Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.
Za obrazę kobiety.

Powiedział jeden ze starożytnych: chcesz-li wiedzieć jak daleko namiętności zajść mogą? Rzuć je w serce człowieka potężnego (da posse quantum volunt). Gdy pisarz ten starożytny wyrażał myśl głęboką, władza dostateczną była miarą rozbestwienia ludzkiego. Człowiek, któremu dano było panować, miał do niszczących swych passji odpowiednią energją i zdrowie; wlókł namiętności z sobą, nie uginając się pod ich ciężarem, aż do skonania dójrzałości swojéj. Co więcéj, Cezar Tiberjusz, starzec łysy i wysokim wzrostem zgięty, w Kaprei dalszy ciąg uczt góry Palatyńskiéj odbywał. Późniéj ludzie już, w epokach nas bliższych, parodyowali tylko przerażającą rozpustę starożytnych: kolacyjki Regencyi i małe domki chorobliwych jéj rozpustników, nigdy się nie wzniosły do cyklopejskich rozmiarów uczty Trimalciona, i pałaców jeziora Lukryńskiego, w których światło słoneczne gasiło lampę i przerywało hymny ludzi szczęśliwych.
Jednakże rodzaj ludzki nie przepadł jak przedpotopowe źwierzęta; indywidua gdzieniegdzie przeżyły pokolenie i świadczą, rzadkiemi wyjątkami, o potędze passji starożytnych. Ci wyjątkowi ludzie zgiąć jeszcze mogą łuk Ulissa, rzucić dyskiem Romulusa, jeść ucztę Trimaleiona i stanąć o swéj sile, po dziesięciu nocach saturnaljów, na stosie tyrsów zwiędłych i winnych gałęzi. W zwykłych czasach, te istoty wyjątkowe zmuszone są zmaleć, żeby przyjść do wiary ogólnéj; źle im wśród społeczności która ich wzrostu nie doszła; lecz zaledwie posuną się za granice dozwolone, otwiera się kodex karny, błyszczy miecz Temidy i muszą żyć spokojnie jak sąsiedzi w więzach małżeństwa i oszczędności domowéj, nieznanéj Trimalcionom. Gdy społeczność się burzy, natychmiast na wierzch wyrzuca tych olbrzymów energicznych, namiętnych, którzy w nowym świecie domagają się lwiego udziału; jeśli ich woń bitwy upoi, biegną pod chorągwie, stają się Kleberami, biorą Alexandrie szturmem z drabiną i toporem i przechodzą w mytologicznych pół-bogów; jeśli pozostaną w mieście, energja poleca ich tłumom ludu, stają się Mirabeau lub Dantonem.
Nie mogąc wznieść się tak wysoko, pozostają Klaudyuszem Mouriez; — jest to olbrzymiość podrzędna.
Władza dyktatorska, energja niepokonana, dusza ognista, ciało z bronzu, charakter żywy wszystkich passji, stanowiły potężną indywidualność tego człowieka; jego nienawiść i miłość były plagami okrutnemi, jak tylko mógł wyrwać się z więzów synowca i gospodyni swojéj.
W silnym rzucie z jakim od bramy zmierzał ku domowi, nic mu się oprzeć nie mogło, wszystko mu uledz musiało, siła mężczyzny, modlitwa kobiéty; wpadł do salonu z głuchemi wykrzykami groźby i począł szukać do koła; ale tu nic nie było — sprzęt tylko i cztéry mury nagie.
Zawołał synowca głosem gniewu i przywiązania razem, bo zniknienie Adrjana na chwilę odegnało wszystkie myśli inne: milczenie mu tylko odpowiedziało. Na wschodach rozchodziło się echo pustkę znamionujące.
Wszedł straszliwy, z sercem pełném zemsty i pragnienia dzikiego, i zapomniał wszystkiego wyjąwszy swego przybranego syna, który wpadł w ręce nieprzyjaciół; broń trzymana w ręku, wypadła z niéj jak nieużyteczna.
Klaudyusz przetrząsł dom cały i obejrzał wszystkie kąty jego najciemniejsze; potém zbiegł do ogrodu i przeszukał lasek, każde drzewo, każdy krzak od góry do dołu badając. Nie minął żadnéj altanki, żadnego płotu, żadnego zakątka zarośli. Pusto wszędzie — Adrjana nigdzie nie było.
Z rozpaczą w duszy, z wściekłością w sercu, przechodził przed sztachetami rozdzielającemi, dwa ogrody, gdy z między nich ujrzał głowę człowieka, którego oczy wlepione weń były zajadle.
— Co tu robisz? zawołał — kogo szpiegujesz?
