Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
Dwaj bracia.

Wróciwszy do swéj izdebki, młody poeta uczuł w sobie burzę gwałtowniejszą od wszystkich, jakiemi wrzały rynki od jutrzenki 89 roku. Jakiém litości okiem zmierzył on papiery, rękopisma, gazety nagromadzone przed sobą! Zbiór Dziennika paryzkiego i dodatków do niego, wiązkę zapyloną exemplarzy sławnego N. 13, pół wydania swéj przestrogi Francuzom, wstęp do satyry na Brissot’a, i mnóstwo urywków ołówkiem pisanych tragedyj, które brat jego Marja-Józef zwał bezstronnemi, z powodu niewinności klassycznego ich wątku.
— I ja także, rzekł z gorzkim uśmiechem — i ja także, dość żyłem dla drugich, żyjmy teraz dla siebie! Gdybym był zmuszony poddać się moralności politycznéj tych ludzi, młodość moja zwiędła by napróżno od powiewu bezpłodnego ich szalonych zapędów! Z jakiego grodu Pentapolis, przeklętéj i zniszczonéj ogniem nieba, wyszli ci ludzie, co na swéj krwawéj drodze nigdy się nie wstrzymali dla wejrzenia kobiety, by żyć, by kochać?
Otworzył okno, a że w téj nocnéj godzinie, nie lękał się być spostrzeżonym, oczy jego spoczęły, i rozczuliły się widokiem pięknéj nocy kwietniowéj. Gwiazdy pływały nad parą okrywającą drzew wierzchołki, powietrze miłe, balsamem oblewało duszę. Wszystkie harmonje nocne mówiły językiem boskim, pojętnym dla wszystkich, a niezrozumianym od nikogo. Miasta spały na prędce, gotując jutro nowe nienawiści i walki.
Andrzéj zwracał ciągle oczy ku miejscu, w którém piękna nieznajoma zatrzymała się chwilę, spoglądając na jego domek. Noc pod drzwiami była czarna, a jednak z okna widać było postać ludzką, poruszającą się i nie podchodzącą bliżéj.
Chenier wlepił oczy w to dziwne zjawisko, które zdawało się być niebezpieczeństwem: przerażenie jego zbyt się przedłużało, i już myślał zejść i zbliżyć się wprost ku temu co groziło, gdy głos jakiś zanucił ten wiersz w obcym języku:

Czy wiesz? grozi ci tuż,

Napad zdradliwy Emira,
Rozbojnika z wyspy Róż,
Który choć drzwi nie zawiera

Zasypia......

O! ze wszystkich harmonij téj nocy, żadna większą rozkoszą nie napoiła serca młodego poety, nad tę strofę bojaźliwie zanuconą, w starym języku synów Homerowych. Andrzéj powstrzymał wykrzyk radości i przebiegłszy wschody i ogródek dwóma skokami, rzucił się w objęcia brata Marji-Józefa, który rzekł do niego.
— Nie chcę by mnie kto widział, nawet Roucher... — nie chciałem nawet, żebyś ty mnie zobaczył, ale list napisany do ciebie nie byłby mi zastąpił téj chwili.
— Z Paryża przybywasz mój Józefie?
— W téj chwili; unikałem gościńca, przyszedłem przez las od Ville-d’Array... Chodź — oddalmy się ztąd, Andrzeju, pogadamy trochę na ustroniu, w lesie.
Marja-Józef i Andrzéj zeszli z drogi i stanąwszy w ostróżném oddaleniu od mieszkań, piérwszy rzekł do brata:
— Drogi Andrzeju, wczoraj, 10 kwietnia, Robespierre wyrzekł wreszcie oskarżenie Żirondynów.
— Byłem tego pewny; Żirondyni zginęli.
— A z niemi kochany Andrzeju, wszyscy ich stronnicy, wszyscy ludzie występnie umiarkowani. I twoje tam imię wspomnianem było. Dziś może jeszcze nie jesteś w niebezpieczeństwie, ale jutro będziesz... to nieuchronna. Widzę chód ludzi i wypadków: wir ten porywa wszystko.
