Andrzej Chenier/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Osiemdziesiąt dziewiąty wkrótce miał zaświtać; w hotelu de la Tour d’Aigues; w Aix, dawano wieczór świetny. Pogoda i spokój złotego wieku jaśniały w salonach i masowały się odbite w twarzach kobiet i mężczyzn. Wszystek ten świat, kołysany błogiem uczuciem, zdawał się być pokrewnym szytym na obiciu postaciom, na którém pasterze i pasterki Lignonu, uśmiechali się do siebie, niosąc krzywe w ręku laseczki strojne różowemi wstążkami.
Towarzystwo dnia tego rozprawiało o wszystkich płochych chwili zajęciach, gdy oznajmiono podróżnego, krewnego nieboszczyka P. de Voltaire: był to Florjan, przybywający z Langwedocyi, dążący do Paryża, chwilę wstrzymany w Aix. Oczekiwano na niego niecierpliwie; wiedziano już, że miał wydać dwa romanse Estellę i Galatheę, przyrzekł je odczytać tego wieczora. W téjże chwili prawie, margrabia d’Albertas przybył z zamku swojego Gemenos, z księdzem Delille. Hotel de la Tour d’Aigues, od kilku dni także ugaszczał jednego jeszcze podróżnego, mającego pozyskać wielką sławę, młodego Andrzeja Chenier. Wieczór zapowiadał się świetny. Młode kobiety wyższéj klassy uśmiechały się z radości na samą myśl usłyszenia Estelli, wprzód niżeli ją w Wersalu w hotelu de Grave, dokąd Florjana oczekiwano, przeczytają.
Pan de Florjan rozwinął rękopism, który był podobno siódmą kopją, i szlachetne serce słuchaczy zabiło z radości w chwili, gdy się dał słyszéć początek: O wy! pasterki kraju mojego, wy które pod słomianém pokryciem zakrywacie wdzięki, któremi by tyle innych się pyszniło! Uwaga ciągle współczucia pełna, niekiedy zapału, towarzyszyła czytaniu pasterki okcytańskiéj. Oklaski, prawie zgodne, dały się słyszeć w końcu, a ksiądz Delille, który poetę w prozie nie uważał za strasznego rywala, przepowiedział Florjanowéj sielance, wielkie powodzenie.
— Teraz, rzekł pisarz sielankowy, jeśli szlachetne towarzystwo dozwoli, młody kompozytor przybywając z Włoch i podróżujący ze mną, zaśpiewa jednę z piosnek Estelli, przy fortepjanie.
Szmer powszechnéj radości przebiegł po kątach uprzywilejowanego salonu. Młody człowiek niewielkiego wzrostu, twarzy ożywionej oczyma włoskiemi, siadł do fortepjanu i zaśpiewał piosnkę:
Pasterz tak piękny i czuły....
Arję uznano zachwycającą; okryto ją nieskończonemi oklaskami.
— Ten młodzieniec pójdzie wysoko, rzekł pan Florjan.
— Jak się nazywa? spytało kilka głosów.
— Cherubini.
— Co za roskoszny wieczór! powtarzano na wszystkich prawie krzesłach.
Pan d’Albertas głos zabrał.
— Mamy nowe szczęście jeszcze, rzekł; JMPan Delille powie nam wiersze, które ułożył w zamku moim Gemenos, wiérsze przeznaczone do poematu: Wieśniak. Odgłosy radości nastąpiły po tych wyrazach; poeta wstał, skromnie się ułożył, jak człowiek do tryumfów przywykły i deklamował ustęp znany, poczynający się:
Widziałem cię winnemi uwieńczoną grony,
Urywek ten przyjęły został z uwielbieniem na jakie wówczas wszystkie poezje Delilla zasługiwały zwykle. P. d’Albertas, poczciwy szlachcic, wyśmienitego serca, rozpływał się z radości słuchając tych wierszy sławiących Tempe Prowancyi. Była to ostatnia wesoła chwila jego życia; wkrótce miał upaść od sztyletu zbójcy w téj roskosznéj oazie, pełnej cienia i wody, nad którą wznoszą się cztéry wieżyce zamku Gemenos.
