Przejdź do zawartości

Andrzej Chenier/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Méry
Tytuł Andrzej Chenier
Podtytuł Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794)
Wydawca Józef Zawadzki)
Data wyd. 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł orygin. André Chenier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
List.

Starym swoim zwyczajem, wiosna odmładzała piękne drzewa lasów Satory, pod Wersalem; kwiaty dzikie, zielone wzgórza, krzaki wonne, budziły się z piérwszemi kwietnia poranki, jak gdyby ludzie nie zaprzestali używać świeżych bogactw, jakiemi natura dla nich się stroi, po nudnéj zimie.
A była to wiosna roku 93: dwóch ludzi, ubranych z prostotą więcéj niż skromną, usiedli, trochę na ustroni od ścieżek uczęszczanych, w lasku Satory; starszy zdawał się mieć około czterdziestu pięciu lat; twarz jego łagodna i pojętna oblana była melancholją; towarzysz jego mógł mieć około lat trzydziestu, był średniego wzrostu, głowę jego okrywały piękne czarne włosy, czoło było szerokie, oczy jego niebieskie, rysy twarzy energji pełne. Byli to dwaj znakomici poeci: pierwszy z nich Roucher, drugi Andrzéj Chenier.
Andrzéj Chenier rozłożył właśnie list, który zdawał się bardzo długi, sądząc po wielkości koperty, i odezwał się do przyjaciela:
— List ten oddał mi nie postyljon, ale jakiś tajemniczy posłaniec. Nikt przez tę pustynię nie przechodzi. Schronienie wyborne. Nie trzeba dziś niczém gardzić, nawet przestrogami nieznajomych. — Czytajmy, list bez podpisu.
«Z wielkiej liczby ludzi, którzy od r. 1789 miotają się we Francyi, żaden może nie miał czasu, obejrzeć się z uwagą na siebie. Każdy więcéj spoglądał na drugich, i przez mgłę krwawą téj wojny domowéj, która trwa od lat cztérech, nikt pewnie nie przypatrzył się nawet rysom twarzy najbliższego sąsiada. Nikt nikogo nie badał, popychano się, a silniejsi wywracali słabszych. Nikt się nie zna. Gorączka powszechna tak silna, że wszystkie charaktery, powołania, instynkta wyszły z miejsca; tak, że ci co się zrodzili do życia palrjarchalnego na łonie rodzin swoich, porwali do rak topory, i ukazują się nam w złowrogim blasku, w odzieży kata, gdy drudzy, co w sercu mieli namiętność energiczną, przestraszyli się sami siebie, widząc czyny drugich i żyją dziś na ustroni, spokojni i zapomnieni. Twój ulubiony pisarz Bernardin de St. Pierre, mówi o kataklyzmie jakimś, co wszystkie strefy pomięszał i krainy zwrótnikowe przerzucił na bieguny, a biegunowe ku zwrótnikom. Teorja ta zapożyczona z fizyki, da się zastosować do zjawisk umysłowych. Krew uderzyła do głowy Francyi. Wszystkie strefy społeczne zmięszały się i wywróciły.