— No, drogi Józefie, uściśnijmy się serdecznie, i niech wir ten pochwyci nierozłączając nas obu.
— Ja walczyć będę, kochany Andrzeju; będę się opierał, znam tajemnice żywota politycznego, które mnie mogą ocalić; ale ty — tylko poetą jesteś, marzycielem; nic nie umiesz, nic nie przygotowałeś na obronę twéj przeszłości przed przyszłością. Rozdrażniłeś silnych, głupcom pokazałeś swój rozum, zimnym swe serce płomieniste. Zanotowany jesteś we wszystkich mściwych-głowach, zażądają twéj głowy, powiész, że nie warto z katem o nią walczyć; przez niedbalstwo schylisz ją, a historja, kłamliwa jak zawsze, na czole mojém wyciśnie piętno Kaina.
— Nigdy! nigdy! przerwał Andrzéj; nie wiém, co mi Bóg zgotował, ale wiém, że nigdy historja nie splami twego patrjotyzmu, często zapalczywego, lecz zawsze czystego! Nie potwarzajmy tak towarzyszów naszych — pisarzy przyszłości.
— Niech i tak będzie, mój kochany Andrzeju; historja, choć raz sprawiedliwa, nie będzie mnie obwiniać, ale krew w żyłach moich, krew która jest twoją także, oburza się jeszcze na myśl tę, że teraz spoczniesz ubezpieczony, bo ja, w przekonaniu twém, nie powinienem lękać się plamy historji. Czyż tego mi ma być dosyć Andrzeju? Nie. Chcę żebyś żył; chcę żebyś obrał sobie ziemię przytułku gdzieby sen twój był spokojny i przebudzenie wesołe; chcę twéj młodéj głowie wyszukać podpory innéj, któraby nie była pniem kata.
— Zaprawdę, dobry mój bracie, rzekł Andrzéj składając ręce na krzyż i wznosząc oczy na gwiazdy — zaprawdę, nie rozumiem tego niebezpieczeństwa które mi ma grozić; szukam w méj głowie popełnionych zbrodni, godnych kary śmierci, i nie mogę ich wynaleźć....
— Ale Andrzeju, przerwał Marja-Józef — wiekuiste z ciebie dziecko; nigdy polityki rozumieć nie będziesz.
— Słowo w słowo czytałem to wczoraj w jednym liście.
— W jakim liście?
— W liście kobiety.
— Otóż jest, kobieta znowu! zawsze te kobiéty! Andrzeju, nigdy na człowieka nie wyjdziesz.
— Człowiekiem więc nazywasz tego co zażąda głowy niewinnéj jak moja, dla ustalenia porządku społecznego?
— W rewolucyach, Andrzeju, nie można rachować na logikę rozumową.
— Czémże rozumować?
— Namiętnością.
— To antypody logiki.
— To logika rewolucyi, kochany Andrzeju; jest to twarda konieczność o któréj mówi Horacy, saeva necessitas; to prawo nieprzewidziane, które wystrzela jednéj nocy, jak kwiat aloesu, i daje głowę niewinną potrzebie chwilowéj, nie troszcząc się o jutrzejsze wrażenie.
— No, kochany Józefie — nic tedy nie rozumiem rewolucyjnéj logiki.
— Tak, ale piorun co zabija nie pyta cię, czy rozumiesz fenomena elektryczności. Kochany Andrzeju, nie trać czasu na rozprawach o meteorach; wyjeżdżaj jutro; jedź do Anglji którą znasz, gdzie masz przyjaciół. Chciałem ubezpieczyć podróż twoję; postarałem ci się o pasport, oto go masz. Papier ten zawiera w sobie życie twoje i mojego połowę. Choremu daje się lekarstwo, zagrożonemu pasport.
— Kochany Józefie, przyjmuję pasport.
— I wyjeżdżasz jutro?
— Jutro?.. nie.. Na cóż to jutro? czyż niebezpieczeństwo tak blizkie?
