Andrzej Chenier/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Andrzej Chenier |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) |
| Wydawca | Józef Zawadzki) |
| Data wyd. | 1852 |
| Druk | Józef Zawadzki |
| Miejsce wyd. | Wilno |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski |
| Tytuł orygin. | André Chenier |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pewnego razu, pan prokurator generalny trybunału w Aix, był łaskaw zaprosić mnie na wieczór, który dawał w domu swoim na ulicy Święto-Michalskiéj. Pan Borely, jest najprzyjemniejszym, najdowcipniejszym i najzacniejszym z urzędników. Szczęściem jest dla każdego odpowiedzieć na grzeczne jego wezwanie; bo każdy pewien jest, że znajdzie tu przyjęcie wdzięczne człowieka wykształconego, który zrzucając z siebie togę, zapomina osądach i procesach.
Aix jest miastem stworzoném dla nauki, pełném wdzięku i spokoju. Marsylja, rzec można, stanowi jego handlowe przedmieście. Korzystałem z zaproszenia P. Borely i zabawiłem nieco w zacnym grodzie Sexcjusza. Raz, gdym z panem prokuratorem rozmawiał stojąc w oknie jego domu, spostrzegłem na przeciwko ogród spokojny, pusty jak cmentarz, opuszczony przez żywych i umarłych.
— Patrz pan, rzekłem do P. Borely, co to za miłéj melancholji ustroń, gdyby z tych wysokich traw wyglądały zielonawe złomki posągów, i urna skruszona wodowstrętnéj Najady, sądziłbym się w Rzymie, na górze Quirinalu. Któż jest szczęśliwym posiadaczem tego ogrodu?
— Nie żyje on, był nim hrabia de C....
— A! stare to, szlacheckie w Prowancyi nazwisko; niema nic bardziéj malowniczego nad stary zameczek hrabiów c... w głębi golfu Carry. Więc i ten ogród był jego własnością; cóż to za śmieszność umierać mając tak piękne rzeczy!
— Ale, przerwał mi pan Borely wskazując palcem na wspaniały hotel, ogród ten należy do hotelu, a hotel był także własnością hrabiego.
— To jakiś hrabia bajeczny! kochany prokuratorze... zowiesz-że ten ogromny gmach hotelem! To pałac przecie, to Luwr wasz! Któż jest posiadaczem tego Luwru?
— Wdowa, hrabina de C... O! o! gdybym opowiedział ci całą historją, gotów byś z niéj powieść napisać.
— Jeśli się pan nie obawiasz powieści, powiedz mi też historją.
— Nie będzie długą. Ten Luwr nasz, jak go pan nazywasz, zamieszkuje dwie tylko osoby, hrabina de C... i stara jéj sługa; zajmują one jedyne pomieszkanie dotąd mieszkalne; a hrabina od lat cztérdziestu nie wyszła z niego krokiem.
— Jak to? nie widuje nikogo?
— Nikogo. Hotel jéj dla wszystkich bez wyjątku zamknięty.
— Ależ wnosząc z hotelu, domyślać się można i znacznego majątku?
— Sto tysięcy franków dochodu.
— Są na świecie szczęśliwi spadkobiercy!
— Wedle powszechnego odgłosu, sąsiadka moja przepędza czas bardzo przyjemnie i wedle upodobania. Czyta, pracuje nad literaturą, tłómaczy Horacjusza...
— Co? tłumaczy Horacjusza! zawołałem przerywając panu Borely — z oryginału czy z innego tłumaczenia?
— Cóż znowu! z oryginału! Pani de C... mocniejsza jest w łacinie od pana.
— A! panie prokuratorze, nie wyjadę z Aix, żebym nie odwiedził godnéj sąsiadki pańskiéj.
— Próżne by to było staranie.
— Napiszę do niéj list wierszami, i po łacinie.
— Szkoda czasu i łaciny.
— No! szanowny prokuratorze, chcesz-li się założyć i zakład przegrać ze mną?
