Andrzej Chenier/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdyby wszyscy młodzi ludzie tamtéj epoki byli naówczas w położeniu Andrzeja Chenier, rok 93 nie byłby 93 rokiem.
Poetę dusiły dwa śmiertelne wzruszenia: nie wiedząc któremu się poddać, znosił oba razem, jak człowiek coby konając od dwóch sztyletów, cierpiał dwie śmierci w jednéj.
Była nadewszystko chwila nieznośna, chwila oczekiwana, gdy miał być świadkiem niemym otwarcia się téj tajemniczéj bramki łączącéj dwa ogrody. Człowiek, który się nie cofa przed tą ostateczną boleścią miłości, i czeka na nią odważny, nie może się już lękać żadnego nieszczęścia więcéj — bo żadne nie przewyższy cierpienia, jakiego wówczas doświadczył.
Noc szła powolnie, nie sprowadzając żadnych nowych wypadków, w dramacie który odegrywali trzéj oddaleni od siebie i nie wiedzący o sobie aktorowie. Poeta porównywał położenie swoje do stanowiska skazanego na śmierć, który w więzieniu, usłyszał bijącą godzinę ostatnią, a nie może się doczekać przybycia kata i stróży; śni mu się nadzieja przebaczenia, wśród zdziwionéj niepewności jakę zrodziło opóźnienie śmierci.
Kobiéta rozpoczęła była ze swą towarzyszką rozmowę przerywaną i rozszytą, która wieczorem bywa jakby spisem rzeczy długiego dnia wypadków i myśli. Zatrzymała się, przechadzając niedaleko Andrzeja, i odezwała głosem cichym, ale wyraźnym.
— Niepodobna, mówię ci, żeby ten młody człowiek nie zajął się choć cokolwiek kobiétą nieznajomą, która ten list pisała. Ostatnia kartka moja, była przerażająca, jutro będę miała za obowiązek sobie, uspokoić go.
— Uspokoić go, listem który ma być napisany jutro? spytała druga kobiéta.
— Tak jest.
— Więc pójdę zaraz jutro do Viroflay oznajmić o tém wiernemu posłańcowi twemu pani, Denisowi.
— I jak najraniéj Anielo, jak najraniéj; trzeba żeby go odebrał Chenier, przed południem.
— Tak jest, pani, bo pan Roucher, zawsze śpi jeszcze o téj godzinie.
— Wstaniesz więc, moja Anielo ze słońcem, a teraz odejdź sobie i spocznij, dobranoc.
— Pani mnie nie chce słuchać i lękam się dla niéj wilgoci wieczornéj..
— Dobra moja Anielo, czyż dziś kobiéty czegokolwiek lękać się mogą?
— Pani ma zawsze słuszność.
Aniela wyszła z alei i znikła wkrótce; młoda kobiéta poczęła przechadzać się znowu, chcąc sobie zapewne nagrodzić zamknięcie całodniowe.
Nowy niepokój dla Andrzeja!
Myśl, która go gwałtownie schwyciła, nie była rozsądną ani przyzwoitą, ale są chwile, w których umysł traci spokój, ten stér czynności, i zrzeka się rozumu a słucha ślepo instynktu.
Wydarł białą kartkę z małego Albomu, któremu powierzał natchnienia swéj muzy, napisał na niéj imie i nazwisko, a gdy młoda kobiéta przeszła koło niego, wyciągnął rękę i upuścił papier na ulicę, na któréj białość jego odbiła się wyraziście i śrébrzysto w pośród gęstych cieni.
W téj chwili i biesiadnicy uczty obywatelskiéj, w liczbie dwóch tysięcy, schodzili ulicą Thiers, śpiewając hymn piękny Marji-Józefa Chenier. Ta burza potężna głosów, jakby wyzyw nieprzyjaciół zahuczała obok, a Andrzéj jéj nie usłyszał. Cała jego dusza przeszła w wejrzenie, wlepione w punkt jeden.
Te chwile stanowcze, które przynoszą z sobą objawienie czegoś nieznanego i losy całego życia, ciężą nad głową jak brzemię nieskończoności.
Kobiéta zawróciła się ulicą, a każdy krok jéj uderzał o pierś poety, zatrzymała się nagle, i odgłos głuchy westchnienia, dał się słyszeć wyraźnie wśród milczenia nocy.
Nie zawsze potrzeba zjawiska nagłego i straszliwego wśród ciemności smutnych, by duszę napełnić bojaźnią; najmniejsza drobnostka rozrywając, logikę wypadków codziennych, burzy umysł i rodzi przestrach jak niebezpieczeństwo śmierci.
