Andrzej Chenier/XII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W wigilją tego dnia trwogi, znajdujemy w jednéj z sal ratusza Wersalskiego, Klaudyusza Mouriez, rozmawiającego z młodym człowiekiem około dwudziestu-dwuletnim, którego twarz poważną napełnia wyraz głęboki i poczciwy.
Klaudyusza Mouriez wizerunek cielesny już nam skréślił Walenty, a moralny wkrótce się nam przedstawi sam przez się.
— Adrjanie, bratanku, wołał Klaudyusz Mouriez przechadzając się żywo — są różne rodzaje republikanów. Ty jesteś republikanin de Viris illustribus. Masz lat dwadzieścia i dwa, ja trzydzieści pięć; masz cnoty a ja namiętności; nie pragniesz nic, a ja chcę wszystkiego. Nasz republikanizm jest wcale różnego pochodzenia!
— Stryju kochany, różnica taka: ja chcę służyć rzeczpospolitéj, a ty chcesz żeby ci ona na cóś posłużyła.
— Powiedziano to ładnie, Adrjanie, aleś ty to wziął z jakiegoś Platona.
— Nie, z mego serca.
— Winszuję ci bratanku; ale czekaj, znajdziesz wkrótce w tém sercu cale co innego; jak się namiętności rozwiną i ty będziesz korzystał z rzeczpospolitéj dla siebie.
— Nie obwiniaj mnie w przyszłości, stryju kochany, nie mogę bronić tego co jeszcze nie jest, bronię mojéj teraźniejszości.
— Mój Adrjanku, ty dla mnie zanadto jesteś rozumny i dowcipny. Usłuchaj mojéj rady, wracaj do Calondos, do matki, która jako wdowa, potrzebuje co dzień widzieć swego jedynaka. Tam sobie zostaniesz republikaninem po cichu, a twe cnoty spartańskie nie będą cierpieć od złego prowadzenia się sąsiadów. Jeśli chcesz mi służyć daléj za sekretarza, słuchaj mnie i czynności moich nie sądź. Sekretarz jest to rzecz sekreta zatrzymująca przy sobie, i walająca papier za 1200 liwrów rocznie, nie więcéj.
— Tak, ale ja jestem synowcem także: jestem synem brata twego, który zginął pod Fleurus; wiész to że pamięci ojca mojego winieneś wysoką godność nadzwyczajną, którą zostałeś zaszczycony. Wszystko to daje mi prawo, odezwać się szczerze...
— A ty tego prawa nadużywasz, Adrjanie, wiesz że pomimo miny srogiéj, jestem w gruncie dobry.
— Tak, stryju, gdy cię nie unosi namiętność, jesteś najlepszym z ludzi; ale cię namiętność unosi ciągle.
— Nawet teraz, gdy tak zimno rozumuję i rozprawiam z tobą?
— Jakto? jużeś zapomniał rannego gniewu z powodu ex-hrabinéj Margarety?
— No! a niemiałżem sto razy racyi?
— I znowu rozpoczniemy, stryju!
— Rozpocznę sześćdziesiąt razy na godzinę, Adrjanie tyś dziecko, ja jestem mężczyzna. Znam rozciągłość obowiązków moich. Ta ex-hrabina jest zajadłą nieprzyjaciółką rzeczypospolitéj i spiskuje przeciwko rządowi.
— To ty śpikasz się na nią.
— Adrjanie! stajesz się zuchwałym.
— Ja tylko jeden mogę ci prawdę powiedzieć, szczęśliwszy jesteś od króla...
— Jeszcze dodaj że się kocham w téj kobiécie! no! gadaj!
Kiedyś to sam powiedział, ja już niemam potrzeby mówić.
— Adrjanie, i ty mnie oto posądzasz?
— Nie posądzam, alem tego pewny.
— Wolę śmiać się z tych niedorzeczności Adrjanie, niżeli się za nie oburzać.
— Więc kochany stryju, nie prześladuj téj kobiéty, a ja cofnę co powiedziałem.
— A obowiązki moje, Adrjanie, obowiązki?
— Obowiązkiem twym, stryju, jest być i okazywać się uczciwym republikaninem, i budzić w drugich miłość rzeczpospolitéj. Nie dawaj powodu rojalistom rzucenia na nas potwarzy; niech obyczaje twe będą surowe jak...
— A! to ty myślisz, Adrjanku, przerwał nagle Klaudyusz Mouriez, że mi w smak idą twoje kazania! a! zaprawdę, świat do góry nogami! synowcowie gdyrzą na stryjów! komedya moljerowska na wywrót! Dość tego, mój bratanku, wprowadź mi zaraz tego grajka o którego to poszło wszystko. Słuchaj mnie lub ruszaj sobie do Calvados.
— Wiesz kochany stryju, że ten biedak niewiedzieć za co został uwięziony.
— Ba! to wiém.
— To też nie myślę cię o tém uwiadamiać; polecam go tylko twéj ludzkości i sprawiedliwości.