Wieczerza wytworna uwieńczyła ten wieczór literacko-pasterski. Jak to zwykle bywa w takich razach, przytomni rozmawiali o prozie i wierszach, które słyszeli.
P. de Castellane nadewszystko nadał żywy obrót rozmowie, uwagą, która zdała się bardzo trafną:
— Mamy tu, o kilka mil od Aix, zamek przypominający myśl jednę i jednego filozofa....
— Zamek Vauvenargues, ozwało się kilka głosów.
— Tak jest. No! Vauvenargues to przecie powiedział, że literatura jest odbiciem społeczeństwa. Jest to myśl nadzwyczaj trafna, niezmiernie prawdziwa. Społeczność nasza, tak wzruszona i niespokojna za czasów Frondy i w ostatnich wojnach religijnych, dziś jest uśmierzona zupełnie, wypogodzona ostatecznie; odtąd zachowa to usposobienie, bo doświadczenie uczy ludzi. To też, pisarze, muzycy, poeci, spójrzmy co czynią? Piszą, śpiewają, wedle spokojnego smaku swéj epoki. Francya wpada w zapał słuchając powieści z życia dwójgu, prostych pasterzy. Obyczaje nasze złagodzone są do tego stopnia, że innéj literatury nie pragną, a pisarze odpowiadają tym szczęśliwym wymaganiom, dziełami naiwności pełnemi, śpiewami prostemi, godnemi złotego wieku.
— Nic prawdziwszego, odezwał się P. de Florjan; pisarze nim pisać poczną, przysłuchują się światu, dają mu to czego pragnie, tym tylko sposobem zyskują sławę sobie i powodzenie dziełom swoim. Tak naprzykład, gdyby dziś poeta ujął trąbę marsową, lub powołać chciał lud do buntu przeciw królowi, nie miałby i jednego czytelnika.
— O! ani jednego! zawołali biesiadnicy i mężowie stanu 1788 roku.
— To też, ciągnął daléj pan de Florjan, powiem jak pan Rousseau z Genewy, i daleko szczęśliwiéj od niego: Widziałem obyczaje wieku, i piszę sielanki.
— Ślicznie! ślicznie panie de Florjan! zawołało kilku gości.
Pan de Florjan mówił daléj:
— Wszystkie nadużycia energicznie potępione przez sławnego krewnego mego P. de Voltaire, znikły. Wojna encyklopedystów dościgła celu swego. Lazur niebios ukazuje się po burzy. Gdyby pan de Voltaire, od dziewięciu czy dziesięciu lat zmarły, miał jeszcze pióro w ręku, pisałby prześliczne sielanki, o pasterkach z nad brzegów Fernejskiego jeziora.
Najniezawodniéj! powtórzyło szlachetne zgromadzenie; i pan Rousseau z Genewy także!
— Ależ on także, ciągnął daléj pan de Florjan; Rousseau miał już skłonność pewną do rodzaju sielankowego. Napisał mnóstwo sielanek sam o tém nie wiedząc; cóż by to on dziś natworzył w tym rodzaju, gdyby Francya zapragnęła od niego eklogi? a nie Umowy społecznéj?
— Rzecz oczéwista, rzekł P. Delille, że Rousseau dziś jak my puścił by się w pasterstwo. Zresztą według mnie, nic doskonalszego nie stworzył nad Wieszczka wiejskiego.
— Capo d’opera, dorzucił młody Cherubini.
— Tak, arcy-dzieło! rzekł P. Florjan, muzyka francuzka nie może pójść daléj.