W powietrzu nie było powiewu: najlżejszy wiaterek nieporuszył lekkich drzew listków, a młoda kobiéta ujrzała nagle u nóg swoich, cóś strasznego, odtrącającego rękę, która się ku niemu schylała. Lękliwym wzrokiem szybko obiegła do koła, i podjęła białą kartkę z ostróżnością i obawą z jaką się bierze rozżarzony węgiel. Mimo ciemności panującéj pod drzewami, imie Andrzeja Chenier napisane wielkiemi głoskami, dawało się czytać wyraźnie... kartka wyrwała się z jéj rąk jakby je paliła; jakiś głos dziwny wyszedł z ust kobiéty, a dwie jéj ręce wyciągnęły się z podziwem ku gąszczy zielonéj, któréj liśćmi zdawał się od kraty poruszać wiater, gdy reszta ogrodu leżała w ciszy spokojnéj.
W téjże chwili usłyszała, głos wdzięczny mówiący jéj:
— Czyż dzisiaj kobiety lękać się czego mogą?
— Tak nie obawiają się niczego, odpowiedziała kobiéta, zbliżając śmiało ku sztachetom i głosowi.
— Pani, rzekł poeta drżący, mówi do ciebie przyjaciel... Jestem Andrzéj Chenier.
— To on! to on! zawołała kobiéta, i ścisnęła podaną jéj rękę.
— Niech będą błogosławione rewolucye — pani, mówił Chenier, winienem im ten popęd otwarły, tę szczérotę przyjaźni, którą w innych czasach odepchnęły by odemnie przyzwoitości. Ty pani i ja, spotykamy się piérwszy raz jak starzy przyjaciele...
— Bośmy też przyjaciele dawni, panie Chenier, odpowiedziała młoda kobiéta — a dowodem żem pana poznała po głosie.
— Smutném by dla mnie było, pani, zniszczyć w niéj złudzenie, które mnie w téj chwili takiém szczęściem obdarza nie zasłużoném... ale muszę, sumiennie wyznać jéj, że głos mój do dziś dnia znanym być jéj nie mógł.
— Nie panie, znam go od lat pięciu — poszukaj lepiéj we wspomnieniach swoich.
— Daruj mi pani, że początek téj rozmowy, oddala to co mi najpilniéj było ci powiedzieć; muszę pozostać wśród zakréślonego mi przez panię obwodu, choćbym miał do śmierci żałować téj drogiéj chwili straconéj... Wszystkie wspomnienia zatarła twoja przytomność, lecz gdybym miał był szczęście kiedy głos twój słyszéć, byłbym go musiał słyszeć ciągle, wyzywać nieustannie... Zresztą, pani, jeśli to złudzenie ma dla ciebie wdzięk jaki, zachowaj je życie całe, ja z niego uczynię sobie rzeczywistość.
— Powiedziałeś pan słusznie, że żyjemy w czasach w których niepewność jutra, uwalnia nas od starych towarzyskich prawideł przyzwoitości; mnie jednak wiele chodzi o to bym mu dowiodła, żeśmy dawno znajomi; muszę więc zaraz uspokoić jego sumienie, któremu by trudno było, jakkolwiek bądź, zmyślenie moje przyjąć za rzeczywistość... Pięć lat temu, panie, przejeżdżałeś przez Prowancyę, byłeś w hotelu de la Tour d’Aigues, w Aîx. i...
— Tak! tak! zawołał Chenier wstrzymując wykrzyk radości, niebezpieczny z powodu sąsiedztwa. Daruj mi pani... Jesteś pani hrabiną Margaretą de G... Tak! poznałem cię niemogąc rozpoznać. Wrażenie drugie było dalszym ciągiem piérwszego... Pod skromnym jéj strojem 93 roku, nic mi nie wskazywało świetnéj hrabiny 88-go; ale urok wdzięku i blask piękności nie został zniszczony jak stroje nasze, wyziewem politycznego szatana, i po pięciu leciech, wrócił mi w stroju pospolitym, ten typ idealny i boski, który każdy poeta ma w sobie i zachowuje jako marzenie czci swojéj!
— Dziękuję panu, żeś w tych czasach pozostał wiernym dawnym nawyknieniom francuzkiéj grzeczności... Cienie dworaków Wersalskich zadrżą z radości słysząc mowę twoją. Jednakże, racz rozmowę sprowadzić w tor na który ją rzuciłam, jak pan mówisz, i wytłumacz mi tajemnicę znajdowania się pańskiego w tym ogrodzie?
— Pani, rzekł Chenier wahając się — Bóg świadkiem że mnie tu traf sprowadził.
— Panie Chenier, proszę pana, bądź szczery jak szlachcic, kiedyś grzeczny jak dworak.
— Pani...
Głos poety uwiązł nagłe na ustach, jakby mu język zdrętwiał, ale ruchem gwałtownym, niepohamowanym i piorunowo wymównym, dokończył przerwanéj mowy, i odepchnął hrabinę od ogrodowych sztachet.
Kobiéta jak zraniona gazella odskoczyła i zgadując po ruchu gwałtowności, grożące niebezpieczeństwo nieznane, schroniła się w najciemniejszy zakąt zarośli.
