Andrzej Chenier/XV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Malarze, którzy rzucili na płótno wyrazu pełne twarze, przedstawując Saula przed Pythonissą, lub proroków na górze Tabor; Salwator Rosa i Rafael, co kreślili przestrach piekielny i zachwyt boski, byliby złamali pędzle przed wielkim poetą, który nagle z rospaczy, przeszedł w zachwycenie na te słowa przyjaciela.
— Jest tam! powtórzył: melodya Hosanny niebieskiéj, towarzyszyła tym wyrazom na ustach homerycznego poety; dwie łzy, dyamenty radości zabłysły w oczach jego; aureola szczęścia uwieńczyła szerokie pełne przyszłości czoło; ręce załamał z gorączkową energją cichéj modlitwy, i cienie nocy rozprysły się na to promieniste objawienie.
Przyszła koléj przyjaźni; Andrzéj chwycił ręce towarzysza, zaczął go przepraszać i domagać się przebaczenia.
— Mój kochany Chenier, rzekł Roucher, nie rozumiém jak z twoją przebiegłością mogłeś się dać uwieść tak długo: i ty, co mnie znasz, mógłżeś przez dwie godziny myśleć żem dobrowolnie drażnił cię i niecierpliwił! Jakżeś ty nie zgadł od razu?
— Prawda, przyjacielu — tak.. masz słuszność,... rozumiém cię, nie rozumiém siebie, byłem głupi.. ale też.. co to za noc okropna! Trzeba mieć krew zimną, żeby najprostszą odgadnąć zagadkę... Schroniła się więc tutaj, szlachetna niewiasta!.. Napad nocny uzbrojonych zbójców! Co za nieopatrzność mieszkać w pustyni, w tak odosobnionym domu.. Cóż ci powiedziała przychodząc.. mój drogi, opowiedz mi wszystko.. mów mi.
— Nie, nie, potrzebujesz spoczynku.
— O! spocząłem już, doczekam do dnia.
— Sama ci jutro opowié wszystko..
— Przyjacielu, nie dawaj mnie na pożarcie wiekowi — mów.
— Ale ja potrzebuję spocząć, Andrzeju.
— No! teraz ty moją zaczynasz odegrywać rolę.
— A! kiedy ty zabrałeś mi piérwszą, ja muszę wziąść drugą.
— Co teraz to cię już nie rozumiem, przyjacielu! Mamyż rozpocząć na nowo naszą wojnę domową zmieniwszy tylko role? Tajemnica to dla mnie ciemniejsza nad dziewiąte zadanie Euklidesa.
— Andrzeju, przyjacielu, cóż ci mam powiedzieć więcéj! Kobiéta dla któréj mogłeś się obawiać niebezpieczeństwa śmierci lub sromoty — jest — w téj chwili bezpieczną. Nie wymagaj więcéj odemnie.
Wyraz z jakim Roucher wyrzekł ostatnie słowa, nie był zwyczajny spokojnemu poecie; była to forma niesłychana dla Andrzeja. Tajemnica znowu w chwili, gdy się wyjaśnić miała, poczęła mroczyć.
Chenier szepnął cóś nie wyraźnie, przechadzał się wielkiemi krokami, a że izdebka była ciasna, podobny był do lwa, który w klatce czeka na pastwę, tłumiąc ryki głuche, dla wstydu przytomnych, w obec których nie chce swéj godności królewskiéj poniżyć.
Roucher otworzył Praedium rusticum, i usiłował przedstawić człowieka, który spokojnie czyta.
Nagłe uspokojenie w sercach gwałtownych zawsze zapowiada wybuchy. Natura milczy nim uderzy piorun.
Andrzéj poskoczył ku drzwiom, wstrząsając swoją lwią grzywą, i odpychając rękę przyjaciela jakby końcem palca zgiął łodygę kwiatu, i rzucił się na wschody. Tu z kolei cofnął się pchnięty niewidzialną ręką uczucia honoru, wstrzymał się nagle, i cała energja z jaką szedł, upadła u progu drzwi, które gościnności prawa okrywały poszanowaniem. W tém drzwi otwarły się jakby same przez się, i głos łagodny rzekł mu.
— Można wnijść.
Raz piérwszy Chenier myślał, że mu się przysłyszało. Wszedł przez posłuszeństwo, bo pojmował że czynność jego dotykała występku, i padł na kolana błagając przebaczenia.
