Andrzej Chenier/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Na tę piorunującą wiadomość, ze śmiéchem wyrzeczoną, Andrzéj Chenier, znalazł się w położeniu doskonale opisaném przez przodka swego Owidjusza — położeniu człowieka w którego grom uderzył: żyje on, ale życia nie czuje.
Vivit et est vitae nescius ipse suae.
Gdy obłok krwi oblewający jego czoło rozszedł się, mowa mu wróciła, i odezwał się głosem stłumionym:
— Hrabio, wyrzekłeś słowo, które rozmowę zabija i związki rozrywa. Bądź zdrów — bądź zdrów hrabio de Pressy!
Posunął się ku drzwiom, ale na głos hrabiego dwakroć go wzywający, odwrócił głowę.
— Chenier, Chenier gorzéj niż poeta, jesteś dziecko, bądź przecie człowiekiem. Cóż znowu! Chcesz zerwać stosunki ze mną dlatego, że kochasz się w mojéj żonie? Gdybym ja to uczynił, miałbym powód przynajmniéj, ale ty, nie masz prawa! nie przyznaję ci go!
— Hrabio de Pressy, — rzekł Chenier odwracając się na jednéj nodze, — nie obrażaj się moją otwartością.
— Nie obawiaj się, mów.
— Nie mam dla ciebie ani nienawiści, ani wstrętu, przeciwnie; — ale zmuszony jestem wyjść bo w téj chwili ohydnym mi się wydajesz.
— Z powodu żem mężem mojéj żony? spytał hrabia z uśmiechem. W istocie wyznajesz to z dziwną otwartością! Bądź zdrów Chenier — i dodał ciszéj — Otoż to poeta!
Walenty, przechadzający się po sieni, nie chciał wypuścić Chenier’a drzwiami od ulicy; przeprowadził go przez ogród i otworzył mu fórtkę na pole; poeta dał się ślepo prowadzić, nic nie mówiąc, a Walenty odezwał się do niego.
— Trzeba być ostróżniejszym niż kiedy — wiadomo panu dla czego.
Chenier nic nie odpowiedział, Walenty dodał:
— Nie wiész pan czemu?
— Nie, odparł Chenier machinalnie.
— Bo dziś lano odebraliśmy bardzo nie dobre nowiny z Paryża. Zdaje się, że to pana niewiele obchodzi — jednakże.. pan wié o czém mówię?
— Nie! powtórzył poeta jak automat Vaucanson’a, jedno słówko wciąż tylko mówiący.
— A! nie wiész pan! no! otoż, ma zapaść postanowienie względem...
— Dziękuję ci Walenty! przerwał Chenier sucho i rzucił się w pole, zostawując sługę ogłupiałym ze zdziwienia.
Andrzéj szedł długo bez celu, nim pomyślał o kierunku drogi; kilka godzin upłynęły nim trafił do domu, którego nie szukał. Roucher przechadzał się po ogrodzie; pośpieszył naprzeciw przyjaciela z radością dziecka, które otrzymało nagrodę i zawołał.
— Kochany Andrzeju, zrobiłem najpiękniejsze w świecie odkrycie, mrę z niecierpliwości, żeby się niém z tobą podzielić.
Andrzéj, który w myśli miał jedno tylko odkrycie, zadrżał, ścisnął za ręce przyjaciela, i badał go wzrokiem.
— Odkryłem nareszcie dwa wiersze literalnie przetłómaczone, a właśnie tłómaczem ich jest pan de Voltaire w Henrjadzie, — sam o tém nie wiedział jak je przełożył. Nie dziwi to cię Andrzeju?
— Tak, rzekł Andrzéj obojętnie, jak gdyby mówił nie.
— Mało to cię zdaje się dziwić.
— Owszem wielce mnie to dziwi.
— Dwa te wiersze łacińskie są Vid’y... Uważaj tylko dobrze ich znaczenie.
— Uważam.
— Słuchaj:
Emilios calcat cineres tumulosque Catonum.
— Prawda! wyśmienicie! rzekł Andrzéj chcąc odejść.
— Jak to? wyśmienicie! zawołał Roucher wstrzymując go, ależ nie słyszałeś tłómaczenia pana de Voltaire?
— A tak! tłómaczenia!
— Oto jest:
Les tombeaux des Catons, et les cendres d’Emile.
— Prześlicznie przetłómaczone! odparł Andrzéj wyrywając się z rąk przyjaciela.
— Prawda że dobrze, kochany Andrzeju?
— Bardzo dobrze!
— I dosłównie.
— Dosłównie... ale mój Roucher, mam tam robotę zaczętą na górze — zobaczemy się wieczorem; muszę cię porzucić.
— Alboż już będąc ze mną, nie czujesz się jakby sam, Andrzeju?
