Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.
Strzeżony.

Pewien że go nie poznano, a rachując na milczenie starego majtka, Andrzéj Chenier zatrzymał się chwilę w progu domu, oswobodzonego od nocnych szpiegów, a przewidując że wkrótce powrócą silniejsi, udał się ulicą szybkim krokiem do siebie, otworzył zwolna furtkę ogródka i wszedł do domku z największą ostróżnością, usiłując nie obudzić przyjaciela Roucher.
Ale go tu w pokoiku jego czekała niespodzianka; zastał w nim Roucher’a czytającego praedium rusticum, gdyby w biały dzień.
Andrzéj cofnął się na wschody, jak złodziéj spotykający z czujną strażą; i miał powody ku temu, chcąc ukryć przed okiem przyjaciela ubranie rozszarpane i na wpół odarte. Inna uwaga jeszcze wstrzymała go, Chenier zmyślił uśmiech, poszedł wprost do niego i odezwał się:
— Patrz co się zyskuje na wpatrywaniu się w naturę po nocy w lesie... obdarto mnie. Roucher nie zdawał się bardzo zdziwiony nieładem stroju przyjaciela; zamknął książkę, ścisnął rękę podaną i odparł.
— Zdaje ci się Andrzeju, że jesteś pod rządem leśniczych i pod opieką faunów i sylwanów. Lasy dziś są równie niebezpieczne jak miasta; niema bezpieczeństwa nigdzie, nawet w lesie. Autor podróży Anacharsysa napisał: Tajemny przestrach którego doznajesz wchodząc u lasy, oznajmuje ci Bogów przytomność. Dziś wypadałoby zmienić Bogów na co innego.
Andrzéj przerwał nagle przyjacielowi, jakby więcéj spoczynku niż rozmowy potrzebował.
— Roucher, rzekł, już późno, jutro ci to opowiem.
— Już jutro mamy, odparł uśmiechając się Roucher, zaraz będzie druga... Opowiadaj zaraz, słucham.
— Ale to długie.
— Tém lepiéj... no zaczynaj.
— Ale powiedz mi, mój Roucher, co za ochota bezsenności cię napadła, żeś tak przeciwko zwyczajowi się zaczytał do drugiéj po północy?
— Właśnie wyglądałem tylko tego zapytania.
— Masz je, więc odpowiadaj, i chodźmy oba spać...
— Odpowiedź nie może być krótka, uprzedzam.
— Ale na Boga, Roucher, zostaw tylko Fauny i Sylwany w Arkadyj, a potrafisz być krótkim jak adwokat który broni z urzędu.
— Siadaj że Andrzeju!
— Nie! stać będę! Jeśli siądę, słońce nas obu tu zastanie, mnie śpiącego, a ciebie odpowiadającego jeszcze.
— Początek rozraduje cię niewymownie... odebrałem przez wiernego posłańca, list zgadnij od kogo?
— Roucher, przysiągłeś sobie umorzyć mnie bezsennością... Mów prędko, od kogo i chodźmy spać.
— Od starszego Trudaina... No! i nie skaczesz z radości?
— Wyskoczę ale jutro.
— Andrzeju, twoja odpowiedź przypomina mi anegdotkę o tym synu...
— Jak to! i anegdotki mi jeszcze opowiadać myślisz?
— Ale króciutenką, Chenier; był to sobie syn którego obudzono w nocy, oznajmując mu o śmierci ojca. A! rzekł — cóż to będzie za zmartwienie gdy się jutro obudzę! i zasnął.
— Dobrze zrobił; dobranoc, i ja uczynię tak właśnie.
— Niechcesz żebym ci przeczytał list Trudain’a.
— Czytaj, czytaj! ale co najważniejsze...
— Chenier, zdawało mi się że ci dowiodę mojéj przyjaźni, oczekując tu na ciebie do piérwszéj w nocy, z tym listem.
— Dziękuję, dziękuję, kochany, poczciwy Roucher... masz słuszność... to ja... ale czytaj.
— Słuchaj więc, poczynam...
Roucher rozłożył list i czytał.

Paryż — Maj 1793.
Kochany przyjacielu!

