Anastazya/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Anastazya
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

W parę dni potem rozeszła się po Tuczyńcach wieść, która jednych zadziwiła, innych rozśmieszyła, a innych nawet oburzyła, że Anastazya, w nagłe jakieś miłowanie względem Piszczałków wpadłszy, córkę ich Martkę, jawne suchoty mającą, najpierw do lekarza zawiózłszy, do siebie na dopatrzenie wzięła i jedną z kilku krów swoich im na własność oddała, aby Stefek, już też chorzeć poczynający, codziennie mógł mleko pijać. Pan Cyryak podobnież nie rzadko teraz do Piszczałków zachodził, i z rąk jego, równie jak z rąk Anastazyi, do tego domu, z całej okolicy najnędzniejszego, różne ulgi i pociechy, choć skromne, ale dla nich ważne i niespodziewane, ściekać poczęły.
Nikomu takie pogodzenie się nieprzyjaciół w głowie pomieścić się nie mogło. Jeden tylko Wincenty Tuczyna, Nawrócicielem zwany, wtenczas właśnie do domostwa Anastazyi zaglądać kiedy niekiedy począł, i raz, w niedzielę jakąś, najstarszego syna swego, Bolka, do niej przyprowadził. Ten zaś Bolko, ze złotym wąsikiem nad czerwonemi usty, czy tylko nie był najlepszą partyą w całej okolicy? i czy tylko już wpierw nie czuł do Anastazyi upodobania, które wszyscy postrzegli, dziwiąc się, że ona jedna postrzegać go nie chciała? Rozmiłowała się potem w panu Apolinarym, i Bolko cale, jak się zdawało, patrzeć na nią przestał, a teraz z ojcem przyszedł, przez cały wieczór rozmawiał z nią, żartował, i kto wie, co z tego wyniknąć może? Gdyby nie to, że aktorką była, niktby nawet nie pojął, że człek tak rozumny, jak Nawróciciel, pobłażliwie spogląda na afekty syna względem takiej, jak ona, fiksatki; bo ażeby dobro swoje oddawać takim nicponiom wogóle, a swoim wrogom osobliwie, jak Piszczałkowie, na to potrzeba być fiksatką; nieinaczej: tylko fiksatką.
Ewka Glindzianka, z czarnemi oczyma aż latającemi od zdziwienia, głosem od zapału aż zdyszanym, mówiła:
— Bo do czego to jest podobne? Oni na nią góry-mury walą, a ona na nich, jak przyjaciół najlepszych, łaskami różnemi sypie! I pana Cyryaka namówiła też, aby im świadczył. Martkę zabrała do siebie i chodzi koło niej, jak matka koło dziecka swego najmilszego. Bokówkę, że to najcieplejsza izba jest, jej ustąpiła, a sama na zimny przeciwek się przeniosła; odzież ciepłą jej sprawiła, lekarstwa różne daje, a podczas to i w nocy nawet wstanie, aby obaczyć, czy jej czego nie potrzeba... Piszczałkowie też kupą całą tera u niej przesiadują. Niby to dla obaczenia się z Martką przychodzą, a na całe dni albo wieczory ostają sobie w domostwie ciepłem i wszystkiego dobra pełnem. Ona zaś karmi ich, poi, poswary i kłótnie znosi...
— Jakie kłótnie?
— A bo to taka familia jest, że kłóci się z sobą, jak najęta: ojciec z matką, dzieci z rodzicami i pomiędzy sobą... Piszczałka, jak się rozkrzyczy, to jakby kto we trzy flety od razu dmuchał, i wtenczas tylko uspokoi się, kiedy Piszczałkowa z Salką, jak wilki na owce, na niego wpadną, a potem znowu z sobą, albo z młodszymi chłopcami kłócić się poczną. Martka, widząc to, gorzej chorzeć zaczyna, płacze i kaszle, a Naścia, zamiast wygnać ich ze swego domu, jakby to każdy inszy człowiek uczynił, perswaduje, prosi, Pana Boga przypomina, aż gdy wytrzymać już nie może, Martkę ze sobą zabrawszy, na przeciwek ucieka i drzwi za sobą zaryglowuje, co Piszczałkom i na rękę, bo gdy ona, zamknąwszy się przed nimi z Martką, jak w więzieniu siedzi, oni do spiżarni i kuchni idą, wszystko, co tam jest wywlekają, warzą, smarzą i jeszcze czasem narzekają, że Naścia skąpa, to i owo mając, im przecie nie dawała...
— To w Naścinym domu piekło teraz?
— I jakie!
— I cichość, w której ona takie upodobanie ma, przepadła?
— Tak przepadła, że i mnie tam chodzić już niemiło. Do Naści też serce tracić zaczęłam. Bo do czego to podobne? Z nieprzyjaciółmi swymi tak postępuje, a ja dla niej, jakbym nie żyła na tym świecie. Im wszystko, a mnie nic!
— Jak to nic? A te piękne korale, które nie dawno ci podarowała?
— Co tam korale! Miała je po swojej nieboszcze matce, to i podarowała. Nic jej nie kosztowały. Żeby oboje z panem Cyryakiem to, co ich teraz Piszczałkowie kosztują, mnie oddali, tobym los i szczęście ustalone miała. Ale Naścia woli wrogom swoim darować; głupia jest i niesprawiedliwa. Ja też rzadko kiedy już do niej chodzę, a i pan Cyryak także...