— Tak, tak, Andrzeju, blizkie, groźne! mam ci mówić całą prawdę? Widziałem się dziś rano z Robespierrem, mówiłem z nim; człowiek ten ponury jest i zakryty jak przyszłość; ale niekiedy wyrzuca z siebie wyrazy urwane jak wyrocznie Sybilli, a dla uszu pojętnych odkrywa myśl całą, sądząc że ją osłonił. Po téj rozmowie, znam Robespierra najlepiéj; znam go lepiéj może niżeli on sam siebie, wiem bowiem do czego zmierza; widzę dokąd fatalność niezłomna pcha go w téj wielkiéj tragedyi którą grać będzie na benefis kata. My co piszemy dramata, umiémy przewidzieć z piérwszych scen rozwiązanie; jaką to wyższość wieszczą mają pisarze dramatyczni nad resztą ludzi, gdy los zmienia ich na prostych widzów. Wczoraj obwiniono Żirondynów; jutro zabraknie im przyjaciół, im, co o włos nie sprzymierzyli całéj Francyi! To dopiéro piérwsze sceny, wykład przedmiotu. Przybywa, publiczność i roznamiętnia się; akcya musi się rozwijać. W tragedyi którą z życia Karola IX napisałem, protestanci obwinieni są w piérwszym akcie; rzeź w ostatnim: to będzie rozwiązanie z Żirondynami! Historja wiekuiście się powtarza, bo namiętności panujące wypadkom zawsze są też same; bo potok ludu unosi zawsze jak rzeka Araxus, o któréj mówi poeta, wszystko co nieostróżne ręce porzucą na brzegu. Myślisz że po zniszczeniu Żirondynów, hekatomba dostateczną uznana będzie? Nie. Historja powtarzać się musi.
Ujrzymy proskrypcye Marjusza i Sylli, usłyszym znowu ponure żale rozlegające się w naszych przystaniach: Ziemia mnie moja wygnała!; Napaści zewnętrzne, szalony opór wewnątrz ukoronują dyktaturę Grozy; naówczas głowy wszystkie na włosku ramion najsilniejszych trzymać się będą; naówczas będą tylko wigilje boleści, bez jutra. Tę przyszłość, ja przyjąłem; idę do niéj, biegnę naprzeciw mego przeznaczenia, i nie oglądam za siebie: gotów jestem zapieczętować krwią moją swobodę któréj nie ujrzę, która będzie innych udziałem. Ofiara życia mojego spełniona: przepadły jak krople wódy w kataraktach rewolucyi. Wiem że ginę, ale na horyzoncie oglądam już spokojne wody co kraj mój użyźnią.
Krew moja niech spłaci cały dług rodziny; sądzę że mam dość energji w sercu na obronę głowy mojéj, od głupiéj fantazji kata, któryby jéj mógł pożądać. Ty mój bracie, usunąłeś się od walki, jak Enfelle; schroniłeś się pod święty laur poświęcony Muzom; nie należysz do Cyrku; idź i zapłodnij młodość swą spokojniejszém niebem. Zostaw ciężką pracę toczenia skały Syzyffa z doliny ku górze, i proś Bogów aby ci otwarli wrota słoniowe wiodące do elyzejskich gajów.
Prośba ta, w któréj wybuchy serca łączyły się z żywemi obrazy wymowy klassycznéj epoki owéj, na czas jakiś oniemiła Andrzeja Chenier. Nasz młody poeta do łez poruszony, już miał uledz piérwszemu natchnieniu, ale panująca chwili myśl wstrzymała go i zamknęła mu usta. Józef ściskał ręce brata, a dwaj wielcy poeci, stojąc tak jeden na przeciw drugiego i ognisto mięszając westchnienia, mieli jedynemi świadkami drzewca i gwiazdy, tych wiekuistych powierników smutnych ludzkości tajemnic.
Andrzéj przemógł się z wysileniem, i rzekł stłumionym głosem:
— Nie, nie — to niepodobna, bracie.. Nogi moje głębiéj w tę ziemię wrosły niżeli otaczające nas drzewa. Zostaw mnie losowi memu.
