Ale nas zbaw ode złego
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Ale nas zbaw ode złego |
| Pochodzenie | Modlitwa Pańska |
| Wydawca | Polskie Towarzystwo Nakładowe |
| Data wyd. | 1905 |
| Druk | Drukarnia Narodowa w Krakowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Pietrek był to, co na wsi nazywają: »bącek«. To jest, niby to jest z matki i ojca, a niby nie. Ot, zwyczajnie: »bącek« i tyle. Ulęgnie się to gdzie pod płotem, albo i matka z pola w fartuchu przyniesie. Potem nosi go z sobą w pole, do roboty, położy gdzie byle, i leży taki »bącek«, ślepie w słońce wlepi i słońce mu wzrok wyżera, a często i oślepi.
Pietrka szczęściem nie oślepiło zupełnie, miał tylko trochę oczy kaprawe i był idyotkowaty. Nie miał tej dowcipności, co inne wiejskie chodaki. Lazł wzdłuż gościńca nikiej niemra w swej poszarpanej koszuli i porciętach, z których wisiały strzępy. Używali go tam ludzie do rozmaitej posługi. Wodę nosił, to przy wiklinie, jak ją ścinali na wiosnę, kręcił się niby jako do pomocy, to znów koło tam na Dunajcu gmyrał w kamieniach, jakoby robotnik. I tak tam rósł, niby chwast, niby ptak, co to z gniazda go wyrzucą, a on gdzie w żywopłocie się uchowa, albo taki kociak, co to pana nie ma, ani swego przyjaciela, ale taki żyje i na zielonych łąkach drzemie. Powoli wyrósł, choć niewiadomo na czem, bo się to żywił gorzej psa w budzie. A nawet, o dziwo, wyrósł wcale »piknie«, głównie wszerz, a już szczególnie urosła mu głowa. Była taka wielka jak bania, a jak włosy gładko oblepił dokoła, to świeciło się tak, że aż wrony się ciekawie przyglądały. Twarz Pietrka była też niepoślednia. Policzki wydęte, olbrzymie, oczy jak szparki, wargi ogromne, okraszone specyalnym uśmiechem. Uszy sterczały jak u słonia, wahały się nawet, bo były miękkie i niezwykle duże. Lecz ani weź opowiedzieć, jakie to Pietrek miny robił, jak niby kto do niego zagadał, a on chciał mu do rzeczy odpowiedzieć. Całą twarz ściągał na lewo, oczy zamykał, język zwijał w trąbkę, uszy kładł po sobie. I nogami wywijał uciesznie, tarł piętą o łydkę drugiej nogi, a ręce to tak wyłamywał, że poprostu trzeszczało. Mało miał do tych niezwykłych sztuk sposobności, bo rzadko kto do niego mówił.
Wiadomo: co tam z takim gadać?
Dziopy wyśmiewały Pietrka rzetelnie, zwłaszcza twarz jego, co była niby donica. Mówiły zawsze, iż takim chłopem to płoty grodzić.
Jak jedna drugą na pastwisku albo na zagonie zaczęła za Pietrka niby z żartów swatać, to zaraz ta druga dziopa wnetki się odgryzła:
— Ojej! za takiego chłopa iść a do worka wleźć to to samo.
Wiedział o tem Pietrek i był jak każden chłop na to obśmiewanie bardzo uważający. Usuwał się więc chodakom i dziopom z drogi i nigdy nie poszedł ani do karczmy, ani do kowala na rajce, nad wieczór, gdy już bydło przygnał z łąki. Pastuchem bo teraz był, pastuchem: tego się dosłużył wreszcie i uważał to sobie za duży honor i za jakowąś wielką rzecz. Zgodził go dzierżawca i kazał mu pasać bydło niedaleko Dunajca, a dał mu duży bat i pokazał jak się z niego trzaska.
A więc Pietrek trzaskał z bata nad głowami wychudłych przez zimę krów i robił sobie huśtawki z gałązek wierzbowych. Splatał te gałęzie silnie i potem siadał, a piętami bosemi odbijał się o wilgotną ziemię. Wysoko hulał, wysoko fyrgał, aż śmiał się do siebie, wyrabiał miny, kosił oczy i wykręcał swą wielką, spuchłą twarz.
Kapelusz ma Pietrek nieokreślonego koloru: tłusty z obszarpanem rondem. Z pod tego ronda widać jego czerwoną, zadowoloną, olbrzymią twarz. Cieszy się, gdy tak na gałęziach wierzby wysoko wzlatuje, cieszy się, aż piszczy, aż głową potrząsa.