— I owszem.
— Zakładam się o sto franków na ubogich, że wnijdę do tego niedostępnego hotelu.
— Radbym przegrać zakład, bobyś nam pan piérwszy opowiedział, co w sobie ten pusty Luwr zawiera. Wyobraź pan sobie, że umeblowanie jest z roku 1788, że nic nie zmieniono w niém i nie poprawiono, nie tknięto nawet niedopalonéj główni, która zagasła zduszona nogą Mirabeau odjeżdżającego do Paryża.
— Prokuratorze, podbudzasz moję ciekawość do najwyższego stopnia, wnijdę...
— Przyjmuję zakład.
— Nigdym w życiu nie przegrał zakładu.
— Wszystko począć trzeba kiedyś.
Wyszedłem od P. Borely, usiłując zaraz zrobić przełom przed twierdzą hrabiny de C... Główną kwaterę moję założyłem w rogu ulicy Cztérech-Delfinów, ulicy pustéj, którą zaludnia najpiękniejszy jarząb w świecie, stare drzewo, rzekłbyś sadzone przez konsula Sexcjusza.
Z mojego punktu widzenia, pałac pani de C. ukazywał mi się w całym blasku swéj wdzięcznéj i poważnéj architektury: cios, z którego zbudowany, tak jeszcze piękny, młody, czysty, że nie rychło dójrzeć można opuszczenia i zniszczenia zachmurzających całość tego wspaniałego gmachu; okna są nieprzeliczone, ale szyby z nich znikły, mchy i saxyfragï, potężną swą wegetacyą powolnie, poobalały, porozsadzały jakby minami, całe połaci gzémsów i fryz, i rzuciły, na wysokie trawy dziedzińca, urny, rzeźby, przepyszne ozdoby, okrywające przysklepienia drzwi i nagłówki frontonów. Nic tu nie przyczyniła się ręka ludzka, same trawy powolnie dokonały tego zniszczenia, i podpisały je kwiatami dzikiemi wytwornéj piękności.
Wszystkie wnijścia tego pałacu zamurowano jak w klasztorze, na który interdykt rzucono. Siląc się znaleźć drzwiczki wśród ogromnych murów, odkryłem ciasną furtkę, a przy niéj młotek zardzawiały. Zdało mi się nadaremném stukać do wrót tych, które od pół wieku tyle rąk znużyły, a nieśmiejąc robić wyłomu, bo to tylko generałom dozwolono, wróciłem do piérwszéj mojéj myśli; pobiegłem do hotelu pani Alary, w którym stałem, zaimprowizowałem dwadzieścia łacińskich dystychów, i posłałem je pocztą, hrabinéj de C....
Dwa dni oczekiwałem na odpowiedź, i nie przyszła. Nadto widać rachowałem na moje dystychy. Prokurator starał się mi odjąć odwagę i nadzieję, i prosił mnie, żebym się nie narażał na nowe niepowodzenia. Mogę pana zapewnić! rzekł, że wszystkie większe figury tutejsze, wszyscy znakomitsi podróżni, artyści sławni, ludzie naszego miasta, tacy jak Granet, Mignet, Thiers, Peisse, Roucton, Roux-Martin, podbudzeni cudami, które o tym pałacu prawią, stokrotnie usiłowali dostać się do niego. Pani de C... zatyka uszy i dozwala im krzyczeć, wedle słów piosenki ułożonéj w naszém mieście przez jednego urzędnika.
Kilku zacnych sąsiadów pana Borely, ruszyli ramionami widząc moję zarozumiałość, gdym upiérał się, że do tego Illium wejść muszę, choćby mi przyszło konia drewnianego budować.
— Jak to, mówił mi P. Desfougères, rektor akademji, ksiądz arcy-biskup. Pan prokurator-generalny, piérwszy prezydent trybunału P. Emmanuel Poulle, pan Thiers, cofnąć się musieli od tych murów niedostępnych, a...
