Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Żywo pogrzebiony.

Domek, w którym dwaj poeci wynaleźli dla siebie przytułek, jak dwa ptaki burzą gnane, wznosił się dawniéj, a raczéj, zniżał się pod pagórkiem od Wersalu wznoszącym się do hypodromu Satory.
Wieczorem, w chwili, gdy słońce zdaje się dotykać wierzchołka lasów, Chenier wybrał sobie na postrzegalnię miejsce za żaluzją mieszkania swego, i wzrok, gorącéj ciekawości pełen, kierował drogą ku Satory.
Dwie kobiety powolnie szły brzegiem lasu od strony małego domku: ubior ich bardzo skromny nie dawał rozeznać żadnéj różnicy stanu między niemi, ale wprawne oko omylić się nie mogło: jedna miała w postawie cóś skromnego i uniżonego, objawiającego położenie zależne; druga, pomimo widocznego usiłowania ukrycia wytworności i szlachetności do jakiéj zwykła, musiała być wyższego stanu, jedną z tych gwiazd promienistych nagle zagasłych pod stropami Wersalu, po wystrzale 10 sierpnia.
Andrzéj Chenier długo uważał wszystkie ruchy téj kobiéty, która pagórek Satory zdawała się wybierać na miejsce wieczornéj przechadzki; nie szła ona bezmyślnie, jakby dla odetchnienia tylko wieczorném powietrzem. Niekiedy, oczy jéj, ciągle prawie zwrócone ku ziemi, wlepiały się w jeden punkt i szukały przez otwory drzew widoku domku Cheniera. Ten kierunek ich stał się jeszcze wyraźniejszym, gdy dwie kobiéty zbliżyły się do muru otaczającego ogródek. Ta, która zdradzała się swą postawą, podniosła głowę i spójrzała w okno Andrzeja wzrokiem długim i przeciągłym; ruch odkrył jéj twarz.... twarz była nieznajoma.
Chenier mógł schwycić ogół rysów: twarz ta miała blask kwitnących lat młodości, i odznaczała się szczególną szlachetnością, odbijającą dziwnie od prostoty stroju, ubioru głowy, chusteczki i płaszczyka.
Andrzéj ujrzał ją przechodzącą i znikającą zaraz za drzewami; oparł łokcie na oknie, twarz na ręku i szukał we wspomnieniach swoich; ale w nich nie znalazł téj kobiety i dla niego była istotnie nieznajomą: a jednak cóś mu mówiła, że ona ten list pisała; wątpliwość, gdyby jaka być mogła, o schyłku dnia całkiem usuniętą została.
Młoda kobieta, zchodząc z pagórka, przeszła po raz drugi przed domkiem, i w mroku zatrzymała się na chwilę, bo pod drzewami było już dosyć ciemno. Chenier nie tracił czasu na próżnych domysłach, gdy tak łatwo mu było wprost prawdy dochodzić: zbiegł szybko ze cztérech wschodów jedynego swego piąterka, lotem przebiegł ogródek, otworzył furtkę, i przybył na gościniec dosyć w czas jeszcze, bo mógł rozeznać dwie kobiety, jak dwa cienie elizejskie, przesuwające się w kłębie drzew trochę oddalonych od brzegu lasu.
Andrzéj podwoił kroku i poszedł w tym kierunku, ukrywając się za drzewami; plan ten strategiczny zaimprowizowany naprędce, prosty był ale dobry; szedł wślad za kobietami nie będąc postrzeżony, do miasta, a tu przybywszy, zginął w tłumie przechodniów, nie wzbudzał już podejrzeń, i nie tracąc śladu, już miał niechybnie odkryć dom gdzie mieszkały.
