Alrun

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


W świcie Alrun • Część pierwsza • Aleksander Świętochowski Moronowie
W świcie Alrun
Część pierwsza
Aleksander Świętochowski
Moronowie
ze zbioru Pisma VII. Duchy

Część pierwsza.

ALRUN.




Widok 1.

U wierzchu łyse, w środku tylko rzadkim i wązkim rąbkiem karłowatych krzewów obrosłe, na dole bujną gęstwiną otulone góry skupiły swe szare, spiczaste, niekształtne czaszki, niby gromada starców, wpatrzonych we wdzięki i ruchy wartkiej rzeki, która, wyrywając się z ich objęć, okryta białą koronką piany, osypana klejnotami odblasków, z szumiącą wesołością, śmiejąc się przy każdem zgięciu, w dal uciekała. Dzień dopiero oblókł się w liliową jasność poranku. Zlatujące z nieba promienie jeszcze nie wypiły z kielichów kwiecia kropel rosy, a pozbawione swych świetlanych rzęs oko słońca spoglądało na ziemię łagodnie i beznamiętnie. Zwolna wszakże upojone promienie zaczęły wracać i osadzać się w jego rozwartej powiece.
W załomie skały siedział nędzny, nagi, długowłosy starzec przy dwojgu dzieciach, śpiących w jej wydrążeniu, mchami wysłanem.
Starzec. Gromada odbiegła, rzuciwszy na pastwę ścigającego ją głodu — mnie, który go już odpędzić nie mogę, i was, którzy jeszcze z jego szpon wydzierać się nie umiecie... Stoi on przy nas i żarłoczną swą paszczę otwiera. Powietrze odcedziło się z wszelkich żyjątek, a woniami was nie nakarmi. Gdybym był tłusty, wsadziłbym wam do ust brodawki moich piersi, możebyście coś z nich wyssały. Ale jestem tak chudy, że już nawet pot z mojej skóry sączyć się nie chce. Do kogóż wy, biedne pączki, śmiejecie się we śnie? Do tygrysa lub szakala, który może już tu podkrada się i wkrótce was pożre. Przyrodo, matko dobra, posiadająca na swem łonie więcej piersi, niż twoje dzieci warg, zmiłuj się nad temi niemowlętami i zastąp im matkę. Ach — ona już ulitowała się! W szparze skały jakiś ptaszek usłał sobie gniazdo i złożył w niem kilka jajek. Zabiorę mu je, rozbiję i w muszlę zleję. Ale nie budźcie się jeszcze, moje pisklęta, bo sen żołądek napełnia i cierpieniom serce zamyka, bo to jedyny żywiciel i pocieszyciel, który nie opuszcza głodnych i strapionych. No, macie jedzenie. A ty, ptaszku, nie płacz i nie krzycz na mnie, zniesiesz sobie inne. Ot i kępka jagód wychyliła swe czerwone główki; zerwę je i do jajek domieszam. Tak, natura jest dobrą matką, ona wam umrzeć nie pozwoli: łóżeczko w ścianie góry wyżłobiła, podściółkę przy słońcu ogrzała, cieniem krzewu zasłoniła was od blasku, a teraz jeść da. Ludzie są gorsi: uciekli od nas, nie rzuciwszy nawet za siebie zdechłej jaszczurki. Zapomnieli mi to, że dopóki mogłem, znosiłem gromadzie wszystko, co oko dostrzegło a ręka uchwyciła lub podjęła i chyba tylko jeden kurz we włosach zatrzymywałem dla siebie. Zapomnieli, że was na świat sprowadzili i że sami nie wdarliście się w łono matki. Słabo mi... głód zwija kiszki w kłębek... A gdybym zjadł te jajka i jagody? Po co, kiedy śmierć niedługo już włoży mnie w swoją procę i ciśnie do nieba, gdzie będę miał dużo niepłochliwej zwierzyny i ładnych kobiet. To błogie życie miałbym opóźniać dla tej nikłej szczypty jadła? Nie ukrywaj się i nie czaj, duchu śmierci, bo choć cię nie widzę, ale czuję, że jesteś blizko. Rozpoznałem cię wczoraj, kiedy w wirze liści i piasku przede mną tańczyłeś, albo wyciem w szczelinach skały chciałeś mnie nastraszyć. Ja się ciebie nie boję. . Odlatujesz? Wskoczyłeś na drzewo i ważysz się na jego gałęziach, przeleciałeś na szczyt góry i złowrogiemi źrenicami spłoszyłeś orły, które w trwodze o swe gniazda nad tobą krążą... Czemu bojaźń cię pociąga a męztwo odpycha? Chodź do mnie... przyjacielu... zbawco... Co to za szelest? Dziki zwierz mięką stopą nagina trawy i czołga się ku nam... Śmierć go przysłała... Orla!


Widok 2.

Z gęstego krzaka, odchyliwszy lekko gałęzie, jak biały kwiat z zielonych liści pąka, wysunęła się i stanęła przed starcem młoda kobieta, po biodrach tylko tkaniną z cieniutkiego łyka osłonięta i zawieszonym na plecach łukiem uzbrojona. Czarne jej włosy, z tyłu kształtnej głowy w węzeł zadziergnięte, kilkoma pasmami spadały na twarz bladą, wzruszoną. Z rozwartych szeroko oczu błyskała odwaga, ale zarazem migotał w nich niepokój, którym drgały także uchylane częstym oddechem usta i rozdęte nozdrza. W bogatem ciele wytoczone piersi falowały ciężkiem zmęczeniem. Rękami podtrzymywała jeszcze odgięte przy wyjściu gałęzie i jedną nogę pozostawiwszy w gąszczu, jak gdyby gotowa cofnąć się do niego, szepnęła mocnym, ale przyciszonym głosem:

Orla. Nie krzycz! Z kim rozmawiałeś?
Starzec. Ze śmiercią.
Orla. Gdzie moje dzieci?
Starzec. Tu... śpią.
Orla. Żyją! Och!
Starzec. Przygotowałem im trochę pożywienia.
Orla. Dziękuję ci, poczciwy, mam piersi pełne... Jakże jestem strudzona!
Starzec. Czy gromada już wraca?
Orla. Sama przybiegłam.
Starzec. Sama? Skąd?
Orla. Uciekłam. Oni tam jeszcze walczą z plemieniem leśnem, które schroniło się na drzewa i zwysoka razi ich pociskami. Ale nasi zmogą tych biedaków, bo ze wszystkich stron podpalili ostęp, a jeżeli który zraniony spada, każą mu puszczać strzały na swoich, lub, jeśli nie chce, zabijają. Krzewy, oblane krwią, wyglądają naokoło jak koralowe. Straszna rzeź!
Starzec. Ty wrócisz do gromady?
Orla. Nigdy!
Starzec. Oni tu zapewne już nie przyjdą, bo wystrzelali wszystką zwierzynę, ale tam w puszczy osiądą, albo dalej powędrują.
Orla. Niech się rozewrze tak szeroka paszcza ziemi, jaka ich objąć może i wszystkich pochłonie. A zwłaszcza niech zgniłego Ukora dotkną wargami wszystkie choroby i każda mu wrzód na ciele zostawi.
Starzec. Więc tu sama zostaniesz z dwojgiem tych niemowląt? Kobieto, przecież ty umrzesz z głodu, jeśli ci dzikie zwierzęta trzy dni żyć pozwolą.
Orla. Mam rękę nie słabszą, oko nie mniej celne, cięciwę na łuku nie wolniej naciągniętą, niż wielu z naszych wojowników, nazywanych walecznymi. Zresztą wolę umrzeć w szponach tygrysa, niż żyć w plugawych objęciach Ukora lub jego towarzyszów. Arjos mnie porwał z innego plemienia, on ojcem tych bliźniąt, przysięgam, że tylko on, bo innych odstręczałam od siebie udaną chorobą. On mi jest miły, jego kocham, z nim jednym żyć pragnę.
Starzec. Na to gromada się nie zgodzi, bo kobiety posiada wspólnie.
Orla. Miałam nadzieję, że ich przebłagam, ale wódz mi zagroził, że jeżeli dłużej opierać mu się będę, rzuci mnie wszystkim na pastwę, jak kawał mięsa między psy głodne. Ach, wilczyca jest szczęśliwsza od kobiety, bo może wybrać sobie samca.
Starzec. Nie wyślą za tobą pogoni?
Orla. Może już tropią ślady moje z wywieszonymi językami. Ale tu na nich czekać nie będę! Zabiorę dzieci i skryję się w głębi lasu. Pójdziesz ze mną?
Starzec. Nie zdołam, już mi nogi śmierć podkosiła i leżeć każe — tu umrę. Szkoda, że Arjosa nie pociągnęłaś za sobą. To dzielny i dobry chłopiec. Ja go także kocham... Niewątpliwie matka, chociaż poślubiona całej gromadzie, urodziła go ze mnie, bo był do mnie tak podobny, jak do swego cienia. Czy nie zwierzyłaś mu się, że uciekasz?
Orla. Kobiety trzymano oddzielnie, a on walczył wraz z innymi. Wspominałam mu kilkakroć o moim zamiarze. Polecę za tobą — odrzekł — jak motyl za wiosną. Jesteś łańcuchem, który mnie do nich przykuwa... Ale gdy gwałt na tobie rękę położy, gdy cię ktokolwiek inny posiędzie, wyłupię sobie oczy, ażebym drugi raz tego nie widział!
Starzec. On tam szaleje, jeśli dowiedział się, że ciebie nie ma. Gdybym mógł zawlec się do niego... Ale niepodobna... Dusza moja już rozpina skrzydła i gotuje się do lotu... Wyfrunie za chwilę... A!... Teraz śmierć przedziergnęła się w węża, owija mi szyję, głowę wsuwa w moje usta, a żądłem serce kłuje... Ach, jak kłuje!... No, ściśnij swoje sploty i raz już uduś!... Rozpuszcza je, ażeby dłużej męczyć... Niebo się otworzyło, widziałem przódkow, którzy mnie witali radośnie... Znowu spuścili zasłonę, jak tylko ona rozkręciła swe sploty...
Orla. Zjedz to, co przygotowałeś dla moich dzieci, ja pokarmu w piersiach mam dużo. Nie umieraj jeszcze... Samotność oblecze mnie w trwogę... Przyniosę ci wody źródlanej, ona cię orzeźwi...
Starzec. Dusza już zamyka powiekami okienka w swej siedzibie i wkrótce ją opuści. Nic nie widzę, nawet ciebie. Wszak prawda, że śmierć stanęła przy mnie jako sęp olbrzymi i uderza swoim wielkim dziobem.
Orla. Zdaje ci się... Co to? Z wierzchu góry biegnie ku nam jakiś człowiek. On mnie ściga. Ale nie ujmie jak jastrząb turkawkę!
Starzec. To głód... Szkielet ma czaszkę z długimi zębami, na których mnie położy i zmiażdży.
Orla. O, bogi dobre!... To Arjos!
Starzec. Ar...jos...
Orla. On... on... jego postać smukła... jego ruchy zwinne... Dąży tu prosto... Odgadł, że mnie znajdzie przy dzieciach... Arjosie, Arjosie, jestem! Usłyszał... Och!


Widok 3.

Mężczyzna, który pod grzbietem góry przystanął na chwilę i ogarnął wzrokiem cały widnokrąg, dojrzał Orlę, bo nagle zwrócił się w tym kierunku i pędził prosto ku niej. Jak jeleń przerzucał się w długich skokach z bryły na bryłę, z krawędzi skały na krawędź, a gdy zapadł w drzewinę, na jej zielonych falach migał i przecinał ją przystrojonym w barwne pióra kołpakiem. Łamiąc stopami susz chruściany, przebijając gwałtownie gęstwinę, wydarł się wreszcie z niej na polankę, gdzie Orla w drżeniu go oczekiwała. Nagie jego ciało było zrysowane gęsto kolcami gałęzi, bujne czarne włosy roztrzepały się bezładnie po ramionach i twarzy, która to miękła głębokiem wzruszeniem, to tężała gwałtowną energią. W ręce trzymał on łuk z kilkoma strzałami, a u przepaski na biodrach, zszytej z grubych i dużych liści, miał przyczepiony toporek. Bose stopy krwawiły mu się paru zranieniami, a płomienne oczy wybuchnęły radością, gdy rozpostarł swe ramiona ku Orli.
Arjos. Żyjesz... ty moja!
Orla. Twoja! Arjosie drogi. Odlatują ode mnie smutki, które mi jak kawki serce obsiadły! Ach, lekko mi przy tobie! Chyba moje życzenia zamieniły się na jaskółki i poleciały uwiadomić cię, dokąd zbiegłam.
Arjos. Nie wiem, czy zostawiłaś za sobą smugę woni, czy szlak jasności, dość, że odrazu chciałem tu pospieszyć, ale zły duch odciągnął mnie na bezdroża.
Orla. Kiedy gromada zauważyła moją nieobecność?
Arjos. Wieczorem. Gdy noc zaczęła spuszczać swoją zasłonę, na drzewach zostało już tylko ledwie parę gniazd nieprzyjacielskich, których nie dosięgły nasze strzały i nie zniszczył pożar. Odsunąwszy się od ognia, który pląsał, huczał i syczał po lesie, oblani jego łuną usiedliśmy za jeziorkiem na łące dla odpoczynku. Wtedy wódz rozkazał: sprowadzić kobiety! Zerwałem się pierwszy, ażeby mi nikt nie zabrał ciebie. Ale Ukor powstrzymał mnie: ty zajmij się przygotowaniem wieczerzy, bo umiesz wywnętrzać barany lepiej od innych. Kłamał — nie umiem. Zrobię to jeszcze lepiej — odrzekłem — z moją kobietą. Z twoją kobietą? — ryknął. Tu niema twojej, są tylko nasze, a naprzód moje. Natychmiast jego zausznicy obstąpili mnie, gotowi do napaści. Zdrętwiałem i bezwładny usiadłem na ziemi. A gdy za odchodzącymi Ukor krzyknął: Orla dziś dla mnie! — czułem, że tą kąsającą boleścią, która mnie szarpać zaczęła, muszę zabić jego lub siebie. A on dalej swym gadzim językiem szczypał mnie złośliwie. Już wściekłość wyprężała mi rękę, już dźwignąłem się, żeby go ugodzić, gdy słyszę wysłańców, wracających na czele kobiet z doniesieniem, że ciebie nie ma, że cię prawdopodobnie ktoś z okolicznego plemienia zbłąkaną ukradł. Ja ją znajdę i odbiorę — rzekłem. A idź — powiedział szyderczo wódz — w każdym razie zyskasz, bo jeżeli cię nawet powieszą, będziesz miał bliżej do nieba i prędzej zobaczysz się z przodkami. Naprzód coś mię pchnęło w tę stronę, ale postanowiłem wprzódy obszukać najbliższą okolicę. Obleciałem szerokim kręgiem nasze obozowisko — wypatrując cię i nawołując coraz głośniej. Tylko cisza odpowiadała mi echem mojego głosu. Zmęczony ległem na skraju lasu, bo do gromady wracać nie chciałem, chociaż jej wrzaski buchały niedaleko. Natychmiast oskoczyły mnie upiory i zaczęły przykładać swoje zimne wargi do moich uszu. Jeden mi mówił, że cię zabito i zjedzono, drugi, że cię lwica niesie dla swoich dzieci, inny, chichocząc, szeptał, że pastwi się nad tobą czereda mężczyzn... Przez całą noc tak mi żarły duszę. Rano, zaledwie zbudzone słońce zrzuciło z siebie okrycie nocy, zacząłem znowu oglądać miejsce, gdzie przebywałyście podczas bitwy i na piasku dostrzegłem odciski drobnych stopek, ciągnące się ku zatoce rzadkim łańcuchem szybkiego biegu. W znacznej odległości przerwały się te ślady przy kotlinie. Jej wklęsłość odpowiadała twojej postaci — więc odgadłem, że musiałaś tam nocować. Pomimo że dalej rozesłała się murawa, rozpoznałem lekkie dotknięcia twoich nóg. Dopadam do zatoki i widzę na przeciwległym jej brzegu jedno czółno. Za chwilę było tam drugie, na którem ja przepłynąłem. Orlo droga, zrośnijmy się, ażeby nas już nikt nie rozdzielił, albo ubłagajmy jakiego czarodzieja, ażeby nas przemienił w parę zwierząt, ptaków, ryb, drzew... Chyba mi wyrosną kły i pazury, jeśli kto teraz po ciebie sięgnie.
Orla. O, niech zbrzydnę dla wszystkich, prócz ciebie, niech każde męzkie oko zamyka się wstrętem przede mną, niech małpy wzdrygają się na moją szpetność, niech budzę tylko litość i odrazę całego stworzenia... Ty jeden widź mnie piękną... Arjosie kochany, czy gromada tu nie powróci?
Arjos. Mieli powędrować dalej, może jednak, domyśliwszy się naszej ucieczki, zechcą nas osaczyć, zwłaszcza że Ukor oddawna gorzeje żądzą posiadania cię wyłącznie dla siebie. A i Alrun, który teraz najwięcej wymordował nieprzyjaciół, odezwał się, że powinni go nagrodzić tobą.
Orla. Najmiłosierniejszy z bogów, spraw, niech szczęście ciągle tańczy przed nimi, śmieje się i wabi ich w najdalsze okolice.
Arjos. Gdzie ukryłaś dzieci?
Orla. Stary je tu ułożył w żłobku skały i uśpił.
Arjos. To moje, prawda Orlo, tylko moje? Ty do nikogo nie należałaś?
Orla. Jak serce twoje tylko do ciebie.
Arjos. Czemuż urodziłaś dwoje?
Orla. Nie wiem. Ale patrz, chłopczykowi ja dałam twarzyczkę, a dzieweczce ty.
Arjos. Tak, wierzę ci, gołąbko. Dobry staruszek także śpi?
Orla. Osłabł.
Arjos. Nie oddycha — sztywny — umarł!
Orla. Z głodu. A dzieciom przygotował śniadanie z kilku jajek ptasich i poziomek.
Arjos. Zawsze był dla mnie dobry i ojcem moim się nazywał. Zacny człowieku, pocałowałbym duszę twoją, gdybym wiedział, gdzie ona przy twoim ciele siedzi. Niech ci w niebie wszystkie rozkosze służą.
Orla. Trzeba go ziemi oddać.
Arjos. Nie mam czem ani wykopać grobu, ani dobyć ognia. Zresztą nie można zapalić stosu, bo by nas dymem zdradził.
Orla. Wpuśćmy go do rzeki i poprośmy, ażeby go daleko stąd odniosła.
Arjos. Leciuchny, jak uschnięty krzak korkowy. Ty Orlu zabierz dzieci. Idźmy spiesznie.
Orla. I ostrożnie. Ty bądź wzrokiem a ja będę słuchem. Tędy najbliżej do rzeki... Przez wąwóz widać jej grzbiet połyskujący. Śpijcie, maleńkie, ja was nie utopię...
Arjos. Ale po co masz się trudzić? Zostań, ja sam ciało odniosę i zaraz tu przylecę.
Orla. Tylko nie każ mi długo czekać — dreszcze biegają po mnie, jak jaszczurki. (Arjos ze zwłokami starca na ramionach odszedł ku rzece).
Wspaniałomyślne słońce, które nie odmawiasz swych łask nikomu i które wszystko widzisz, nie wydaj nas prześladowcom! Niebiosa i góry zamilczcie przed nimi tajemnicę naszego schronienia! Wietrze, nie zanieś do nich odgłosów naszej mowy; zioła i trawy, wyprostujcie swe źdźbła, które idąc naginamy; gałęzie drzew, liście, doliny i potoki nie wskażcie drogi do naszej kryjówki! Spojrzcie na nasze obecne szczęście i ulitujcie się nad przyszłą niedolą! Miłosierdzia, miłosierdzia, miłosierdzia wszystkie twory i duchy! (Arjos powrócił).