Oczy jego spuszczone widziały tylko koniec sukni, nie śmiejąc podnieść się wyżéj. Wzruszenie którego jeszcze brakło téj nocy, rzuciło nim, gdy poeta usłyszał te słowa.
— Wstań pan, nie zasługuję na tę cześć — dopełniłam tylko obowiązku.
Chenier podniósł głowę i ujrzał kobiétę nie młodą, zupełnie sobie nieznaną.
— Jestem Aniela, odezwała się — towarzyszka hrabinéj.
— A hrabina? spytał podnosząc się Chenier.
— Pani hrabina przysłała mnie do tego domu, który zna dobrze, dla oznajmienia panu, że ukryta jest i bezpieczna; ale mi też zaleciła żebym to powiedziała tylko przyjacielowi pańskiemu i nie pokazywała się do dnia.
— Na cóż te ostróżności?
— Dla uniknienia tego co się stało, dla zapobieżenia pytaniom i odpowiedziom niepotrzebnym, dla skrócenia wrażeń téj nocy, dla tego żebyś pan kilka godzin wypoczął. Gadatliwość pańskiego przyjaciela zniszczyła cały plan hrabinéj, a mnie wtrąciła w kłopot nadzwyczajny.
— Przyjaciel mój nie był nadto gadatliwym; proszę go nie obwiniać pani, ja sam winien jestem wszystkiemu. Rozum przestał władać wolą moją; gorączka mnie trawi; włosy mi się palą, krew tryska oczyma. To co mi pani powiadasz, dopełnia miary rospaczy mojéj! Nie mogę żyć, usłyszawszy to coś mi pani powiedziała.
— Co pan mówisz? To szał jakiś!
— Tak, pani! to szał! szał obłąkanego, konającego, potępieńca!
— Zamiast cieszyć się, dowiedziawszy, że pani..
— Ha! zawołał Chenier porywając się za głowę, wołałbym stokroć dowiedzieć, że hrabina znajduje się w jaskini zwierząt dzikich, w więzieniu inkwizycyi, w lesie pełnym bandytów!
— Niż posłyszéć że jest bezpieczną? odezwała się Aniela ze smutnym uśmiéchem.
— Tak! odparł Chenier uderzając nogą o podłogę.
— Tego przywiązania nie rozumiém.
— Ale bo ja wiém gdzie ona jest w téj chwili, ja to wiém! rzekł Chenier zakładając ręce i wpatrując się w Anielę.
— A! ręczę panu, że pan tego wiedzieć nie możesz.
— Nie wiém? spytał Chenier ze śmiechem szaleńca — nie wiém! Czy pani mnie wyzywasz żebym powiedział?
— Tak!
— Pani mnie doprowadzisz do ostateczności..
— Niepodobna żebyś pan odgadł schronienie hrabinéj.
— No! powiém więc! Hrabina jest w hotelu hrabiego de Pressy!
Aniela przyjęła to ruchem, którego dwuznaczność mógł sobie tłómaczyć poeta, wedle usposobienia téj gorączkowéj nocy.
— Mylisz się pan — wzruszonym głosem odparła kobiéta.
— Pani, powiedziałem jak jest. Wzruszenie jéj zadało fałsz wyrazom. Ona tam! tam!
— Nie, panie, proszę mi wierzyć.
— A! to myśl okropna! Boże! zachowaj mnie przy rozumie!.. dziś to ostatni skarb człowieka... Żyły jeżą się we mnie i kąsają jak węże, rozdzierają mi ciało! Szatan w piersi mojéj! Ona tam! bo tam być powinna! Hrabia de Pressy, młody, odważny, miły, głowę swą ważył dla niéj przeciwko katu, przeciw zbójcom, umiał spełnić czyn heroiczny z nadludzką skromnością! A! tak! zasługuje na miłość kobiéty! oddaję mu sprawiedliwość, choć go nienawidzę! Tak! dobrze uczyniła! szlachetne jéj serce to doradziło; poszła za skinieniem bohaterskiéj ręki, za wezwaniem uroczego głosu.. a teraz... co za upojenie! jakie roskosze!. Na téj ziemi przeklętéj, która cierpi i jęczy w boleściach, jest dwoje ludzi, którym zazdroszczą bogowie! a ja, z daleka patrzę jak żebrak, jak trędowaty, na tę ucztę która mnie okrywa żałobą, na tę radość, która jest udręczeniem mojém, na to życie które mi śmierć przynosi.