— A mnie się uda! przerwałem rektorowi.
— Życzę tego bardzo, rzekł P. Desfougères, bom właśnie podał rządowi projekt prześliczny. Chciałbym żeby kupiono ten hotel od pani de C... i założono w nim schronienie dla weteranów uniwersytetów francuzkich. Byłby to hotel inwalidów nauki.
— Zajmujemy się gorąco tym projektem, rzekł prokurator, myśl wyborna.
— Jutro przedstawię ją hrabinéj de C... odezwałem się wśród mnogich zaprzeczeń i niedowierzania powszechnego.
Codziennie bywałem na obiedzie u prokuratora Borely, co wieczór znajdowałem się w jego salonie, wśród codziennego towarzystwa miejscowego, i codzień, co wieczora, witano mnie szyderskiém pytaniem: A cóż? widziałeś pan nieznane cuda hotelu pani de C..? Na to przybierałem postawę człowieka pewnego siebie, który wygląda tylko pory dogodnéj do spełnienia co postanowił.
Jednego lipcowego poranku, termometr Reaumura wskazywał stopni trzydzieści, gotowałem się do szturmu, przed małą furtką hotelu. Upał wygnał przechodniów; ulica przypominała Pompeję. Aix spało całe... Cisza przerywana tylko szmerem wodotrysku Cztérech-Delfinów panowała, a dzwon Ś. Jana powolnie się zdala odzywał.
Rozpatrując stronę północną, zobaczyłem okno ogromne, wyniosłe, całkiem otwarte, ale zasłonione kratą żelazną. Z pomocą szczerb w kracie, sprobowałem dostać się do niego, uczepiłem się szczebli. Wziąwszy za nie lazłem daléj i usiadłem wreście na oknie. W téj chwili rektor akademji, przeszedł mimo i odezwał się półgłosem: Doniosę o tém prokuratorowi. Dałem mu znak tylko wyrażający: Idź sobie, a zostaw mnie przy mojém oblężeniu.
Przez kraty żelazne, oczy moje zakradły się w głąb’ ogromnéj, głębokiéj i ciemnéj sali, pełnéj resztek dawnéj wspaniałości. Kobieta, która, jak mi się zdawało, mieć mogła ze siedmdziesiąt pięć lat może, szyła cóś przerywając sobie robotę kiedy niekiedy, i głowę ociężałą sennością, którą wywoływało gorąco, spuszczała na jedno lub drugie ramię.
Na odgłos umyślny nóg moich, odwróciła się biedaczka, i krzyknęła zdziwiona, wyciągając ręce ku mnie. Powitałem ją ruchem i uśmiechem jak mogłem najuprzejmiéj, i w języku prowanckim wybierając dźwięków i wyrazów najmelodyjniejszych, począłem zachwalać bogate obicia leżące przedemną.
— Co tam robisz? spytała mnie dość ostro.
— Niech się pani nie gniewa, odpowiedziałem, przynoszę jéj wiadomość o dzieciach.
Mówiąc to mogłem wprawdzie trafić najgorzéj i wpaść na starą pannę, lub bezdzietną wdowę; ale we wszystkich grach tego świata, w które się bez kart bawimy, nie trzebaż zawsze cóś oddać losowi? Miałem za sobą dziewięćdziesiąt przeciwko stu. W południowych krajach, wszystkie niemal kobiéty mają dzieci. Uśmiechnęła się staruszka i odezwała się głosem wzruszonym.
— Więc z Menosque przybywasz?
— Właśnie.
— I widziałeś pana Dulme?
— A jakże, widziałem pana Dulme; pomówimy o tém, ale chciejcie mnie wpuścić.
Na to straszne słowo, biédna kobiecina cofnęła się z krzesłem i zdawało się jakby chciała przeżegnać.