— I pan Cyryak także?
— Bardzo słusznie. On z początku nauczał Naścię, aby temu tatarskiemu najściu Piszczałków woli nie dawała, bo ją okradną, objedzą i zdrowia pozbawią, a razu jednego, zniecierpliwiwszy się, rzekł: »Tylko ty zgódź się na to, Naściu, a ja psombratów tych, chocia i stary jestem, kijem stąd poprzepędzam«. A ona na to, ręce jak do pacierza złożywszy: »Nie może to być dziaduńku, nie może to być, bo Martka od zmartwienia gorzejby się rozchorowała!«
Tedy pan Cyryak ręką machnął i codzień do niej przychodzić przestał. Do Nawróciciela raz rzekł, że ciągłego widoku Piszczałków znieść nie może i od niego choruje, tedy, miłując wnuczkę tak, jak wpierw miłował, rzadko kiedy do niej chodzi.
Tak tedy piekło w domu miała, przyjaciółkę najmilszą utraciła i dziadunio najukochańszy nawiedzać ją przestał. Józefa powiadała: »Dobądź z duszy tę perłę i złóż ją na ołtarzu miłości Boskiej i ludzkiej!« Usłuchała, perłę z duszy dobyła, na ołtarzu ją złożyła — i miała zapłatę!
W chmurny, ale łagodny wieczór zimowy, Naścia wychodziła z domu pana Cyryaka na ten sam ganek, na którym on w lecie prawie głośno odczytywał z książki psalm Kochanowskiego. Cale inaczej niż wtedy świat wyglądał; niebo i ziemię okrywała biel obłoków i śniegu, czysta, ale smętna. Na całem niebie i na całej ziemi leżał smętek i śpiewał pieśń cichości. Gdziekolwiek było spojrzeć: na pola dalekie, czy na ogrody, sady, dachy domostw — wszystko było białe, białe. W ogrodach badyle suche, w sadach drzewa z nagiemi gałęźmi, nad dachami kominy martwo sterczały i wszędy martwość obejmowała się z cichością. O ludziach, we wnętrzach domostw ukrytych, mówiły tylko ścieżyny wązkie, w śniegu wydeptane, które po całej wsi kręciły się i biegały, ale ludzi samych w tej chwili na nich nie było. Gdzieniegdzie tylko psy, węsząc, od płota do płota łaziły, wrona podskakiwała, kot, z pod świrna wyjrzawszy, chyłkiem śmignął ku stodole, albo w koronkach gałęzi nagich zafruwały i zaćwierkotały wróble.
Anastazya w szarej chustce, od chłodu zarzuconej, z domu pana Cyryaka wyszła i na ganku przystanęła, wahając się, czy odejść ma, lub pozostać. Przywitawszy się, rzekła:
— Dziaduńka nawiedzić przyszłam i, w domu go nie znalazłszy, sama nie wiem, czy zaczekać na niego, czy iść sobie. Sługa mówi, że na moment tylko do Nawróciciela poszedł. Może zaczekam. Ale jeżeli zagadają się tam zbyt długo, Martka sama jedna ostawiona smęcić się będzie...
Przez kilka ostatnich miesięcy zeszczuplała i przybladła. Szare oczy jej, jak zwykle kryształowo przezroczyste i głębokie, tak wyglądały, jakby w nich przejrzała się i obraz swój pozostawiła cierpliwość. Dużo przez czas ten cierpieć i na cierpliwość zdobywać się musiała, bo i w linii jej ust malowało się to samo, co w oczach, to jest: w cichości znoszone cierpienie.
— Zaczekam — z postanowieniem rzekła — tyle prawie dziaduńka widuję teraz, ile sama go nawiedzę. Tęskno mi do niego.
— U ciebie, Naściu, ludno teraz w domu i gwarno.
Ze spuszczonemi oczyma odrzekła:
— Ludno i gwarno, a dziaduńko tego nie lubi.
A ona sama czy to lubiła? Czy może być, aby skarga na usta jej wybiedz nie chciała?
— Podobno Piszczałkowie cię obsiedli i przykrości różne wyrządzają?
— A skąd to wiadome? A no i zapytywać o to nie trza. Ludzie gadają. Zdaje się, że o nikim tyle, co o mnie, okolica cała nie gada. Ale w gadaniu ludzkiem, jeżeli i jest prawda, to zawżdy z którejkolwiek strony krzywa, tedy i wierzyć jej nie warto.
Czy chciała skarga na usta jej wybiedz, czy nie chciała, nie wybiegła.
— Doktorem stałaś się, Naściu. Martkę z gorliwością leczysz!
Zaśmiała się.
— Oho! do doktorstwa mi daleko! Ale że dałabym wiele za to, aby zdrowie Martce przywrócić, to jest pewne. Tylko, że nic nie pomaga: ani lekarstwa, ani wygody i ciepłość, w których teraz żyje, nie pomagają; gorzej jej ciągle a gorzej. Mnie zaś serce boli, bom się już do niej bardzo przywiązała. Dobra jest i miła... a tchu w niej tyle, co może i na kilka miesięcy nie wystarczy.
Z oczyma w daleki, biały śnieg zapatrzonemi, z cicha dodała:
— Co miłe, to ginie! Co miłe, to oddala się i ginie!
