Album biograficzne zasłużonych Polaków i Polek wieku XIX/Tadeusz Kościuszko
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tadeusz Kościuszko |
| Pochodzenie | Album biograficzne zasłużonych Polaków i Polek wieku XIX |
| Wydawca | Marya Chełmońska |
| Data wyd. | 1903 |
| Druk | P. Laskauer i W. Babicki |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tom drugi |
| Indeks stron | |

W Mereczowszczyźnie, jednym z folwarków «hrabstwa» czyli klucza Kossowskiego, należącego do Piotra Sapiehy, urodziło się d. 4 lutego 1746 roku niemowlę, któremu na chrzcie świętym d. 12 lutego nadano imiona Andrzej Tadeusz Bonawentura[1]. Było to czwarte, najmłodsze dziecię Ludwika Tadeusza i Tekli z Ratomskich Kościuszków Siechnowickich, posiadaczy tego folwarku na prawie zastawnem za sumę 30.000 złotych, pożyczoną Sapieże.
Ludwik Tadeusz, mieczny województwa Brzeskiego, mianowany w tymże roku (d. 9 września) rotmistrzem chorągwi pierwszej straży hetmana polnego W. X. L., a później pułkownikiem Bulawy Polnej (około 1756), nie miał sposobności do okazania swojej ochoty rycerskiej na polu bitwy, gdy za panowania Augusta III Rzeczpospolita z nikim nie wojowała; mógł tylko załatwiać sprawy o żołd, o hybernę, o różne nadużycia lub gwałty rozkwaterowanych tu i ówdzie i rozpróżniaczonych chorągwi swoich. Właściwie był ziemianinem, trudnił się gospodarstwem rolnem i pieniężnymi interesami, Odziedziczywszy po ojcu swoim (Ambrożym, pisarzu brzeskim) majątek zadłużony, musiał w r. 1729 sprzedać stryjowi Faustynowi Siechnowicze z przyległościami za 23.000 zł. i dorabiać się jakiego takiego dostatku. Dla tego to wdał się w praktykowane wówczas spekulacye ekonomiczne, otrzymany ze sprzedaży kapitał włożył w dzierżawę zastawniczą i osiadł na Mereczowszczyźnie w 1733 r. Jako posesyonat i utytułowany miecznik województwa swego, zgłosił się do sądu kapturowego o legitymacyę potrzebną do używania praw politycznych i, przeprowadziwszy ją bez przeszkody, zasiadł po raz pierwszy na sejmiku antekonwokacyjnym podczas bezkrólewia po śmierci Augusta II. Odtąd uczestniczył w obradach i wyborach szlachty, wszedł w stosunki życzliwe z wybitniejszymi jej przewódcami i z kilku magnatami, zyskał powszechne poważanie. Zapis matki (18.000) i posag żony (12.000) przy rządności dały mu dostateczną zamożność do przystojnego utrzymania domu, do nabycia drugiej dzierżawy, położonego o pół-mili od Siechnowicz Zdzitowa (1756), a nawet do udzielania pożyczek zadłużonym dziedzicom, Sapiehom: Piotrowi i synowi jego, Janowi, wreszcie do odkupienia ojczystych Siechnowicz d. 10 czerwca 1755 r. za 20.000 zł. (bo 2.800 potrącono na fundusz kaplicy siechno wickiej). Ale tej sumy nie posiadał wówczas w gotowiźnie: więc zaciągnął pożyczkę u kapitanowej Berentowej na lat trzy i wypuścił jej ten majątek w dzierżawę, zastrzegając sobie wykupno na Ś-ty Jan (24 czerwca) 1758 r. Tego dnia wszakże nie doczekał: śmierć zaskoczyła go na parę miesięcy przed upragnioną chwilą powrotu w ojczyste progi. Umarł podobno w Zdzitowie, ale zwłoki jego złożono na cmentarzu siechnowickim, przy kaplicy, ufundowanej przez dziada Aleksandra Jana (1711). Na pogrzeb swego «w życiu najukochańszego Ludwisieńka i dobrodzieja» Tekla Kościuszkowa, «życzliwa żonka i u nóg sługa» zgromadziła 6-ciu księży karmelitów, 20 prezbiterów, kaznodzieję z Krupczyc, bernardyna ze Słonima, dziaków unickich ze Zdzitowa i z Wieżek, bractwa ze Zdzitowa i Siechnowicz, od Kobrynia do Brześcia we wszystkich kościołach i cerkwiach unickich zakupiła msze i podzwonne; na stypę wyszafowała 19 garncy miodu i 12 wina; zastawiała ryż, grzyby, ryby i inne jadła z rodzenkami, migdałami, szafranem, cynamonem, korzeniami angielskiemi etc. Rachunek, czyli «Regestr wydanych pieniędzy na dzwonienie, msze święte i różne expensa», świadczący zresztą o taniości owoczesnej, bo zamykał się sumą 742 zł. i gr. 19, był spisany d. 18 kwietnia.
Zdaje się, że na pogrzebie ojca nie byli obecni synowie, młodszy Tadeusz, tem jednem imieniem zawsze zwany, i starszy o trzy laty Józef, od początku bowiem roku szkolnego 1755/6 przebywali w Lubieszowie, w głębi bagnistego Polesia, odległym o mil około 20 od Siechnowicz. Niełatwoby ich można było sprowadzić, zwłaszcza podczas wiosennych roztopów. Uczyli się tam: jeden w klasie zwanej Gramatyką, drugi w Syntaxie[2].
Bliżej, o mil trzy tylko, znajdowała się szkoła, utrzymywana w Brześciu przez Jezuitów, z którymi Ludwik Tadeusz zostawał w blizkich stosunkach, jako członek bractwa Najśw. Maryi Panny (sodalis Marianus), jako egzekutor testamentu ciotki swojej Urszuli Januszkiewiczowej (zm. 1750), wreszcie jako właściciel zapisanego przez nią a sąsiadującego z ich gmachami dworku. Sam nawet, rozpisując w testamencie legaty dla duchowieństwa, przeznaczył dla nich 2,500 złł., gdy innym dwom klasztorom zapisał po 1,000 złł. A jednak nie ulega dzisiaj wątpliwości, że wychowanie synów powierzył Piarom. Zapewne rozumiał i uznawał wartość reformy pedagogicznej X. Szymona Konarskiego.
Lubieszów czyli Nowy Dolsk jestto miasteczko, położone nad rz. Strumieniem albo Stochodem przy gościńcu pocztowym, wiodącym z Pińska na Wołyń do Równego i Łucka; było wówczas własnością Jana Czarneckiego, kasztelana wizkiego. Kollegium OO. Piarów ze szkołą istniało już od r. 1693, lecz mury wzniesiono tu dopiero w 1730 r. W obszernym dziedzińcu przed gmachem głównym dwupiętrowym ciągnęła się z jednej strony oficyna, długa na 210 łokci, bramą wjezdną rozdzielona na dwie części i mieszcząca konwikt funduszowy, stolarnię, tokarnię, kuźnię, młyn deptak, łaźnię, browar piwny. Po drugiej stronie stały: szkoła jednopiętrowa o 5-ciu salach tudzież budowa dwupiętrowa z biblioteką, gabinetami fizycznym i chemicznym, kolekcyą minerałów, matematycznych figur i narzędzi. Za klasztorem rozpościerał się ogród botaniczny z pięknemi alejami lipowemi, a w nim oranżerye większa i mniejsza, treibhaus, dwie narożne sklepione baszty — wszystko z muru. Nieopodal od klasztoru nad rz. Stochodem był ogród owocowy, zwany Wenecyą, cały w kanałach zarybionych, kratami żelaznemi oddzielony od rzeki, dokoła zaś otoczony ostrokołem dębowym. Jeden kanał wychodzi na rzekę, od której oddziela się bramą kratową; stanowi on przystań, w której były utrzymywane czółna oraz tak zwane tutaj szuhaleje albo obijaniki. W miasteczku Piarzy posiadali 6 domów, zwykle wynajmowanych na kwatery dla uczniów. Ale i u mieszkańców łatwo było znaleźć kwaterę bardzo tanio. Opłata szkolna była mała (jeszcze w XIX wieku zaledwo 3 złł. i gr. 10 rocznie); biedniejsi — a ci stanowili prawie połowę — uczyli się darmo; pilni otrzymywali nadto papier, książki i obuwie nawet. Przed rokiem 1760 istniała jedna bursa, mieszcząca się wygodnie w oficynie klasztornej i utrzymywana z funduszu książąt Wiśniowieckich; miała osobnego dozorcę domowego pod okiem jednego z nauczycieli. W niej to podobno mieszkali, nie w konwikcie szlacheckim, fundowanym później, Kościuszkowie. Wszak ojciec ich był rotmistrzem i pułkownikiem, Michał zaś Wiśniowiecki, ostatni z rodu (um. 1744), piastował buławę wielką litewską.
Nie było tu żadnego roztargnienia dla uczniów. Ludność miasteczka składała się z samych Żydów i włościan; w pałacu kasztelan Czarnecki żył bardzo skromnie i cicho. W maju tylko zdarzało się większe ożywienie z powodu praktyki mierniczej, na którą z nauczycielem geometryi kilka razy wychodzili uczniowie klasy IV, V i VI-ej, robili pomiar okolicy i rysowali plany. Dla całej zaś młodzieży najmilszym dniem była majówka. Wszyscy uczniowie w towarzystwie prefekta i nauczycieli wychodzili z muzyką klasztorną i chorągwiami zrana o godzinie 4 albo 5-ej, ordynkiem, do jakiegoś lasu lub gaju. Ciągnął za niemi tabor żydów z obwarzankami, piernikami i innemi łakociami. Zabawa trwała do wieczora.
W szkole musiał funkcyonować już zreformowany plan nauk i ulepszony sposób nauczania: a więc przy łacinie ćwiczenia w języku polskim, wykład historyi polskiej w klasie, zwanej Gramatyką, historji powszechnej w Syntaksie, Poetyce i Retoryce z czytaniem historyków, geografii w Poetyce i Retoryce, wreszcie nauka języków francuzkiego i niemieckiego. W klasach niższych postrachem dla uczniów był pieniek, w trzech wyższych stołek, przykryty kobiercem, do wymiaru kary dyscypliną przez nauczyciela, ale przepisy Konarskiego zastrzegały, «iżby szkoły nie zasługiwały na miano jatek i katownicy, nauczyciele zaś na miano rzeźników i katów». Praca musiała iść nie na żarty, gdy wszystkie przedmioty we wszystkich klasach były wykładane przez 5-u, a czasem i przez 4-ch nauczycieli.
Bracia Kościuszkowie wstąpili razem do Infimy, po roku jednak rozdzielono ich: Tadeusz 10-letni pozostał na rok drugi i już nie dogonił starszego, Józefa. W piątym roku doszedł do Poetyki i na tej zakończył latem 1760 r. swoje uczniowskie dzieje w Lubieszowie. Matka nie posłała go do Retoryki. Z jakiego powodu? Niewiadomo.
Wdowa miała niemało frasunków gospodarczych i majątkowych. W terminie świętojańskim 1758 zapłaciła Berentowej tylko 5.000, ale w 1759 wypłaciła 15,000 i objęła Siechnowicze w posiadanie. Dobra Kosów z powodu wielkiego obdłużenia przez Jana Sapiehę przeszły na własność bogatego Fleminga, który, splacając wszystkich wierzycieli, wyliczył 54.000 złł. Kościuszkowej, i Mereczowszczyznę wykupił od niej w 1764 r. Część kapitału Kościuszkowa oddała na 8% Grabowskiemu (14,000); część zużyła na posagi i wyprawę dla córek; resztę przeznaczyła na kupno sąsiedniego folwarku z 13-tu chatami włościańskiemi, zwanego Siechnowicze-Dawidowszczyzna, ponieważ posiadaczem jego był stary bezdzietny krewny Dawid Kościuszko, ale nie doprowadziła tranzakcyi do końca za życia swego.
Tadeusz, odebrany ze szkoły w 15-ym roku życia, mieszkał wtedy w Siechnowiczach aż do zimy 1765 roku. Posiadał znajomość dwu języków nowożytnych, francuskiego i niemieckiego — zapewne elementarną tylko i niezbyt ugruntowaną, bo później niemczyzna wywietrzała mu z głowy.
Panował już nowy król, Stanisław August. Zakupiony przez niego pałac Kazimierowski przekształcił się na «koszary Kadeckie», na siedzibę obiecywanej podczas kilku elekcyj, projektowanej przez Jana III, ale teraz dopiero zakładanej Szkoły Wojskowej pod nazwą Korpusu Kadetów JKMci. Organizacya zaczęła się od 29 czerwca 1765 rozkazem uformowania 4-ch kompanij grenadyerskich i 2-ch dragońskich. Następnie kazał król dodać jeszcze kompanię artyleryczną (d. 19 lutego 1766).
W pierwszym komplecie, określonym liczbą 80 młodzieży szlacheckiej, znalazł się Tadeusz Kościuszko. Zapisał go po niemiecku adjutant vice-komendanta von Baum na listę pod dniem 18 grudnia 1765, pod numerem 79, a więc przedostatnim: lat 18; wzrost 6 cali (ponad jakąś nieznaną nam normę); przedtem nigdzie nie służył. Z późniejszego uzdolnienia wnioskując, przypuszczamy, że wstąpił do kompanii artylerycznej.
«Formularz przyjmowania kadetów do nowicyatu» nakazywał w dniu pierwszym prezentowanie komendantowi, wszystkim oficerom i brygadzie, do której nowicyusz miał być zaliczonym, uściskanie się z przyszłymi kolegami, opowiadanie powinności, czytanie regulaminu i egzamin przed dyrektorem nauk celem oznaczenia klasy stosownej do uzdolnienia — wreszcie obchodzenie wszystkich profesorów i metrów. Nazajutrz odbywało się odebranie przyrzeczeń i obleczenie w mundur nowicyatu granatowy, co jednak stanowiło jeszcze o przyjęciu tylko «na próbę». Po roku dopiero, po skończonych egzaminach, rada korpusowa orzekała: którzy są warci być przybranymi w mundury kadeckie kompletne. Obłóczyny odbywały się po wysłuchaniu mszy uroczystej na klęczkach z ceremoniałem, przypominającym średniowieczny obrzęd pasowania rycerskiego. Gefrejter pytał: «Masz WPan szczere przedsięwzięcie tę broń, którą odbierzesz, zażywać zawsze na obronę Ojczyzny swojej i swego honoru?» Trzeba było odpowiedzieć: «Nie inne jest przedsiewzięcie moje». Koledzy prezentowali broń, następnie przy biciu werbla najstarszy oficer przypasywał nowicyuszowi pałasz i podawał karabin z odpowiednim morałem; kadet musiał jeszcze powiedzieć: «Przyrzekam braciom moim, zbrojnie zgromadzonym, że postępkami memi ich nie zawstydzę, ani też nowicyuszom... nie dam zgorszenia przez opuszczenie się w aplikacyi lub zaniedbanie powinności moich». Po wykonaniu takiej «przysięgi kadeckiej» brygadyer prowadził go na miejsce dlań wyznaczone w szeregu. Wieczorem wydawano «uciechę kosztem korpusu». Kadet miał na codzienny ubiór kurtkę czerwoną, a do parady «długi mundur» niebieski z amarantowymi rabatami i złotymi naramiennikami, z białemi spodniami, pończochami i kamizelką, z pałaszem i felcechem.
Szefostwo korpusu zachował dla siebie król i sam lubił przywdziewać mundur kadecki; komendantem zamianował swego brata wujecznego, Adama księcia Czartoryskiego, który swem wysokiem wykształceniem i szlachetnemi zasadami nadał zakładowi trafny kierunek. Vice-komendant Fryderyk Moszyński, lubo z charakteru niesympatyczny, należał przecież do liczby najświatlejszych i najzdolniejszych statystów owego czasu. Nauczycieli zebrano kilkunastu, metrów 13-tu; lekcye trwały od 8 zrana do 5 po południu z przerwą 2-godzinną na obiad; klas utworzono w późniejszym czasie 7, ale z początku, gdy przyjęto starszą młodzież, musiały być otwarte tylko klasy wyższe. Wykładano w nich nauki wojskowe i wykonywano ćwiczenia taktyczne, fortyfikacyjne, polowe w obozie, ale więcej czasu w planie szkolnym przeznaczono na wykształcenie ogólne, znajdujemy w nim bowiem oprócz matematyki geografię, historyę, literaturę, ekonomię, prawo państwowe, architekturę cywilną, rysunki; języki: polski, łaciński, francuski, niemiecki. Staraniem ko mendanta Czartoryskiego wydrukowano do użytku przy wykładach w r. 1766 «Historyę nauk wyzwolonych przez JP. Juvenel de Carlancas» w przekładzie z języka francuskiego; w 1767 «Pantheum mythicum albo bajeczną bogów historyą» w przekładzie X. Piusa Woyny z łacińskiego, z wielu pięknemi rycinami i Pufendorfa: De officio hominis et civis; w 1768 «Początki krajopisarstwa» przez profesora korpusu Edlinga i «Nouvelle méthode pour apprendre la langue latine».
Zachowało się kilka takich podręczników z nadpisanem nazwiskiem: «Kościuszko». Przedmowa do pierwszego z nich (Carlancas’a), napisana podobno przez samego Czartoryskiego, zawiera zachętę do uczenia się historyi, Prawa Natury i Narodów etc. z taką apostrofą do zacnej Młodzi Korpusu Kadetów: «Wy tę w najopłakańszym, jaki tylko być może wymyślony, stanie zostającą Ojczyznę waszą powinniście zaludnić obywatelami gorliwymi o jej sławę, o uwiększenie jej mocy wewnętrznej i poważania postronnego, o poprawę rządów jej, w gatunku swym najgorszych... żebyście wy, płód nowy, odmienili starą postać kraju. W liczbie profesorów znaj dowali się książa: Dzięwanowski, Nagurczewski i światły późniejszy wizytator szkół Komisyi Edukacyjnej Hołowaczyc, ale katechizm teologiczny nie był zamieszczony w planie nauk, naukę zaś moralności, a zarazem i ekonomię wykładał sprowadzony z Królewca świecki człowiek, Marcin Nikuta. I król, i komendant byli wychowańcami filozofów francuskich. Jak odbiły się takie wpływy na umyśle kadeta? Dowiedzieć się możemy z zeszytu 4 arkuszowego, przechowywanego w Muzeum ks. Czartoryskich w Krakowie z napisem: «Filozofia. Kościuszko». Na pytania z filozofii obyczajów odpowiedź wylicza różne narody, poczynając od Izraelskiego, a kończąc na Polsce, i twierdzi, że nie zbywało na ludziach mądrością i miłością dobra pospolitego znakomitych, którzy, potrzebę tej nauki znając, przepisy onej podali, jako to pamięci godni Fredrowie, Opalińscy, Starowolscy, Lipscy, Powodowscy, Mądzojowscy (tak, zamiast Modrzewski) uczyli». Pytanie 16-te roztrząsa cnotę, 23-cie o męztwie wywołuje odpowiedź z przykładami na Leonidasie, Tarnowskim, Chodkiewiczu, Czarnieckim; po pytaniu 25-em ostateczna odpowiedź brzmi: «siebie samego zwyciężaj — największe zwycięztwo».