— Buntujesz się przeciwko głosowi krwi własnéj, kochany Andrzeju — Chcesz całéj prawdy?
— O! mój Boże, mów co chcesz, odpowiedział Andrzéj obojętnie, nie wykorzenisz drzewa.
— Andrzeju, imię twe wymówione zostało w tajemniczych naradach, w spiskach nocnych któremi kierują ludzie, co nigdy nie przebaczali nikomu. Zapisany jesteś na karcie wyznaczonych... obiecano głowę twoję ludowi. Głowa ta, twoją już nie jest.
— Kochany bracie, rzekł Andrzéj ze smutnym uśmiechem, doprawdy, mówisz o życiu i śmierci jakbyśmy żyli w czasach pogodnych, gdy śmierć i życie mają jakąś cenę. Żyć, umrzeć, dziś to słowa jednoznaczne. Kto dziś dba o życie? Kto się dziś lęka umrzeć? Nikt... nawet kobiety. Gdybym mógł zgodzić się na opuszczenie Francyi, to pewnie nie ze strachu śmierci. Twoje straszliwe groźby wcale mnie nie poruszają. Pojechałbym jedynie żeby zadość uczynić pragnieniu twego braterskiego serca, które do mnie przemawiało w sposób tak czuły, ale wierzaj mi, drogi bracie, jestem jak żołnierz na placu boju: nie radź bratu by uciekał.
— Przynajmniéj, Andrzeju, powiedz mi otwarcie... Kobieta cię wstrzymuje?
— Tak jest.
— No, to jedźcie razem, i...
Andrzéj powolnym ręki ruchem wstrzymał brata, i wiążąc dłoń jego ze swoją, zwierzył mu się całkowicie, żadnego nie tając szczegółu. Dodał kończąc:
— Kochany Józefie, z największą odrazą odkrywam ci tajemnicę, któréj część należy do kobiety, aleś mnie zmusił do téj ostateczności.
Piérwsze już blaski jutrzeńki migotały na drzew wierzchołkach, a to wesołe rozbudzenie natury, okryło smutkiem twarze braci. Nieszczęśliwe czasy, gdy z przestrachem pogląda się na uśmiechnięty brzask dnia wiosennego. Józef wejrzał w niebo z melancholijném utęsknieniem, i rzekł do brata:
— Musimy się rozłączyć; pomyślę o nowém twojém położeniu, i napiszę do ciebie przez posłańca za którego ręczę. Bądź ostróżnym... obiecujesz mi być ostróżnym?
— Przysięgam ci na to w obec ostatnich gwiazd téj nocy pamiętnéj.
Bracia pożegnali się we łzach, i w lasku rozeszli.
Józef kierował się jak żeglarz ostatnią gwiazdą zachodu, szukając drożyn myśliwych rozsypanych pod Ville-d’Avray, a brat jego poszedł uliczkami znanemi sobie, które go wiodły do domku. Roucher nie postrzegł jego oddalenia; autor poematu miesięcy, wiódł życie wcale nieobciążające przyjaciół i w nowém swém schronieniu zapomni<ił już był burzy i walk, w jakie go los pomimo woli był wepchnął.
Zamknięty jak anachoreta, czytywał co wieczór zamiast brewiarza: Praedium rusticum, ojca Vanniére, i porównywał poemat z Georgikami Wirgiljusza, na wzór paralelli Ks. Rapin, uczonego anatomisty starożytności, pisząc powolnie rozprawę. O dziewiątéj zamykał Vanniera i rękopism swéj paralelli, usypiając i marząc w snach swoich o wiejskim domku i ptaszarni, o domowych źwierzętach, które francuzki Wirgiliusz tak dobrze opisał, a sztycharz Lejay tak wybornie na stali wyraził. W téj chwili Góra i Żironda walczyły z sobą jak Skamander i Wulkan Illjady, a poeta miesięcy uśmiechając się zasypiał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.