Aleksander II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Krystyn Ostrowski
Tytuł Aleksander II
Pochodzenie Lutnia. Piosennik polski. Zbiór trzeci
Wydawca F. A. Brockhaus
Data wydania 1874
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ALEKSANDER II.

Chcesz bym ci postać nakreślił cara —
Patrz! oto w jaskrawej łunie,
Na zgliszczach kraju, jak Boża kara,
Z wilczem spojrzeniem, okropna mara,
Powstaje w krwawym całunie!
I nocne widmo błądzi nad tobą,
Po śnieżnych stepach bez końca;
Aż zdjęty wreszcie serca chorobą
Upadasz, z wieczną w duszy żałobą,
W dali od naszego słońca!

I wołasz, straszną zmorą znękany,
O twej Ojczyzny ratunek;
A tu do koła samotne ściany,
Wygnanie, Paryż zbytkiem skalany —
Tam rzeź, pożoga, rabunek!

A dziki potwór w carskiej postaci,
Ściga cię we dnie i w nocy,
Cały zbroczony krwią twoich braci;
I świat się korzy, gną się magnaci,
Przed tem straszydłem Północy!

Łzy polskich matek dla niego niczem,
Zdrada, bezczelność, orężem;
To wnuk Iwana z dzikiem obliczem:
On, jak Dżyngiskan, ludzkości biczem,
Zbrodni kochankiem i mężem!
Z tej zacnej pary na świat wynika,
Jak z łona piekieł otwartych,
Za sprawą kata jej pomocnika,
Na hańbę dziejów, na cześć Ruryka,
Nowy szczep Iwanów czwartych!

Długą męczarnią pierś twa złamana,
W niebie nie znajdzie odporu;
Próżno zażegnać chciałbyś tyrana,
Bo krzyż, przed którym drży moc szatana
Bezwładny w obce potwora!
Wszakże są dotąd wolne narody,
Gardzące Moskwy straszydłem;
Choć za niem pędzą Bismarka trzody,

Mamy swobodnych synów swobody:
Ci nas osłonią swem skrzydłem!

Francja nas kocha jak siostra tkliwa,
I wiecznie pomoc przyrzeka;
A wróg nas niszczy, i czas upływa,
Jej oręż za to Meksyk zdobywa —
Polska niech jeszcze zaczeka!
Na co te skargi, żale i gniewy
Na zdrady obcych mocarzy?
Myśl naszą struły fałszu wyziewy,
Namiętnych wieszczów bluźniercze śpiewy,
Zaprawne żółcią potwarzy.

Car Aleksander drugi z porządku —
Zapytaj ludzi poważnych,
Co się panoszą w obcym majątku,
Jest-to monarcha znany z rozsądku,
Pełen pomysłów odważnych!
Bywały w carskiem gnieździć wyrodki
Lecz tem podobny do stryja —
Jak on, potulny, uczciwy, słodki,
Gwałtem się brzydzi, a ostre środki
W cienką bawełnę obwija.


Ja, com go widział zbliska i zdala,
Skreślę ci jego postawę:
Kozacki hetman z miną kaprala,
Twarz ma powabną, jak na Moskala,
Oko szerokie i łzawe
A zatem mętne — dla tego właśnie,
Myśl nigdy nie lśni w tem oku;
Lecz na przeglądzie, kiedy was głośnie,
Mars dumny przed nim pełza i gaśnie
A wam ktoś mówił o smoku!

Wiecznie w mundurze, co go tak dławi
Jak rodzinny stryk Orłowa,
W nim śpi, poluje, z dworem się bawi,
Bo w nim się zrodził, w nim świat zostawi
To jego duszy połowa!
A co za zuchy, owi dworacy,
Adlerbergi, Baranowy!
Hulankę lubią, wprawdzie po pracy;
Więc rabusiami zwą ich Polacy,
Zawsze skorzy do obmowy!