Dwadzieścia cztery lata już ma, a taki w uciesze, jak to dziecko maleńkie, co siędzie se na belce drzewa, huśta się i kwiczy z radości.
Dokoła Pietrka pola caluchne zielone od żyta. Gdzieniegdzie już zakwita płomieniem mak. Pod wierzbami jak nasiał drobniutkich, białych stokrotek. Leżą niby śnieg. Pietrek zrobił se z nich bukiecik i wetknął za swój tłusty kapelusz. Teraz znów zlazł z huśtawki i zbiera stokrocie ogromnemi, jakby spuchłemi łapskami. Delikatnie stawia swe olbrzymie, czerwone i spękane nogi wśród delikatnych, lekko zaróżowionych kwiatków. Pochylił się i sapie ciężko. Te kwiaty Pietrek ofiaruje jak codzień Panu Jezusowi, który tuż przy drodze, tak smutnie podparty, siedzi na niewysokim postumencie wśród kilku wierzb i brzózek.
Postawiło tę figurę dwóch pobożnych a bogatych gospodarzy: Baran i Płachta. Potoczek płynie u stóp Jezusa, a On siedzi se w cierniowej koronie i niebieskim płaszczu, siedzi zamyślony, zapatrzony, zafrasowany. Miłosierne ludzie wznieśli nad figurką parasolik blaszany, niby żeby to jesienna i zimowa słota nie spływała na głowę Pana Jezusa i nie spłukiwała onej farby z płaszcza. Koło figury stoi jeszcze latarnia, ale ta już do cna zardzewiała, i szybki wicher gałęziami powybijał. Nigdy w tej latarence nie pali się świeczka, i chyba tylko zachodzące słonko pozapala w niej na chwilkę światełka.
Wogóle ten smutny Jezusek jest opuszczony i zaniedbany. Postawili go, bo tak się ofiarowali, ale o Nim zapomnieli. Nikt się tu ani w święto, ani w dzień powszedni nie modli. Tylko jeden Pietrek garnie się i co nieco kwiatków do gipsowych stóp położy.
Przyklęknie, bije się w piersi, bo to prosta i czysta dusza, a wzdycha i na zafrasowaną twarz Chrystusa patrzy. Boleśnie mu, że ten Jezus taki smutny. A przecie taki Pan Bóg powinien być bardzo od ludzi honorowany i szczęśliwy!
Pietrek sądzi, że Pan Jezus tak posmutniał przez swe opuszczenie. Więc składa mu co może: ziela, paprocie, stokrocie, jaskry całymi snopkami. A jak znajdzie piękną, dojrzałą poziomkę, albo i malinę, zaraz niesie pod stopy swemu Jezusowi. Raz przyniósł całą masę wiśni.
A z temi wiśniami to była cała historya. Bo w Pietrku czasem coś bardzo niepoczciwego nagle zagra. Czysta, prawa, dobra dusza w tej potwornej mieści się istocie. A przecież nagle jak błyskawica tak mu przeleci pokusa: »Weź to lub tamto! weź!« I Pietrek warem się obleje cały. Pot mu na skronie wystąpi. A tu: »Weź! weź!« — jakby go kto szczuł na cudzą własność.
On nie chce, a tu, ot, ręka sama się wyciąga. Lecz Pietrek walczy i ustrzeże się szczęśliwie. Raz tylko z temi wiśniami... Szedł koło cudzych sadów. Wiśnie czerwieniały. Rękę wyciągnąć i już można było rwać. Pietrek nie oparł się. Wyciągnął rękę, wiśni narwał.
Ale zaraz, gdy uciekał przez pokrzywy z kapeluszem pełnym wiśni, drżało w nim serce, drżało w nim sumienie, dusza, drżał on cały nerwowym, okropnym strachem. I sam nie wiedział nawet, jak się znalazł pod figurą swego Jezusa, pomiędzy wierzbami; szybko, bez namysłu, całą zawartość kapelusza wysypał u stóp figury. Wiśnie rozsypały się i znikły w trawie.
Pietrek odetchnął; zdawało mu się, że w ten sposób grzech zmazał.
Skąd te złe myśli odzywały się w nim? Pietrek nie wiedział. Może to matka? może tatlo, którego nie znał, ale którego mieć przecie musiał? albo może oboje? Kto to wiedzieć może? On nie rozumował. Wiedział, że go coś kusiło i miało do niego przystęp. I tem goręcej garnął się do zafrasowanego Jezusa, powierzając mu swoje troski i frasunki.
— Panie Jezu! — modlił się gorąco, wykrzywiając twarz i oczy: — Panie Jezu, a daj też niechaj to złe do mnie przystępu nie ma!...