Arjos. Złożyłem go na miękich falach rzeki; błagałem ją, ażeby go niemi owinęła i dnem szybko niosąc, ukryła na dnie morza. Pochwyciła go natychmiast i odbiegła. Teraz Orlo my utońmy w głębiach puszczy.


Widok 4.

Słońce przetoczyło już swój krąg ognisty przez szczyt kopuły nieba, ale zlewało jeszcze strumienie żaru na ziemię. Ani jedną chmurką nie przesłoniło sobie źrenicy, jak gdyby chciało uważnie śledzić uciekających. Spiekota przyżegała wargi, a pot oblewał twarze Orli i Arjosa, który niósł dzieci obudzone i uśmiechnięte. Po długiem przemykaniu się krętemi ścieżynami weszli w wąwóz głęboki, którego strome ściany porosłe były gęsto splecionym lasem. Z trudem wspiąwszy się na jedną z nich i wybrawszy miejsce osłonięte, siedli znużeni. Orla przyłożyła dzieci do piersi.
Arjos Musisz być głodna...
Orla. Zapomniałam o tem. Chciałabym jednak co zjeść, aby małym mleka nie zabrakło.
Arjos. Widzę tu blizko owoce, orzechy, jagody...
Orla. Niech nic na świecie nie będzie dla mnie, abyś ty był ze mną. Jeśli mi drzewo nie da owoców, zdrój — wody, a słońce — światła, żyć będę. Ale jeżeli ty mnie opuścisz, ja znowu wpadnę w ręce Ukora lub Alruna.
Arjos. Orlo moja, obetrzyj oczy po złym widoku, to on cię przypomnieniem dręczyć nie będzie. . Ja miałbym ciebie porzucić?... Dlaczego?
Orla. Może ci się sprzykrzę, może bać się będziesz, ażeby cię przy mnie nie zabili.
Arjos. Nie mów tak, bo złe duchy; które z pewnością koło nas krążą, słowa twoje pochwycą i potem ciągle będą za mną z ich echem biegały. A ja wtedy nagnę wysoką palmę, przywiążę się do jej wierzchołka za szyję i puszczę — niech mnie udusi.
Orla. Nie groź, drogi, bo zdaje mi się, że dotąd wszystko mi groziło, prócz ciebie. Niewdzięczna jestem! Dosyć tych strachów i utyskiwań! Zamiast ci dodawać otuchy, piszczę jak rozżalona czajka. Ach, gdyby nas gromada zostawiła samym sobie, służylibyśmy jej wiernie i zapierali oddech w piersiach, ażeby innym nie zabierał powietrza, nie uszczknęliśmy ani jednej gałązki, ażeby im nie zmnieszyć cienia — prawda?
Arjos. Nie łudź się. Jeżeli nas złapią, mnie wypędzą lub zabiją, a ciebie zabiorą i naprzód oddadzą Ukorowi. Widziałem jego oczy, gdy na ciebie patrzył — sypały iskry, bo w nich twardy gniew z żądzą się krzesał. Gdyby on był jeden, dawnoby już jego dusza błądziła po równinach drugiego świata. Ale jeden ja właśnie jestem, a jego ręka składa się z sił całej gromady, która mu ulega i służy. On teraz pieni się jak wzburzone morze.
Orla. Uciekajmy, uciekajmy, dopóki nogom ziemi starczy!
Arjos. Obyśmy tylko nie spotkali innej gromady. Nie chcę żadnej, żadnej, bo każda mi ciebie odbierze! Chociaż nie oderwie cię tak łatwo ode mnie, jak wiśnię z drzewa. Kiedy o tem pomyślę, zdaje mi się, że we mnie siedzi lew z siłą, wąż z jadem i lis z przebiegłością. O, ziemia dużo wessie krwi tych, którzy staną między mną a tobą! Wypocznij tu moja śliczna zorzo, ja odejdę, może ptaka lub wiewiórkę strzałą strącę.
Orla. Nie odsuwaj się zbyt daleko, bo zaraz strachy mnie oskoczą.
Arjos. Bądź spokojna, głos twój mnie dobiegnie. Skrzykniesz mnie łatwo.
Orla. A gdy ci... ci... nadbiegną?
Arjos. Niepodobna! Prostej drogi odrazu do nas nie znajdą, a kręta dużo im czasu zmitręży. Zresztą, za chwilę będę przy tobie.
Pochyliwszy głowę, szybko przewinął się między gałęziami zakrzewia jak płomień i zniknął. Orla pozostała sama.
Orla. Obudźcież się, małe śpiochy i pilnujcie matki otwartemi oczkami. A, wyłuskały wam się nareszcie z powiek miłe ślepki! Śmiech buzie wasze łaskocze... To znaczy, że w blizkości nie ma złego ducha... Czemu, chłopaczku, tak nagle się skrzywiłeś? Czy cię djablik uszczypnął? No, trzymajcie się mocno usteczkami piersi, bo was pogubię... Nie, nie zgubię.
Nagle zdala nadpłynęły i szeroko rozlały się w powietrzu fale okrzyków. Orla drgnęła, zbladła i wytężyła słuch.
Orla. Arjosie, Arjosie! Czy hyeny skomlą? Jeszcze nie pora... Wieczór nie wstał... Arjosie!
Arjos. Biegnę!
Orla. Może chmura na niebo wpadła i gniewa się... Arjosie!
Arjos. Biegnę!
Orla. Może oni... Arjosie!
Arjos. Jestem! Co cię strwożyło?
Orla. Słyszysz?
Arjos. Jakaś zmącona wrzawa głosów...
Orla. Coś złego zbliża się ku nam... Uciekajmy!... Wietrze, pożycz nam skrzydeł!
Arjos. To krzyczą ludzie... Ale przecie chyba nie oni...
Orla. Ludzie — to źli!
Arjos. Daj dzieci — posuniemy się głębiej w las.
Jak para spłoszonych saren rzucili się w gęstwinę, śród której powstał szmer, niby cichy głos Eliona, szepczącego ustami liści: spajajcie swoje serca ogniem miłości i nie bądźcie jako zeschłe orzechy, które robak przewierci, jądro wyje, a na jego miejscu szczyptę gorzkiego prochu zostawi. Miłość was ogrzeje, oświeci, umocni.


Widok 5.

Noc jeszcze nie wyruszyła na ziemię, ale już biegł przed nią i ogłaszał nadejście władczyni orszak jej cieniów. Słońce dogasało na widnokręgu w szarej chmurze, jak głownia w popiele. Coraz bliżej i mocniej rozdzierały ciszę dzikie wrzaski i śpiewy. Nareszcie w łożysku jaru, nieopodal miejsca, skąd Arjos z Orlą pomknęli, ukazała się pląsająca gromada, niby odcięty kawał wzburzonej rzeki. Pierwsze jej szeregi biły zapamiętale w bębny i wydobywały ostre gwizdy z piszczałek; następne, otaczające starego wodza, Ukora, utatuowanego wizerunkami skrzydlatych słoni i omazanego zakrwawioną gliną, niosły na włóczniaach[1] zatknięte głowy pokonanych nieprzyjaciół. Oprócz jeńców, idących w milczeniu i omdlewających z ran lub znużenia, wszyscy wyli tak przeraźliwie, że strwożone zwierzęta i ptaki zdala przed nimi uciekały, jak przed uraganem.

Chór I.
Narąbaliśmy głów,
Nakrajaliśmy serc,
Napiliśmy się krwi,
Chwała ci, Topanie
  Cały lud tam legł
Lub w niewoli tu drży,
Zabraliśmy, co miał,
Dzięki ci, Topanie.
Za to z jeńców ich ciał
Z psów, kangurów i kóz,
Z dymów mięsa i par
Weźmiesz część, Topanie.

Chór II.

Sob bóg wielki,
Bóg najlepszy,
Nam da siłę,
Wrogom niemoc
Sobie, Sobie!
  Przytęp strzały
Osłab szczęki,
Zwichnij skrzydła,
Urwij płetwy
Dla nas, Sobie!
Świat nam oddaj
W używanie,
Wszystko mięso,
Ogień, wodę,
Sobie, Sobie!

