Amor i Psyche/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Amor i Psyche
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.
AMOR I PSYCHE.
NON OMNIA VANITAS.


Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Na grubym tomie Magnusa Alberta
(Uczonych bredni wiekopomna sterta!)
Usiadło dziewczę — nie dość może skromne,
Jak na kapłankę zimnokrwistej Westy,
Lecz nimfom równe w izdebce studenta,
Co rzadko chrzęsty spódniczek pamięta,
A częściej — myszy zgłodniałych szelesty...

Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Dziewczę kwitnęło młodością i zdrowiem,
A księga, ciężka łaciny ołowiem,
Co miała wieki wykarmiać potomne,
Sama pokarmem stała się robactwa...
I jak grzyb była przy tym świeżym kwiecie,
I przy tej róży była jako śmiecie —
Pająków pełna, kurzu i dziwactwa.

Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Jasny perkalik z wyrudziałą skórą
Walkę kontrastów toczyły ponurą,
Niby dwiech potęg symbole niezłomne:
Życia i śmierci, młodości i grobu.
Dziewczę się śmiało, księga była głucha;
A tę krwi bujność i ten cmentarz ducha
Zespolić razem nie było sposobu!


Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Ów Wielki Albert, w swej todze z łaciny,
Żakiem się zdawał pod suknią dziewczyny...
Jej zaś źrenice błyszczące, ogromne,
Mówiły (czemu głęboko ja wierzę):
Iż za lat trzysta i z naszej mądrości
Tylko zbutwiałe pozostaną kości —
Dziewcząt zaś lica zawsze będą świeże!






NA KANONJI.


Mieszkałem wówczas na Kanonji,
W sąsiedztwie nieba;
Słuchałem zbliska sfer harmonji
I czciłem Feba.
Żyć mnie uczyła uśmiechnięta
Pieśń Horacego;
Kochałem książki i dziewczęta —
Cóż w tem zdrożnego?

Choć poemata moje pierwsze
Brano pod placki,
Co noc pisałem wściekle wiersze
A la Słowacki;
I zamiast ślęczeć bez wytchnienia
Nad Corpus juris,
Sławiłem uśmiech i spojrzenia
Warszawskich hurys.

Raz mię opętał wzrok sąsiadki
Miłosnem lichem,
(Bo Amor stawia swoje siatki
Nawet pod strychem);
Lecz miłość rzadko dla poetów
Przynosi szkodę —
Palnąłem wtenczas sześć sonetów
I jedną odę.


Życie, wśród marzeń, biegło cicho,
Niby idylla;
Snów mi nie truła serca pychą
Żadna Marylla;
A chociaż pieśniom wtórowało
Miauczenie kotów,
Do śpiewu przecie, jedząc mało,
Wciąż byłem gotów.

Obok mnie, liczną chował dziatwę
Szewc kuternoga;
I do pułapu wznosił dratwę,
A głos do Boga;
Bez przerwy walcząc z nędzy biesem,
Szył w dzień i w nocy:
Ten szewc mnie uczył przed Smilesem
Samopomocy.

Drugi mój sąsiad był artystą
Na klarynecie;
Urywał nieczysto, a pił czystą,
Jak to na świecie!
Co noc mordował bez litości
Włoski „karnawał“ —
Ten znów, talentów znikomości
Przykład mi dawał.

Trzeci, szczęśliwy ze swobody,
(Był emerytem),
Wypijał dziesięć szklanek wody
Zaraz ze świtem:

Zielone nosił okulary
A czarny plaster,
Chował kanarków cztery pary
I palił knaster.

Dość było figlów i pustoty
W tem kółku naszem,
I nieraz śmiechów huczne grzmoty
Trzęsły poddaszem;
Śmiał się artysta z emerytem
A szewc z poetą —
Tak się jednoczą, różne bytem,
Cienie nad Letą...






CZARY.

