Anastazya/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Anastazya
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Szepty, pogwary, domysły, przekąsy rozeszły się po okolicy o tem, że bogaczka Anastazya jest już z Apolinarym Tuczyną po słowie i po zaręczynach. Zaręczyny odbyły się w domu Nawróciciela, do którego sierota, srodze z familią swoją poróżniona, przyszła z prośbą, aby on i żona jego w okoliczności tak ważnej byli przybranymi jej rodzicami. Słysząc o tem, niektórzy litowali się i mówili:
— Zdarzenie rzadkie, aby kto, tak, jak ona, cale już nikogo swojego na świecie nie miał! Bogaczką jest, to prawda, a wszakoż i jakiem zarazem niebożątkiem!
Dziewczęta znowu, którym piękność, a zwłaszcza polerowność pana Apolinarego do gustu przypadała, utrzymywały, że litować się nad Naścią nijakiej przyczyny niema, gdyż za mąż wyszedłszy, przyjaciela dozgonnego i jakiego jeszcze, posiędzie. Ale na to inni głowami kiwali, wątpienie okazując, czy pan Apolinary, jej samej, albo też jej pieniądzom przyjaźń swą zaofiarował, bo dlaczegóż nie żenił się z nią w ten czas, gdy tajnych myśli i zamiarów pana Cyryaka nikt nie był świadom? Jakoż córki Nawróciciela i Ewka Glindzianka każdemu, kto słuchać chciał, opowiadały, że i tera już, przed ślubem, narzeczeni sprzeczki pomiędzy sobą zawodzą, a potem przez czas jakiś sępem na siebie patrzą.
Było tak: kiedy z prośbą Naściną oboje do świetlicy Nawróciciela przyszli, zdawało się, że słońce majowe, wietrzyki wonne i róże najpiękniej rozwite razem z nimi tam weszły. Jak promienie od słońca majowego i jak kolory od kwiatów, tak radość i szczęście od nich obojga biły. Nikomu ani śniło się, aby Naścia mogła kiedykolwiek wydawać się taką śliczną, jako wtedy się wydawała. Od czarnej sukienki, którą na żałobę po dziadku przywdziała, twarz jej, która w ostatnich czasach zmizerniała i przybladła, odbijała, jak biała leleja, oczy miała świecące, jak brylanty, a z ust, poczerwieniałych jak korale, co moment zęby, jak perły, błysną, taki uśmiech szczęśliwości do nich przyrósł. Przysiadła się wnet do Ewki i, obejmując ją, po cichu wyznawała, że jest nadmiar szczęśliwa, a tylko wstyd w niej mieszka, który podczas i nawet często szczęście jej zatruwa.
— A czegóżbyś ty wstydzić się miała? — zapytała Ewka. — Przecie twój luby przystojnie i po bożemu do ołtarza ślubnego cię prowadzi! Ot, mnie to bieda gorzka i wstyd wieczny, bo Adasia żoną nigdy podobno nie zostanę.
I jak zwykle pomiędzy przyjaciółkami bywa, Ewka, zamiast wysłuchać tego, co Naścia powierzyć jej chciała, sama przed nią na swój los poczęła wyrzekać; tedy i niewiadomem ostało, z czegoby pochodził ów wstyd ten, który szczęśliwej narzeczonej najmilsze momenty podczas zatruwał. Ale pan Apolinary dobrze wiedział o wstydzie tym i przyczynie jego, nie tylko pojąć ich nie mogąc, lecz srodze je za winę, albo głupotę poczytując. Tego samego też wieczoru wyszło to na jaw.
Z początku prowadziła się w świetlicy Nawróciciela rozmowa grzeczna i wesoła, do której nawet należał Bolko, ambicyę swą mający i grochowego wianuszka z rąk Naści wziętego nie chcący na widok publiczny okazywać, a wszyscy dobrze to postrzegali, że pan Apolinary oczu swych od narzeczonej oderwać nie mógł i że nie tylko w jej pieniądzach, ale też i w niej samej był zakochany. Wtem, ni z tego ni z owego, na błękitnem niebie, które nad głowami narzeczonych zdawało się rozciągniętem, pokazała się chmura i wykryła, że i oni, tak nadmiar wcześnie, na burze i niepogody wystawieni być mogą.
— Kiedyż ślub się odbędzie? — zapytał Nawróciciel, który, jako przybrany opiekun Naści, o wszystkiem, co małżeństwa jej dotykało, wiedzieć potrzebował.
Pan Apolinary odpowiedział, że życzy sobie, aby ślub odbywał się nie później, niż za sześć tygodni, co słysząc Anastazya, ręce załamała.
— W sześć tygodni po śmierci dziaduńka! Półrocza żałoby nawet nie przenosiwszy po nim!
Łzy do oczu jej nabiegły i cała zaczerwieniona to jeszcze dodała, że i tak już wstyd ją okrutny ogarnia, iż tak rychle po utracie najdroższego dobrodzieja i przyjaciela swego takich rzeczy, jak szczęśliwość i weselenie się, doznawać może.
— Samą siebie w obrzydzeniebym wzięła, gdyby nie jedno to, że już i wpierw panu Apolinaremu życzliwą byłam — mówiła z płaczem prawie, a Nawróciciel, postrzegając, iż słowa jej panu Apolinaremu wielce do gustu nie przypadają, zatamował je żartobliwem przemówieniem:
— Ludzka to rzecz jest, że starzy umierać, a młodzi miłować się muszą. Naścia niech sobie te wstydzenie się wyperswaduje, bo do niego słusznej przyczyny niema, a pan Apolinary, jako człek polerowny i grzeczny, niechaj żądanie narzeczonej wyrozumie i nieco mu pofolguje. Życia przed sobą taką moc wielką macie, że gdy szczęśliwi będziecie, to długo, i gdy nieszczęśliwi, to też długo; po co tedy galopem takim do ślubu bieżeć?
Na to pan Apolinary, uspokojony nieco, odpowiedział:
— Projekty swoje mam; do fabryki, którąśmy z panem Rudnerem założyli, nijak już teraz powracać mi nie wypada. Zamierzam więc na św. Michał folwark tu jeden w sąsiedztwie będący w dzierżawę wziąć, ale że duży i w gruntach dobrych, tedy mi pieniędzy własnych nie wystarczy...