Pośpieszyłem zapewnić ją, że nic złego nie zamyślam, i poczęliśmy, w języku naszym prowanckim, rozmowę, która wkrótce stała się tak wesołą; — (wesołość jest córką tego pięknego języka, w którym każdy wyraz błyska dowcipem), — że stara strażnica tego dziewiczego hotelu wzięła klucz, wstała, położyła palec na ustach i dała mi znak, nadzwyczaj radujący: znak, że mi drzwi otworzy.
W téj chwili karzełkami mi się wydali Ks. arcybiskup, pan prezydent, rektor i ministrowie 11 oktobra i 1 marca!
Zlazłem z okna, i w tejże chwili furtka zaskrzypiała na starych wrzeciądzach.
— Niema nikogo na ulicy? spytała staruszka.
— Jak zawsze — nikogo, jedno tylko słońce.
Drzwi zamknęły się zaraz. Byłem w korytarzu ciemnym, który wiódł do jasnéj sieni.
— Mój Boże! gdyby to margrabina wiedziała, wypędziłaby mnie niezawodnie!
— Naprzód ręczę, że o tém wiedzieć nie będzie, rzekłem, bo nikt z nią nie mówi, wyjąwszy was; a gdyby i wypędziła, nie byłoby to wielkie nieszczęście: wyszlibyście z tego więzienia, pojechali do Menosque zobaczyć dzieci i P. Dulme, i zapewne poszlibyście jeszcze za mąż.
To życzenie wystrzelone do uszu prawie osiemdziesiątletniéj staruszki, wzbudziło w niéj śmiech, który echo feodalne, uśpione w sieni od r. 1788, powtórzyło. Zachwycałem się naprzód wschodami, które są przepyszne, ale okryte całe warstwą grubego pyłu; noga ich ludzka nie tknęła od czasów PP. Villars, margrabiego d’Argens, P. de Valbelle, de Forbin, Vernet’a i Mirabeau. Jest to dziś przytułek przelotnego ptastwa; wielka ptaszarnia puhaczów i sów.
Przeszliśmy przez obszerne kuchnie, w których pająki założyły swoję przędzalnię na obszerną skalę, a staruszka, wskazując mi bramę ogrodu, rzekła: — Nie otwierała się od pięćdziesięciu siedmiu lat ani razu (było to w r. 1845). Nie bez trudności dały się odjąć dwie żelazne zapory, i wszedłem do ogrodu, gdzie przytomność moja, osłupiła zdziwieniem wielką rodzinę kotów, rachujących z podania na niepodległość swego teritorium, przez ich dziadów uważanego za niedostępne rodzajowi ludzkiemu.
W téj chwili, miałem minę natręta, który wpadł na repetycyą bajki La Fontain’a, granéj przez artystów właściwych. Towarzystwo kocie zdawało się naradzać nad wypadkiem tak dziwnie plączącym tradycye rodzinne. Młodsi, niby obwiniali starszych, wymawiając im zwodne ich obietnice niezgwałconego bezpieczeństwa, nagle zawiedzione najściem jakiegoś nieznanego zwierzęcia. Żal mi było, bo lubię koty, żem tak raj ich zamącił, raj ustalony edyktem zwołującym stany-powszechne, dla tych stworzeń wdzięcznych i ładnych; i usunąłem się wyraziwszy im pantomimą znaczącą, jak bolałem na tym wypadkiem. Prezydent i minister gabinetu 1 marca, pewnie by im grzeczności tyle nie okazali.
Staruszka zaprowadziła mnie potém do górnych apartamentów; tu odetchnąłem wonią, którą wiek XVIII zostawił po sobie w tém feodalném ustroniu, niezamęconą niczyim oddechem od 1788 roku. W piérwszym salonie, do którego wszedłem, znalazłem formalny bunt krzeseł. Nieład mebli świadczył o ostatnim wybuchu społeczności arystokratycznéj, zachwyconéj uraganem powiewającym z Paryża.
