Amburue

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Amburue
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AMBURUE

— Amburue! Amburue! — rozległo się od strony rzeki głośne wołanie.
Kobieta, krzątająca się koło domu, podniosła głowę i zaczęła nadsłuchiwać, a gdy wołający powtórzył raz jeszcze jej imię, ze zwinnością dzikiej plamistej kotki wybiegła z zagrody i, dopadłszy stojącej na uboczu dużej, bogatej chaty, krzyknęła:
— Saidu! Mąż na mnie woła od rzeki!
Nie czekając na odpowiedź, pomknęła zpowrotem, naprzełaj przez pola prosa. Dobiegłszy do wysokiego brzegu Nigru, ujrzała męża.
Układał sieci do nowej pirogi.
Na jedną chwilę wzrok kobiety spoczął na mężu i mimowolne ogniki pożądania zapaliły się w jej oczach.
— Samba... Samba... — ledwie dosłyszalnie wyszeptała imię męża i zbiegła ku rzece.
Rybak wiotki i silny, połyskując ciałem, namaszczonem olejem, obejrzał się i jego zwykle beztroska twarz powlokła się chmurą. Opuścił śmiałe oczy, umiejące ciskać błyskawice gniewu i płonąć miłosnem zarzewiem, i mruknął:
— Mogłabyś się pośpieszyć! Słońce stoi już wysoko... Weź lancę, maczetę[1] i harpuny... Wsiadaj!...
Gdy piroga odbiła już od brzegu, Amburue spojrzała ukradkiem w stronę wsi. Śród krzaków nadbrzeżnych tkwiła wysoka postać, zawinięta w białe „bubu“ — pięknie haftowany jedwabiem burnus — nieomylną oznakę bogactwa i władzy.
Kobieta przymrużyła jarzące się oczy i pomyślała:
— Achaj! Samba — taki piękny, silny, ognisty, lecz biedak... a tamten ma zjedzoną przez „Tingali“ (ospę) twarz i ropiące się oczy, jest już stary, lecz... bogaty, bardzo bogaty! Amburue ma dość tej pracy w domu nad gospodarstwem i przy przeklętym moździerzu, gdzie trzy razy dziennie musi tłuc proso na „kus-kus“ (kasza), lub na rzece, pomagając mężowi w połowie ryb! Dość tego! Stary Saidu obiecał wziąć Amburue za żonę, wypędziwszy poprzednio trzy stare i dwie niewolnice; mówił, że zasypie ją podarkami, będą tam piękne, wzorzyste „bubu“, pantofelki arabskie, suto wyszywane złotem: będą korale na szyję, ciężkie srebrne bransolety na ręce, obręcze na nogi, pasy i pierścionki... Kupi dla niej siary Saidu hennę do malowania ust i „sulafe“ dla blasku oczu... Amburue będzie miała swoją niewolnicę i nigdy już nigdy nie tknie ohydnego tłoka do rozbijania prosa... A gdyby... a gdyby Saidu znalazł dla siebie młodszą od niej i piękniejszą żonę lub niewolnicę? O, Amburue da sobie z nią radę! Ze swej wsi w górach przywiozła przecież i zazdrośnie ukrywa na proszek utartą korę drzewa „teli“... Szczypta proszku, wrzucona do jedzenia rywalki, i — już trzeba zwoływać tancerzy i tancerki na wielki „tam-tam“ pogrzebowy...
Myśli Amburue zostały nagle przerwane. Samba zaczął wrzucać sieć do rzeki i kazał żonie wiosłować...
Murzyn, umocowawszy sieć, zwyczajem rybaków — Malinke, nie czekał aż się ryby w niej uwikłają; wziął harpun do ręki i jął ciskać go do wody silnym, nieuchwytnym prawie ruchem, wbijając zębate ostrze w grzbiety zdobyczy.