— A dla jakiejże przyczyny do tej fabryki powrócić nie możecie? Pomyślnie ona, jak słychać idzie... — zapytała pani Wincentowa.
— Pomyślnie — odrzekł pan Apolinary — ale mnie do niej powrócić już nie podobna.
Pomyślność też tę, którą tam osiągnąłem, i tę większą jeszcze, którą w czasie mógłbym osiągnąć, na ołtarzu przyjaźni mojej dla panny Anastazyi ofiaruję, bo korzystać z niej już mi nie wolno.
Gdy słowa te wypowiadał, wszyscy poczuli, że tajemnicę jakąś w sobie krył, jako też i to, że ofiarę jakąś narzeczonej wymawiał i nikomu, ani jedno ani drugie, się nie podobało. Naścia przecie, rozmiłowanem okiem na niego patrząc, niczego nie poczuła, ani postrzegła.
— A no — ozwała się — jeżeli panu Apolinaremu pieniędzy na wzięcie folwarku w dzierżawę nie staje, to przecież moje są, te, które od dziaduńka mego najukochańszego otrzymałam. Można je wziąć i za dzierżawę zapłacić, a ja do ołtarza mego ślubnego przystępując, niechaj choć o pół roku od swego wielkiego nieszczęścia się oddalę.
Pan Apolinary, hardo wąsa podkręcając, odrzekł:
— Ja przed ślubem z dobra panny Anastazyi korzystać nie zamierzam. Po ślubie, to co inszego: w małżeństwie wszystko spólne.
Tu Nawróciciel się odezwał:
— Jabym też ledwo zezwolił na to, aby Naścia dobro swoje komukolwiek przed ślubem oddawała. Zaręczyny — pajęczyny, a broń Boże zmiana jaka nastąpi, szpetnie byłoby potem o pieniądze się prawować.
— To niech pan Apolinary nie na św. Michał, ale na św. Jerzy dzierżawę weźmie, a ja tymczasem dziaduńkowi tę wdzięczność i to uszanowanie okażę, aby choć pół roku żałobę przenosić i podczas w samotności łzę po nim uronić.
Pan Apolinary, z marsem na czole, odparł:
— Żeby panna Anastazya mężczyzną, świat znającym, nie zaś panną nijakiego doświadczenia nie mającą, była, toby wiedziała, że folwarki, zwłaszcza dobre, na dokończenie nijakich żałób nie czekają. Żałoby po umarłych sobie, a interesy ludzi żyjących sobie i zadziwia mię, że panna Anastazya zalicza siebie do takich, którzy dla głupich zabobonów życie sobie i inszym zatruwają.
Nawróciciel znowu się w to wtrącił, mówiąc, że i on także, chociaż mężczyzną jest i świat niezgorzej zna, noszenia żałoby po zacnych i blizkich osobach cale nie poczytuje za zabobon.
— Nieboszczyk dobroczyńcą Naścinym był, ojca jej zastępował, od złych ludzi ją bronił, naukę poczciwą do głowy jej wkładał, a na ostatek, dobro swoje, jak na szlachecki stan nasz, bardzo wielkie, testamentem jej zapisał. Nic tedy złego, ani dziwnego upatrzyć w tem nie można, że Naścia pamięci dobrodzieja swego uszanowanie chce okazać, a co się tyczy brania folwarku w dzierżawę, to ucieknie jeden, nadbieży drugi. Byle pieniądze, a chęć do roboty była!
— Roboty! otóż to, roboty! — zawołał pan Apolinary, cale już nadąsany i najeżony. — A co ja przez te półrocze, które pannie Anastazyi na noszenie żałoby i na ronienie łez samotnych podoba się obrócić, robić będę? Dla mnie czas drogi! Ja zamierzyłem na górę wysoką wspinać się i samego wierzchołka jej dosięgnąć, tedy na półrocze ręce bezczynnie zakładać i męką mi być musi i stratą wielką.
Racya. Ale co przeciwko temu poradzić, kiedy wszyscy czuli, że i jej żądanie było słuszne? Gniewem narzeczonego zmartwiona, błagające oczy ku niemu wzniosła i ręce, jak do pacierza składając, prosiła:
— Niech będzie za pół roku!
Ale on nieubłaganym się okazał, a w dodatku, jak pokrzywa piekącym.
— A cóż mnie panna Anastazya przez te pół roku czynić rozkaże? Może mam na dziaduniowej mogile położyć się i tam poczekać, aż panna Anastazya nauczy się żywym nad umarłymi pierwszeństwo przyznawać?
Naścia, chustkę z kieszeni dobywszy, do oczu ją przycisnęła, co widząc pani Wincentowa, która życzliwą jej jest, zwykłym sobie sposobem, bardzo pomału słowa wymawiając, odezwała się:
— To niech pan przez ten czas u braci posiedzi i w gospodarstwie im dopomaga. Tak i w blizkości narzeczonej pan ostanie i próżniactwem nie zgrzeszy. A braciom rodzonym dopomagać, to podczas nawet pięknym postępkiem być może.
Ale panu Apolinaremu było widać o piękne postępki bynajmniej, bo rozgniewał się okrutnie. Tak niziutko kłaniając się pani Wincentowej, że połowa włosów na czoło mu upadła, mówić zaczął:
— Bardzo ślicznie ja za tę radę, którąm posłyszał, dziękuję i to tylko mię zadziwia, że zdarzyło mi się ją posłyszeć. Bo zdaje się, dość byłoby spojrzeć na mnie, aby odgadnąć, że ja do takiego życia, jak tutejsze, stworzony nie jestem, i że abym takie życie przez sześć miesięcy wytrzymywał, niczyje kaprysy lub zabobony przymusić mię nie zdołają. Dobranoc wszystkim państwu! A pannie Anastazyi tak samo dobrej nocy i w dodatku dobrego namysłu życzę!
Za czapkę porwał i, wszystkim ukłoniwszy się, z domu wybiegł.