— Waćpana, odpowiedział z za sztachetów nieznajomy, z największą krwią zimną.
— A! to przynajmniéj szczérze.
— Jedyna to moja cnota, żem szczéry.
— Znasz mnie więc?
— A któż cię nie zna?
— Znasz mnie i szpiegujesz! Odwaga niepospolita jeśli nie szaleństwo.
— A chcesz téj odwagi sprobować, Klaudyuszu Mouriez?
— Czemu nie? lubię ludzi odważnych.
— Ja szukam właśnie jednego odważnego człowieka i znaleźć go nie mogę.
— Nawet teraz.
— Zwłaszcza teraz, panie Mouriez.
— Zdaje mi się obywatelu, że chcesz mnie obrazić?
— Nie mylisz się pan.
— I obrażasz mnie, insultujesz z za sztachetów, rojalisto jakiś!
— Zgadłeś pan żem rojałista; znam i ja rzemiosło pańskie, a ta krata służy mi żebyś mnie z prawa swego nie aresztował. Jest to tylko mądra ostróżność.
— I tchórzliwa.
— Nie, mości panie, bo gdyby nie te sztachety, dostałbyś pan po uchu rzeczywiście, a tak odbierasz tylko policzek słowa.
— A! nędzniku!
Nieznajomy z za sztachet rzucił dwie szpady pod nogi Klaudyuszowi i rzekł.
— Wybieraj pan jednę, a daj mi drugą.
Jak powiedział stało się.
— No! wychodź że, krzyknął Mouriez podnosząc szpadę. Przysięgam się bronić i bić się z tobą.
— Na co mam wychodzić? Bardzo nam i tak dobrze, zbliżmy się tylko i nie cofajmy. Broń się pan, panie opoliczkowany.
Pojedynek ten nie jest widać niepodobnym, bo historyczny; dwie szpady, ściśnięte w ruchach swych ciągle szczękały z zajadłością o żelazne sztachety, i zdawało się że popękać miały, ale bój trwał krótko; zręczność i zimna krew zwyciężyły, jak zawsze odwagę namiętną; Klaudyusz Mouriez raniony został w bok ostrzem piorunującém, wydał rozpaczliwy jęk i puszczając broń z rąk, osunął się na trawę.
— Obrażasz kobiety, rzekł zwyciężca, jesteś napastnikiem słabych, ale oddaję ci sprawiedliwość, masz odwagę i warto bym cię ratował.
Mouriez powstał z wysiłkiem ostatecznym, i chwytając za sztachety jak tonący porywa maszt roztrzaskany, rzekł głosem gasnącym.
— Polecam panu mego przybranego syna, Adrjana Mouriez, którego mi tu... pochwycono... miej pan o nim staranie i...
Dwie łzy zabłysły w oczach jego, i oczy zamknęły się; padł oblany krwią.
— Przysięgam ci, że to uczynię! odparł rozczulony hrabia de Pressy.
Na znak pana, nadbiegł Walenty.
— Możesz się teraz pokazać, rzekł mu hrabia — nie jesteśmy już dwóch na jednego.
— A gdzież tamten? zapytał Walenty.
— Ot tu...
— Jak to? zabity?
— Szpada mi się na nim złamała; to żelazny człowiek.. Walenty.. róbmy bądź co bądź, powinność naszę.. Trzeba wprzód ztamtąd wydobyć szpadę.
— To łatwo, panie hrabio.
Ułamał gałąź długą, którą mógł szpady dosięgnąć i zbliżywszy się z nią do sztachet, wyciągnął ten znak świadczący o pojedynku.
— Teraz, powiedz mi gdzie Aniela? spytał hrabia.
— Tam, w domu.
— Zawołaj jéj... zaczekam na nią trochę daléj. Aniela wyszła w ganek, a hrabia rzekł do niéj:
— Masz jaki sposób powrócenia do domu.
— Mam, panie hrabio.
— Wracajże zaraz, i hrabinę wyciągnij z sobą do Paryża. Nie mów jéj o mnie; nie przebaczyłaby ci pewnie tego cóś uczyniła...
— Panie hrabio, przerwała Aniela, chciéj dobrze pojąć położenie moje. Kobiéta traci głowę w takich razach. Widziałam Klaudyusza Mouriez u pani, gdzież biedz miałam? kogo zawołać na pomoc? Bóg mi natchnął imię pańskie. Wiedziałam od Walentego, że pan jesteś w Wersalu, i byłam nieposłuszną hrabinéj, w chwili, gdy nadewszystko chodziło o jéj ocalenie.
