Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/Wspomnienie o życiu Andrzeja Chenier

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Wspomnienie o życiu Andrzeja Chenier
Pochodzenie Andrzej Chenier
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WSPOMNIENIE
O ŻYCIU
ANDRZEJA CHENIER.

Czytelnicy téj interesującéj powieści skréślonéj z talentem tyle oryginalnym, a pełnym osóbnego, taką świéżością i zapałem nacechowanego kolorytu, jaki spotykamy we wszystkich niemal utworach jednego z najlepszych tegoczesnych powieścio-pisarzy francuzkich, Mery, a przełożonéj piórem naszego znakomitego pisarza, który pomimo tylu prac ważnych i oryginalnych, nie wahał się przyłożyć swéj ręki do tego przekładu, już tém samém utwor przed publicznością zalecając, czytelnicy mówię, będą nam obowiązani, żeśmy dla dogodzenia słusznéj ich ciekawości, zebrali tu interesowniejsze szczegóły życia tego znamienitego wieszcza francuzkiego, bohatéra powieści, który pod koniec przeszłego wieku tyle obiecującym zajaśniawszy poetyckim gienjuszem, padł niewinną, czystą i szlachetną ofiarą krwawéj rewolucyi, co Francyą podówczas miotała.


Marja-Andrzéj Chenier urodził się w Konstantynopolu 20 Października 1762 roku. Matka jego rodem Greczynka[1] słynęła dowcipem i pięknością. Był on trzecim synem Ludwika Chenier jeneralnego konsula francuzkiego. Najmłodszym zaś z 4-ch braci był Marja-Józef, autor Fenelona, Karola IX-go i Tyberiusza.
Przewieziony do Francyi w wieku dziecinnym, Andrzéj Chenier posłanym został do Karkassony i powierzony opiece ciotki aż do lat 9-ciu. Tam to pod niebem Langwedockim nad brzegami malowniczéj Audy zaczął wychowanie zupełnie swobodne i usposabiające go do marzycielstwa. Około 1773 ojciec jego powróciwszy do Paryża umieścił go wespół z dwoma starszemi braćmi w Kollegium Nawarskim. Zdolność i zamiłowanie poezji wcześnie w nim się nader objawiły, a w 16 roku życia swego umiał już dobrze po grecku i tłómaczył w Kollegjum odę Saphony: przekład ten nie będąc godnym druku, nosi wszelako już piętno bardzo oryginalnego talentu.
W 20-tym roku życia swego wstąpił jako podporucznik do półku Angoumois stojącego garnizonem w Strasburgu. Lecz on, który szukał sławy, a znalazł tylko w tém próżniaczém życiu i w obyczajach swawolnych owoczesnych oficerów, nudę i niesmak tak niezgodne z jego charakterem, po 6-ciu miesiącach powrócił do Paryża, mając rospocząć tu prace naukowe tém pożyteczniejsze, że zajmował się niemi bez przerwy i bez przewodników, a idąc za własnych sił i skłonności popędem.
Starał się tam tylko o znajomość bliższą z ludźmi, co się w sztukach, naukach lub literaturze odznaczyli. Zasłużył w owym czasie na przyjaźń szlachetną Lavoisier’a, Palissot’a, Dawid’a, i Le Brun’a, który odgadł rodzący się przyszły jego gienjusz. Ożywiony zapałem do nauki, o świcie wstawał do pracy, a poznanie wszelkich gałęzi wiedzy ludzkiéj, było jedynym marzeniem jego zabiegów.
Zbytek pracy wtrącił go w niebezpieczną chorobę, z któréj czułym staraniem dwaj jego przyjaciele dzieciństwa bracia Trudaine pomogli mu powstać i następnie namówili go na podróż z niemi do Szwajcaryi; miał on natenczas 22 lata. Znaleziono późniéj kilka nót jego z przelotnych wrażeń téj podróży, ale bez żadnego pewnego planu zrobienia z nich książki.