Oto i masz, Naściu, już po wesołości twojej! ot tobie i po pięknem twojem wyglądaniu! Zasmęciła się, pociemniała na twarzy, ale nie chcąc przed wszystkimi zmartwienia swego wydawać, siedziała sobie spokojnie i nawet nieco rozmawiała. Dopiero gdy mężczyźni kędyś się porozchodzili, a pani Wincentowa, zbliżywszy się, z macierzyńską rzewliwością po włosach ją głaskać poczęła, przygarnęła się do niej i zapłakała.
— Jeszcze i zwłoki jego dobrze w mogile nie zastygły — ze łzami mówiła — jeszcze mnie droga twarz jego od rana do wieczora przed oczyma stoi, nie rzadko i czyjąś inszą zasłaniając, a już mnie w ślubną suknię przyoblekać się nakazują i wprost od trumny jego do swojej szczęśliwości uchodzić! Mnie i bez tego męka ogarnia, gdy pomyślę, że i miłowani przemijają i miłowanie tak prędko od nich na ubocz schodzi, i wszystko jest, jako mgła rozwiewająca się, jako wiatr przelatujący...
Prawdę mówiąc, nie było tam nikogo, ktoby to myślenie jej i z niego wyciekające zasmęcenie dobrze pojmował. Pani Wincentowa żałowała jej, że się martwi, ale dla jakiejby to przyczyny było, ani weź zgłębić nie mogła i swoim powolnym głosem, łagodnie przemawiała:
— Chandrzysz odrobinę, Naściu, chandrzysz! Każdy człowiek rodzicieli utraca, później od nich na świat przychodząc, a wszakże w śluby małżeńskie wstępuje i o interesy swoje dba, bo takie już przeznaczenie człowieka na tym świecie...
Jeden tylko może Nawróciciel wiedział dokładnie, co Naścia myśli i czuje, bo jakby z poszanowaniem i razem z litością tego wieczoru na nią patrzał, sam ją do domu, ile że wieczór późny był, odprowadził, a powróciwszy, rzekł do żony, którą bardzo szanował:
— Złe proroki za okno wyrzucać! ale widzi mi się, że para to będzie niedobrana. On do pieroga, a ona do Boga; oddalone od siebie są te drogi!
Ale syn Nawróciciela, Bolko, insze znów miał o tem myślenie.
— Tatku — rzekł — gdyby ona mnie teraz sama oświadczyła się, tobym jej nie wziął. Jeżeli mogła takiego, jak ten Apolinary, umiłować, to i sama widać nie wiele od niego warciejsza. Swój swego poznał.
Złość i żal z niego przemawiały, bo w błękitnych oczach łza mu się kręciła, a wargi czerwone gniewliwie wydymał. Ojciec zaś mu na to tyle tylko:
— Co ty wiesz, albo rozumiesz? Bywało przecie, że i Świętych Pańskich widok pięknych form ludzkich na pokuszenie prowadził. A ona nie święta; dziw-że to wielki, że pięknego chłopca sobie upodobała?
Tak w niespodziewanem zasmęceniu Naścia zaręczynowy wieczór swój dokończyła, ale niebawem snadź pogodziła się z narzeczonym, bo córki Nawróciciela i Ewka, nazajutrz w przedwieczerz do niej pobiegłszy, znalazły ją żwawo krzątającą się po domostwie i znowu, jak dzień majowy, różami rozkwitły, wyglądającą. Przez kilka dni potem różne osoby postrzegały, jak oboje razem ku cmentarzowi szli, albo, jak po lasku za cmentarzem się przechadzali, kwiaty i zioła na grób pana Cyryaka zrywając. Ale do żniwa idącej ani razu już nikt Naści nie widział. Pan Apolinary śród pola ją raz z sierpem w ręku napotkawszy, poprosił, aby wróciła się do domu.
— A czemuż to? — zapytała.
— A bo ja nie życzę sobie, aby narzeczona moja oddawała się takim chamskim robotom.
Ona nieśmiele odrzekła:
— Dziaduńko zawdy mówił, że praca nie hańbi.
— Ja nie wiem, co dziaduńko mówił, ale panna Anastazya słyszy, co ja mówię. Gdy to, co oboje mamy, razem połączymy, żona moja, dzięki Bogu, nie będzie potrzebowała sierpem rączek sobie urabiać.
I w rękę ją czule pocałowawszy, zaczął chwalić, że to jest rączka zgrabna, maleńka, i że trzeba ją tylko oddaleniem od wszelkiej pracy grubej wybielić, delikatną uczynić, a będzie śliczną. Mówił to zaś tak czule i patrzał na nią tak przypochlebnie, że usłuchała, do domu powróciła i na drugi dzień najemnicę czwartą w zastępstwo swoje na pole wysłała.
Ale była potem smętną i zamyśloną, bo ciągle jej na myśl przychodziło, że ona widać panu Apolinaremu nie jest do pary, skoro on wstydzi się pracującą ją widzieć, a rękę jej, choć i chwali, chce na delikatniejszą i bielszą przerabiać.
— Dziaduńko owszem — myślała — pracę mi nakazywał, a Bolko Tuczyna miłuje mię i z takiemi rękoma, jakie mam tera... Czy to ręce tak wiele znaczą?
Ale po dłuższym namyśle przyznała się przed samą sobą, że i dla niej polerowność pana Apolinarego, a nawet te kędziorki włosów, które na czoło mu opadały, znaczyły wiele.
— Tedy jakież to miłowanie jest? — zapytała sama siebie i już cale nie wiedziała, co ma o samej sobie nawet myśleć.
Z szyciem jakiemś usiadła w zagajniku śliwowym na trawie i nizko nad robotą pochylała czoło, przez które poszła znowu pręga cieniutka.
Ale i pan Apolinary ze swej strony w posępność wpadać począł i samotności w polu, albo w ogrodzie jakim szukać. Dziwili się ludzie: co mu jest? boć przecie z dobrowolnego wyboru żonę sobie brał, a z nią razem i majątek bardzo znaczny. Ale nikt nie mógł o przyczynie tych zasmęcań się i zamyślań od niego się dowiedzieć, bo wchodzenie w podufałość z ludźmi prostymi i otwieranie przed nimi duszy, zwyczajnem mu nie było. Z góry na nich poglądał, jak na ślepe krety, w podziemnych norach siedzące, a język rozwiązywał mu się wtenczas tylko, gdy rozmawiał z taką osobą, której znajomość honor mu, jako mniemał, czyniła.