Tę maksymę stosował Kościuszko już wtedy W praktyce. Kolega jego Wojciech Konarski opowiadał, że, chcąc wstawać o 3-ciej z rana, Kościuszko przywiązywał sobie sznurek do ręki lewej, aby stróż, przechodząc korytarzem do palenia w piecach, mógł obudzić go targnięciem tego sznurka. Z wieczora zaś dla odpędzenia snu mył się, lub wstawiał nogi do zimnej wody.
Postępy jego i sprawowanie się były tak chwalebne, że po roku uznany został godnym nie tylko obłóczyn w mundur, ale i rangi chorążego, nadanej mu patentem królewskim z dnia 20 grudnia 1766 r. Przy rewizyi korpusu w dniu 5 maja 1768 r. pełnił służbę pod-brygadyera t. j. sprawował komendę nad 19-tu współtowarzyszami swymi, brygada bowiem składała się z 20-tu kadetów. Koledzy nazywali go «Szwedem», upatrując w nim porywczość, skrytość i upór Karola XII, ale pokochali go, gdy podjął się na ich czele upokorzyć publicznie Gozdzkiego, wojewodę podlaskiego, za zniewagę, domierzoną kadetowi na wieczorze tańcującym. Sprawę tę zagodził król.
Po złożeniu ostatnich egzaminów został przy korpusie jako oficer płatny zapewne w szarży brygadyera i wkrótce otrzymał rangę kapitana. W «Regestrze Expensy miesięcznej Korpusu Kadetów», napisanej ręką Jerowskiego, znajdujemy go między oficerami z płacą 200 złł. (zatem 2400 rocznie), gdy kapitanowie Kraszewski i Trościcki pobierali po 108 złł., a czterej inni oficerowie i X. Hołowczyc po 72 złł. Ostatniem uwieńczeniem zawodu edukacyjnego Kościuszki było przyznanie jemu i serdecznemu przyjacielowi jego, Orłowskiemu, stypendyum królewskiego na wyższe wykształcenie wojskowe w zakładach zagranicznych. Dokument zatytułowany «Ancienneté y Stamm-Lista Sztabs y Ober-Officierow... Korpusu Kadetów» zawiera przy jego nazwisku adnotacyę: «1770 do cudzych krajów». W księgach rachunkowych Stanisława Augusta, w r. 1772, w dziale p. t. «Kadeci, żołnierze, artylerya» znajdujemy własnoręczną jego zapiskę, że d. 1 czerwca dał księciu Adamowi (Czartoryskiemu) 100 dukatów (=1800 złp.) na półroczną pensyę dla Kościuszki i Orłowskiego, licząc od 1 lipca do ostatniego dnia grudnia, i 50 dukatów gratyfikacyi dla nich. W księdze z r. 1773 niema takiej pozycyi, a w roku 1774 niema żadnych rachunków.
Z górą 4 lata spędził Kościuszko we Francyi, lecz nie wiemy, czy był zapisany w jakiej szkole. Istniały tam: szkoła inżynierska i artyleryczna w Mezières od r. 1749, oraz wojskowa (École Militaire) w Paryżu od 1751[3]. Z tych dwu oświadczyłbym się za pierwszą, ponieważ doszedł do wielkiej biegłości w inżynieryi wojskowej i badał podobno fortyfikacye portu Brest. Dowiadujemy się z podań, że brał lekcye architektury od sławnego Perronet’a, a każdy z nas może naocznie przekonać się o jego wprawie we władaniu kredką i pastelami, oglądając przechowywane w muzeach widoki, a szczególnie portret Jeffersona, doskonale reprodukowany przez Sokolnickiego sposobem aqua tinta. Oprócz techniki dostrzegamy tu zalety artystyczne.
Wyrobił się też na znakomitego artylerzystę.
Świadczy o tem dzieło jego p. t. «Manewry Artyleryi Konnej» napisane później, w 1800 r. po francuzku w Paryżu, a w 1808 wydane w tłómaczeniu angielskiem pułkownika J. Williamsa, nakładem Towarzystwa Naukowego Wojskowego Stanów Zjednoczonych i wprowadzone jako podręcznik do wykładów w akademii wojskowej WestPoint. Generał Davie nazwał je «traktatem może jedynym w świecie w zakresie tego przedmiotu», «kompletnym systematem taktyki dla tej broni», dziełem oficera, który jest skończonym mistrzem w tym zawodzie i który całe swe życie poświę cił nauce wojskowości». Jest tu manewrów 30; wszystkie zadania artyleryi konnej sprowadzone są do 7-iu zasad naczelnych.
Nie mamy śladu podobnie wysokiego uzdolnienia w taktyce piechoty i jazdy, ani głębszych studyów nad strategiką. Rozczytywał się Kościuszko z upodobaniem w Pamiętnikach słynnego wodza cesarskiego hr. Montecuculi dla poznania «zasad sztuki wojennej w ogólności». Dzieło to powtórzone w nowej edycyi 1740 r., było na swój czas t. j. na drugą połowę XVII wieku znakomite, lecz po kampaniach Eugeniusza i Marlborough, a zwłaszcza po wojnie siedmioletniej, — w której Fryderyk II, zwany Wielkim, zadziwił Europę organizacyą swojej armii i swymi manewrami na polach bitew, — Montecuculi już nie wystarczał umiejętnością swoją dla wojskowych. Z systematem fryderycyańskim Kościuszko obeznawał się później praktycznie.
Pod każdym względem tedy wypełnił wzorowo zobowiązania przysięgi kadeckiej. Wracając do kraju, przywoził niewidziane tam oddawna wysokie wykształcenie i dzielny charakter; mógł skutecznie pracować nad «uwiększeniem mocy wewnętrznej i poważania postronnego». Był z powrotem niezawodnie 24. czerwca 1774 r.; dnia tego wziął od brata, Józefa, 340 złł. «do rąk własnych».
W jakże okropnym stanie znalazł Ojczyznę i ojcowiznę swoją!
W Warszawie, w pałacu Radziwiłłowskim, delegacya sejmowa, wykonywała czynność rozbioru ziem Rzeczypospolitej, trzeciej części jej obszaru.
W Siechnowiczach zastał taką ruinę majątkową, że nie mógł w nich zamieszkać.
Gdy wyjeżdżał w grudniu 1765 r. żyła jeszcze gospodarna matka dostatnio. Dwór jej stał w pobliżu kaplicy z grobami kilku członków rodu, od której prowadziła ulica do wrót zamczystych; dla pieszych służyła do wnijścia furtka z daszkiem. Dziedziniec był oparkaniony sztachetami nowemi, sady i ogrody — żerdziami, pastewnik chróstem. Dom mieszkalny z gankiem miał po prawej stronie, idąc z sieni, izbę stołową o 4-ch oknach, z kominkiem i piecem kaflowym zielonym; przy niej pokój o 3-ch oknach, w ołów oprawnych, i apteczkę o jednem takiemże oknie; z sionki były drzwi do sadu i do kuchni, która się usadowiła w samym środku domu, za sienią wchodową. Na lewo duża izba o 4-ch oknach (zapewne dla gości), z kominkiem, piecykiem «krzyżowym» i piecem z kafli zielonych oraz komora o 2-ch oknach, komunikująca się z kuchnią. W przystawce mieściły się komórka i piwnica. Dalej w dziedzińcu piekarnia, spichlerz pod dachem dranicowym i świronek z sernikiem. Jeszcze dalej 2 spichlerze, wozownia, gumno o jednych wrotach, stodoła o 4-ch dwoistych; przy sadzawce: browar, słodownia, łaźnia, obora i chlewy z wrotami. Taki był stan dworu podług inwentarza w d. 9 grudnia 1755. Później Kościuszkowa jeszcze coś budowała «wedle własnej woli i upodobania». Ruchomość «warta była zawsze 10.000 złp.» podług wyznania brata, Józefa: srebra, 2 rzędy sute (cenione na 4.000 złł.), 2 rzędy półsute (1000 złł.), cyna, miedź, żelazo, bielizna, pościele (najmniej 200 złł.), futra różne, jako to: rysie, popielice, króliki i inne. Pańszczyzna i daniny szły z 4-ch wiosek: Siechnowicz o 5-ciu chatach włościańskich, Nowosiołek o 3-ch, Stepanek o 7-u i Konotopów o 4-ch, a razem z chat gospodarskich 19-tu. Oprócz sumy, pożyczonej Grabowskiemu, z której matka nadebrała 6.000 złł. na wyprawę Tadeusza do Korpusu (podług rachunku Józefa, ale zakwestyonowanego), posiadała większy kapitał: 34.000 złł. w złocie u Leparskiego. Długi przygodne nie przenosiły 3-ch tysięcy zł. Był więc fundusz dostateczny na wypłatę 40-tu tysięcy złł. «w złocie ważnem» Dawidowi Kościuszce za Siechnowicze-Dawidowszczyznę d. 20 czerwca 1768 r. Majętność ta mniejsza od poprzedniej, miała przecież do uprawy gruntu pracę 12-tu gospodarzy (nie licząc 13-go, który «wyszedł z 5-u synami») i dwór, istniejący do dziś dnia. Podług owoczesnego inwentarza w budynku mieszkalnym znajdowała się po prawej stronie, idąc z sieni, izba o 3-ch oknach, w ołów oprawnych, z piecem kaflowym białym i kominami z cegły, jednym na izbę, drugim wyprowadzonym na dach do wyjścia dymu; z tej izby drzwi do komory o 1-m oknie, w ołów oprawnem; z komory drzwi do bokowej także o 1-m oknie, a w niej piec kaflowy zielony z blachą żelazną w kominie murowanym. Z bokówki drzwi dwoje: jedne do sieni, drugie do komory przeciwnej izby. Ta przeciwna izba, na lewo od sieni miała okien 4, w ołów oprawnych, i komin murowany na izbę z blachą; przy nim komin do pieca, «a pieca niema». Komora przyległa miała 1 okno w ołów oprawne. Pułap i podłoga wszędzie z tarcic; dach gontami pobity; na rogach dachu karczochy blaszane. — Wyszedłszy z tego budynku, po prawej ręce widziało się «budynek folwark» o 2-ch sieniach, z których jedna prowadziła do kuchni na 4-ch słupach oraz izby o 4 oknach w drzewo oprawnych, z piecem zielonym kaflowym i kominkiem. Przez sień piekarnia: w tej ławy wokoło, okienek małych 3, piec do pieczenia chleba i kominek z cegły. Komora z okienkiem jednem. Dach gontami pobity. Z podwórza przy piekarni chlewki, dalej świronek stary pod słomianym dachem, spichlerz o 1-m dużym i 4-ch mniejszych zasiekach, serniczek na «słupach z balas», browar, słodownia, studnia. Jeszcze dalej idąc, przy ulicy w gaj prowadzącej, chlewy, wozownia, stajnia gościnna z chrustu pleciona i druga z drzewa. Masztarnia z 5-ciu przeorynami. Naprzeciw budynku mieszkalnego wprost stodoła wielka na 7-u parach soch dębowych z tokiem i 4-ma wrotami. Dziedziniec z wrotami i furtką pod daszkiem, po większej części oparkaniony sztachetami, reszta zaś żerdziami; ogrody przez połowę żerdziami, a przez połowę chróstem opasane. Za ogrodami w gaju olchowym dwie sadzawki, jedna od drugiej opodal.
Po nabyciu Dawidowszczyzny synowie Ludwika Tadeusza Kościuszki posiedli całą prawie Fedorowszczyznę siechnowicką, czyli tę połowę starodawnych Siechnowicz, które otrzymał w roku 1509 od Zygmunta I praszczur ich rodu, djak, bojar, sędzia i horodniczy kamieniecki Kostiuszko (Konstanty), a które zostały podzielone pierwotnie d. 26 listopada 1561 między dwu jego synów: Iwana i Teodora. Teraz w posiadaniu linii starszej pozostały jeszcze Siechnowicze, zwane Iwanowszczyzną, i obejmujące około 50 włók gruntu. Dwa dwory, podobne z wyglądu i gospodarczych urządzeń mogły stać się dogodną, acz skromną szlachecką siedzibą dla obu braci.
Ale w dniu podpisania aktu kupna Tekla z Ratomskich Kościuszkowa już nie żyła, bo imię jej nie jest w akcie wspomniane. Z «regestru», podanego do akt grodzkich brzeskich, dowiadujemy się, że umarła w tym samym 1768 roku, bez wymienienia dnia i miesiąca, że przytomnym śmierci był Józef i te wyprawił jej pogrzeb kosztem aż 2.000 złł. Zgon rozsądnej, energicznej, szanownej matki był stratą niepowetowaną, był prawdziwą klęską dla nieobecnego Tadeusza.
Jeszcze w zeszłym 1767 r. d. 25 października, zaledwo doszedłszy do pełnoletności, «Thadeusz Kosciuszko Chorąży Korpusu Kad.» wydał w Warszawie bardzo szeroką, nieograniczoną plenipotencyę bratu swemu «rodzonemu» Józefowi, który podał ją d. 1 lipca 1768 do akt grodzkich brzeskich, poczem bez żadnej przeszkody.
wszedł w posiadanie Dawidowszczyzny (17 lipca) i objął zarząd obu majątków. Sam tedy gospodarzył i pobierał wszelkie przychody. Tadeuszowi nic nie posyłał; tylko w r. 1769, a więc przed wyjazdem za granicę dał i odliczył mu z rąk swoich do rąk własnych jego 7.000 złł. Widzieli się zatem wówczas, zapewne jednak nie w Siechnowiczach, lecz w Warszawie, dokąd, Józef przyjeżdzal razy kilka. Wierzyć też należy, iż Tadeusz wziął odrazu tę grubą sumę, znaczną część swego kapitalu, boć stypendyum królewskie, 100 dukatów 1.800 złp. rocznie, wystarczyć nie mogło na kosztowne wówczas podróże i na opłatę za kursy lub lekcye prywatne. Gdy suma wyczerpała się i stypendyum nie dochodziło przez cały rok 1773, musiał zabrać się do powrotu.
Tymczasem brat Józef uwikłał się w trudności, przewyższające skalę jego inteligencyi i charakteru. Rwał się do życia publicznego, jeździł na sejmiki, zdobył powtórnie urząd deputata na kadencyę wileńską Trybunału, zapisał się w r. 1769 do konfederacyi, zawiazanej w Brześciu pod hasłem Barskiej, i zaczal sie tytułować oboźnym województwa Brzeskiego. Zdaje się, że nie wytykał obozu dla 5-u zaciągniętych wówczas chorągwi, ale ściągnął na swoje wioski postój wojsk rosyjskich tem uciążliwszy, że wątpliwej waleczności wojak znacznie rozszerzył gospodarstwo swoje, wziął bowiem w dzierżawę duże dobra Tryszyn ze Szpanowiczami i Guzną w okolicy Brześcia i sprowadził się tam na mieszkanie na Ś. Jan 1771. Musiał dawać furaż z tych dóbr i z Siechnowicz, ponosić jakieś «aggrawacye»... Uderzył wkrotce w pokorę i wyjednał «salwogwardyę» od ambasadora rosyjskiego, Stackelberga (1 grudnia 1772), ale mimo to rozłozył sie w wioskach tryszyńskich pułkownik Dykier.«Unizone pisania» oboźnego nie odnosiły skutku, dopóki uproszony Sosnowski, natenczas pisarz polny litewski, nie wyjednał perswazyami swemi satysfakcyi t. j. wyprowadzenia żołnierzy z chat włościańskich.
Jeszcze większe straty wynikły ztąd, że dobra tryszyńskie należały do biskupstwa unickiego włodzimiersko-brzeskiego i że biskup-nominat Młodowski, od którego Józef wziął dzierżawę, miał jakieś zatargi z metropolitą swoim Wołodkowiczem. Wynikły ztad zajazdy, wiolencye, gwałty, zabieranie ruchomości, cyny, miedzi, naczyń gospodarskich, mąki, krup, wina, stad koni, nareszcie «expulsya», dokonana przez samego metropolitę d. 20 października 1772 r. Józef wytaczał procesy: w grodzie, w asesoryi litewskiej, w nuncyaturze, w sadach Konfederacyi Generalnej, w Radzie Nieustajacej, pisał sążniste rachunki, doprowadzone do sumy 80.000, jeździł do Warszawy (1773), otrzymał intromisyj i znowu był wyrzucany, a brnął w coraz większe długi. Wrócił do Siechnowicz, lecz i tu groziła mu w blizkiej przyszłości katastrofa. W takich tarapatach zastał go wracajacy z zagranicy Tadeusz. Musiał doznać bardzo przykrych wrażeń, kiedy nie zamieszkał z bratem, lecz dachu szukał aż w Sławinku pod Lublinem, gdzie mieszkał stryjeczny brat nieboszczyka ojca, Jan Nepomucen Kościuszko, ten sam, który sprzedał Siechnowicze z kaplicą w 1755 r.
W tych stronach mieszkały też siostry przy mężach swoich: Estko dzierżawił od Sapiehów Dołholiskę w parafii Wisznickiej, przy granicy z Koroną, a Żółkowski od Radziwiłła Kuzawkę nad Bugiem, należącą do dóbr Sławatyckich. Obie, a szczególnie Anna, okazywaty mu dobre serce. Do tego okresu życia należy zapewne list niedatowany, lecz nacechowany dobrodusznością szczerą: «Kochany Braciszku. Za przysłane berlacze dziękuje kochanemu Braciszkowi Dobro(dziejowi). Czy nie można tey łaski mieć Kochanego Braciszka, ażeby tak będąc blisko, odwiedzić nas, Całując Kochanego Braciszka piszę się nayniszą sługą A. Estkowa. Mąż moy iak nayniżey kłania. WJMC Panu Sędziemu Dobro. nayniszą prezetuiem submissia, przytym stateczney oboyga nas polecamy łasce, y godziłoby się nas odwidzic. Kartkę kturą miałam od siestrzyczki a WPan ią wziołes proszę mi ią przysłac».
W tych trzech domach znajdował Tadeusz ukojenie i życzliwą pomoc w położeniu nad wyraz dokuczliwem.