Zdaje mi się, że złociściej
Palą się latarnie
Że posągi pośród liści
Mrugają figlarnie;

Zdaje mi się, że pojazdy
Do rytmu turkoczą,
Że nie świece, ale gwiazdy
W ulicach migoczą;

Zdaje mi się, że tęczowo
Lśnią kamienic ściany,
Że mozajką marmurową
Chodnik wykładany;

Zdaje mi się, że przechodnie
W uśmiech stroją twarze,
Że ich serca biją zgodnie,
Jak młotki w zegarze;

Zdaje mi się, że krzewiną
Wstrząsa nimfa płocha;
Że z ogrodów szepty płyną:
Kocham, kochasz, kocha;


Zdaje mi się, że w lazurze
Mkną anielic wianki,
Że mnie wabią oczy duże
Z za każdej firanki...

— „Na Minerwę! na Darwina!
Bracie, ty majaczysz!
Napiłeś się pewnie wina,
Lub paliłeś haszysz“...

Tak! co złudzeń mych przyczyną
Zgadliście najprościej:
Odurzyło mnie dziś wino...
Wiosny i młodości!






ANIELSKIÉJ.


Miałaś uśmiech dziecięcia, spojrzenie Madonny,
W licach blaski, nad czołem włosów jasne zwoje;
Przeszłaś — i jak za słońcem helijotrop wonny,
Tak za tobą się oczy obróciły moje.

Byłaś piękną, jak Ewa, marząca w Edenie,
Promienną, jak cheruby na obrazach Giotta,
Trwożną jak pierwsza miłość, czystą, jak westchnienie,
Świętą, jak zakonnicy za niebem tęsknota.

Odgadłem, że rankami śpiewasz, a o zmroku
Z tym, co w piersi twej mieszka, cichą masz rozmowę;
Że serce w czystych marzeń zanurzasz obłoku,
Że cię sny nawiedzają białe i różowe:

Że trucizna zwątpienia obcą ci jest zgoła,
Że myśli twych nie szarpie sfinksowe „dlaczego?“
Że masz wiarę ascety i świętość anioła,
Że cię skrzydła serafów od upadku strzegą...

Tak różni! a duch jednak rwał mi się do ciebie,
Gwałtowny, jakby serce pragnął zabrać z łona,

I na dnie ciemnych mroków marzyłem o niebie,
Jak o źródle beduin, gdy na piaskach kona.

Przebacz mi! — Wszakże Stwórca nie zabronił głębiom
Kochać szczytów; wszak ludziom, choć grzechem skalani,
Sam się oddał; wszak białym przykazał gołębiom,
Żeby różczkę oliwną niosły do otchłani...






MUSISZ KOCHAĆ.


Próżno, śląc w niebo oczy i westchnienia,
Aniołom tęskną użalasz się mową,
Próżno, upadłszy na pierś Chrystusową,
Całujesz ręce i stopy z kamienia;
Próżno, gdy płyną kadzidła i hymny,
Chcesz z niemi sercem ulecieć wysoko;
Próżno na chmurach wieszasz błędne oko,
Próżno, płonąca, kamień ściskasz zimny! —
Ani przy modłach krótkie wniebowzięcia,
Ani cię zbawią podobłoczne loty:
Lilja w noc letnią rzuca płaszcz swój złoty,
Dziewica rzuca białe sny dziecięcia.
A taka siła w tym bożym wyroku,
Że jej przełamać nikt z ludzi nie zdoła;
Gwiazdy wprzód strąca z dziewiczego czoła,
Potem strąconym każe płonąć w oku.
I nie otwarcie walczy, lecz zdradziecko,
I kiedy schodzi, nie wstrzymać jej w locie;
Przyjście jej dusza czuje po tęsknocie,
Przez nią w człowieka olbrzymieje dziecko.