Niczyja ręka nie starała się zatrzéć śladów bezładzia, jakie sprawił ostatni wieczór w tym hotelu, gdy młoda jeszcze i jaśniejąca hrabina de C..., buntując się przeciwko buntowi, zamknęła drzwi swojego Luwru w niebytności męża, i postanowiła całe życie zamknięta jak królowa Egipska, w piramidzie pustéj swego pałacu, protestować się przeciw zmianom.
W téj chwili nie wiedziałem, że z okna hotelu pana prokuratora, z ulicy Ś. Michała, rektor, prezydent, państwo Borely, widzieli mnie w ogrodzie pani de C... i rozsyłali oznajmując wszędzie o zwycięzkim moim wjeździe, do tego niedostępnego państwa. Prokurator zaprosił zaraz na obiad licznych swych przyjaciół, i sto franków między ubogich rozdzielić kazał.
Salon, w którym się znajdowałem, nie miał sobie pewnie, we Francyi całéj równego; przypomniał mi dolinę jedną przy Ponte-Centino we Włoszech, w któréj wrzące lawy wulkanu, tchnienie Boże ostudziło nagle, zostawując ostygłym kształty, które im siła ognia nadała. Każde krzesło tego salonu wyłamywało się z symetrycznego swego porządku, i świadczyło o uczuciu tego, który z niego tylko co powstał, w r. 1788. Ten zjazd mebli zdawał się mówić jeszcze. Jak gdybym słyszał rozprawy o nowinach przyniesionych z Paryża, wstrzęsających miękki spokój tych szczęśliwych próżniaków. Krzesła mówiły wyraźnie
— Ale czy też to prawda?
— Tak jest, P. de Gallifet, odebrał list od P. de S. Blancard, szambelana J. K. Mości.
— P. d’Albertas miał także list z Wersalu.
— Od kogo?
— Od P. de Grave. Piszą za pewno, że ogromny deficit w finansach odkryto. Król wydał edykt. Poznano źródło złego. Nadto jest kass do których wpływają podatki. Edykt zmniejsza ich liczbę. Tym sposobem, oszczędzi się około siedmiu miljonów.
— Wielka rzecz!
— Myślicie że to deficit zapełni?
— Ależ król J. M. tak sądzi.
— Król w tych rzeczach mylić się może.
— Listy P. de Grave i pana szambelana nie piszą wszystkiego.
— A!
— Cóż więcéj słychać?
— Jest edykt drugi.
— Nic pewniejszego. Edykt zwołujący Stany-powszechne.
— Francya ocalona!
— Zgubiona Francya!
— Średni stan wyzwoli się.
— Szlachta upadnie!
— Anglija daje nam rewolucyą swoję!
Salon ten rozlega się jeszcze wykrzykami podobnemi, dziwnie sprzecznemi z szytemi na kanwie bajkami La Fontain’a, zdobiącemi powywracane krzesełka; z grupami pasterzy różowych wśród kwiatów i baranków rozsypanemi po nad drzwiami; z zégarem spoczywającym od lat pięćdziesiąt siedmiu, wystawującym chytrego bożka Kupidyna, który całe stado serc przebija strzałą.
W chwili gdym do sąsiedniego wchodził salonu, staruszka zaleciła mi, żebym się jak najciszéj znajdował, i zabroniła mi niemal oddychać. Spytałem ją o powód téj ostróżności, zachmurzyła się poważnie i szepnęła:
— Salon, do którego wchodzimy, dotyka gabinetu hrabinéj de C... Skłoniłem się z uszanowaniem, i odpowiedziałem jéj znakiem przyrzekającym, że zatrzymam oddech, jak człowiek płynący po pod wodą.
Odpowiedź moja doskonałą wyrażona pantominą, tylko co drugi raz nie pobudziła jéj do głośnego śmiechu, który byłby niebezpieczny, pod drzwiami pani de C... Staruszka zagryzła usta i wstrzymała się od niego.
