Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.
Za kobiétą.

Walenty szedł z głową spuszczoną, aż do głównych stajni Wersalskich, i tyłem się obróciwszy do sztachet opuszczonego zamku, obejrzał się smutnie na prawo i lewo po mieście, które dwóma skrzydłami swemi rozciągało się na dalekim horyzoncie.
W myśli starego żeglarza, następujący rozwijał się monolog:
— Pan hrabia, pan mój, mówił sobie — godzien jest żeby mu służyć gorliwie i z poświęceniem; niezaprzeczone to dla mnie: ale we wszystkiém jest miara, nawet cnota wiernego sługi ma pewne granice. Mam przed sobą nie jedno miasto, ale dwa, z ulicami ginącemi gdzieś daleko, hotelami z których najmniejszy ma tyle okien co dni w roku, i każą mi znaleźć kobietę w tym świecie, co się zowie Wersalem! To tak zupełnie jakby mi kazali szukać igły, którą pani Dubarry wpuściła w sadzawkę Cent-Suisses, i żebym miał do wyboru, wołałbym jeszcze igły szukać.
Hrabia chce mnie zachęcić pochlebstwem; porównywa mnie do dobréj duszy pana de Lafontaine, który wymyślił całe dwa tomy samotrzasków i pułapek do polowania na kobiéty; radbym go widzieć na mojém miejscu, tego P. de Lafontaine, żeby mu kazali wśród rzeczypospolitéj szukać Hrabiny, kiedy Hrabiów niéma.
Stary majtek spędził lata swéj młodości wśród wrzawy burz morskich i wojny; niejeden okręt rozdarto pod nim, a żelazne jego uszy oparły się gromom artyllerji na morzach Indyjskich; w dodatku zbroiła go ta wzgarda z jaką wszyscy żeglarze patrzą na sprawy lądu i ziemi; — wrzawa też w téj chwili obejmująca miasto Wersal, wcale go nie poruszyła.
Kupy kobiét i mężczyzn biegały po placach i szerokich ulicach śpiewając pieśni patriotyczne; deputacye jakieś zalewały ulice Parafialną i Pompową, idąc ku Ratuszowi, gdzie Klaudyusz Mouriez, zwykle wysyłany na poskromienie rozruchów, miał je przyjmować. Ten hałas publiczny, tak straszny uszom spokojnych mieszczan, zaledwie drasnął starego majtka, jak wietrzyk od wysp Azorskich; dla niego było to cóś nakształt swawoli studentów wypuszczonych na wakacye; nie raczył się nawet dłużéj temu przypatrywać.
Monolog który był w myśli rozpoczął przed sztachetami zamkowemi, ciągnął się daléj, a krzyki tłumu przerwać go nie zdołały. Zdaje mi się, mówił, że te hałaśliwe sceny uliczne powinny by wiele osób do okien wywołać, a tu nie widzę wcale ciekawych. Prawda, że jeśli pani hrabina schroniła się do którego z domów miasta, pewnie nie wybrała sobie tych ludniejszych jego części. Tu jéj twarzy w oknie nie spotkam, choćby ciekawość doradziła jéj tak nieostrożny postępek, który nuda i zaryglowanie mogłyby potrosze wymówić. Gdzieindziéj szukajmy.
Walenty pożegnał ostatniem wejrzeniem spokojnéj wzgardy, hałaśliwe manifestacye tłumu, i wszedł w długie ulice wysadzane drzewami, które są gościńcem do Paryża. Tu, pod gęstym drzew cieniem, zgromadziły się pojedyńcze domki których wrzawa miejska nie obchodzi, które w tych godzinach zamieszek, zdają się schronieniem i przytułkiem otwartym prześladowanym lub zobojętnionym. Domki te były zamieszkane, jak się to łatwo poznać dawało, ale ich mieszkańcy nie ukazywali się na progu domów, i pewnie, deputacye owe i zaburzenia, gdyby się zwróciły w tę stronę, nie otwarły by jednego okna, ani wyciągnęły jednéj twarzy na całéj linji tych grobów żyjących.
Stary sługa poczuł w sobie zniechęcenie; przerwał nawet monolog swój, i nie bojąc się podsłuchania, zaczął głośno mówić, jak to zwykle stare gaduły, którym braknie słuchacza.
— Podjąłem się, mruczał sobie, rzeczy do wykonania niepodobnéj. Ten pan Pressy nie pojmuje by co było trudnego; myśli że to jeszcze rok 1788, gdy piękne panie haftowały sobie spokojnie siedząc pod drzewami ulic Viroflay i Sèvres. Ba! wszystkie te rajskie ptaszki uleciały; kasztany tylko stoją. W miarę jak szedł coraz daléj, odkrywał Walenty coraz nowe schronienia, nowe przytułki, nowe grobowce; wszędzie cisza, nieruchomość, śmierć, lub raczéj, życie ukryte z przestrachu, osłaniające się przed wejrzeniem nieprzyjaciół.
— W rzeczy, pan de Pressy — mówił — jest sprawiedliwy, naprowadzę go na rozwagę, i nic mu niemówiąc co się tu dzieje, potrafię dowieść, że nie jestem P. de Lafontaine, że mi niepodobna znaleźć téj perły, którą zgubił w cieśninie Magellańskiéj.
Zatrzymał się, pomyślał chwilę i dodał:
— Jednakże, wstyd trochę majtkowi, człowiekowi zręcznemu, mającemu pieniądze i nie szlachcicowi, wyznać nieudolność swoję przed młodym paniczem, któremu się zdaje, że niema nic trudnego. Jest to upokarzające dla weterana jak ja.. A sprobujmy odkryć... tak, sprobujmy.. łatwo to powiedzieć! jak pomyślę, to mi się w oczach mąci! «Iść na los jest podobno jedynym sposobem, w podobnym razie. Gdy nas spotyka niemożność materjalna, niepodobieństwo fizyczne, los ostatnim chyba może być przewodnikiem, jedyną nicią w labyryncie powszechnym.
Na rogu ulicy zwanéj Fleurus, stał naówczas jeden z tych domków spokojnych i ustronnych, osłoniony od złośliwości przechodniów żelaznemi sztachetami. Dwoje dziatek bawiły się wewnątrz na trawie, a trzy kobiéty siedząc na darniowych ławkach, przyglądały się im robiąc wełniane pończochy.
Na gościńcu obok, przed sztachetami, rodzaj Sabaudczyka śpiéwał przygrywając sobie na lirze, a głos jego fałszywy czy wybór piosenki, doskonale tłumaczył osamotnienie w jakiem zostawał. Walenty szukał tylko powodu żeby się zatrzymać, i stanął jako słuchacz jedyny przed trubadurem, rzucając z ukosa wejrzenie na trzy kobiéty.
Sabaudczyk śpiewał nową piosnkę, do Monitora, na nutę niewinną mistrza Adama: Skoro światło dzienne. Piosnka ta podobała się bardzo Walentemu, i dla nuty przebaczył chętnie wyrazom, których pierwsza zwrótka tak brzmiała:

Dumne Italji dzieci,

Którym księża pany,
Cień Brutusa ku nam leci,
Stańcie się Rzymiany.
Idźcie przeciw swemu panu,
Zbudźcie się nareście,
I na gruzach Watykanu

Kapitol swój wznieście.

Po śpiewie, Sabaudczyk wyjął z kieszeni miseczkę drewnianą, i wyciągnął ją ku trzem kobiétom, przez sztachety. Trzy głowy poruszyły się jednomyślnie odmawiając datku, a śpiewak odwróciwszy się, znalazł jednego tylko dilettanta cały tłum zastępującego, i zażądał od niego ceny miejsca w pierwszéj loży. Walenty, trochę zmieszany niespodziewaném żądaniem, zanurzył rękę w głęboką kieszeń swych spodni axamitnych, i znalazłszy w niéj tylko worek pański, rozwiązał go, zaczął szukać zdawkowej monety, lub dwunastu groszy, ale same spotkał luidory. Stary żeglarz nie chciał śpiewaka odprawić z niczém nakarmiwszy go słodką nadzieją datku, i niemając do wyboru tylko albo mu dać sztukę złota lub odmówić, dał luidora.
Sabaudczyk, promieniejący radością, uczuł się w obowiązku wywiązania za tę wspaniałomyślność, przedstawując narodowy swój taniec nad zwykły programm; ale Walenty nie czekając końca widowiska, poszedł daléj, błądząc bez celu po pustych ulicach wiodących ku północnéj części Wersalu.
Nagle wstrzymał się, jakby myśl którą powziął uderzyła go piorunem, nogą tupnął o ziemię, ręką za czoło się chwycił; oczy jego zabłysły.
Odwrócił głowę i wzrokiem powiódł na wszystkie strony, chcąc wyszukać śpiéwaka, i zobaczył go zaraz poruszającego swą lyrę przed drugim ogródkiem zamieszkanym.
Walentemu nie trudno przyszło go dognać, bo on, widząc zmierzającego ku sobie wspaniałego słuchacza, sam ku niemu podszedł, poskakując nowy taniec, jakiego żaden balet Wersalski nie widział.
— Potrzebuję cię, mój przyjacielu, rzekł do niego Walenty usuwając się z nim na bok, musisz mi zrobić jednę przysługę, nagrodzę ci za nią jak należy.
— Niech no pan mówi, pójdę w ogień za was, odpowiedział wędrujący muzyk.
— Umiesz dużo piosnek na pamięć?
— O! juściż dosyć ich umiem, kochany panie; jestem paryżanin, z przedmieścia Ś. Jakóba N. 32. Umiem: Dumne Italji dzieci; Gdy mój kochany powróci; Nie pójdziemy w las już więcéj; Pięknas i jasnowłosa moja Amarylko. Umiem marsz gwardyj Francuzkich, ale to zabronione przez rząd. Jeśli pan każe to mu w domu zaśpiewam. Trubadur dumną przybrał postawę, jak artysta który nareście trafił na znawcę wśród zawodu swego, pełnego niepowodzeń.
— Tyle tylko umiesz, mój przyjacielu! ej no! poszukaj trochę w głowie?
— Chcę pana tèmi naprzód zabawić, a potém znajdą się i inne. Zaśpiewam panu: Amarylko! Amarylko... tyś...
Walenty urwał piosnkę o Amarylce na piérwszym wierszu, gwałtowném poruszeniem.
— Daj pokój, przyjacielu, nie tego ja chcę...
— To możebyś pan życzył... Droga Zelijo, mocno kochać ciebie?
— Nie... ale umiesz że? ba! kiedy bo ja jéj zapomniałem także... czekaj!.. zaśpiewam ci nutę...
— Aha! aha wiem, kochany panie!