Choćbyś tytanów myśli miała dumne,
I tę moc, która śmiertelnego trwoży,
Bezsilna padniesz, kiedy wyrok boży

Każe ci wybrać: miłość albo trumnę.
Pocóż na licach ta Pallady maska?
Pocóż na sercu ten puklerz ze stali?
Jeśli pierś z drewna, namiętność ją spali,
A jeśli z głazu — roztrzaska!






W GÓRACH.


„Dokąd biegniesz, dziewczyno szalona,
Z płomieniami w czarnych oczów głębi?
Patrz! Obłoki skrywa chmur zasłona,
Na gościńcu kurzawa się kłębi.

Wiatr ci włosy potargał nad skronią,
I z białego zerwał chustkę łona —
Ja cię schowam przed burzy pogonią,
Lecz się wstrzymaj, dziewczyno szalona!

Tam, gdzie potok srebrną bryzga pianą,
W mroku jodeł mój domek się bieli,
W domku matka modli się co rano.
A co wieczór śpiewa przy kądzieli.

Słodkiej ciszy anieli tam strzegą,
I rozmarza szum wichrów daleki;
Ja cię schowam do domku białego,
Lecz bądź moją, bądź moją na wieki!”
............

„Burza przeszła, wiatr urwał w połowie
Swą pieśń, pełną złorzeczeń i żalu...
— Z gniazd do słońca wzlatują orłowie,
I mnie czas już — Bóg z tobą, góralu!


Obyś znalazł wśród ludzi anioła,
Coby kwieciem usłał twoją drogę;
Mnie gdzieindziej głos przeznaczeń woła,
I być twoją nie mogę, nie mogę!“





PIOSENKA.


Nim czar miłosny,
Nim cuda wiosny
Porzucą nas,
Kochaj, dziewczyno!
Niech płynie wino
Z pieśniami wraz!

Niech skrzą się oczy,
Zaczem je zmroczy
Mogiły cień! —
Gdy minie pora,
Z mroków wieczora
Któż zrobi dzień?

Marzenia mylą,
A życie chwilą —
Pocóż więc śnić?
Dusza i zmysły
To węzeł ścisły;
Kochać — to żyć!





GDY KOCHASZ.


Kiedyś z miljonów jednego wybrała
Na władcę duszy i na władcę ciała,
Niech on już jednym pozostanie tobie
W życiu i w grobie.

Najczulsze słowa, najmilsze uśmiechy,
I wszystkie blaski, i wszystkie pociechy
I wszystką słodycz ducha niewieściego
Ponieś dla niego.

Choć reszta świata, pod wyklęcia groźbą,
Ciągnąć cię będzie i silą i prośbą,
Ty zawsze przeważ szale pochylone
Na jego stronę.

Ile masz w sercu anielskiej światłości,
Przez którą bogom równi ludzie prości,
Zestrzel ją całą w miłosnym uścisku,
Jako w ognisku.

Ani się wahaj, chyląc szczęścia czarę,
Duszę miłemu oddać na ofiarę,
Bo zatraciwszy się, wskrześniesz z niczego
W nim i przez niego.

I nawet wówczas miej świętość anioła,
Gdy on twych darów odpłacić nie zdoła; —
Kto kocha, bardziej jest z bóstwem zbratany,
Niż kto kochany.





WNIEBOWZIĘTA.


Jej włosy, barwy złota i popiołu,
Koroną były rzeźbionemu czołu,
A razem chmurą, w której twarz jej biała
Jakiemś świetlanem widzeniem się zdała.
Rzekłbyś też — z trudem dowierzając oku —
Że cała tonie w złocistym obłoku,
I że weń wsiąknąć i rozwiać się może,
Jako gasnące na zachodzie zorze...