Salon ten miał fizjognomją spokojną; krzesełka nie zdradzały politycznego poruszenia umysłów; dwa z nich tylko usunięte na stronę, zdawały się rozmawiać z sobą przed kominem; miały minę ostróżną i tajemniczą. Wielem czynił domysłów nad dwojgiem tych siedzeń syzmatyckich: pewnie tu dwóch ludzi, przewidujących i przebiegłych, oddalili się od tłumu w chwili, gdy reszta rozprawiała o nowinach z Paryża, i musieli tak sobie mówić po cichu:
— Koniec końcem zły obrót rzeczy biorą.
— I ja tak myślę.
— Rewolucya u wrót stoi.
— Już weszła.
— Najmędrszy kto się do niczego mięszać nie będzie.
— Nie mieszajmy się do niczego.
— Często głośno wypowiedziane zdanie, drogo może kosztować.
— Może kosztować życie.
— Są ludzie co zapamiętają słówko, a potém...
— A potém gotowa kompromitacya.
— Nie kompromitujmy się.
Zastanowiwszy się przez chwilę nad polityczną ostróżnością tych dwóch krzeseł, szedłem daéj na palcach, przez pokłady pyłu, ku drzwiom gabinetu pani de C... Staruszka była wzruszona: szérokie koronki czepca drżały na jéj skroniach, nic wstrzymać mnie nie mogło. Przez niedojrzaną szczelinkę dopuściłem się niegodziwéj czynności, rzuciłem wzrokiem na niedostępny gabinet pani de C... Pani de C... siedziała w obszernym fotelu, i czytała nieruchoma z uwagą nadzwyczajną; szlachetną jéj i pogodną twarz przeszłość nie naznaczyła rysami rozdrażnienia i smutku; był to anachoreta w pustyni, Ś. Hieronym rodzaju żeńskiego, w Thebaidzie z wspaniałego i odludnego pałacu.
W istocie, w postanowieniu i heroizmie téj zacnéj niewiasty, było cóś wzruszającego i uderzającego podziwieniem. W kwiecie wieku, piękna, wielbiona, pożegnała świat, rodzinę, przyjaciół; nie chciała widzieć rewolucyj, które pod jéj oknami się snuły: cofnęła się do znanéj przeszłości. Nie chciała znać ani chwały, ani szałów, które naród taki jak Francya miał zrodzić, krusząc dwa zarówno dla siebie ciężkie brzemiona, despotyzm i swobodę.
Ale nie zaczepiajmy rzeczy poważnych jeszcze, przyjdą one zawsze zawcześnie! Wyszedłem z salonu, gdziem był bardzo krótko, i przesunąłem się przez drugi, którego obicie, szyte perłami, zdało mi się bardzo bogate: ogromne kawały poodzierały się od murów, i przegniły od wilgoci. Minąłem późniéj długi parawan, na którym mignęły mi się wiekuiste XVIII w. fantazje, nieuchronne stado pastérzy wiedzionych przez kilka owieczek: wszedłem jeszcze do długiéj galerji, z któréj odgłos moich kroków spłoszył stado ptaków i gromadę innych źwierzątek mniéj wdzięcznych, opanowujących zwykle bezpłatnie i niszczących niegodnie wszelką pustkę niezamieszkaną.
Zwiedzałem ten wspaniały gmach w r. 1845, to jest w epoce właśnie, gdy gorączka nieruchoméj własności zapalała wszystkie głowy we Francyi; gdy każdy przyszły obywatel Rzeczypospolitéj, pragnął posiąść kilka kamieni w kupę złożonych, gdy zapis w księdze hypotecznéj ceniono jak miejsce w raju; — a tu pod nogami memi, nad głową, w około, rozlegał się ogromny pałac, zbudowany z rzymskiego ciosu, cudne dzieło architektury, okryte wzgardą kobiéty — i ta jedna kobieta, wśród zaślepionego materjalizmem świata, miała prawdę za sobą!