Poeta upadł na krzesło, a pierś jego zziajana, zamykająca w sobie wszystko co boleść wlać może, zdawała się buchać i rozpękać jak krater, by wyrzucić z siebie razem cały ciężar, któremu już nie starczyły słowa.
Aniela sparta o róg komina, spuściła głowę jakby nie miała co powiedzieć, i przyjęła co mówiono. Po kwadransie milczenia, poeta odzyskał siły jak wicher konający w lesie i wyrywający się z niego; spójrzał na postawę strapionéj Anieli i rzekł:
— Pani, rozumiém milczenie twoje, odpowiada ono jasno mojemu cierpieniu i trwodze. Zmusiłaś mnie mówić, powiedziałem wszystko; zmusiłem cię odpowiedzieć, zamilkłaś. Czegoż mogę żądać więcéj? dość na tém.
— Panie, odezwała się Aniela głosem słabym, czego się właśnie lękała hrabina, to się stało.. Gadatliwość pana Roucher...
— Niéma w tém niczyjéj winy, wina losu mojego.. czuję śmierć blizko. Ręka niewidzialna popycha mnie do grobu, czuję żelazne jéj dotknięcie na czole, a jeśli walczę, to że chciałbym raz jeszcze ujrzeć tę kobiétę która zabija, a którą konający błogosławić będę.
— Więc, odezwała się Aniela podnosząc głowę śmieléj, zobaczysz ją pan; mogę mu to zaręczyć.
— Ale ja chcę ją widzieć zaraz, natychmiast.. A! szaleję!.. prawda! pojmuję twe skinienie pani!.. żądam niepodobieństwa! Śmiech konwulsyjny rozdarł mu usta i łzy z oczów wysączył. — Tak, dodał — jakby to można zapukać do drzwi hotelu de Pressy i powiedzieć...
Wstał drżąc cały i zakrył oczy rękami, jakby chciał zasłonić się od strasznego, nieznośnego widzenia.
— Pani, rzekł ocierając łzy, głosem pewnym, pójdę za losem moim... niech będzie błogosławiony Bóg co cię tu zsyła, abyś była świadkiem największéj rospaczy jaka kiedy paliła serce ludzkie... Powiész jéj coś widziała i tego mi wystarczy! zapłacze nademną! Szatan fatalności pełen jest dowcipu! Hrabina Margareta poświęca się szlachetnie opiekując życiem mojém, któremu sądzi, że grożą nieprzyjaciele polityczni, a zabije mnie tu sama, w tém schronieniu w którém wstrzymały dotąd jéj rozkazy i jéj ręka!
— Nie, panie, powiém hrabinie com widziała, i że chcesz nadal iść za jéj radą i rozkazem.
— Nie powiész jéj tego pani, zawołał Chenier głosem grobowym, bo jutrzeńka dnia tego nie zobaczy mnie żywym.
— Co! myślisz o samobójstwie! konwulsyjnie krzyknęła Aniela.
— Jeśli podniosę ręce na siebie, to szanując spokój i życie kobiéty którą kocham. Winienem to hrabinie Margarecie.
— Chcesz więc umrzéć?
— Mówisz pani z konającym, jutro zobaczysz jego trupa.
— Panie Chenier! zawołała Aniela chwytając rękę poety! nie umrzesz! Biorę na siebie czynność którą zmuszona jestem popełnić.. Zobaczysz pan hrabinę..
— Kiedy?
— Natychmiast.
— Gdzie pani?
— Co panu do tego! zobaczysz ją.
— W hotelu hrabiego?
— Któż panu mówi o nim! Zobaczysz ją — zobaczysz samą..
— Samą?
— Samą, przy mnie tylko.
— Na Boga! pani.. idźmy, idźmy natychmiast!
— Oznajmij pan, panu Roucher i powiedz mu, żeby się nie obawiał niczego, niczego. Idziemy w miejsce bezpieczne.
Chenier, który téj nocy doznał co tylko może przecierpieć człowiek, wypogodził czoło i wszedł do pokoju swego, w którym zostawił przyjaciela.
Roucher spał snem niewinnych, z książką w ręku.
Chenier napisał parę wierszy, włożył je w książkę i wyszedł.
Aniela czekała na niego na wschodach; ujęła go za rękę i szepnęła po cichu.
— Chodź pan za mną.