Amburue lubiła zawsze przyglądać się robocie rybaka, bo istotnie Samba piękny był w takich chwilach. Stalowe mięśnie prężyły mu się na grzbiecie i rękach, odlane ze spiżu nogi podobne były do konarów, prostych jak kolumny palm. Odrzucał wtył piękny tors i miotał go po chwili naprzód, jak bryłę czarnego agatu, z błyszczącemi na niej niby górskie kryształy źrenicami.
Patrząc na Samba, kobieta mimowoli mrużyła oczy, a lekki dreszczyk biegł jej po grzbiecie i biodrach. W pewnej chwili wypuściła wiosło z omdlewających dłoni i ledwie je uchwyciła już w wodzie.
— Co się stało? — zapytał Samba, zwracając ku żonie zawziętą, drapieżną twarz, jaką zawsze miał na rzece.
— Achaj, Sambo!... — westchnęła Amburue.
— Co znowu? — rzucił pytanie i oparł się na harpunie, przenikliwie patrząc jej w oczy.
— Dlaczego... dlaczego ty nie jesteś bogaty, jak Saidu? — szepnęła.
— Rozumiem — rzekł smutnym głosem, — rozumiem... Ja wiem wszystko. Widziałem ciebie i Saidu, gdy spotykaliście się w dżungli, koło starego baobabu... Namawia ciebie, żebyś szła do niego... Poszłabyś... wiem to, lecz nie wiesz, jak to zrobić... Ani starzy ludzie, ani „kapłan Ziemi“ ani biali nawet nie dadzą ci rozwodu. Bo cóż ja ci złego zrobiłem, Amburue? Pracuję ciężko, a nie mam nic, oprócz przepaski na biodrach... Amburue jednak dostała od Samba dwa nowe bubu, srebrną bransoletę, dwa pierścionki z koralami... Samba nigdy nie uderzył Amburue, nawet wtedy, gdy widział ją z Saidu... Samba płakał wtedy i chciał zabić Saidu... lecz Samba poszedł do „nihio“ (czarownika), a ten powiedział, że wszystko minie i zmieni się... że Samba będzie bogaty...
— Będziesz bogaty, Samba?! — klasnęła w dłonie Amburue. — Kiedy?
— Nie wiem! — odparł rybak. — Nihio wróżył mi na piasku laseczką z kości słoniowej i powiedział, że spotkam białego „ziginho“[2] i że on mi wskaże ukryte wśród kamieni skarby...
Amburue ciężko westchnęła. Nigdy nie widziała „ziginho“ a szczególnie białego, ani w Nigrze, ani w Bafingu, przy którym stała zagroda jej rodziców.
— Trzymaj na lewo! — krzyknął nagle Samba. — Na lewo! na lewo!
Amburue natychmiast wykonała rozkaz i ujrzała męża, stojącego jak posąg z ciężką lancą w ręku. Stał, wlepiwszy oczy w nurt, nieruchomy, wyprężony, przygotowany do napadu.
Samba bowiem ujrzał coś niezwykłego w głębi rzeki. Z pod wysokiego, urwistego brzegu ze zwisającemi zeń gałęziami drzew, jakieś ciemne, niewyraźne, niby widmo, cielsko mignęło na chwilę pod dziobem pirogi, odbiło się od sieci i, porwawszy rybę, zniknęło.
— Powróci, czy nie powróci? — zadawał sobie pytanie rybak. — I co to mogło być? Nie był to przecież „yeré“ (krokodyl).
Dalsze rozmyślania przerwał Sambie głośny plusk tuż pod jego nogami. Rybak ujrzał „ziginho“, dużego lamantyna, o szerokiej, białej plamie na grzbiecie. Zwierz rzucił się do sieci i porwał rybę, lecz w tej chwili podniosło się ramię Samby i z siłą wyrzuciło lancę. Trafiony lamantyn wyskoczył wysoko ponad wodę i znowu się zanurzył.