Dozwalała rozsypywać się w proch wszystkiemu, co zdobiło wnętrze tego pałacu, meblom, obrazom, obiciom, kobiercom, lamperjom, drzwiom, malowaniom, ozdobom, posągom, rzeźbom i sufitom; a gdyby jeszcze pół wieku pożyła, dała by była murom nawet spaść sobie na głowę, heroicznie wieńcząc najheroiczniejsze postanowienie. Nieraz spekulatorowie, komissanci czarnéj bandy, przychodzili do okien pałacu wołając o jéj uszy cenami bajecznemi. Wołali napróżno, był to głos w pustyni. Dopóki żyła, nigdy ta monumentalna i skamieniała protestacya nie mogła się stać fabryką, przędzalnią, warsztatem, czémś powszedniém posługującém przemysłowi; — dziedzice dopiéro mieli dopełnić metamorfozy..
Wstrzymany na pochodzie moim, stosem zbutwiałych ciekawości, zapragnąłem zręcznemi słowy wybadać sługę, co też o swojéj pani myślała. Ale dyplomacya moja rozbiła się o jéj poczciwą wierność. Postępowanie pani de C... zdawało się jéj bardzo naturalne; każdyby tak w jéj miejscu uczynił; było to życie tak dobre, jak i drugie. Tylem się dowiedział. Natomiast udzieliła mi drobnych szczegółów zaspokajających ciekawość; między innemi, mówiła, że wychodzi co rana, przededniem, i skupuje żywność dla siebie i pani.
Wielcem jéj był wdzięczen za tę wiadomość uspakajającą, bo gotów już byłem przypuścić, że jak anachoretam w pustyni, ptak żywność codzienną dla pani de C... przynosi.
Jakieś przeczucie mówiło mi, że przeglądając wszystkie kątki tego schronienia, zrobię jakieś niespodziewane odkrycie: traf, gdy się na jego grzeczność spuścimy, zawsze się nam przysłuży jakąś niespodzianką.
W końcu galerji, nie dowierzałem jednym drzwiom, które się otworzyć nie chciały, i patrzałem na nie, jak się pogląda na człowieka, który spytany odpowiadać nie chce. Zamek nie stał na zawadzie; bo zamku tu jak wszędzie nie było: chodziło tylko o popchnięcie drzwi otwartych, ale według wszelkiego podobieństwa gratami jakiemiś przywalonych, lub upadłego muru gruzem. Że stan ogólny pałacu nie zdawał się po mnie wielkiéj ostróżności w obejściu wymagać, i w ruinie wszystko wolno, rozbiłem drzwi spróchniałe, jak w Cyrku koń rozbija papierem naciągnioną obręcz, i wszedłem do maleńkiego pokoiku zarzuconego bezimiennemi sprzętami, których rozklasyfikować nie potrafiłby nawet tapicer.
Okno pokoiku, zasłonione firanką podartą w kawałki, zdobiły gniazda jaskółek do najęcia. Spoglądając w ogród przez rozpierzchłe deszczułki zazdrostki, odkryłem na lewo, kilka liter wyrytych na murze; czas zczernił pyłem rysy, i na piérwszy rzut oka rzekłbyś, że były wypukłe. Wyczytałem łatwo dwa imiona:
jedno nad drugiém. Wychodząc chciałem się lepiéj jeszcze napisowi przypatrzyć, żeby być pewnym, żem go dobrze wyczytał.
Staruszka przypomniała mi, że odwiedziny moje trochę już niegrzecznie się przeciągają, że lęka się by na nią nie zadzwoniła pani; począłem ją jak najgrzeczniéj przepraszać i musiałem wychodzić przez wielkie wschody, których babylońską majestatyczność ujrzałem po raz wtóry z roskoszą. Kolosalne okrągłe okno, dziś otwór tylko, wylewa na zapylone stopnie strumienie światła niepokojące kolonją sów, gospodarujących we wszystkich muru rozpadlinach. Jedyna ozdoba wspaniałego tego miejsca, pozostała jeszcze: jest to długi łańcuch, na którym wisiał pająk. Pająka niéma, znikł kędyś, rozpłynął. Gwiazda jasna uczt tutejszych, zagasła z niemi razem. Łańcuch pozostał, opowiadając o przepychu przeszłości.