Kto umié kochać, podobać się umié,
Czegoż mu więcéj potrzeba?

— Otoż to! to mój przyjacielu... zawołał Walenty uszczęśliwiony... taż sama, a umiesz że ją całą!
— Umiém, ale poczekajcie no... zdaje mi się że także przez rząd zakazana.
— Cóż znowu? to piosnka pasterska!
— Ja ją panu w domu zaśpiewam.
— O nie! właśnie potrzeba żebyś ją zaśpiewał publicznie, i dam ci za każdy raz po dwadzieścia cztéry soldy...
— A! panie! musisz ją pan bardzo lubić... na nieszczęście cóś mi się zdaje, że to przeciwko Rzeczypospolitéj.
— Nie wiesz co pleciesz, i....
— Czekaj no pan, dobrze ją rozbierzmy.

Oddaj mi serce droga dziewczyno,

Kollin ci oddał już swoje —
Ty zawsze będziesz moją jedyną

Wielkość moja — skarby moje...

— Otoż to jest! rzekł Walenty, gdzież ty tu u licha znalazłeś co przeciwko Rzeczypospolitéj? Owszem jest to piosnka antimonarchiczna, bo pastérz mówi że ona będzie całą jego wielkością... piosnka czysta republikancka.
— A prawda kochany panie, prawda! No! będziesz ją pan miał za swój miły grosz, i...
— E! poczekaj przyjacielu! mnie ta piosnka nie koniecznie potrzebna... ktoś inny ją lubi nad inne, i przenosił ją dawniéj nad wszystkie; dawno mu już téj piosnki nikt nie zaśpiewał... uszczęśliwisz tego kogoś.
— O! zaśpiewam mu ją tysiąc razy... przerwał artysta wędrujący. Prowadź mnie pan pod okna téj osoby.
— Ba! otoż w tém sęk przyjacielu...
— Rozumiem, rozumiem — kochany panie. — Jest to... jest to osoba... która się... jak wiele innych... ukrywa, i...
— Właśnie, zrozumiałeś dobrze....
— Ale nie myślicie jéj odszukiwać tym sposobem w jakim złym celu; bo jeśli tak, to schowajcie sobie pieniądze, śpiewać nie będę.
— Poczciwy z ciebie chłopiec, mój przyjacielu... O! bądź o to spokojny: mogłżeś myśleć żeby stary majtek chciał komukolwiek przykrość wyrządzić?
— No, no! to nie rachujcie mi żem się z tém wyrwał; łaskawco. Prowadź mnie, zapłacisz za dzień talarka, więcéj nie żądam, tyle zwykle zarabiam.
— Nie, nie, mówiłem ci cenę, od tego nie ustąpię; luidora za dwadzieścia piosnek! już się nie targujmy. Jeśli cię zbogacę, tém ci gorzéj, trzeba się było wprzódy targować! Słowo się dało.
— No! zawołał śpiewak śmiejąc się do rozpuku, jeśli macie pieniądze do wyrzucenia... wszystko jedno, wolę już je zbierać. Ruszajmy.
— Chcesz ruszać, dokąd? przyjacielu.
— Alboż ja wiém.
— I ja nie wiém... to-jest, nie jestem pewny zkąd zaczniemy naszę przechadzkę. Ty lepiéj znasz miejscowość z powodu zatrudnień twoich. Musisz probować przed każdym domkiem ustronnym, takim jak ten u którego bramy tylko co śpiewałeś; ja powoli pójdę za tobą.
— Teraz już zaczynam rozumieć, kochany panie. Poczniemy od ulicy Wolności.
— Ja tych nowych nazwisk nie znam.
— Wszystko to jedno, ja je znam. — Ale! kochany panie, trochę to będzie nudno śpiewać ciągle jednę piosnkę.