Pisząc do ciebie, piszę do Andrzeja razem, a tak mniéj to niebezpieczne. Boję się jego roztargnienia, nauczył się gubić listy, latając za muzami po lasach, gdyby wychowaniec Sylena, o którym mówi bajka Fenelona.
Dziś jednak same dobre mam nowiny. Wiész że zapatruję się na położenie nasze z krwią zimną, że się obawiam złudzeń, optyki zwodniczéj, z pomocą któréj aż nadto skłonni jesteśmy widzieć rzeczywistością sny nasze, począwszy od 89 roku. Ale, choć tak jestem niedowierzający, lubię uznać polepszenie gdy je widzę istotném i jawném jak słoneczne światło.
Umysły poczynają się uspakajać; burza ustała, trochę tylko po niéj fali. Prawo przeciwko podejrzanym ogłoszone nie będzie; dano mu pokój, zdaje się na zawsze. Umiarkowany Boyer-Fonfrède prezyduje w konwencyj. Exaltowani mało się ruszają i możeby całkiem spoczęli, gdyby nie trybuny. Zewnątrz Paryż nabiéra dawnéj swéj fizjonomji; miło widzieć ten ruch wesoły w mieście niedawno osłupiałem od zdziwienia.
W téj chwili co wieczór, dwanaście teatrów otwiera się tłumom już pragnącym wrócić do zwyczajów staréj francuzkiéj płochości. Jest to wyborny znak spokoju i nadchodzącego dla nas bezpieczeństwa. Gdy cała stolica myśli o zabawie, jakiżby rząd chciał ją zasmucać?
Przeszłego tygodnia mieliśmy wieczory prześliczne. Byłem w teatrze Feydeau, na piérwszém przedstawieniu komedyj w pięciu aktach pod tytułem: Dziwactwa losu. Tłumy zalegały wcześnie teatr, z niesłychaną trudnością dostać mogłem bilet na parter. Nowa komedya przyjętą została z zasłużonemi oklaskami. Autorem, którego wywołano, jest młody człowiek imieniem Theogat; idzie w ślady Moliera i czeka go najświetniejsza przyszłość.
Nie należy rozpaczać o kraju, w którym jeszcze serca się wzruszają na wrażenia słodkie literatury i sztuki.
W akademji muzyki, wielka opera Klimena napełnia co wieczór salę; to arcydzieło stanęło już w rzędzie na jaki zasługiwało; wszyscy znawcy przenoszą je nad Oedipa. Muzyka nasza daléj już postąpić nie zdoła. Po Klimenie dają, to balet Bacchus i Arjana, to Sąd Parysa.
Te dwa arcydzieła choreograficzne przedstawiane są z nadzwyczajnym przepychem. Dekoracya wysławująca wyspę Naxos, wielce zaleca przedziwny pędzel pana Ferretty. Niepodobno większego uczynić złudzenia. Opera komiczna narodowa, ma także swą modną nowość, a nią jest Melomanija Champein’a. Od czasów Wiejskiego Wróżka. nie słyszano piękniejszej muzyki. W teatrze fraucuzkim komicznym i lirycznym, drzwi oblegają od piątéj godziny, z powodu prześlicznéj opery Duni’ego: Myśliwcy i Mleczarka; Sainval cudowny jest wesołością swą, gdy śpiewa:

Zmarzły jestem, utrapiony,
A! co za psie życie!

Przedstawiają także, z wielkiém powodzeniem arcydzieło Gossec’a — Rybacy; piękne to jak Rybacy Teokryta; a Leonard musi co wieczór powtarzać śliczną piosnkę:

Szymon chłopiec tęgi,
Córunia mu w oczko wpadła...

— Z równém zajęciem i zapałem, publiczność okrywa oklaskami w Rozmaitościach wodewil pod tytułem: Podróż młodszego Roussel. Jest to farsa która śmieszy, że się za boki trzymać potrzeba; Cambon i Robespierre byli wczoraj w loży na téj sztuczce, i śmieli się jak dzieci.. Może też to stare dzieci.. Kto zna ludzi prócz Boga?
Ale wielka nowina dzisiejsza, to otwarcie amfiteatru Astley’a, na przedmieściu Temple. Lud płynie tłumami. Miejsca są różnych cen, począwszy od trzech liwrów do trzech soldów; równość w obliczu zabawy. Cyrk ten, naśladowanie starożytnych, poświęcono widowiskom konnym. Szczególniéj odznacza się młody jeździec, zdaje mi się Franconi, który woltyżuje w sposób zadziwiający i dokazuje sztuki równe indyjskim kuglarstwom, o których piszą Bussy i Tavernier.
Tak, przyjaciele moi, widząc wszędzie tę wesołość, upojenie, szał otaczający scenę; widząc cały lud wściekle zapełniający miejsca rozrywki dla umysłu, serca i oczów, czujemy że zbliża się koniec burzy, i że wkrótce ujrzemy nad głowami lazurowe, wypogodzone niebios sklepienie.
Nowiny polityczne, które późniéj wam udzielę, prawdziwe czy zmyślone, nie warte pewno tego co czytacie: Francuzi wracają do właściwego narodowego charakteru; śmieją się — ocaleni jesteśmy.
Wyrocznia to pewniejsza niżeli Kalchas’a. 93-ci źle się począł, skończy dobrze. Gotujcie się być szczęśliwi.

Bądźcie zdrowi, chwilowi wygnańcy
Wasz brat,
Trudaine.