Po powrécie z téj poetycznéj wycieczki, hrabia de la Luzerne, poseł w Anglji zabrał go z sobą do Londynu, gdzie zdaje się, że musiał przebyć dość gorzkie chwile, gdyż nie kontent z losu i zależności, dręczony już tą chorobą, która go zawsze napastowała, strawił kilka lat życia błędnego, niespokojnego i niepewnego w częstych podróżach i nareście osiadł w Paryżu w 1790 roku.
Wśród ówczesnych rozruchów rzucił on piérwsze myśli kilku poematów, których plany nie były zupełnie oznaczone. Pod ogólnym tytułem Hermès, chciał jak Lukrecyusz objaśniać naturę rzeczy, ale za pomocą naszych nauk nowoczesnych. Zamierzał opiewać Amerykę, daléj skréślić Sztukę kochania, tak głęboką, a tak już dobrze zbadaną w obyczajach francuzkich; nakoniec zamyślał w poemacie Zuzanna, zawładnąć całą tę niezmierną poezją Ksiąg Świętych, w ich pierwotnéj piękności i świeżości.
Kilka tylko osób było przypuszczonych do tajemnicy jego planów literackich: brat, Le Brun, Roucher, Pange, i ci cały dla niego areopag składali. Unikał o tyle, o ile drudzy szukają zręczności chwilowego błyśnięcia swym talentem, owszem dawał mu dojrzewać w cichości i ukryciu, pogardzając niewczesnym, a niezasłużonym blaskiem.
Andrzéj Chenier oddawał się ciągłéj pracy, kiedy nadzwyczajne wypadki, zwichnęły jego zawód. Rok 1789, zajaśniał dla Francyi. Szlachetne serca uderzyły nadzieją, a serce takiego człowieka jak Chenier, nie mogło pozostać obojętném wśród zatrudnień literackich, kiedy sprawy ojczyzny ważyły się na szali. Jakoż zaciągnął się pod chorągiew obrońców swobód publicznych, dźwięczny język Muz, zamienił na zwięzłą loikę rozpraw politycznych, drogą swą spokojność dla oświecenia i wyjaśnienia sprawy publicznéj poświęcając.
Połączywszy się z kilku zdolnemi i znamienitszemi pisarzami, a między innemi z przyjaciółmi swemi z Pange’m i Roucher, utworzył w dzienniku Paryskim silną i energiczną opozycyę, tak przeciwko anarchji, jako i przeciw zabiegom arystokratycznym, które się ze wszech stron objawiały. Tym sposobem przygotował nad głową swoją tę straszną burzę, która go następnie i pochłonęła.
Mówiono dość powszechnie, że dwaj bracia Chenier, trzymali się w polityce i w ciągu Rewolucyi, zasad zupełnie przeciwnych, lecz to jest błędem, który tu miejsce sprostować. Różnica ich sposobu myślenia, zasadzała się tylko na jednym głównie punkcie, punkcie dość ważnym wprawdzie, ale dającym się zresztą łatwo z saméj różnicy ich charakterów, wytłómaczyć.
Kiedy Przyjaciele Konstytucyi pod tą piękną nazwą, utworzyli klub, Marja-Józef Chenier, zgodził się doń należeć, brat zaś jego Andrzéj jako starszy i rozważniejszy, przeczuł jak zgubny wpływ na sprawę publiczną stowarzyszenie to w następstwie wywrzeć może. Piérwszy zaczął on potępiać śmiałemi pismami ich zasady i krwawe zabiegi. Marja-Józef, znajdując w tém zgromadzeniu gorliwych przyjaciół i opiekunów obiecujących podtrzymywać go czy to na scenie, czy na mównicy, nie chciał zrazu dać się przekonać o ich zbrodniczych zamiarach; ogłaszał w dziennikach publicznych, że pisma jego brata wcale jego myśli nie zawierają, lecz bardzo wkrótce potém opuścił to stowarzyszenie, co pod nazwaniem Jakóbinów tak się rozgłośném stało.
