Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
Dwa ogródki znowu.

Hrabia de Pressy dał znak Walentemu, który w postawie stoika trzymał się trochę na ustroni, i stary sługa przybliżył się do pana.
W téj chwili zjawisko nikło na końcu ogrodu.
— Walenty, rzekł hrabia głosem umiarkowanym — tyś pełen roztropności jak wszyscy starzy majtkowie, no! czy pojmujesz też to co się w koło nas dzieje.
— Jeśli pan hrabia tego nie rozumie, ja wcale nie pochlebiam sobie, żebym miał być przebieglejszym nad niego.
— Ja bo nie mam krwi zimnéj Walenty, i wyznaję to ze wstydem. Że tu była schadzka jakaś to oczewista, była rozmowa poczęta, słyszałem z niéj oderwanych słów kilka. Mężczyzna znikł gdyśmy się zbliżyli, i to nie ulega wątpliwości, czemu i kobiéta razem z nim nie znikła?
— Tak! słusznie pyta pan hrabia, czemu i kobiéta...
— To nie pojęła, bo oboje słyszeć musieli gdyśmy nadchodzili; przestraszyli się, a hrabina przechadza się sobie spokojnie i wystawia na wejrzenia nieproszonych świadków których nie widzi, ale o nich wié, ale ich czuje... co ją najwięcéj właśnie przerażać powinno.
— Istotnie panie hrabio — to niepojęta rzecz!
Hrabia de Pressy sparł czoło na sztachetach i począł dumać.
W tém silne uderzenie młota dało się słyszeć w blizkości a kierunek głosu dowodził, że zastukano do bramy N-o 19.
Hrabia podniósł odniechcenia głowę i spojrzał znacząco na Walentego.
Stary sługa prawą rękę przyłożył do ucha i wskazał palcem na domek hrabinéj.
— Północ, rzekł cicho hrabia — pora nie właściwa na uczciwe odwiedziny!
— I ja to myślałem! rzekł cicho Walenty.
Brama się nie otwierała. Po długim przestanku, dwa uderzenia młota nastąpiły po piérwszém.
Hrabia ujrzał na ówczas biegnącą ku domowi z pośpiechem spłoszonéj gazelli, młodą kobiétę, którą teraz poznał lepiéj jeszcze. Milczenie nocy w opustoszonéj téj części miasta, dozwalało słyszeć wszystko, otworzyło się okno w facyacie domu wychodzącéj na ulicę, i głos słaby spytał o cóś nie wyraźnie.
Silniejszy odpowiedział.
— Otworzyć! w imie prawa!
— W imie prawa! rzekła hrabina nie starając się już głosu miarkować — hrabia w niebezpieczeństwie, zapomnijmy wszystkiego.
— Tegom się spodziewał — rzekł Walenty.
Hrabia obejrzał sztachety, zmierzył ich wysokość i rzekł.
— Można przeleść.
Rzucił szpadę na drugą stronę i do Walentego się odezwał.
— No! pora spisać się ze zręcznością majtka! za mną!
To mówiąc, hrabia wlazł na sztachety, sparł nogę pomiędzy dwóma ostrzami strzał zakończających je i skoczył za orężem swoim.
Dostawszy się na stronę przeciwną i nie patrząc już co się dzieje z Walentym, pobiegł zasiąść pod drzewami najbliższemi domu.
— Hrabia powinien był mi trochę dopomódz, odezwał się sługa i wesprzeć... ale probujmy.
Jakoż sprobował Walenty, ale choć zdrów jeszcze i silny, odzwyczaił się bardzo od łażenia na maszty.
— A! rzekł uderzając się w czoło, czemu mi też hrabia nie pomógł!
— No to ja ci pomogę, odezwał się głos cichy nad uchem jego.
Walenty powoli odwrócił głowę, jak człowiek z nadzwyczajnościami oswojony, i ujrzał przed sobą Andrzeja Chenier.
— Ani słowa! Walenty, ani chwili tracić nie można! rzekł Chenier, daj mi słowo starego żołnierza że dochowasz tajemnicy...
— Przysięgam że będę milczał, byłeś mi pan dopomógł przeleść te nieszczęsne sztachety.
Andrzéj obdarzony wielką siłą, wdrapał się na sztachety i złamał pięć szpic ich, zjedzonych rdzą odwieczną: a opanowawszy tę pozycyą, pomógł Walentemu wleść na wierzch i spuścić się w drugą stronę, wstrzymując go na rękach jak na sznurach żelaznych.
— Teraz, rzekł — masz jeszcze oto mój sztylet i zachowaj mi go razem z tajemnicą moją.
Walenty podniósł prawą rękę, powtarzając swoją przysięgę, chwycił sztylet i pośpieszył za swoim panem.
W téj że chwili usłyszano powtóre — Otworzyć, w imie prawa, a głosowi temu towarzyszyło gwałtowne dobijanie się do bramy.