Brata Józefa musiał pozwać urzędownie do obrachunku z pobieranych od śmierci matki dochodów i do przeprowadzenia działu Siechnowicz. Otrzymał w odpowiedzi: 1) «regestr kalkulacyi intraty i całego prowentu» z lat 5-ciu (1769—1774), datowany w pierwszych dniach marca 1785 r. dziwnie mały, wykazywał bowiem na ogół zaledwo 7.863 złł., a więc przecietnie po 1,573 złł., na rok z obydwu majatków czyli po 787 złł. na jedną schedę 2) Regestr wydatków, poniesionych przez Józefa od 1768 do d. 24 czerwca 1775 r., przerażający, wykazywał bowiem nażytość «do oddania i zapłacenia» Józefowi przez Tadeusza 39.132 złp., t. j. całkowitego prawie szacunku Dawidowszczyzny, a pozycye szczegółowe i rachunek procentów po 9%, tak przesadne, ze Tadeusz zaniósł do grodu brzeskiego manifest protestujacy pod d. 24 czerwea 1775 i uprosił Jana Nepomucena Kościuszkę do polubownego rozsądzenia wszelkich pretensyj.
Rozumując podług logiki dzisiejszej, nie widzielibyśmy niepowetowanego nieszczęścia w długu, chociażby pochłaniającym wartość folwarku. Mężczyzna, wdrożony do pracy, posiadający wyjątkowo wysokie i specyalne wykształcenie, znany zaszczytnie takiemu możnowładcy, jak Czartoryski, i samemu królowi, mógł przecie zdobywać sobie środki utrzymania, a nawet i spłacania długów. Ale inaczej działo się wówczas na świecie i u nas. Wszelką posadę płatną, oprócz tych, które były rozdawane na sejmikach i w sejmie, wszelką szarżę oficerską w wojsku trzeba było kupić, w Polsce bowiem tak samo, jak we Francyi, istniała sprzedaż urzędów (la vénalité des charges). Sprzedawał dawniejszy posiadacz, lub jego spadkobiercy, jako swoją własność, jak dom lub folwark.
Kupował jeden z aspirantów, płacąc sumę wyrównywającą przynajmniej 4-letniej pensyi, ale nieraz i dużo więcej. Czemże zapłaciłby teraz Kościuszko, tytularny «kapitan Korpusu Kadetów i Rzeczypospolitej»? I gdzie miał szukać szarży, gdy wojsko koronne i litewskie zmalało do 11.000 głów. Nawet w Korpusie liczba wychowańców zmniejszoną została z 80 do 60-u. Kościuszko do Warszawy nie jeździł, a przynajmniej nie zatrzymywał się dłużej w jej murach; w aktach nie znaleźliśmy żadnego śladu bytności jego w żadnem mieście. Trawił swoje zgryzoty na wsi.
Aliści w promieniu tułaczych przejazdów ze Sławinka znalazła się Sosnowica, prawie na połowie drogi z Lublina do Dołholiski. Odziedziczył ją po swym dalekim krewnym, bezdzietnym generale wojska litewskiego, Józef Sosnowski, Brześcianin, blizki niegdyś znajomy Ludwika Tadeusza, a niedawno, jak wspominaliśmy, protektor Józefa w sprawie wyprowadzenia wojsk rosyjskich z Tryszyna. Zdaje się, że i Tadeuszowi ułatwił niegdyś przyjęcie do Korpusu Kadetów, bo podczas elekcyi świadczył przysługi Stanisławowi Augustowi, a stąd miał nabyte prawo do łaski królewskiej. Sprytny, obrotny, wyzwolony ze skrupułów sumienia, zasługiwał się długo Czartoryskim i odstąpił ich «szczerem sercem» w 1769 r., dając Repninowi zobowiązanie piśmienne, że «we wszystkiem według żądania jego na przy złym sejmie miał postępować». W r. 1771 został wojewodą smoleńskim oczywiście, tytularnym, bez województwa (które od r. 1667, a raczej od 1654 do Rzeczypospolitej nie należało), ale zasiadającym już w senacie. Sprawował przytem wyższy urząd wojskowy: pisarza polnego litewskiego. Tadeusz Kościuszko, jako aspirant do karyery wojskowej i syn Ludwika, zajechał do Sosnowicy, żeby się przedstawić dostojnikowi Wiel.
Księstwa Litewskiego. Niepodobna wątpić, że był przyjęty z wyjątkową uprzejmością, bo został przedstawiony pani wojewodzinie i upoważniony do częstych odwiedzin.
Sosnowica stała się dlań odrazu pałacem zaczarowanym, bo znalazł tu Ludwikę, jedną z dwu wojewodzianek dorosłych i dorodnych — i zakochał się. Jak często bywał, jak długo bawił i pod jakimi pozorami? Nie wiem. Ze wspomnień późniejszych o lat 14, z listu samej Ludwiki, pisanego d. 21 maja 1789 w tejże Sosnowicy, dowiedzieć się możemy tylko, że dzień ten był rocznicą pamiętną, albo pierwszego poznania się, albo pierwszego wyznania miłości, a miejscem — jakaś altana (le Berceau), która ich ukrywała przed okiem matki, pani Sosnowskiej; że było dużo innych miejsc, budzących przyjemne i przykre wspomnienia, ale przyjemnych więcej daleko; że on rozwinął w niej pierwsze uczucia tkliwe i że jako «filozof» umiał wybornie dzień cały zapełnić. Rok daje się oznaczyć z pewnością przez kombinacyę dnia 21 mają z rachunkami, obligami i aktami sądowymi: 1775. Nie mniej widoczną jest niedorzeczność bajań, jakoby Kościuszko podjął się obowiązków nauczyciela panien i przebywał stale w Sosnowicy. Wreszcie z tegoż listu wynurzają się osoby, mniej lub więcej czynne w miłosnym dramacie: siostra i dwie kuzynki: Tekla Sosnowska, bardzo dobra i ładna jeszcze po 14-tu latach, tudzież «starościanka», niewymieniona z nazwiska, może stara panna rezydentka Karolina Zenowiczówna, krewna wojewodziny. Wszystkie trzy były przychylne Kościuszce.
Nie wiedziała zakochana para, że nad jej marzeniami zadzierzgnął się już węzeł tragiczny, Sosnowski dobijał targu ze Stanisławem Lubomirskim, wojewodą kijowskim, nawpół obłąkanym utracyuszem, o wygraną od niego w karty Świnogrodczyznę. Stanęła pomiędzy nimi ugoda, że Sosnowski wyda swą córkę, Ludwikę właśnie, za jego syna, Józefa księcia Lubomirskiego, wyposażonego «chlebem dobrze zasłużonych» — dużem starostwem Romanowskiem na Ukrainie. Czegoż warte były w porównaniu z taką «zasługą» magnacką wszystkie zalety szlachcica bez fortuny, kapitana bez żołdu w oczach goniącego wciąż za krescytywą parweniusza? Więc jak tylko dowiedział się o romansie, zaraz wyprawił swoją żonę z córkami do Ratna na Polesie.
Jest wiele podań od «naocznych świadków» o zakończeniu miłosnego dramatu, o zamachu na uwiezienie panny, wykonanym niepomyślnie, z bitwą i ranami, lub niewykonanym lecz przygotowanym, lub wreszcie zamierzonym bez przygotowań. Są one niezgodne pomiędzy sobą i całkiem niewiarogodne, a nawet nieprawdopodobne. Wątpić też należy, aby Sosnowski śmiał i chciał odpowiedzieć na oświadczyny Kościuszki grubiańską odmową: «Synogarlice nie dla wróbli, a córki magnackie nie dla drobnych szlachetków». Wprawdzie w tym czasie otrzymał patent na hetmana polnego litewskiego, podpisany przez króla d. 13 września 1775 r., ale magnatem nie był, dumy w sercu swem nigdy nie czuł i drugą córkę wydał później za szlachcica, Rajmunda Korsaka. Ludwika pisała do Stanisława Augusta, d. 18 października 1788 r: «Znane są W. Kr. Mości dawne stosunki między mną i p. Kościuszką, które go na czas długi oddaliły z kraju i były źródłem jego nieszczęść». Z tych słów jednakże wywnioskować nie można, żeby JKMość wiedział o «stosunkach» wówczas, żeby przez Kościuszkę był proszony o wstawiennictwo do jej ojca i żeby się w tę sprawę wdawał, żeby Sosnowskiego ostrzegał, lub żeby Sosnowski miał bronić honoru córki od gwałtownej napaści. Do wytłomaczenia żałosnej wzmianki wystarcza najumiarkowańsza ze wszystkich spisanych relacyi: że Sosnowski został ostrzeżony przez swego sługę; że Kościuszko, przyjechawszy jak zwykle i nie zastawszy pań w domu, domyślił się rekuzy, a fagasi nie omieszkali zapewne minami i półsłówkami swojemi zaostrzyć afrontu. Przy uczuciowym i wielce delikatnym charakterze kochanka niepotrzebne były sceny gwałtowne.
Ale cios był bolesny, tem boleśniejszy, że godził w znękane tylu cierpieniami serce. Z ojcowizny wyrugowany został przez nierządnego brata. Na koszta sądowe i na wydatki osobiste musiał pożyczać: u Estków 150, u Zuzanny Kościuszkówny 120, u drugiego szwagra, Żółkowskiego, 200 dukatów, lecz temu zmuszony był wystawić zapis «inekwitacyjny» t. j. upoważniający do «zajechania Siechnowicz», do objęcia ich w natychmiastowe posiadanie w razie uchybienia terminu. Pragnął służyć ojczyźnie nabytą wiedzą i oto nie mógł żadnej służby dostać. Nasłuchał się okropnych opowiadań o sejmie, zakończonym po dwuletniem przewodzeniu partyi Ponińskiego w kwietniu tegoż 1775 roku, naczytał się zapewne gesto krążących satyr, z których jedna p. t. «Sen na jawie» dosadnie scharakteryzowała winy dostojników zdemoralizowanego narodu szlacheckiego.
Wypadkową takich wrażeń i działań na jego duszę było «nagle» powzięte postanowienie wyjazdu — do Ameryki.
«Nagły» wyjazd nie był jednakże tak pośpiesznym, iżby wyglądał na ucieczkę. W Sławinku porządkował swoje interesa majątkowe, dyktując d. 9 i 10 października dwa akty w obecności «pieczętarzy» czyli świadków podpisująch: Jana Nepomucena i Faustyna Kościuszków. Treść wskazuje, że musiał też być obecnym szwagier, Piotr Estko, zapewne ze swą żoną, gdyż wymieniani są oboje. Pierwszy akt jest plenipotencyą dla Estki do przeprowadzenia obrachunku z bratem i działu «wieczystego» dóbr Siechnowicze z pomiarem geometrycznym, drugi wylicza zaciągnięte świeżo długi u Karola Żółkowskiego 200, u Faustyna Kościuszki 60, u samego Estki 230, razem 490 dukatów, liczonych po 18 złp. (a zatem 8.820 złp.) i omawia wypuszczenie małżonkom Estkom, którzy ciężar tej całej sumy na siebie przyjęli, połowy dóbr Siechnowicze w zastawną dwuletnią posesyę, przyczem oświadczył Tadeusz, że z tych dóbr na swoją część obrał «nabytą od W-go Dawida Kościuszki» t. j. Dawidowszczyznę.
Niebawem zapewne wyjechał do Kuzawki już to dla pożegnania się z Żółkowskimi, już dla ruszenia ztamtąd wodą w daleką żeglugę. Mamy o tem wprawdzie jedyną wiadomość ze wspomnień odległych od faktu o lat 47, spisanych w 1822 r. przez Sorokę, który był wówczas paziem i koniuszym Adama X-cia Czartoryskiego, komendanta Korpusu Kadetów: ale, pomimo kilku anachronizmów i niedokładności, wspomnienia te, o ile są odtworzeniem wrażeń wzrokowych, są prawdopodobne. Możnaby nie wierzyć opowiedzianej przez niego przygodzie, jakoby nadarzył się w przejeździe przez Sławatycze sam Czartoryski, widział się z Kościuszką i ofiarował mu 500 dukatów, które zostały zaraz odliczone przez Skowrońskiego na stole w karczmie: ale zaprzeczyć temu trudno, gdy zkądinnad, mianowicie, od Jana Nepomucena Kościuszki wiemy, że książę «ze szczodrobliwości swojej pańskiej użyczył Tadeuszowi K.
650 dukatów na edukacyę i pierwiastkową promocyę». W tej sumie zmieścić się może i datek sławatycki, jakich sto, albo pareset dukatów. Co do podróży wodnej, ta zalecała się Kościuszce taniością. W Kuzawce szwagier mógł wyprawić go łodzią ze swymi flisakami za pańszczyznę czyli darmo Bugiem do Wisły, jeśli nie wprost do Gdańska, a z Gdańska podróż łatwa okrętem. Panował wtedy pokój w Europie: więc morze było jeszcze wolne i bezpieczne.
Nie doszła nas ani jedna literka, ani jedno słówko chociażby ustnej tradycyi z tej gorzkiej chwili życia Kościuszki. Możemy ją nieco rozjaśnić tylko pochodnią wiedzy powszechno-dziejowej.
Spór osad anglo-amerykańskich z parlamentem i rządem wielko-brytańskim o prawo podat kowania przeszedł w tym 1775 roku w okres walki orężnej, a w Europie, szczególnie zaś we Francyi, wzbudził żywe współczucie dzięki «Deklaracyi Praw» i wymownym odezwom Kongresu filadelfijskiego do króla i narodu angielskiego oraz do wszystkich kolonij, wydanym w październiku 1774 roku. Podziwiali je nawet mężowie stanu angielscy: Burke i wielki Pitt hrabia Chatham. Czyż mógł obojętnym pozostać Kościuszko, który przebywał jeszcze we Francyi podczas zatapiania herbaty w porcie bostońskim, kiedy X. Łuskina w każdym niemal numerze Gazety Warszawskiej notował nowiny, dochodzące z Londynu, Paryża, Amsterdamu o tym zatargu? Wiosną (19 kwietnia) 1775 r. polała się krew: ludzie „minutowi“ z Massachusets uderzyli na wojsko angielskie pod Lexington, a 15 czerwca Kongres obrał jednomyślnie Jerzego Washingtona wodzem naczelnym wojska Stanów Zjednoczonych. Wszystko to mógł i musiał wiedzieć Kościuszko przed wyjazdem ze Sławinka; potem, zapewne w podróży, dowiadywał się o groźnych uchwałach parlamentu brytańskiego, uznających ludność osad za buntowników, nakazujących zaciąg 28,000 ludzi do marynarki i 55,000 do armii lądowej.
Kapitan bez żołdu i bez majątku miał teraz najbliższą sposobność zrobienia karyery, udając się do jednego z tych książąt niemieckich, którzy wynajęli, a raczej zaprzedali Anglikom 29,875 swoich poddanych, żołnierzy z oficerami, albo zgłaszając się bezpośrednio do werbowników w Anglii. Ale on wylądowuje we Francyi, zkąd w końcu maja lub na początku czerwca 1776 r. odpływa do Ameryki jako ochotnik. Zdaje się, że puścił się na Ocean o własnym koszcie, bez niczyjej zachęty i pomocy, ponieważ pierwszy poseł kongresu Silace Dean pojawił się w Paryżu dopiero 17 lipca i nazajutrz widzial go Beaumarchais, który miał urządzić wysyłkę broni i oficerów. Podanie Kościuszki było odczytane na posiedzeniu Kongresu i odesłane do Wydziału.
Wojny d. 31 sierpnia; żegluga owoczesna wymagała przeciętnie dni 60, a najmniej 48 na przejazd z portów francuskich do Filadelfii; więc wyjazd z Paryża poprzedził niewątpliwie ową datę rozpoczęcia werbunku francusko-amerykańskiego.
Jednocześnie prawie, może na jednym okręcie, przyjechał inżynier Francuz Romond de Lisle, potem znaleźli się inni ochotnicy; z Polaków zaś Kościuszko był pierwszym przybyszem, był dla nas Kolumbem, odkrywającym Amerykę, wprawdzie nie jako ląd nowy, lecz jako nowy świat pojęć i zasad życia społecznego.
Zanim wstąpił na ziemię amerykańską, nowe pojęcia i zasady zostały już sformułowane w dwu aktach. «Deklaracya praw Wirginii», uchwalona według wniosku Cary’ego między 27 maja a 22 czerwca 1776 r., rozwijała do najszerszych, dotychczas nie dosięganych zakresów pojęcie wolności, szczególnie pod względem wyznań i praktyk religijnych. Akt niepodległości Stanów Zjednoczonych, przyjęty 4 lipca 1776 roku jednomyślnie (nemine contradicente), był odczytany z rozkazu Waszyngtona wszystkim brygadom przed frontem, ogłoszony ludowi z ambon po kościołach i z trybun we wszystkich zgromadzeniach...
To zjednoczenie państw przypominało mu urzędową formulę uniwersałów polskich: «we wszystkich państwach Rzeczypospolitej». To poszukiwanie szczęścia było wypowiadane z taką słodyczą w aktach Zygmunta Augusta! A co do wolności, jakichże określeń nie znalazłoby się w głosach sejmowych i sejmikowych od XVI wieku? Mógł chyba Kościuszko nad tem zamyśleć się, bez liczby 56 członków Kongresu jeden, jedyny Dickinson odmówił swojego podpisu; niemniej wszakże akt został ogłoszony i był uznany powszechnie za jednomyślny. Więc Amerykanie swojego pojęcia wolności nie posuwali aż do liberum veto, jak Polacy w okresie fanatycznego zaślepienia. Wiadomo było, że wszystkie osady liczyły wówczas tylko 2,100,000 ludności białej i 500,000 murzynów, a jednak ośmielały się wydać wojnę Anglii, która była już panią oceanów i władczynią Indyj Wschodnich, i najbogatszem z państw kuli ziemskiej. Wszak w upadłej i rozbieranej Rzeczypospolitej szlacheckiej polsko-litewskiej godzono się na maksymę Stanisława Augusta: wybierać «mniejsze z dwojga złego», «unikać czegoś gorszego» (vitando pejora). A jakiż pan polski zdolnym był zrozumieć Waszyngtona, człowieka dobrze urodzonego i dobrze uposażonego, bene natum et possessionatum, posiadającego z 5,000,000 zł. w dobrach i kapitałach, i setki nietylko poddanych, ale prawdziwych niewolników-murzynów do uprawy plantacyi swoich, że opuszczał swój dom na długie lata, przyjmował dowództwo nad nieistniejącem wojskiem, zrzekał się wyznaczonej od Kongresu płacy i narażał swą głowę na wyrok śmierci przed sądem angielskim jako buntownik!...