— Dobrześ zrobiła Anielo, rzekł hrabia, a wszystko zostanie w sekrecie między nami... Pani hrabina była więc sama jedna, gdyś przybiegła po mnie.
— Panie hrabio, odparła Aniela z miną kobiéty, która nie przywykła kłamać — pani hrabina była.. tak.. była sama jedna...
— Czegóż drżysz, mówiąc rzecz tak prostą..
— A panie! drżę już od dwóch godzin ciągle.
— Biédna kobiéta!
Hrabia ścisnął ją za rękę i mówił daléj.
— Natychmiast Anielo, wróć nazad do domu; naznacz pani miejsce pewne w którémbyście się zeszły; otwórz drzwi, i powiedz piérwszemu przechodzącemu kogo spotkasz na drodze, że w ogrodzie leży któś ranny potrzebujący pomocy.. potém oddalcie się z pośpiechem ale ostróżnie. Wymagam od ciebie Anielo, po tem co uczyniłem dla pani twojéj, żebyś mnie o wszystkiém tajemnie uwiadamiała, pani swojéj nie zdradzając. Chcę tylko wiedzieć co moje serce obchodzi... nic więcéj.
— Panie hrabio, odpowiedziała z ukłonem Aniela, usłucham cię jak należy.
— Wracaj do obowiązków, i nie zapominaj o mnie Anielo.
Strój, który hrabia de Pressy wziął na tę ranną wycieczkę, dozwalał mu przypatrzéć się wszystkiemu, co po téj scenie nastąpić miało, na ulicy Thiers.
Aniela spełniła polecenie jak najściśléj, co dowiódł wkrótce tłum ciekawych, gromadzących się licznie na miejsce wypadku.
Co chwila tłum ten wzrastał, a gdy Mouriez poznany został, krzyki wściekłe się rozległy — i wyraz, zabójstwo, począł się zewsząd odzywać.
Wieść rozeszła się po całém mieście z szybkością iskry elektrycznéj; a rozchodząc się wierna prawu jakiemu ulegają wszystkie nowiny polityczne, coraz się dziwaczniéj zmieniała.
Mówiono:
— Klaudyusz Mouriez został zabity téj nocy przez dwóch Żirondynów, na drodze do Paryża.
— Wichrzyciele przekupieni przez Rojalistów, wyciągnęli téj nocy Klaudyusza Mouriez na plac Wolności, i zadali mu trzy ciężkie pchnięcia sztyletami. Przewódzca zbójców został zatrzymany.
— O trzeciéj zrana, Kladyusz Mouriez wyszedł z ratusza, z synowcem swoim, dla uśmierzenia powstania Rojalistów, których ryk całe miasto słyszało. Dzielny republikanin rzucił się na buntowników, i przeszyty został przez nich..
Wśród każdéj kupy, mówca stawał i ogłaszał swoję powieść. Wypowiedziano wszystko co tylko było można, wyjąwszy prawdy — jak zwykle.
Lekarze wezwani do domu pod N. 19, do salonu w którym ranna scena miała miejsce, opatrzyli ranionego, obwiązali go i zawyrokowali, że nie trzeba było tracić nadziei.
Tłum z zewnątrz krzyczał wielkiemi głosy, żeby zwłoki Klaudyusza Mouriez przeniesione były tryumfalnie do ratusza i wystawione na widok publiczny.
Hrabia de Pressy i Walenty, wmięszani w tłumie, odzywali się kiedy niekiedy z ostróżnością jednak.
— Ale jeśli, jak powiadają, Klaudyusz Mouriez nie umarł jeszcze, juściż trupa jego na widok publiczny wystawić nie można. Trzeba go uszanować i dozwolić mu spoczynku, otaczają go lekarze, niech cisza religijna da mu odzyskać siły.
Mędrsi mówili:
— Tak, tak, obywatel ma racyą; jeśli Klaudyusz Mouriez ranny tylko, potrzebuje odpoczynku i spokoju. Ustąpmy i dozwólmy lekarzom robić swoje.
Najsilniéj exaltowani przypuszczali śmierć tylko, odrzucając wszelką nadzieję wyleczenia; potrzeba im było zabójstwa zupełnego.
Dzień tak upływał wśród niepewności, gdy afisz z ratusza pochodzący, oznajmił urzędowie, że Klaudyusz Mouriez niebezpiecznie ranny przez podłego zbójcę, w skutek zaburzenia ostatniéj nocy, nie zostanie stracony dla Rzeczpospolitéj, że winni odkryci będą i śmiercią ukarani..
To ogłoszenie municypalności, uspokoiło nieco rozdrażnione umysły.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.