— Zobaczemy... wprowadź.
Był to ów śpiewak uliczny, fałszywy Sabaudczyk Wincenty — wszedł blady jak trup.
Klaudyusz Mouriez usiadł, i przebierając w papierach, wysunął z nich arkusz, odzywając się do więźnia.
— Oto jest wywód twego uwięzienia, Wincenty. Zobaczemy jak się będziesz tłumaczył. Zatrzymano cię w ulicy Thiers, za śpiewanie piosenki zakazanéj. — Gdy mój kochany powróci... Strzęsiono cię; znaleziono w kieszeniach kilka sztuk złota, zapytano zkąd pochodzą. Zmięszałeś się i odpowiedziałeś że ci je dał jakiś stary za odkrycie mieszkania pewnéj kobiéty; że po wielu poszukiwaniach daremnych, odkryłeś ją w ulicy Thiers. Czy to prawda?
— Tak jest, odparł Wincenty konającym głosem — jedna rzecz tylko fałszywa, bo nie śpiewałem: Gdy mój kochany powróci, to się im przysłyszało.
— Zresztą, mniejsza oto...
— Jakto mniejsza oto, przerwał Adrjan — szepcząc do ucha stryjowi, owszem to najważniejsza, to jeśli nie śpiewał téj piosenki, policya nie miała go prawa zatrzymywać.
— Ja wiem co mówię Adrjanie... Słuchaj no Wincenty, a gadaj prawdę jeśli chcesz być wolny. Gdzie mieszka kobiéta za którą dostałeś tyle złota?
— Mieszka w ulicy Thiers N-o 19.
— Znałeś ją zapewne, kiedyś jéj szukał.
— A znałem.
— Gdzieżeś ją znał?
— Widywałem ją w oknie hotelu w ulicy Reservoir.
Klaudjusz Mouriez uśmiechnął się radośnie, a ruch ten nie uszedł oka młodego Adrjana.
— Wincenty, rzekł Mouriez głosem wzruszonym jeszcze — jeśliś prawdę powiedział, jutro będziesz wolny. Ustąp — odprowadzą cię do więzienia.
Wincenty skłonił się i odszedł z rozjaśnioną twarzą.
— No, mój Adrjanku, rzekł Mouriez układając sobie postawę zimną, widzisz żem sprawiedliwy i ludzki.
— Widzę tylko żem zgadł — odparł Adrjan ponuro.
— A mógłżem go dziś uwolnić. Adrjanku, sam powiedz, szczerze.
— Nie o to chodzi mój stryju.
— No, a o cóż chodzi? spytał Mouriez z najniewinniejszém zdumieniem.
— Chodzi zawsze mój stryju, o ex-hrabinę Margaretę. Los rzuca ci ją w ręce. Masz oto przed sobą tysiące aktów których nigdy nie czytasz, a przeczytałeś akt uwięzienia tego śpiewaka, bo cię osobiście obchodził. Widzisz że chodzi o kobiétę którą prześladowałeś już w hotel de Grave, na ulicy Reservoir.
— Adrjanie, — rzekł z udaną powagą stryj, — słucham cię z pobłażaniem i dobrocią ojcowską, bo cię uważam za syna, posuwam się nawet z dobroci aż do rodzaju usprawiedliwienia przed tobą.
Czegoż możesz żądać więcéj?
— Nie, mój stryju; wiész że cię kocham, że usiłuję cię sprostować, używając ku temu co w tobie jest dobrego.
— Wyborny! synowczyk! rzekł Mouriez z uśmiechem, — ja, przed którym tu wszystko drży, będę jak widzę musiał drzeć z kolei przed studentem. Adrjanie, znasz i widziałeś scenę gorszącą pod hotelem de Grave!
— Tak, stryju.
— Widziałeś własnemi oczyma z jaką nieostróżnością anti-rewolucyjną, ta kobiéta wywiesiła na swoim balkonie kwiaty kolorów buntowniczych?
— Stryju, możesz to mówić serjo? mogąż być buntownicze kwiaty? wśród swobody powszechnéj nie wolnoż wystawić na balkonie kwiatów, jakie się komu podobają?
— Ale nie! tysiąckroć nie! otoż to dowodzi żeś dziecko, i nic polityki nie rozumiesz. Ta ex-hrabina nie mogła wywiesić w oknie chorągwi, wystawiła kwiaty!
— A! i to niesłychanie zagraża rzeczpospolitéj!
— Zagraża więcéj niż myślisz, gdyby dozwolono zostało tak wywieszać wszędzie oznaki rojalislów, codzień by w ulicach były boje, a nam wojsk potrzeba na granicę. W ten sposób energija jednego człowieka, stoi załogą w Wersalu i zastępuje pół brygady wojska, którego nad Sambrą potrzeba. No! a teraz, zrozumiałeś?
— Coraz mniéj rozumiem mój stryju; — jeśli mi zechcesz więcéj tłumaczyć, nic rozumieć w końcu nie będę — mam moje pojęcia swobody ustalone, których nie zmienię. Niech ginie co chce, byle zostały zasady!