Z czynownikami car się nie wdaje,
Znanymi z płaskich wykrętów;
Uczonym chętnie rękę podaje,

Lecz za niesforne, złe obyczaje,
Nie bardzo lubi studentów.
Serce ma ludzkie, rumiane lica,
Usta skłonne do kielicha;
Odkąd krwią zmokła jego stolica,
On wyschnął, spłowiał, jak szubienica —
Czasami płacze i wzdycha!

Gdy mu frejlina, lub dworska pani,
O Polce jakiej powiada,
Której mąż zginął, bracia skazani,
A ona sama, w życia otchłani
Z rozpaczą w duszy przepada —
Wtedy monarcha, litością zdjęty,
Na współczucie się zdobywa;
Lecz kat Murawjew, moskiewski święty,
Grozi mu szarfą — a car podcięty,
Grafem go za to nazywa.

Jakiego zwykle car ten koloru?
Nie łatwo zgadnąć od razu;
Zmienna w nim barwa, według humoru:
Jest to nic w gruncie, wszystko z pozoru,
Osobistość bez wyrazu.
Tak przed śniadaniem, w kawiar obfitem,

Aleksander jest służbistą;
Gdy dwa półmiski zje z apetytem,
Już jest czerwonym — gdy łyknie przytem,
Staje się aż komunistą!

I to co Prudhon bajał przed gminem,
Mieniąc plagą Stworzyciela,
Własność kradzieżą — car stwierdza czynem,
Czułej wdzięczności zdobiąc wawrzynem
Rzezimieszka Wieszatela!
Jednak on szczerze Polaków kocha;
To przybrane jego dzieci!
A Moskwa nasza wierna macocha —
Chociaż się na nią żali młódź płocha,
I ogadują poeci.

Naczelnik wiary w carskim obrzędzie,
Myśli o naszem zbawieniu;
Panslawizm głosi zawsze i wszędzie —
A karać musi tych, co w obłędzie
Widzą przyszłość w zaburzeniu.
Gdy nawet karze tych wichrzycieli,
Długich im cierpień oszczędza;
Rodziców z dziećmi on nie rozdzieli:
Nigdy jednego, lecz z cytadeli
Krocie na Sybir zapędza!


Bo też młodziuchny jedynak matki
Sam, mógłby zginać od nudów,
Jak tęskny orzeł wzięty do klatki,
Gdzieś tam, w bajecznych stepach Kamczatki,
Gdzie nie ma słońca i ludów!
Przeto już dzisiaj osadę mamy
Z łaski cara na Sybirze;
Tam więźniów strzegę spiżowe bramy —
W podziemiach silniej kraj nasz kochamy,
Razem nam lżejsze są krzyże!

Wierz mi, że nie jest krwiożerczym wcale
Ten olbrzym świata — gliniany,
Którym miotają w złowrogim szale
Dzikie bałwany — raczej Moskale,
Dziś już wolni jak Brytany —
Car ma dla Polski ojczyma chęci;
Lecz go zrozumieć nie mogą,
1 nawet nie chcę, słudzy przeklęci,
Ludzie zwierzęta, na łup zawzięci,
Żyjący krwią i pożogą —

Fałsz więc że niby ten car stu-oki,
Jest samowładnym despotą;
Nim rządzą świętej Moskwy proroki:
On podpisuje tylko wyroki,

Kto zginie, mniejsza już o to!
On sam by zginął — — Posłuchaj przecie
Co też Moskwa mu powiada:
Polska ją krzywdzi, znieważa, gniecie,
Więc ja w Rutkowskiej grzebią gazecie,
A trup wciąż straszy sąsiada!

Słowo bez czynu nie ma zalety;
Car pozwala swej czeladzi
Starce i dzieci brać na bagnety:
Tak rozum stanu każę — niestety,
Tak cień Katarzyny radzi!
Car miłosierny idzie za zdaniem
Swej wielkomyślnej prababki;
Lud kłócić, wszak to rządców zadaniem,
Usprawiedliwiać mordy powstaniem,
Myśl godna moskiewskiej Szwabki!