Przeczytawszy list, Roucher złożył go powolnie i spójrzał na Andrzeja, który zdawał się zatopiony w myślach wynikłych z odczytania pisma przyjaciela.
— Widzisz teraz, rzekł Roucher, że miałem racyą cię czekać, pomimo spóźnionéj pory. Jeden ze starożytnych powiedział: Rzeczy surowsze do jutra odkładam: ad crastinum seria remitto, ale rzeczy wesołe, to całkiem inna!... trzeba je przyśpieszyć.. Spodziewałżeś się Andrzeju, zastać wracając tak dobre nowiny?
— Nie.. odparł Chenier zamyślony o przygodach N. 19. i o hrabi de Pressy.
— Odpowiadasz mi tak prostą monosyllabą suchą i nieuważną.
Chenier wydał ostre westchnienie, i chwytając się oburącz za czarnych włosów pierścienie, zawołał:
— Przyjacielu! sprzysiągłeś się widzę, żeby mnie doprowadzić do warjacyi!
— Jak to? spytał Roucher spokojnie... i to tak mi jesteś wdzięczen? Nie rozumiém cię Andrzeju!
— Rozumiészże przecie, że najmniéj trzecia, a ja zmęczony śmiertelnie! Czy chcesz mnie ukarać jak królobójcę Damiens’a i umorzyć mnie bezsennością!...
— I ani słowa o liście Trudain’a! rzekł Roucher niby na stronie.
— Nie słyszałem i trzech wierszy z tego listu.... spałem stojąc... Co mnie tam obchodzi opera Chimeny, wodewil Arjany! cyrk konny Robespierr’a i balet Frankonich! Gdzieś u licha wyczytał, żeby dla tych głupstw warto było człowieka snu pozbawiać?
— Otoż jak sądzisz o rzeczach — Chenier!
— No! tak sądzę i po wszystkiém — bądź zdrów.
— Pozwolisz mi przeczytać ci teraz inny list, który...
— A! dosyć tych listów Roucher! na Boga dosyć!
— Donoszą mi ciekawe szczegóły o procesie kryminalnym pana Jana Pawła Marat’a, redaktora Przyjaciela ludu.
— Roucher! przyznaj, że to co czynisz przechodzi wszelkie granice! Jeśli nie jesteś jasnowidzącym i nie śpisz chodząc, nic cię nie potrafi wytłómaczyć w oczach moich.
— Tak ostro dziś mówisz Andrzeju, że mnie to istotnie i zadziwia i zasmuca...
— Ale proszę-cię, będziesz-że całą noc siedział jak przykuty w tém krześle?
— Chenier, wszak to maj, wkrótce rozświta, i nie warto...
— A! przerwał Chenier, nie warto spać, bośmy w miesiącu maju! no! kiedy ci się moja izdebka podoba, zostań że sobie w niéj, a ja pójdę spać do twojéj.
Andrzéj szybko posunął się do drzwi, ale w tém Roucher z zadziwiającą powstał żwawością, zaparł mu drogę od wschodów i zawołał:
— Nie pójdziesz ztąd przyjacielu!
— Ja! nie pójdę? rzekł Chenier robiąc wielkie oczy.
— Nie wyjdziesz!
— Roucher! chcesz mnie do gwałtu i użycia siły przymusić!
— Andrzeju, zaklinam cię, nie zapoznawaj najlepszego swego przyjaciela. Idź za radą moją, nie czyń hałasu... Przekupnie już ciągną ulicą, posłyszy nas kto... Bądźmy spokojni...
— Ale ja też spokojności chcę, Roucher; spijmy żeby jak najmniéj robić hałasu!
— No to spijmy Andrzeju.. a ja zostanę w tém krześle.
— Widzę że nie ustąpi.
— Andrzeju masz zaledwie lat trzydzieści, ja pięćdziesiąt i dwa; jestem przyjacielem twoim, mentorem, zastępuję ojca twojego.. Winieneś mi posłuszeństwo i uszanowanie.
— I dla tego nie dajesz mi spać? Proszę cię Roucher, wytłumacz mi czegoś się na mnie uwziął.
— Cóż ci mam tłómaczyć..
— A! to już za nadto! Zmiłuj się! jeśli nagle nie zwarjowałeś, nie podobna mi zrozumieć nawet tego co dokazujesz dziś ze mną.
— Nigdym przytomniejszy nie był.
— Roucher, zawołał Chenier w najwyższym stopniu rozdrażnienia — żarty posunięte tak daleko, są nieznośne;.. wyczerpał się cały zapas mojéj cierpliwości. Poraz ostatni, daj mi wyjść! proszę! czuję że się na ciebie porwę, a serce moje poczyna opanowywać głowa. Szanujże rospacz moją.
— A ty Chenier — szanuj kobiétę..
— Kobiétę!
— Jesteś trzpiot nieznośny, Andrzeju — to chyba jedyne twe usprawiedliwienie.
— Kobiétę mówisz! jaką? spytał zdziwiony nadzwyczaj poeta.
— Jak to? dla ciebie jestże na świecie dwie?
— Co! przyjacielu! ją!
Roucher palcem wskazał pokoik swój i szepnął.
— Jest tam!.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.