Jeśliśmy na to zburzyli Bastyllę, żeby potém nie mieć wolności posadzenia białego gwoździka, ha! to odbudujmy lepiéj Bastyllę i wybierzmy króla.
— Adrjanie, pleciesz bez sensu!
— Nigdy się widzę w tym względzie nie porozumiemy. Powiém więcéj, gdyby cię namiętność niezaślepiała, gdyby hrabina Margareta była osiemdziesiątletnią buntowniczką, dałbyś jéj ręczę pokój i nie turbował bynajmniéj.
— No, toś powiedział prawdę Adrjanie. Znam wpływ jaki mieć mogą młode kobiéty, kobiéty piękne, w tém mieście, pełném jeszcze ambrowéj woni dawnéj dworskiéj galanterji, dla tego powinienem przeciw nim walczyć całą moją siłą. Tyś jak ja niewidział biesiady oranżeryjnéj w Wersalu.
— Jakiż mają związek uczty te z białemi gwoździkami?
— Jaki związek pytasz? Ot jest. Na téj uczcie a raczéj na téj orgji, kobiéty piérwsze skłoniły do podeptania kolorów rewolucyjnych, i poprzywiązywały do mundurów wstążki rojalistowskie, a więc kobiéty są najniebezpieczniejszemi nieprzyjaciołmi rzeczpospolitéj; gdyby nie one, nowy porządek rzeczy byłby się ustalił spokojnie, i nie mielibyśmy całéj Europy zbrojnéj na barkach naszych.
— Masz słuszność stryju, spełniaj więc plan swój, tyranizuj piękną hrabinę i ocal przez to ojczyznę, któréj zagrażają białe gwoździki.
— Mój kochany, nie dawno opuściłeś ławę szkolną, i masz passją używać przeciw własnemu stryjowi figury retorycznéj, którą zowią ironiją. Ja mam ważniejsze rzeczy na głowie, a nauczyciele moi inne mi zadali pensum.
— Ja zaś, stryju, uparcie będę poprawiał zadania twoich professorów.
— Jakże ty, Adrjanie, co czytasz co rana moje raporta policyjne, możesz mnie mieć za srogiego? Wersal jest gniazdem spisków. Szlachta kryje się po wszystkich piwnicach, pełno fałszywych emigrantów co ze swych hotelów nie wyszli i czekają tylko pory, by cóś przedsięwziąść. Niedawno jeszcze, nie doniesionoż mi dwóch wściekłych pisarzy Dziennika paryzkiego: Andrzeja Chenier i Roncher, którzy się schronili do Wersalu zamyślając o kontr-rewolucyj; dwóch ludzi gorszych od stu kobiét, bo rankami piszą wierszyki w gabinetach dam, a wieczorem prozę po tajemnych schadzkach. Rozkazując zatrzymać autorów dodatku N o 13, czy będę surowym czy sprawiedliwym?
— Stryju kochany, wychodzisz z kwestji, powiększasz ją, aby zamydlić. Jeśli są śpiskowi jacy, twoim obowiązkiem czuwać nad rzeczpospolitą. Nikt ci wyrzucać nie będzie nieszczęsnéj surowości twego urzędu; alem ja chciał rozprawę ograniczyć jedném zadaniem, i oświecić cię o fałszywym kierunku, w którym idziesz z powodu namiętności wcale nie politycznéj i nie republikańskiéj. Niechcę, dla czci rodziny naszéj, dla świętéj pamięci mojego ojca, żeby mówiono że zaciętość twoja względem hrabinéj Margarety, wynikła z uczucia podejrzanego i zupełnie obcego sprawie publicznéj.
— Adrjanie, Adrjanie, dość, niemasz już zemną najmniejszego pomiarkowania, muszę co chwila wstrzymywać się wspomnieniem, że jesteś moim bratankiem i przybranym synem.
— Dla tego właśnie tak otwarcie mówię; tytuł ten daje mi prawa. Gdybym był obcym, podałbym się do dymissji i pojechał do matki która czeka na mnie, ale zostaję w miejscu gdzie ci użytecznym być mogę, i nie pójdę.
Klaudyusz Mouriez ruszył ramionami, siadł do biura swego i począł przewracać góry papierów na niém leżące; w ostatku tonem łagodnym rzekł.
— Adrjanie, straciliśmy godzinę czasu na próżnéj gawędzie, czas drogi, nie trzeba go tracić ale używać. Mamy dwadzieścia listów czekających odpowiedzi. Pisz do Fouquier-Tinville list w tym sensie,.. że ogłoszenie w Wersalu o gotującém się prawie na podejrzanych, wywarło najlepszy skutek... ludność jest zawsze najlepszym ożywiona duchem i t. p.
— Ludność ożywiona najlepszym duchem! znajoma to zwrótka piosenki, rzekł Adrjan. I począł powoli bardzo zacinać pióro, żeby jak najpóźniéj wziąść się do roboty.