Ukor. Tu spoczniemy, bo noc już słońce zdmuchnęła. Rozpalcie ogniska, przygotujcie jadło i ofiary. Upieczcie kilku najbardziej znużonych jeńców. Bogowie i duchy, którzy nam dopomogli do zwycięstwa, zapewne niecierpliwią się, że dotąd nie uraczyliśmy ich przyjemnymi wyziewami, choć sami nawąchaliśmy się do syta krwi. Ustawcie przede mną kobiety, nasze i cudze.
Wojownicy rozesłali po ziemi maty i rozpięli na nich namiot, zdziergany z liści palmowych. Ukor siadł i przeglądał przeprowadzane przed nim kobiety.
Ukor. Ta dziś dla mnie.
Alrun. Ja ją zdobyłem.
Ukor. Co rzekłeś? Ręka moja chce mi odebrać łup, który ujęła? Przecież wy wszyscy jesteście członkami moimi, a ty — moją ręką.
Alrun. Przywiodłem ją dla siebie. Ty dogoń Orlę, którą wybrałeś. Ładniejsza.
Ukor. Milcz, bo cię odłamię sobie, jak paznokieć! Usiądź tu dziewczyno i zakryj twarz, ażeby oprócz mnie nikt jej odtąd nie widział. Jak cię zwali?
Dziewczyna. Jak się komu podobało: Sójką, Myszą, Pchłą...
Ukor. To znaczy, że jesteś krzykliwa, szkodna i przyczepna.
Dziewczyna. Potrafię być miła.
Alrun. Wstań i chodź ze mną!
Zmik. Alrunie, ustąp wodzowi. W nim bogowie osadzili największą siłę, więc trzeba mu oddać najlepszą zdobycz. (Odciągnął Alruna na stronę). Przecież on jej nie zje i tobie całą zostawi. Zresztą o co się pienisz? O marną dziewkę, których masz stado? Jesteś tak głupi, jak gdybyś nie był najwaleczniejszym w gromadzie. Chcąc coś zrobić, nie trzeba zaczynać od końca. Zostań wodzem, a będziesz tak przemawiał do niego, jak on do ciebie.
Alrun. Dawno mi się to należy. Czy mało jeszcze ludzi zabiłem i krwi przelałem? Mógłbym go w niej wykąpać.
Zmik. Wykąp go w jego własnej.
Alrun. Tego doczeka, że go kopnę i roztrącę, jak grzyb zrobaczały. Padlina! Dlatego, że kiedyś był mężny, dziś chce jeść stu gębami i podgarniać pod siebie najlepsze łupy. Niech rozkazuje tym, którzy przed nim jeszcze drżeć umieją! Ale ja nie giętki pręt, a on dla mnie nie wicher!
Zmik. Tak jest, dzielny Alrunie, tak ja myślę, tak nawet bogowie sądzą, którym ofiar uszczuplił. Ale musisz wziąć się do niego otrożnie.[2]
Alrun. To ty strzyż uszami, wsuwaj pazury i czołgaj się na brzuchu, ja tego nie potrzebuję.
Zmik. Jak chcesz.
Alrun. Złość we mnie drzemała, dopóki swoich zdechłych ślepi nie zwrócił na Orlę, którą postanowił dla siebie wyłącznie zatrzymać. Jeśli kobiety nie mają być własnością całej gromady, to ona powinna być własnością moją, bo mi się podobała, bo na nią zasłużyłem, bo do niej nikogo nie dopuszczę, choćby najpotężniejszy z bogów jej zażądał a wszyscy dyabli po nią przylecieli. Czy myślisz, że ta dziewka, którą mi odebrał, więcej dla mnie warta, niż kostropata kłoda, o którą można swędzące plecy podrapać? Ale ja ją złowiłem, a Ukor sobie przywłaszczył, ażeby mnie przekonać, że jestem tylko jego ręką. No, schyli on się przed tą swoją ręką.
Zmik. Skoro postanowiłeś go przystrzydz, to ci powiem, że on również zamierza cię zgładzić; słyszałem jak dziś rano rzekł do swojego przybocznika: trzeba Alruna skrócić o głowę, bo nad was wyrósł.
Alrun. Dobrze, więc jutrzejszy poranek tylko jednego z nas zobaczy. (Uderzył toporem przechodzącego człowieka).
Człowiek I. Czego chcesz ode mnie?
Alrun. Bogowie cię wołają — nie słyszysz? (Uderzył go po raz drugi. Raniony padł).
Człowiek I. Ratujcie!
Głosy przybyłych. Czemu go zabiłeś?
Alrun. Nie wystarczyłoby dla niego jedzenia i kobiet, bo Ukor wziął za wiele.
Głosy. Nieprawda! Mamy dosyć.
Alrun. A skąd wiecie, ile ja potrzebuję?
Głosy. Ile ci dadzą!
Alrun. Kto mi nie da swojego?
Człowiek II. Ja.
Alrun. No spróbuj obronić własny łeb! (Rzucili się do walki na włócznie, w której Alrun po krótkiem starciu przebił przeciwnika). Mam już części po dwu.
Głosy. Gwałtu! Na pomoc! On oszalał i wszystkich nas pomorduje! Ukorze! Ukorze!
Ukor. Co tu się dzieje?
Głosy. Alrun zabił dwu ludzi. Powiada, że za wiele zabrałeś łupów i dla niego nic nie zostawiłeś.
Ukor. Skoro nie ma co jeść, niech zginie.
Alrun. Słusznie, więc zabierz mi życie. Oddam je chętnie, ale tylko tobie, czcigodny wodzu. No, spiesz się! (Ukor zamierzył się maczugą, Alrun odbił ją i jednem uderzeniem roztrzaskał mu głowę. Obecni pierzchli w popłochu na wszystkie strony, oprócz kilku, których strach do miejsca przykuł). Nie chciał wziąć mojego życia i jeszcze mi swoje podarował. Poczciwiec! Może który z was go pomści? Nie uciekajcie, zuchy! Nazad, tu! Wynieście go i sprawcie mu uroczysty pogrzeb. Ponieważ był stary i mógłby zmylić drogę do raju, więc zakopcie z nim razem głowę psa.
Zmik. Na moją prośbę bogowie cię wsparli.
Alrun. Nie widziałem ich.
Zmik. Ale ja ich czułem w sobie.
Alrun. Gdzież oni wszyscy w tobie się zmieszczą?
Zmik. Szydzisz, Alrunie, z nich i ze mnie? Jeżeli bez nas obejść się możesz...
Alrun. Nie martw się: ani o nich, ani o tobie nie zapomnę. Z każdego jabłka, które zjem, dostaniesz co najmniej ogryzek. Ale módl się do bogów, ażeby mi we wszystkiem pomagali, bo inaczej... A widziałeś, jak moja ręka gromi, gdy ją gniew poruszy?... Hej, sprzątnąć te trupy, zanim je słońce robakami nadzieje. A potem tańczcie i śpiewajcie.
Ludzie wynieśli ciała trzech zabitych.
Głosy. Niech żyje wódz nasz, wielki Alrun!
Zbliżył się kornie do Alruna Itam, młody jeniec.
Itam. Przyjmij ode mnie, niezwyciężony mężu, te fetysze; w każdym z nich siedzi potężny duch, który ci będzie użyczał swej pomocy.
Alrun. Aż tyle!... Same wióry...
Itam. Ale skuteczne! Wszystkie o pięty Zmika pocierane.
Alrun. Dlaczegóż o pięty?
Itam. Bo one są w tym świątobliwym mężu najodważniejsze. Gdy on z pola bitwy ucieka, bojaźliwe palce mkną naprzód a nieustraszone pięty ciągle zwrócone są śmiało ku nieprzyjacielowi.
Alrun. Widzę, że wesoły filut z ciebie. Przydasz się nieraz.
Zmik. Chcesz zachować życie podłemu brańcowi za to, że kapłana gromady wyśmiewa?
Alrun. To nie bądź śmiesznym.
Nadeszła dziewczyna, która siedziała w namiocie Ukora.
Dziewczyna. Czy mam być służebnicą twoją?
Alrun. Odkryj twarz — jam nie zazdrosny. Mogą wszyscy na ciebie patrzeć, a każdy sobie zabrać — niech tylko mi da lepszą. Niech da Orlę! Słuchajcie, kto ją przyprowadzi, okarmię go, opoję, obdarzę kosztownościami, będzie moim przyjacielem, może odkąsić mi przy ustach najsmaczniejszy kawałek mięsa, może w moich włosach rozgrzewać zziębnięte nogi. Dam mu i zrobię więcej, niż zapragnie. Ach, ten worek grzechów, który dyabeł zgubił, ten Arjos! Gdybym tylko raz mógł go w swoich dłoniach ścisnąć!
Zmik. Bogów ubłagam, ażeby ci go dostawili.
Alrun. Ciągle rozporządzasz bogami, jak swoimi palcami, a pomimo to jesteś goły, jak oko. Gdyby oni ciebie słuchali, królowałbyś nad nami a nie był kogutem obozowym, który pieje przed pogodą na deszcz, a przed deszczem na pogodę.
Zmik. Ja jestem kapłanem, Alrunie, i z pewnością więcej usług oddałem gromadzie modłami, niż ty oszczepem. Ale jeżeli sądzisz, że dla ciebie jestem bezużyteczny...
Alrun. Nie wiem, do pioruna, nie wiem, bo tylko obiecujesz! Powiedz mi, gdzie jest Orla, a uwierzę, że ziemia jest dla ciebie przezroczysta, jak kryniczna woda, a skały i drzewa — jak najrzadsze obłoczki.
Zmik. Dla mnie przejrzyste jest tylko niebo, w którem widzę bogów.
Alrun. No to ich zapytaj, uproś, złóż im najwyśmienitsze ofiary.
Zmik. Spróbuję ułagodzić ich słuszny gniew na ciebie. Wolno mi wybrać dla nich wszelkie dary?
Alrun. Jakich zażądają.
Zmik. Pójdę w ustronie i stamtąd poślę do nich twoją prośbę.
Odszedł. Alrun spojrzał wzgardliwie na dziewczynę i zawołał do obecnych.
Alrun. Jadła dla dwojga, dla czworga — dla mnie i tej branki! Gdybyś ty była podobna chociaż do cienia Orli! Wydarłem cię Ukorowi, zabiłem go, bo taka była moja wola, ale nie łaknę takiej, jak ty, wiązki chudych gnatów, za którą by się nawet głodny wilk nie obejrzał. Piersi masz jak puste sakiewki, nogi jak trzcinki, skórę jak omszoną korę — idź precz, wiedźmo!... Nie odchodź, dopóki cię nie odtrącę! Nie drżyj, boś jeszcze brzydsza! Pofarbuj się na czerwono, ażebyś nie była tak sina. Dajcie wina kokosowego! A ty za mną! (Siadł w namiocie Ukora). Ukor usłał mi niezłe gniazdo. Poznałaś już mężczyzn?
Dziewczyna. Nie.
Alrun. Więc żaden cię nie zapragnął, a ja mam cię chcieć? Niech tam który nad tą nędzą się ulituje! Albo — nie! Zostań. Na jeden dzień wystarczysz, a potem każę cię zakopać z Ukorem, ażebyś mu pobyt w raju uprzyjemniała.
Dziewczyna. Dziękuję ci, z radością umrę.
Alrun. Czemu wszycy nie bawią się, nie ucztują! Duchy zapaliły już na niebie swoje nocne ogniska, a wy jeszcze zwlekacie?
Powrócił Zmik blady, wzruszony, z rozwianymi włosami.
Zmik. Bogowie odpowiedzieli mi, że Arjos i Orla uciekają szybko, jak dwa gołębie, ale ich doścignie, jak jastrząb, człowiek głodny.
Alrun. Głodny — mówisz? Ogłodzę całą gromadę! Prędko rozniecajcie ognie i zjedzcie dziś wszystko! Co mam za to ofiarować bogom?
Zmik. Co najpiękniej pachnie i najmocniej błyszczy.
Alrun. Zabierz sam. Nic mi nie błyszczy i nie pachnie tak, jak Orla.
Alrun i Zmik oddalili się do miejsca, gdzie leżały łupy i zapasy żywności.


Widok 6.

Szerokimi płomieniami buchające ogniska błyszczały, jak olbrzymie żółte kwiaty na czarnym płaszczu nocy. Około nich uwijały się nagie, brudno-szare, skrwawione postacie, które rzucały szczapy i gałęzie lub kładły na węglach zwierzęta zabite, uduszone lub jeszcze rzężące ostatniemi tchnieniami. Niektórzy z wojowników czerpali dłońmi i pili krew z rozpłatanych wnętrzy zwierząt.

Przy pierwszem ognisku.

— Po co, kiedy mamy zwierzęta.
— Gadasz, jak młokos, który nigdy nie kosztował ludzkiego mięsa. To przysmak, niczem wątroba antylopy.
— Jadłeś?
— Ile razy! Gdyby ze mnie teraz wyszli wszyscy, których miałem w żołądku, rozpędziliby całą naszą gromadę.
— Niepodobna!
— A tak! Dopiero kiedy Ukor zakazał jeść ludzi i pozwolił ich zabijać tylko na ofiary bogom...
— Dlaczego?
— Mówił, że go w snach straszą, że dusze zjedzonych tańczą koło niego w nocy i spać mu nie dają.
— Może i tańczyły.
— Koło mnie nigdy. Zresztą nie rozumiem, czemu człowiek ma być gorszy od lwa, tygrysa pantery, ognia, wody, które jedzą ciało ludzkie? Niech naprzód im kto zabroni.
— Woda nie lubi mięsa i zawsze je wyrzuca.
— Bo ma brzuch rozlazły. Jeśli jej trupa przywiążesz na dnie, to go zje.
— Wy gadacie, a ogień nam antylopę pożera. Zdejmujcie — już dobra!
Zbliżyła się nieśmiało grupia kobiet i stanęła w pewnej odległości.
Pierwsza kobieta. Nie zapominajcie o nas, bo głód warczy nam w brzuchach i zjada wnętrzności.
Mężczyźni. Cicho, sowy! Upominacie się, jak gdybyśmy już byli syci i psom ogryzki rzucali.
— Nie noście brzuchów z sobą, to wam nie będą dokuczały.
— Czemże na jadło zarobiłyście? Od dwu dni nie mieliśmy czasu nawet pomyśleć, że jesteście na coś przydatne.
Druga kobieta. A kto rannych wrogów dobijał? Kto im oczy wydrapywał? Kto kamieniami głowy rozmiażdżał? Pracowałyśmy, jak i wy... I gdyby nie nasza pomoc, wielu z was nie tu, ale tam by odpoczywało i ziemię gryzło.
Mężczyźni. Poszły precz, ropuchy! Ćmy gęsto latają po nocy, możecie je łapać i zjadać.
Trzecia kobieta. Zdechnij, będą miały gdzie jajka złożyć.
Mężczyźni. W las małpy! — Osypać je żarem! — Wbić kołek w najszerszą gębę! (Jeden z mężczyzn porwał z ogniska płonące drzewo i cisnął je za kobietami, które z krzykiem uciekły). Zdmuchnęliśmy szelmy, jak dym, co w oczy gryzie. Wartoby kilka najtwardszych w gorącej wodzie namoczyć, to zmiękną. No, ale jedzmy.
Sciągnęli z węgli i zaczęli rozrywać półsurowe zwierzę. Nadeszła gromadka dzieci.
Dzieci. Jeść, jeść!
Mężczyźni. Teraz znowu to robactwo lezie. — Do matek, szczeniaki! — Na ogień jednego z nich, będzie dla innych pieczeń! (Dzieci rozproszyły się z płaczem). Trzeba było małym dać do ogryzienia chociaż parę kopyt.
— Będzie jeszcze na to czas.
Pożerali z chciwością mięso, rozrywając je palcami i zębami. Dzikie twarze powlekły się zwolna zadowoleniem i drgały przesytem.

Przy drugiem ognisku.

— Wtedy właśnie Ukor ten sposób wymyślił. Oni również, jak ci, mieszkali na drzewach. Skoro ich otoczyliśmy, powciągali drabiny i zaczęli nas gromić zwysoka. Kilkudziesięciu, którzy spuścili się niżej, strąciliśmy strzałami, ale siedzącym na wierzchołkach nie mogliśmy nic zrobić. Więc rozłożyliśmy się wokoło obozem, żeby ich ogłodzić. Ale upłynęło wiele dni, a oni się nie poddawali. Gdy im brakło pożywienia, ogryzali korę, liście i drobne gałązki, a nieraz w nocy zsuwali się po cichu na ziemię i jeszcze nas okradali. Bo są zwinni, jak pawiany! Wreszcie i nam głód zaczął dokuczać. Wtedy Ukor kazał zapalić ogromny obrąb drzew. Spadało to, jak podkurzone liszki. Niektórzy jednak nie ruszyli się z miejsc, chociaż ich płomień pożerał i dym dusił. Znajdowaliśmy ich potem martwych w rozwidleniach gałęzi, ale nie można było żadnego nawet skosztować, bo strasznie cuchnęli.
— A co zrobiliście z jeńcami?
— Pozdychali wszyscy, zapomnieliśmy ich żywić; zresztą nie było czem.
— Słyszycie ryk?
— Lwy zapraszają się do naszej kolacyi.
— Może w nich siedzą duchy, które nam zaszkodzą, jeśli im nic nie damy...
— E, bajdy!
— Wcale nie. Najstarsi ludzie zapewniają, że dusze zabitych nieprzyjaciół włażą natychmiast w dzikie zwierzęta i przychodzą w nocy do obozowiska dla dokuczania zwycięzcom.
— Czyś ty albo ktokolwiek z was widział ducha?
— Widziałem na własne oczy dwa otwory w skale, przez które one dostają się do drugiego świata: mniejszym przechodzą dusze zwyczajnych ludzi, a większym — dusze wodzów.
— Kiedy podobno wszystkie zbierają się na wysokich górach i odrazu wskakują do nieba.
— Nie wskakują, ale zajeżdża po nie chmura turkocząca grzmotem i zabiera je ze szczytów.
— Ale gdzie tam! Wchodzą po tęczy, która dla tego wygina się na niebie i opiera na ziemi.
— I to nieprawda.
— Nie mów tak głośno, bo sprowadzisz złe. Słyszysz? Znowu ryk...
— Ja wcale nie rozumiem, po co duchy mają włazić w zwierzęta, kiedy im lżej i bezpieczniej przelatywać samym. Mogą przecie fruwać i nikt ich nie zabije...
— W każdym razie trzeba im coś zostawić.
— Zmik przyrzekł, że się z nimi załatwi.
— To jedzmy.

Przy trzeciem ognisku.

— Słoniowi dorównywał w mocy. Pamiętam, jak wyciągnął z wody zabłąkaną łódkę, w której siedziało pięcioro ludzi, wziął ją z nimi na ramię i przyniósł do obozu.
— Jednak Alrun rozbił mu głowę, jak łupinę.
— Ba, spróchniały pień wywrócić łatwo.
— Są tacy, co nigdy nie próchnieją i żyją wiecznie. Widziałem wodza Ko-ko-ków. Łeb miał tak wielki, że w jego kudłach dziecko mogłoby się przespać, a on by myślał, że w nie świerszczyk się wsunął. Kiedy raz podczas bitwy zbrakło mu strzał i zaczął ciskać odłamami skały, to nieprzyjaciele pierzchali przed nim jak kurz przed wiatrem.
— Najstraszniejszy jednak był wódz Czarnych Grzechotników. W rękach miał śmierć i więcej ludzi nam zabił, niż trąd. Zdzierał tylko skalpy bród, ażeby nie myślano, że mordował kobiety. Zabranych do niewoli dzieci używał jako przynęty na lwy, na które rzucał się z zasadzki i powalał jednem uderzeniem. Próbując ostrza włóczni, przebił nią odrazu sześciu jeńców. Nie można go było pokonać, bo zjadał serca wrogów a swoje miał ukryte na niedostępnej wysepce w jajku kaczem, którego nikt znaleźć nie zdołał.
— Zdaje się, że i Alrun również niezwyciężony. Patrzcie, czyż my nie wyglądamy, jak jego dzieci? Olbrzym! Gdyby stanął w lesie i rozpostarł ramiona, płochliwe głuszce siadałyby na nich, sądząc, że to konary dębu. Dobrze się stało, że on nam przywodzić będzie. Szkoda tylko, że ta dziewka w niego wpadła.
— Która?
— Orla.
— Owszem, niech w nim siedzi, będzie jeszcze sroższy i mężniejszy, dopóki jej nie schwyta. Kiedy się dowiedział, że uciekła, z początku rad był, że Ukor nie będzie jej miał, ale potem tak sapał złością, jak zraniony nosorożec.
— Wynajdzie ją, czy nie — wszystko nam jedno, aby tylko był dzielnym wodzem, do czego wkrótce zdarzy mu się sposobność, bo nasi ludzie dostrzegli Szare Ogony, myszkujące w okolicy. Dawajcie już mięso!
— A czy Zmik jest zaopatrzony dla siebie i bogów?
— Alrun pozwolił mu grzebać w naszych zapasach, jak dzikowi w żołędziach.
— Trzeba o niego dbać — to cudotwórca! Sam widziałem, kiedy Ukor raz zachorował, Zmik kazał znaleźć białego psa z jedną czarną łatą, w tę łatę ugodzić go oszczepem i ugotować z uszu polewki. Ukor wypił ją i natychmiast wyzdrowiał.