— Do fabryki ja nijak powrócić już nie mogę, bo przed wyjazdem stamtąd byłem już z p. Eugenią tak prawie, jak po słowie. To jakiemże czołem mógłbym przed tą edukowaną i elegancką panną stanąć, kiedym ją na inszą przehandlował? Pieniądze swoje, które w tę fabrykę włożyłem, przez adwokata odbiorę i o to spokojny jestem, bo dobrze są umocowane, ale pojechać tam samemu byłoby tyle, co na wielki wstyd, a może i na gorsze przykrości się narazić...
Że nie życzył sobie stanąć wobec eleganckiej panny, którą na inszą przehandlował, a bardziej może wobec jej brata, zrozumieć nie było trudno, ale mówił z taką chmurą na czole, i w oczach, że nie trudno też było i odgadnąć, iż utrata panny tej, chociaż i dobrowolna, ciężką mu była. I nietylko panny...
— Załość mi serce ściska, gdy pomyślę, że to, w co tyle pracy włożyłem, teraz opuścić mi przychodzi. Ta fabryka była fundamentem, na którym rychle może wzniósłbym wysoką budowę. Przez ten rok pierwszy już zyski dawała; w latach przyszłych większe dawać będzie, a w późniejszych to pewnie i ogromne. Cóż, gdy ten strumień obfitości nie dla mnie już pociecze!
Pytanie: dlaczegóż, oświadczając się o Anastazyę, dobrowolnie naraził się na wszystkie te utrapienia i utraty?
Po krótkim namyśle, w ziemię patrząc, odpowiedział:
— Ja i wprzódy już do panny Anastazyi upodobanie czułem, ale na nie nakładałem pęta, w związku tym ani honoru, ani zysku dla siebie nie widząc. Ale kiedym ją nieszczęśliwą i przez krewnych srodze krzywdzoną obaczył, cościś rzuciło mię do niej, cościś nakazało mi zostać dozgonnym opiekunem jej i obrońcą...
Mówiąc to, pan Apolinary ani domyślał się, że ten moment, w którym go cościś porwało i rzuciło, był pewnie momentem w życiu jego najpiękniejszym. Prawdę zresztą rzekłszy, do wzbicia się ku wysokości tego momentu cyfra sukcesyi dziaduniowej odrobinę dopomódz mu mogła. Jak tam zresztą było, to było, ale dokonał postępku rycerskiego, który przecie nie radował go teraz bynajmniej, bo postępki rycerskie to dymy ulotne, a fundament życia: fabryka, obiecująca dochody znaczne i edukowana panna, z którą związek honor przynosił, do inteligencyi wprowadzał, elegancyą stroju, muzyką na fortepianie i t. d. zmysłom wzroku i słuchu przyjemnie dogadzał.
Było tam wszakoż, oprócz fabryki i panny Eugenii, coś więcej jeszcze. W głowie pana Apolinarego pomieścić się nie mogło, aby kobieta rozmiłowana mogła człowiekowi miłowanemu w czemkolwiek opór stawiać, w czemkolwiek z nim się nie zgadzać.
— Kiedy ja mówię: tak! to i kobieta miłująca mię powinna mówić: tak! A jeżeli mówi: nie! to miłowanie to ani tynfa dla mnie nie jest warte.
— Dlaczego?
— A bo znaczy to, że w rozum mój nie całkowicie wierzy i oprócz mnie, jeszcze coś inszego w sercu, albo też w głowie swojej chowa.
Przyczyną jednej ze sprzeczek ich stał się grobowiec dla pana Cyryaka. Nawróciciel do miasta jechał, tedy Naścia poprosiła go, aby zamówił tam grobowiec piękny i gdy wykonany już będzie, do Tuczyniec przywieźć go kazał; pan Apolinary słyszał, jak prośbę tę wypowiadała i sam na sam z nią pozostawszy, perswadować zaczął, że na takie rzeczy pieniędzy szkoda.
— A toż to własne dziaduniowe pieniądze są! — zawołała Naścia.
— Najpierw: nie dziaduniowe, bo dziadunio trupem już jest, w próchno i zgniliznę obróconym...
Ona pobladła i ze łzami do oczu nabiegającemi poprosiła:
— Proszę przede mną tak nie mówić, bo mnie od tego przypomnienia serce boli!
— Ja myślałem — odpowiedział pan Apolinary — że pani dla mnie jednego ma serce, a postrzegam, żem się omylił, bo serce pani nie tylko przeze mnie ranione lub pocieszone być może. Ale to insza jest materya, o której kiedyściś rozmówić się nam przyjdzie. Co się zaś tycze tego pomnika, to za głupstwo poczytuję nad ludzkiem próchnem marmury wystawiać, żyjącym przez to łatwości i przyjemności różnych ujmując. Ponieważ zaś panna Anastazya żoną moją ma zostać, chciałbym, aby głupstw nie popełniała i proszę, aby poszła do Nawróciciela, pokąd on jeszcze nie odjechał i polecenie dane mu odwołała. Nad mogiłą dziaduniową ładny krzyż drewniany postawić trzeba i dość będzie! Nikt tutaj, w zakącie takim, choćby najpyszniejszych marmurów nie obaczy.
Ona zasmęcona, chwilę nie odpowiadała, ale potem, oczy na niego podnosząc, łagodnie rzekła:
— Proszę się na mnie nie gniewać. Ja panu naumyślnie sprzeciwiać się, ani na złość czynić nie chcę i martwi mię to owszem, że zdania nasze się nie zgadzają. Ale polecenia, które panu Wincentemu dałam, nie odwołam i piękny pomnik temu, który dobrodziejem, wychowawcą i obrońcą moim był, wystawić muszę.
Wtenczas on, sępem na nią patrząc, mówić począł:
— Gdyby panna Anastazya prawdziwie mię kochała, to na wszystko, czego ja żądam, przystawałaby bez nijakiego namysłu nawet, prosto z serca miłującego. Ale ponieważ chęci i zdania pani na wielu punktach, jak postrzegam, z mojemi się różnią, to takie kochanie możeby dla pana Bolka Tuczyny, abo kogo inszego, dostateczne było, ale dla mnie tynfa nie jest warte i ja za nie bardzo ślicznie dziękuję. Adje!