— Tak, Roucher, — zawsześmy jednym we dwojgu ty i ja, ale dziś mam coś....
— A! rozumiem Chenier, rozumiem... W istocie, to okropne.
— Co okropne?
— To co cię zajmuje.
— A! więc wiész?
— Boże mój, wszak to wszyscy wiedzą!
— Jak to Roucher? wszyscy wiedzą już o tém?
— Kiedy już i gazety o tém piszą!
— Co ty mówisz? A! zgaduję, to musi być zemsta Brissol’a?.
— I wielu innych Andrzeju!
— To cios ostatni, cios najsroższy, dobijający, Roucher, przyjacielu? A imie kobiéty czy także wymieniają pisma publiczne?
— Jakiéj kobiéty?
— Hrabinéj de Pressy.
— Co za hrabinéj? zawołał Roucher robiąc wielkie oczy.
— O niéj niéma mowy! A! chwała Bogu!
— Zdaje mi się Andrzeju, że się nie rozumiemy, ja ci mówię, o wielkiéj dzisiejszéj nowinie..
— Właśnie i ja ci o niéj mówię.
— O prawie na podejrzanych, które pan Robespierre ma ogłosić.
— To tylko to!
— Zdaje mi się, że bardzo dostateczne.
— To nic..
— Co sobie myślisz Andrzeju? prawo na podejrzanych! prawo przeciwko mnie, przeciwko tobie, przeciwko przyjaciołom naszym, przeciwko pisarzom Suplementów! przeciwko stronnikom Żirondystów! Ty mówisz że to nic.
— Tak, nic.
— Ciągle swoje!
— Ale, mój kochany Roucher, zdawało mi się tylko co, żeśmy się zgadzali, bo ty sam zadumywałeś się nad łacińską Vidy poezją.
— To prawda, rzekł Roucher dobrodusznie. Ja także zapomniałem na chwilę o prawie na podejrzanych.
— Nie dziwuj się więc że i ja zapominam o niém.
— A propos Vidy, mój Chenier, czy ci się podoba ostatni wiersz poematu o Chrystusie?
— Cóżeś ty znalazł w tym wierszu?
— Spondaiczny.
— Wielkie nieszczęście!
— Nie znasz może tego wiersza?
— Nie.
— No, to sądzić o nim nie możesz.
— Oczéwiście; nie sądzę téż.
— Ten wiersz..
— Bądź zdrów, Roucher.
— Andrzeju, nie chcesz słyszeć tego wiersza?
— Ha! mów go!
— Uważaj dwa spondeje u końca:
— Wiersz brzydki! Bądź zdrów Roucher.
Andrzéj pobiegł ku domowi.
Roucher pozostawszy sam, daléj ciągnął monolog.
— Brzydki? Sąd to bardzo ostry, niesprawiedliwy nawet! bo dwa spondeje wyrażają bardzo dobrze dokonanie i oddech ostatni, lepiéj niż daktyl i spondej ułożone według prawideł hexametru. Chenier się na tém nie poznał.
Szczęśliwy poeta!
Zbierzcie wszystkie księgi filozoficzne i wyciśnijcie z nich elixyr elektryczny nowej teorji, coby warta była takiéj mądrości praktycznéj! Co zaszczytna wzgarda ludzi i rzeczy! Poeta Miesięcy, uśmiéchający się do wierszy, gdy wszystko w koło niego rozwala się i rozpada, większy jest od Plinjusza, który rozkazuje stérnikowi zawrócić do Pontonian’a, pod popioły wulkanu.
W téj chwili Andrzéj Chenier, walczył z inną filozofją praktyczną, przeciwko burzy zewnętrznéj, ludźmi miotającéj. Gdy miłość uciekała z ziemi, a nienawiści potężne suszyły wszystkie kwiaty wiosny 93; wielki poeta kochał kobiétę nieznajomą, i na ciemnym horyzoncie widział przed sobą tylko tę tęczę jasną.
Dusza jego złamana boleścią, żądała od ciała trochy spoczynku, by się rzucić w pogoń uczucia, nie zważając na zasadzki polityczne i grożące prześladowania. Czém dla niego były straszliwe słuchy z Paryża przyniesione!.. Cięższych tajemnic pragnął rozwiązania od siebie. Kto był ten hrabia de Pressy, zamknięty w swym pustym domu, i żyjący zdala od żony? Kto to była ta kobiéta, opuszczona od męża, a poświęcająca się na anioła stróża poety? Co to był za dom ów, w którym hrabia przepędzał noce, w najczystszéj samotności, zostawując po sobie nazajutrz drzwi pootwierane i uwiędłe kwiaty? Całe życie Andrzeja Chenier było w tych trzech zadaniach. Głupi byli ci, co w téj chwili gotowali prawo na podejrzanych! Ci prześladowcy nie mieli żon, nie znali miłości chyba!