Przy czwartym ognisku.

— No więc cóż zrobią — żwiru sobie w żołądki nakładą? Jeżeli mamy je trzymać — to musimy karmić.
— Naturalnie. Próbowałem już i tego, kiedy nieprzyjaciele odbili nam wszystkie. Bez kobiet długo żyć niepodobna.
Zaczęli rzucać po za siebie kości i kawałki mięsa, które chciwie zbierała po ziemi lub łapała w powietrzu czereda kobiet i dzieci.
— Jakie to złe i żarłoczne! Ja bym chętnie zgodził się, ażeby ze wszystkich stos ułożyć i potem nowych nie sprawiać. Wy jesteście młodzi, więc nie macie doświadczenia, ale ja już wiele tych żmij poznałem. Woda morska dlatego jest słona, że w niej toną mężczyźni, a dlatego gorzka, że w niej toną kobiety. Żadna z nich nie spotkała nigdy spiącego zwierzęcia, bo każde z najtwardszego snu się obudzi, jak mu tylko nozdrza jej woń z daleka podrażni. Owad dopóty żyje, dopóki się z samicą nie połączy. Mądrzy bogowie obdarzyli nas kobietami, ale sobie nie zostawili ani jednej sztuki; oni też są szczęśliwi i potężni, a ludzie biedni i słabi.
— E, i oni je mają, bo jakżeby się rozmnażali.
— Nie słyszałem o bożych żonach.
— Ja tam kobietami nie gardzę, a nawet chętnie bym gdzieś osiadł z kilkoma. Sprzykrzyła mi się już ciągła włóczęga i bitwy.
— A cóż byś jadł, gdybyś wyłowił i wybił wszystkie zwierzęta w okolicy?
— To też wędruję z wami. Pewien stary człowiek opowiadał mi taką bajkę. Był wszechwładny mocarz, który wszystko zjadał. Chodził w złocistej szacie i nazywał się Ogień. Miał dwóch synów. Jeden żwawy, lotny jak ptak, rozpostarł niebieskie skrzydła i odfrunął od ojca. Zwał się Dym. Zaledwie wzbił się w górę, napadł go wiatr i podarł na strzępy. Drugi spokojny, szaro przyodziany, pozostał na miejscu i po śmierci ojca odziedziczył wszystko, czego ten nie spożył.
— I ja słyszałem tę opowieść, ale inaczej: Dym, najadłszy się przy uczcie z ojcem do syta, poleciał w świat i żyje dotąd, a Popiół umarł i wiatr go zasypał. Widzicie na niebie te sine i białe obłoczki? To dymy, którym tam dobrze. I nam dziś dobrze, bośmy syci, więc śpijmy. Dzień już wstaje, gwiazdy z nieba zwołuje i wkrótce budzić nas zacznie.


Widok 7.

Ogniska powoli gasły, a ciężkie opary czołgały się po ziemi lub czepiały drzew. Poranny wietrzyk daremnie czyścił powietrze z gęstych, dusznych swędów. Wojownicy spali, tylko tu i owdzie przesuwały się kobiety lub psy, które wyszukiwały niedojedzonych resztek. W ciszy grało zmieszane z wielu rzężeń i świstów chrapanie. Nadszedł Alrun ze Zmikiem.
Zmik. Zjedli wszystko; jutro nie będą mieli czem gębom przypomnieć dzisiejszej biesiady. Zęby napracowały się, ale odpoczną.
Itam. Jeżeli nie ostrzegłeś Zmiku bogów, ażeby byli wstrzemięźliwi i zostawili sobie trochę ofiar na później, to może im również zbraknie pożywienia.
Zmik. Ty milcz i nie wspominaj o nich, bo ci język spuchnie.
Itam. To sobie kawałek z niego odgryzę i złożę głodnym bogom, którzy mi za to podziękują.
Alrun. Widzę jeszcze dosyć resztek — na jutro gromadzie wystarczy.
Zmik. Czy nie słyszysz pomrukiwania szakalów, które tu przyjdą i wszystko uprzątną?
Alrun. Straż ich nie dopuści.
Itam. Bardzo ją o to proszę, bo głupi szakal mógłby się pomylić i wziąć Zmika za nieogryzioną kość. A co byśmy poczęli bez czarodzieja?
Zmik. Odpędź tego gada, który za nami pełza, jeśli chcesz, ażeby bogowie byli dla ciebie łaskawi, a ja użyteczny.
Alrun. Nie zwracaj uwagi na jego żarty. Itamie, schowaj żądło!
Itam. Może mnie Zmik zwinąć w kłębek i targać — nie ukłuję go.
Zmik. Gdy składałem ofiary, w chmurze ukazał mi się uśmiechnięty bóg Jam... Jest to dobra wróżba. Jeśli on nam dopomoże, wkrótce Orla będzie służebnicą rozkoszy twojej.
Alrun. Daj mu więcej, niech tę chwilę przyspieszy.
Zmik. Nie można go naglić. Bądź cierpliwy, Alrunie.
Alrun. Zatem idźmy spać. Dobranoc ci, Zmiku. Chodź ze mną Itamie, wyrzucisz mi z namiotu obrzydłą dziewkę i położysz się na jej miejscu.
Itam. O, nie, wyrzucę z nią i siebie.
Alrun. Będziesz mnie bawił, błaźnie, kiedy umiesz.
Rozeszli się. Nad obozowiskiem zawisł na szerokich czarnych skrzydłach wielogłowy Jam, ogarnął śpiących zadowolonym wzrokiem i zniknął w przestworzu.


Widok 8.

Obłoki wlewały się w niebo ze wszech stron, jak szara piana w błękitną wazę i szybko wypełniły ją całkowicie. Wtedy grom zaczął w nią uderzać potężną ręką, a ona za każdym razem pękała błyskawicami i bryzgała na ziemię potokami deszczu. Powoli jednak chmury wyczerpały się z wody, niebo oczyściło się z mętów i ukazało dno szafirowe. Tylko na jego krawędziach pozostały szlaki i szmaty obłoczne. Przed namiotem leżał Alrun, przy nim stał Zmik, a dalej Itam malował sobie farbami pręgi po nogach.
Alrun. Cóż mi z tego, że wyją z głodu, że chcą zjeść dzieci i kobiety, kiedy żaden z posłańców nie wrócił.
Itam. Albo im źle! Nabili i napiekli sobie zwierzyny, nałuskali orzechów, leżą syci, śmieją się i mówią...
Alrun. Skąd wiesz, że tak jest? Co mówią?!
Itam. Mówią, że baran zgubił głupotę, a szczęśliwy Zmik ją znalazł i podarował Alrunowi.
Zmik. Alrunie, pozwolisz się tak znieważać?
Alrun. Niech lży mnie, ciebie, wszystkich, jeśli wyżej od nas wlazł i dalej widzi. Jaką głupotę?
Itam. Zmik zaręczył, że Orlę i Arjosa doścignie człowiek głodny. Więc za jego radą wysłałeś w pogoń kilku ludzi ogłodzonych, zapomniawszy, że oni po drodze się najedzą, a ci, którzy cierpią niedostatek, pozostali w obozie — i wróżby nie spełnią.
Alrun. Prawda, jasna prawda! Zmiku, jesteś tak głupi, że z czerepu twej głowy spragniony osioł nie napiłby się wody. Albo może jesteś tak nikczemny, że chcesz mnie durzyć? Eh, pomyśl ty, że ja cię mogę powiesić za kłamliwy język.
Zmik. Nie wątpię o tem, Alrunie, ale zdaje mi się, że twoim doradcą nie powinien być błazen. Wróżbę, którą ci dałem, wziąłem z ust bogów. Nie znaczy ona wcale, ażeby człowiek, który odnajdzie Orlę i Arjosa, miał pusty żołądek, lecz żeby wysłany był głodnym.
Alrun. Czemuż tak odrazu nie wytłomaczyłeś? Gniew mnie daremnie poszarpał. Itamie, przetknij sobie wargi kołkiem i milcz. Słabo mi, czuję się niezdrów.
Zmik. Zauważyłem to jeszcze wczoraj i dlatego przyniosłem ptaka, na którego włożę twoją chorobę i wypuszczę go, żeby ją uniósł.
Otworzył kilka palców zaciśniętej pięści i pokazał główkę pliszki.
Itam. Pliszka! Odleci na rzut strzały, usiądzie i pokiwa ogonkiem nad mądrością naszego czarodzieja.
Zmik. Bądź zdrów, Alrunie, ja nie mam przy tobie co robić. Niech on cię wyleczy.
Alrun. Zostań, Zmiku, proszę cię. Itamie, zniknij mi z oczu.
Itam. Nie gniewaj się, wodzu. Gdy Zmik nadzieje chorobą tego ptaszka, ja go wraz z nią zjem i będę za ciebie cierpiał.
Zmik. Niech zje.
Itam. Najchętniej — i nic mi nie będzie.
Zmik włożył ptaka pod pachę Alrunowi.
Zmik. Naciśnij go mocno, ażeby nie uciekł, a ja się pomodlę. Potężny duchu choroby, opuść ciało tego człowieka, wejdź w ptaka i odleć z nim daleko. Złożymy ci za to najprzedniejsze ofiary. Pokornie błaga cię sługa twój, kapłan, któremu wyświadcz tę łaskę i nie wydaj na pośmiewisko swoim uporem.
Alrun. Lżej mi, lepiej...
Zmik. Wyjmij ptaka i puść go.
Alrun. Nieżywy.
Zmik. Duch wszedł w niego i zabił, bo tak wielka choroba nie mogła się zmieścić w tak małem stworzeniu.
Itam. Zdaje mi się, Alrunie, żeś pliszkę udusił.
Alrun. Zjedz ją, kiedy przyrzekłeś.
Zmik. O nie, duch mógłby znowu przeskoczyć z tego błazna w ciebie. Ja ptaka głęboko zakopię.
Itam. Zabrał mi smaczny kąsek.
Alrun. Odejdź, Itamie, odejdź dokuczliwy liszaju... Nie chcę twoich szyderstw! Wszystkie złe duchy niemi na mnie rozdrażnisz.
Itam odszedł śpiewając.

Arjos jagódki
Z ust swej Orliczki
Zbiera.
  Alrun zaś smutki
Ściskaniem pliszki
Ściera.