Niechybne plany najpospoliciéj się nie udają. Andrzéj, który z oczów dwóch kobiét nie tracił, na chwilę je zgubił tylko i już znaleźć nie mógł. Przez tę krótką chwilę postradał owoc całéj pracy, i pomimo usiłowania rozpoznać nie potrafił w tłumie, dwóch nieznajomych. Chenier znalazł się w pustyni. Zamiast jednéj, dwie miał teraz tajemnice; ale w sercu poety było teraz życie nowe, i obietnica przyszłości: niebieskie zjawisko nie obdarzałoby go rozkoszniejszemi widzeniami. Wszystkie burze przeszłości, wszystkie dni nieszczęścia znikły z pamięci jego; znalazł piękną i młodą kobietę, która czuwała nad nim, jak anioł stróż ziemski, i oczyszczała swém poświęceniem atmosferę ciążącą nad wszystkiemi, w godzinach tych dni smutnych.
Pochwycony rozmyślaniem, Chenier nie postrzegł się, że błądził bez celu i w kierunku oddalającym go od domu, bo właśnie wszedł był w jedną z tych uliczek samotnych, które napełniały kwartał Ś. Ludwika. Dom hrabiego de Pressy stał przed nim; pan ten starego dworu był jednym z blizkich przyjaciół Cheniera, znał dawny wielki świat Wersalski; nie było kogo by się mógł lepiéj poradzić.
Nim bronzowy młot wiszący u drzwi podniósł, spójrzał na facyatę domu. Wszystkie okna w trzy rzędy były zamknięte szczélnie; żaden promyk wewnętrznego światła nie błyskał w ściśniętych żaluzjach. Można było sądzić, że mieszkanie to zostało opuszczone w epoce emigracyi prawie powszechnéj. Jednakże Chenier podniósł młot, który opadł wydając rozgłośne echo. Od tego uderzenia nie poruszyły się drzwi jeszcze, za drugiém otworzyło się okno i ukazała białogłowa ostróżnie wychylająca na ulicę. Chenier pokazał się i powiedział kto był.
W chwilę potém drzwi zaskrzypiały na wrzeciądzach, i Chenier, wszedł na korytarz ciemny, obszerny, zaledwie nieco rozwidniony lampą służącego. Pan de Pressy jest w domu? zapytał poeta.
— Jest, panie Chenier.
Służący poprzedził gościa i poprowadził go ku ogrodowi; otworzył drzwi i Chenier znalazł się w przepysznym salonie, oświeconym żyrandolami, zaludnionym troistym krzeseł rzędem.
— Oznajmuję pana Andrzeja Chenier, rzekł służący odchodząc.
Poeta zdziwiony został niepomału tém przygotowaniem uroczystém, tym zbytkiem najświetniejsze dni monarchji przypominającym. Rzekłbyś, że król J. M. był jeszcze w Wersalu, a pan de Pressy dawał bal tego wieczora rodzinom najznakomitszym monarszego dworu.
Tu powieściopisarz chciałby pójść za starym zwyczajem i zrysować wizerunek fizyczny i moralny pana de Pressy, ale woli po rozmyśle, żeby P. de Pressy sam się odmalował, lub wyrzezał historyczny swój posąg, słowami i czynem.
Pan de Pressy wszedł, ubrany, utrefiony, uperfumowany, jak na ranek w Oeil de Boeuf. Rzekłbyś, że tylko, co wstał z krzesła, na którém służył za wzór Roucher’owi, a portretu jego oczekiwano do galerji w Trianon.
— A! to ty, kochany poeto! zawołał ściskając za ręce Chenier’a. Bardzo zapominasz o nieprzyjaciołach swoich? Spodziewam się, że nie przychodzisz żądać odemnie jakiéj posługi. Wiesz, że umarłem od 10 sierpnia 1792 roku, umarłem i tu pogrzebiony zostałem, czekając zmartwychwstania, którego się spodziewam, gdy król będzie wolny, wkrótce, nieprawdaż, kochany nieprzyjacielu?
Kochany Pressy, rzeki Chenier, sługa twój widać lepiéj mnie zna od ciebie, otwiera tylko przyjaciołom.
