Przejdź do zawartości

Amen! (Zapolska, 1905)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Amen!
Pochodzenie Modlitwa Pańska
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


AMEN!


 Niech tak stanie się!
 To szepczą codzień miliony ust wiernych Twoich, Panie.
 Byłożby to echo słów, płynących z kopuły szafiru, która nas otacza, jakby płaszcz dobroczynny, który Bóg Ojciec rozwiał ponad wszechświatem i fałdami tego płaszcza otoczył wszystko, co jest dziełem ducha Jego?
 Bo świat jest tak wielki, tak wspaniały, że gdy umysł nasz zapragnie w tę wielkość i wspaniałość sięgnąć — omdlewa i duch nasz cofa się strwożony.
 Bo świat jest tak piękny, że Piękność ta olśniewa jak tysiące słońc i nawet się ocenić nie daje, bo codziennie w Pięknie brodząc i chłonąc je z każdym oddechem, istoty nasze przestają je wyczuwać i dążyć do tego, aby stały się choć w części do swej pierwotnej piękności zbliżone.
 Lecz — mimo tej wspaniałości, mimo tego ogromu, mimo tego piękna, wśród pól i łąk przetykanych jasnością złocieni, bielą stokroci, szmaragdem trawy, turkusami niezapominajek, szafirem bławatów, koralami mchów, srebrem łanów żyta, mimo czarującej piękności wiosennych ranków i jesiennych wieczorów, mimo przepychu groźnego spienionych fal i melancholii płonących w słońcu wierzb — mimo brylantów gwiazd i gwiaździstego blasku brylantów — mimo to wszystko, co jest Pięknością rzeczy i istot żywych — unosi się wśród bezmiaru wszechświata jeden wielki smutny, niewygasły jęk.
 Ból, cierpienie milionów, i tych, którzy cierpią, i tych którzy zgaśli, przetrwawszy swe nędze, w jęku tym drżą, wyraźnie, dziwnie, jak tony milionów harf, z których każda skarży się inaczej, a przecież zlewają się ich dźwięki w jeden wielki akord, i ten w przestworzu jęczy, pokrywając swym jękiem rozkoszny szmer liści szmaragdowych i szum fal, strojnych w perły śnieżnej piany.
 I cierpi wszechświat, cierpi duch istot żyjących, cierpi duch martwych głazów. We wnętrzu światów słychać głuchy głos, jakby szlochanie olbrzymów, a o zachodzie od pól, od łąk, od łanów ciągnie jakby westchnienie żałobne.
 I wsłuchać się w las, jak to w nim zawodzi, jak się to w nim skarży, aż dusza drży od tych skarg bezsłownych, które wśród gałęzi płyną.
 A kto zdoła opisać jęk morza, gdy o skały bije z rozpaczą bezkresną, z rozpaczą beznadziejną?
 A łez ludzkich, łez naszych toć i naliczyć nie potrafił. Bo niema oka, niema źrenicy, którąby nie zasłoniła choć raz jedna łza. Łzą wita się życie i najczęściej w agonii łza z oczu bielmem zastygających spływa. A największy z bólów, ten bez łez, jak pchnięcie noża przeszywa miliony serc! I wszystko się skarży, wszystko czegoś pragnie, a wśród szmaragdu traw, srebra wód i tęczowej bramy rozświeconych słońc, nędza smutku i melancholii tłumi barwę, światło, woń... Z nędzy rodzi się Szpetota i Piękno ściąga z kolumny. Szlachetność cofa się w cień. Ból rozwielmoża się i pajęczyną szarą zasnuwa promienie świetlne. Wszystko cierpi, pragnie, wije się w więzach drobiazgowej małości. Nienawiść wspólna rośnie. Zda się Ciało przytłacza Duch...
 I w tę szarość, w ten odmęt pragnień, potrzeb i pożądań, oto spływa krótka modlitwa. Kilka próśb, jeden akord, jedno westchnienie. To, co gnębi, co serce rwie, ducha niepokoi, ciało wyniszcza, wszystko oddalić może ta krótka modlitwa. Rozjaśnia ścieżki, ducha pokrzepia i zwraca ku Wyżynom, gdzie króluje Doskonałość, serce ludzkie czyni przystępnem miłosierdziu i wielkiej, wszechludzkiej miłości. Zrozpaczonym daje rezygnacyę, głodnym o chleb troskać się każe, i wśród manowców słabej woli o wybawienie od złego prosi.
 Jak promień słoneczny wśród chmur, tak spływa ta modlitwa Pańska na naszą ziemię. I mówi ją zarówno chłop ledwo odziany w siermięgę, jak mocarz przypadły do stopni purpurą wysłanego ołtarza. Pierwsza to modlitwa ta prośba wszystkich prośb: i dzieci dzwonią ją srebrnym głosem, i starzy szepczą ją o poranku lub zmroku.
 Skarbnica to najczystsza, kadzielnica wieloramienna, z której płyną ofiarne dymy wysoko, pod niebios stropy.
 Ufności w niej tyle, słodyczy i miłosierdzia, że zda się jak kosztowny klejnot złożony jako votum w świątyni, wśród której tronuje Przedwieczny.
 I gdy modlitwa ta popłynie ku Niemu, gdy popłynie w całej swej Piękności odczuta i zrozumiana — to owo końcowe Amen już dochodzi do uszu zbolałej i cierpiącej ludzkości, jak odpowiedź Tego, który każde drgnienie duszy, serca, ciała ludzkiego odczuwa i rozumie.
 I wyciągnąwszy swą potężną Prawicę ponad głowami tych, którzy Go proszą, tych, którzy łzy mają w oczach, a serca — rezygnacyi, przebaczenia pełne, a Ducha ku Niemu w przestworza ślą, jako gońca, w odpowiedź na ten jęk, te prośby, te łzy, te westchnienia, echem jęczących wieków, szumiących lasów, szemrzących wód, śle ku nam:
 — »Niech tak stanie się!«



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.