Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Klaudyusz Mouriez.

Pan de Pressy wstał, usiadł przed stołem i napisał następujący bilet:
Panie Gubernatorze!
Wyrządziłeś pan obelgę kobiecie, wdowie zostającéj pod moją opieką. Jest to kobieta wyższéj klassy, ale pochodzenie jéj nie powiększa obelgi. Pod tym względem r. 89 ma zupełną słuszność.
W odpowiedzi swéj raczysz mi wskazać godzinę i miejsce gdzie się spotkamy. Obiecuję sobie dowieść panu na placu, żem równie szlachetnego pochodzenia jak pan.
Świadek mój czekać będzie na rozkazy wasze.
P. de Pressy złożył bilet, zapieczętował go fantazyjną pieczątką, i śmiejąc się rzekł do Walentego:
— No, stary mój wojaku z Pondichéry, uczynimy z tobą maleńką wycieczkę...
— Pan wychodzisz z hotelu? zawołał Walenty z zadziwieniem i przestrachem.
— A muszę, Walenty... mam obowiązek do spełnienia... spodziewam się powrócić zaraz..... chyba bym... Dowiesz się nazwiska pana gubernatora prowincyi w hotelu de Grave, zapiszesz je na bilecie... Oddasz potém list mój jego służącemu i będziesz czekał odpowiedzi.
— Muszę słuchać pana hrabiego, rzekł Walenty z widocznym smutkiem.
— O to cię dziś tylko proszę, Walenty.
— Spełnię rozkaz pana hrabiego.
— I bądź co bądź, nie powstydzisz się za mnie mój Walenty.
Stary sługa wziął bilet, ubrał się przyzwoicie, ale z prostotą owym czasom właściwą, i wyszedł ślepo spełnić polecenie pana.
Pan de Pressy, zostawszy sam na sam, otworzył maleńki familijny relikwiarzyk i wyjął z niego portrecik pastelowy, któremu czule począł się przypatrywać. Był to portret młodj kobiéty w stroju idealnym pastérki, piękności idealniejszéj jeszcze od ubioru; uśmiechała się jak wschodzące słonce, i z pomiędzy dwóch łuków ust koralowych, ukazywała dwa rzędy cudnych kształtów pereł. Malarz, korzystając z przywilejów epoki i fantazji stroju dozwolonych pasterkom ówczesnym, nie żałował cudnych nagości pastelowi, a suknia grała w nim rolę podrzędną i nieznaczącą.
Żywe poruszenie dało się widzieć na szlachetnéj i zawsze wypogodzonéj twarzy Hr. de Pressy: ale jak wszyscy ludzie których łzy nigdy na zewnątrz nie płyną, co tajemnéj boleści objawić się nie dają, nawet w samotności, na tychmiast rozjaśnił znowu oblicze, zamknął portret w relikwiarzyku i zszedł do pokojów przytykających ku ogrodowi.
Tu, z panoplji dziedzicznéj, wysunął szpadę, sprobował jéj gardy, dotknął ostrza i schował do pochwy; potém przerzucił kilka książek narzuconych na gierydonie, wziął Almanach Muz z r. 1788, usiadł i przeczytał kilka sielanek, czekając powrótu Walentego.
Usłyszawszy uderzenie młota, pan de Pressy zaniknął zbiór ulotnych poezji, i poszedł otworzyć, bo nie miał się kim wyręczyć z powodu rewolucyi. Uśmiechał się zawsze, gdy mu przychodziło samemu iść otwierać jedynemu słudze.
Walenty na twarzy dziwnie zmieniony, widoczne nosił ślady niepowodzenia, które go spotkało, lub może obelgi. Rozmowa poczęła się zaraz w sieni.
— Wyśmienicie, mój Walenty, rzekł hrabia, pomimo twéj nogi kulawéj i siódmego krzyżyka, widzę żeś z pokolenia tych ludzi, co to się w siedmioletniéj odznaczyli wojnie; no, i jakąż mi przynosisz odpowiedź?
— A! panie hrabio, jeśli mi trochę nie dopomożesz... niepotrafię tego opowiedzieć...
— Powiedz mi wprost jak było — nic łatwiejszego.
— Wcale bo to nie łatwo... prawdziwie, nie wiem od czego zacząć... panie hrabio, bądź łaskaw, jakoś mi pomóż trochę.