I za czapkę chwyciwszy, ze świetlicy wybiegał, ale Anastazya skoczyła za nim i z takim bólem serdecznym, z takiem zatrwożeniem krzyknęła: »Apolek! Apolek!« — że, jak wryty przed progiem stanął i złagodniałemi oczyma na nią pojrzał. Ona stała na środku izby, żarem cała oblana i z wszystkimi rysami twarzy, a także rękoma załamanemi, prosząca, aby gniewać się przestał i powrócił. Powrócił i nawet, za rękę ją ująwszy, objąć i pocałować ją spróbował.
— Ładnaś, Naściu, taka, ile razy się strwożysz. Nie wyrywajże się! Te wstydy panieńskie, to zabobony, które mnie słodyczy ust twoich pozbawiają!
O te pocałunki zdarzały się też pomiędzy nimi poróżnienia. Jej skromność panieńska często obdarzać go nimi przed ślubem nie dozwalała, a on ich każdej minuty i każdej sekundy od niej żądał. Tedy wymawiał jej, że zabobonom jest podległa i że miłowanie ma zimne, nie takie, jakie bywa u inszych panien, które on zna, i które ani sobie, ani człowiekowi miłowanemu, dla jakichściś staroświeckich przykazań i zwyczajów, szczęśliwości zażyć nie wzbraniają. Tym razem przecie, Naścia, uradowana tem, że gniewać się przestał, nie tylko pocałować się dała, ale chwilę, jakby omdlewająca, pozostała w jego ramionach, poczem, gwałt widoczny sobie zadając, wyrwała się mu i ze świetlicy wybiegła, a on pogonił za nią i oboje, wybiegłszy jedno za drugiem z domu, wpadli pomiędzy śliwy zrazu, później pomiędzy berberysy gęste, w których też chwilę słychać było śmiechy ciche, szepty słodkie i głośniejsze nieco wołania na różne tony:
— Apolek!
— Naściu!
Kochali się. I wątpienia nie mogło być o tem, że się kochali, tylko dziwnie jakoś. Jednemi stronami istot swoich pociągali się nawzajem, a drugiemi odpychali. Anastazya przytem, w drobniejszych rzeczach łatwo ustępująca, w niektórych okazywała upór nieprzełamany. Tak było i z tym grobowcem. Pogodziła się z narzeczonym, kilka chwil miłych z nim spędziła, ale polecenia danego panu Wincentemu nie odwołała i ani mówić z nią nie można było o tem, aby na mogile pana Cyryaka piękny pomnik mógł nie stanąć.
— On u ludzi, a u mnie to osobliwie już na to zasłużył, aby pamięć jego przystojnie uczcić! — rzekła i tego postanowienia, jak głazu, odwalić z niej nie było można.
Pan Apolinary tę oporność jej zapisał sobie gruntownie w pamięci i sercu, a ona, ile razy przypomniała sobie, że on żałobę po najdroższych zmarłych, zachowanie ich we wdzięcznej pamięci, skromność panieńską i wiele inszych jeszcze rzeczy głupimi zabobonami nazywał, uczuwała kamuszek twardy i zimny, wpadający jej do serca. A im więcej dni upływało, tem więcej w sercach obojga gromadziło się takich kamuszków, które kochanie to coraz częściej w udręczenie przemieniało.
Razu pewnego, pan Apolinary w obecności Ewki i bynajmniej nie przez złość, ale owszem z dobrego humoru i żartobliwie mówić zaczął:
— Naścia pewnie myśli, że kiedy człowiek umiera, to dusza z niego, jak wróbel z gumna, wylatuje i frrrr! do nieba leci, abo: babach! na dno piekielne! Czy nie tak Naścia myśli? Prawda, że tak?
Pytania te zadając, śmiał się i w spuszczone oczy jej spojrzeć próbował, ale ona, z nad roboty ich nie podnosząc, odpowiedziała:
— Ja nie wiem, czy dusza ludzka, gdy ciało opuszcza, do ptaka, abo do czego cale inszego jest podobna i nikt o tem wiedzieć nie może, bo nikt jej nie widział, ale to tylko wiem, że każdy człowiek duszę ma i każdy inszą...
Tu pan Apolinary zaśmiał się i zawołał:
— Złapałem Naścię za słowo! Jeżeli nikt duszy nie widział, to skądże wiadomo, że ona jest?
Zmieszała się dziewczyna i zarumieniona, milcząc, szyła. Nie była teologiem; trudno jej było argumentami dowodzić tego, w co wierzyła.
— Pana Boga też nikt nie widział — szepnęła — a wszakoż jest!
— A skądże wiadomo, że on jest?
Udręczenie odmalowało się na jej twarzy i obrazy też nieco, ale hamując się, po chwili namysłu rzekła:
— Każdy człowiek, jeżeli uczciwym jest i choć odrobinę dobrym, Pana Boga w sobie czuje....
— A ja — przerwał pan Apolinary — choć zdaje się, że łotrem nie jestem, cale go w sobie nie czuję i nijakiej pewności nie mam, czy nie jest to tylko wymyślenie, w które ciemnota jedynie wierzyć może. Słyszałem, a i czytać mi się zdarzyło niejednokrotnie...
Ale tu Naścia, jak oparzona ze stołka się zerwała i, załamując ręce, wykrzyknęła:
— Apolek bluźnierz jest! Kto w Pana Boga nie wierzy, ten i grzechu się nie boi, a kto grzechu się nie boi...
Powściągnęła się, zawahała, a on, już zachmurzony i rozgniewany, popędliwie zapytywać zaczął:
— To co? to co? jakiż jest ten człowiek, który grzechu się nie boi?
A ona od łez, które do gardła jej podchodziły ledwo mogąc mówić, odpowiadała:
— Ja nie wiem... nie wiem... Ale bluźnierców boję się i proszę, aby pan Apolinary słów takich przede mną nie wypowiadał.
— Pani mnie prosi, a ja pani dziękuję, za takie kochanie ja dziękuję, w którem osoba kochająca, Pana Boga niewiadomego nad człowieka miłowanego przedkłada. Jeżeli kto kogo prawdziwie kocha, to na wszystkie jego zdania przystaje, a skoro nie przystaje, to wnętrzność ma nie przez kochanie, ale przez samą jedną ciemność i zimność napełnioną!