— Biały „ziginho“! — wołał rybak i jął szybko wyciągać sieć, wrzucając ją razem z rybami do pirogi. Ujął wiosła i popędził naprzód. Lamantyn był dobrze ugodzony, gdyż coraz częściej wypływał na powierzchnię rzeki, a koniec wbitej w niego lancy przez cały czas był widzialny ponad wodą. Zwierz płynął ku skałom, przegradzającym bieg rzeki. Lekka piroga, pędzona silnemi uderzeniami wioseł, ścigała go. Przy skałach lamantyn zaczął się miotać na kamieniach, lecz po chwili pogrążył się wraz z tkwiącą w cielsku lancą i nie wypływał.
Trzymając harpun w ręku, murzyn wypatrywał zdobycz, lecz mijały długie chwile, upłynęła godzina cała, „ziginho“ nie zjawiał się na powierzchni rzeki.
— W tych skałach istnieje grota — mruknął do żony rybak. — Stary Katamo był w niej niegdyś, dawszy głębokiego nura... Spróbuję i ja... Bo, może być, że właśnie ten „ziginho“ doprowadzi mnie do skarbów ukrytych...
Mówiąc to, Samba, zacisnąwszy w dłoni harpun, bez plusku i hałasu pogrążył się w wodzie i zniknął w jej nurtach.
Amburue siedziała nieruchoma i czekała...
Nagłe w pobliżu pirogi jedna po drugiej zjawiły się dwie olbrzymie głowy krokodyli i skierowały się ku skałom, gdzie miało być przejście do groty podwodnej. Dopłynąwszy gwałtownym skokiem, ukazując grzebieniasty ogon, krokodyle rzuciły się naprzód...
Znowu mijały kwandranse i godziny... Samba nie powracał...
Nie wynurzały się też krokodyle.
Gdy słońce stało wprost nad głową, rybaczka spojrzała w stronę skał i wtedy spostrzegła dużą krwawą plamę, rozszerzającą się z każdą chwilą i znikającą powoli wśród połyskujących na słońcu grzbietów małych rzecznych fal...
Amburue zrozumiała, że piękny, silny Samba nie powróci już nigdy.
Westchnęła, lecz po chwili rozmawiać zaczęła ze swoją duszą.
— Samba był, Saidu jest... Amburue teraz jest wolna, zupełnie wolna... Amburue stanie się żoną Saidu...
Uśmiechnęła się chytrze i powiedziała sobie w duszy:
— W dużej osadzie, gdzie są sklepy białych kupców, widziałam piękną niebieską tkaninę w granatowe kwiaty z żółtemi sercami... Amburue będzie pięknie w takim bubu; lecz Saidu musi kupić też materjału na zawój, taki duży, bogaty, z olbrzymią — olbrzymią kokardą, i żółte korale, i szerokie bransolety srebrne, a, może lepiej z kości słoniowej?...
Amburue jednak nie zdążyła rozwiązać tak trudnego zadania, gdyż piroga dobijała właśnie do brzegu, a zgromadzone tu sąsiadki, myjąc statki domowe, bieliznę, manjok i dzieci, pytająco patrzyły na nią, zdziwione, że przybywa sama bez męża.
Nastała chwila, aby zacząć lamentować, wyrywać sobie włosy i drapać twarz, więc Amburue zaczęła przeraźliwym głosem wyć:
— Samba, umiłowany Samba, mężu mój i panie mój! Pocóż porzuciłeś swoją Amburue? Dlaczego krwiożercze „Yeré“ nie pożarły mnie wraz z tobą, piękny, szlachetny Samba, mężu mój i panie mój!... Oje! Oje!
Krzycząc i łkając, szukała starego Saidu, w białym haftowanym bubu, co stanowi nieomylną oznakę bogactwa i władzy.


Przypisy

  1. Duży, ciężki nóż.
  2. Lamantyn (Manatus) wodne zwierzę ssące, dość pospolite w Dolnej Gwinei i rzadkie w Nigrze. Białe lamantyny nie są znane.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.