Alrun. Co on śpiewa? Słyszałeś? Itamie, chodź tu...
Zmik. Zadrwił z ciebie i ucieka.
Alrun cisnął włócznią za Itamem, który jej uniknął i skrył się w las.
Alrun. Nie ujdziesz mi, łotrze! Za co ja lubię tego chłopca, kiedy on taki zły, jak gdyby miał w gębie gniazdo żmij! Ale trzeba go raz ukarać. Nie mogę go ścigać, bo kości w nogach mi rozmiękły.
Zmik. Dziś jeszcze będziesz zdrów. Niech tylko posłańcy wrócą z dobrą nowiną.
Alrun. Naucz się mówić, bałwanie! Ja nie chcę żadnej nowiny, ja chcę Orli!
Zmik. Będziesz ją miał. Tej nocy śnił mi się olbrzymi cedr, na którym zamiast szyszek wisiały żółwie.
Alrun. Dlaczegoż to ma znaczyć, że dostanę Orlę?
Zmik. Jak żółwie przyszły i uczepiły się na gałęziach cedru, tak ona uczepi się rąk twoich.
Alrun. Aha! Jak to wy umiecie wszystko zgrabnie wytłomaczyć... Objaśnij mi też jedną zagadkę: jeżeli dusza we śnie człowieka opuszcza jego ciało i odbywa wędrówki, dlaczego moja dotąd nie powiedziała mi, gdzie są Arjos i Orla?
Zmik. Dlatego, że twoja dusza jest tłusta, ciężka i ma błoniaste skrzydła, więc daleko odbiedz nie może i musi wrócić przed zbudzeniem ciała. Tylko dusza kapłana jest chuda, lekka i bystra.
Alrun. To ja swoją zamienię na inną, albo wypędzę. Niech sobie lata, dopóki chce, będę spał chociażby do drugiej pełni. Albo ty zaśnij i wypuść swoją duszę na zwiady.
Zmik. Kiedy każda dusza wychodzi z człowieka i wraca na rozkaz bogów.
Alrun. Ach, te bogi! Jak tylko mięso parą się zakurzy, natychmiast wyciągają chciwe nosy, a kiedy trzeba dopomódz człowiekowi, leżą jak wałkonie i ziewają.
Zmik. Mądrzejsi są od ludzi, więc sami sobie wybierają chwilę działania.
Alrun A gdyby poprosić tych mniejszych, fetyszów...
Zmik. Prosiłem już najuczynniejszych, a mam ze stu takich, którzy mi wiele dobrego zrobili i nigdy nie zawiedli. Przyrzekłem, że im dam słodkich i odurzających napitków, że ich długo nie będę trudził innemi sprawami.
Alrun. I nic. . Zbij ich, potłucz, połam i wyrzuć... Oświadcz bogom, że im nic nie dam, że wszystkich zagłodzę, jeśli mi nie wskażą miejsca, gdzie schroniła się Orla.
Zmik. Bogowie nie znają strachu i nie lękają się zemsty. Tylko modłom ulegają, a mam prawie pewność, że wkrótce spełnią twoje pragnienie.
Alrun. Dobrze, będę czekał, ale jeżeli przekonam się, żeś mnie okłamał, wtedy zazdrość losu najnędzniejszemu robakowi, który leży między paznokciami wściekłego człowieka.
Zmik. Zrobiłem, co mogłem i umiem. Nie dosyć ci tego, pójdę sam w pogoń za zbiegami.
Alrun. Rozumiem — chcesz mi się z rąk wyśliznąć. Ale ja cię nie puszczę, muszę wynagrodzić lub ukarać. A ukarzę cię tak strasznie, że napełnione twoim jękiem powietrze brzmieć będzie przez długie pokolenia. Tak nielitościwie spastwię się nad tobą, że przylecą tu z nieba wszystkie bogi i duchy, na klęczkach błagać mnie będą o miłosierdzie — a ja nie ustąpię! Pobladłeś ze strachu — przyznaj się, że mnie zwodzisz, że nie wierzysz w pomoc bogów!
Zmik. Wierzę.
Alrun powstał, chwycił Zmika za ramiona i krzyczał podartym od wysiłku głosem.
Alrun. Przyznaj się, bo dopóty tobą trząść będę, aż ci ślepie do nóg moich wypadną.
Zmik. Wierzę.
Alrun. I bogowie do ciebie rzeczywiście przemawiają? — ty ich słyszysz?
Zmik. Tak.
Alrun. Więc niech powiedzą, czego jeszcze pragną. Oddam im i zrobię wszystko, co każą. Jeśli tego zażądają, porozdzieram zębami najmężniejszych wojowników, spać będę na zarzewiu, położę sobie pod głowę mrowisko, wytarzam się na cierniach, abym tylko ją posiadał. Wyrzeknę się nawet zemsty, obdaruję Arjosa, ale niech mi przywiodą Orlę. Ach, gdybym ją teraz miał, gryzłbym ją moją żądzą, wysysał, wchłaniał... Musiałaby się zamienić na sto kobiet, ażeby wytrzymała moje pieszczoty... Nie, ja jej nie uszkodzę, nie dokuczę, będę ją pielęgnował, jak ranę, będę się jej bał, tylko niech raz przy mnie stanie.
Zmik. Stanie... Arjos jest także trochę czarodziejem i zapewne psuje moje zaklęcia za pomocą przyjaznych mu duchów, ale ja go pokonam.
Alrun. Nie wiem, dlaczego jej tak pożądam: czy dlatego, że mi się podobała, jak żadna, czy że uciekła wtedy, kiedy ją mieć mogłem? Od tego czasu krew mi się w żyłach gotuje warem, a gdy pomyślę, ja wódz, najwaleczniejszy z walecznych, że ją uprowadził i zużywa jakiś mizerny Arjos, którego przerzuciłbym przez dziesięć szałasów... Nie, nie będę o tem myślał, bo zaraz choroba we mnie się lęże. Ach, ty podłe słońce, ty jedno ich widzisz, ty jedno wiesz, gdzie oni są, a milczysz! Znowu mi niedobrze... Odgaduję, czego mi brak. Wczoraj w południe zauważyłem, że mój cień gdzieś znikł — musiał mi go ukraść jakiś zły duch, życzliwy Arjosowi.
Zmik. Łatwo mu go odbiorę i oddam ci.
Alrun. Zaraz będę zdrów. (Zbliżył się lękliwie posłaniec. Alrun, spostrzegłszy go, zerwał się i zapytał). No i cóż?
Posłaniec. Przewąchałem jak pies, przepatrzyłem jak sokół, przesłuchałem jak zając całą okolicę — nigdzie ich nie odkryłem.
Alrun. I ty śmiałeś wrócić, kiedy ci jeszcze starczyło sił do poszukiwań? Ty nie zdechłeś ze zmęczenia, tylko przyszedłeś tutaj zdrów? (Uderzył go toporem i odciął mu głowę, wołając do ludzi, którzy nadbiegli). Głowę tę zatknijcie na wysokiej tyce przed obozem, ażeby ją zdala widzieli ci, którzy poważą się wrócić sami. Ha, ścierwnik, on myślał, że ja go posłałem na przechadzkę. Ilu ich poszło?
Zmik. Dziesięciu.
Alrun. Postrącam łby wszystkim. Albo nie, każę im wypruć kiszki, zwinąć z nich sznury i powiesić łotrów. Palce zwierają mi się w pięściach, jak zęby w lwich szczękach. Zmiku, daj mi coś, co mógłym[3] zgnieść, udusić, podrzeć, daj mi rzecz mocną i twardą, daj mi człowieka silnego, strasznie silnego, któryby się opierał. Jeśli takim jesteś, powiedz, wyzwij mnie do walki, uderz.
Zmik. Uspokój się. Tego, czego pragniesz, siłą nie osiągniesz.
Alrun. Czemu nie osiągnę, kiedy nie ma nic większego nad siłę? Przecież bogowie dlatego są czczeni, że ją posiadają. Czy byś do nich modlił się i składał im ofiary, gdybyś wiedział, że ich pokonać zdołasz?
Zmik. Właśnie i ty zamiast grozić, błagaj ich.
Alrun. Czy jeszcze mało ich za mnie błagałeś? Jeśli nie dosyć, proś więcej.
Zmik. Może chorują, może zagłuchli, może są bardzo zajęci, może wreszcie nie chcą ci teraz dać Orli.
Alrun. Co? Tylko ją naprzód dla siebie zabrać? Niech zarazę ujmą w swoje objęcia... Pokaż mi zaraz, gdzie oni siedzą, pójdę do nich... Albo sprowadź ich do mnie... Ja z nich zrobię miazgę!
Przybył drugi posłaniec blady i wycieńczony.
Posłaniec. Przeleciałem pola i lasy jak wiatr i nigdzie nie dostrzegłem ich.
Alrun. A, drugi prosi, ażeby mu łeb zdjąć z kadłuba i osadzić na palu. Możesz przysiądz, że ich nigdzie nie ma?
Posłaniec. Zapewne gdzieś są, ale ja ich odnaleźć nie mogłem.
Alrun. Nie mogłeś, chociaż są. No, to ci wypuszczę z cielska duszę, niech ona ich szuka. (Porwał topór, i zamierzył się na posłańca, który uciekł). Uciekł... Czy i ten przypuszcza, że się ukryje?
Zmik. Nie zabijaj ich, bo wszyscy cię opuszczą.
Alrun. Kogo? Mnie? Czemże ja tu jestem? Najwyższem drzewem w lesie, najbitniejszym bawołem w stadzie, czy ich wodzem? Mnie opuszczą? Kiedy ryknę, to ich zmiotę, jak wicher liście na kupę i zdepczę.
Zmik. Alrunie, jeszcze raz upominam cię, powierz się bogom.
Alrun. Po co ty, głupia bestyo, rozdziawiasz ciągle paszczę, pełną duchów i bogów, kiedy oni z niej ruszyć się nie chcą? Niechże raz puszczą się w pogoń, inaczej podruzgoczę im wszystkie bałwany i opluję im całe niebo!
Zmik. Tak ich srodze obraziłeś, że teraz już nie wiem, czy pomimo ofiar i modłów moich okażą ci swą pomoc.
Alrun. Czemuż nic nie robią? Mam stu niewolników. Może z nich tłuszcz smakować będzie bogom? Każę wszystkich zabić. Potrzeba duchom kobiet? Oddam je. Nie! Albo bogów wcale nie ma, albo mnie uważają za swego wroga, a ciebie za ostatniego durnia, którego modły tyle dla nich znaczą, co skrzeczenie żaby. Widzę, że nikt mi nie usłuży. Gdy wieczorem puszcza się uciszy, rzucę w nią taki straszny ryk, że on całą obleci i Orlę dosięgnie. Nie mogę tej kobiety dotknąć ręką, ustami, dotknę ją i ukąszę głosem. Ach, gdyby ten krzyk płynąc tężał w sznur, który nie oderwawszy się od moich warg, ją by owinął a ona targnęła się, jakże bym ją do siebie przyciągnął!... (Zebrał się tłum szemrzący, w spojrzeniach dziki, w słowach groźny). Co to?
Głosy. — Głodni jesteśmy, jak trzciny wewnątrz puste.
— Głodni jesteśmy, jak doły głębokie.
— Głodni jesteśmy, jak strumienie śród skał płynące.
— Głodni jesteśmy, jak niemowlęta umarłej matki.
— Prowadź nas na wojnę, na zdobycz.
Alrun. Pozostaniemy tu, dopóki nie złapiecie Arjosa i Orli.
Głosy. Wskaż nam, gdzie oni są, a przyniesiemy ich tu prędzej, niż burza odłamane gałęzie.
Alrun. Znajdźcie ich.
Głosy. Może już ich znaleźli posłańcy, którzy nie wrócili, bo zginęli z ręki Arjosa.
Zmik. Słusznie mówią. Arjos, to nie rozżarzony węgiel, który można wziąć rozłupanym kijem. On wojownik dzielny. Posłańcy mogli go wytropić, ale ich zabił.
Alrun. Wyruszymy! (Zagrzmiały dzikie wybuchy radości, które rozbiegły się po lesie w niezliczonych echach). Bijcie w bębny, krzyczcie, niech przerażona ziemia skurczy się, zmarszczy skórę i przysunie ku nam zbiegów, niech chciwe żeru kruki zaczną krążyć nad ukryciem Arjosa!
Przybiegł Itam, a za nim posłaniec, któremu oczy krwią zaciągnęły się, usta kurzem zczerniały, a pierś ciężko dyszała.
Itam. Chciałem go dosiąść, ażeby prędzej przyjechać do kochanego wodza, ale ten dwunożny biegun ledwie może unieść dobrą nowinę. No, rżyj...
Posłaniec. Znalazłem — Arjosa i Orlę.
Alrun. Gdzie? Mów, mów szybko, ażeby moja myśl na żaden twój wyraz nie czekała. Jeżeli nie możesz, weź mój język niezmęczony. Ach, ty dobry, dzielny chłopcze! Czem cię orzeźwić?... Nalejcie mu w usta jakiego soku pokrzepiającego.
Posłaniec. Znużony długiem i daremnem poszukiwaniem, o pół dnia drogi stąd, przywlokłem się do skaczącego po kamieniach potoku, ażeby ugasić straszne pragnienie. Leżąc pod krzakiem, spostrzegłem w jarze między dwiema skałami człowieka, który przemykał się ostrożnie pod zwieszonemi gałęziami. Z początku myślałem, że to ktoś z naszych, ale jednocześnie trąciło mnie dobre przeczucie. Zacząłem więc chyłkiem między zaroślami zbliżać się ku niemu. Wreszcie poznałem go, był to Arjos. Z naciągniętym łukiem czaił się na jakąś zwierzynę. Podpełzłem tak blizko, że widziałem wyraźnie zwieszone na twarzy pasmo jego włosów. Czekałem. Spuścił strzałę i strącił zieloną papugę. Podniosłszy zabitego ptaka, zaczął biedz spadzistą ścieżką pod wysoką górę, której ze łba ciągle się kurzy. Widziałem go jeszcze kilkakrotnie, jak w gąszczu migał, wspinając się coraz wyżej. Na tej górze muszą oni mieć kotlinę. Byłem sam, Arjos jest bojownikiem groźnym, więc nie ważyłem się na walkę z nim, po której ja bym tam został a on dalej uciekł — i przyleciałem tu z doniesieniem.
Alrun. Dobrze zrobiłeś. No, teraz on wasz, a ona moja! A zapamiętasz drogę?
Posłaniec. W gąszczach poznaczyłem ją sobie nadłamanemi gałązkami. Trafię bez omyłki.
Alrun. Za to, że tak się sprawiłeś, przez dziś tyle ci tu wolno, co i mnie. Jutro przed świtem wyjdziesz. Dam ci do pomocy dwudziestu najtęższych chłopów. Możecie zabić Arjosa, jeżeli tego będzie potrzeba, chociaż radbym go dostać żywym, ale Orlę przynieście mi w puchowych dłoniach.
Około posłańca zebrała się cała prawie rzesza obozowa, która ciekawemi uszami chwytała jego opowieści, a następnie wziąwszy go między siebie, osypała pytaniami.
Zmik. Cóż, czy wyrocznia moja nie sprawdziła się? Arjosa i Orlę wynalazł człowiek głodny.
Itam. Powiedziałeś, że głodny ich schwyta — nie kręć.
Zmik. Wszystko jedno. I ten mógł był ich złapać.
Itam. Za ogony, gdyby mieli tak długie, żeby aż tu sięgały. To i ty byś ich wtedy przytrzymał.
Alrun. Zakończcie te swary! Itamie, wiercisz językiem w gębie, jak tłuczkiem mak w donicy. Chłopcy, tu do mnie! Wykrot, Trzmiel, Wrzos! Dwudziestu najdzielniejszych pójdzie pod przewodnictwem tego oto waszego towarzysza dla ujęcia Arjosa i Orli, którzy, porzuciwszy gromadę wbrew woli zmarłego Ukora i mojej, obrazili bogów i najwyższego władcę waszego. Arjos jest przestępcą, bo się wyłamał z pod praw naszych. Arjos jest złodziejem, bo ukradł nam kobietę, należącą do wszystkich, a przed innymi do mnie, naczelnego wodza, który najwięcej ludzi zabił i zanim kiedyś zostanie bogiem, powinien teraz mieć najlepsze jadło i najładniejsze kobiety. Czy tak?
Głosy. Tak!
Alrun. W namiocie moim jest kilka upieczonych ćwierci mięsa. Połowę tego zapasu niech zjedzą ci, którzy wyruszą w drogę.
Zmik. Alrunie, zapomniałeś o wróżbie? Chcesz ich, nasycić, ażeby obietnicy bogów nie spełnili? Popsujesz całe przedsięwzięcie...
Alrun. Więc musicie jeszcze przez ten dzień jeden wytrzymać głód. Za to skoro tylko wrócicie, przygotujemy wam ucztę. A potem poprowadzę was na długą wojnę, wymordujemy wszystkich ludzi, obedrzemy ich trupy ze wszystkich ozdób, zabierzemy im wszystką broń i żywność, będziemy brodzili we krwi, jak czaple w wodzie, będziemy chodzili obwieszeni od głów do stóp skalpami, jak stare dęby kępami mchu, będziemy tyle posiadali mięsa i kobiet, że bogowie zechcą zamienić się z nami na naszą szczęśliwą dolę. A teraz, moi chłopcy, prześpijcie się trochę, bo i słońce już łoże sobie ściele, ażebyście wstali, zanim pierwszy dzięcioł w drzewo zastuka.
Trzmiel. Kiedy słabe nogi nas nie doniosą tak daleko.
Wykrot. Arjosa się nie boimy, ale głód nas powali.
Wrzos. Daj cokolwiek jeść.
Alrun. Słyszeliście, co rzekł Zmik, który rozmawiał z bogami? Powiedzieli mu wyraźnie, że tylko głodni pochwycą Arjosa i Orlę. Ażeby ich gniew złagodzić i łaskę zjednać, wszyscy pościć będziemy aż do waszego powrotu.
Trzmiel. Ha, spróbujemy.
Wykrot. W tamtej stronie, za ogromną gorącą górą mieszka święte, bezbronne plemię Podlotów, które wyrabia cudowne posążki i którego żaden lud nie napada. Co mamy począć, jeśli zbiegi między nich się wcisną?
Alrun. Wtargnąć i gwałtem uprowadzić oboje.
Zmik. O, nie, Alrunie, na to trzeba uzyskać osobne pozwolenie bogów. Podlotowie są nietykalni, i gdybyśmy ich skrzywdzili, niebo zwaliłoby się na ziemię.
Alrun. Nic nam nie będzie — wysokie drzewa je podtrzymają.
Zmik. Żartujesz, Alrunie... a nie powinieneś, skoro bogowie naprowadziwszy posłańca na kryjówkę Arjosa i Orli, dali ci znak swej łaski. Zresztą ta wysoka, dymiąca się góra jest ich namiotem, w którym duchy jedzenie im warzą. Trzeba więc również ich uprosić, ażeby pozwolili ludzkim stopom zgwałcić ich mieszkanie.
Alrun. Znowu targ z bogami! Ach, kiedy to się skończy! Wolałbym kopać dół w wodzie! Dosyć mi tego pośrednictwa! Zwołaj ich i powiedz, że sam chcę z nimi pogadać.
Zmik. Oni z ludźmi rozmawiają tylko przez kapłanów.
Alrun. Łżesz! Czem ty jesteś lepszy ode mnie? Czy tem, że siedzisz w gromadzie, jak bezpieczna i syta pchła we włosach, podczas kiedy ja ciągle narażam życie? Zresztą idź do bogów i ugódź się z nimi, ale jeżeli dzwonienie we własnych uszach bierzesz za ich głos i mnie oszukujesz, to ja cię tak zdepczę, że z twego ciała pozostanie błoto, a z twoich kości proch!
Zmik spojrzał na ciemne chmury, które wybuchały kłębami, jak dymy pożaru z miejsca, gdzie przed chwilą płonęło i zapadło ogniste słońce.
Zmik. Wkrótce przemówią bogowie tak wyraźnie, że i ty ich zrozumiesz.
Na czoło tłumu, który zatoczył się półkolem, wystąpiły kobiety.
Jedna z kobiet. Miłosierdzia, wodzu, pozwól przynajmniej czemśkolwiek odpędzić głód od dzieci, który je zabija.
Alrun. Będą mu wdzięczne zwierzęta na ziemi, a ryby w wodzie, bo dostaną żeru.
Druga kobieta. Wysłuchaj ich płaczu!
Alrun. Płaczą? Gdy człowiek zbyt się skarży, bogowie go obalają i zasypują mu gebę piaskiem. Tak i wy zróbcie z dziećmi.
Trzecia kobieta. Niech żyją, kiedy urodzone!
Alrun. A niech żyją.
Czwarta kobieta. Za co ich karzesz, kiedy ci nic nie zawiniły!
Alrun. Milczeć, papugi! Czy my wyprawialiśmy gońców do nieba, ażeby nam przysyłało dzieci? Czy prosiliśmy was, ażebyście je rodziły? Wyrzuciłyście je z siebie, połknijcie je nazad. A teraz precz! Towarzysze, jutro po raz ostatni słońce patrzeć będzie na wasz głód. Gdy Arjosa i Orlę przywiodą, oddam wam resztę zapasów, a sam ich nie dotknę. Tylko jeden dzień wytrzymajcie, skoro tego żądają bogowie!
Zmik. Tak, żądają. Jeżeli nie będziecie im posłuszni jeżeli pokutą nie wyjednacie ich pomocy w schwytaniu Arjosa i Orli, jeżeli wina tych grzeszników obciąży całą gromadę, bogowie wypuszczą na was wszystkie choroby i plagi, odetkają wulkany, zgładzą brzegi rzek, włożą sobie ziemię na ramiona i strząsną z niej ludzi w wodę. Uważajcie! Już nawet złe duchy oblatują nas wokoło, siadają na drzewach, powietrze od nich gęstnieje... Trzeba je siecią wyłowić, uwięzić, zakląć, a bogów prosić, ażeby je wymietli silnym wiatrem.
Alrun. Czarodzieju, ratuj nas od nieszczęścia!
Głosy. Ratuj!
Przerażony tłum rozproszył się i ukrył w szałasach.
Alrun. Czy ty rzeczywiście dostrzegłeś duchy?
Zmik. Całe roje.
Alrun. Czemu ja ich nie widzę i nie czuję?
Zmik. A czy widzisz i czujesz w tej chwili komara na swym karku?
Alrun. Nie.
Zmik. A jednak on na nim siedzi. Tak samo duchy.
Alrun. Gdybym ja mógł najgorsze złapać, poodłamywałbym im skrzydła i poukręcał głowy jak wróblom.
Zmik. Raz udało mi się zwabić je w wydrążoną tykwę, zatkać ją trawą i wrzucić do wody, skąd wydobyły się dopiero wtedy, gdy trawa zgniła.
Alrun. Zrób to, mój przyjacielu.
Zmik. Nie, wolę przeciw nim użyć pewniejszego sposobu. Bo gdyby jeden nieprzyjazny nam pozostał nieuwięziony, mógłby pomścić się na twoich wysłańcach i zgęścić im las, poprzesadzać drzewa lub przeciąć drogę wodą. Chodźmy teraz do miejsca, gdzie zastawiłem bogom ucztę, którą oni niewidzialni jedzą. Objawią ci się niezawodnie... Słyszysz, jak pomrukują w chmurach?
Alrun. Prowadź mnie do nich — zaraz!