«Zbierz ducha w siebie, Andrzeju Chenier; pochwyć w przelocie, w pośród zewnętrznych naszych ciemności, jeden z tych błysków, które Bóg najgrubszym zsyła nocom, i spytaj się czy śmieć będziesz wyrzec, żeś się urodził na takie życie, jakie od lat cztérech prowadzisz. Konstantynopol był kolebką twoją; greczynka ci matką była; język wielkich poetów twoim piérwszym przyjacielem; morze piérwszą kochanką. Przepłynąłeś potém Archipelag, jak naddziad twój, Homer ślepy, i przybyłeś do Europy z potężnym poezji zapasem, z dźwiękami melodyi i miłości pełnemi. Cóżeś zrobił ze skarbami temi, które Bóg zrzuca w dusz ludzkich pustynie, na ukochane mu głowy? Pożyczyłeś mowy cudzéj, miasto nauczyć ich swego języka; pisałeś pospolite pamflety; rozpocząłeś polemikę z Brissot’em i Collot d’Herbois; pisałeś satyry prozą przeciw Piotrowi Manuel, prokuratorowi generalnemu gminy paryzkiéj; związałeś się z ideologami, a duszę starego ojca zalałeś goryczą, gdy gazety paryzkie rozległy się smutnemi waszemi rozterki z bratem Marją-Józefem! Otóż do czego wiedzie, niepohamowany popęd namiętności politycznych, nawet najpoczciwsze dusze! W imię republikańskéj zasady braterstwa, szarpaliście się bracia rodzeni! Daliście do rozwiązania świata, to smutne zadanie: który z nich będzie Kaimem? Wy! wy poeci oba! nie pomyśleli-żeście nigdy o matce waszéj, gdy obu pieściła na jednych kolanach siedząc nad brzegami Bosforu! Oczy wasze ni razu nie zwróciły się ku téj drogiéj mogile. Zapomnieliście matki dla Collot d’Herbois, dla Garat’a i Cabanis’a. O! szlachetna, o! piękna ta polityka wasza, która dwóch poetów, wiedzie do tego bratobójczego braterstwa!”
Tu Andrzéj Chenier przerwał czytanie listu, i odezwał się głosem wzruszonym do towarzysza:
— Chciałbym bardzo wiedzieć, kto mi to pisze. Maszli jakie imię, którebyś pod tym listem podpisał?
— Właśnie słuchając myślałem o tém, rzekł Roucher... Nie jest to list Pange’a.
— O! de Pange nie tracił by czasu na pisanie, przyszedł by i powiedział co myśli.
— Byłże by to, który z braci Trudaine?
— Nie... z téjże przyczyny nie sądzę... ale to być musi ktoś, kogo jednak obchodzę żywo, bo w téj chwili każdy skłonny do egoizmu; osobiste sprawy pochłonywają każdego i o bliźnim zapomnieć każą.
— Lepiéj się zastanowiwszy, rzekł Roucher po chwili, myślę, że chyba kobiéta mogła powziąść myśl napisania takiego listu. Mężczyzni w zagadnieniach politycznych nigdy na rzeczy z tego stanowiska nie patrzą. Wszyscy, w stronnictwach swych mają teorje niepokonane, żaden nie śmie oprzeć się zimnym rachmistrzom mówiącym w imieniu filozofji i ludzkości. Mężczyzna, w czasie w którym żyjemy, nie śmiałby nic podobnego napisać, bojąc się odpowiedzi zwyczajnéj, która na nic nie odpowiada, a do wszystkiego służy: nie znacie się na polityce wy co tak mówicie. Są powody wyższe patryotyzmu i dobra powszechnego, które zabijają wszelkie podobne uwagi; przedewszystkiém potrzeba być obywatelem.
— Zdaje mi się, że masz słuszność Roucher — kobiéta... kobiéta, któréj podobno nie znam, a którą los mój obchodzi... Mężczyzni i kobiéty nigdy się w polityce nie zgadzają; my mówimy głową, kobiéty sercem; ale kończmy czytanie:
«Andrzeju Chenier, zapoznałeś powołanie swoje; przy wstępie do życia, wziąłeś zapał szlachetnych popędów za powołanie wojskowe, wszedłeś w szeregi. Wkrótce niesmak się wyrodził; poznałeś że rzemiosło żołnierza nie było dla ciebie, i oddałeś się podróżom.
«Gdy rewolucya wybuchła, uległeś pociągowi idei poczciwych, i stałeś się publicystą. Raz, pod cieniem drzew w Passy, muza grecka, muza matki twéj, doradziła ci słodkie wczasy i kapłaństwo poezji; przyniosła ci siedmiostronną lirę, i ręka twa już wyciągniona była by ją pochwycić, gdy wszedł Cabanis i podał ci pióro, a tyś napisał zamiast wielkiego poematu, świstek, pod tytułem: Przestroga Francuzom o ich prawdziwych nieprzyjaciołach.