Tak zawsze w dobrej wierze despota,
Lud na Litwie, Ukrainie,
Podniecał żartem, jak psa i kota —
Nie zrozumiała tego hołota,
Myśl spełzła na drobnym czynie!
Jednak miejscami gawiedź podszczuta
Podniosła noże na panów,
Na Padlewskiego, Kruka, Narbutta,

Co lud uwolnić chcieli od knuta,
Słowiańszczyznę od tyranów!

Gdy się carowi przy tym zaborze
Jakoś nie gładko udało,
Gdyż prosty Rusin ma światło Boże,
I Moskwy strawić, jak my, nie może,
Tak pełne trądu jej ciało —
Spiesznym ukazom na tych bluźnierców
Wysłał monarcha łaskawy,
Przebrane tłumy swych ludożerców,
Hordy Baszkirów i starowierców —
Nie dla zysku — dla zabawy!

Lecz dziś wiadomo jak wykonano
Ojczyma cara pomysły:
Bezbronną młodzież wymordowano,
Wieszano księży, kraj zrabowano,
Od brzegów Dniepru, do Wisły!
Gdy tak łagodnie car nas obdziera,
Zwyczajom wszystkich despotów,
By ujść przed światem za bohatera,
W imieniu wiary sam składkę zbioru
Dla walczących Kandjotów.


Ta szczodrobliwość dla obcych ludzi,
Niepodobna do zbadania,
Gdy tu powszechny wstręt w sercach budzi,
Tam, za górami, prostaczków łudzi,
I zachęca do powstania.
W ten sposób nawet Stambuł owładnie,
Już Carogrodem nazwany;
Z królikiem greckim zakończy snadnie,
A Zachód przed nim pokotem padnie,
Uzna go panem nad pany!

Tak niknie z dymem zawziętość nasza,
Przed wschodnio-północnym tronem;
Wyrok nasz cara wszak nie zastrasza —
A Thiers z trybuny dziś go ogłasza
Słowiańszczyzny Salomonem!
Salomon sądzi ludy żelazem:
Więc Polskę rozciął na dwoje,
Jak tamten dziecko, śmierci rozkazem,
Gdy się dwie matki stawiły razem,
Chcąc każda mieć je za swoje!

Salomon lubi równość pod batem:
Uwalnia więc i niedźwiedzi —
Za lat pięć bartnik, z Moskalem bratem,
Obywatelem, później magnatem,

Może sam Paryż odwiedzi! —
Tak zrównał z bydłem swój lud kozaczy,
Dla większej caryzmu sławy —
Ten mały ustęp niech mi wybaczy,
I ze mną słuchacz powrócić raczy,
Do Wilna i do Warszawy.

Kijów ominąć możemy śmiało,
Tam gdzie nasz jaśniał Batory;
Wszystko zginęło co kraj kochało —
Z polskiej zarazy nic nie zostało,
Oprócz dumek Wernyhory —
Bo Judasz Bezak nie śpi na Rusi:
Murawiewskim idąc torem,
On z krnąbrną szlachtą dziś skończyć musi
Więc Lach zwalczony już krwią sir krztusi,
Pod niezbłaganym liktorem!

Do litewskiego zajedźmy grodu;
Z nim sprawa może trudniejsza,
Moskwa tam więcej dozna zawodu,
Boć trudno zabić duszę narodu,
Gdy ją męczeństwo nie zmniejsza!
Prożno Murawiew, archirej katów
Przy pomocy swego syna,
Nowych Siemiaszków i apostatów,

Moskiewskiej wiary godnych prałatów,
Jął zdzierać skórę z Litwina!

