, gdy stryj jaki dowiedział się, że synowiec jego skompromitował się w nocnéj wycieczce, udawał się osobiście na miejsce przewinienia, dla stłumienia niedobrego rozgłosu w kolebce. Idę więc, w skutek nowego rzeczy porządku, spełnić ten obowiązek.. tylko na wywrót.
— Adrjanie, nie pójdziesz, rzekł Klaudyusz, zastępując odedrzwi.
— Stryju, popełniłeś czynność niegodziwą, która może zbezcześcić imię twoje i imię ojca mojego! Puszczaj mnie, puszczaj, mówię, żebym co najprędzéj zaszył podarte szmaty honoru naszéj rodziny, który podarłeś téj nocy.
— Adrjanie, synu kochany, rzekł Klaudyusz prawie błagającym głosem, wszystko ci przesadza twoja młodzieńcza imaginacya. Honor nasz cały, nieskompromitowany.. wierzaj mi..
— Dwóch zbirów posłanych tajemnie do młodéj kobiéty, jak to bywało w rzeczypospolitéj Weneckiéj! świętość gyneceum sprofanowana o północy! a! to rzeczy uczciwe bardzo! to uzacnia imię nasze! Teraz chyba uczciwe kłamstwo obronić nas może od infamji! Trzeba powiedzieć hrabinéj Margarecie że to byli dwaj bandyci; trzeba się ich zaprzeć, i ich występku się wyrzec. Piérwsze poruszenie doradza mi ten krok, czynię to bez rozwagi, bo sądzę dobrém, i nie myślę czekać na dyplomatyczne rozmysły, które zawsze nie dozwalają spełnić co poczciwe... Stryju, puszczaj mnie... nie wstrzymuj mnie na drodze obowiązku...
— Czekaj jeszcze Adrjanie... światło dzienne lepiéj cię natchnie, zawołał Klaudyusz, składając ręce.
— Czekać! tu niéma chwili do stracenia!.. Oto już dzień świtać poczyna; idę, i wymagam więcéj: nie pójdę sam, musisz pójść ze mną.
— Ja?
— Powiedziałem jasno zdaje mi się... kochany stryju. Tak, ty ze mną pójdziesz do hrabinéj Margarety. Proszę przodem, idę za panem; brat twój woła byś to uczynił z głębi swojego grobu.
Klaudyusz Mouriez, zwyciężony od dziecięcia, jak Goliath przez Dawida, schylił głowę i nie wiele wiedząc co czyni, posłuchał młodego Adrjana.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.