Słowa te wymawiając, nie o Martce tylko myśleć musiała. Ktoś inszy jeszcze, miły jej, oddalił się, zginął. Mizerną twarz jej oblała tęsknica niewymowna. Nagle przecież roztęsknione oczy błysnęły radością, z ust perłowym uśmiechem rozwartych wypadł okrzyk: »Dziaduńko!« — i z trzech schodków ganku od razu zeskoczywszy, na spotkanie nadchodzącego pana Cyryaka pobiegła.
W baranim kożuchu, czarnem suknem powleczonym, i w wielkiej baraniej czapie, pan Cyryak, idąc, drogę przed sobą grubym kijem ubezpieczał, aby na rowek jaki śniegiem napełniony, lub zbyt gruby nasyp śniegowy nie natrafić. On także przez tę zimę zmienił się nieco, uwiądł i nic dziwnego, bo starość to była głęboka; wszakoż trzymał się jeszcze prosto, a z wysokim wzrostem swym, szerokiemi ramionami i wielkiem czołem wyglądał poważnie i silnie. Anastazya, szeroko ramiona otworzywszy, mocno go niemi objęła, i cała przytulając się do niego, mówiła, że tęskno jej za nim, że podczas to już i wytrzymać bez niego trudno, że przybiegła i, w domu go nie znalazłszy, czekała, a doczekawszy się, już nie puści go tak rychle i na cały wieczór do siebie zabierze. Chustkę, która w czasie powitania tego z pleców jej opadła, ze śniegu podnosząc, zapraszała:
— Chodźcie państwo do mojej chaty, bądźcie łaskawi, na cały wieczór chodźcie! Tabakierkę dziaduniową nakręcimy i grać nam będzie, pogadamy sobie, może »Trenów«, albo »Żywotów Świętych« nieco poczytamy!
— A no! — z zakłopotaniem czapki baraniej dotykając, mówił p. Cyryak — poszedłbym! chętliwiebym poszedł! tylko, że teraz u ciebie te psom...
Śmiejąc się, ręką usta mu zakryła.
— Nie wygadujcie, dziaduńku, nie wyrzekajcie i nie bójcie się! Dziś u mnie cicho jest, jak makiem posiał. Stryj Dominik na jarmark pojechał, stryjenka z Salką Kwiczołowej w przędzeniu pomagają, jako że wesele córki ich wprędce już odbyć się ma, tedy przędziwo do farbierza trza im najrychlej oddać. U mnie Marteczka biedna sama tylko ostała i jeszcze chłopak ich, Stefuś, w kuchence cicho sobie leży a kaszle...
— Jużeś i tego przybrała sobie? — zapytał pan Cyryak.
— A no, kiedy chorzeje wciąż, a u mnie cieplej mu i wygoda większa.
Potem znowu zapraszać poczęła:
— Chodźcie! bądźcie łaskawi! Herbaty na takie święto zgotuję i serek wyborny wczoraj zrobiłam...
— Dziw to wielki, że tego serka jeszcze ci wilkowie i dudkowie nie pożarli — mruknął pan Cyryak.
— Cicho dziaduńko! Nie oskarżajcie i nie wymawiajcie, jeno chodźcie!
Przed gośćmi do świetlicy swej wbiegając, wołała:
— Marteczka! Martuś! Smętno ci było samej jednej? Obacz: gości przywiodłam!
Z bokówki wyszła dziewczyna młodziuteńka, bo może 17 lat jeszcze w zupełności nie mająca, z włosami, jako u Naści były, blado złotymi i chudą twarzą, wśród której oczy, jak dwa sine płomyki, w zapadlinach głębokich płonęły. Prawdą też było, co mówiła Józefa, że na policzkach jej przeświecających się, jak alabaster, »gorączka okrągłe pieczęcie rumieńców wypalała». Wysoka, a od wychudnięcia i słabości, nakształt trzciny cienka i wiotka, podeszła zaraz do Naści, pytając:
— Gości przywiodłaś? Może co zrobić? do kuchni pójść? ze śpiżarki przynieść?
Naścia żartobliwie za długą kosę złotą, którą na plecy spuszczoną miała, ją ujmując, odpowiedziała:
— Nic inszego czynić nie masz, jeno grzecznie usięść i nie kaszleć. To jedno do ciebie przynależy, abyś nie kaszlała i kontenta sobie była. Dziaduńku, czy Martka byle trochę lepiej teraz wygląda? Mnie się wydaje napoły już prawie uzdrowioną. Proszę popatrzeć i powiedzieć!
Pan Cyryak na dziecko biedne patrzał i po wielkiem jego czole zmarszczki przewalały się, jak wzdęte fale. Raźnie przecież zawołał:
— A no, zuch dziewczyna! Wyglądasz, Martka tak, jakbyś wprędce ozdrowieć miała. Jeszcze i ja na weselu twojem nogi do tańca poruszę!
Radość promieńmi strzeliła z twarzy dziewczyny, która też wnet pogarnęła się do Naści i ręce na szyję jej zarzucając mówiła:
— Zbawicielko ty moja! Aniele, na ratunek mi z nieba przysłany! Jeżeli żywa ostanę, to ty mię, jak druga matka, światu przywrócisz!
Naści łzy zakręciły się w oczach, a pan Cyryak głośno sapać począł, że zaś ciemnieć już poczynało, przemówił:
— Naściu! Kiedyś przyrzeczenie dała, to i dotrzymaj, światło zapal i poczytaj chwilę, bom się już do czytania twego tęsknił, sam prawie nie mogąc liter rozpoznawać, z przyczyny okularów, które się zepsowały. Muszę też do miasta pojechać, aby nowe kupić!