Widok 9.

Jeszcze noc nie zdążyła zapalić swoich kaganków nad światem, kiedy bóg burzy wyruszył i wypuścił na niebo całą psiarnię wichrów, która uganiała się za chmurami, spędzała je w stada lub rozpraszała i rozdzierała na płaty. Ile razy w ucieczce skłębiły się liczniej, groźny łowiec ciskał ku nim z ognistego łuku piorunową strzałę, która długo warcząc, z hukiem w nie uderzała. A po każdem takiem ugodzeniu spadały na ziemię grube i rzęsiste krople krwi chmur zranionych. Wreszcie deszcz osłabł i wyciekał już tylko drobną rosą, ale bóg nie zszedł jeszcze z nieba i miotał swe groty dalej. Zmik z Alrunem zbliżyli się do olbrzymiego drzewa, pod którem na ołtarzu z palów i gałęzi leżały ofiary.
Zmik. Czy widzisz?
Alrun. Kuna.
Zmik. To bóg ospy. Zwykle w takiej występuje postaci.
Alrun. Koło nóg moich prześliznął się jakiś gad. Zapewne grzechotnik.
Zmik. Nie nadepcz go — to bóg deszczu, który widocznie wskutek moich próśb przybył tu, ażeby twoim wysłańcom ułatwić wyprawę.
Alrun. Ty nazywasz to ułatwieniem, że ich ulewa zmoczy?
Zmik. Nie rozumiesz — ona stłumi odgłos ich kroków, a Orlę i Arjosa wpędzi do kryjówki.
Alrun. Zaświeciły w krzakach oczy jakiegoś zwierza.
Zmik. Zapewne boga błyskawic, który będzie rozwidniał drogę naszej obławie. Są tu jeszcze inni, niezliczeni, słyszę szelest ich ruchów... Teraz gdy się zgromadzili tak blizko, przemówię do nich po raz ostatni w twojem imieniu... A ty jako człowiek grzeszny i oglądać ich niegodny, padnij twarzą na ziemię i osyp głowę pyłem.
Alrun położył się. Podczas modlitwy Zmika niebo co chwila odbrzmiewało stłumionymi rykami.
Zmik. Potężni bogowie, duchy ziemi, nieba, wód, gór, wszelkich chorób, użyczcie swej łaski i mocy temu nędzarzowi, który przed obliczem waszem się korzy. Ty niezmożony boże wichrów, popychaj jego posłańców ku celowi ich podróży i nie powstrzymuj ich biegu. Ty wszechmocny boże słońca, nie zlewaj na nich ani swego żaru, ażeby nie nużyli się pochodem, ani swego światła, ażeby mogli przysuwać się niedostrzeżeni. Ty straszny boże wysokich drzew i nizkich krzewów, skryj ich chłodnym i nieprzeniknionym cieniem, a nie daj go tym, których oni ścigają. Ty żarłoczny boże wód, wypłaszcz dna rzek w miejscach, przez które oni przechodzić będą, a wydrąż je głęboko tam, gdzie uciekający przed nimi stąpią. Wszyscy, źli i dobrzy, przytomni tu i nieobecni, wy, których widzę spożywających ofiary, ważących się na gałęziach, zlatujących z nieba, przyjmijcie modlitwę moją. Błagam o to ja, najwierniejszy kapłan wasz, orędujący za tym wodzem, który uznaje się zbyt grzesznym i małym, ażeby śmiał do was się odzywać i tylko myślą powtarza moje słowa. Ślubuje on i przysięga niezmiennie was czcić, szanować i obdarowywać waszego sługę, a gdyby tego nie uczynił, spuśćcie na niego najdotkliwsze bóle, osypcie go krostami pełnemi robaków, otwórzcie mu niegojące się wrzody na całem ciele, wykręćcie mu źrenice w przeciwne strony, rozpalcie ziemię, gdzie stanie i zagotujcie wodę, w którą się zanurzy.
Alrun. Dosyć, dosyć!
Zmik. Gdyby zaś Arjos i Orla schronili się do bezbronnego ludu Podlotów, wyrabiającego święte posążki, pozwólcie ich tam napaść i uprowadzić przemocą... Gdyby ukryli się na ognistej górze, w której wnętrzu duchy przyrządzają wam jadło, pozwólcie na nią wejść ludziom Alruna. (Zmik przez chwilę milczał). Pozwólcie... wszechmocni i nieśmiertelni... Alrunie, wstań, bogowie już oddalili się. (Alrun wstał blady i wzruszony). Patrz w górę... Na tronach z obłoków zasiedli wokoło, a niektórzy jeszcze podążają szlakiem drogi mlecznej. Czy widzisz?
Alrun. Nie.
Zmik. Grzechy pokładły ci na oczach łuski, które tylko ofiarami zetrzeć zdołasz. Tak, siedzą już wszyscy i spoglądając na ciebie, radzą... Od jutra los mówić ci będzie, co o twojem przeznaczeniu postanowili. Może kiedyś duszy mojej, gdy opuściwszy śpiące ciało, do nich się wzbije, powiedzą tę tajemnicę. (rozległ się grzmot, jak gdyby zaturkotały koła rydwanu boga burzy, zjeżdżającego z nieba ku ziemi). Tym głosem objawili oni swój rozkaz całej naturze, a ona echami odpowiada, że go zrozumiała. (Spadł piorun). Rozgniewany bóg uderzył maczugą kogoś z nieposłusznych. Już skończyli naradę i rozchodzą się do swych siedzib. Ty, Alrunie, wróć także do obozu i opowiedz wszystkim, coś widział.
Alrun. Coś ty widział... (Odszedł. Zmik spojrzał za nim urągliwie. Alrun odwrócił się i rzekł z groźbą) Pamiętaj i przypomnij im — Orlę!
W tej chwili między drzewami przewinął się i daleko pomknął zgrzytliwy śmiech Soba.


Widok 10.

W gęstym i cienistym gaju osiadła wioska, której chaty, z liści palmowych i trzciny plecione, wyglądały jak wysokie mrowiska pod rozłożystemi gałęziami drzew. Naokoło obstąpiły ją góry, pośród których najwyższa, jednym bokiem zanurzona w odnodze morskiej, ziajała wiecznie dymami uwięzionego w jej łonie wulkanu. Co chwila wypluwał on ze swej szerokiej gardzieli odłamy skał, które wyrzuciwszy wysoko gniewnym oddechem, połykał znowu spadające mu nazad w paszczę. Nocą na obłoku jego par czerwieniła się łuna ognistego wnętrza. Teraz, gdy ziemia zamroczyła się po odejściu słońca, z wierzchołka góry wystrzelił płomienny kwiat w białawej koronie. Bogobojny, żadnej broni nieposiadający i przez koczowników nienapadany lud Podlotów, który przytulił się do podnóża tej groźnej siedziby bogów i wyrabiał święte ich posążki dla wędrownych gromad, wyległ teraz po skończonej pracy dziennej na odsłoniętą polanę i odmawiał wieczorną modlitwę do wulkanu. Przewodniczył mu w niej sędziwy Ilon, arcykapłan, za którym wszyscy powtarzali.

Ilon. Chwała wam bogowie, znani i nieznani, siedzący w tej górze i rozproszeni po świecie! Niech wszystkim, niemym i martwym tworom ziemi rozkroją i otworzą się usta, ażeby mogły wysławiać moc waszą. Jeśli zmęczeni całodziennymi rządami, chcecie w odpoczynku pokrzepić swe siły, zejdźcie tu do nas, gdzie na ołtarzach składane są codzień świeże ofiary. Okażcie nam łaskę, duchy dobre, a litość — złe. Strzeżcie nas ciągle od okrutnych ludzi i drapieżnych zwierząt, bo broń naszą złożyliśmy w wasze ręce. Nie opuszczajcie nigdy tych posążków, które wyrabiamy na cześć waszą i dla dobra ludzi, potrzebujących pomocy waszej. Chwała wam, chwała na ziemi i niebie!
Zwrócił się do dużego kamienia, nakrytego dachem, który podtrzymywały cztery wysokie słupy. U spodu tego głazu leżały wiankiem okalające go figurki drewniane, wyrobione w ciągu dnia przez ludność, które przedstawiały różne postacie ludzi i zwierząt.
Wielki duchu, który przebywasz w tym świętym głazie, użycz nam z siebie tyle cząstek, ile u twych stóp złożyliśmy posążków.
Cały lud zaśpiewał chórem.

Kamieniu, kamieniu,
Wszechmogący boże,
Spoć się świętą rosą
I zwilż nią fetysze.
  Kamieniu, kamieniu,
Odetchnij głęboko,
I przeniknij wszystkie
Twoją świętą parą.
Kamieniu, kamieniu,
Wstrząśnij boskiem ciałem
I drgnień swej potęgi
Udziel naszym tworom

Po tej pieśni lud umilkł i długo stał zapatrzony w kamień. Wreszcie Ilon obtarł go płachtą z delikatnego łyka, zawinął w nią posążki i rzekł uroczyście:
Już święte.
Wtedy lud znowu zaśpiewał

Pozdrowiony bądź, boże
Za twe łaski wielkie,
Kamieniu, kamieniu,
Nie opuszczaj nas.

Ilon. Zbieżcie posążki i zanieście je z czcią do chat waszych. Może jutro przechodzić będzie jaka gromada, to je wymieni na suszone ryby.
Jeden z obecnych. Jakieś dwa cienie ludzkie biegną ku nam drogą zachodnią. Widzicie? Ot tam, jeszcze bardziej popędzają nogi... już są na ostatnim zakręcie.
Głosy. Tak, tak.
Ilon. Ach, to przecie wracają nasi z wędrówki... Coś niosą, czy też wyprzedali wszystkie posążki.
Spiesznym krokiem zbliżyli się dwaj młodzi ludzie, objuczeni tłomokami, jak para młodych wielbłądów. Widocznie wytężali resztki sił, ażeby zdążyć co prędzej.
Głosy. Jak się macie, chłopcy, Bór, Kos, jak się macie!
Bór. Tylko żywi.
Kos. Myślałem, że już mi w zgięciach nóg kości się zapalą od tarcia. (Zrzucili tłumoki).
Ilon. Czemuż tak szybko biegliście? Trzeba było gdzieś na noc zapaść i odpocząć.
Kos. Och, z pewnością nie lecielibyśmy po to, ażeby wam dziś koniecznie wysypać z worka to, co dostaliśmy za fetysze, ale nas gnał strach.
Głosy. Jaki?
Ilon. Co się stało?
Kos. Wstąpiliśmy do plemienia Kędzierzawych, pół dnia drogi stąd, bo nam powiedziano, że wybierając się na wojnę, potrzebują rzeczy świętych. Ponieważ widzieli w okolicy obcych ludzi zbrojnych, więc wysłali kilku swoich na tropy. Ci wkrótce przybiegli przerażeni i donieśli im o okropnem zdarzeniu. Stanąwszy u stóp tej oto naszej góry, buchającej ogniem, spostrzegli, że ku jej wierzchołkowi posuwają się jacyś przyczajeni wojownicy, którzy długo osłaniali się krzewinami; skoro tylko wszakże wypełzli na ścianę nagą i równą, u szczytu góry, jak gdyby wyskoczył, z jej dymiących czeluści ukazał się bóg w pięknej postaci ludzkiej. Porwał on parę odłamów skały i rzucił na wspinających się, z których dwu zaraz padło śmiertelnie ugodzonych. Następnie zaczął spychać ogromne bryły, które staczając się na dół we wściekłych podskokach, miażdżyły idących. Zginęli wszyscy, jeden zdołał uniknąć tych pocisków rozgniewanego boga i umknął.
Głosy. A nikczemni! Zbrodniarze! Odechce im się walczyć z bogami!
Kos. Otóż właśnie że nie — i to nas głównie tu przygnało. Kędzierzawi dowiedzieli się, że ludzie, zmiażdżeni ręką boga, byli wysłańcami strasznego Alruna, wodza Ostrowidzów, który kazał im pochwycić zbiegłą z gromady kobietę i jej kochanka, a oni, przez złego ducha na fałszywe ślady wprowadzeni, myśleli, że owa poszukiwana para skryła się u wylotu tej świętej góry. Więc usiłowali wejść na jej szczyt, za co ich któryś z bogów śmiercią pokarał. Gdy tę wiadomość zaniósł wodzowi ocalony wojownik, wściekły Alrun wyruszył podobno z całym obozem i idzie tu oblegać górę. Strach pomyśleć, co to będzie! Bogowie dadzą sobie z napastnikiem radę, ale czy uniesieni gniewem nie zabiją wraz z nimi innych ludzi? Czy, gdy zaczną miotać strzałami i wyleją z wnętrza góry lawę, nie zniszczą i nas?
Głosy. Ach, my nieszczęśliwi. Co robić?
Ilon. Nie obrażajcie bogów dziecinną trwogą. Bywają oni w złości zapalczywi i wraz z winnymi karzą niewinnych, ale tylko wtedy, gdy się pomylą i nie są przedtem powiadomieni za pomocą modlitwy. Nas znają, przed chwilą zanieśliśmy do nich błagania, zresztą możemy jeszcze do nich się odezwać i złożyć im świeże ofiary, a nadewszystko polecić się opiece naszego patrona.

Chór.
Zapomnij nam grzechy,
Zapamiętaj cnoty
Kamieniu, kamieniu,
Nie opuszczaj nas.

Ilon. Patrzcie — bóg schodzi.
Głosy. — Prawda!
— Jaki straszny!
— Jaki piękny!
— Idzie do nas.
— Coś niesie.


Widok 11.