A Jezus patrzał na niego dużemi szafirowemi oczyma, tak szafirowemi, jak płaszcz, który mu z ramion spadał, tak szafirowemi jak niebo o południu letniem, lub bławatki, które w życie w ślad za makami kwitnąć zaczynały.
Nagle, w życiu Pietrka zaszła wielka zmiana. Raz w zimie spotkał go pewien malarz, który przyjechał do plebanii, i tam malował zimowe krajobrazy. Zobaczywszy Pietrka, ucieszył się bardzo. Widział go, jak szedł do studni i niósł dla bydła wodę w cebrach.
Pietrek był odziany w kożuchu, ale był bosy, bo nie miał ani centa z pensyi, którą wziął na Nowy Rok i musiał podzielić się z matką, siedzącą komornem u jednej wdowy. Teraz należało, ażeby czekał z półroczną zapłatą do świętego Jana, a jego pan był srogi i nic mu naprzód dać nie chciał. Tedy Pietrek, z którego buty pospadały, takie już schodzone były, latał we mróz bosy i przytupywał sobie, rad ciesząc się, że niezadługo wiosna przyjdzie, a jemu nogi odmarzną.
Tymczasem malarz zawołał Pietrka i zaproponował mu, że go będzie malował. Pietrek skręcił się w dziesięcioro, chciał zdjąć kapelusz, lecz malarz mu zabronił, wcisnął mu jeszcze więcej kapelusz na oczy, wołając:
— Będę miał Teniersa!
Usadowił Pietrka na ławce w sieni plebańskiej. Rozpoczęło się malowanie. Im więcej Pietrek gębą kręcił i oczy mrużył, tem więcej malarz wołał: »Teniers!« i machał pendzlem.
Wreszcie, Pietrek, który pojąć nie mógł, co się z nim dzieje, ujrzał swoją straszną twarz na płótnie i przeraził się sam siebie. Zamilkł, odkręcił gębę, odmrużył oczy i stał tak bezradny i chmurny przed własną brzydotą. Lecz oto przyszła mu pociecha w formie kilku szóstek. Malarz dał mu czterdzieści centów i kazał mu przyjść na drugi dzień rano.
— Dostaniesz jeszcze co z mego ubrania — dodał, zapalając papierosa.
Gdy inni parobcy dowiedzieli się, że Pietrka ten pan z plebanii malował, zaczęli się natrząsać z pastucha. Lecz on, czując pieniądze w zanadrzu, ironicznie potrząsał głową. Ojej! niech się śmieją, a on grajcary schowa! Co mu ta, że go ten pan ściągnął na płótno!
Kiedy mu hecki we łbie, to niechaj! Skoro płaci, to wstydu dać się ściągnąć niema!...
Długo w nocy Pietrek zasnąć nie mógł. Bydło dokoła niego porykiwało z cicha. Czasem słychać było brzęk łańcucha, to znów zapadała wielka senna cisza. Cała obora była przepojona duszącem, bydlęcem ciepłem. Pietrek rozmyślał nad obietnicą, uczynioną mu przez malarza, iż dostanie coś z jego »przyodziewy«. Czy aby tylko ten pan nie żartował? czy nie zapomni? A potem, co mu da? Porcięta? kamizelkę? a może, może, marynarkę? Pietrkowi robiło się aż gorąco. A kto wie? może buty! Lecz malarz miał małą, zgrabną nogę. Gdzieżby opuchła, olbrzymia noga Pietrka wlazła w takie buty? I Pietrek przypomniał sobie, jako to był szpetny na tem płótnie. Dobrze mieli chodaki wiejskie, że się z niego tak natrząsali! Szpetny był strasznie. Choć gdyby tak miał przyodziewę, to kto wie?... Przyodziewa dużo znaczy. Cóż on? ma tylko koszulę i kożuch, a to przecie chyba nic nie jest dla takiego jednego.
Wreszcie nadeszło oczekiwane rano.
Pietrek, skoro świt, obrządził się z bydłem, a potem sam w trzech cebrach wody wymył łeb, twarz i szyję. Tak szorował, że zdawało się, iż skórę zedrze. Wreszcie poszedł na plebanię.