Naścia, plecami do dziadka obrócona, smutnie się uśmiechnęła, szepcąc:
— Nijakie okulary już nie pomogą! Wiek i oczy tu zawiniają, nie okulary!
Westchnęła i, w ciężki smutek na moment zapadłszy, przez okno, na ciemny już wieczór patrzała, a Martka owszem, rozweselona tem, że ją za zdrowiejącą ludzie poczytywali, ku komódce podbiegła i stojącą na niej lampę poczęła zapalać rękoma tak przeźroczystemi, że światło, jak przez alabaster przez nie przeświecało. Potem obie z Naścią, dla przysposobienia wieczerzy do kuchenki wyszły.
— Zaraz poczytam dziaduńkowi, a tylko wpierw samowarek nastawię, bo Łucyi dziś ku pomocy nie mam. Do córki, na chrzciny wnuka poszła.
Zaledwie wyszły, pan Cyryak ciężar, który mu duszę uciskał, opowiadać począł. O los wnuczki frasował się srodze. Nie rodzoną mu jest, ale gdyby i aniołem zeszłym z nieba była, więcej światłości na starość jego rzucićby nie mogła. Młodość przeszła mu w przygodach rozmaitych, ożenić się i gniazda sobie uwić ani nie chciał, ani mógł. U skłonu dnia swego na zagon przeddziadowski powrócił i byłby samotnie, jak pustelnik wśród skał twardych i piasków suchych, wieczór swój spędzał, gdyby mu Bóg litościwy dziewczyny tej nie zesłał.
— Ociec jej, z tych trzech synowców moich, najzacniejszy był... gdzie! i porównania niema! jego też, jak syna umiłowałem, a gdy Bóg zabrał go z tej ziemi, sierota jego w serce mi wsiąknęła, jako w spragniony grunt kropla wody. Nadzieję roiłem sobie, że dobrą będąc, rozgarniętą, żadną szpetnością osobliwą oczu ludzkich nie rażącą, a przytem piękne dziedzictwo mając, szczęśliwa będzie, gładką drogą pomiędzy kwiatami pójdzie... Aż tu nie! gdzie tam! Inszą od wszystkich urodziła się, i w tem właśnie bieda jest utkwiona, bo nikomu, kto światu przypatrywał się, nie tajno, że człowiek inszy, żeby nie wiedzieć jaki dobry, szczęśliwym nie może być; owszem, im lepszy jest, tem nieszczęśliwszy być musi. Górne myśli go gubią, a więcej jeszcze serce, które potrawami zwyczajnemi nasycić się nie może... Ot i teraz: frasobliwym jest, frasobliwym o to przybliżenie się do niej Piszczałków. Pókim żyw, nic złego jej się nie stanie, ale jak oczy zamknę, co jako w sobie uczuwam, rychle nastąpić musi, lękam się, aby psombra...
Nie dokończył, ręką machnął, krzaki brwi zsunęły się mu aż na powieki; nasępiony, ze zmarszczkami jak ze wzdętemi falami na wysokiem czole, chwilę siedział milcząc. A potem znowu mówić zaczął, że najgorętszem żądaniem jego jest i ostatnią do Boga modlitwą, aby Naścię przed śmiercią zamężną mógł obaczyć! Żeby za mąż wyszła, opiekuna i obronicielaby miała. Cóż, kiedy nie chce. Już czego lepszego każdej dziewczynieby trzeba, niż ten Bolko, syn Nawróciciela? Rozmiłowany w niej, ojca po ręku całuje, a prosi: »Dopomóżcie, tatusiu, abym ją dostał!« A ona — nie! Ani mówić jej o tem! Jednego upodobała sobie i z tęsknoty za nim usycha! A no, chocia to i nie człek taki, jakiegobym dla niej żądał, niechby już... niechby już ten... zawszeć lepiej niż samej jednej na świecie ostać... Ale on znów jak pojechał, tak pojechał, i o Naści, chocia upodobanie w niej widocznie okazywał, pewnie już zapomniał... A tak we frasunku o nią i w żałości schodzą ostatnie dni moje, a Bogu tylko dufam, że sieroty tej, z młoda już udręczonej, nie opuści...
Tu wywnętrzanie się starego przerwało wejście Naści, z progu kuchenki wołającej:
— Jużeśmy z Martusią samowarek nastawiły i wszystko co trzeba przysposobiły do wieczerzy, a teraz dziaduńkowi może poczytać chwilę?
W parę godzin później po wieczerzy już było i po czytaniu; p. Cyryak, na ławie siedząc, z głową opartą zadrzemał. Często go teraz, śród dnia nawet, drzemka ogarniała, w czem niektórzy upatrywali staczający się coraz niżej skłon jego żywota. Martka tabakierkę dziaduniową nakręciła, i ciepłą odzieżą owinięta, zdala od wszystkich, w cieniu pieca dużego usiadła. Nikt nic nie mówił. Za oknami na czarnej firance nocy mrugały złote gwiazdy, a po świetlicy, w zielonawej jasności lampy, tony cichej muzyczki rozsypywały się jak szklane i srebrne paciorki. Anastazya szepnęła:
— Jakeśmy to u końca lata przy tej samej muzyczce wesoło sobie tańczyli!...