Poczciwa staruszka otworzyła furtkę z nadzwyczajnemi ostróżnościami, i kazała mi się wprzód przypatrzéć czy nie było kogo w ulicy. Zazwyczaj, ulice w Aix są zupełnie puste, zdają się brzydzić przechodniem, jak natura czczością. Nie wahałem się zaręczyć, iż niéma niebezpieczeństwa by mnie kto postrzegł. Uścisnąłem rękę czcigodnéj staruszki, która nie chciała przyjąć ofiarowanego przezemnie datku i szczęśliwy z mojéj wycieczki, stąpałem po trawie ulicy Cztérech-Delfinów.
O szóstéj, udałem się do prokuratora, u którego licznie zgromadzonych znalazłem gości. Przynaglono mnie do opowiedzenia ze wszelkiemi szczegółami mojéj podróży po pałacu pani de C... i nakłoniono, żebym ją opisał. W owym czasie wstrzymywały mnie od tego powody szczególne, dziś już nieistniejące, a niedozwalające mi ogłosić téj powieści; lecz przyrzekłem, w kilka dni potém, użyć hotelu pani de C... jako prologu do nieznanéj historji z życia Andrzeja Chenier, opowiedzianéj mi przez kogoś, co hotel ten widywał w całym blasku, do roku 1788.
Imię Chenier’a, które wyczytałem na murze, nie poprzedzała żadna głoska. Konsul-generalny Chenier miał cztérech synów: Marję-Józefa, Sowera, Andrzeja i Konstantego. Nazwisko Trudain’a wpisane obok, zastępowało niejako imię Andrzeja. Pytałem się siebie w jakiéj epoce Andrzéj mógł w Aix przebywać? Młode swe lata przepędził w Narbonnie; pozostały mu miłe wspomnienia tego pięknego kraju i brzegów Alby, zapewne poeta nasz, przed 1789, zapragnął zobaczyć ulubioną stronę, i czas jakiś zatrzymał się w Aix.
Może też wracając ze Szwajcarji z Trudain’em, w Aix przebywał? I to być może bardzo. Andrzej Chenier urodzony w Konstantynopolu, u brzegów Sekwany miłując zawsze wybrzeże Śródziemnego morza, może w téj epoce, zawrócił się z podróży ku południowi. Trzecie jeszcze uczynić można przypuszczenie: Andrzéj Chenier przed 89 służył wojskowo, był podporucznikiem w regimencie Angoumois, który stał załogą w Strasburgu i kilku miastach południowych.
Wkrótce obrzydł mu stan jego, rzucił szablę i ujął lyrę, wrócił do Paryża, dokąd go los jego wzywał. Quis vincere fatum? Kto los swój zwycięży? napisał rzymski Andrzéj Chenier!
Zresztą, niewiele mi szło o ścisłe oznaczenie, w któréj z tych trzech epok Andrzéj Chenier znajdował się gościem w hotelu pani de C... Był tu — miałem tego dowody. Rozmawiając z jednym z jego współczesnych, z tych ludzi co widzieli wszystko, dowiedziałem się mnóstwo szczegółów o pobycie Andrzeja Chenier w Aix, w Prowancyi, około 86 lub 87 roku.
Gdyby nie odwiedziny moje w hotelu pani de C..., gdyby nie odkrycie dwóch imion w owym pokoiku, nigdybym nie dowiedział się epizodu tego życia poety. W ciągu lat pięciu, pokilkakrotnie czyniłem poszukiwania w Rouen i Wersalu, miastach, w których Chenier przebywał, aby związać historją moję pobytu w Aix z epokami 93 i 94; gdym się oświecił, spisałem wszystko. Jest to historją poety rzuconego wśród rewolucyi.