Od wierzchołka góry, jej ścianą, ku modlącym się zwróconą, na której z łuną wulkanu łamało się światło księżyca, schodził ostrożnym krokiem mężczyzna. Niósł on w ręku, przytulając do piersi koszyk, upleciony z cienkich korzonków. W środku góry, na skalistym wyskoku, stanął, oblany jasnością blasków nocy, jak gdyby chciał być widzialnym dla ludu, stojącego na dole, potem spiesznie zsunął się coraz niżej, aż do wysokiego „drzewa uczciwości”, na którem Podlotowie zawieszali znalezione przedmioty. U jednej z gałęzi przyczepił koszyk, spoglądał weń przez chwilę i oddalił się z powrotem. Kilka razy przystawał, odwracał się, wreszcie zniknął śród garbów szczytu góry.
Ilon. Bóg coś dla nas zawiesił na drzewie. Trzeba dar jego zdjąć zaraz. Dwaj chłopcy pójdą tam ze mną. Zapalcie pęczki chrustu, ażeby ogień odstraszył złe duchy i oświecił nam drogę. Nie może on jednak być wziętym z tlejących i pokalanych węgli przy chatach, lecz musi być wydobyty z drewien — świeży, czysty, żadnym użytkiem niesplamiony.
Dwaj młodzieńcy zaczęli trzeć gwałtownie wałki drewniane, z których po chwili rozszedł się dym, a następnie błysnął ogień. Zapalili dwie wiązki chrustu, kilka wzięli na zapas i poprowadzili Ilona ku „drzewu uczciwości”. Lud pozostał na miejscu i wytężonym wzrokiem śledził idących. W blasku pochodni widać było już tylko zdala siwą głowę Ilona i czarne jego towarzyszów. Coraz bardziej zanurzali się w wysokie trawy, niknęli za krzakami, pozostawiając jedynie jasną plamę na ciemno-srebrzystem tle nocy, w końcu stanęli przy drzewie.
Głosy. — Co to być może?
— Ilon dotknął.
— Zdejmuje, ogląda.
— Wracają.
— A skąd wiadomo, że bóg chce, ażeby to Ilon zabrał?
— On przecie wolę bogów rozumie.
— Jeżeli się pomylił...
— Mściwy bóg odetkałby górę i wylał na nas potok żaru.
— Za co na nas? Chyba tylko na kapłana, bo my niewinni.
— Już są niedaleko. Czy widzicie, co Ilon niesie?
— Pochodnie przygasają, nie można dostrzedz.
— Trzyma w ręku koszyk.
— Tak, koszyk i to dosyć ciężki.
— Nic z niego nie wygląda.
— Jednak nie pusty... Ilon z wysiłkiem go dźwiga.
— Co to jest?...
Ilon, oświetlony słabo pełkającemi pochodniami, zbliżył się do gromady, niecierpliwej w oczekiwaniu.
— Ilonie, co nam przynosisz?
Ilon. Dwoje dzieci.
Głosy. — Dzieci?!
Lud otoczył kapłana i trwożliwie spoglądał w koszyk, w którym spało dwoje niemowląt.
— Dobrze karmione, tłuste, rumiane.
— Bogom przecie nie brak mleka.
— Czy to są boskie, czy ludzkie?
— Chyba boskie, ludzkie nie byłyby tak piękne.
Ilon. Wszystko jedno. W każdym razie bóg je przyniósł, więc muszą mu być drogie i nam powierzył, więc powinniśmy je wychować. Zapewne w nich ukryły się jakieś duchy, które nas w nagrodę za staranność strzedz będą. Niech dwie zdrowe kobiety, które niedawno urodziły, wezmą te dzieci i karmią swemi piersiami, a my wszyscy otoczymy je najtroskliwszą opieką. Taka się odzywa we mnie wola boża, za którą podziękujemy.
Lud zaśpiewał:

Pozdrowiony bądź, boże,
Za twe łaski wielkie.
Kamieniu, kamieniu
Nie opuszczaj nas.
Ilon wziął kosz z dziećmi i wraz z całą gromadą wrócił do wsi.


Widok 12.

Gdy gromada Podlotów odeszła do swych chat i pogasiwszy ognie, złożyła swe dusze na skrzydła snu, który z niemi odleciał w krainę marzeń, z ognistej góry zszedł ten sam mężczyzna, prowadząc za rękę kobietę, która stąpała obok niego z pochyloną głową. Noc zarzuciła na nich lekkie szaty mroku, przetkane nićmi księżycowego srebra. Doszli, milcząc, aż do „drzewa uczciwości”, przy którem stanęli.
Ona. Nie ma, już nie ma... Źrenice moje, z których one się wysunęły, są tak puste, jak obrączki, a tak się rozwierają, że niczego zatrzymać nie mogą. Nic nie widzę, oślepłam.
On. Uspokój się, roso ty moja... To lud dobry, bogobojny, on ich nie skrzywdzi i od wrogów zasłoni.
Ona. Ach, co mi się znowu zdaje... Nakoło ogród pełen kwiatów, z których w niezliczonej ilości wychylają się uśmiechnięte główki... Znikają... ukazują się i znikają... Słyszysz płacz ich, tam, na dole?... Tak, to one się skarżą, mnie wołają... One!
On. Nie. Nawet żaden głos ludzki po ciszy nie biega. Życz im dobrze i nie żałuj bezpiecznego schronienia, nie ścigaj ich swoją tęsknotą, bo z niej wyleci rój owadów i pokąsa je.
Ona. Już jestem spokojna — idźmy. Ale ja do nich kiedyś zakradnę się, zobaczę, czy się śmieją... Prawda?
On. Odbierzemy je... A teraz spieszmy się, dopóki oślepione nocą niebo nas nie widzi i nie otworzy słonecznego oka.
Ona. Żyjcie zdrowe, moje maleńkie. (Upadła na ziemię i przycisnęła się do niej wzruszona). Ziemio, matko najlepsza, jedyna, która nie odtrącasz żadnego ze swych dzieci, jedyna, która karmisz żywe i w łono swoje przyjmujesz umarłe, bądź czułą matką dla nas bo jesteśmy bardzo nieszczęśliwi. Czyhają na nas, zwierzęta, ścigają ludzie, nie osłaniają bogowie — ty tylko nas nie opuściłaś i nie prześladujesz. Ziemio, dobra ziemio, ratuj nas. Och, wysłuchaj mojego błagania! (Wstała mdlejąca i zapłakana).
On. Kobieto moja, kobieto kochana, chodźmy, bo już księżyc ucieka przed słońcem.
Ona. Idę, idę...
Zniknęli, jak dwa lotne cienie.


Widok 13.

Niby olbrzymi szmaragd, spinający lesistą opończę na powierzchni ziemi, tkwiło w oprawie okrągłych gór ogromne jezioro, którego gładka szyba lśniła się tyloma blaskami, że niebo dniem patrzało weń zdziwione, a nocą liczyło swoje światła, ażeby się upewnić, czy tu nie zgubiło najpiękniejszej swojej gwiazdy. Góry tak stłoczyły się zwarte naokoło tego zwierciadła, że nie można było między niemi dojrzeć żadnego przedziału, którym prześliznęłaby się droga. Ramy brzegów obiegły wodę kręgiem dość równym; w jednem tylko miejscu wygięła je długa, karłowata skała, która wysunęła się daleko i wskoczyła do jeziora, jak gdyby pragnęła w jego kryształowych falach wykąpać swe szare ciało. W jej ciemnym otworze, zasłoniętym kępą zwieszonych roślin, niby w wielkim oku pod gęstą brwią, siedzieli Arjos i Orla, których świt dnia zaczął oblewać swym bladym brzaskiem. Pod spodem wejścia do groty kołysała się na wodzie mała tratewka.
Arjos. Prześcignięty wiatr leciał za mną i wył zziajany — tak szybko biegłem. Patrzyłem tylko ciągle w ognisty słup wulkanu, który mi prostował drogę. Nareszcie dostrzegłem chaty Podlotów. Pod samą wsią ukryłem się w krzakach, ażeby wybadać, czy do nich jakie złe plemię nie zawitało. Byli sami, zajęci struganiem swych posążków. Gdy czujnie się rozglądam, widzę przy wielkim kamieniu, który jest ich bogiem, starca nad czemś pochylonego. Przysunąłem się bardzo blizko — i odrazu poznałem nasz koszyk, a w nim siedzące dzieci, które on karmił.
Orla. Ach, jaki dobry!
Arjos. Odniósł je potem na murawę, wyjął, posadził i zawołał kobietę, która przy nich pozostała. Niewątpliwie był to kapłan. Chciałem koniecznie z nim pomówić, więc zbliżyłem się i pozdrowiłem go, prosząc, ażeby mi podarował bodaj kijek poświęcony, któryby mnie zbłąkanego w lesie doprowadził do mojej gromady. Wyjął z pod wielkiego kamienia patyczek i dał mi. Patrzyłem na dzieci, zdrowe, rumiane, wesołe, ale gdy chciałem jedno z nich wziąć na ręce, starzec powstrzymał mnie i zawołał: Nie dotykaj, to dzieci boskie, a ty może jesteś nieczystym człowiekiem... A czy nie należysz do ludzi Alruna? — Nie — odpowiedziałem. — To uciekaj stąd — rzekł — bo on krąży w okolicy i wszystkich morduje. — Podziękowałem mu i odszedłem. Zacząłem biedz do ciebie z dobrą nowiną, jak pszczoła z miodem. Śmiałem się do drzew, do gór, do nieba, myśląc, że cię ucieszę. Radość zdjęła ciężar z mojego ciała, a tęsknota dodawała siły. Nie odpoczywałem, raz tylko napiłem się wody, bo mi oddech usta przyżegał. No nie smuć się już, kiedy naszym dzieciom dobrze.
Orla. Ale Alrun... który tam węszy.
Arjos. On Podlotów zostawi w pokoju, zresztą wcale nie wie, że dzieci zabrałaś z sobą i przypuszcza, że je uniosły dzikie zwierzęta.
Orla. Oni je mają za dzieci boga...
Arjos. Widać go w nich czują. I ja przypuszczam, że bóg je stworzył z ciał naszych. Przynajmniej w tobie ciągle go widzę.
Orla. A ja w tobie.
Arjos. To może on w nas obojgu przebywa i dlatego tak się kochamy. Orlo moja, gdy na ciebie patrzę, zdaje mi się, że coś uroczego w tobie siedzi i coś potężnego we mnie wstępuje. Duch jakiś nas nawiedza i spaja. Przy tobie, jak przy dniu, wszystko mi jest jasne, bez ciebie, jak w nocy, wszystko ciemne. Ach, boś tak piękna, że słońce co wieczór płacze rosą, gdy z nieba schodzi i widzieć cię przestaje. A gdy rano jego promień wpadnie do tej groty, ciebie pierwszą znajdzie i ucałuje. I chyba księżyc po to zwraca ku ziemi całą twarz swoją, że cię na niej dostrzegł.
Orla. Arjosie, jam tych słów niewarta.
Arjos. Niewarta? Czy ty sądzisz, że mi słowami wszystko wypływa, co w duszy mojej dla ciebie się zbiera? Wczoraj cień twój padł na gęstą krzewinę, w której nagle zaszeleściało. Domyśliłem się, że jakiś bóg chciał go ukraść, duszą ożywić i do nieba zanieść. Ale cień mu umknął, zsunął się na trawę — przyłożyłem do niego twarz — pachniał! Przysięgam ci, pachniał twojem ciałem, które chyba kwiaty codziennie swoimi kielichami okadzają. Mam cię ustawicznie w oczach, w nosie, w uszach, w każdej cząsteczce ciała, która kiedykolwiek dotknęła twojego. Żyć bez ciebie nie mogę, bo jesteś duszą moją. Opuść mnie, a natychmiast legnę martwy, jak kamień, który powoli w łzach się rozpuści. Wszystko dla ciebie zrobię, we wszystko się przedziergnę. Jeżeli będziesz potrzebowała osłony przed skwarem, a nie dadzą ci jej drzewa, z ramion wyrosną mi głęzie,[4] pokryte liśćmi; jeśli zapragniesz woni, a odmówią ci jej zioła, głowa moja zamieni się na koronę kwiatu; jeśli zażądasz światła, a poskąpi ci go dzień, oczy moje zapłoną blaskami słońc. Zdaje mi się, że jestem człowiekiem dlatego tylko, że ty tak chcesz.
Orla. To niepodobna, Arjosie, ty nie mnie widzisz, w tobie bóg się ukrył, który twojemi ustami z jakąś niebianką rozmawia. Ja jestem zwyczajną kobietą z plemienia Orląt, z gromady Ukora i Alruna. Chłopcze mój miły, poproś ducha, który ci źrenice z oczu usunął i swoje wstawił, ażeby twoje zwrócił.
Arjos. Dziecinna jesteś.
Orla. Wcale nie. Proś go, błagaj, niech z ciebie wyjdzie. Bo jeśli długo łudzić cię będzie i potem nagle ustąpi, zobaczysz mnie własnemi oczmi inną, brzydką, nędzną i porzucisz.
Arjos. Ha, ha, ha!
Orla. Nie śmiej się. Ty mnie dawniej taką nie widziałeś, ty tak pięknie do mnie nie mówiłeś.
Arjos. Bo jeszcze w tobie tak się nie rozmiłowałem, bo nie wiedziałem, że ci taka mowa moja przyjemna będzie, bo nieraz zdawało mi się, że gdy cię wódz gromady spojrzeniem połechtał, to mu śmiechem odpowiadałaś.
Orla. Zdawało ci się tak, chociaż przeciekałam wszystkim mężczyznom przez ręce, jak woda, chociaż garnęłam się do ciebie, jak rzeka do morza, chociaż zazdrościłam twoim paznokciom, że się z tobą nie rozłączają, chociaż uciekłam z gromady, gdy Ukor mnie zapragnął?... Czegóż ty jeszcze więcej chciałeś?
Arjos. To też gdy o tem wszystkiem przekonałem się, pobiegłem za tobą, kocham cię i tak mówię, że aż wątpisz, czy cię dobrze widzę. Ale przestańmy już zawodzić żale, jak para zięb, którym gniazdo zabrano. Naszych dzieci kot nie zjadł.
Orla. Alrun się czai...
Arjos. Znowu Alrun... Przecież ziemia jest szersza i dłuższa, niż on, całej nie pokryje sobą i nas nie znajdzie.
Orla. Człowiek zły zawsze więcej miejsca zabiera, niż dobry. A ten potwór dopiero się teraz wyciąga.
Arjos. I pęknie z wściekłości, a nas nie dosięgnie. Nie mów o nim i połóż śliczną twarz twoją na moich ustach. (Całował ją długo i namiętnie). Niech teraz staną przeciw mnie bogowie, zobaczysz, czy się ich ulęknę. Oni nie całują takich, jak ty, kobiet, więc nie mogą mieć takiej, jak ja, siły.
Orla. Powiedz mi, Arjosie, czy w drugim świecie wodzowie zachowują po śmierci tę samą władzę nad innymi, którą posiadali na ziemi, czy wszyscy ludzie są tam równi?
Arjos. Dlaczego o to pytasz?
Orla. Z ciekawości...
Arjos. Rozmaicie ludzie mówią. Jedni zapewniają, że tam na zielonej łące wszyscy sobie leżą w zgodzie syci i szczęśliwi; drudzy — że już z ziemi dusze wodzów przechodzą do nieba szerokim otworem, a zwyczajnych ludzi — wązką szczeliną, ażeby się nie pomieszały i w osobnych osiadły krainach; inni znowu, że cierpiący tutaj są tam szczególnie wywyższeni. Ale mnie się zdaje, że to wszystko są bajki.
Orla. A przecież podobno niektórzy umarli wracali z tamtego świata — to mogli dokładnie opowiedzieć...
Arjos. I to bajka, którą z wieloma innemi wymyślili kapłani. Te łotry...
Orla. Arjosie, jak ty ich nazywasz!
Arjos. Te łotry okłamują ludzi najrozmaitszemi bredniami, ażeby z ich ślepej wiary ciągnąć dla siebie korzyści. Woda, która pokazuje w swojej głębi drzewa, niebo i gwiazdy, a ma na dnie tylko mchy, muł i kamienie, tak nie łże, jak oni. Widzą mnóstwo duchów i bogów, których nikt nie widzi, sprowadzają deszcz, który nie pada, robią czary, które nie skutkują i wróżby, które się nie sprawdzają. A przyłapani zawsze umieją się wykręcić. Jeżeli bogowie są, to z pewnością nie tak liczni, jak oni twierdzą, a w każdym razie nie posługują się takimi oszustami.
Orla. Może ty prawdy się domyślasz, ale nie złorzecz bogom i kapłanom, ażeby się nie pomścili. My i tak biedni, prześladowani... Wiem, śmieszny mój mały rozum, który chce zatkać usta twojemu dużemu. Ale nie gniewaj się, bo strach stoi mi ciągle na oczach, a gdy je zamknę, włazi mi w czaszkę. Drżę bezustannie, jak woda w potoku, nie o siebie, ale o nas. Gdybyśmy oboje razem zginęli, uśmiechnęłabym się do śmierci. Ale mogą nas rozedrzeć lub jedno zmusić do życia w męczarni i rozpaczy bez drugiego. Nie kochaj mnie tak bardzo, Arjosie, wtedy trochę lżej mi będzie myśleć o tem, że mógłbyś mnie stracić.
Arjos. Ani serca, ani ciebie nie stracę, bo zaraz sam umrę.
Orla. A w drugim świecie? Ostatecznie nie wiesz, jak tam jest.
Arjos. Co ciebie, moja gwiazdko, ten drugi świat tak niepokoi?
Orla. Jeżeli w nim wodzowie zachowują swoją władzę, to mnie Ukor lub Alrun zabiorą.
Arjos. Przecież się tam chyba nie znajdziemy bez rąk, bez nóg, bez zębów, bez sił, przecież ja nie będę miał tylko łuków z brwi, a oni z drzewa. Ha, będziemy walczyli, a ponieważ dusza duszy nie zabije, więc nie przestaniemy walczyć nigdy.
Orla. Wolałabym, ażeby każdemu pozostawiono swobodę łączenia się, z kim zechce. Mam jednak inne przeczucie...
Arjos. Jakie, Orlo droga?
Orla. Może ja cię bezpotrzebnie trworzę... Ale tak mi coś tajemnego dokucza... Podniosą rękę, ażeby cię uścisnąć, zaraz czuję, jak gdyby mnie ktoś w nią uderzył. Wbiegnie mi do serca radość, zaraz coś ją z niego wypędza i wprowadza smutek. Wyssę pocałunkiem z twoich ust kroplę słodyczy, zaraz zmienia się ona mi na gorycz. Nie mogę ani chwili odpocząć, ciągle krążą koło mnie szkaradne widma, a do uszu wsuwają się złowrogie szepty. Nawet sen nie chroni mnie przed niemi i pozwala dręczyć. Och, Arjosie, czy to nie przednia straż złego, które ku nam się zbliża... Nie milcz kochany, pociesz mnie.
Arjos. Przyznaję się, Orlo, że mnie zatrwożyłaś... Twoim przeczuciom wierzę, bo wielekroć sprawdziły się. Tak, ciebie wszystko miłuje i dlatego, kiedy ci jakieś niebezpieczeństwo grozi, wszystko leci do ciebie z tą wieścią: wiatr cię ostrzega żałosnym jękiem, owady brzęczeniem, drzewa szumem, dobre duchy niespokojnym ruchem swych skrzydeł. Ja nie przewiduję nieszczęścia, ale jeśli ty jego blizki oddech czujesz.....
Orla. Doprawdy nie wiem, której myśli ufać... Bo czasem znowu świta mi w głowie promienna nadzieja, która mnie wypełnia jakiemś radosnem światłem. Więc może mnie tylko opanowywa lęk ściganej sarny, może mnie nawiedzają upiory, może my już będziemy szczęśliwi...
Arjos. W sobie, około siebie, zewsząd słyszę tę dobrą wróżbę, tylko ty jedna mi ją odbierasz. To też sprobuj odegnać od siebie blade widma strachu i spojrz w tę życzliwie do nas uśmiechniętą twarz słońca. Czy ono nie obiecuje nam szczęścia?
Orla. Ach, Arjosie, gdyby tak było!... Dlaczego Alrun, dlaczego ludzie tak koniecznie pragną się nasycić naszą niedolą?... Co my im zawiniliśmy? Czy to zbrodnia, że ja chcę należeć tylko do ciebie, a ty tylko do mnie? Czy my im zabieramy ziemię, wodę, niebo? Czy przez nas utracą najmniejszy kęs pożywienia? Niech powiedzą, gdzie nasze nogi nie mają stąpić i czego nasze ręce dotknąć, usłuchamy, zaryjemy się w ziemię, popłyniemy na morze, będziemy jedli to tylko, czem oni pogardzą, abyśmy mogli żyć bezpiecznie z sobą... Prawda, Arjosie, i ty na to się zgodzisz?
Arjos. Na wszystko, droga, prócz na rozdział z tobą. Już pozwól słońcu wypić łzy w oczach twoich i nie płacz. Zanim Alrun nas odnajdzie, wprzódy go złość stoczy. Ta nasza kryjówka leży zdala od wszelkich gościńców i ścieżek, do tego jeziora tylko jelenie wązkimi przesmykami przychodzą się poić, ogień rozpalam jedynie w nocy, dnie spędzamy w jaskini — któż nas wyśledzi? Alrun poprzysiągł to robić i szuka, ale nawścieka się, natłucze językiem o zęby, namorduje ludzi, nawygraża bogom i da pokój.
Orla. Podły zwierz... zawsze wstręt we mnie budził.
Arjos. A był przekonany, że między tobą a nim stoi tylko Ukor.
Orla. Cała ta gromada jest ohydna. Ty, Arjosie, wyrodziłeś się w niej, albo cię z innego plemienia ukradli... Wyglądałeś między nimi, jak bóg między małpami. I ja cię nie miałam kochać wyłącznie, uledz Alrunowi, temu gorylowi, który rycząc, sądzi, że piękniej śpiewa, niż słowik! Ach!
Arjos. On jest jeszcze zarozumialszy, niż ty przypuszczasz. Opowiadał nam raz, jak łapał dzikie kaczki. Gdy je upatrzył na rzece, zanurzał się w wodę po szyję, kładł na głowę kępę trawy i tak podpływał do stada, nie płosząc go: potem wciągał od spodu za nogi każdą kaczkę pod wodę, dusił i zatykał za pas. Tak kolejno zbierał wszystkie. A wiecie — zapytał — kto tego sposobu nauczył się ode mnie? Księżyc. On także zanurza się co wieczór w wodę nieba, kładzie sobie na głowę błyszczącą czapkę, podpływa niedostrzeżony do gwiazd i wyławia je przez noc do rana. Dlatego to czasem, gdy trafi na większą głębię, widać mu tylko brzeg czapki.
Orla. Śmieszny głupiec.
Arjos. Tak przekonany o swej potędze i wszechmocy! Zdaje mu się, że niepotrzebnie siada do łodzi, bo mógłby morze okraczyć nogami, że ziemia drży z obawy, ażeby tupnąwszy mocno, nie przedziurawił jej na wylot, że drzewa rodzą owoce ze strachu przed jego gniewem, że wszyscy ludzie żyją tylko z jego łaski. Oszalał w zuchwałej pysze i dlatego tak nas zawzięcie ściga. Niech ściga, wprzódy sobie zębami własne ucho odgryzie, niż nas upoluje. Jeszcze grasuje w tej okolicy, za kilka dni jednak posunie się dalej. Wtedy my przemkniemy się wstecz drogą jego pochodu i gdzieś zapadniemy w puszczy.
Orla. Ach, mój Arjosie, gdyby to już raz osiąść stale!
Arjos. I ja tego pragnę. Jak tylko upatrzę ostęp leśny zupełnie bezpieczny, zbuduję domek, sprowadzę dzieci i będziemy sobie żyli wszyscy razem. Do żadnej gromady przyczepiać się nie chcę.
Orla. O tak, tak.
Arjos. A jeżeli połączymy się z jakąkolwiek, to tylko z taką, w której mężczyźni mają swoje kobiety, siedzą na jednem miejscu i nie prowadzą ciągłych wojen. Byłoby nam dobrze śród Podlotów, ale oni nie przyjęliby nas z obawy przed Alrunem. Co tam! Świat jest rozległy, nikt jego krawędzi nie widział. Da nam przytułek!
Orla. Jakże my wtedy będziemy szczęśliwi! Dusza śmieje mi się do tej nadziei. Ty codziennie pójdziesz na polowanie lub łowy ryb, ja z dzieciuchnami pozostanę w domu i przygotuję wam jedzenie. Wreszcie małe urosną, będzie nas czworo.
Arjos. Tylko czworo?
Orla. Może więcej.
Arjos ucałował zalotnie uśmiechniętą.
Arjos. Z pewnością więcej.
Orla. Nasz syn przybierze sobie potem ładną i dobrą dziewczynę, a córka — dzielnego chłopca. Wtedy będzie nas bardzo dużo... mała gromada...
Arjos. No, rozwiąż Orlo taką zagadkę: co to za brat i siostra, którzy ciągle wzajemnie się rodzą i umierają?
Orla. Nie wiem.
Arjos. Domyśl się.
Orla. Nie mogę.
Arjos. Musisz. Dopóki nie zgadniesz, będę cię całował.
Orla. Owszem, karz jak najdłużej.
Arjos. Zobaczysz, czy nie poprosisz o litość.
Arjos chwycił ją w swoje objęcia i całą obcałowywał z wzrastającą namiętnością.
Orla. Ale nie tak mocno... Nie wytrzymam... Arjosie... kąsasz mnie... Usta twoje strasznie mnie łechoczą... Przestań na chwilę... mój dobry...
Arjos. A zgadniesz?
Orla. Sprobuję... poczekaj... Jak mówisz? Siostra rodzi brata, a brat siostrę?... Nie... to przecie jest niemożliwe...
Arjos. Będę dalej całował.
Orla. Ach, nie tak okrutnie... Patrz... mam już na ciele czerwone plamy... Arjosie... litości!
Arjos. Widzisz, że się ukorzyłaś. Teraz ci wytłomaczę: siostrą, która rodzi brata, jest noc, a bratem, który rodzi siostrę — dzień. Czy nie tak?
Orla. Prawda.
Arjos. A wiesz, dlaczego ci dałem tę zagadkę? Dlatego, że dotąd panowała nam noc, a teraz rozpocznie nam panować jej syn, dzień, długi, ciepły, jasny, tak pogodny, jak ten dzisiejszy...
Orla. Co to? Słyszę jakieś nawoływania...
Arjos. I mnie się zdawało,.. Wyjrzę! (Wysunął głowę z groty i cofnął się nagle). Jezioro otoczone... Alrun!