Krótko trwał błąd jego, bo już się w nim postrzegł, nim piérwsze bezprawia kolegów jego na jaw wystąpiły, lecz dość było tych pozorów dla ugruntowania o stosunkach między braćmi fałszywéj opinji. Że byli rozdzieleni w jednym punkcie, wniesiono ztąd, że we wszystkich, i jeszcze u wielu pozostało to przekonanie, że Andrzéj Chenier był obrońcą przywilejów niesłusznych i dawnych nadużyć. Nic dziwnego, że takiego człowieka stronnictwo rojalistów radeby przyswoić sobie, lecz tu, jak w innych przypadkach, oczéwistość faktów, pretensje jego wywraca.
Obdarzony wyższym rozumem i tą odwagą cywilną, tak rzadką we Francyi, gdzie jednak męztwo jest tak pospolite, Andrzéj Chenier należał do tych rzadkich ludzi, któremi ani żądza wyniesienia, ani bojaźń, ani interes osobisty nie powoduje. Wielu niechce wierzyć, jak można nie należeć do żadnego stronnictwa, do żadnéj sekty, jak można myśleć za siebie tylko; a to właśnie jest cechą prawdziwych przyjaciół swobody. Tacy zwykle stoją w pośrodku walczących frakcyi, i nie sądźmy, że nie rozumieją oni niekorzystnego swego położenia, narażając się w takich okolicznościach. Podobnym ludziom zaprzeczają często biegłości, trafności w działaniach, nie chcąc oddać czci naleźnéj ich odwadze.
Charakter Andrzeja Chenier oburzał się na wszelką hypokryzję i samowolność: nie nawidział on równie wściekłych zapędów demokracyi, jak i nadużyć feodalnych; tyranji patrjotów, zarówno z tyranją Bastylji, przywilejów dam dworskich i przekupek rynkowych. Rumieniłby się, gdyby mu wybierać przyszło między Koblentz[2], a Jakóbinami. Z narażeniem własnego życia, które téż mu późniéj i wydarto, ofiarował się na obrońcę Ludwika XVI; a kiedy sprawa téj wielkiéj niedoli, wydała mu się świętą, godną spółczucia, poświęcał jéj te same pióro, które najdzielniejszemi dowody opór władzy królewskiéj przeciw słusznym swobodom ludu i Kościoła, karciło.
Tymczasem nadzwyczajne wypadki szybko postępowały jedne po drugich. Chenier zasłużył na nienawiść partji: opiewał on Karolinę Corday, potępiał Collot-d’Herbois, zaczepiał w pismach swoich Robespierra, a nakoniec sprawa Ludwika XVI, obudziła przeciwko niemu zemstę potężnych wrogów. Wyczerpawszy w dziennikach ówczesnych wszelkie dowody, na jakie tylko dusze szlachetne zdobyć się mogły dla zmienienia form téj procedury, ofiarował się nakoniec panu Malesherbes na spół-obrońcę nieszczęsnego króla; jakoż i stało się zadość jego szlachetnemu żądaniu.
Wiadomo, że po zapadłym nań wyroku śmierci, król listem pełnym spokoju i godności, prosił Zgromadzenie Narodowe o prawo odwołania się do ludu od pomienionego wyroku. List ten podpisany w nocy z 17 na 18 Stycznia, był dziełem Andrzeja Chenier; drukowano go z kopji własną jego ręką pisanéj, a przez P. Malesherbes w kilku miejscach poprawionéj.
Tyle cnot nieostróżnych, naraziły życie Chenier’a. Namówiono go więc do opuszczenia Paryża około 1793 r. Udał się on naprzód do Rouen, a następnie do Wersalu, gdzie brat jego Marja-Józef został wybrany na reprezentanta ludu. Przyjaźń dwóch braci podtrzymywała się ciągłemi wzajemnemi dowodami przywiązania. Znajduje się między innemi list autora tragedyj Henryk VIII. (Marji-Józefa), w którym maluje się cała dawna szczéra a czuła ich przyjaźń; Andrzejowi to poświęcił on swą tragedyą Brutus i Kassiusz. W Wersalu deputowany zasłaniał wpływem swoim starszego swego brata, sam wybrał dom mający mu służyć za schronienie, i wśród tych murów samotnych, pędząc życie smutne ale spokojne, gdyby nie najboleśniejsze i najmniéj spodziewane wydarzenie, wielki poeta byłby zachowany dla Francji.