Ponieważ Kościuszko przedstawił się jako inżynier, więc Wydział Wojny (the Board of the War) polecił mu sporządzić plan fortyfikacyi, któreby zasłoniły Filadelfię przed przewidywanym atakiem floty angielskiej. Wykonał to zadanie spólnie z Romond’em de Lisle. Obadwaj otrzymali za to wynagrodzenie w równych kwotach: po 50 funtów sterlingów i przychylną atestacyę, na mocy której Kongres d. 18 października 1776 r. zamianował Kościuszkę «inżenierem w służbie Stanów Zjednoczonych z pensyą po 60 dolarów na miesiąc i rangą pułkownika»; następnie 5 grudnia kazał «dać zaliczkę w ilości dwumiesięcznego żołdu pp. Kościuszce i Romond’owi de Lisle».<b.r>
Naturalnie, plan musiał być wykonany przez odpowiednie roboty. Jakoż, inżenierowie ci przystąpili do wbijania ostrych palisad w korycie rzeki Delaware o 3 mile poniżej Filadelfii na zakręcie około miejscowości, zwanej Billynge (dziś miasteczka Billingsport) i do sypania szańców na brzegu z rowami, parapetami, kazamatami, bateryami. Ślady tych fortyfikacyi są widoczne jeszcze dzisiaj. Oglądał je Wiśniowski. Komendantem Filadelfii był generał Putnam; za urlopem z powodu choroby bawił drugi generał, Horatio Gates. Kościuszko poznał się z nimi i zyskał dobrą u nich opinię. Zasłyszał o nim i Washington, lecz niedokładnie; nie znał jeszcze ani nazwiska, ani narodowości jego, ponieważ zmuszony był cofnąć się przed Anglikami z Nowego Yorku za rzekę Delaware i obozować w lesie z garstką «obdartusów», zachęcając ich do znoszenia zimna i wszelakiego niedostatku. Kongres, widząc jego słabe siły i niedostateczną jeszcze obronność Filadelfii, wyniósł się 12 grudnia do Baltimory; ale powrócił w styczniu, gdy Washington odniósł dwa nadzwyczajne zwycięztwa: pod miastem Trenton (25 grudnia 1776) i pod Princeton (3 stycznia 1777).
Kościuszko, zajęty przy robotach fortyfikacyjnych, mógł ze słyszenia tylko wiedzieć o tych walkach i niezmiernej trudności przeprowadzenia wygłoszonych przez Kongres zasad W czyn, w twardą rzeczywistość. Washington przedstawił niezdatność milicyi, czyli pospolitych ruszeń, przysyłanych na 6-tygodniową służbę, do walczenia z regularnymi pułkami angielsko-niemieckimi i żądał uformowania armii z żołnierzy, werbowanych na cały czas wojny. Kongres pozwolił mu zaciągnąć 104 bataliony piechoty, 3,000 lekkiej jazdy, 3 pułki artyleryi i korpus inżynierów, werbować na 3-letnie kapitulacye, ofiarując każdemu żołnierzowi po 20 dolarów na rękę i po 100 akrów gruntu po ukończeniu wojny, uchwałą z d. 27 grudnia 1776 nadał nawet władzę nieograniczoną wojskową wodzowi na 6 miesięcy: ale pieniędzy nie dał, bo nie miał prawa nakładania podatków. Wypuszczał tylko «bilety kontynentalne na okaziciela», czyli papiery kredytowe, ale kupcy i dostawcy żywności lub odzieży przyjmowali je niechętnie i w nizkiej cenie. Z tego powodu Washington nie zdołał uformować wielkiej armii. Latem 1777 r. miał zaledwo 11,000 żołnierza i przegrał dwie bitwy.
Tymczasem Anglicy uplanowali drugi atak, z Kanady, żeby go odciąć od Stanów Północnych, opanowując rzekę Hudson na całej długości od jeziora Champlain aż do jej ujścia pod Nowym Yorkiem. Dowiedziawszy się o tem, Kongres zalecił utworzenie «armii północnej» z tamecznych milicyi i powierzył dowództwo 25 marca 1777 r. Horacyuszowi Gates.
Trzeba było najprzód zabezpieczyć połączone jeziora Champlain i S. George, gdzie Amerykanie utrzymywali flotylę i posiadali forty Crown-Point, Independence oraz fortecę Ticonderoga, uzbrojoną 200 armatami i uznawaną za «klucz do wszystkich kolonij» Nowej Anglii. Udając się tam, Gates zabrał Kościuszkę i użył go do zbadania stanu tej fortecy, a ponieważ panuje nad nią góra, zwana Głową Cukru (Sugar loaf hill): więc zażądał od niego zdania, czy na tę górę możliwem jest wprowadzenie dział wielkiego wagomiaru.
Kościuszko złożył raport z wnioskami, że jest możliwem urządzenie drogi i splantowanie szczytu i że baterya na splantowanym szczycie będzie miała dostateczną wysokość do zupełnego zabezpieczenia dwu fortów wraz z mostem komunikacyjnym i przystanią dla statków.
Innego zdania był general Schuyler, zamieszkały niedaleko w Albany, bogaty właściciel tartaków — i postawił na swojem. Po odjeździe Gates’a skierował całą siłę roboczą 120 ludzi na umocnienie nizkich okolic Ticonderogi podług planu inżeniera pułk. Baldwina, a pod kierunkiem pułkownika Hay’a. Zesłany na inspekcyę adjutant Wilkenson zganił te roboty i zażądał przysłania Kościuszki «na miłość Boga jak można najprędzej».
Ale straconego czasu niepodobna już było powetować. W czerwcu rozpoczęli swoją akcyę Anglicy z dwu krańców Krainy Wyżyn (Highlands). Z Nowego Yorku ruszył w górę rzeki Hudson sir Henry Clinton, lecz zatrzymała pochód jego forteczka Montgomery, którą musiał oblegać. Z Kanady wkroczył gen. Burgoyne na czele 7.000 wyborowego żołnierza i 400 Indyan czerwonoskórych. Opanował on rychło fort Independence, urządził wjazd na Cukrową Głowę od północnego jej stoku, zatoczył armaty na szczycie i zmusił tem komendanta Ticonderogi (5 lipca) do ratowania się ucieczką aż ku ujściu rzeki Mohawk do Hudsonu, na wyspę Van Schaik. Tu dopiero mógł usłużyć Amerykanom Kościuszko obwarowaniem ich obozu (ukończonem 22 lipca). Zaznał z nimi biedy, kiedy sypiał z Wilkensonem pod jego kołdrą, nie mając własnej.
Wielkie oburzenie powstało na komendanta utraconej Ticonderogi, Saint Clair’a, i na gen. Schuylera. Kongres kazał ich stawić przed sądem wojennym, Gates’owi zaś polecił (3 sierpnia) jechać dla objęcia dowództwa, dodając mu do pomocy gen. Arnolda, przedsiębiorczego i zręcznego dowódcę milicyi Massachusets’u i Connecticut’u. Nadesłał też posiłki od swego wojska «kontynentalnego» Washington i tym sposobem utworzyła się na prawdę «armia północna» w liczbie 13.000 głów.
Gates zwinął zaraz (19 sierpnia) obóz Van Schaik i ruszył na spotkanie Burgoyne’a. Przodem wysłał pułkowników Kościuszkę i Hay’a dla upatrzenia dogodnej pozycyi na prawym t. j. zachodnim brzegu rz. Hudson, wyższym, górzystym.
Zaświadczył później, że wybór miejsca na obozowisko i oszańcowanie było dziełem «pułkownika Kościuszki». W pobliżu słynnych dziś kąpieli mineralnych, nawiedzanych przez 50.000 kuracyuszów co lato, a wówczas małej wioski, zwanej indyjskiem mianem Saratoga (właściwie Saraghoga) jest góra, na której stała jedna tylko budowla — karczma niejakiego Behmusa czy Behmisa. Kościuszko założył tutaj bateryę północną, od której pociągnął szańce w kierunku wschodnim do kanału, następnie w południowym do rzeki i zakończył je druga baterya, ostrzeliwającą brzeg lewy. Przed frontem znajdował się most niewielki na rzeczułce Mill Creek; atak z tej strony zastał utrudniony przez drugę linię okopów. Wreszcie po pierwszej bitwie (19 września zaszłej) dodał jeszcze redutę od strony zachodniej, na pagórku nieco niższym od góry Behmusa.
Zapora była tak silną i skuteczną, że Burgoyne nie tylko sforsować jej nie był w stanie, ale miał przerwane stosunki z Clinton’em. Wiadomo, że po drugim nieudatnym ataku d. 7 października i po kilkudniowem daremnem oczekiwaniu na przybycie Clinton’a, widział się zmuszonym cofnąć się i że ten fatalny odwrót zakończył się złożeniem broni przed ścigającymi go Amerykanami d. 17 października. Dzielnie sprawowały się milicye, sławnym stał się Arnolt ale fortyfikacye były dla niewyćwiczonego wojownika niezbędne. Przyznawał to Gates, że «wielkimi strategikami w tym wypadku były pagórki i lasy, które młody inżenier polski umiał zręcznie obrać pod mój obóz». Odtąd powziął o nim chlubną opinię i zaczął się uczyć jego nazwiska Washington. Pisząc do prezesa Kongresu Laurensa pod d. 10 listopada 1777 r. zamieszcza wzmiankę, że «według otrzymanych przezemnie dobrych informacyj, inżenier armii północnej — zdaje mi się, że się nazywa Kosciuszko — jest człowiekiem nauki i wyższych zalet. Wedle atestacyi, jakie mam o nim, zasługuje bardzo, aby go mieć na pamięci».
Sam Washington nie miał go jednak na pamięci — a to skutkiem przykrości, doznanych nie od niego wprawdzie, lecz od jego zwierzchnika generała Gates, który i sam uchybił subordynacyi, posyłając raport o zwycięztwie wprost do Kongresu, pominąwszy wodza naczelnego, i miał zbyt gorliwych stronników. Nie dość że go wysławiali nad wartość, ale kusili się o odebranie dowództwa Washingtonowi, gdy po niepomyślnych jego bitwach Kongres musiał wynieść się znowu z Filadelfii przed generałem angielskim Howe, który zajął to miasto. Intryga Conway’a okazała się nie dość silną: pozostawiła przecież pewną gorycz w duszy Washingtona, którą on tłumił w sobie, ale która mimowolnie zniechęcała go do podwładnych współzawodnika, o tyle przynajmniej, że się nie troszczył o nich, że nie okazywał im takiej życzliwości, jak towarzyszom swoich trudów i utrapień. Dość przypomnieć dla porównania jego serdeczność, rzec można — czułość, świadczoną Lafayette’owi, którego zaliczył do swej «rodziny wojskowej» czyli sztabu głównego. Wszelkiej wyrozumiałości i uprzejmości doznawał też od niego przybyły d. 20 sierpnia 1777 r. Kazimierz Pułaski ze swym nieodstępnym adjutantem, wielbicielem i biografem, Maciejem Rogowskim. Dzielny ten kawalerzysta odrazu dostał rangę brygadyera i oddział wojska, z którym popisał się dobrze w bitwie pod Germantown (4 października) a następnie wysłany został do Trentonu dla niszczenia wycieczek nieprzyjaciela spólnie z generałem Wayne.
Po zniszczeniu wyprawy Burgoyne’a na granicy Kanady zapanował spokój: więc Kościuszko, dowiedziawszy się o miejscu pobytu współziomka, wybrał się do niego w odwiedziny za urlopem w końcu grudnia na święta Bożego Narodzenia.
Zapisał tę wizytę w swoim pamiętniku Rogowski i udarował nas pierwszą charakterystyką znanego dotychczas tylko z terminologii urzędowej skromnego Litwina. «Kościuszko nie miał miny zawiesistej, jak pan Kazimierz, ale widać było na jego twarzy poczciwość i otwartość szlachecką, a przytem był człowiek niezmiernie słodki i pełen wiadomości: kompania więc jego i dyskurs wielką nam przyjemność sprawiły. Choć równego wieku z Pułaskim (prawie, bo różnica wynosiła nie całe trzy lata), nie znali się z sobą w kraju... ale tu oto na cudzoziemskiej ziemi pokochali się mocno, przyjaźń dozgonną sobie obiecując. Po 10-u dniach zabawy, podczas których, mimo biedy, wysadziliśmy się na traktament staropolski, odjechał Kościuszko do swego korpusu i odtąd go już oczy moje nie spotkaly, dopiero w bitwie pod Dubienką 1792 roku».
Washington wówczas spędzał długą, srogą i głodną zimę w obozowisku leśnem Valley Forge, o 20 mil na zachód od Filadelfii. Czy mu się przedstawił Kościuszko, jadąc na urlop, albo wracając? Niema śladu. Zetknięcie osobiste i poznanie się przy pracy nastąpiło później: we wrześniu r. 1778, nad rzeką Hudson. Po traktacie przymierza z Francyą i ukazaniu się floty francuzkiej na wodach amerykańskich, lord Howe bez walki ustąpił z Filadelfii do Nowego Yorku, który staje się znów główną kwatera angielską. W tę stronę więc przesuwa się czynność wojenna i kraina Wyżyn staje się przedmiotem czujnej uwagi Amerykanów. Zarządzono budowę dwu par fortów po obu brzegach rzeki Hudson oraz głównej fortecy West-Point. Przyjechał Washington do tej ostatniej dla obejrzenia robót i zastał tu Kościuszkę, mianowanego od Kongresu zawiadowcą fortów i bateryi. Nie okazał mu odpowiedniego zasługom uznania, skoro poddawał jego projekty i plany pod zatwierdzenie generała-brygadyera Duportail’a, do którego pisał d. 19 września 1778 z West-Point w takich np. wyrazach: «Pochlebna atestacya, jaką Pan dałeś co do uzdolnienia Kościuszki, usuwa obawy (co do ogólnego planu)... Wszelkie poprawki w granicach ogólnej dyspozycyi, jakie mogą być potrzebnemi, racz Pan wskazać pułkownikowi Kościuszce, aby je wykonał... Zażądaj Pan od pułk. Kościuszki, żeby podał swoje plany do aprobacyi Pańskiej przed rozpoczęciem robót konstrukcyjnych, lub żeby je nakreślił odrazu wedle własnych Pańskich pomyslów». A ten Duportail był jednym z 4-ch inżynierów wojska francuzkiego, umówionych do służby amerykańskiej przez Deana i Franklina, otrzymał nominacyę na pułkownika d. 8 lipca 1777, był więc wówczas równy rangą a młodszy od Kościuszki służbą o 9 miesięcy, nic wielkiego nie zdziałał, Saratogą pochlubić się nie mógł ale przebywając przy boku Washingtona w barakach Valley Forge, wyszedł na brygadyera, na inżeniera naczelnego armii i zasiadał w radzie wojennej już 5 maja 1778 r. Zarobił też sobie na obelisk pomnikowy w West-Point nie on, lecz Kościuszko, obelisk, wystawiony ze składek młodzieży, wychowańców Akademii Wojskowej. Drugim pomnikiem jest sąd gen. Armstronga: «Kościuszko ma zasługę, że nadał fortecy taką siłę, iż odstraszyła nieprzyjaciela od wszelkiego pokuszenia się o zdobycie panowanią nad krainą Wyżyn».
Przez półtrzecia roku budował cytadele, forty, reduty, koszary spokojnie, bez pretensyj, z uległością względem zmieniających się dość często zwierzchników, z dobrotliwością ujmującą względem robotników. Ze swego żołdu, wypłacanego papierowymi pieniędzmi, lub chlebem ze swego stołu zasilał głodnych jeńców angielskich. Mieszkał u niejakiej wdowy Warren. Od Washingtona jednakże, który obozował wciąż nad rz. Hudson, a nawet przez pół roku 1779 miał główną kwaterę w samem West Point, doznawał chłodnego, czysto urzędowego traktowania. Zdarzyło się raz, że zabrano robotników do jakiejś «szczególnej i czasowej posługi» bez uprzedniego zawiadomienia. Wówczas Kościuszko zażądał tranzlokacyi na nowy południowy teatr wojny. Washington w liście datowanym z Peekskill d. 3 sierpnia 1780 r., tłómaczył się zlekka co do popełnionej niegrzeczności, zaznaczał życzenie, aby Kościuszko prowadził dalej roboty, z któremi się obeznał najlepiej, ale w końcu udzielał mu przyzwolenia swego na tranzlokacyę: «Armia południowa, skutkiem ujęcia w niewolę generała Duportail tudzież innych panów tego fachu, nie posiada inżeniera, a gdy Pan wyrażasz, jak się zdaje, życzenie udać się tam raczej, niż pozostawać w West-Point, więc ja, jeśli Pan wolisz to, niż obecne swoje przeznaczenie, nie będę miał nic przeciwko Pańskiemu przeniesieniu». Na to odpisał zaraz (4 sierpnia) Kościuszko «Wybór, jaki raczyłeś mi pozostawić, Ekscelencyo, w liście wczorajszym, jest wielką łaską, a ponieważ wykończenie robót na tym placu w ciągu niniejszej kampanii wśród obecnych okoliczności jest, zdaniem mojem, niemożliwe: wolę przeto udać się na południe, niż tutaj pozostawać nadal. Upraszam o zaszczycenie mnie rozkazami i listem rekomendacyjnym do Wydziału Wojny, gdyż będę przejeżdżał przez Filadelfię. Będę służył Waszej Ekscelencyi za kilka dni, żeby złożyć należne uszanowanie».
Korespondencya ta ujawnia stosunek zaledwo przyzwoity. Inaczej pisywał Washington nie tylko do Lafayette’a, ale i do wzmiankowanego generala Duportail. Inaczej też oceniał Kościuszkę gen. Gates, mianowany dowódcą owej armii południowej. Oto wyjątek z listu jego do Jeffersona: «Wybierając się na ten nowy i, jak powiada Lee, nader trudny teatr wojny, zwracam pierwszą myśl na wybór naczelnego inżeniera, generalnego adjutanta i generalnego kwatermistrza. Kościuszko, Hay i ty zapełnilibyście wybornie te stanowiska, jeśli was nakłonić potrafię do przyjęcia. Doskonałe przymioty tego Polaka, które ty znasz najlepiej, są już teraz należycie ocenione w głównej kwaterze i mogą skłonić inne osoby do stawiania przeszkód jego przyłączeniu się do nas; gdyby jednak przyrzekł nam raz, moglibyśmy na nim polegać».
Chodziło tu o sprawy ważne. Wódz angielski, sir H. Clinton, pozostawiając Washingtona i rzekę Hudson w spokoju, przeniósł akcyę wojenną do Stanów Południowych, gdzie liczył na gorliwą pomoc wielu torysów-plantatorów, kłócących się, a nawet porywających się do walki z republikanami. Już tedy w końcu 1778 r. wysłany przez niego gen. Prevost usadowił się w m. Savannah i, ufortyfikowawszy je, odpierał ataki amerykańskiego gen. Lincoln’a i Pułaskiego; ten ostatni poległ, pędząc z konnicą przez lukę między bateryami (9 paźdź. 1779). Ważne miasto portowe Charleston poddało się po 6-ciotygodniowem oblężeniu Clinton’owi 12 maja 1780 r.; korpus angielski Tarletona śmiało zapuszczał się w Karolinie aż pod góry Apallache. Zadaniem tedy Gates’a było utrzymać dla Unii Stany Południowe.