Anastazya rozpłakała się i do bokówki wyszła, a Ewka, ujmując się za przyjaciółką, rzekła:
— Bo też pan Apolinary chce Naścię cale już w niewolniki swoje zapisać!
— Aha! — odparł, filuternie na hożą dziewczynę poglądając — a panna Ewa czy ma takie zdania i chęci, któreby zdaniom i chęciom Adasia Tuczyny przeciwne były? Pewno nie; chociaż wielka różnica między mną a Adasiem zachodzi i chociaż on jest mazgaj, który przeszkód pomiędzy nim a panną Ewą stojących przezwyciężyć nie umie, a ja wszystkie te, co mnie od panny Anastazyi przegradzały, z wielką dla siebie szkodą, przezwyciężyłem. A no, proszę odpowiedzieć: czy ma pani myśli i chęci Adasiowym przeciwne?
— Nie mam — odszepnęła dziewczyna — mnie wszystko jedno, byle...
— Byle Adaś panią kochał? prawda?
— Prawda!
— A wie panna Ewa, dlaczego taka różnica pomiędzy panią a panną Anastazyą zachodzi?
— Nie; nie wiem.
— To ja pani tę rzecz wytłómaczę. Są takie kobiety, które umieją kochać i są takie, które nie umieją. Dla kobiety, która umie kochać, wszystko na świecie kromie mężczyzny miłowanego jest obojętne. Praca nie praca, wiara nie wiara, grzech nie grzech, wszystko dla niej nie ważne, tylko ten jeden człowiek i jego kochanie ważne. Rozumie teraz panna Ewa, co to jest umieć kochać? Co zaś do panny Anastazyi, to coraz więcej ja postrzegam, że ona kochać nie umie. Ot co jest!
To powiedziawszy, wziął czapkę i poszedł sobie, a Ewka do bokówki, gdzie Naścia ukryta siedziała, wbiegłszy, przy niej usiadła.
— Bój się Boga, Naściu, nie przeciwiaj się ty jemu, bo jeszcze weźmie i porzuci!
Dziewczyna hardo podniosła głowę.
— To niech porzuci! Prosić nie będę, aby słowa mi dotrzymał!
— Czy ty jego już nie miłujesz, abo co? — dziwiła się Ewka.
Anastazya, kędyś daleko przez okno patrząc, rzekła:
— Już i sama nie wiem, co to takiego! Podczas miłuję ja go bardzo, a podczas zdaje się, jakobym już nie miłowała. Inszym ja go sobie z oddalenia wystawiałam, a inszym w bliskości nalazłam.
— Święty Boże! — rękoma splasnęła Ewka: — a czegóż jemu brakuje? Ładny taki, polerowny, górnie myślący... a tylko to jedno, że poddania się twego za wiele żąda. A no, poddaj się tymczasem, a kiedy już po ślubie będzie, tak uczyń, aby górę nad nim wziąć. Co tobie szkodzi udać tera, że we wszystkiem jemu podległa jesteś, i o niego jednego tylko na świecie dbasz, więcej zaś o nic? Później, kiedy klamka już zapadnie, wynagrodzisz to sobie, a że pieniądze — i duże! — masz, tem łatwiej przyjdzie ci tego dokazać. Tera zaś, dopóki ptaszek do klatki jeszcze nie zamknięty, politykuj!
Naścia głową energicznie potrzęsła:
— Ani udawać, ani politykować ja nie chcę i nie będę, boby mi się zdawało, że robaki brzydkie mię obłażą i że sama gadem nikczemnym jestem. Usta mi się na kłamstwo nie otworzą, choćbym tego i chciała. To tak samo, jak wtenczas z Mrukami i z Adasiem było. Za udawanie i kłamstwo spólnie z nimi żyć nie chciałam. Pamiętasz Ewka?
— Pamiętam. Ja ci też wtenczas wdzięczność do grobu ślubowałam.
— A no, widzisz! To jakżebym ja teraz człowieka miłowanego fałszywymi pozorami uwodzić mogła? Jemu, owszem, więcej jeszcze niż komu innemu prawdziwą okazywać się muszę, bo do czegóżby to podobne było: miłować i oszukiwać?
— A jak porzuci? — szepnęła Ewka.
— A no, wola Boża! — odszepnęła Naścia, oczy jej i cała twarz zachmurzyły się, jak niebo w dzień jesienny, a nawet z oczu deszcz łez by popłynął, gdyby się nie wstrzymywała, bo znać okrutnie ostrą strzałą przeszywało ją posądzenie, iż z panem Apolinarym inszy jeszcze koniec nastąpić może, aniżeli ten, którego od tak dawna żądało jej serce.
Ale strzymywała łzy i razem z Ewką poszła do jakiejś roboty gospodarskiej, a potem, przed samym już zmrokiem, sama jedna na cmentarz pobiegła. Tylko co pobiegła, pan Apolinary do domu jej przyszedł i, od Łucyi dowiedziawszy się, gdzie znaleźć ją może, tamże poszedł. Pewnie pogodzili się, bo kilka godzin przesiedzieli z sobą na cmentarzu, abo może w tym ładnym lasku, co za cmentarzem pagórek okrywał, a nazajutrz Anastazya była dość sobie wesoła, a więcej jeszcze niż wesołą: dla pana Apolinarego grzeczną i przychylność najlepszą okazującą. Częstowała go wszystkiem, co tylko najwięcej lubił, o różnych rzeczach mu rozpowiadając, a o insze zapytując, i kiedy odpowiadał, uważnie słuchając, ale on dnia tego żadnym sposobem rozweselić się nie mógł. Głowę na ręku sparł, po większej części milczał i sęp drapieżny siedział mu w oczach, a może i w duszy, o której wątpił, czy ją w sobie ma.