Andrzéj dowiedziawszy się, że jeden z jego przyjaciół, P. Pastoret został aresztowany w Passy, śpieszy tam, pragnąc zanieść rodzinie jego słowa pociechy. Kommisarze naznaczeni do przejrzenia papierów, uznali za podejrzane osoby znalezione w tym domu i uwięzili je także. Czyniono poszukiwania, jakiego to komitetu te rozporządzenia mogły być dziełem, jaka władza wydała podobne roskazy; chciano bowiem ją nakłonić do oswobodzenia więźnia, ale wszystko napróżno. Ofiarowano nawet znaczną summę, jako kaucję za wolność Chenier’a, nikt nie śmiał go uwolnić, a był jednak aresztowany bez rzeczywistego rozkazu pisanego.
Tymczasem wyroki trybunału rewolucyjnego okrywały Paryż żałobą, jedynym ratunkiem dla więźniów, było zapomnienie, jakiemu podpaść mogli, dzięki tak wielkiéj liczbie ofiar. Ci co wyszli w owéj epoce z téj strasznéj próby więzienia, pamiętają dobrze, że przyjaciele ich tym tylko rodzajem pomocy usiłowali życie im ocalać. Marja-Józef, znieważony naówczas na mównicy, stawszy się przedmiotem szczególnéj nienawiści Robespierra, który się zasad jego lękał, a talentu mu zazdrościł, mógł tylko chyba zgubę brata przyśpieszyć, lecz wybawićby go nie zdołał; przestał nawet pokazywać się na Konwencyi. Za szczęśliwego by się poczytał, gdyby usłuchano rady jego, co do ostróżności w staraniach uwolnienia Andrzeja, ostróżność ta bowiem ocaliła brata jego Salwatora, równie wówczas w Conciergerie uwięzionego.
Przytoczyliśmy tu te szczegóły nie dla zbicia potwarzy, która Marją-Józefa, obwiniała o śmierć Andrzeja, takowe usprawiedliwienie byłoby zniewagą jego pamięci. Najgwałtowniejsi najbardziéj uprzedzeni przeciwnicy jego zasad, talentu, walcząc z nim nigdy jednak rzucić na niego tego podejrzenia nie śmieli. Zapewne Chateaubriand, następca Chenier’a w Akademji, nie nader mu sprzyjał, dość nawet zdradził się ze swą niechęcią w mowie, którą miał przy wstąpieniu w to uczone grono, a jednak w tejże mowie powiada: «M.-J. Chenier wiedział równie jak ja, co to jest brata czule kochanego utracić; był on z natury swéj szlachetnym i byłby mi wdzięczny za ten hołd bratu jego oddany.” Wiadomo, że przyjaciele jednego byli przyjaciółmi drugiego aż do śmierci; a matkaż, która czternaście lat opłakiwała Andrzeja, mieszkała przecież cały czas z Marją-Józefem, on ją pocieszał. Odwołajcież się teraz od téj nikczemnéj, ślepéj potworzy do serca wszystkich matek, niech ono na nią odpowie.
Ojciec zaś obu poetów, daremnemi skargami utrudzał ciągle ludzi przeważniejszego wpływu owéj krwawéj epoki. Nierozważny starzec! wysłuchano go nakoniec! «Co! rzecze mu jedno z tych narzędzi teroryzmu, czy dla tego, że on nosi imie Chenier, że jest bratem reprezentanta, to od 6 miesięcy jeszcze go nie sądzono? Bądź pan spokojny, za trzy dni syn pański wyjdzie z więzienia.” Niestety! tak było w istocie. A kiedy nieszczęśliwy ojciec, mówił przyjaciołom swego syna o swoich nadziejach, odpowiadano mu: «bogdajbyś nigdy nie miał powodu na troskliwość swego przywiązania narzekać!”
Andrzéj Chenier poprawiał w więzieniu swoje utwory, które brat jego wydałby na świat niezawodnie, gdyby się późniéj rękopisma po różnych rękach i miejscach nie rozproszyły.