Kościuszko przyjął ofiarowany mu urząd inżeniera naczelnego armii południowej, ale niezdążył jeszcze przejechać długiej drogi z West-Point przez Filadelfię, gdy Gates stoczył tak nieszczęśliwie bitwę z Anglikami pod Camden, 16 sierpnia 1780, że został usunięty od dowództwa na dwa lata wyrokiem sądu wojennego, a więc unicestwiony w służbie publicznej w ostatnim okresie wojny anglo-amerykańskiej. Zamiast przyjaciela Kościuszko dostał zrządzeniem losu zwierzchnika nieznanego, jednego z najzaufańszych współpracowników Washingtona. Byłto generał Greene. Przyjechał on do swej głównej kwatery Charlotte nad rzeką Catawba 2 grudnia 1780 r. z planem prowadzenia «małej wojny» czyli partyzantki, bo zastał zaledwo 2397 żołnierza, po większej części milicyantów. Zaraz, 8 grudnia, dał Kościuszce niełatwe do wykonania polecenie: przejechać 20—30 mil wzdłuż rzeki Pedee dla wyszukania dobrych pozycyi i przepraw, sporządzić topograficzny obraz kraju, zbadać naturę gruntu, zły lub dobry gatunek wody do picia, ilość produktów w posiadaniu gospodarzy, liczbę młynów, środki komunikacyi i t. d. Są to zadania właściwe dla oficera sztabu głównego, nie dla inżeniera: Kościuszko jednakże zrobił pomiary i zebrał tak dokładne informacye w ciągu miesiąca, że raportowi jego przyznawano «wielki wpływ na przebieg kampanii». W połowie stycznia 1781 r. zabrał się do budowania mostołodzi czyli pontonów, które miały być wożone za wojskiem dla umożebnienia przepraw przez liczne i szerokie rzeki, przecinające tę krainę o ludności rzadkiej, niepewnego albo wrogiego usposobienia, Imięszanej, bo złożonej z Anglików, Francuzów Irlandczyków i niewolników-murzynów.
Greene rozpoczął działania swoje od wysłania Morgana z tysiącem ludzi przeciwko słynnemu Tarletonowi. Morgan odniósł zwycięztwo pod Cowpens, 17 stycznia 1781, uwieńczone zabraniem 500 jeńca i znacznych zapasów broni, amunicyi, żywności, poczem wrócił pomyślnie do głównej kwatery. Żeby się pomścić tej straty, ruszył lord Cornwallis marszem forsownym i dogonił cofającego się Greene’a nad rzeką Yadkin (2 lutego), ale w nocy Kościuszko potrafił przeprawić na swych pontonach całe wojsko, gdy Anglicy stracili dwa dni za wyszukanie brodu. Podobną przysługę wyświadczył Greenowi pod Irvins Ferry nad rzeką Dan (13 lutego). Wszystkie bagaże, działa, zapasy żywności zostały uratowane, pomimo gorącego pościgu nieprzyjacielskiego. Zniechęcony Cornwallis poszedł ku morzu, a Greene przeprawił się napowrót, powiększywszy swą siłę milicyami do 5.000 głów. Kościuszce polecił ufortyfikować Halifax. Przywołał go atoli wkrótce do oblężenia forteczki Ninety Six (96, bo na tyle mil oddaloną była od granicznej twierdzy Prince George). Kościuszko doprowadził przykopy w niezwykle twardym gruncie pod samą fosę, pomimo dzielnego oporu oblężonych, umiejętnie, energicznie pracą dzienną i nocną na trzy zmiany robotników (21 maja do 18 czerwca). Szturm nie udał się z powodu niedostatecznej wytrwałości żołnierza w walce na bagnety i zbliżania się odsieczy, ale Kościuszkę Greene atestował w najchwalebniejszych wyrażeniach, jako jednego z najużyteczniejszych i najmilszych towarzyszów broni... z niczem niezrównanej gorliwości... czujności, staranności.. Bardzo się też wyróżniał bezprzykładną skromnością i zupełną nieświadomością tego, że dokonał czegoś niezwykłego. Nigdy nie objawiał żądań, albo pretensyi dla siebie samego; nigdy nie pominął sposobności odznaczenia i zalecenia cudzych zasług».
W dalszym ciągu partyzanckiej kampanii Kościuszko, nie mając robót inżenierskich do wykonywania, stał się oficerem polowym i prowadził zwykle jakiś oddział do boju, lub na rekonesanse. W bitwie pod Eutau Springs w pobliżu Charlestonu, zrazu zwycięzkiej, a w końcu przegranej z powodu niesforności partyzantów, ocalił życie 40 szeregowcom jeńcom i jednemu oficerowi, których rozjuszeni Amerykanie zamordować chcieli (8 września).
W tym czasie Washington łącznie z francuzkim korpusem generała Rochambeau zbliżał się szybkim marszem do zatoki Chesapeake, nad której brzegiem, w m. Yorktown, zasiadał lord Cornwallis z główną swą siłą 7.000 ludzi. Kapitulacya jego, d. 19 października 1781 r. dokonana, była uznana w Anglii za cios stanowczy. Greene dowiedział się o niej 30 października i nie omieszkał obwieścić jej salwami broni palnej oraz okrzykami tryumfalnymi. Obozował wtedy na pagórkach nad rzeką Santee, o 600 klm. od Yorktownu w najprostszej linii.
Chociaż rok 1782 upływał na układach, które doprowadziły do zawarcia punktów przedugodnych z posłami amerykańskimi w Europie d. 30 listopada, Greene jednakże operował w okolicach Charlestonu. Podstawą jego operacyjną był obóz, wytknięty przez Kościuszkę w odległoś
ci mil 50 ang. w miejscowości, zwanej Round O (Okragłe O). Trapił Anglików podjazdami, w których Kościuszko brał czynny udział i zyskiwał uznanie tak generała, jak i podwładnych oficerów. Nareszcie kapitulował energiczny komendant miasta Leslie 14 grudnia 1782 r. O godzinie 11-ej wszedł do Charlestonu Kościuszko, o 3-ej Greene wprowadził gubernatora i zgromadzenie stanowe do ratusza. Przed zachodem słońca wyszła z portu flota angielska, około 300 żagli licząca. Ogłoszono zaraz amnestyę dla torysów. Wszyscy obywatele nowonarodzonego państwa mogli zjednoczyć się we wspólnej radości.
Na tem zakończyły się działania wojenne. Milicyanci wrócili do swoich warsztatów, pól i wszelkich prywatnych zajęć, ale wojsko «kontynentalne» czyli regularne musiało zostać pod bronią do czasu zawarcia i wykonania traktatów pokoju pomiędzy Anglią a wszystkiemi sprzymierzonemiz Ameryką mocarstwami. Więc Greene i Kościuszko przemaszerowali jeszcze dużą przestrzeń z Karoliny Południowej do obozu Washingtona nad rz.
Hudson pod Newburg, w pobliżu Nowego Yorku.
Tutaj zaszły wielce pouczające dla Polaka wypadki. Zaniepokojeni o przyszłość swoją i o niewypłacony za 1½, roku żołd oficerowie spisali (25 stycznia 1783) akt związku koleżeńskiego i wyznaczyli swoich delegatów do traktowania z Kongresem względem 5-ciu pretensyj, a niepodpisany «adres od oficerów armii» (ułożony przez majora Armstronga, dawniej adjutanta przy generale Gates) ofiarował naczelnemu wodzowi służbę powolną i bezterminową. Nadto, pułkownik pewien, Nicola, od siebie przesłał do niego list z zachwalaniem monarchicznej formy rządu, a więc z insynuacyą, aby się królem ogłosił. Ale Washington nie poszedł drogą Waldsteina lub Kromwela. Zgromadziwszy oficerów, przemówił do nich tak szlachetnemi i przekonywającemi słowy, że pozostali w posłuszeństwie władzy narodowej. Za to poparł ich żądania gorąco przed Kongresem, zakładając z góry protestacyę przeciwko niewdzięczności.
Sejm amerykański nie dopuścił się niewdzięczności. Uchwalił, że z chwilą rozpuszczenia wojska otrzyma każdy szeregowiec gratyfikacyę w kwocie żołdu 4-miesięcznego, a każdy oficer-5-letniego z podwyższeniem rangi o jeden stopień; wedle tej rangi otrzyma również każdy obiecane dawniej grunta.
Względem Kościuszki Washington spełnił też obowiązek sprawiedliwości, pisząc do prezesa Kongresu d. 2 października 1783: »Panie, mam zaszczyt przesłać Waszej Ekscelencyi kopię listu, otrzymanego od pułkownika Kościuszki w przedmiocie awansu jego. Awans ogólny, obecnie w Kongresie stojący na porządku dziennym, jeśli nastąpi, stosowałby się i do niego, lecz ten — zdaje się — nie odpowiada życzeniu jego. Jako cudzoziemcowi, przypuszczam, odpowiadałby lepiej jego widokom i interesom awans oddzielny, a znając wartość i zasługi jego, tudzież zgodne świadectwa wszystkich, którzy go znają, mogę tylko zalecić go, że godnym jest tej łaski Kongresu». Rezolucya Kongresu (13 paźdź) brzmi: «Zważywszy raport Komitetu (złożonego z pp. Reep, Peters i Duane) o odezwie naczelnego wodza z dnia 2 b. m. i list sekretarza (ministra) Wojny z d. 8 sierpnia, postanawia się, że sekretarz Wojny ma wydać pułkownikowi Kościuszce patent na szarżę generała-brygadyera i oświadczyć temu oficerowi, te Kongres jest przejęty wysokiem uznaniem dla jego długich, wiernych i cennych wielce zaslug».
Przyjemniejsze jeszcze, bo niespodziewane, przynajmniej bez upominania się udzielone, spotkało Kościuszkę odznaczenie od kolegów: zamieścili go w liczbie trzech cudzoziemców, którzy mieli należeć do zawiązanego w d. 19 czerwca t. r. w tym samym obozie pod Newburg «Towarzystwa Cyncynnatów», którego zadaniem było trwać w serdecznej przyjaźni, święcić na zgromadzeniach swoich pamięć wielkiej wojny, przyczyniać się do krzewienia wolności między ludźmi, utrzymywać życzliwe stosunki pomiędzy Stanami Unii, wspierać swych członków w potrzebie.
Członkowie mieli nosić znak: na niebieskiej z białem wstędze złotego orła z brylantowemi oczyma i tarczą na piersiach, ozdobioną wizerunkiem Cyncynnata, witanego przez senatorów rzymskich, oraz napisem: «Omnia relinquit servare Rempublicam etc. Znak ten zwano pospolicie orderem Cyncynnata. Prezesem Towarzystwa został obrany Washington. Pierwsze zgromadzenie odbyło się d. 5 maja 1784.
Tymczasem Anglicy oddali Amerykanom Nowy York, 25 listopada 1783, i odpłynęli w wykonaniu traktatu paryzkiego, uznającego niepodległość Stanów Zjednoczonych, a 23 grudnia po uregulowaniu rachunków i dokumentów stanął Washington przed Kongresem, zasiadającym wówczas w Annapolis, złożył powierzoną mu przed 8-u laty władzę, wypowiedział gorącą pochwałę wojsku, serdecznie pożegnał zgromadzenie i oświadczył, że usuwa się od wszelkich urzędów publicznych. Zgodził się przyjąć, jako znak wdzięcz ności, od narodu jedynie prawo przesyłania i odbierania listów przez pocztę bezpłatnie. Odjechał do swego wiejskiego dworu Mount Vernon.
I. Kościuszko mógłby osiąść na gospodarce w Ameryce: miał przecie wydzielony sobie spory kawał ziemi. Ale w duszy jego ozwał się pociąg do Ojczyzny. Gdy opuścił ją z sercem rozdar tem i głową, znękaną myślami rozpacznemi, niechętnie pisywał listy, tak, że w kraju nic prawie o nim nie wiedziano i Czartoryski w końcu 1778 roku kazał zasięgnąć o nim wiadomości od Franklina w Paryżu. Od r. 1780 wszakże znajduje się ślad korespondencyi jego z Julianem Ursynem Niemcewiczem, Brześcianinem z zamieszkania, kadetem z wychowania. Dowiedział się tedy Kościuszko czy z tej korespondencyi, czy z listu samej Ludwiki (datowanego 5 maja 1781), be ojciec zmusił ją do zamążpójścia za Józefa księcia Lubomirskiego, że ona jednak przechowuje niezmienną i dozgonną miłość dla odepchniętego przez nich oblubieńca.
Kościuszko uznał tę sprawę sercową za ukończoną. Sprawę majątkową naprawił, bo gdyby nic nie pozostało z Siechnowicz, wystarczyłby mu na życie fundusz, przyznany w Ameryce, wynoszący 12,280 dolarów jako żołd skapitalizowany.
Na razie fundusz ten nie był wypłacony z powodu zawikłań finansowych nieuporządkowanego jeszcze państwa, ale wydano mu certyfikat z asygnacyą na pobór procentów 6% w Paryżu aż do czasu wypłaty kapitału. Czyniło to 736 dolarów rocznego dochodu czyli przeszło 6,000 złp. Więc można było mieszkać w Polsce, służyć Polsce, nie żądając od Polski nawet chleba powszedniego...
Wsiadł Kościuszko w Nowym Yorku na okręt w lipcu 1784 r. i popłynął do Francyi, a stamtąd dostał się w swoje rodzinne strony, zapewne pod koniec tegoż, lub na początku 1785 roku.
Powitały go w kraju przyjemniejsze, niż dawniej wrażenia — nasamprzód przy spotkaniu z Estkami. Pan Piotr wywiązał się z danej mu plenipotencyi znakomicie pokończył procesy działowe i kredytowe, oczyścił Siechnowicze-Dawidowszczyznę, spłacając wierzycieli własnym groszem, i oddał ją Kościuszce, nie odebrawszy nawet sumy zastawnej. Uczynił to z taką delikatnością, że pan «Jenerał wojsk amerykańskich» osiadł na swem dziedzictwie ze spokojnem sumieniem i zupełnem przeświadczeniem o niezachwianej mocy swego prawa własności. Wiedział, że ma długi, lecz na spłacenie ich miał przecie certyfikat amerykański.
Dawny dwór matki znajdował się teraz w posiadaniu szwagra Żółkowskiego i przezwany został Żółkowszczyzną («Żółkiwszczyna» w ustach ludu miejscowego, do dziś dnia), albowiem brat Józef został wywłaszczony z całego mienia i tulał się gdzieś, zasilany czasem datkami poczciwej Anny Estkowej. Wyznał on winy swoje względem Tadeusza aktem formalnym, podpisanym własnoręcznie i przez pieczętarzy w Dołholisce (d. 8 sierpnia 1786 r.); we trzy lata później umarł i pochowany został w Wisznicy (15 maja 1789 r.).
W 39-m roku życia, po tylu wędrówkach, studyach naukowych i przygodach wojennych Kościuszko stał się ziemianinem województwa Brzeskiego, rozpoczynał gospodarkę na własnym zagonie. Znamy ten dwór z przytoczonego wyżej inwentarza Dawidowszczyzny. Soroka widział w dużym pokoju na prawo z sieni stół ordynaryjny stary, kilka stołków drewnianych i staroświecką szafę kredensową; z niego druga izba przepierzona dzieliła się na pokoik sypialny i garderobę; w sypialni stało łóżko na środku i przy niem, stolik niewielki, na którym książki, kałamarz i papier; do podawania kawy taca, ręką pana K. z jabłoni toczona. Gospodarstwem kobiecem zarządzała stara ciotka (Zuzanna Kościuszkówna); liberya składała się z dwu osób: lokaja i furmana. Z listów, do siostry Anny pisanych, dowiadujemy się, że Kościuszko chciał sprowadzić stolarza za umową roczną: «dam jemu 100 złt., a nareszcie 150», gdy zaś księżna (Sapieżyna Krystyna z Sanguszków, wdowa po Władysławie) nie puściła swego stolarza, zapytywał: czy nie można dostać od niej ze dwanaście stołków. Posyłał podwody po krzesła i kanapy. Widać ztąd, że meblował pokój bawialny, który musiał znajdować się na lewo od sieni, jak dzisiaj, bo dom mieszkalny państwa Bułhaków stoi na dawnych owoczesnych fundamentach. W ogrodzie owocowym Kościuszko urządził istniejący do dziś dnia «labirynt» z leszczyny: ścieżka wązka kręci się między gęstemi ścianami zieleni w tylu zagięciach, że można kilkanaście minut chodzić na małej stosunkowo przestrzeni, nie widząc nic poza temi ścianami. Zasadził też wielkie drzewa po obu stronach szerokiej alei. Po wyjeździe z Siechnowicz przesyłał jeszcze polecenia: «Posadźcie brzózek małych w promenadzie, zaraz za budynkiem, koło dołu. Proszę, posadźcie szczepy, od Laskowskiego darowane, i w te miejsca, w których się dawniejsze nie przyjęły». Była i sadzawka, zarosła ajerem (tatarakiem); w niej płodziły się dzikie kaczki, które, żeby nie były płoszone, troskliwie pielęgnował.
Nie był odludkiem; owszem lubił towarzystwo i chętnie go szukał. Wiemy to od Kniaziewicza, że miał upodobanie w grach takich, jak gotowalnia, cenzurowany, mruczek i t. p. Przyjechawszy do jakiegoś szlacheckiego domu, zwłaszcza gdzie były panienki, zwykle napędzał do takich zabaw młodzież i sam się do nich mieszał. Obejście jego było pełne prostoty. Był bardzo grzeczny, kłaniający się, potulny i wyglądał na ubogiego niepoczesnego szlachcica. Miał miłe sąsiedztwo o miedzę w Siechnowiczach Wielkich, które wyszły już na zawsze z posiadania Iwanowiczów-Kościuszków i stały się niedawno własnością księcia Czartoryskiego, a dzierżawą zastawną Michała Zaleskiego, wojskiego W. X. Litewskiego. Był to słynny z wymowy patron czyli adwokat, wsławiony obronami wielu osób, niegodziwie napastowanych przez sądy konfederackie Ponińskiego w latach 1773—5. Zapisał się on też i na kartach historyi politycznej jako członek Komisyi Skarbowej Litewskiej podczas głośnej sprawy podskarbiego Tyzenhauza, jako poseł na sejmy 1780 i 1788 r., wreszcie jako redaktor znakomitej «Relacyi w sprawie oskarżonych o bunty» z r. 1789. Można więc było z nim omawiać sprawy publiczne i Kościuszko nietylko ustne z nim prowadził rozmowy, ale niemało zamienił listów nawet wtedy, gdy w ich poglądach objawiły się wielkie i nieprzejednane różnice. Zaleski bowiem konserwował zasady staro-szlacheckiego republikanizmu był przeciwny wyzwoleniu włościan, rozszerzeniu praw mieszczan i całej Ustawie Trzeciego Maja. Zajeżdżała do skromnego dworku Dawidowskiego i pani Zaleska; Kościuszko przyjmował ją z właściwą XVIII wiekowi galanteryą, a komplementów nie skąpił, pisząc do męża: «O, żebym to ja mógł dostać taką żonkę. Przykładem jest ona dla tysiąca... To nie w Warszawie obaczyć. A w jakim miesiącu rodził się Wojski Dobrodziej? Tobym mógł się odważyć i ja żenić, jeśli w tym samym moje urodziny były. Proszę nie być zazdrosnym, że ja w niebytności, jego całuję w rączki panią kilka razy. Odjeżdża to bieda — do Szyszowa na kilka dni. Twój nazawsze prawdziwy i najniższy sługa».