Tam malarz już czekał na niego. Malował go długo i pracowicie. Wreszcie odłożył pendzle i wyszedł do drugiej izby. Serce Pietrkowi biło jak młotem. Co będzie? Wyłamywał tak palce, że aż trzeszczały. Nogi całkiem skulił pod ławkę. Wreszcie malarz wszedł, niosąc na ręku trochę przyodziewy. Śmiejąc się, zaczął wdziewać na Pietrka kamizelkę białą, pikową w drobniuśkie kwiateczki, dalej marynarkę jasnopopielatą, w którą z trudnością wpakował potężne bary pastucha. Śmiejąc się coraz serdeczniej, zapiął mu na szyję kołnierzyk wysoki krochmalny, a przytwierdziwszy mu go do koszuli szpilkami, owiązał krawatką granatową w podkowy białe. Na głowę Pietrka zamiast zatłuszczonego kapelusza, wcisnął nieduży strzelecki kapelusz z piórkiem. Tak ustrojonego dźwignął z ławy, obejrzał, poklepał, wetknął mu w kieszeń parę papierosów, w łapę znów koronę, wreszcie wypchnął za drzwi.
— Idź! już mi jesteś niepotrzebny.
Pietrek czuł się oszołomiony. Odzienie to wydawało mu się szczytem elegancyi. Nikt z chodaków nie miał takiej obroży na szyi, nikt nie miał białej kamizelki. W tej chwili nabrał dumy, i coś złowrogo zaświeciło w jego oczach. Pragnął spotkać kogo z parobków, aby pokazać mu swój przepych i strój. Lecz nikogo nie było na dziedzińcu. Wlazł więc do obory i tam z żalem zaczął zdejmować przyodziewę, postanawiając użyć jej dopiero w Wielkanocne święta.
Gdy ją dobrze schował, usiadł na mierzwie i zaczął rozmyślać. Porcięta miał jakie takie. Białe były, więc z kamizelką będą w sam raz. Ale — i tu ból mu ścisnął serce — co miał zrobić z butami? Przecież czuł, rozumiał dobrze, iż do takiego stroju bosy być nie może. Chodaki i dziopy wyśmieją go i będą mieli słuszność. Na bosaka i w marynarce to już nie uchodzi.
I hydra próżności zaczęła toczyć duszę Pietrka. Stanowczo chciał olśnić całą wieś podczas Wielkanocnej sumy, ale bez butów to się stać nie może. Szewc w Sączu nie pokredytuje; o tem marzyć nie można. Pan nie da, bo prędzej ze służby wyrzuci, niż naprzód da co z pensyi.
Więc co? więc co?
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
I odtąd szczera prostota zniknęła z duszy Pietrka. Już nie układał się do snu, rad, że sobie podjadł, i ciesząc się, że wiosna pozwoli mu niezadługo kręcić huśtawki i siedzieć u stóp zafrasowanego Pana Jezusa. Całe jego myśli, pragnienia, dążenia, zajęła teraz para butów. Koło tych butów kręcił się ciągle myślą, duszą, sercem. Śniły mu się, pożerały go na jawie, zatruwały mu każdą łyżkę strawy. Zdawało mu się, że za parę nowych butów, którymi mógłby dopełnić swój strój świąteczny, oddałby całorocznę pensyę. Chęć upokorzenia wsi, dziop, chodaków, nawet swego pana, owładnęła nim całym. I on zapragnął zaznać chwili tryumfu i zemsty.
Lecz wszystko było napróżno. Wielkanoc zbliża się szybko, a środków na kupienie butów nie było. Pietrek w rozpaczy poszedł do Jankla, miejscowego bankiera, i zaproponował mu pożyczenie piątki na dobry »percent«, lecz Jankiel, który był ostrożny w swych operacyach finansowych, tłómaczył znękanemu Pietrkowi, że »taki byle, co ma dwadzieścia guldenów na cały rok, percentów płacić nie może i jest nieodpowiedzialny«.
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
I nadszedł Wielki Tydzień, a przyniósł go ciepły, śliczny powiew wiosenny, taki ciepły, że w Palmową niedzielę dziopy szeleściły perkalowemi spódnicami, idąc po łąkach, a ponad niemi, na wysokich żerdziach niesione zieleniły się palmy. Pietrek poszedł też na sumę, ale modlić się nawet nie mógł, taki był zgryziony. Mija tydzień, i nadeszły Wielkie Dni. I oto w kościołku przy grobie Chrystusowym zamigotały świece. Grób był skromny, trochę przybrany, a największą jego ozdobą był ten rząd świec płonących w półświetle jak gwiazdy. Na ziemi rozesłano sukno i położono duży krzyż z Chrystusem rozpiętym, z Chrystusem wyrzeźbionym nieuczenie, ale od serca, a obok postawiono tackę, na którą pobożni mieli rzucać swoje ofiary.