Poeta skończył na postanowieniu pewniejszém, a gdy ciało spoczęło, dusza odzyskała swą siłę i działać była gotowa.
Gdy ostatnie błyski zmierzchu zagasły, Andrzéj wyszedł ze swego schronienia i udał się ku ulicy Thiers, pod N. 18. Nie była to godzina w któréj hrabia przybywał; można więc było nie lękając się spotkania, wnijść powtórnie do ogrodu, znanemi już drogami. Noc sprzyjała śmiałemu i niebezpieczeństw pełnemu przedsięwzięciu, bo poeta wiedział, że hrabia de Pressy, mimo swego wdzięcznego pańskiego roztrzepania, miał u boku szpadę, któréj w potrzebie heroicznie umiał używać.
Na ten raz Andrzéj domek porzucił na lewo, i zwiedził kupkę drzew, chcąc wybrać w niéj dobre stanowisko do nocnych postrzeżeń.
Gdy rozpatrywał wszystkie zakątki małego ogródka, i przechodził ponad parkanem żelaznym, oddzielającym go od sąsiedniego, rzucił okiem nań i ujrzał kobiétę, idącą zamyśloną, powolnie ku ulicy ocienionéj, od strony sztachet i bramy.
Noc była ciemna, nie można było ufać własnym oczom, oceniając przedmioty.
To też, pomimo roztargnienia, Chenier nie mógł się nie uśmiéchnąć z siebie, i rzekł w duchu.
— O złudzenie miłości! wszędzie mi się widzi to czego szukam: jakżem głupi! zdaje mi się że w téj kobiécie widzę hrabinę de Pressy!
Jednak, gdy w braku rzeczywistości i marzenie nam drogie, a miło spójrzeć na obojętną kobiétę, która nam ukochaną przypomina, poeta nasz sparł się na sztachetach, okrywając głowę swą liśćmi obfitemi w téj roku porze, i wstrzymując oddech, patrzał na przechadzającą się blizko piękną sąsiadkę.
Mimo ciemności jakie panowały pod sklepieniami zielonemi ogrodu, Andrzéj rozpoznał postać, figurę, chód hrabinéj, i pół-wiersz innego poety, jednego z przodków jego, na myśl mu przyszedł.
O! nie mylę się, nie mylę! pomyślał w duchu, nie mogąc wykrzyknąć.
Uliczka, po któréj wieczorną odbywała przechadzkę kobiéta, nie była długą; i w niewielkich przestankach, szła i wracała przed oczyma śledczemi, których błyski twarz jéj oświecić pragnęły.
Przybycie drugiéj kobiéty na ulicę, wszelką zniszczyło wątpliwość. Nowo przychodząca była wyraźnie towarzyszką czy przyjaciółką hrabinéj, a zresztą rozmowa poczęła się zaraz po cichu, i jéj urywki dolatujące uszów poety, zdradzały piękną nieznajomą.
Chenier usłyszał bardzo wyraźnie te słowa bez ciągu, ale znaczące, które w przechodzić go doszły... Nikt się już w... nieukazał — fałszywy postrach, który.. — tak, ten człowiek widziany w ogrodzie, był to starzec... — należy i śpiewaków się wystrzegać. Dom zmienia właścicieli — trzeba być bardzo ostróżnym.. gdzież się schronić zresztą, gdy.. jeśli pan Chenier niema...
Na to imię, które dotknęło uszów poety, ostatni poranek wyjaśnił się, jak gdyby słońce zajrzało w tę ciemność. Chenier całéj mocy swéj duszy wezwał w pomoc, dla oświecenia się i postanowienia czegoś..
W tejże chwili, łoskot drzwi zamykanych i chód po trawie cichy, doszły uszu jego. Dwóch ludzi wchodzili ostróżnie na ganek domu pustego. Nie było najmniéjszéj wątpliwości o tych nocnych przychodniach; hrabia de Pressy z Walentym poznani zostali; przybyli o téj godzinie co wczora.
Tak, tłómaczyło się wszystko; — jasność ze wszech stron spędzała tajemnice i ciemności. Dom pusty musiał się łączyć nieznaném przejściem z domem zamieszkanym. Małżonkowie, rozdzieleni zapewne rewolucyjnemi postrachy, łączyli się co wieczora przez stykające z sobą ogrody. Numer 18 był tylko ukrytém wejściem do 19.
Sztachety dzielące je, musiały mieć bramkę, któréj po nocy dójrzeć nie było można, a którą hrabia umiał otworzyć. Myśli te, logicznie wysnute z okoliczności, przebiegły błyskawicą po głowie Andrzeja.
Poeta ścisnął w ręku żelazny parkan konwulsyjnie, i oczekiwał na dalsze odkrycia, jakich mu ta noc straszliwa dostarczyć miała.