Na kilka dni przed uwięzieniem rozgatunkował on swoje rękopisma na 3 teki i własną ponumerował je ręką. W piérwszéj, były dzieła jego wykończone, takiemi je przynajmniéj sądził stosownie do potęgi swego talentu, i w uszanowaniu swojém dla zdania publiczności, te tylko do wydania na świat przeznaczał. Teka N. 2-gi zawierała szkice bardzo już podkończone, lecz potrzebujące według przekonania autora, głębszych, dłuższych studyów i tego jeszcze jednego błysku natchnienia, co to nagle czasami, pewnego pięknego poranku, umysł poety rozjaśni. Trzecia nakoniec mieściła zbiór szkiców niewykończonych, plany nieoznaczone i ta tylko właśnie została zachowaną i od Publiczności jest znaną.
Nie wiadomo, co się stało z dwiema drugiemi tekami, w nich to był zapewne cały znakomity poemat: O Sztuce kochania, Hermès, Zuzanna i t. d.
Cała poezja Andrzeja Chenier, ma w sobie cóś uroczego, nosi charakter, piętno prawdziwego gienjuszu, ma ona jakąś moc porywania nas od własnych myśli i przeniesienia zupełnie w świat kreacyi poety. Umysły najrozważniejsze, przywykłe obrachowywać polot, potęgę każdéj myśli, nie zdołają oprzeć się temu gorącemu upojeniu, jaki pomimowolnie czytelnika utworów naszego poety przejmuje. Większa część jego sielanek, są to wzory, których układu sam Teokryt by się nie powstydził, są to natchnienia, ożywione zdaje się zapałem Tibulla, a wdziękiem Lafontaina!
Ale wróćmy do bolesnego opisu, ostatnich chwil wielkiego poety, które mu w więzieniu pozostawały. Dwaj Trudain’owie byli trzymani również w więzieniu Ś-go Łazarza; i Suvée więzień jak oni, zaczął malować portret Andrzeja Chenier. Malowidło te, jedyna pamiątka tego rodzaju, jest dziś w rękach P.  Cailleux. W więzieniu to Ś-go Łazarza, ułożył on odę na cześć panny Coigny pod tytułem: Młoda Branka, któréj bez rozrzewnienia czytać nie można. Dniem przed sądem, ojciec uspakajał go, mówiąc mu o jego cnotach i talentach: «Niestety! odpowiedział, i P. Malesherbes miał wielkie cnoty, a zginął jednak na rusztowaniu!”
Przed trybunałem rewolucyjnym nie chciał odpowiadać ani bronić się. Ogłoszony za nieprzyjaciela ludu, przekonany niby, że pisał przeciwko wolności, a bronił tyranji, był jeszcze prócz tego obwiniony o dziwną zbrodnię, oto o knowanie ucieczki z więzienia! Wydano na niego ten niecny wyrok, który miał być spełnionym 7 Thérmidora, to jest dwoma dniami przed tym dniem wielkim, któryby skruszył jego pęta, a całą Francyę z pod jarzma terorystów uwolnił.
Dwaj Trudain’owie prosili o łaskę umrzeć z nim razem, lecz zachowano tych nieszczęśliwych na dzień następny (8-go Thérmidora)! Siepacze cieszyli się, gdy ich ofiara mogła na rusztowaniu rozpoznać ślady krwi przyjaciół, tam, gdzie swoją własną rozlać miała.
O godzinie 8-méj zrana wstąpił Chenier na wózek złoczyńców. W owych strasznych chwilach, kiedy się najgoręcéj czuje potrzebę przyjaciela dla wylania przed nim serca co wkrótce bić już przestanie, nieszczęśliwy młodzieniec nie widział około siebie nikogo, komuby powierzył ostatnie wrażenie, lub od kogoby doznać mógł słodkiego spółczucia. Może z próżną rospaczą na swych bladych towarzyszów śmierci spoglądał; ani jednego z nich nie znał! Zaledwie wiedział, że wśród 38-miu ofiar, które z nim wieziono, były imiona: Montalemberta, Crequi, Montmorency, barona Trenck’a, szlachetnego Loiserolles, co chciał umrzeć ochotnie, byle synowi życie ocalić; lecz żaden z tych nieszczęśliwych nie był w tajnikach duszy jego! Nie było téj myśli, coby myśl jego pojmowała, tego serca jego serca, jak mówi poeta, a Chenier szczęścia tego, wszystkiemi siłami swéj duszy przyzywał; gdy nagle otwierają się wrzeciądze ciemnicy od 6 miesięcy zamkniętéj, i wyprowadzają i umieszczają obok niego, na wozie fatalnym! Kogoż?! oto jego przyjaciela, poetę, malarza Miesięcy, nieszczęsnego Roucher!
