Andrzej Chenier/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Powieść nasza dość już daleko zaszła, i czytelnik widzieć może, jak wyjątkowy charakter nadaje jéj epoka, z któréj przedmiot nasz wybraliśmy. Życie postaci naszych, całkiem się odróżnia od wszelkiego żywota historycznych osób innego czasu. Czy to przez dziwactwo, czy ze strachu, czy z ostróżności, każdy się osłania i zamurowywa nic na zewnątrz nie wystawując; szlachetne instynkta i namiętności dzikie stykają się z sobą w cieniu; będzie to jakby podziemna hislorja téj chwili straszliwéj, w któréj łoskot zewnętrzny wszystkich uwagę odwracał, nie dozwalając niczyjemu wejrzeniu rozpoznać tego, co się przed światłem dnia ukrywało.
— Słuchaj mnie z uwagą Walenty, mówił P. de Pressy osłaniając się szerokim płaszczeni w jednym z salonów dolnych hotelu; słuchaj mnie z uwagą; odrywasz mnie od moich przywyknień, wyprowadzasz za próg domu, rzecz to bardzo ważna! Mogęź ufać twoim doniesieniom?
— Przysięgam panu hrabiemu, że doniesienie moje na zupełną wiarę zasługuje. Proszę iść za mną z zamkniętemi oczyma. Śpiewak sabaudczyk Wincenty, sześć dni szukał domu pani hrabinéj; nareście piosenką odkrył go w ulicy Thiers N. 19. Podejście moje powiodło się. Tego ranka, z rozkazu pańskiego nająłem w tejże ulicy N. 18, oddzielony od 19, ogrodem tylko i uliczką wiązową, odźwiernego odprawiłem z gratyfikacyą: w ostatku, co lepiéj nadewszystko, prześliznąłem się od drzewa do drzewa sunąc aż pod murek N. 19, i widziałem na moje oczy, poznałem doskonale panią hrabinę, w chwili gdy otwierała ostróżnie okno, chcąc spójrzeć na pola: możnaż żądać pewniejszych doniesień?
— Widzisz Walenty, chcę nim wyjdę z domu, być pewnym, zupełnie pewnym swego — wejdź do mojego gabinetu i przynieś mi szkatułkę, którą onegdaj przy tobie otwiérałem.
— Zaraz, panie hrabio.
Walenty wypełnił polecenie i przyniósł żądany relikwijarz.
Hrabia dobył z niego portret, i ukazując go Walentemu przy świetle wiązki świec, zapytał: kto to jest?
— Na piérwszy rzut oka, podobniusienkie, jak dwie lilje. To pani hrabina.
— Sądzisz więc Walenty, że to jest portret osoby, którą zrana widziałeś?
— Przecież, niema na świecie dwóch takich twarzy!... tylko... pani hrabina inaczéj teraz ubrana...
— Dość, otwieraj drzwi Walenty i prowadź mnie.
Hrabia włożył kapelusz myśliwski, portret wziął pod pachę i przeszedł przez sień. Walenty otworzył drzwi, ale krzyknął z podziwienia; bo któś przez nie wszedł do środka. Był to Andrzéj Chenier.
— Hrabia wychodzisz? spytał cofając się nazad.
— Wychodzę! ja! odparł hrabia nie zmięszany, przechadzałem się po sieni, oczekując gości. Usłyszeliśmy chód w ulicy pustéj, a Walenty odgadł ciebie.
— Wszak przyjmujesz co czwartki? — spytał Chenier.
— I dla tego właśnie zgadliśmy cię, gdyś nadchodził, rzekł hrabia śmiejąc się, a że to dziś jeden z moich czwartków, przyjmuję w żółtéj sali... Chodź, chodź, kochany poeto... Walenty, przysuń-że krzesło P. Chenier, a potém idź sobie do swego zajęcia... No! Chenier, nie spytam cię co nowego? nigdy w ten sposób nie zapytuję teraz, — ale co tam słychać starego? Wiesz, że nie wychodziemy z r. 1788.
— Nic nie wiem kochany hrabio, żyję jak wy tu, w pustyni, nie obawiaj się, nic ci nie powiem... Od was to chciałbym się czegoś nauczyć?
— Ode mnie? o! kochany poeto, nie żądaj tylko, żebym cię uczył poezji!
— Kochany Pressy — ty masz w ręku jedną z tajemnic mojego życia.
— O! jakże to mówisz poważnie... no, pomówmy więc jeśli chcesz, o téj tajemnicy.
— Od ostatniego widzenia się naszego, zastanowiłem się lepiéj, jestem pewny, że znasz tę, która pisała list pokazywany ci przezemnie.
— Zkąd-że to wnosisz? rzekł hrabia z uśmiechem.
— W przeszły czwartek zdradziło cię wzruszenie, zdradza cię ono dziś znowu; pomimo arystokratycznego wdzięku twych rysów, czytam w nich, że ją znasz.