— Już mię też te cmentarze i mogiły, na które panna Anastazya chodzi i mnie za sobą ciągnie, miksturą nudną aż po gardło zalały. Ja do nijakich smętków stworzon nie jestem. Światłości żądnym, nie zmroków. A i bez cmentarzy nawet panna Anastazya zbyt jest mroczna i w myślach swoich zatopiona. Miłowanie wesołem powinno być i rozweselenie mieć na celu, a takie panny, co smętek i różne myślenia własne w sobie mają, cale za mąż wychodzić nie powinny, bo mężowie rychło w miłowaniu ich ustaną, jako w czemś, co samymi kwiatami życia im nie ubierze.
Tak przed osobą, do której szczególne zaufanie żywił, zwierzał się pan Apolinary, poczem arkusik papieru z kieszeni tużurka wyjąwszy, z tajemniczym uśmiechem szepnął:
— Od panny Eugenii dziś listek otrzymałem... Proszę powąchać, jak mile pachnie!
Arkusik nie duży i monogramem panny ozdobiony, pachniał paczulą i od brzegu do brzegu okryty był pismem trochę nieporządnem i krzywem.
— Oto rozumna kobieta jest! Ja tu siedzę i zdradzam ją, a ona, o niczem nie widząc, interesów moich pilnuje i najdetajliczniej o nich donosi. Jak buchalter jaki, całą stronicę cyfr zapisała!
— Nic dziwnego! Niemłodą już będąc, na interesach znać się może!
— Wszak nie hańba! — odpowiedział — i nie taki to już wiek późny. Starsza ode mnie, ale ze wszystkiem starą jeszcze nie jest, a kochać, to pewno że lepiej umie od niejednej młodej, już przez to samo, że mało nadziei miała, aby kiedykolwiek jeszcze mogła kochania zażyć. Wzrost ma wysoki, figurę piękną, a że nikomu w stroju prześcigać się nie daje, tedy zawsze wygląda, jak obraz, pięknie różnymi kolorami wymalowany. Szyk ma, a wiadomo jest wszystkim, co to jest szyk. Bez niego i najładniejsza kobieta wygląda, jak ten podły kwiatek, co na polu rośnie, a z szykiem to zaraz zapachnie, jak ta róża, około której uprawa chodziła. Przytem panna Eugenia, jak też i brat, do inteligencyi należą. Doktorowie, profesorowie i inżynierowie u nich bywają, a podczas taka zbierze się tam kompania, że człowiek, choć sam i gęby otworzyć nie potrafi, głowę wszakoż podnosi do góry, że do niej zaliczać się może... Ot czego mi wyrzekać się przychodzi...
— To po cóż się wyrzekać? Najlepiej otwarcie powiedzieć o wszystkiem Naści i do panny Eugenii powrócić...
Z nizko schyloną twarzą, chwiejnie jakoś sznurek od binokli na palec okręcał.
— Kiedy osobliwe jakieś upodobanie do Naści mam i, wszystkie jej niedostatki postrzegając, a nijak o rozstaniu się z nią ze spokojnością myśleć nie mogę. Nieszczęśliwym się uczuwam, bo najgorsza to już jest rzecz, kiedy w człowieku takie podwójne serce i podwójne myślenie zasiądzie. I tu ciągnie i tam ciągnie. Rozedrzyj się tu, człowieku, na dwoje!
Tak przeminęło jeszcze tygodni kilka, aż razu pewnego pan Apolinary do kuchenki Naścinej, gdzie ona w szafie naczynia gospodarskie ustawiała, wszedłszy, oznajmił, że bracia mu już wszystkie pieniądze należne wypłacili.
— Zboże sprzedali, wszystko co do grosza wypłacili i jutro już jadę starania o dzierżawę Retówki czynić. Chocia mi ta dzierżawa i nie w smak, ale cóż robić?
Markotny wydawał się i, w bliskości drzwi na stołku siadając, od niechcenia sobie nieco zagwizdał. Po oczach jego i po tem gwizdaniu Naścia poznała, że był w humorze takim, w jakim najmniej miłym wydawał się jej zawsze. Więc do szafy twarzą obrócona, różne przedmioty w niej porządkując, rzekła:
— Jeżeli dzierżawa Retówki nie w smak, to pocóż ją brać? Można przecie o jaką inszą się postarać.
— Mnie wszelka dzierżawa nie w smak, bo na wsi gospodarzyć, a na psa zejść — to jest wszystko jedno. Praca tylko a praca i z różnem prostactwem zbliżenie nieuniknione.
— Mnie się zdaje, że Apolek pracy się nie lęka.
— I nie myli się Naścia. Żebym ja pracy lękał się, tobym nie mógł być tem, czem jestem. W fabryce będąc, nie tylko za siebie, lecz prawdę rzekłszy, nie rzadko i za pana Rudnera pracowałem, ale w przestankach zabawy były wesołe i kompanie takie, że człowiek, wśród nich znajdujący się, podnosił się, ale nie spadał. Na wsi zaś, w takim folwarku wydzierżawionym, co będzie? Toż i toż, panie Bartosz! Nuda człowieka zje i rdza pokryje.
Anastazya, ciągle jeszcze do szafki obrócona, odrzekła:
— Mnie o zabawy bynajmniej! Ale kiedy Apolkowi bez nich tęskno będzie, to proszę tam, gdzie się tylko upodoba, jechać. Ja żadnych co do tego dyspozycyi nie wydaję, ani żądań nie objawiam i za tym, któremu ślubować będę, wszędzie chętliwie pojadę, chociaż sama do wsi zwykłam i rozstawać się z nią nie zamierzałam nigdy. Wszakoż niech będzie w tem wola Apolka, nie moja.
— Naścia to tak mówi, jakby łaskę jaką mi wyrządzała. Cale inszym głosem kobieta kochająca o przyszłem życiu swem z kochanym mężczyzną przemawia. Słyszałem ja nieraz panny o takich rzeczach mówiące i Naścia może być pewna, że ogień i miód w mowie ich przytem bywał. Zadziwia mię, że moja narzeczona taką zimną być może!
Anastazya nie odpowiedziała nic, tylko naczynia, które ustawiała w szafie, z nagłym brzękiem jedno o drugie uderzyły. Pan Apolinary zaś, po chwili milczenia, rzekł znowu:
— Naścia nawet i ogarnąć tego myśleniem swem nie może, jaką ja ofiarę przez miłość dla Naści ponoszę.
Anastazya teraz twarzą się ku niemu obróciła, ręce jej z odwiniętemi po łokcie rękawami w dół opadły, przez oczy przeleciał błysk.