O ileż to żalów, ileż to oni boleści jeden nad drugim wylewali! «Ciebie, mówił Chenier, najprawszego z obywateli, ojca, małżonka ubóstwianego! ciebie to poświęcają! — A ciebie, odpowiadał Roucher, ciebie cnotliwego młodziana, wiodą na śmierć, promieniejącego gienjuszem, nadzieją! — Nic nie uczyniłem dla potomności,” przerywał znowu Chenier; potém uderzając się nagle w czoło, dodał: A jednak miałem tu cóś!
Była to Muza, jak powiada autor René i Atali, która w ostatniéj uroczystéj chwili śmierci, gienjusz mu jego poetycki odsłaniała! Dziwna rzecz, że Francya pod koniec ostatniego wieku, straciła trzy piękne talenta przy ich zaraniu: Malfìlatra, Gilbert’a i Andrzeja Chenier. Dwaj piérwsi skończyli życie z nędzy, ostatni na rusztowaniu.
Tymczasem wóz postępował przez tłumy ludu, rozjuszonego własnym swoim nieszczęściem. Wzrok dwóch poetów, spotkał się przypadkiem z wzrokiem przyjaciela towarzyszącego śmiertelnemu pochodowi, jakby dla oddania im ostatniéj posługi. Opowiadał on późniéj wszystkie smutne szczegóły ich śmierci nieszczęśliwemu ojcu, który dziesięciu miesiącami zaledwie stratę ukochanego syna przeżył.
Mówili oni między sobą w ostatnich chwilach o poezji, bo po ich przyjaźni była to dla nich najpiękniejsza rzecz na ziemi. Racine był przedmiotem téj rozmowy i ostatniego ich uwielbienia. Deklamowali jego wiérsze, jakby dla zagłuszenia wrzasków wściekłéj tłuszczy, która ich odwadze i niewinności urągała. Jakąże to sztukę wybrali? oto piérwszą scenę Andromaki! Tak więc naprzemian odmawiali djalog z prologu owéj wspaniałéj tragedyi. Zaczynał Chenier, który naprzód tę myśl powziął; i może ostatni uśmiech przebiegł usta jego, kiedy następne piękne wiérsze wymawiał:

Odkąd przyjaciel taki jest znów przy mym boku,

Czuję jakby zmiękczoną surowość wyroku,
I serce niezachwiane groźną losu probą,

Z wytrwaniem zniesie wszystko — co ma znosić z tobą.

Te uczucia były w jego sercu, a wyjaśnia je epoka, w któréj zginął. Mógłże on żałować przyszłości, on który zwątpił już o sprawie Cnoty i Swobody.

Tak zginął ten młody łabędź, zduszony krwawą ręką rewolucyi. Szczęsny, że tylko Prawdzie, Ojczyznie i Muzom palił ofiary! Powiadają, że idąc na śmierć cieszył się ze swego losu; jest to prawdopodobne! Tak pięknie bowiem umrzeć młodym! Tak jest pięknie oddać swym wrogom ofiarę bez zmazy, a Bogu, który nas sądzi, życie ze złudzeń jeszcze nie ogołocone.
A. Z.

(Wyjęto z wiadomości o życiu Andrzeja Chenier, umieszczonéj w Bibliothèque Charpentier).




  1. Nazywała się ona Santi L’homaka i była rodzoną siostrą babki P. Thiers’a. Ten ostatni więc jest siostrzanem Andrzeja Chenier’a.
  2. Miasto w Prusiech, główne siedlisko zabiegów politycznych emigrantów francuzkich, po wydaleniu się ich z Francyi po 1790 r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.