«Drugi raz, w lasku d’Autruil, trzymałeś kwiaty w ręku; miękki trawy kobierzec rozściełał się pod twemi nogami, śpiew ptaków odzywał się nad twoją głową, w około jaśniały wdzięki kwietniowéj jutrzenki; już usta twe poczynały wiersz joński, gdy przyjaciel twój Garat spotkał cię i namówił do ogłoszenia sławnego twego: Numeru trzynastego Dziennika Towarzystwa 1789. Od téj chwili muza twa zwinęła skrzydła, uczyniono cię redaktorem głównym Gazety paryzkiéj, i Homer pisał Illjadę klubu Jakóbinów.
«O! wiém jak się usprawiedliwiać będziesz, a choć to tłómaczenie uczciwe, ja go nie przyjmuję. Tak, rzeczesz mi, kto wśród krajowych wstrząśnień trzyma pióro w ręku, winien tym orężem walczyć o zwycięztwo wielkich zasad porządku społecznego i ludzkości, choćby miał paść na tém polu obywatelskiém. Jest to prawdą dla wielu, ale ty, Andrzeju Chenier, tyś nic na tém polu nie miał do czynienia, to nie cyrk olympijski. Choć całą głową przenosisz pisarzy, z któremi walczysz, oni cię zwyciężą; oni cię zawsze zgniotą. Pisarz dogmatyczny, suchy, pedant, zimny, trzeźwy i wstrzemięźliwy bo bezsilny, zwycięży cię w tych zapasach; powiedzą o nim, że jest poważny i głęboki; o tobie żeś powierzchowny i poeta. Upadniesz bez korzyści dla swojéj sprawy, bez sławy dla imienia twego.
«Ręka, co kreśli tych słów kilka, nigdy nie dotknęła twojéj, Andrzeju Chenier, ale serce co nią kieruje, liczy zdaleka wszystkie uderzenia twojego; ale głos proroczy wychodzi z tych zimnych kart, które w téj chwili czytasz, i woła do ciebie byś złożył cest gladyatora, a wziął lyrę poety: to jest, wszedł na drogę, która jest jedyném i istotném powołaniem twojém. Opatrzność, która wybranych swych chce ocalić, posługuje się czasem ręką niegodną, i pisze nią oznajmienia swe; dziś może moją wybiera: nie pogardzaj tém, co ci się zdawać może pochodzić z nizka, to, mam-li wierzyć przeczuciu, pochodzi z wysoka.”
— Niepodobna wątpić, rzekł Chenier, kobiéty to list... spójrz zresztą na pismo, płeć w niém wyraźna; charaktery nakreślone nieśmiało, znaków pisarskich całkiem braknie, linje z lewa ku prawéj się podnoszą i tracą równowagę... to pisała kobiéta...
— I najpodobniéj, dodał Roucher, kobiéta mieszkająca w Wersalu.
— Niewątpliwie, a nikt jednak nie wié, zdaje mi się, że tu obrałem schronienie.
— Nikt, prócz téj kobiéty — zauważył Roucher.
— Prawda, bo pisze do mnie i posyła mi list przez posłańca, którego spotykam na progu domu.
— Chce być niepoznaną, mówił Roucher, bo odpowiedzi nie żąda, i adresu ci nie daje.
Chenier pomyślał chwilę i rzekł:
— O! znajdę ją, muszę znaleźć! jestem pewny.
— Wątpię — rzekł Roucher.
— Zobaczysz, mój przyjacielu.
— Gdybyśmy żyli w zwyczajnych czasach, rzecz byłaby łatwą, ale i my nie zbyt w ruchach naszych swobodni, a lękając się sami, żeby nas nie odkryto, ciężko myśleć o szpiegowaniu drugich.
— W planie moim przewidziałem tę trudność, i — usuniętą została. Znajdę tę kobietę nie ruszając się z domu.
Uśmiech smutny, jak wszystkie uśmiechy owego czasu mignął na twarzy poety Roucher, i rzekł późniéj:
— Przyjacielu, zrobiłeś dość uwag o piśmie tego listu i wiele domysłów nad jego autorem prawdopodobnym. Teraz radbym się dowiedzieć, co myślisz o naukach i przestrogach nieznajomego lub nieznajoméj....