— A więc, kochany poeto, rewolucya nas nie poróżniła?
— O! bynajmniéj.
— Teraz więc, słuchaj drogi Andrzeju, nie wiém powodu jaki cię do mnie sprowadza; lecz nim mówić zaczniesz, muszę ci zrobić przestrogę, którą spotykam wszystkich rzadkich moich gości. Zabroniono im przynosić mi wieści wszelkiego rodzaju. Nie chcę wiedzieć o niczém, nic nie chcę czytać, nic widzieć. Sługa mój niemy jest przedemną. Dziesiątego sierpnia, byłem w Tuileries; wiesz zapewne jakem się tam sprawił — wyszedłem z honorem. Nazajutrz, powiedziałem z Hektorem: Sat patriae Priamoque datum, i przyszedłem zagrzebać się tu w 34 roku życia, własnemi rękoma. Nie wiém i nie chcę wiedzieć, co się odtąd stało.
Rewolucye w oczach moich mają tę potężną wadę, ze są nudne. Raz doradziłem był sobie emigrować. Ale dokąd? do Anglji? czy do Niemiec? są to kraje zbyt smutne dla ludzi wesołych. Mnie potrzeba co rana, gdy się budzę, zobaczyć dzwonicę kaplicy Wersalskiéj; jest mi ona czém maszt okrętu dla marynarza, co się na nim urodził. Dzwonicy téj wszędzie brak mi będzie: zostaję tutaj. Widzisz kochany poeto, obyczaje moje domowe w niczém się nie zmieniły. Jestem ubrany, jak na wieczerzę w szczupłem przyjaciół gronku.
Dziś, czwartek, jest to mój dzień; przyjmuję, salon niebieski, jak widzisz wystrojony. Przybywasz w samę porę... patrzysz na mnie z wytrzeszczonemi oczyma, kochany poeto; rumienisz się na myśl znajdowania w towarzystwie pięknych pań, w tym śmiesznym stroju Żirondyna zakrawającego na Górala. Uspokój się; jest to mój dzień przyjęcia, ale nie przyjmuję nikogo. Rodzina moja zwykle przyjmowała we czwartki. Dopełniam obowiązku, bądź co bądź, ale nic nie będzie, a raczéj nikt...
— Tém lepiéj, rzekł Chenier uśmiechając się, bom już miał prosić o pożyczenie wieczornego ubrania.
— Jakżeś bo mógł przyjąć ten strój niewolniczy! przerwał P. Pressy. Ubrany jesteś zupełnie jak marmur starożytny wystawujący barbarzyńcę, który prosi o jałmużnę. Co do mnie, dam się posiekać w kawałki, nim pozwolę sobie obciąć włosy, à la Titus lub Caracalla, i włożę karmanjolę z gąbkowego sukna! Wówczas, kiedy mi jeszcze mówiono co się dzieje, ktoś mi powiadał, że są rewolucyoniści co przyjęli spodnie długie; i jak błazny włoskiéj komedyi się ubierają. Jeśli i ta moda stanie się zaraźliwą, bądź zdrów sławiony francuzki smaku! Wystaw pan sobie dworaka lub poetę w długich spodniach! O! o! tych wyrazów domawiając pan de Pressy rozśmiał się z cicha, wziął rękę Cheniera i rzekł: Wybacz, kochany poeto, daruj umarłemu. Rzadko mi się wydarza mówić w moim grobie; wypłacam się z zaległości mojéj roztrzepanéj prozy, przed piérwszym jakiego napadłem poetą... No... wróćmy do przedmiotu. Miałeś myśl jakąś przychodząc do mnie, mów, słucham.
— Tak kochany de Pressy, w istocie myśl mnie tu przywiodła. Ale ze wszystkiego, co mi powiadasz, sądzę niepotrzebnem prosić cię o objaśnienia, boć widzę nie należysz już do świata żyjących...