— A co ci to szkodzi, kiedy niéma nikogo.
— A prawda.
— Tylko zaczynać będziesz zawsze od innéj.
— Rozumiem; kończyć będę: Kto umie kochać, a zaczynać: Dumne Italji dzieci...
— Nie, nie! wściekły paryzki Sabaudczyku! daj mi pokój z temi dumnemi dziećmi!
— No, to Amarylko.
— Śpiewaj co chcesz, tylko nie te dumne dzieci.
— A jednak to wcale piękne.
— Nie zaprzeczam jéj piękności; ale w naszych przechadzkach daj jéj pokój.
— Jak pan chcesz.
— Teraz już nie mówmy do siebie; idź o dziesięć kroków przedemną, i poczynaj od piérwszéj furtki jaka będzie na drodze.
Początek téj próby nie bardzo był pomyślny. Wyczerpano wszystkie domy ulicy Wolności, nigdzie nie otworzyło się okno żadne. Szczekanie tylko gdzieniegdzie odpowiedziało na pieśń wirtuoza; przeszedł ogrodnik z grabiami na ramieniu, po za sztachetami, i sam jeden słuchał dwudziestu może powtórzeń piosenki.
Przy ostatnim drzewie, Walenty i śpiewak zeszli się, a Sabaudczyk dosyć nieśmiało zapytał.
— Czy pozwolicie rozpocząć ulicę Konstytucyjną?
— Pocznijmy ją, rzekł Walenty.
Ale i tu nie było skutku; jednakże objawiające się gdzieniegdzie wzruszenie, kazały się spodziewać powodzenia. Śpiew był powodem otwarcia dwóch żaluzji i wywołał dwie głowy sześćdziesiątletnich staruszek. Przebywszy do końca, Walenty rzekł do artysty.
— Teraz, zaczynam się czegoś spodziewać.
— Jeśli się nam ciągle tak będzie udawać, rzekł uśmiechając się śpiewak, worek pański się wyczerpie, a nic pan nie wskórasz. Pan musisz szukać młodéj i pięknéj kobiéty i pewnie nie dla siebie...
— Nie czarownik jesteś, mój kochany, istotnie szukam kobiéty przepysznéj...
— Którą mąż stracił?
— Nie, ale ona męża straciła.
— Nie rozumiem, kochany weteranie.
— Wdowa.
— A! rozumiem teraz.
— Ty co śpiewasz we wszystkich częściach miasta, i pod wszystkiemi balkonami, — spójrzałeś kiedy w okno hotelu de Grave, na ulicy Rezerwuaru?
— To ona! żywo przerwał śpiewak uliczny, ja ją znam, miała kwiaty na balkonie. Tak! pyszna kobiéta, rzucała mi sztuki dwunasto-soldowe obwinięte w papier, ale od dwóch czy trzech miesięcy opuściła ten hotel. Teraz tam zamknięto, — kwiatów niéma... Spotkałem ją tydzień temu, przebraną za prostą kobiétę, w ulicy Satory; musi mieszkać gdzieś w tamtéj stronie miasta... O! musimy ją wynaleźć, panie weteranie, musimy koniecznie..
— No! jeśli ją znasz, możesz daléj sam już próbować. Przytomność moja ci niepotrzebna, a mogła by być podejrzaną lub niebezpieczną... weź te dwa luidory zadatku, a jeśli ci się uda ją wyszukać, dam ci co zechcesz! Od dziś dnia, codziennie spotykać się będziemy, co ranka, o dziewiątéj, przed wielką bramą zamkową.
— Dobrze, kochany panie weteranie.
Walenty pobiegł uradowany z nadzieją do P. de Pressy, ale nie chciał mu szczegółowie nic powiedzieć o swojéj wyprawie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.