Rzucali powoli, pracowicie, szepcząc pacierze, które rozlegały się z dziwną przejrzystością tonów w murach małego kościołka. Jeszcze niewiele ludzi przychodziło do grobu, bo wiadomo, jako to każda gospodyni i każdy gospodarz przed świętami ma dużo do czynienia. Wszyscy szykowali się na ostatni moment. Tylko kiedy niekiedy wpadła jakaś baba, uklękła koło Chrystusa, modliła się chwilę, a potem przyległszy do krzyża, ręce i nogi Pańskie całowała w pokorze.
I na tacy zabrzęczało znów trochę centów, a potem nastąpiła cisza, i tylko ptaszki biły dziobkami o szyby kościoła i świergotały radośnie.
W popołudniowej porze zaszedł oto do kościoła i Pietrek, tak jak był, obdarty, jeno się trochę podczesał i gębę obtarł. Wlazł do kościoła apatyczny i zgnębiony. Dawniej zachwycały go płonące świece, ciemne u okien zasłony; dziś obojętność ogarnęła go całego. Kląkł przy krzyżu, który znał od dziecka, i machinalnie począł szeptać »Ojcze nasz«. Był sam, i cisza była zupełna. Nawet ptaki nie ćwierkały za oknem. Pietrek słowa modlitwy Pańskiej gadał, a smutek mu serce ściskał.
Niezadługo będzie rezurekcya, a on nawet nie ma możności, aby wystroić się w te śliczne odzienie, darowane mu przez malarza.
Rozpacz jego była wielka. Bunt miał jakiś w sercu, bunt zły i pełen grzechu. Czuł to, i to przeświadczenie powiększało jego rozpacz.
Nagle wzrok pastucha padł na tackę pełną pieniędzy i już przy tym punkcie pozostał jakby przykuty. Ta tacka zaczęła go ciągnąć i wabić ku sobie w straszny, grzeszny sposób.
Osamotnienie, w jakiem się znajdował, podsunęło mu grzeszną myśl. I oto w jego głowie zgorączkowanej i udręczonej zbudziło się to straszne: »Weź! weź!...«
War go oblał, serce w nim zamarło. Jakże wziąć? Przecie to święte pieniądze, to kościelne! Ale zaraz jakieś znalazło się wytłómaczenie. Przecie te pieniądze to dla.. biednych. A któż biedniejszy niż on, Pietrek, co to za swoje dwadzieścia guldenów na rok ma odziać się, pożywić nędzarkę matkę i złożyć jeszcze co na czarną godzinę? A więc jeśli tu są pieniądze dla biednych, toć chyba dla niego, dla Pietrka... To przecież sprawiedliwe. Sam ten Jezus, na krzyżu rozpięty, osądziłby tak, nie inaczej.
I tak go kusi Pietrka, tak go kusi. Cóż? Nikogo niema. Nikt nie zobaczy. Pieniędzy przecie nie liczą co chwila. Do Sącza jeszcze czas. Pietrek-by dobiegł, buty kupił i duchem przyleciał.
Jużby się tam potem wykłamał, skąd pieniądze wziął. I ciągle tak: »Weź! weź!...« A Pietrkowi z czoła pot kroplami leci. Zwinął się w kłębek, usta przekrzywił, i tylko dzieli go od pieniędzy ten Chrystus, przybity do krzyża. Rękę wyciągnąć, chwycić i uciekać. Chwycić co się da. Zawsze na buty starczy... O Jezu! Jezu!...
Męczy go, męczy pokusa, aż omdlewa cały. I biedne kaprawe ślepie zwraca z ostatnim wysiłkiem ku sklepieniom kościoła.
— A Boże, ratujże ty mnie!... — szepcze, i dalej znów mięszają mu się słowa modlitwy: »ale nas zbaw ode złego!«
Czepia się ich jak deski ratunku.
— Tak, zbaw mnie Boże ode złego... ode złego!... — powtarza konwulsyjnie, a prawą rękę pochwycił lewą i trzyma ją całą siłą, straszną, rozpaczliwą. — Zbaw ode złego!
I oto do kościoła wchodzi sam ksiądz proboszcz w swej długiej, czarnej sutannie.
Pietrkowi zdaje się, że to sam anioł z nieba zstąpił, aby go wybawić od grzechu. Puszcza swą rękę, teraz już pewny, że nie stanie się nic złego, i ociera pot z czoła, i uśmiecha się radośnie.
— Wysłuchał Bóg prośb jego i zbawił go, zbawił ode złego, od strasznego złego, bo od kradzieży, i to od jakiej kradzieży!...
I pochyliwszy się Pietrek z wdzięcznością, przylgnął do stóp Chrystusa.
U ołtarza tymczasem modlitwę Pańską szeptał klęczący proboszcz:
— Sed libera nos a malo!