— Mów dla tego i pytaj, kochany poeto. Może przypadkiem....
— I ja rachuję na przypadki, rzekł Chenier przerywając mu, chciałbym jakiéj wiadomości o młodéj i pięknéj kobiecie.
— Jak się zowie, Chenier?
— Nie wiem, jak się zowie.
— Gdzie mieszka?
— Nie wiem, gdzie mieszka.
— A cóż wiesz o niéj?
— Nic.
— Do zbytku już jesteś poetą, nadużywasz naiwności czystéj muzy, matki twéj. Przychodzisz do mnie czegoś się dowiedzieć, z takiemi tylko danemi!
— Ale kochany Pressy, wszystkiego ci powiedzieć nie mogę, ponieważ...
— Prawda, Chenier, rozumiem, uważasz na moję przestrogę. Zabroniono jest najwyraźniéj odwiedzającym mnie, mówić o tém, co się zewnątrz dzieje; nawet dla ciebie, Chenier, nie zrobię wyjątku.
— Ten zakaz niezmiernie mnie pęta.
— Ale probuj dla tego, probuj kochany poeto powiedzieć mi cóś, nie uwiadamiając o niczém.
— Jest to kobiéta wzrostu więcej niż średniego, w sukni...
— Ostróżnie, Chenier, przestrogę pamiętaj! powiesz mi o jakiéj piekielnéj modzie nowéj, która mi krew zburzy.
— No, to ci nie powiem o sukni; ale ubranie głowy.
— Tém bardziéj! Niech mnie Bóg uchowa, żebym wiedział, jak dziś kobiety głowy stroją... może całkiem ich nie ubierają!!...
— Dam więc pokój głowie; twarz pełna powagi i szlachetności, oczy czarne bardzo piękne, popiersie prześlicznych kształtów, postawa ex-hrabiny, nadewszystko nóżki malutkie, jakich mało, nóżki które zdają się ze wstrętem stąpać po ubitéj ziemi, jak gdyby przywykły posuwać się po posadzkach, po marmurach i kobiercach...
— Wybornie, Chenier, i chcesz żebym cię oświecił, kierując się podobnemi wskazówkami? To dosyć trudno. Wszystko to zbyt nieokreślone, opis twój dałby się zastosować do pięćdziesięciu kobiet dawnego dworu.
— Gdybym mógł nieco zapomnieć o przestrodze.
— No, Chenier, dozwalam ci o niéj troszeczkę zapomnieć, na chwilę ją usunąć, ale nie nadużywaj.
— Mogę ci pokazać list.
— O! to, nie! nadużywasz!
— Urywek... pismo...
— Ani urywku! dosyć będzie adresu.
— Kiedy go niema.
— No! to pokaż takie cztéry wiersze, w których by nic nie było: cztéry wiersze nic nieznaczące; listy są zazwyczaj pełne podobnych.
Chenier oddalił się na chwilę, przebiegł oczyma list bezimienny, i znalazłszy co żądał, ukazał kawałeczek najmniéj znaczący.
Pan de Pressy przebiegł go oczyma i pobladł; smutek głęboki wyrył się na jego twarzy; ale nadludzkiem usiłowaniem zwyciężając się, przybrał swój uśmiech i wdzięczny układ dworaka, oddał list Chenierowi i rzekł: nie znam tego pisma...
Chenier dostrzegł zmięszania P. de Pressy, ale przybrał postawę roztargnioną człowieka, który nic nie widzi.
— Muszę cierpliwie nosić moję zagadkę, rzekł, dopóki jéj los nie rozwiąże.
— To najlepiéj, rzekł P. de Pressy udając zupełną obojętność.
— A musi już być bardzo późno, dodał Chenier żegnając się; przyjaciel mój Roucher może być o mnie niespokojny. Żegnam cię kochany, Pressy — żegnam.
— Bądź zdrów kochany poeto; pamiętaj, że przyjmuję w czwartki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.