I nizko spuszczając głowę, dodała:
— Dzień dniu nie równy!...
Martka w tej chwili zaniosła się suchym kaszlem, a jakby echo odpowiedział jej z kuchenki kaszel spoczywającego tam Stefka.
— Naściu, czy ty nie lękasz się przejąć od nich tej choroby? Wiesz przecie, że zaraźliwą jest!
Z ogromnem zdziwieniem popatrzała na mnie i, wzruszając ramionami, odpowiedziała:
— Jeżeli Pan Bóg nie zechce, nie przejmę; to pierwsze...
Po chwili zaś milczenia dokończyła:
— A drugie, że gdybym i przejęła, to co? Dopóki dziaduńko na tym świecie... owszem... ale potem... A no! Nie miłowana ja i nie miłująca... Siać, żąć, aby zjeść, a na drugi rok znowuż siać, żąć, aby zjeść...
Splotła ręce jak do modlitwy.
— Żeby to Martka ozdrowiała, a ja na jej miejsce... razem z dziaduńkiem... kiedy ten straszny moment nadejdzie...
Martka nie ozdrowiała. Słońce marcowe lało jasne i ciepłe światło na ziemię od świeżo stajałych śniegów jeszcze chłodną i wilgotną, po lasach sasanki rozkwitać zaczynały, a na skrajach pól majaczyły po błękitnem niebie ciemne sylwetki pługów i oraczów, gdy gromada ludzi od cmentarza do wsi powracała. Nawróciciel szedł pierwszy, i krzyż duży w ręku podnosząc, pieśń nabożną głębokim basem śpiewał.
W postępującej za przewodnikiem gromadce, mężczyźni prawie wszyscy mieli w ręku otwarte książki do nabożeństwa i, pilnie w nie patrząc, pieśni przez niego śpiewanej różnymi tonami wtórzyli. Kobiety zaś, z rękoma nabożnie złożonemi, szły milcząc, lub z szybkiemi poruszeniami warg odmawiając ostatnie pacierze. Wszyscy zresztą szli prędko, prawie biegli, aby krokom Nawróciciela, któremu do pługa pilno było, sprostać; czarny krzyż nad głowami ich szybko przesuwał się po tle błękitnego nieba, a żałosne pienia, przez wiaterki marcowe wznoszone, leciały po chłodnem polu aż ku tym jego krawędziom, któremi sunęły zwolna ciemne sylwetki oraczów. Droga była niedługa; mały orszak rychło wsunął się pomiędzy domostwa okolicy i tylko pomiędzy okolicą a znacznie odrzuconym od niej domem Anastazyi pozostało kilka kobiet w ciasną kupkę zbitych i gwarzących.
Gwarzyły o tem, że chociaż Piszczałkowa kobietą języczliwą jest i przykrą, wszakoż po córce zmarłej tak bez upamiętania nijakiego desperuje, że aż serce kraje się na nią patrząc. Nie dziw też może, iż w gadzinę jadowitą się przemieniła, z takim niedołęgą i razem impetykiem, jakim Piszczałka jest, wiek swój przeżywszy. Bo kiedy kto niedołęgą jest, to niechże choć pokorę i cichość łagodną w sobie ma, abo kiedy impetyk, to mu w pracy zarówno, jak w gniewie, niech moc i płomień tkwi. Ale takie dwa grzyby w barszczu mając, otruć się nim nietrudno, i nie dziw, że u Piszczałkowej żyły napełniły się smołą gorącą. Z człowiekiem tym żyjąc, wszystko znosić musiała: głód, chłód, długi, poniewierkę mężowską, a teraz jeszcze choroba okrutna miarę niedoli jej do samego wierzchu dosypała, dzieci jedno po drugiem w przedwczesne mogiły wpychając. Po żadnem wszakoż tak jeszcze nie desperowała, jak po tej Martce, na żółtej mogiłce jak wąż się wiła i ryczała z płaczu, jako ta krowa, której cielątko od wymion oderzną. Pozostała też tam, chocia wszyscy odeszli; szczęściem tylko nie sama jedna, bo z Salką i ze Stefkiem.
A ta Naścia, to także dziewczyna jest niesłychana i niewidziana, że córki nieprzyjaciołów swoich tak żałuje. Białą sukienkę jej do trumny sprawiła, pogrzeb sprawiła taki, jak lepszego nikomu nie trza, i złotne widać serce ma, kiedy takiej pomsty na nieprzyjaciołach swoich szuka. Ile Piszczałkowie kosztują jej tej zimy, a ile frasunków około nich i przez nich ponosi, tego nikt przeliczyćby nie zdołał, a teraz łzami rzęsistemi zalewa się po tej Martce. Pójśćby może i nawiedzić sierotę w zasmęceniu będącą, bo podobno i ten dziadunio jej najukochańszy, pan Cyryak, niedomaga, tak, że ani na pogrzebie być nie mógł, ani jej w tę godzinę żałosną, która po wyniesieniu z domu trupa zawżdy następuje, kompanii dotrzymać nie może. Czasu wszakoż do nawiedzin mało miały, ile że dzień był powszedni. Więc kilka z nich do domów swych poszło, a trzy czy cztery zwolna posunęły się drogą, ku Naścinemu domostwu wiodącą.