— Ofiarę! Apolek ofiarę czyni, mnie za żonę pojmując?
— A Naścia co myślała? — ze stołka zrywając się, zawołał. — Może to, że związek małżeński z Naścią wielki honor mnie przynosi? Abo, że te pieniądze dziaduniowe za wszystko wynagrodzić mię zdołają?
— Wynagrodzić? — zdławionym nieco głosem zaczęła — a za cóż to Apolkowi wynagrodzenie się należy?
On kręcił się teraz po kuchence, laską wywijając, a potem stanął przed nią i rzekł:
— A choćby i za te rękawy, które Naścia po łokcie odwija, co aby czynić zaprzestała, nie jeden raz prosiłem, bo mi proste dziewki, nad baliami stojące, przypominają! Już nie mówię o tem, że nijakie pieniądze, po nijakich dziaduniach pozostałe, nie mogą dorównać tym korzyściom, które tam udziałem moim staćby się mogły i tak wysoko mnie postawić, że Naści oczy zmrużyćby się musiały, gdyby na te wysokości tylko spojrzała, ale czego Naścia ani odgaduje, to, że przez miłość dla Naści, ja jeden skarb niewynagrodzony tracę, taki, który sam w ręce mi lazł, a którego do niczego inszego porównać nie mogę, jeno do gwiazdy wysoko na niebie świecącej, albo do róży, przez osobliwych ogrodników w pałacowym ogrodzie wyhodowanej. Może ja i nie dobrze czynię, że Naści o tem mówię, ale nie powiedziałbym pewno, gdyby Naścia była dla mnie posłuszniejszą i całkowiciej oddaną, ale widząc, że ceny swej nie otrzymuję, muszę już do ostatka odkryć, czegom wart i jaką jest moja przed Naścią zasługa!
Umilkł i ze zburzoną od irytacyi czupryną, nieco zasapany i zaczerwieniony, na stołku usiadł, Anastazya zaś stała przed nim tak zmieniona, tak insza, niżeli zazwyczaj bywała, jakby ją w tej chwili czarnoksiężnik jakiś różdżką swą tknął: Hardo głowę podniosła, w oczach jej błyskawice przelatywały, czoło ogniem zapłynęło, brwi, które miała gęste i złote, zsunęły się i co moment drgały. Jak do ziemi wryta, prosto i nieruchomie stała, a potem drżącym nieco głosem przemówiła:
— Ja od pana Apolinarego nijakiej ofiary nigdy nie domagałam się i teraz nie chcę. Jaką mnie Bóg stworzył, taką jestem i ani obłudnych zmian w sobie zaprowadzać, ani w niewolniki niczyje zapisywać się nie zamierzam. Myślałam, że najlepsze miłowanie to jest, że człowiek przed człowiekiem z duszą otwartą i nic w sobie nie kryjącą, stoi i jeżeli życie za człowieka umiłowanego oddać gotowy, to, co jemu do robienia na świecie przeznaczonem zostało, uczciwie i jawnie robi. Ale kiedy panu Apolinaremu takie miłowanie nie w smak, to ja do inszego zdatności w sobie nie poczuwam. Niechże tedy pan do swojej fabryki powraca i tę gwiazdę, która jest niewynagrodzonym skarbem, z wysokości, na której świeci ona, zdejmuje, we mnie przeszkody nijakiej do tego nie upatrując. Od tej minuty już my dla siebie narzeczonymi nie jesteśmy i ja pana Apolinarego żegnam, podróży szczęśliwej i powodzenia najlepszego we wszystkiem życząc.
Przy ostatnich słowach pierścionek, który przy zaręczynach od niego dostała, z turkusikiem perełkami otoczonym, zdjęła z palca i na stole położyła, poczem ręce u piersi skrzyżowawszy, stała znów, jak w ziemię wryta, z głową hardo podniesioną i oczyma, które z za dwu łez nieruchomych dwoma grotami błyskawic świeciły. Pan Apolinary porwał się ze stołka i zrazu osłupiał od zdziwienia, bo nigdy na myśl mu nie przychodziło, aby ktokolwiek na świecie jego, Apolinarego, mógł wyrzekać się dobrowolnie. Tedy z początku bełkotać począł:
— Zadziwia mię... zadziwia...
Ale prędko zmiarkowawszy wszystko i obrazą wielką zapaliwszy się, pierścionek z brylancikiem, który od niej miał, na stole położył, a swój ze stołu biorąc, przez zaciśnięte zęby rzekł:
— Owszem! Jeżeli tylko taką jest wola panny Anastazyi, to i owszem. Już ja i sam o takiem zakończeniu nie jeden raz myślałem. Żegnam i nawzajem wszelkiego szczęścia i ukontentowania życzę. Adje!
Powiedziawszy to, wybiegł z domu na ganek, ale tu, drzwi za sobą z niejakim stukiem zamknąwszy, zatrzymał się, z przyzwyczajenia na jednej nodze stanął i głowę nizko zwiesił. Anastazya zaś ze swej strony z kuchenki wyskoczyła i przy drzwiach od ganku stanęła, z ręką ku klamce podniesioną. On miał taką postawę, jakby chciał okręcić się na jednej nodze i z powrotem do domostwa wejść, a ona taką, jakby pragnęła drzwi otworzyć i za nim na ganek wyskoczyć. Wszakoż cienkiemi tylko drzwiami z sobą rozdzieleni, minutę tak postawszy, w jednej sekundzie rozeszli się na dwie strony. On zeskoczył z ganku i popędził przez podwórko, laseczką wierzchołki traw na prawo i lewo zbijając; ona, blada jak płótno, z oczyma od łez nabrzmiałemi i rękoma utopionemi we włosach, najmniejszego głosu z ust zaciśniętych nie wydając, wolniusieńko przeszła świetlicę, i do bokówki wszedłszy, drzwi za sobą zamknęła. Co tam, w małej, ciemnej izdebce przez resztę dnia i przez całą noc następną czyniła, myślała i uczuwała? — nie wiadomo. Ale pana Apolinarego jakby wiatr poniósł w świat szeroki. Tego samego wieczoru już go w Tuczyńcach nie było.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.