Rozprawa, coraz żywszą się stając, zeszła na inne kwestje, na których ją opuścim; dość dla nas, żeśmy skreślili cząstkę tego obrazu historycznego czasu, gdy społeczność Francyi usypiała, w błogosławionéj nieopatrzności swéj, na progu 89 roku. Biesiadnicy napełniali wykrzykami salę, tak, że trudno było pojedyńczą usłyszeć rozmowę, wiedzioną u końcu stoła, między młodą kobiétą a poetą, co się do powszechnéj wrzawy nie mięszał.
— Tak, pani, mówił poeta odpowiadając na jedno obojętne pytanie mające służyć za początek rozmowie — tak, ja lubię rolę słuchacza.
— Jednakże, pan też poetą jesteś? spytała młoda kobieta.
— Poetą... pani... nie wiém doprawdy... wątpię... Byłem podporucznikiem w regimencie Royal-angoumois, dziś nim nie jestem, możem był wczoraj poetą, a dzisiaj...
— Jak to, dziśbyś pan miał stracić i podporucznikowstwo w poezji? Możnaż tak nie dbać o stanowisko swoje?
— Probuję życia, probuję...
— Urodziłeś się pan w kraju bardzo mogącym natchnąć poetę, w Konstantynopolu.
— A kraj ten jednak żadnego turka nie uczynił poetą.
— Konstantynopol czekał zapewne, na cztérech synów konsula Chenier.
— Dziękuję pani za braci moich.
— Pozwolisz mi pan być trochę natrętną?
— O! pani, młodość, wdzięk, piękność, nie mają prawa pytać nawet o pozwolenie?
— Patrzałem na pana uważnie, gdy Florjan czytał Estellę, gdy P. Delille mówił swe wiersze, i twarz jego nie odbijała powszechnego zachwytu?
— Zachwycam się zawsze w głębi siebie. P. de Florjan, Ks. Delille są pisarzami wielkich zalet. We Francyi wielkim tylko talentom powodzi się — a im się powiodło.
— Zdaje mi się, że dość niezręczne zadaję panu pytania....
— A! nie, to ja tak zapomniałem odpowiadać, od czasu jak wyszedłem z wojska.
— Muszę mówić na ten raz wyraźniéj — co pan sądzisz o Estelli P. de Florjan?
— Jest to wytworne tłómaczenie wielu naszych kobierców. Pasterze i pasterki są nie wiem czém, ale pewnie nie pasterzami i nie pastérkami.
— Widzisz pan, żeś się powoli odpowiadać przyzwyczaił, jak gdybyś miał wrócić do wojskowéj służby.
— O! służyłem Francyi sześć miesięcy, i pewien jestem, że tego rodzaju służby pół roku było za wiele. Nie moje to powołanie.
— Chciałabym też, panie Chenier, wiedzieć zdanie jego o wierszach Ks. Delille, tak ślicznie nam wydeklamowanych.
— W istocie pani, deklamuje prześlicznie.
— Tak, ale o poezji co pan sądzisz.
— O poezji! a! w istocie — wiersze napisane z wielką łatwością, ale przyznam się pani, że nie bardzo lubię poezję w rodzaju naprzykład ustępu:
Zdaje mi się, że nie tak poeta powinienby malować zachwycającą Tessalską dolinę Gemenos. Nad wszystkie te wierszyki łatwe, zręczne ale zimne, całe życie przenosić będę czworowiersz, który mi któś wczoraj przeczytał, u jednego adwokata parlamentu. Czworowiersza tego autorem jest ziomek pani, pan de Valbelle, szczęśliwy kochanek panny Clairon, aktorki teatru komedyi. Jednego wieczora przechadzali się razem w parku w Tourves, nie daleko Aix; panna Clairon spoglądała na gwiazdę oczyma pożądliwości, a Valbelle ułożył czworowiersz, który moim zdaniem wart tyle, co cała konstellacya:
Miłości chwila wybija;
Niech wzrok twój gwiazdy omija,
Chenier powiedział te kilka wierszy z zachwycającem uczucia wyrazem, a oczy jego, których źrenice jaśniały lazurem rodzinnego Bosforu, zabłysły ogniem pod szérokiém czołem, pełném przyszłości.