Przyjaźnił się Niesiołowskimi, osiadłymi w województwie Nowogrodzkiem. Niezawodnie nawiedzał ich wspaniały chociaż drewniany dom w Worończy, odwzorowany świeżo w Wielkiej Encyklopedyi Illustrowanej, jako najlepszy okaz «Dworu» polskiego. Utrzymywał dobry stosunek z ciotecznym bratem swoim Rafałem Załęskim (po ciotce Joannie), narysował dla niego plan domu w Pieszczance i dał mu sygnet ze swoją miniaturą. Ów Rafal był żonaty z Ancutówną, której siostra rodzona wyszła za mąż za Antoniego Wereszczakę i została matką «Maryli» Mickiewicza, hrabiny Puttkamerowej. Bywał Kościuszko i w wileńskich stronach.
Tak zasnuwały się coraz gęstsze nici porozumienia i sympatyi ze społeczeństwem litewskiem, a Dołholiska, siedziba najlepszej siostry Anny, owdowiałej d. 3o kwietnia 1787 r. pociągała go w granice Korony. Dojeżdżał do Puław, w owym czasie wielce ożywionych zjazdami znakomitości ze świata arystokratycznego i literackiego. Był przyjmowany serdecznie przez dawnego komendanta i opiekuna swojego oraz przez niepospolitą małżonkę jego, księżnę Izabelę Czartoryską, bo zawiązał się z nimi nader życzliwy, niemal zażyły stosunek, jak to się ujawni w latach późniejszych.
Niepodobna określić daty — może w przejeździe z zagranicy przez Warszawę, ale z pewnością przed dniem 18 października 1788 r. prezentował się Kościuszko Stanisławowi Augustowi i ofiarował mu jakiś sztych (estampe) w darze, czem rozczulił go bardzo.
Wracając z tylu, dość częstych, jak widzimy wycieczek do swoich Siechnowicz, brał się do gospodarki rolnej. Kazał «rano» siać jęczmień i onies, pilnować, żeby uprawa była dobra. Wyrabiał sery holenderskie. Sprowadzał trawę angielską, ponieważ zwykła litewska wydawała za mało siana. «A żyta jest dosyć» pisze w jednym liście.
Ale pieniędzy miewał mało. Intratę swoją podał Komisyi Dziesiątego Grosza w kwocie 992 złp., a więc wyższą o parę setek od owej przeciętnej, którą wykazywał nierządny brat Józef z obu majątków siechnowickich, niedostateczną wszakże na zaspokojenie wcale nie zbytkownych osobistych wydatków. Pisał np. do Estkowej: «Siostrzyczko! Zmiłuj się przysyłaj mi pieniędzy jak najprędzej, bo mam wielką potrzebę. O arendę się staram i już mam napiętą; nie wiem jeszcze, jeżeli nie jest droga, bo i na to uważać potrzeba, a potem żeby w blizkości was była, Pieniędzy! Zmiłuj się. Bywaj zdrowa!»
Wątpić można, żeby mu dała większy dochód arenda czyli dzierżawa, kiedy na własnych gruntach wyciągał niespełna 2½% od kapitału, włożonego w nie przy akcie kupna, które uznawano za tak tanie (40000 zł.), że sprzedający Dawid wymówił sobie bezpłatne mieszkanie we dworze i korzystał z niego przez lat kilka. Przyczyna niepowodzenia gospodarczego tkwić musiała w wadliwym rachunku pana generała amerykańskiego. Jakoż porównywając dyspozycye jego listowne z inwentarzem spostrzegamy, że zmniejszył do połowy pańszczyznę męzką, do 2 dni w tygodniu, od samych gospodarzy bez czeladzi, a kobiecą skasował całkiem. Dla czego? Oczywiście, w imię filozofii i filantropii, pojmowanej radykalnie. Niegdyś pradziad jego, Aleksander Jan, wyraził w testamencie troskliwość o «czeladkę», o poddanych swoich, których «tak hodował, jak własne swoje dzieci»: ale Tadeusza nie zadawalniał ów ojcowski, patryarchalny stosunek. Washington miał starannie rozmierzone i ponumerowane pola, 7-letni płodozmian, i otrzymywał wciąż wzrastające plony z uprawy 525 akrów: ale wymagał 672 dni roboczych tygodniowo od 113 osób, mężczyzn, kobiet i dzieci, niewolników swoich, a Kongres Stanów Zjednoczonych uchwałą z d. 23 marca 1790 roku orzekł, że nie jest mocen ani wyzwalać niewolników, ani ogłaszać przepisów obchodzenia się z nimi. Kościuszko, spędziwszy parę lat w t. zw. «strefie czarnej», w Karolinie, widział okrucieństwa plantatorów w obchodzeniu się z murzynami i odtąd marzył zawsze o wyzwoleniu ich. Osiadłszy w Siechnowiczach wśród «białych», wśród swoich współziomków i współrodaków, czyż mógł pozwolić, aby ich przymuszano do pracy bizunem? Powtarza on niejednokrotnie, że «w naturze wszyscy równi jesteśmy: bogactwa i wiadomości tylko czynią różnicę». Za powinność poczytywał «mieć wzgląd na ubogich i oświecać niewiadomość, prowadząc do dobrych obyczajów». Nie uznaje tedy żadnej niewoli w zasadzie. «Poddany — słowo przeklęte powinno być w oświeconych narodach». Radby uczynił zupełnie wolnymi wszystkich chłopów, lecz widział «przeszkodę w rządzie krajowym», którego, jako człowiek skromny, wywracać ani podkopywać nie śmiał. Zdaje się, że nie rozumiał trudniejszej przeszkody w ogólnych warunkach produkcyi rolniczej i ustroju ekonomicznego wszystkich narodów owoczesnych. Bo czemże zastąpić pracę ręczną, kiedy nie istniały jeszcze lokomobile, młocarnie, żniwiarki, grabie mechaniczne? To też zmniejszenie pańszczyzny i usunięcie bizuna nie przysporzyło mu plonów. Gdy się wyczerpała przywieziona z Ameryki gratyfikacya, musiał on pożyczać od Jana Nepomucena jakichś 30 dukatów (27 grud. 1788) i u Millera konsyliarza J. K. M-ci (lekarza w Brześciu) «różnemi czasy» do d. 6 listopada 1789 razem 240 duk. czyli 4320 zł.
Dziwny jakiś przypadek zrządził, że Kościuszko nie odebrał ani jednej raty procentów od swego certyfikatu. Poseł Stanów Zjednoczonych przy dworze angielskim Pickney przesłał całkowitą należność aż po dzień 1 stycznia 1780 r. w tracie filii holenderskiej jakiegoś banku amerykańskiego na Lipsk, lecz ta gdzieś zaginęła, czy może akceptowaną nie była i Kościuszko nie dostał ani grosza. Bo kredyt Stanów Zjednoczonych nie był jeszcze ustalony w Europie, dopóki się nie zdobyły na wytworzenie konstytucyi i rządu prawidłowego. Wiadomo zaś, że Washington, pierwszy prezydent Unii, objął urzędowanie d. 30 kwietnia 1789 r.; sprawa długu publicznego zdecydowaną została rzetelnie i szlachetnie przez Kongres uchwałą z d. 4 sierpnia 1790; Bank Narodowy, który miał tę uchwałę wykonać, został założony otwarty d. 8 lutego 1791 r. Nastąpiło też uregulowanie rachunków z Kościuszką, ale dopiero w 1798 roku. On sam zresztą nie przedsiębrał żadnych kroków do rychlejszego odbioru, o ile się widzi w przechowanej korespondencyi z Amerykanami: Pawłem Jones, słynnym ze zdobycia kilku okrętów marynarzem, który bywał w Amsterdamie, Wiedniu, a nawet i w Warszawie, oraz Dawidem Humphreys, który przesłał portret zmarłego przedwcześnie generała Greene i podpisywał się poufale: «Mój drogi Kościuszko, jestem twoim szczerym przyjacielem i uniżonym sługą».
Tyle napotykał poważania, uprzejmości i życzliwości Kościuszko u obcych i swoich, że te małe kłopoty pieniężne i kilka błahych pozwów sądowych nie mąciły mu spokoju ducha zwłaszcza, że zajmowały go żywo sprawy krajowe. Na sejmie grodzieńskim d. 3 listop. 1784 Aleksander Linowski, poseł krakowski, rzucił pierwsze nieśmiałe słowo o stu tysiącach żołnierza. W r. 1785 ukazało się ognistemi głoskami kreślone dzieło Staszyca «Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego». W 17-tu rozdziałach wyłożony tu był cały szereg niezbędnych reform i sformułowany program prosty, jasny, przekonywający. Nareszcie sejm Czteroletni, przejmując się tym programem, pierwszą uchwałą swoją d. 20 października 1788 r. jednomyślnym okrzykiem przyjął wniosek Walewskiego, niegdy konfederata barskiego, a wówczas wojewody sieradzkiego, powiększenia wojska do 100.000 głów.
Kościuszko rozprawiał z Zaleskim (zapewne i z wielu innemi osobami) o reformach, o t. zw. buntach ukraińskich 1789 r., o postępowaniu względem Rusinów, o braku dumy i ambicyi narodowej u Polaków, o niewyrobieniu indywidualności narodowej wobec innych narodów. Rzucił na papier swoje «Uwagi» nad zabezpieczeniem wolności przed militaryzmem wobec mającej się utworzyć armii. «Supponujmy, czego broń Boże, aby kilku generałów, zniósłszy się, zechciało w naszym kraju uczynić spisek. Oprócz oficerów kilku, nic niema w kraju, coby się oprzeć mogło zuchwałej ambicyi i rozjuszonej rozpuście. Więc potrzeba wyciąga, aby obywatele sami opatrzyli sposób ochrony swojej... uformowaniem milicyi... Po wszystkich województwach, ziemiach, powiatach (powinny być w gotowości) jeden regiment pieszy i drugi kawaleryi. Oficerowie powinni być obierani na sejmikach. Każdy żołnierz powinien mieć wydanych sobie kilkadziesiąt ładunków i nosić mundur województwa. Regiment szykować się ma we dwa szeregi: w pierwszym szlachta, w drugim żołnierze z mieszczan i chłopów. Exercerunek zasadzać się ma na najniezbędniejszych obrotach i czynnościach: W lewo, w prawo, zachodź! Gotuj! Cel! Pal!» Milicya taka, jak widzimy, różniłaby się wielce od pospolitego ruszenia poprzednich czasów, owego «summum praesidium ac robur piersi szlacheckich»; jest pomyślana po amerykańsku; szlachcie pozostawia tylko stanowisko honorowe w pierwszym szeregu zarówno w kawaleryi, jak i w piechocie, dotychczas pogardzanej przez nią; praktycznie i łatwo przystosowuje się do wymagań wojskowości XVIII wieku: nie pozostanie też martwym papierowym projektem.
Nie powziął wszakże Kościuszko niechęci do wojska liniowego, do owej uchwalonej armii. Owszem, musiał oświadczyć swoją chęć wstąpienia do niej, skoro sejmik brzeski zamieścił w instrukcyi dla posłów swoich artykuł o zaleceniu stanom jego właśnie i Zabiełły do szarż wojskowych. Znaleźli się też w izbie sejmowej mówcy, którzy to zalecenie popierali, i rozmaici protektorowie, a nawet protektorki, którzy docierali do Stanisława Augusta. Najgorliwszą w zabiegach okazała się Ludwika z Sosnowskich księżna Lubomirska, jak sama donosiła Kościuszce w bardzo tkliwym liście z d. 21 maja 1789 r. Po długich rozprawach nad etatem wojska na sesyi 165-ej d. 1 października Kościuszko został mianowany z tronu generał-majorem wojska koronnego razem z Zabiełłą, przyjacielem dawnym Orłowskim, przybyłym z Bawaryi Suffczyńskim i z synowcem królewskim księciem Józefem Poniatowskim. Brak pieniędzy nie stawał teraz na zawadzie, bo to była szarża nowa, której nikt przedtem nie posiadał, a więc od nikogo jej odkupować nie należało.
Zmartwiło Kościuszkę to tylko, że zaliczonym został do wojska koronnego, a chciałby służyć w litewskiem. Zżył się z Litwinami w ciągu lat 5-u i uczuwal podszepty prowincyonalizmu. Podał notę do Komisyi Wojskowej z wyrażeniem chęci swojej, lecz otrzymał odpowiedź odmowną z d. 13 listopada 1789 r., chociaż prezydował wówczas życzliwy mu Niesiołowski, wojewoda nowogrodzki: nominacyi przez sejm zatwierdzonej Komisya odmienić nie mogła. Potem d. 7 stycznia 1790 wyszedł ordynans, wzywający go do objęcia komendy w dywizyi Wielkopolskiej i stawienia się na dzień 1 lutego w Brześciu lub we Włocławku. Kościuszko znajdował się gdzieś w zapadłym kącie województwa Wileńskiego, bo otrzymał to pismo ledwo 19 stycznia. Bez oporu, jak najpośpieszniej wybrał się w podróż nakazaną. Siechnowicz nie oglądał już nigdy w życiu.
Nie zdążył Kościuszko przybyć na dzień wskazany do Włocławka. Zameldował się swojemu zwierzchnikowi Karolowi Malczewskiemu, generał-lejtenantowi dywizyą wielkopolską komenderującemu, raportem, datowanym d. 3 lutego 1790 r. z Sochaczewa, tłomacząc się późnem otrzymaniem ordynansu i niemożnością przeprawy przez Wisłę, która go zatrzymała przez kilka dni na Pradze. Prosił o zdatnego do prowadzenia korespondencyi oficera, albo chociaż podoficera. Przyjechawszy na miejsce przeznaczenia nazajutrz, zachorował na fluksyę i ból głowy: więc powtórne doniesienie wysłał 9 lutego i od tego dnia datuje się czynna jego służba w wojsku koronnem, która daje się studyować z zupełną dokładnością, ponieważ znalazło się jego Archiwum, czyli cała korespondencya sztabowa z lat 1790, 1791 1792, a nie brak też wiadomości z akt Komisyi Wojska Obojga Narodów i z listów prywatnych.
Włocławek nie podobał się Kościuszce. Na trzeci dzień po przyjeździe, w wielkiem rozdrażnieniu (od fluksyi), 7 lutego, pisany był list do gen. Niesiołowskiego: «Zaklinam na wszystko, co jest najmilszego, to jest żonę i dziateczki... abyś chciał JWPan Dobr. wyrwać mię z miejsca tak nieprzyjemnego, kosztownego i nic jeszcze nie mającego. Bóg widzi: słowa nie mam do kogo przemówić, i dobrze — bo z wołami nigdy nie gadałem. Co za Gaskony! (widać ztad, że gadał, kiedy dostrzegł gaskońską próżność Włocławiaków). Ale dam pokój opisywać krajowych; powiem tylko, że kraj piękny i tenby być powinien dla poczciwych i gospodarnych Litwinów, a nie dla nich, gnuśnych i niedbałych. Chciejcie mnie powrócić do Litwy...Któż jestem? Azali nie Litwin, spółrodak wasz, od was wybrany? Komuż mam wdzięczność okazywać, jeżeli nie wam? Kogo mam bronić, jeżeli nie was i siebie samego? Jeżeli to was nie zmiękczy do wniesienia o mnie na sejmie, Bóg widzi, co złego sobie zrobię. Bo złość mnie bierze: z Litwy, abym w Koronie służył, gdy wy nie macie trzech generałów»...
Pokazało się jednak, że ukochani Litwini są gnuśniejsi i niedbalsi od «Gaskonów». Nie mieli ani jednego prawdziwego generała i nie upomnieli się o niego na sejmie. Ale i on «nic złego» sobie nie zrobił. Wyzdrowiawszy, zabrał się do pracy raźnie, sumiennie i skromnie. Zamawiał u Malczewskiego pobłażliwość dla uchybień, jakich dopuścić się może przez nieznajomość urządzeń krajowych. Dla nabycia znać powagi u «Gaskonów» pisał w tytule swoim: «kawaler orderu amerykańskiego Cincinnatus», ale po kilku tygodniach odrzucił ten dodatek na zawsze. Raporty i rozkazy swoje pisywał, a czasem i przepisywał własnoręcznie, nie mając nietylko sztabu, ale i jednego zdatnego adjutanta. Przypadła mu najpierw czynność organizacyjna: więc wzywał oficerów do stawienia się, zarządzał ćwiczenia czyli exercerunek, prowadził rachunkowość, ściągnął w końcu marca raporty od regimentów i szwadronów, a w kwietniu odbywał lustracyę, objeżdżając wszystkie oddziały na ich konsystencyach.
Kreski w licznych rubrykach przy nazwisku każdego żołnierza świadczą o ścisłości oględzin.
Nadeszła chwila radosna dla stronnictwa patryotycznego w łonie sejmu — d. 29 marca (1790). Król pruski Fryderyk Wilhelm II zawarł z Polską przymierze na stopie równości i samodzielności międzynarodowej z obowiązkiem wzajemnego posiłkowania się w wojnach odpornych: Prusak 14-u tysiącami piechoty i 4-ma kawaleryi, Polska 4-ma piechoty i 8-u tysiącami jazdy; przytem proporcyonalną ilością dział. Zasnuwano plan wojny z Austryą w celu odebrania Galicyi na rzecz Polski i zyskania kompensaty dla Fryderyka Wilhelma za zdobycze na Turcyi, jakie osiągnąć miały Austrya i Rosya w toczącej się ówcześnie wojnie. Komisya Wojskowa zatem przyśpieszyła kompletowanie, ekwipowanie, uzbrajanie wojsk bronią, dochodzącą teraz bez przeszkody przez pruską granicę, a sejm nadał wakującą komendę dywizyi Małopolskiej Ludwikowi księciu Wirtemberskiemu, zięciowi Czartoryskich, generałostwa ziem podolskich (1 maja). Kościuszko został przeniesiony do tej dywizyi, posuwanej ku granicom Austryi. Wyjechał wtedy z niemiłego sobie Włocławka. Zatrzymywał się w Warszawie Musiał być powoływany do jakichś narad w Komisyi Wojskowej, bo jego ordynans z d. 18 czerca jest datowany «na sesyi» tej Komisyi.
Teraz miał sposobność zetknąć się z wybitnymi członkami sejmu: Niemcewiczem, bardzo czynnym w izbie poselskiej i w literaturze, z Ignacym Potockim, marszałkiem w. litewskim, i z Hugonem Kołłątajem, podkanclerzym koronnym. Ten ostatni zostawił piśmienne świadectwo swego uwielbienia i szacunku, jakie żywił dlań przed poznaniem się, zakończone następnem oświadczeniem: «w krótkiem obcowaniu przekonany zostałem, że przywiązanie się do Jego Osoby nietylko czyni mi honor, ale zasługę w oczach narodu i ludzkości».