Taką widziały ją obce spojrzenia —
Lecz przy kochanym, którego bez drżenia
Witać, a żegnać nie mogła bez smutku
(Tak czynią kwiaty ze słońcem w ogródku)
Nieziemskie światło z czoła jej znikało,
I obłok w śliczne przemieniał się ciało,
A złote blaski zbiegały do oczu.
I już nie było w błękitnem przezroczu
Topniejącego sylfa, czy anioła,
Ani kapłanki, której bije z czoła
Zimny majestat grobu i świątyni,
Ani rusałki, co z sercami czyni
Psoty, igrając w srebrnej mgle miesiąca —
Jeno kobieta była, kochająca
Wszystkich sił treścią, wszystkich snów tęsknotą,
I całem sercem i całą istotą,
I wśród tej burzy, ubranej w promienie,
Dana miłości na całopalenie!


Rzadko ją śmieszką widział świat. Niekiedy,
Uciekłszy z koła zapustnej czeredy,
Biegła, gdzie w mrokach błękitnych ołtarza
Lampka to gaśnie, to znów się rozżarza,
I tam, nie wiedząc dlaczego i po kim,
We łzach tonęła. Czasem ją głębokim
Przejęła smutkiem cudza łza lub wina,
Albo też akord ponury pianina
O dreszcz przyprawił. Czasem, gdy z ogrodu,
Razem z falami jesiennego chłodu,
Woń zwiędłych liści weszła do komnaty,
Smutniejąc nagle i rumieńców kwiaty
Tracąc, siadała blada, marmurowa —
I nikt z niej wówczas nie wydobył słowa.

Mgła melancholji, co włóczy po świecie
Swe zimne zwoje, a czasem przygniecie
Dławiącym smutkiem jaką duszę tkliwą,
I ją dosięgła. Była nieszczęśliwą
Nieszczęściem innych. Jak pewne rośliny,
Co liściem wilgoć, swój pokarm jedyny,
Ciągną z powietrza, chłonęła tak w siebie
Smutek wszechrzeczy, rozlany po niebie,
Gwiazdach i morzu, obłokach i ziemi...

Lecz, gdy kto umiał słowy miłosnemi
Zakląć cudownie mimozę tę smętną,
Z lic jej niknęło melancholji piętno
I łono grało pełną uczuć gamą.
Dla kochanego miała rozkosz samą:

Wesołe słówka, uśmiechy cukrowe,
Pierś pełnij żaru, pełną marzeń głowę,
W ciemnościach oczu fosforyczne błyski,
Krótkie piosneczki i długie uściski...

Jej pocałunek był szczery i słodki,
I miał coś w sobie z powabu stokrotki,
Którą dziewczyna, wyjąwszy z warkocza,
Daje lubemu; moc też w nim urocza
Tkwiła, że sprawiał ciche upojenie,
I dusze w jasne ubrawszy promienie.
Budził do szczęścia, do życia, do czynu...
Jej pocałunek podobny był winu,
Co nie odurza, ale rozwesela,
I miał potęgę cudownego ziela,
Które do skarbów ukrytych prowadzi...
Całując, śmiała się ciszej i rzadziej,
I już nie była pusta ni swawolna,
I żar jej źrenic przyćmiewał się zwolna,
A dziwna świętość wchodziła na lice..

Życie w niej miało korną ofiarnicę,
Która w miłości praw przeznaczeń słucha,
I nie zabiera, lecz oddaje ducha.

W jesienne rano, suchotnicze, szare,
Umarła — życia spełniwszy ofiarę,
I cudotwórczej miłości sakrament
Wziąwszy na wieczność. Mówią, że i djament,
Gdy już blask wszystek, wszystką ducha jaśnię,
Wyleje z łona — gaśnie...





NA DZIEŃ DOBRY.


Na dzień dobry, mój gołąbku,
Ogród tobie sypie róże;
I zawiesza perły duże,
Na każdego listka rąbku;
Jako gwiazdy lśnią stokrotki,
I rozlewa zapach słodki
Lilja, siostra twoja młodsza;
Wszystkie kwiaty z hołdem śpieszą —
Lecz pomiędzy całą rzeszą,
Tyś najmilsza! tyś najsłodsza!