Widok 14.

Od wierzchu kotliny, na dnie której leżało uśmiechnięte zalotnie do słońca jezioro, wojownicy przesiąkali przez gęstwinę ukryci, jak krople zdradnej wody. W miarę wszakże opadania coraz niżej i przysuwania się ku sobie, nie korzystali z osłon gałęzi, wyprostowali zgięte ciała, podnieśli włócznie i zwarli swój łańcuch krótkimi pokrzykami. Gdy Arjos ich dojrzał, ścisnęli juz prawie brzeg jeziora nieprzerwaną obręczą, którą spajał Alrun, postępujący wolniej od innych z Itamem, Zmikiem i czeredą pachołków do usługi. Miał on na głowie osadzony pęk czerwonych piór, między któremi nad czołem sterczał czarny róg bawoli; opiętą rudą maskę z płata ludzkiej skóry, której przecięcia dla oczu i ust okrążone były ciemnemi obwódkami; całe ciało pokrywały jaskrawo malowane smugi i wizerunki. W ręku trzymał krótkie drzewce, w cieńszym końcu nabite ostrzem dzidy, w grubszym — kamieniami. Zszedł z góry, w miejscu przeciwległem kryjówce Arjosa i Orli; rozejrzał się naokoło, zatrzymał wzrok na skale, leżącej w jeziorze i wydał straszny ryk, który obleciał donośnem echem wokoło góry i lasy.
Alrun. Tam?
Wykrot. Tak. Siedzą w grocie, której wylot zwrócony jest do jeziora.
Zmik. Podziękujmy naprzód bogom za to, że nas tu doprowadzili.
Alrun. Tu nas doprowadził Wykrot, a nie bogowie, którzy albo nie znali kryjówki zbiegów, albo kpili sobie z twoich modłów.
Zmik. Jak chcesz, Alrunie. Ostrzegam cię jednak, że bogowie okazują nieraz swą moc wtedy, kiedy o niej ktoś zupełnie wątpi.
Alrun. Więc rób, co chcesz.
Itam. Zaręczam, że oni byliby najbardziej zadowoleni, gdybyś im Alrunie ofiarował Zmika, którego tak kochają.
Alrun. Ułóż Zmiku i rozpal stos, na którym poświęcimy bogom Arjosa. (Zmik ułożył wysoką stertę gałęzi i drewien, którą podpalił. Ogień, ująwszy się żeru, buchnął słupem ciemnego dymu). Ty, Wykrocie, każ naszym ludziom wydobyć z groty zbiegów. Jedni wejdą na wierzch skały, drudzy podpłyną do otworu. Oboje wziąć żywcem i przyprowadzić do mnie. Tu czekać ich będę, ażeby on, idąc na miejsce kary i widząc ten stos z daleka, dłużej drżał przed kaźnią, a ona przed mojemi ramionami, które ją po nasyceniu się uduszą. Zmiku, przygaś ogień, niech drobne dzioby płomienia nie pożrą tego zbrodniarza odrazu, lecz szczypią go, kłują, dziurawią, szarpią, zjadają powoli. Ja muszę napoić oczy jego męczarnią, uszy — jego jękiem, węch — swędem pieczonego ciała. On mi nie może zniknąć prędko, bo ja go długo szukałem. O piękna Orlo, urocza żmijo, wprzódy popatrzysz na katusze swego kochanka, zanim padniesz do nóg moich z błaganiem o litość. Ja ciebie... Co? Wypłoszone łabędzie ku mnie płyną i chcą się oddać same?
Nagłym ruchem silnie odepchniętej tratwy Arjos i Orla odpłynęli od skały. Okalająca brzegi gromada, ujrzawszy ich, wydała dziki wrzask. Na środku jeziora Arjos zatrzymał tratwę, odrzucił wiosło, ujął Orlę w swoje objęcia i spoił się z nią długim pocałunkiem. Alrun krzyknął:
Mierzcie w niego!
Sypnęły się ze wszystkich stron strzały, ale żadna nie dosięgła splecionych w uścisku kochanków. Zanurzona w wodzie tratwa ginęła pod ich stopami. Stali oni na zielonej powierzchni jeziora, pod lazurowem sklepieniem nieba, w łagodnych blaskach porannego słońca, jak dwa żywe posągi miłości. Wreszcie, ciągle nierozdzieleni, z ustami na ustach, wsunęli się wolno w toń jeziora i znikli, owinięci jego miękiemi falami. Gromada zawyła, a i w tem wyciu panował nad innymi głos jej wodza. Alrun zerwał maskę z twarzy, zdarł pióra z głowy, wskoczył w wodę, jak gdyby chciał ścigać uciekających i ryczał.
Oddaj mi ją, oddaj, jezioro! Tylko ją wypluń! Wrzucę ci za nią w gardziel sto innych ciał! Nie chcesz? Ochłostajcie je, spalcie, wypijcie do dna!... Ścinajcie lasy i zapalone ciskajcie w tę podłą wodę, niech ją ogień ugotuje na parę, którą wiatr rozdmucha!
Zmik. Obrażeni bogowie okazali moc swoją.
Alrun. Milcz, podły psie, który się do nich łasisz, a oni nie chcą cię nawet kopać nogami.. Wykrocie, dzielny chłopcze, ty ich wytropiłeś dwa razy, ty ich wynajdziesz jeszcze.
Wykrot. Leżą tam... utonęli.
Alrun. Przynieś mi, przynieś Orlę, niech przynajmniej dotknę jej martwego ciała.
Itam. Oni wiedzieli, co robią: z pewnością w dnie jeziora jest dziura, przez którą uciekli do drugiego świata.
Alrun. Uciekli, mówisz — i tam żyć będą? Wykrocie, spuść się na dno, znajdź tę dziurę, przemknij przez nią, dogoń ich, zabij Arjosa, pochwyć Orlę i trzymaj ją, dopóki ja do drugiego świata nie przybędę. Dalej, prędko, bo znowu się skryją! A może ci wprzódy głowę roztrzaskać?
Zmik. Zmiku, nazwij mnie głupim, pluń na mnie — bo ja zgubiłem Wykrota.
Wykrot rzucił się w jezioro i utonął. Alrun czekał chwilę zamyślony, wreszcie nałożył maskę i pióra, ujął grot i zwrócił się do gromady.
Alrun. Krwi, dużo krwi, tyle, ile w tem jeziorze wody! Za mną!
Gromada zebrała się w szeregi i wraz ze swym wodzem wbiła się w zarośla. Nad nią szybował przodem niewidzialny duch — Topan.


Widok 15.

Wygładzone ciszą z najdrobniejszych fal jezioro leżało jak lśniąca płyta grobu. Otaczające ją tłumnym orszakiem drzewa i krzewy oblekły się kirami nocy, niebo zapaliło swe światła, niby żałobne pochodnie. Powoli wszedł między nie księżyc i na miejsce wiecznego spoczynku Arjosa i Orli rzucił garść srebrnych blasków. Nagle śród tej jasności stanęły cztery białe, skrzydlate duchy, Rod, Elion, Tor i Kres. Pod ich dotknięciem otworzyło się łono jeziora i wyszły z niego dwa cienie, Arjosa i Orli, które duchy ujęły i w przestrzeń z nimi odleciały.


koniec części pierwszej.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — włóczniach
  2. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — ostrożnie
  3. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — mógłbym
  4. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — gałęzie


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.