Naścia siedziała na ganku sama jedna, co moment chustką łzy z oczu ocierając. Miała na sobie kaftanik watowany i na złotych włosach czarną chusteczkę pod brodę zawiązaną; ręce jej od chłodu poczerwieniały nieco, a mizerna twarz bladością od czarnej chusteczki odbijała.
Kobiety ku gankowi zbliżające się obaczywszy, powstała i z grzecznem przywitaniem poprosiła, aby do świetlicy weszły. Ale one odrzekły, że czasu na długie nawiedziny nie mają, i jedne na ławeczce gankowej przysiadły, insze się tylko o słupki plecami powspierały i poczęły jej różne pocieszenia mówić, z których największe to im się zdawało, że Naścia z krewnymi i nieboszczką Martką nie po ludzku, lecz po anielsku się obeszła, że tedy nagroda niebieska ominąć jej nie może. Ale jej oczy ciągle łzami nabiegały, i jedno tylko wymówić zdołała, że nagroda jej się nijaka nie należy, bo do Martki przywiązała się i co czyniła dla niej, to z serca i duszy czyniła, bo Martka dobra była, miła...
— Ale co miłe, to odchodzi i znika! — dodała, wracając do tej, wiecznie prześladującej ją myśli o doczesności i przemijaniu wszystkiego, co ziemskie.
Wtem jedna z gości, ku bramie podwórka poglądając, wykrzykła:
— Piszczałkowa leci!
— Aha! — potwierdziła druga — z Salką we dwie lecą!
— Pędem lecą!
— Zdaje się jakoby skrzydła miały!
Istotnie, zdawać się mogło, że na skrzydłach leciały, tak prędko biegły, i tak się im od prędkiego biegnięcia i od wiatru, chusty na plecach zarzucone we wsze strony rozmiotywały. Piszczałkowa zaś wyglądała strasznie.
Z przyrodzenia snadź była tłustą, bo ani frasunki, ani biedy, ani niedojadanie, ani odumieranie dzieci odmienić w niej tego nie zdołały, a że i wzrost przytem miała wysoki i głos gruby, tedy niektórzy podobieństwo w niej upatrywali do tego Heroda, który to niemowlęta niewinne zarzynać rozkazywał. Każdy też rys i każdy ruch tej wielkiej twarzy i postaci wydatniejszym stawał się niż u ludzi inszych, a kiedy gniewliwym był i groźnym, to gniewliwszym i groźniejszym. Teraz zaś, od pierwszego wejrzenia poznać można było, że niosła ją tu popędliwość nieukrócona i zastanowienia nijakiego nie znająca.
Policzki miała od płaczu i alteracyi aż posiniałe, a tak spuchłe, że pomiędzy nimi oczy, jak z dwu wązkich szczelin, ogniem buchały. Czoło jej niedole różne, a teraz żałość po córce takimi ciężkimi pługami zorały, że na przewleczenie najcieńszej niteczki gładkiego miejsca na niem nie było; na czoło to opadały włosy siwiejące i rozczochrane, a usta zsiniałe trzęsły się jako liście, którymi wiatr miota.
Salka, dziewczyna z rysami nieszpetnymi, choć grubymi, nieco już starzejąca się, tak samo jak matka duża i tęga, ile tchu stawało za matką biegnąc, za kaftan ją co moment porywała, w chęci mitygowania może, abo nauczania jakiego, bo wiadome było, że nad rodzicami przewodzić i różne nauki im dawać lubiła, z czego też pomiędzy nimi wynikały kłótnie i krzyki ustawiczne. Tak we dwie pod sam ganek przybiegły, i Piszczałkowa, nie witając się z nikim, zaraz krzykła:
— Po odzież Martki przyszłam! Oddaj odzież tę, co po dziecięciu mojem ostała!
A widząc, że Naścia, z ławki powstawszy, przestraszonemi oczyma na nią patrzy, nic nie odpowiadając, za rękaw kaftana ją targnęła i powtórzyła:
— Odzież Martki oddaj! czy słyszysz? Czegóż stoisz jak słup w ziemię wryty? Czy ogłuchłaś?
Wtedy Naścia łagodnie, choć i wyraźnym głosem, rzekła:
— Ja wam, stryjenko, tej odzieży nie oddam, bo gdybym to uczyniła, dalibyście ją do noszenia Salce i Marylce, a oneby od niej tej choroby nabrały, jak to raz było już u was, po śmierci Michałka i Rozalki...
Piszczałkowej na te słowa złość aż oddech zatamowała, ale pohamowawszy się nieco, perswadującym niby tonem zaczęła znowu:
— To jakże będzie? Tyle wszystkiego miała! Sukienki, pościółka, przyodziewki ciepłe, czy to wszystko u ciebie ma pozostać?
— Upamiętajcież się, pani Dominikowo! Co wygadujecie i czego żądacie? Toż to wszystko za Naścine pieniądze sprawione było! Ona sama jej wszystko to podarowała! — ozwało się kilka głosów śród kobiet na ganku siedzących i stojących.
— A kiedy podarowała, to niechajże nie odbiera! — wtrąceniem się tem do reszty rozwagi pozbawiona wrzasnęła Piszczałkowa i do Naści obrócona krzyczała dalej: — Czy ty w te szmaty przyoblekać się sama będziesz? Bogaczko ty, w dostatki opływająca! Wstydu chyba w oczach, a Boga w sumieniu ci zabrakło!