Od końca czerwca przez lipiec i sierpień przebywał Kościuszko w Lublinie jako «GenerałMajor w Dywizyi Małopolskiej Komenderujący» Utrzymywał odwachy przy bramach miejskich, uczył oficerów i podoficerów obchodzenia się z przyjezdnymi wedle przepisów służby garnizonowej, zalecał pułkownikom »pod odpowiedzią ścisłą, ażeby... handgriff był przerobiony z ludźmi, szarżerunek także w nacieraniu i w cofaniu, atak bagnetowy, uformowanie kolumny i jej rozwinienie różnym sposobem, odmieniając co tydzień, czworogran także dwojakim sposobem, aby raz sekcyami zachodzić, drugi raz cugami z uformowaniem linii należycie prostej i to wszystko podług regulaminu nowego». Żądał od księcia Wirtemberga, a gdy nie otrzymał pożądanej rezolucyi, więc od Stanisława Potockiego, generała artyleryi, kilkudziesięciu funtów prochu «na egzercerunek z ogniem... Chciałbym z batalionem kilka razy mieć artyleryę do przyzwyczajenia onych» (żołnierzy). Zjeżdżał wyznaczony od sejmu lustrator Rzewuski; znalazł on «dywizyę» w tak dobrym porządku, że Komisya Wojskowa wyraziła Kościuszce podziękę za wzorową staranność o jej utrzymanie i wyćwiczenie.
Rozchwiały się wszakże projekty wojenne i dywizya Małopolska miała przygotować się do «długiego marszu» — na Wołyń, Podole i Ukrainę dla zabezpieczenia granic». Kościuszko nie omieszkał poczynić stosownych starań o furaż, prowianty, o mundur zimowy i ułożył marszrutę dla swoich trzech batalionów, 8-u szwadronów kawaleryi narodowej, pułku przedniej straży i artyleryi z amunicyą. Wymarsz zaczął się 30 sierpnia; on sam wyruszył o kilka dni później przez Dubienkę, Stary Konstantynów, do Międzyboża, miasteczka Czartoryskich, gdzie kwatera jego mieściła się długo — do końca lipca 1791 r. Ztąd przedsiębrał częste i dalekie rozjazdy. Zbliżając się do Kamieńca, odezwał się do dawnego kolegi i przyjaciela Orłowskiego, komendanta tej fortecy. Odpowiedź z d. 3 grudnia 1790 brzmiała: «Serdecznie kochany przyjacielu!... Od wszystkich słyszę, że parę godzin na miejscu nie dosiedzisz i jak Tatar się tylko włóczysz, nigdzie miejsca nie zagrzawszy. Ja to jednak approbuję. Znać, że chcesz komendę swoją w karności i regularności służby utrzymywać... Przewiduję ja jeszcze we włóczeniu się twojem inną przyczynę, z którą się przedemną wydałeś... Piszesz mi niby o żonkę, jeżelibym tu jej dla Ciebie nie widział. Widzę, że Ci pilno... Wiesz, że dla komendanta fortecy rzadka bywa zdobycz: komendantów polowych się o to pytać trzeba...» Domysł »pilno ci» był trafny. Kościuszko pragnął życia rodzinnego, a doliczał się 45-u lat życia.
I oto, ucieszył go przelotny uśmiech losu. W Międzybożu właśnie bawili dla kuracyi u renomowanego lekarza Hakenszmita państwo Żurowscy z 18-letnią córką Teklusią; mieszkali w tak małej odległości od kwatery Kościuszki, że z okien mogli siebie wzajemnie obserwować. Poznali się łatwo. Raz panna zauważyła wychodzącego zbyt prędko oficera i napisała z wymówką do generała o niegrzeczne traktowanie podwładnych. Ten usprawiedliwiał się, że w interesie publicznym pokazywał oficerowi, jak ma być dany kwit na pieniądze, odebrane za asygnacyą, «ale się z nim pięknie i grzecznie przywitałem; a że wyszedł prędko zapewne dla tego.
że widział wiele papierów, nieskończonych przeze mnie». Wywiązała się potem czulsza korespondencya, w której pan generał ujawnił całą słodycz i delikatność swego charakteru, sentymentalizm, właściwy czytelnikom owoczesnej literatury francuzkiej, i skłonność do poetyzowania w częstem używaniu metafor. «Klękał», całował «rączki», żądał, aby «nadstawiła ust» i t. d. Zdaje się, że bywało to nie tylko na papierze, bo panna odpowiadała wzajemnością tak dalece, te padła do nóg ojcu, wyznając przywiązanie do Kościuszki. Matka jej i krewna, Tekla Orlewska, sprzyjały mu jawnie. Ale ojciec «powiedział coś dotkliwego i sam potem płakał», a Kościuszce zaczął okazywać twarz niełaskawą. Dla czego? Bo uznawał go za nierównego sobie fortuną — on, chorąży żydaczowski, co żadnej chorągwi nie nosił nigdy, właściciel dwu wsi, jednej na Podolu, a drugiej w Galicyi, które zapewne nie przynosiły mu rocznie 12 tu tysięcy złł., jakie pobierał Kościuszko z tytułu generał-majora! Przyplątały się jeszcze jakieś plotki, obawy, «podejrzenia» — podobno z legend o porywaniu Ludwiki Sosnowskiej. Kościuszko mawiał zwykle o sobie, że nie jest bogaty i w r. 1791 zgłaszał się o arendę do Stanisława Poniatowskiego, podskarbiego w. lit, ale przecież powoływał się na świadectwo jednego oficera z województwa Brzeskiego, że ma «dziedzictwem wieś i sam ją trzyma». «Podejrzenia» starał się rozproszyć najusilniejszemi protestacyami. Przestał przychodzić do mieszkania Żurowskich, a gdy jego kwatera sztabowa przeniesioną została do Niemirowa (od października 1791), utrzymywał tylko listowne stosunki. Ton jego listów, do szlachcica obskuranta pisanych, mógłby się wydać zanadto uniżonym, gdybyśmy o tem zapomnieli, że Kościuszko miał wtedy pod komendą swoją kilkanaście tysięcy żołnierza i nicby go nie kosztowało porwać nie tylko pannę chorążankę, ale i samego chorążego, chociażby z całą jego powiatową chorągwią. Wszak nic bardzo dawno w tych samych stronach rozegrała się tragiczna sprawa z Komorowską, która dostarczyła tematu Malczeskiemu do «Maryi», a której bohaterem, Wacławem, był żyjący jeszcze i królujący w Tulczynie Szczęsny Potocki. Ale w duszy Kościuszki samowola i anarchiczne popędy były wyplenione do szczętu. Zakończył tę drugą sprawę miłosną pożegnaniami w najszlachetniejszym tonie. Do matki napisał: «Po takim liście (Żurowskiego), na którego wspomnienie samo krew się we mnie wzburza... odpis mój najłagodniejszy, bo jest mężem twoim, a ojcem mojej Teklusi... Zawsze z wami będę, chociaż nieprzytomny, myślą i sercem, które będzie stateczne».
Ani rozpaczy, ani gwałtownego wstrząśnie nia ten zawód w drugiej miłości nie wywołał. Kościuszko oddawał Teklusi tylko cząstkę serca, całą zaś swoją istotę poświęcił na służbę krajowi.
W Międzybożu otrzymał z Komisyi Wojskowej rozkaz odebrania od podwładnych oficerów przysięgi na wierność nowouchwalonej w 1791 roku Ustawie Trzeciego Maja. Wiedział, że ta Ustawa wprowadza tron dziedziczny; był republikaninem czystej wody; a jednak zwoławszy swoją brygade, sam przysięgę wykonał i «z zapałem» kazał wszystkim wykonać. Istnieje podpis jego i oficerów z wyciśniętemi pieczęciami herbowemi pod rotą przysięgi, odesłaną do Komisyi Wojskowej. Kornym duchem, bez najmniejszego oporu i szemrania składał osobiste przekonanie w ofierze narodowi. Liberum veto, potworny wyraz wolności egoistycznej i zaprzeczenia woli ogółu, było wyrwane aż do ostatnich korzonków z jego natury szlacheckiej.
Zaszły zmiany w składzie, dyslokacyi i komendzie pomnażającego się wojska. Generał-leutenantem komenderującym dwiema dywizyami, Kijowską i Bracławską, został mianowany 28-letni oficer ze służby austryackiej, wspomniany wyżej książę Józef Poniatowski. Pod jego dowództwem odbyły się manewry w okolicy Bracławia, na dawnem obozowisku Jana III, trwające od 1 września do 10 października. Kościuszko ze swą brygada okazał się najbieglejszym ze wszystkich obecnych tam generałów. Gdy po powrocie do swej głównej kwatery w Tulczynie, 11 października, Poniatowski otrzymał wezwanie do Warszawy, jemu oddał zastępczą komendę obu dywizyj, a 27 grudnia wysłał do niego list następujący: «Nieskończenie kontent jestem, iż lubo nie w całości jeszcze (jak zasługi JWWMPana Dobr. wyciągają), przecież w niejakiej części oddana jest onym sprawiedliwość od Najjaśniejszych Stanów. Proszę wierzyć, że to zdarzenie i sprawiedliwa nagroda tem bardziej dogadza sercu mojemu, im większym jestem świadkiem talentów JWWMPana Dobrodzieja». Mowa tu o przyznanej jednomyślną uchwałą sejmu na wniosek Rzewuskiego, lustratora, gratyfikacyi dla Kościuszki, Orłowskiego i Brodowskiego w kwocie ogólnej 45.000 złł.
Tak się zawiązał stosunek uprzejmy i miły pomiędzy dwoma generałami, z których młodszy wiekiem i uboższy kwalifikacyami był zwierzchnikiem starszego, doświadczeńszego i obficiej utalentowanego. Obadwaj posiadali charakter szlachetny, nieskazitelny, lecz odwrotność stanowisk z naturą rzeczy musiała jednak oddziałać szkodliwie na przebieg walki narodowej, już nie uniknionej.
Kościuszko, dowiedziawszy się, że przeciwnicy Ustawy Majowej zjeżdżają się do Jass, chwilowej rezydencyi kanclerza rosyjskiego hr. Bezborodki, kazał ordynansem sekretnym nr. I Grochowskiemu, podpułkownikowi regimentu 1-go, posłać tam kogoś na zwiady. Posłany był tedy najprzód Poniatowski major kawaleryi narodowej, potem Piotrowski pułkownik regimentu 12-go, nareszcie zaufany, zaszczycany tytułem przyjaciela przez samego Kościuszkę, 29-letni wówczas porucznik od filizylierów, Kniaziewicz. Komisya Wojskowa przyjmowała nadsyłane wiadomości z podziękowaniami, lecz książę Józef napomykał delikatnie w liście z d. 30 stycznia 1792, że alarmy są przesadzone, bo «okoliczności polityczne... nie zdają się nam bardzo zagrażać«. Optymizmu takiego nie usprawiedliwiły wypadki.
Gdy raporty Kościuszki o ruchach wojsk rosyjskich, wracających z Turcyi po zwycięzko zakończonej wojnie, o «pułkach rosyjskich, nad granicą rozpościerających się», jakoteż rozmaite wiadomości ze sfer dyplomatycznych obudziły zaniepokojenie w Warszawie, nie on, lecz książę Józef był wzywany do narad o planie ogólnym wojny i o środkach wykonawczych. Nie on więc zawinił na drugorzędnem swem stanowisku w sprowadzeniu tego smutnego rezultatu, iż wojsko Rzeczypospolitej, tak koronne, jak litewskie, nie było ani pod względem liczby, ani pod względem zaopatrzenia, dyslokacyi i dowództwa gotowem do boju z armią rosyjską, dumną ze zwycięztw odniesionych, a dwakroć przeszło liczniejszą. Jego pogląd strategiczny o niedorzeczności podziału pułków koronnych na trzy dywizye, aby każda z osobna czyniła operacye naprzeciw trzem dywizyom wojska rosyjskiego, z których każda tak mocna była, jak wojsko polskie całe», nie był w Warszawie ani rozważany, ani znany; propozycya zaś wyraźnie przedstawiona w raporcie z Pikowa: «trzebaby nam jedną naprzód zbić kolumnę nieprzyjacielską, nim się wszystkie złączą« — została odrzuconą przez księcia Józefa. Nie dałby się też Kościuszko zatrzymać w Warszawie w najgorętszym czasie dla błahej parady: obchodu rocznicy 3-go maja. Zaledwo 13 maja 1792 r. wrócił ks. Poniatowski do Tulczyna, żeby objąć dowództwo naczelne w poczynającej się kampanii wojennej. Kościuszko, oddawszy mu papiery i pieniądze, odjechał na pogranicze wołyńsko-kijowskie do komend swoich, liczących razem 3.097 głów.
Ordynanse, nakazujące formowanie obozu, doszły go 17 i 18 maja, 300 dukatów na extraexpensy doręczono mu 21 maja. Pojechał tedy do Żytomierza dla umówienia się z rezydującemi tam dwiema Komisyami Cywilno-Wojskowemi o dowozy prowiantów, a porucznika Kniaziewicza i podporucznika Fiszera wysłał na oglądanie miejscowości; spotkał się z nimi w drodze powrotnej, wysłuchał ich doniesień i kazał wytykać obóz w Klinie między rzeczkami Kicanką i Hujwą, o dwie mile od Berdyczowa. Ale już było zapóźno. Tegoż dnia, 22 maja, o godzinie 1-ej popołudniu przekroczył granicę Lewanidow przez lukę Motowidłówkę naprzeciw Wasilkowa, na czele 11.800 żołnierza.
Kościuszko odebrał raport o tem o godzinie 7 rano 23 maja i, wysławszy natychmiast kuryera do głównej kwatery, pojechał do Tetyowa, gdzie, wedle dyspozycyi, miał znaleźć swoją dywizyę. Zastał tu o 1-ej po północy (24-go) zaledwo 2 szwadrony; inne oddziały znajdowały się jeszcze w odległości mili, albo i dwu. Wypadło więc koncentrować się w marszu.
Dzięki stosownym zarządzeniom skupila się cała «dywizya» pod Pohrebyszczem o 70 wiorst od Berdyczowa (nad rz. Rosią) 25-go wieczorem. Wytknięto obóz frontem ku nieprzyjacielowi, ale nadeszły doniesienia o zbliżaniu się drugiej kolumny rosyjskiej, korpusu Derfeldena od strony Humania. Z garstką 3-tysięczną niepodobna było stawać do boju, gdy dwa korpusy rosyjskie liczyły 23.000 ludzi. Więc Kościuszko ruszył na całą noc, maszerował do godziny 8-ej wieczorem 27 maja ku Przyłuce; trzy razy spoczywał i dla tego «marudnych nie miał». Kniaziewicz i Fiszer wytknęli już obóz zawczasu, ale ordynans księcia Józefa nakazał dalszą rejteradę na Pików ku Ułanowu. W tym marszu nastąpiło zetknięcie wszystkich trzech dywizyj polskich (14.709 głów) i książe Józef przyprowadził je do Lubaru, gdzie obozował bezczynnie przez dwa tygodnie.
Pisał otwarcie do króla Stanisława Augusta, któremu sejm przez doktrynerskie stosowanie maksym monarchicznych powierzył najwyższą władzę wojskową na obu teatrach wojennych: «Dokąd się obrócić? Nie wiem». Nie wiedział też i ów król-wódz ze swymi cywilnymi, z wojskowością wcale nie obeznanymi radcami. Kazał tylko rejterować się.
W nieustannej rejteradzie Kościuszko prowadził zwykle arrière-gardę, a więc osłaniał inne korpusy od ataków nacierającego nieprzyjaciela (miał siłę powiększoną do 5.000); parę razy wyświadczył strategiczne przysługi. Tak, pod Czartoryą, o mile na północ od Lubaru, zabawił Lewanidowa, broniąc mu bliższej drogi z Miropola, i tem udaremnił oskrzydlenie Poniatowskiego, zamierzone przez naczelnego wodza rosyjskiego (15 czerwca). W Połonnem, które Poniatowski opuszczał, tracąc 3.000 korcy mąki i owsa oraz 49 armat, Kościuszko stał cztery godziny w gotowości bojowej przed zbliżającym się Lewanidowem i ruszył wówczas, gdy korpus główny z taborem oddalił się na przestrzeń bezpieczną (17 czerwca). Usłyszawszy strzały armatnie pod Żeleńcami «czynił największy pośpiech,» ale przybiegł już zapóźno, kiedy korpus główny, odparłszy atak Markowa, zaczął się już rejterować. Kościuszko «kanonował przez dwie godzin,» nie mógł wszakże przejść rychło przez błoto po groblach. Wyrzucał sobie, że nie wziął w niewolę całej kolumny rosyjskiej od 8-u tys. najlepszego żołnierza, ale książe Józef wcale tego zarzutu nie podzielał, i owszem, zaświadczył przed JKMcią, że «ten generał był bardzo użyteczny nie tylko przez swoje męstwo, ale i przez szczególną roztropność» (raport z 29 czerwca).
W potyczkach pod Ostrogiem (25-26 czerwca) zwiększonego dywizyą wołyńską 5-tysięczną wojska polskiego z wodzem rosyjskim Kachowskim Kościuszko nie miał udziału, ponieważ był postawiony o milę odległości pod Horowem; pod Dubnem obserwował trakt od Łucka, żeby zabezpieczyć wywożenie magazynów, a potem prowadził avant-garde potem znów arrière-gardę do Buga. Pod Włodzimierzem odparł atak «całego (?) wojska rosyjskiego» z powodzeniem. Poniatowski przyznał «dobrej i przezornej dyspozycyi gen. Kościuszki, że retyrada nasza nieprzerwanym ciągiem kontynuowana była; nieprzyjaciel, odniósłszy stratę, szczególnie w huzarach i kozakach, cofnął się, lubo jego zamiar był uprzedzić nas do Buga, albo przy przeprawie nam szkodzić.» Odbyła się też pomyślnie pod Bindugą d. 8 lipca dzięki znowu Kościuszce i zaleconym przez niego oficerom.