— Widziałeś się z gubernatorem?
— Nie, panie hrabio.
— Jaklo? a list mój?
— Kazał mi go oddać nazad przedarłszy na czworo, przez sekretarza swego, z taką odpowiedzią: — Spiskowych posyłamy do więzienia la Force, a warjatów do Charenton.
— Cóż to ma znaczyć, Walenty?
— Pan hrabia lepiéj to może zrozumiesz odemnie, wiedząc cóś napisał?
— A cóżeś ty Walenty, odpowiedział na to zuchwalstwo?
— Nic, panie hrabio...
— Prawda! prawda! cóż było odpowiedzieć! wiesz jak się pan gubernator nazywa, Walenty?
— Wiem.
— Zowie się?
— Zowie się... Klaudyusz Mouriez.
— Ba, nazwisko wcale nie ma miny szlacheckiéj.
— Cóżbyś pan Hrabia powiedział zobaczywszy samego!
— A ty go widziałeś?
— Widziałem... gdy sekretarz otworzył drzwi odnosząc cztéry kawałki rozdartego listu.
— No cóż, wygląda przyzwoicie?
— Wygląda całkiem nieprzyzwoicie. Jest to drab pięć stóp cali osiem, włosy kręcone, bez pudru, obcięte nizko; twarz maskaronu, oczy jak węgle, rysy ostre, nos jak dziob jastrzębi, cera jakby ją pod zwrótnikami, opalił; — gdyby z piekła dezerterowali, wiedziałbym jakie mu pochodzenie naznaczyć. Nie dziwuję się wcale, że pani hrabina znikła, boć to aniołek... gdy ten cyklop wszedł do hotelu de Grave.
— Nie mówmy już o nim, przerwał pan de Pressy, źlem zrobił żem pomyślał na chwilę o pojedynku, nadto honoru dla niego.
— O, panie hrabio!
— Nie mówmy o tém Walenty, zajmijmy się piękną hrabiną: trzeba nam wiedzieć koniecznie, nieodzownie, gdzie ona jest. Zerwałem wszystkie węzły wiążące mnie z dworem, z kobiétami, że światem; ale niezmieniając piérwszego postanowienia, honor mi nakazuje bronić hrabinéj w chwili, gdy piękność jéj wystawia ją na niebezpieczeństwo.
— Panie hrabio, rośnie mi serce od tego co pan mówi.
— Słuchaj Walenty: postrzegłem w tobie wielką zręczność, okrytą pozornie dobrodusznością; jest to najcenniejsza zręczność, bo się jéj nie każdy domyśla. Był człowiek obdarzony przebiegłością cudowną, który napisał dwa tomy najwymyślniejszych sposobów zwodzenia mężów, ojców i opiekunów. Świat, zawsze biorący wszystko powierzchownie, nazwał tego wynalazcę dobrą duszą, dla tego że twarz sobie ułożył głupawą... Ja cię porównywam do poety Lafontaina.
Walenty skłonił się rumieniąc przez skromność.
— Widzisz że cię dobrze znam, Walenty, kończył pan de Pressy; dam ci więc czego brakło twemu sławnemu prototypowi, dam ci pieniędzy ile zechcesz, a ty sześć godzin w dzień poświęcisz poszukiwaniu hrabiny. Nie wyjechała z Wersalu, za to ręczę... Nie zaprzeczaj mi; przysięgam że jest w Wersalu; wczoraj poznałem jéj charakter na jednym liście.. jest w Wersalu... Ty ją znajdziesz Walenty; na to jesteś dobrą duszą.
— Pan hrabia może być pewien, że dołożę wszelkiego starania, żeby był kontent ze mnie.
— Poczniesz dziś zaraz, Walenty, w téj chwili.. Oto worek, a gdy zapotrzebujesz, nie oszczędzaj pieniędzy, będziesz ich miał ile zechcesz.. Idź.. idź, Walenty.
Stary sługa wyszedł; pan de Pressy zamknął się w bibljotece i począł pisać komentarjusz nad pocałunkiem Dorata, który się tak poczyna:

Thais spała, — piękna we śnie,

Ptaszek umilkł wśród krzewiny,
I wstrzymując słodkie pieśnie,

By niezmącić snu godziny....
Następujące daléj wiersze, w r. 1849, moralniejszym, cytować się nie dadzą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.