— Słusznie mama mówi — zawtórzyła Salka: — czy ciebie, Naściu, Pan Bóg z wilczem gardłem stworzył, że tyle już z naszą krzywdą sobie zabrawszy, jeszcze i teraz na to co nasze chciwą jesteś!
— Z jaką krzywdą? Czem ona was ukrzywdziła? Tem chyba, że dzieckiem rodziców swoich na świat przyszła? — z oburzeniem zawołała jedna z kobiet.
A Naścię jakby wciąż warem oblewało, tak w obrzeżeniu czarnej chusteczki twarz jej to rumieniła się, to bladła.
— Ależ ja tej odzieży, ani jakich rzeczy po Martce sobie nie zabieram! — zawołała. — Spalę je, aby przepadły i nikomu żyjącemu nieszczęścia nie zrządziły!
— Aby przepadły! — wrzasnęła Piszczałkowa. — A sama ty giń i przepadaj! Niedoczekanie twoje, aby tyle dobra, co mi się jako matce po dziecięciu mojem należy, w twoich nienasyconych rękach przepadało...
— Stryjenko! — zawołała Naścia — w czem ja nienasycone ręce okazałam?
Ale mowę Salka jej przerwała:
— Oddaj co nie twoje i będzie po wszystkiem...
— Nie oddam! bo nosić tę odzież będziecie i poumieracie wszyscy!
— A tobie co do tego, że poumieramy? Kto ciebie opiekunką nad nami ustanowił? Zechcemy, to i poumieramy, a ty nijakiego prawa nie masz do niewoli nas zabierać!
— Na sumieniubym miała — odparła Naścia. — Kto w błędzie po świecie chodzi, temu przebaczone być może, ale ja oczy na to niebezpieczeństwo mam otwarte i zgrzeszyłabym, gdybym ze strachu przed waszemi napaściami, na zgubienie was oddała.
Powiedziała to tak stanowczo, że widać było, iż najpewniej uczyni jako rzekła. Piszczałkową ta stanowczość cale już od rozumu odwiodła.
— Sumienie! — krzyczała: — abo ty masz sumienie, krzywdzicielko, bogaczko, ludojadko, faryzeuszko, przed ludźmi dobroć udająca, a dyabła mająca za skórą! Faryzeuszowską była ta twoja dobroć dla dziecięcia mego, które pod twoim dachem gorzej chorzeć zaczęło i pod twoją opieką, coś nią ludziom, jak złotem, przed oczyma świeciła, jad i śmierć dla siebie nalazło!
Tu zaniosła się płaczem do ryku podobnym, bo desperacki żal po dziecku mieszał się w niej ze wściekłą złością przeciwko tej, którą nienawidziła tem więcej, że biedą przymuszona dobrodziejstwa jej przyjmować musiała.
Coraz bliżej na Naścię następując, ledwie zrozumiale bełkotała:
— Nie dopilnowałaś ty dziecięcia mego, nie dojrzałaś jak należało, do pracy zbytecznej przymuszałaś, na chłód i przeziębienie się śmiertelne naraziłaś...
Naścia, coraz bledsza, przed następującą nad nią kobietą cofać się zaczęła i, oczy osłupiałe w nią wlepiając, a rękę ku czołu i piersi niosąc, zdławionym głosem mówiła:
— W imię Ojca i Syna i Ducha Ś-go... Idźcie stąd, stryjenko, idźcie sobie, idźcie...
A tu Salka, przyskakując, swoje prawić poczęła:
— Słusznie mama mówi, słusznie! Żebyś była jeszcze raz po doktora posłała, możeby uratował. Żebyś jej strzegła, aby na dwór w zimne dni nie wylatywała, toby żyła! Ale u ciebie dobroć tylko na okaz jest, a gdy nikt nie widział, dbałaś o nią tyle, co pies o piątą nogę. Teraz zaś sukcesyę chcesz jeszcze po niej otrzymać i łachmany, którymiś niby to ją obdarowała, na własnej figurce zawieszać...
Naścia cofała się wciąż, twarz jak płótno pobladłą ku Salce teraz obróciła i, znowu żegnając się, zdławionym głosem zaszeptała:
— W imię Ojca i Syna i Ducha Ś-go... Idź ty stąd, Salka... idź sobie, idź...
— Oddaj co nasze, to i pójdziemy sobie! — razem obie krzyknęły, a Piszczałkowa córkę odpychając i przekrzykując, wrzeszczała dalej:
— Od pierwszego dnia życia swego tyś krzywdzicielką naszą już była! Żeby ciebie na świecie nie było, dzieci moje w dostatkuby żyły i mnie na wczesnych ich mogiłach nie przyszłoby łez gorzkich wylewać! Ale dyabeł cię na świat przysłał, i bogactwo wielkie w ręce swe ułapiłaś, a my, jako i pierwej, w nędzy po uszy grzęźli...
— Jezus, Marya! — w progu domostwa już jęknęła Naścia, a Piszczałkowa krzyczała dalej:
— Jak królewna żyć sobie będziesz, we wszystko opływając, i romansować z kawalerami, jakoś z tym Apolinarym romansowała, a w tym samym czasie Martusia moja w grobie zimnym w proch i zgniliznę się obróci...
— Jezus, Marya! — ozwał się za progiem już przeszywający wykrzyk Naści, i ona sama w sionce domu zniknęła.