— O! nieznajoméj! rzekł Chenier zastanowiwszy się.
— No! niech i tak będzie, nieznajoméj, przypuszczam płeć żeńską. No — cóż myślisz?
— Mój przyjacielu, gdybym nie myślał, że stokroć ma słuszność, czyżbym się starał ją poznać? Tak myśleć i pisać może tylko kobiéta wyższych usposobień... sądzę, że młodą być musi — bardzo młodą. W teraźniejszych czasach, stare kobiety zamykają się w domach i nie mięszają do tego, co się dzieje zewnątrz — musi być młodą...
— Jednakże, przerwał Roucher, listem dowodzi niejakiego doświadczenia...
— A! mój Boże, ostatnie cztéry lata, dały doświadczenie dzieciom nawet. Z téj strony wszyscyśmy starzy.
— Dobrze, zawołał Roucher, uśmiechając się — przypuściliśmy, że jest młodą; przypuśćmy jeszcze, że piękna.
— O! to nie zaprzeczona! piękna! myśli jakie zamyka ten list, muszą się z natury swéj odbijać w twarzy i oczach; dusza musi jaśnieć we wszystkich rysach téj nieznanéj twarzy; czytając ten list, widzę ją.
— Chenier, rzekł Roucher z westchnieniem, bardzo już dawno, jak się nam podobnéj treści nie wydarzyła rozmowa.
— Niestety! tak jest, przyjacielu, wina w tém rewolucyi... wielu jest ludzi, co żyć nie mogą bez wzruszeń ulicznych i wrażeń Izb, umierając z nudy, gdy im ich zabraknie. Ludzie ci pocieszają nas z sobą gwałtownie, nas co umiémy żyć najdrobniejszém zjawiskiem natury, promieniem słońca, lub gwiazdą, cieniem drzewa, wonią kwiatu. Gdybyśmy powołali z sobą tych ludzi czytać wiersze, poglądać na naturę i mówić o tajemnicach duszy i roskoszach życia, jakby nas pogardliwą zbyli odmową! a my idziemy za niemi, głupcy! I ty, mój poczciwy przyjacielu, ty co umiész sobie zapewnić tak doskonale całodniowe szczęście dwónastą wierszami o wiośnie, i ty ulegasz powszedniemu pociągowi, mięszasz się do dziwnego świata, który twoim nie mówi językiem, niema upodobań twoich, twych obyczajów, twych przywyknień, twéj wiary i miłości.
— Bo muszę! rzekł naiwnie Roucher; gdy ci panowie nie chcą ze mną układać dwónastu wierszy na cześć wiosny, to i ja z niemi zmuszony jestem pisać dwanaście kart o prawach ludzkości.
— Tak! otóż to logika nasza! Musimy zabawiać nudy tych panów, my co nie potrzebujemy nikogo do szczęścia, mając niewinne fantazje poetów. Dość poświęcaliśmy się dla ich przyjemności, teraz pożyjmy, trochę dla siebie.
Poeci rozmawiając tak skończyli swą przechadzkę, i weszli do małego domku, prawie odosóbnionego, okrytego dwoma pięknemi drzewy, które zdawały się odkradzione z blizkiego lasu, na osłonę przytułku dwóch wygnańców.
Staruszka otworzyła im drzwi, Andrzéj spytał jak zazwyczaj:
— Nic nowego?
— Nic, odpowiedziano mu.
— Czy już czasem, rzekł Roucher, nie wyglądasz wiadomości od młodéj i pięknéj kobiéty, która do ciebie pisała?
— Roucher, rzekł Chenier uśmiechając się, zawsze wdzięcznie żartować umiesz, ale zdaje mi się, że jutro już nie będzie z czego.
— Jutro! Jak to! w tak krótkim czasie tajemniczy korespondent twój, miałby zrzucić osłony?
— Tak, przyjacielu, jeśli jutra doczekamy równie pięknego, wiosennego dnia jak dzisiaj.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Méry i tłumacza: Józef Ignacy Kraszewski.