Hrabia przechylił od niechcenia głowę na poręcz krzesła, założył nogi, i prawą ręką gładząc się po brodzie:
— Zawsześ poetą, rzekł, wyobraźnia cię uwodzi. Ja nigdy wzruszać się nie daję. Znasz godło rodziny de Pressy?
— Nie, odparł Chenier ponurym głosem.
— No, zawołał hrabia zdejmując z palca swój sygnecik, patrz kochany poeto, to herb mój i godło: łacina nie wyśmienita może, ale tém zrozumialsza. Andrzéj wziął pierścień, jakby przez grzeczność tylko, i zwrócił z miną człowieka, który prosiłby o wyjaśnienie.
— Kochany poeto, niewiele się rozumiesz na heraldyce, widać to: mam w polu lazurowém, złocistą rysę z tém godłem: Ad omnia paratus: to jest: gotów na wszystko. Dosyć mi rzucić okiem na ten pierścień, by pośkromić w sobie wszelkie wzruszenie, jeśli by mi się na nie zbierało. Godło to jest hasłem mojéj rodziny, głosem ojców moich. Słucham go i jestem mu posłuszny.
Chenier przybrał postawę skromną, ale poważną; oko jego, burzliwe zzieleniałe, błysnęło płomieniem; szérokie czoło zmarszczyło się jak u starca, i rzekł:
— Hrabio de Pressy, spójrz więc, na godło rodziny swéj. Ta kobieta, któréj mówisz że nieznasz, jest w niebezpieczeństwie — życie jéj zagrożone.
Hrabia rzucił się i powstał mimowolnie, a w tém na podłogę upadł portret, który trzymał dotąd pod ręką. Chenier schylił się i zawołał: to ona! to ona!
Pan de Pressy energicznie starał się okazać spokojnym, i rzekł podnosząc portret:
— Ha! jeśli ta pani jest w niebezpieczeństwie, toś ją powinien ratować. Po cóżeś tu przyszedł panie Chenier?
— Dowiesz się o tém panie de Pressy, zawołał poeta najżywszym opanowany wzruszeniem; tu, u ciebie muszę znaleźć wiadomości potrzebne mi, po nie przyszedłem. Oto kartka, którą odebrałem; bez podpisu, bez adresu, jak zawsze. Słuchaj hrabio: — «Ostatnie to wyrazy odbierasz ode mnie. Obrałam była sobie schronienie, z którego mogłam czuwać nad tobą; ale przytułek ten odkryto, zostałam zdradzona. Dziś rano, podkradł się któś zasłaniając drzewami pod mur mojego ogródka. Wczoraj nieostróżnie pokazałam się w oknie, od strony gościńca. Musiał tam być szpieg nieprzyjaciół moich, wysłaniec ich przebrany za wędrownego śpiewaka, który poznawszy mnie, nie umiał pokryć swéj radości. Nie dodaję reszty szczegółów. Kartka ta będzie ostatnim dowodem żywego współczucia, jakie dla pana czuję. Przyszłéj nocy, obawiam się najgorszego; — szczęściem w epoce naszéj, kobiéty także umierać umieją.”
— No, kochany Andrzeju, rzékł hrabia z lekkim uśmiechem, po przeczytaniu téj kartki, jestem wielce uspokojony.
— Jak to? kartka ta uspokaja cię panie hrabio o los kobiéty, która cię obchodzi?
— Tak jest.
— I myślisz, że twoje, tak, spokojnie wyrzeczone, uspokaja mnie! Nie myślisz-że nic mi więcéj powiedzieć, nic objaśnić?
— Kochany poeto, znajduję cię, doprawdy bardzo dziwnym. A tyś mi się objaśniasz? Mów do mnie otwarcie, odpowiem ci po szlachecku.
— Niestety! Hrabio nic ci powiedzieć nie mogę, ty sam wiész wszystko!
— Jak poznałeś tę kobiétę?
— Ja jéj nie znam.
— Nie znasz kobiéty, która do ciebie pisuje foljanty!
— Nie znam, przysięgam ci to na popioły matki mojéj.
— I nie mówiłeś z nią nigdy?
— Nigdy.
— Aleś ją widzieć musiał, poznałeś przecie jéj portret?
— Widziałem ją dwa razy, ale zdaleka, bardzo zdaleka.
— Wierzę ci, Chenier, wiem żeś szczery. Otoż, mogę cię uspokoić zupełnie, kobieta o któréj mowa, przelękła się daremnie, przysięgam ci, że żadne nie grozi jéj niebezpieczeństwo.
— Jakże wiész o tém, hrabio de Pressy?
— Przekonam cię, zaczekaj chwilę tylko.
Hrabia zadzwonił, i w chwilę potém, drzwi salonu otwarły się, wszedł Walenty.