Głos odpowiedział od domku — Zaraz! zaraz! i w krótce potém, drzwi się otworzyły i zamknęły prędko.
Chenier wskoczył do ogrodu nie wahając się, a gotował mieć udział w walce, jeśliby do niéj przyszło. Przykro mu było, bez wątpienia, kompromitować kobiétę, ukazując się u niéj o téj godzinie; ale są okoliczności wymagające, które wszelką rozważną i ostróżną myśl tłumią; — nie pokażę się, mówił w sobie, chyba w ostateczności, jeśli usłyszę krzyk boleści kobiéty.
Hrabia de Pressy i Walenty, zakryci krzakiem bzu, zwrócone mieli oczy na dom, zaledwie odległy o pięć kroków, usłyszeli naprzód głosy niewyraźne odbijające się w korytarzu, potém otwieranie i zamykanie drzwi z trzaskiem i wykrzyki niecierpliwości, gniewu, ulatujące przez otwarte okna. Hałas ten wewnętrzny zbliżał się i rozległ nareszcie w salce na dole, wychodzącej ku polu, na prost hrabiego de Pressy.
— Tak, — odezwał się głos żywy, utrzymujesz że tu mieszkasz sama?
— Tak, panie, sama jedna.
— Nazywasz się.
— Aniela Brunon.
— Zamężna jesteś?
— Jestem wdową.
— No, to ty pokazałaś oknem głowę, gdy sabaudczyk śpiewał pod oknami.
— Tak jest.
— Wiemy że kłamiesz, a zatém pójdziesz z nami.
— Pójdę.
— Czy jest tu piwnica w tym domu?
— Jest? chcecie ją zobaczyć, proszę...
— Nie głupi któś chować się w piwnicy teraz... pani twoja jest w ogrodzie... kiedyśmy jéj nie znaleźli tutaj... daj nam dwie świece, i nie ruszaj się ztąd.
Gdy Aniela przygotowywała żądane światło, dwaj ludzie dopełniający téj nocnéj rewizji, wystawili głowy przez okno salki dolnéj, i poczęli się przypatrywać ogrodowi.
— Dwóch tylko... rzekł Walenty do ucha hrabiemu.
— Nie licząc tych co są na ulicy, odpowiedział hrabia.
— Prawda! nie pomyślałem o ulicy!
— Tym czasem róbmy tu co każę obowiązek, a przyjdzie pora na ulicę także... nie widzisz że hrabina w ogrodzie być musi.
— Ba! to nie trudno zgadnąć, panie hrabio.
— Ci panowie zamyślają o polowaniu z pochodniami. Zabawka królewska!
— Tak panie hrabio, ale zapomnieli wprzód las przetrząść.
— Dobrześ to powiedział Walenty... masz wiele dowcipu.
— A! proszę pana, odbyłem dwie kampanje w Indyach.
— Prawda! no! weteranie mój, mówże, czekać, czy rzucić się na nich.
— Wielką mam ochotę szturmować do tego domu...
— Dość! otoż i oni!
Ten sam głos który wybadywał Anielę dał się słyszeć, gdy dwie świece zniesiono.
— Jeszcze jedno pytanie. Dla czegośmy musieli trzy razy stukać do bramy?
— Bo kobiéta sama jedna w domu, o północy, bardzo się może przestraszyć... A dopókim się odziała, wiele czasu straciłam.
— Doskonale odpowiada, kobiecina!
— Łatwo dobrze odpowiedzieć, kiedy się mówi prawdę.
— Dość! dość! idź sobie!
Dwaj ichmość zeszli z ganku i przybywszy do piérwszych drzew, spotkali się ze szpadą hrabiego de Pressy, który się odezwał do nich spokojnie.
— Ani kroku daléj lub śmierć! Precz! panowie inkwizytorowie!
Przybyli odskoczyli w tył żywo i dobyli szabel puszczając z rąk świece.
W téj że chwili nowy przeciwnik wpadł jako piorun pod cienie drzew, wywijając z nadzwyczajną szybkością gracę ogrodową, odpędził dwóch ludzi! i pognał za niemi aż do sali. Tu szczęściem dla nich, drzwi wiodące na ganek i ku bramie, znaleźli otwarte, wyskoczyli niemi na ulicę i uszli, a daléj ich nie gnano.
Hrabia de Pressy doznał wstrząśnienia okropnego, które nie pochodziło z uczucia doznanego niebezpieczeństwa. Scena ta odbyła się tak żywo, noc była tak ciemna, że poznać nie mógł tego zręcznego i silnego wojownika, który tak w porę na pomoc mu przyszedł; ale posiłek był dlań krwawą obrazą: nie widząc twarzy gorliwego obrońcy, hrabia w nim zgadywał kochanka i mógł go nawet nazwać. Tu dopiéro godło rodziny de Pressy — ad omnia paratus, miało wskrzesić w nim szlachcica i przypomnieć mu godność jego poniżoną w oczach sługi.