Na dzień dobry, mój klejnocie,
Słońce tobie zsyła skarby,
Świat w tęczowe stroi farby
I rozpala blasków krocie:
Lecz choć skraj się na murawie,
Jak stuoczne pióra pawie,
I szmaragdy i topazy —
Ty wśród wszystkich trzymasz berło,
Bo najczystszą jesteś perlą,
Boś brylantem jest bez skazy!

Na dzień dobry, mój aniele,
Ja ci duszę niosę własną,
Od poranku świateł jasną,
Uciszoną jak w kościele.

I w niej perły są i kwiaty,
I fantazji haft bogaty
I słowiczych piosnek mnóstwo;
A najwyżej, a na szczycie,
Ty — jak słońce na błękicie!
Ty — jak w świątyń mrokach bóstwo!





NAD BRZEGIEM MORZA I NIESKOŃCZONOŚCI.


W nadmorskim mieście, kupieckiem, gwarliwem,
Błądzimy, milcząc, mgłą oblani szarą;
Gmach każdy sennem zdaje nam sic dziwem,
Każdy przechodzień zdaje nam się marą.
A tam, gdzie okręt śniegi pian rozgarnia,
Nie wiemy: księżyc świeci, czy latarnia?

Jedno nam jasne: żeśmy rozkochani,
I że pierś nasza oddycha rozkoszą...
Nikt nas spojrzeniem ciekawem nie rani,
Śmiechy niczyje czaru nam nie płoszą,
I miedzy tłumem, co ślepy i głuchy,
Obcy tłumowi, błądzimy jak duchy...

Te, za mgły gazą bielejące plamy.
To wyprężone lotnych żagli płótna...
Ach! morze zgadło, że my się kochamy!
Lecz czemu jego melodja tak smutna,
I czemu białe widziadła tak straszą? —
Czy morze trwoży się radością naszą?

Błądzimy senni, jakby z ciał wyzuci,
Słuchając w cichem zmysłów upojeniu,
Jak wrzawa miasta z wrzawą fal się kłóci,

Jak parostatek ryczy w oddaleniu,
Jak skrzypią liny przy masztach i kółka,
I majtek śpiewa w chmurach jak jaskółka.

Wszystkie te głosy zewnętrznego świata
Przychodzą do nas z jakiejś wielkiej głębi;
Gwar to się zbliża, to znowu od lata,
Nakształt krążących nad chatą gołębi
I z natężenia przechodząc wciąż wpisze,
Rytmem swym śpiewnym do marzeń kołysze.

A w tych marzeniach jesteśmy ptakami,
Które na ziemie patrzają z wysoka...
Szlak swoich lotów wykreślamy sami,
Słuchając zachceń serca albo oka;
Dziś po nad chłodną Bałtyku topielą,
Jutro, gdzie orły gniazda sobie ścielą...

Mgły gęstniejącej biała, mokra fala
Zatapia domy, gasi księżyc złoty;
Lecz, im się bardziej świat od nas oddala,
Tem bliższe siebie są wasze istoty;
Chwilami, patrząc na światła, co bledną,
Zda się nam, żeśmy nie dwoje lecz jedno...

Święte złudzenie! Czyż się w niem nie mieści
Zachwyt najwyższy i siła i szczęście?
Ach! człowiek doszedł głównej bytu treści
Przez takie duchów cudowne zamęźcie;

I niech się jak chcą dni jego wypełnią,
On już szczęśliwy — bo żył życia pełnią.
............
Czy taka chwila jeszcze się powtórzy,
Wplatając złoto w dni powszednich przędzę?
O, tak! — lecz będzie to już kres podróży,
Meta, gdzie kończą się życiowe nędze,
Otchłań, zkąd wrócić już niema sposobu —
Dusz wszystkich jedność — z tamtej strony grobu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.