— Walenty, rzekł hrabia, posłuchasz kartki, którą pisała kobieta pewna, a potém odpowiesz na pytania, jakie ci zada pan Chenier. Ja do waszéj rozmowy się nie mięszam.
Hrabia sparł się o komin i począł patrzeć w źwierciadło.
Gdy kartkę przeczytano, Walenty w następnych słowach wytłómaczył się:
— Osoba, która to pisała, nie ulega żadnemu niebezpieczeństwu, ręczę panu honorem starego majtka. Mozę spać spokojnie nocy dzisiejszéj, pomimo owych dwóch szpiegów, których widziała, nie straszne to dla niéj szpiegi.
— Widzisz kochany poeto, rzekł hrabia, zdaje mi się, żem się nie mógł namówić z Walentym.
— Doprawdy, przerwał Chenier, wszystko to zadziwia mnie, durzy. Widzę po uspokojeniu twém, że nic jéj w istocie grozić nie może.
— Ale zagrażałoby, — rzekł hrabia tajemniczo, — gdybyśmy tu dłuźéj o tém mówili.
— Wyprawiasz mnie panie hrabio?
— Wyprawiam, ale po przyjacielsku, zrozumiéj mnie proszę.
— Jednakże pozbywasz się zawsze. Będę teraz wiedział, hrabio, jak przyjmujesz przyjaciół we czwartki!
— Kochany poeto, myślisz się nadąsać na mnie? Godziż się tak brać rzeczy? Nie należyź sobie wzajemnie w teraźniejszych czasach wiele wybaczać? No, porozumiejmy się. Rozporządzamyż my dzisiaj wolą naszą, otwartością, grzecznością nawet? Wszystko przewrócone. Nie jesteśmy panami cnót, ani występków naszych. Jest w powietrzu cóś panującego, co nas zmienia w automaty i wiąże nasze naturalne ruchy. Widzisz Andrzeju, że umiem mówić rozumnie, gdy tego potrzeba.
Hrabia wymówił to głosem dziwnie łagodnym, któremu towarzyszył wzrok pełen uczucia. Chenier wstał, podał rękę hrabiemu i rzekł:
— Dopełniłem obowiązku. Jeśli się jakie przytrafi nieszczęście, sumienie przynajmniéj nic mi wyrzucać nie będzie.
— Do widzenia, kochany Andrzeju, — rzekł hrabia ściskając dłoń podaną sobie, — teraz, przyjmuję codziennie i we wszystkich salonach moich. Walenty, poświeć panu Chenier w korytarzu i zamknij drzwi hotelu jak najpilniéj, czasem bywasz nieuważny. Odważnym być można i ostróżnym razem.
Andrzéj wyszedł, i drzwi się za nim zamknęły; ale ostatnie słowa hrabiego do Walentego były zbyt wyszukane i nie zręczne, przez to dał się domyśleć, że wyjdzie wkrótce. Zresztą, już wchodząc, Andrzéj uważał po ubiorze hrabiego, po jego zakłopotaniu, że musiał mieć zamiar nocnéj wycieczki. Była to zręczność wyborna, któréj nie mógł opuścić.
Noc ciemna okrywała ulice; rewerbery, urządzone za Ludwika XVI w r. 1786, jak świadczą medale, w przestankach, oświecały je słabo, powiększając jeszcze ciemności. Andrzéj stanął w rogu uliczki nie daleko hotelu de Pressy, i czekał na to, co nie ochybnie musiało się przytrafić, na wyjście hrabiego.
W kwadrans potém, pan de Pressy z Walentym wyszedł i w górę ulicą się posunął. Andrzéj za nim postępował po nad domami na palcach idąc za temi dwóma ludźmi, którzy mu w téj chwili cały świat zaludniali.
Szedł śladem, z oczyma wlepionemi w czarne ich cienie, wstrzymując oddech, i szukając stopami, ulic opuszczonych, trawy, która je zarastała. Szedł niemi aż do ulicy wiodącéj do swego domu właśnie, i ujrzał zatrzymujących się przed sztachetami, otwierających bramkę, wchodzących do jednego z ogródków.
Okropna rozpacz porwała poetę. Tajemnica była odkryta. Hrabia szedł na schadzkę w umówione miejsce, nie było wątpliwości o tém, kto na niego oczekiwał w tym odosobnionym domku: pan de Pressy był jéj kochankiem!
Kobiela tak wzniosła, serce tak piękne, nagle w oczach jego splamione zostały intrygą pospolitą, mającą za świadka sługę! Myśl ta głowę mu rozsadzała.
— Będę całą noc stał u tego domu, rzekł w sobie, a jutro światło dzienne natchnie mnie jakiem postanowieniem zbawienném! Ale nogi mu osłabły; i usiadł na jednym z pagórków trawą okrytych, które otaczają wielkie gościńce, jak znużony podróżny.