Jednocześnie rozległ się potężny męski okrzyk:
— Precz! precz! precz stąd, niewdzięcznice! gałganice! psombratki!
I na ganku stanęła wysoka, barczysta postać pana Cyryaka, z kijem nad plecami Piszczałkowej i Salki podniesionym. Ten sam to kij był, gruby i węzłowaty, którym pan Cyryak zawsze sobie w chodzeniu dopomagał, i już, już, ręka jego zwiędła, ale jeszcze silna, spuścić go miała na dwie kobiety, gdy nagle zatrzymała się w powietrzu. Niewiasty, choćby i takie, bićby miał! Za wiele na to w żyłach jego płynęło starej krwi szlacheckiej! Więc tylko raz jeszcze głosem herkulesowym krzyknął:
— Precz mi stąd zaraz, Herodki, dziecko niewinne napastujące!
I za odzież je pochwyciwszy, Piszczałkową naprzód, a Salkę potem, jak piłki z ganku zrzucił; potem z żyłami jak sznury na wielkiem czole nabrzmiałemi, trzęsącemi się usty wyrzucać począł obecnym kobietom, że Naści nie broniły. One tłómaczyły się, że zrazu bronić chciały, ale potem, złość i niesprawiedliwość tak niezmierzoną obaczywszy, same od przytomności niemal odeszły. Wnet też jęły Piszczałkową otaczać i z Salką za bramę obejścia wyprowadzać. Pan Cyryak zaś, sapiąc głośno i na trzęsących się od poruszenia nogach ledwo iść mogąc, do świetlicy Naścinej wszedł. Tu, zaraz przy progu, Naścia u stołka drewnianego na ziemi klęczała i, twarz w ręku ukrywając, jednostajnym, przyciszonym głosem powtarzała:
— O Jezu! Jezu! Jezu!
Pan Cyryak stanął nad nią i pochyloną głowę wnuczki długo wzrokiem posępnym ogarniał. Po czole zmarszczki przewalały mu się jak chmury grube, abo fale wzdęte, a brwi i wąsy wydawały się cierniowymi krzakami, które śnieg przyprószył i pobielił. Po chwili mówić zaczął:
— Masz tobie, Naściu, poczciwość i krzywd wybaczenie! Masz tobie wdzięczność ludzką! Masz cukierki, co je życie takim, jak ty, praży i smarzy!
Gdy tak mówił, z pod powiek nabrzmiałych i zaczerwienionych dwie łzy wypłynęły, po sfałdowanych policzkach się potoczyły i na śnieżnych krzakach wąsów zawisły, nakształt kropel tającego szronu. Ona, głos dziadka usłyszawszy, głowę podniosła, z klęczek powstała i, nic nie mówiąc, ale ręce na szyję mu zarzuciwszy, przylgnęła do jego piersi.
— Słabym nieco był dziś i myślałem, że z domu cale nie wyjdę, ale jakby przeczucie mię kolnęło, aby do ciebie iść... Zmogłem się na siły, przyszedłem i na ostatek już komedyi tej trafiłem. Oj, komedye to są, na które patrząc i umierające oczy podczas zapłakać muszą...
Dłonią głaskał złote jej włosy, z których zsunęła się chusteczka, aż po chwili, jakby pieszczotą tą ukojona i do życia powrócona, oderwała twarz od jego piersi i, ku niemu ją wznosząc, blademi usty wyszeptała:
— U Boga tylko dobroć? prawda, dziaduniu?
— Tak, rybko moja, u Boga! — odpowiedziały z pośród ośnieżonych krzaków zwiędłe i do niej uśmiechające się usta.
— I sprawiedliwość? — szepnęła znowu.
— I sprawiedliwość — powtórzył pan Cyryak.
— I szczęście? — zaszeptała tak już cicho, że może nie dosłyszał, bo nie odpowiedział nic, ale że nogi pod nim dygotały, na sprzęcie najbliższym usiadł i powiedział, aby herbaty mu przyrządziła, bo niedomagającym się czuje i słabym... Irytacya, której doświadczył, podcięła go jak kosa trawę, która, nie upadając jeszcze, chwieje się i wierzchołkiem ku ziemi się kłoni.
Niewdzięczność i niesprawiedliwość ludzka mocno w serce Naści ugodziły, ale z przestrzeni niewidzialnej, bezgranicznej, tajemnicami napełnionej, szła ku niej mara inna i ku sercu temu celowała strzałą sto razy ostrzejszą.
Kilka miesięcy od śmierci Martki upłynęło, gdy razu pewnego, w same żniwa, Naścia o zachodzie słońca, z sierpem na ramieniu zawieszonym i z trzema najemnicami do domu powracając, ujrzała biegnącego naprzeciw niej sługę pana Cyryaka. Sługę tego ujrzawszy, takiego uczucia doznała, jakby kto końcem ostrego żelaza w serce jej tknął, a był to właśnie koniec tej strzały, którą celowała ku niej mara, wylęgająca się z przestrzeni niewidzialnej, niepojętej. Wnet też sierp z ramienia zdjąwszy, biedz poczęła ku wyrostkowi w białej koszuli, który, zagony przeskakując i rękoma ku niej wymachując ile tylko siły miał, wołał:
— Idźcie, zmiłujcie się, idźcie do niego co prędzej! Znagła na ziemię padł, prawie że oniemiały, i to tylko przemówić do mnie zdołał, abym po was duchem leciał!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.