O kilka kroków ód Chenier’a była studnia do polewania, któréj otwór cały prawie okrywały rośliny bujne i zdziczałe porastające rychło opuszczone miejsca. Poeta nie widząc innego nad to schronienia, nie wahał się, wsunął się, rozsuwając liście w ten niebezpieczny przytułek, i rozpierając silnie nogami i rękoma, uczepił na chropowatych ścianach wewnętrznych, a zawieszony nad przepaścią, czekał co los mu zeszle przez hrabiego de Pressy.
Domyślił się zapewne czytelnik, że odgłos kroków i rozmowy uderzył ucho Chenier’a, i że wypadek ten, łatwo mogący się przewidzieć, przerwał nagle rozmowę.
Hrabia a za nim Walenty, zeszli z ganku i pomimo ostróżności z jaką stąpali, poruszyli rozłamane schodów kamienie; szli potém zwolna ku sztachetom; zatrzymali się przy studni, śledząc i badając: hrabia ściskał w ręku szpadę obnażoną z pochew, a postawa jego dumna, zdradzała silną wolę i odwagę.
Ciemność i milczenie panowały w obu ogrodach.
Walenty z rękoma na piersiach założonemi, z głową od niechcenia na ramię zwieszoną, szydersko jakoś, niedójrzane śledził niebezpieczeństwo.
Nic nie widząc, ani mogąc dosłyszeć, hrabia na kilka słów się odważył, umyślnie nawet był nieostróżnym w ten sposób, dla wywołania coby grozić mogło, bo mu nieznośnie dolegała bezużyteczna nieczynność.
— Walenty rzekł, rozumiem znaczenie twego milczenia: słucham twéj myśli, no! jeszcze raz ręczę ci że mnie uszy nie omyliły... Któś tu rozmawiał... tu... w tém miejscu... jestem tego pewny.
— Jeśli pan hrabia pewny i ręczy, to naturalnie wierzyć muszę.
— Są tu pewne głosu odbicia w tym ogrodzie, które znam doskonale, rzekł hrabia: toż samo było w Trianon, bawiliśmy się tam często z królową i panią de Polignac. Mówiący po cichu, w nocy, przed sztachetami, słyszany był bardzo wyraźnie pod murami pałacu. Tu głos od sztachet tych idzie ulicą i odbija się od facyaty nagiéj domku, i dla tego słychać go dobrze, jeśli tam kto słucha. Mogę nawet zapewnić żem nie tylko głos słyszał, ale wyrazy: marzenie czci mojéj... Rozumiesz; spodziewam się Walenty, że to mi się przyśnić nie mogło. Juściż drzewo niemogło gadać ze studnią o marzeniu czci swojéj, a wyrazy te z nieba nie padły.
— A! panie hrabio, rzekł Walenty kłaniając się — pan mi to tak wytłómaczysz, że...
— Że nareście nic nie zrozumiesz.
— Choroba to być może panie hrabio.
— Przybyliśmy tu na zasadzkę, dla bronienia hrabinéj w przypadku jakiéj napaści jakobińskiéj. Teraz rola moja zmienia się, będę musiał się może bronić od jakiego niewieściucha Żyrondyn’a, który we dnie propaguje umowę społeczną, a nocą sztukę kochania.
— Tu, pan hrabia pozwoli mi się zaprotestować. Juściż pani hrabina nie słuchała by lada adwokata Żirondynów.
— Doskonale wiém co mówię, Walenty, a mówię głośno co wiém, bo mnie słucha ukryty w tych krzakach człowiek zapewne odważny, wyjdzie z nich, i znajdzie szpadę gotową złożyć się z nim; mamy nawet gotowy grobowiec dla ukrycia trupa... tę studnię.
— Musi być głęboka, bo bardzo ciasna — rzekł Walenty zbliżając się.
Hrabia wstrzymał go ruchem nagłym, i wskazał mu po za sztachetami sąsiedni ogródek.
W cieniach nocnych blizkiéj ulicy, przesunęła się w téj chwili postać ludzka, któréj chód poważny przypominał mary o jakich prawią podania ludu. Pan de Pressy zbliżył się ku sztachetom, i oczyma począł śledzić zjawiska, które znikło zaraz w czarnych zaroślach drzew i ukazało się znowu na brzegu najciemniejszym małego ogródka.
— Walenty, rzekł hrabia po cichu — czy ty wierzysz w duchy i mary?
— Nie, panie hrabio, jestem majtek, a na okrętach duchów niema. Dla tego w nie wierzyć nie mogę.
— No! cóż myślisz, o tém cośmy widzieli w drugim ogródku?
— Myślę panie hrabio, że to sobie naturalna kobiéta.
— A mógłbyś ją nazwać?
— Zdaje się panie hrabio.
— Prawda że omylić się niepodobna?
— Tak, boć to pani hrabina, jak ja jestem Walentym.
— Ona! ona! w najciemniejszą noc, serce by moje przez oczy ją poznało.
I hrabia umilkł, śledząc wszystkie ruchy wdzięcznéj postaci.