Zmiana była nagłą.
— No! Walenty, rzekł biorąc szpadę pod lewą rękę... to zuch który wywija kijem, jako szwajcar na processji w Aix... Wiész ty kto to taki?
— Nic nie wiém panie hrabio — odezwał się Walenty, wstrzymując oddech.
— Jeśli to prosty człowiek, radbym go wynagrodzić... Nie lubię usług daremnych.
— Tak i myślę że to prosty człowiek, dodał Walenty... najpewniéj... to być musiał ogrodnik miejscowy.
— Najpewniéj! powtórzył echem hrabia.
— Mimo ciemności uważałem, że ubrany był tylko na wpół, jakby przebudzony zerwał się z łóżka.
— Ba!.. dobrze miał oczy przetarte, zuch! Walenty, teraz już wszystko uspokojone, hrabina wyszła z niebezpieczeństwa, przynajmniéj do jutra; niewiem jakiem szczęściem nadzwyczajném, nikt mnie tu niewidział. Ukazując się, wiedziałem dobrze, że tracę owoc całorocznego ukrycia, ale w niebezpieczeństwie się nie rozumuje. Chodź Walenty, wracajmy do naszéj, w drugim ogródku, zasadzki. Sługa poszedł za panem aż do sztachet.
— Wiesz Walenty, rzekł hrabia uśmiechając się — wielce mnie zdziwiłeś przybywając mi w pomoc przed chwilą.
— Cóż to? pan hrabia o mnie wątpił?
— Nie, mój Walenty, nie! nie wątpiłem ani o odwadze twéj, ani o poświęceniu; ale wolno mi było zwątpić o zręczności. Do licha! w twoim wieku wleść na te sztachety jak się właziło na maszt Pomony, pod dowództwem hrabiego d’Estaing, — to sztuka!
— A! ba! bo... widzicie, panie hrabio... żeglarze się nie starzeją... jak wieloryby... jak wieloryby... morze ich soli i osoleni... trwają...
— Otoż jeszcze raz trzeba ci się sprobować z temi sztachetami, ale ci teraz przyjdzie łatwiéj, znasz drogę... Chcesz iść przodem?
Walenty zawahał się z odpowiedzią.
— No, rzekł hrabia — czego poglądasz?
— Ja... nic... tak panie hrabio... Zrobiłem sobie pewną uwagę.
— Jaką Walenty?
— Ja wolę tu resztę nocy przepędzić... niewiadomo jeszcze jak się to skończy... Tym sposobem będę gotów i niepotrzebuję przełazić drugi raz przez sztachety... a na wypadek...
— I myślisz że cię tu samego zostawię?
— Kiedy pan z drugiéj strony sztachet będzie, nie zostanę więc sam. Pan jakoś silniejszy... ja, gdy mi przyjdzie trzeci raz przełazić i drapać się na wielki maszt Pomony, stracę czasu wiele...
— Ale nie, nie, Walenty, samego cię nie porzucę! Odważnie tylko! sprobuj! jeszcze! Nuż hrabina jest w ogrodzie i pozna ciebie.
— Ale nie, hrabio, niema niebezpieczeństwa... Proszę mi wierzyć, ja jestem w téj chwili zupełnie zimny i biorę rzecz chłodno, znam panią hrabinę, ona nie zostanie w łożysku jak odyniec, czekając aż ją psy wytropią... Pewnie już uciekła.
— Myślisz?
— Gdyby była w ogrodzie, od kwadransa już byłaby się z hrabią spotkała.
— Masz racyą... w istocie, ogród i park ten wcale nie są obszerne.
— Pan hrabia pozwoli mi dać sobie radę jedną.
— Dawaj Walenty, dawaj.
— Czuję dom pusty z daleka... pewny jestem że tu już nikogo niéma, ani przyjaciół, ani nieprzyjaciół. Niech mi hrabia wierzy i posłucha mnie; poczekawszy, będzie zapóźno...
— No! stary marynarzu, probuj! śmiało! Walenty rzucił ostatnie i szybkie wejrzenie na zdradliwe sztachety, od których przelezienia się wykręcał, i szybko skierował się ku domowi.
Wszędzie było pusto i niepozamykano; brama nawet od ulicy Thiers, stała otworem.
— A com ja mówił? rzekł dumnie Walenty.
— Dobrześ był natchniony, wyznaję, ale wyznaj Walenty, że niechciało ci się drugi raz przełazić.
— Mnie! panie hrabio! mnie! jabym dwadzieścia takich parkanów jednéj nocy przesadził! Pan nieznasz marynarzy!
— A więc najkrótszą drogą do domu... Potém będziemy musieli wyszukać tego odważnego... ogrodnika który przyszedł nam w pomoc... Chcę mu... podziękować Walenty...
Sługa nic nie odpowiedział; w chwilę potém wracali do hotelu de Pressy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.