Uparty Litwin nie bity w ciemię,
Nieraz i Lacha zawstydzi,
Wytrwałej znosząc ucisku brzemię;
Trudniej wytępić Olgierda plemię,
Moskal z Litwina nie szydzi!
Gdy tak Wieszatel Wilno nawracał
Na wiarę knuta i stryka,
Gdy buntowników krocie zatracał,
A wdowim groszem Moskwę zbogacał,
I swą kieszeń namiestnika —

Co czynił wtenczas w swem Carskiem-Siele
Aleksander zbawca ludów?
Rozdawał chresty, klęczał w kościele,
Lub z dworzanami, nie myśląc wiele,
Stał się myśliwcem od nudów.
A cóż się z nasza dzieje Warszawą,
Z tą polskiej ziemi pochodnią?
Tam codzień słońce zachodzi krwawo —
Tam zbójcy, wszelkie zdeptawszy prawo,
Zwią miłość Ojczyzny zbrodnią!


Tam nie ma ojców, matek i synów,
Tam cześć rodziny zatarta;
Z pomocą Bergów i Milutynów,
Tych wykonawców szatańskich czynów,
Car zawstydza nawet czarta!
Kto pod ich rządem żył jedną chwilę,
Ten był na własnym pogrzebie;
Bo tak przebolał, przejęczał tyle,
Że ostygł sercem, jak trup w mogile,
I prawie zwątpił o niebie!

Warszawa! na to jedno wspomnienie,
Straszna zemsta duszą miota;
Warszawa! to krwi bratniej strumienie,
To niestłumione ludu sumienie,
To mej Ojczyzny Golgota!
Do zmarłych synów krzyża przykuta,
Modli się za swych siepaczy;
Lecz jej modlitwa żółcią zatruta —
A zbiry pragną pogwizdem knuta
Zagłuszyć jęk jej rozpaczy!

Głos jej nareszcie doszedł do ucha
Petersburskiego pół-boga;
I pomazańca napadła skrucha —
„Precz z szubienicą! rzekł z miną zucha,

Wszak wytępiliśmy wroga!
Trzy lat grabieży — mam na to świadków
To godna Moskwy zaplata;
Zostawmy przecie, choć dla podatków,
Dobrze myślących, jak mówi Katków,
Niech też wypocznie dłoń kata! — “

W tem nieskończenie rozumnem słowie,
O jaka dla nas zachęta!
Car w swej opiece ma ludzkie zdrowie;
On nawet, myśli o swym Katkowie,
O naszych katach pamięta!
Monarcha w łasce niewyczerpany! —
Choć krwią przesiąkła purpura,
Chciałby zagoić zbyt świeże rany;
Więc kazał jeńcom puścić się w tany,
Z hołubcem uciąć mazura!

„Polska się z Moskwą chętniej zespoli,
Jak za czasów Mikołaja;
Młódź się z przesądów gminnych wyzwoli;
A niech też piękna płeć poswywoli,
Gdy świat się w igły uzbraja!“
I patrz! nad Wisłą, po tym wyroku,

Zgraja służalców bez duszy,
W koło szubienic, wśród łez obłoku,
Hula i tańczy, z uśmiechem w oku,
Gdy lud nasz kona w katuszy!

Czyż to Polacy w carskich galonach,
Na poległych skaczą grobie?
Skądże te larwy z kwiatem na łonach? —
Ja wiem kto buja po twych salonach,
Biedna Warszawo w żałobie!
Kilka zalotnic i kawalerów,
Do których młódź się nie zbliża;
Grono hrabiątek, rój oficerów,
Stek neolitów i bohaterów
Z Petersburga i Paryża!

Bo jakże nazwać ten tłum stugłowy,
Okryty hańbą i złotem?
On nie ma nazwy wśród ludzkiej mowy!
Jest to wcielony bezwstyd krajowy,
Zmięszany z Moskwy pomiotem!
Gdy ci twa horda stawia ołtarze,
Za mej Ojczyzny męczeństwo;
Gdy ci Wschód cały przynosi w darze,
Moim podarkiem, wszechmocny carze,
Wzgarda i ludów przekleństwo!

Józef Prawdomir.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Krystyn Ostrowski.