Młoda kobiéta spójrzała długo na poetę, i dwie łzy tajemnicze, dwie perły nieodgadnionego smutku, spłynęły po jéj pięknem licu. Andrzéj Chenier myślał o poetycznych miłostkach pana de Valbelle z panną Clairon.
— Zrobiłeś pan kiedy uwagę, rzekła młoda kobiéta poczynając się uśmiechać, jak to czasem niewiele potrzeba, żeby być smutnym w końcu najweselszéj uczty?
— O! nie wszystkim to pani! W ogólności, wesołość podbudza się sama środkami sztucznemi; odurza wszystkie głowy, gwałci biesiadników dyssydentów i nieusposobionych do niéj, i naówczas wywołuje smutek w kątku filozoficznym stołu, z którego tylko poglądają na nię jak przechodzi.
— Może to wspomnienie tego biédnego Valbelle, tak mnie poruszyło przed chwilą. Był to przyjaciel rodziny mojéj, i tak miły człowiek.
— Przebacz pani, dzika to była myśl z mojéj strony myśl egipska, wprowadzić do téj sali biesiadnéj, smutną trumnę.
— O! cudna to myśl panie; Egipcyanie mieli słuszność... Nie, nie nazwisko to tego człowieka smutek mi w duszę wlało, niesłuszniem pana obwiniła; cóś jakby chmura krwi przesunęła mi się przed oczyma, muszę być strasznie blada, nieprawdaż?
— Pani to mówisz z uśmiechem, a ja się nie przestraszam.... owszem rumieniec jéj jaśnieje nadzwyczajnie... oto zwierciadło, które nie potrafi kłamać, aby ją uspokoić... Nie wierz pani mnie, ale jemu.
Młoda kobiéta powstała powolnie i zbliżyła się do źwierciadła; potém usiadła znowu w miejscu, i odezwała się spokojnie.
— W istocie okropnie jestem blada; skłamałeś pan bardzo grzecznie panie Chenier...
— Pani...
— O! mamy tu sędziego z Wenecyi, który wyrok jego skassował.
Z uśmiechu przeszła do powagi i mówiła: W naszych rodzinach wojskowych, miewamy zawsze podobne przeczucie nieszczęść. Gdy wuj mój zabity został na okręcie la Belle-Poule, którym dowodził pan de la Clochetterie, matka moja, w chwili jego śmierci zbladła przed źwierciadłem. Mój mąż jest teraz z okrętem swoim na morzu; wielkie niebezpieczeństwo mu zagraża. Zobaczysz panie Chenier, zapamiętaj ten dzień... Niewiasty Gallów od brzegów Ronu, dziś jeszcze jak niegdyś, mają genjusz przeczucia.
Chenier z dziwnym oczu wyrazem spójrzał na młodą kobietę. Goście się rozchodzić zaczynali, posługacze niosący lektyki napełniali sieni, w podwórzu błyskały pochodnie przewodników, krzyżowały się pożegnania, obiecywano sobie zobaczyć się wprędce, winszowano tak miłego wieczora. Chenier oczyma gnał za młodą kobietą, wśród tego świetnego tłoku ją widział tylko, wszyscy sobą byli zajęci.
W tém zbliżył się pan de Castellane i odezwał się: — Będziemyż długo jeszcze mieć przyjemność cieszenia się nim tutaj?
— Niestety! nie, odpowiedział poeta, za dwa dni odjeżdżam do Paryża. Ojciec mój czeka na mnie.
— Ślicznąś pan miał sąsiadkę u stołu.
— O! przecudną. Nie miałem odwagi spytać o jéj nazwisko.
— Jest to hrabina Margareta de G.
— Żona oficera od marynarki?
— Mąż jéj dowodzi okrętem l’Epervier, który ma missją do Senegalu.
Andrzéj obojętnie tego wysłuchał, ukłonił się panu de Castellane i za służącym poszedł wielkiemi wschodami.
Dwa poprzednie rozdziały są jakby prologiem następującéj powieści.