Ta długa i pośpieszna rejterada spowodowała ciężkie szkody: nietylko utratę najżyzniejszych i najbogatszych trzech województw, nietylko zmarnowanie nagromadzonych zapasów żywności, ale też ubytek 1340 ludzi według rachuby polskiej, a 2,705 według raportów Kachowskiego, poległych, rannych i jeńców; około 2,000 dezerterów przemknęło się do Galicyi; była też znaczna liczba chorych i znużonych. Książe Poniatowski, chociaż otrzymał komendę dywizyi wołyńskiej po dymisyonowanym Michale Lubomirskim, rozporządzał zaledwo 15 tysiącami, zdatnymi do służby. Ale obiecywał sobie poprawę akcyi wojennej na linii Buga przez połączenie się z wojskiem litewskiem, które odbyło podobną, a raczej gorszą jeszcze rejteradę, i z dywizyą G. L. Arnolda Byszewskiego, ulubieńca królewskiego, który powinien był przyprowadzić z pod Warszawy 5824 żołnierza. I ta nadzieja wszakże okazała się zawodną. Po kilkudniowych przemarszach książe Józef wysunął słabe komendy aż do Włodawy, dla zawiązania komunikacyi z posterunkami wojska litewskiego; sam z głównym korpusem stanął w Świrżu, a Kościuszcze polecił pilnować przeprawy pod Dubienką, spaliwszy znajdujący się tam most na Bugu i zarządziwszy usypanie kilku szańców na brzegu.
Kościuszko, zbadawszy gruntownie położenie miejsca, uznał niemożliwość przeszkadzania przeprawie, ponieważ w przypadku cofania się miałby jedną tylko groblę do przejścia, którą nieprzyjaciel mógł strychować z wystawionych na swoim brzegu bateryi. Obrał więc pozycyę o pół-mili wstecz między wsią Uchanką i granicą austryacką, umocnił ją bateryami i fleszami, zatoczył szczupłą swoją artyleryę (2 działa 12-funtowe, 6 dział 6-funtowych i 2 haubice), rozstawił umiejętnie swoje 4 tysiące głów we dwie linie i nie ruszył się z placu, gdy Kachowski przeprawiał się w dwu miejscach pod Kładniowem, o pół-mili powyżej Dubienki, «z wielkim hukiem armat,» d. 17 lipca. Dopiero nazajutrz, 18 lipca o godzinie 5 po południu, baterye polskie rozpoczęły żwawą kanonadę przeciwko zbliżającym się kolumnom Sałtykowa i Pustowałowa; ale nieprzyjaciel wystawił wkrótce trzy potężniejsze baterye: o 20, o 12, o 24 działach polowych (razem 56) i poparł natarcie batalionów całymi pułkami. Wyprowadził cały korpus G. L. Dunina i połowę korpusu G. L. Kutuzowa, liczone wedle tabeli na 29,000, a wedle Smitta występujące teraz w sile 19,000 żołnierza. Kościuszko zauważył, że konnica rosyjska przedziera się przez las austryacki, a zatem zagraża mu oskrzydleniem. Posiłków nie otrzymywał od księcia Józefa: więc kazał wywozić działa swoje z bateryi. W tem na czele pułku Elizawetgradzkiego strzelców konnych wypadł z lasu waleczny pułkownik Palembach; szarżował trzy razy i padł zabity. Jegry wdzierali się na trzy rozbrojone szańce, lecz rozproszył ich szarżą jazdy brygadyer Wielowiejski. Ten odznaczył się nietylko walecznością, ale i przezornością, bo jego kawalerzyści mieli przy siodłach postronki, więc podprzęgli swoje konie na miejsce postrzelanych artylerycznych i uratowali działa, oprócz jednej haubicy zdemontowanej i dwóch armat w błocie zagrzęzłych. Zhańbiła się ucieczką tylko kawalerya narodowa Biernackiego, która nawet wcale udziału w akcyi nie miała; świetnie zaś popisał się Kniaziewicz ze swoim batalionem Fizylierów, uformowanym w czworogran, bo na przestrzeni wiorst 12-tu aż do wsi Roztoki osłaniał odwrót, odpierając ponawiane po kilkakroć ataki.
Książę Poniatowski cofnął się przed mniejszą, 9-tysięczną siłą Tormasowa (połową korpusu Kutuzowa) i odwołał dywizyę Wielhorskiego z drogi, do której zmierzał Lewanidow. Plan obrony Bugu był tedy zupełnie chybiony. Połączenie ustępujących oddziałów nastąpiło dopiero w Piaskach pod Lublinem (nie dochodząc 3 mile do tego miasta). Książę był tak skonfudowany nieudatnością pomysłu i niezaszczytną własną akcyą, że miał pokusę zwalić winę na Kościuszkę i w jednym z raportów swoich napisał nawet of »nieukontentowaniu», jakie miał mu oświadczyć, zapominając o pochwale «tak dobrze udysponowanego korpusu jego», jaką zapisał w raporcie z d. 17 lipca.
Kachowski przeniósł swój namiot pod wieś Uchankę, żeby nocować na zdobytej pozycyi i rozpisywał się szeroko o zwycięztwie swojem.
Mimo to rozniosło się natychmiast imię Kościuszki w kraju i za granicą jako dzielnego, umiejętnego, władającego sercami żołnierzy generała.
O zaciętości boju świadczyła ogromna liczba poległych, 900 ludzi, a więc 20-25% przy małej liczbie jeńca (91 ludzi wedle Kachowskiego). Odwrót porządnie wykonany, bez zamieszania i strat, przy tak wielkiej różnicy sił bojowych, zaćmiewał chlubę zwycięzcy. Stanisław August nazwał go »naszym wyśmienitym Kościuszką», awansował go na generał-leutenanta i dał mu szefostwo regimentu 4-go Buławy Polnej. Dla ubogiego dziedzica Siechnowicz 40.000 złł. rocznej płacy równało się wygranej wielkiego losu; epokowym stać się mógł dla niego dzień 6 sierpnia, kiedy mu wyliczono odrazu one płace za kwartał czerwcowy 13.796 razem z pieniędzmi stołowemi i furażowemi na 26 koni.
Atoli jedną tylko tę ratę pobrał Kościuszko, bo następnych wyrzekł się dobrowolnie pod wrażeniem bolesnych dla jego serca wypadków.
Stanisław August podpisał akces do konfederacyi Targowickiej i nakazał wojskom obojga Narodów zaniechać kroków wojennych. Poseł rosyjski, Bułhakow, przesłał wodzom zawiadomienie o zawartem armistycyum. Sam książę Józef i 220 oficerów podało się do dymisyi. Kościuszko podyktował i podpisał «notę do Najjaś. Pana: Gdy zmiana okoliczności krajowych byłaby przeciwną pierwiastkowej mojej przysiędze i wewnętrznemu przekonaniu, mam honor przeto upraszać WKMci o łaskawe podpisanie mi dymisyi. Dan w obozie pod Sieciechowem d. 30 Julii 1792».
Wojsko koronne znajdowało się już na drugim brzegu Wisły, przeszedłszy po moście, ustawionym przez pułkownika inżenieryi Sierakowskiego pod Puławami. Kościuszko bywał w owych dniach u księstwa Czartoryskich, którzy go przyjmowali serdecznie. Gdy następnie przyjechał do Warszawy, przyjął jeszcze od króla «instrukcyę o rozesłaniu wojsk na konsystencyę», jeździł do Kozienic (8 i 9 sierpnia) i do Radomia (12 sierpnia) dla wydania ordynansów dyslokacyjnych, wezwał Wielowiejskiego do objęcia komendy, poczem przesłał prośbę o urlop na 6 miesięcy i powrócił do Warszawy, gdzie zachorował na żółtaczkę. Mieszkał w pałacu Błękitnym Czartoryskich. Obawiając się, aby «chociaż indirecte nie przyłożyć się do nieszczęścia krajowego», a nie należąc do żadnego stronnictwa politycznego, obserwował czynności nowego rządu; wreszcie zdecydował się ostatecznie na dymisyę i na wyjazd za granicę. Odesłał do Estkowej swoje konie, rzeczy (i papiery, chociaż nie wzmiankowane w liście z d 15 września), przypuszczając, że może zimą przyjechać, albo prędzej; w miesiąc potem, wyzdrowiawszy już, czule pożegnał kochaną siostrę Annę, gospodynię swoją Zuzannę i Faustyna, gospodarującego w Siechnowiczach, wszystkie zaś swoje rachunki załatwił zrzeczeniem się dziedzictwa Siechnowicz na rzecz Estkowej i jej synów pod warunkiem jednak: aby Zuzannę i Faustyna aż do śmierci z wygodą zachować; ażeby gospodarze w całej wsi z każdego domu nie robili jak tylko dwa dni mezkiej pańszczyzny, zaś kobiecej wcale nie. Żeby w inszym kraju, gdzieby mógł rząd zabezpieczyć wolę moją, zapewniebym wolnymi ich uczynił, ale w tym potrzeba to zrobić, co można pewnie, ażeby ulżyć ludzkości cokolwiek... Kłaniam i Stanisławowi, twemu synowi; niech dzieciom dobrą da edukacyę republikancką z cnotami sprawiedliwości, uczciwości i honoru».
Wyjechał 20 października, mając około 1.000 dukatów całego funduszu. O tyle jednak był teraz bogatszym, niż przed 8-u laty, że zyskał sławę w bojach nabytą i wielki szacunek u ludzi wszelkich stronnictw i stanowisk, zarówno w pańskich pałacach, jak w chłopskiej chacie i w żołnierskim namiocie, zarówno Ignacego, jak Szczęsnego Potockich. Doszła go też wiadomość, że w Paryżu Zgromadzenie Prawodawcze (Assemblée Législative) dekretem z d. 26 sierpnia 1792, nadało mu «tytuł obywatela Francyi».
Wyjechał najpierw do Galicyi. W Sieniawie księżna Izabela Czartoryska, generałowa ziem podolskich, urządziła mu w dniu imienin, 28 października, owacyę: córki jej, Marya księżna Wirtemberska i Zofia, późniejsza Stanisławowa Zamojska, podały mu wieniec z gałęzi dębów, sadzonych ręką Jana III w Wysocku; przy obiedzie damy zasiadły w białych sukniach, przybranych wstążkami błękitnemi z czarnem; potem śpiewały jakieś «wiersze» Tadeusza Morskiego. We Lwowie Kościuszko złożył wizyty gubernatorowi, hr. Brigido, i komenderującemu generałowi, Wurmserowi. Odwiedził Kossakowską z Potockich, kasztelanową kamieńską, żeby sprawdzić rozpuszczoną w gazetach pogłoskę, jakoby darowała mu wieś o 20.000 złł. intraty. Potwierdziła, że w istocie chce oddać mu na przyszły ś. Jan swe dobra, jakie posiada w Koronie; on zaś odmówił przyjęcia daru; przyjął tylko laskę, ofiarowaną mu w prezencie. Wyprawiano dla niego uczty; na jednej z nich zapewne deklamowany był wiersz Aloizego Felińskiego, wysławiający jego przymioty. Niebawem zaczęło gromadzić się tłumnie pospólstwo, gdzie się tylko ukazał. Wyjechał 17 listopada do Zamościa. Tu wdowa po zmarłym niedawno Andrzeju, ex-kanclerzu i autorze słynnego kodeksu, Konstancya z Czartoryskich Zamoyska z całą rodziną swoją okazała mu tak szczere i tkliwe współczucie, że zachował wdzięczność i przyjaźń dla jej synów, Aleksandra i Stanisława, oraz dla jej córki Anny, później Sapieżyny, przez całe życie. Przyjął od niej 300 czy 400 dukatów zapewne przed wyjazdem, nakazanym przez generała Wurmsera. Wypowiedzenie gościnności, a raczej pobytu w krajach cesarskich, obostrzone terminem 12-godzinnym, a motywowane poleceniem z Wiednia, przyszło 5-go grudnia: więc nazajutrz Kościuszko wyjechał do Krakowa pod przybranem nazwiskiem «barona Biedy,» ostrzeżono go bowiem, że i rosyjskie komendy, konsystujące na terytoryum polskiem, mają go aresztować. Listy kazał adresować do szambelana Wierzbickiego w Dzierzkowicach przez Opole z dopiskiem: «à Mr le Baron Bieda.» Otrzymawszy tą drogą list od młodego ordynata Aleksandra Zamoyskiego, odpowiedział w tych słowach: «Kochaj mnie tylko tak, jak ja ordynata (t. j. ojca Andrzeja), matkę, siostrzyczki i braciszka. W życiu mojem nie byłem przywiązańszym do osób żadnych, jak ja do was, i nie miałem żalu większego, jak z utraty kompanii waszej. Rozumiałem być was moją familią, znaleźć matkę, siostrę i braci; nigdy myśl moja i serce od was nie odstąpi.»
W Krakowie bawił jeszcze 13 grudnia; pisał ztąd do księżny Czartoryskiej. Ostatnią noc spędził na smutnych rozmyślaniach bezsennie, aż konie zaszły. List następny był datowany z «Bracławia» t. j. Wrocławia; 29 grudnia Kołłątaj zanotował przybycie Kościuszki do Lipska we «wtorek» 25-go.
Lipsk roił się wtedy od Polaków. Zamieszkało tu prawie całe stronnictwo konstytucyjne sejmu czteroletniego: Ignacy i Stanisław Potoccy, Weyssenhof, Sołtan z bratem, Jan Potocki z Piatolim, Michał Zabiełło etc.; wyjechali zaś do Włoch J. U. Niemcewicz i Nagórski. Kołłątaj, opuściwszy Warszawę 25 lipca, osiadł tu 19 września. Wiedział on o zawartym d. 8 sierpnia traktacie przymierza rosyjsko-pruskiego z artykułem sekretnym co do nowego rozbioru Polski. W połowie października przejeżdżał tędy Descorches, wydalony z Warszawy poseł francuzki rozkazem rządu Targowickiego, a z woli imperatorowej Katarzyny, która przybrała jawnie wrogą postawę względem wzmagającej się rewolucyi francuzkiej. Przejęty oburzeniem za doznaną zniewagę, zgłosił się on do emigrantów, przyznając im charakter prawowitych reprezentantów Polski jako głównych członków Sejmu i proponował zawiązanie stosunków sprzymierzeńczych z Francyą, która wygłosiła zasadę braterstwa ludów i pomoc... Otrzymał oświadczenie gotowości przez usta Ignacego Potockiego. Poczynił tedy odpowiednie przełożenia ministrowi spraw zagranicznych Lebrun’owi i notą z d. 26 listopada zawezwał emigracyę, aby wysłała zaufaną osobę do Paryża. Kręcący się wśród Polaków, znany im z Warszawy niedoszły sekretarz ambasadly francuskiej Parandier, został mianowany agentem tajnym politycznym i prowadził z tymże ministrem prawidłową korespondencyę.
Wiadomo, że od d. 21 września 1792 r. obradowała w Paryżu Konwencya Narodowa, która obalila tron «Kapetów» i nadała Francyi republikańską formę rządu; że na ziemię francuzką wkroczyła armia koalicyjna prusko-austryacka; że ją spłoszyły nowozaciężne bataliony francuskie pod Valmy, zentuzyazmowane wyrazami i nutą «Marsylianki»; że d. 6 listopada wódz naczelny francuzki, a w Polsce z czasów konfederacyi Barskiej znany Dumouriez odniósł walne zwycięztwo pod Jemappes, które wyzwoliło Francyę od wojsk najezdniczych; wkroczenie zaś Custine’a do Niemiec zapowiadało nową epokę braterstwa ludów.
Dla emigrantów proponowany sojusz z takim rządem był nie do pogardzenia zwłaszcza, że Kołłątaj, podkanclerzy, polityk śmiały, historyozof rozległego wykształcenia, mówca i pisarz pierwszorzędny, zwalczał swojem rozumowaniem przyrodzony wstręt ziemian-arystokratów polskich do nowatorstwa rewolucyjnego Francuzów. Postanowiono wysłać Weyssenhofa, lecz ten zachorował. Ale nadjechał Kościuszko: jemu więc zaproponowano misyę do Paryża. Nigdy on z dyplomacyą nie miał nic do czynienia; dał się jednak łatwo namówić do zużytkowania obywatelstwa francuzkiego, świeżo mu nadanego, i tej znajomości zasobów krajowych, jakiej nabył w akcyi wojennej. Spisano dla niego instrukcyę wcale nietrudną, bo zmierzała tylko do pozyskania poparcia moralnego w przewidywanych kombinacyach europejskich, nie uznawania rządów targowickich w Polsce przez Konwencyę, dostarczenia informacyj o Polsce. Kościuszko figuruje w tym dokumencie z tytułem nowomodnym «obywatela» (citoyen) i ma zapewniać republikanów francuzkich, iż jest życzeniem całego narodu polskiego mieć konstytucyę zupełnie republikańską, zbliżoną do francuzkiej o tyle, o ile na to pozwolą warunki miejscowe.
Kościuszko wyjechal 7-go lub 8-go stycznia 1793. Kołłątaj dodał mu do towarzystwa synowca swego Eustachego, którego opatrzył pieniędzmi potrzebnemi na podróż. Powrotu oczekiwał w końcu marca lub w kwietniu.
Nie tak rychlo nastąpił ten powrót, a tymczasem nieprzewidywane przewroty w świecie politycznym zrządził wulkan rewolucyjny: 21 stycznia spadła pod gilotyną głowa Ludwika XVI; prawie wszystkie państwa lądowe skoalizowały się przeciwko Francyi królobójczej: Konwencya hardo przyjęła rzuconą rękawicę i rozwinęła niewidzianą dotąd w dziejach narodowych energię lecz sprawa Polski poniosła w tym zamęcie szwank niepowetowany. Wkroczenie wojsk pruskich (w styczniu) dla obsadzenia nowej dzielnicy i cała operacya drugiego rozbioru odbywała się bez żadnej przeszkody, a nawet bez protestacyi ze strony Francyi. Sam Parandier, karmiący Polaków najponętniejszemi obietnicami, wypowiadał w raportach do ministra szczery swój zamiar wyzyskania ich wpływu na korzyść Francyi do skojarzenia Polski z Turcyą i Szwecyą przeciwko Rosyi.
Cóż mógł zdziałać Kościuszko, przyjechawszy w chwili niezmiernego roznamiętnienia stronnictw Konwencyi i mas ludowych? Widział się z ministrem Lebrun’em pod koniec lutego, lecz nic nie osiagnął, coby godnem było pisania. «Nic nie pisze gen. Kościuszko» skarży się Parandier marca. Rzeczywiście pisał — ale pamiętnik z wojny 1792. Rozpamiętywał wszystkie uchybienia i błędy, przedstawiał szczerze wszystkie niepowodzenia i straty, w końcu wszakże zakonkludował, że byly jeszcze sposoby do walki. Zgromadziwszy wojsko całe za Wisłą z woluntaryuszami i mieszczanami z miast Warszawy i Krakowa, wynosiłoby 60.000, a na czele króla mając, bijąc się za swój kraj i dependencyę, jaka moc by go zwyciężyła pytam się». Przeciwko przerażającym wiadomościom, jakie dochodziły z kraju, bronił się nadzieją, sprawił sobie pieczęć z postacią kobiety, wspartej na kotwicy...
Był zapewne świadkiem okropnych scen i wypadków: uwięzienia żyrondystów i samego Lebrun’a, zamordowania Marata, wnijścia terrorystów do Komitetu Ocalenia Publicznego i t. p. Takiego republikanizmu nie uznał w sumieniu swojem i nie praktykował nigdy przedtem, ani potem. Chociaż bawił w Paryżu dłużej nad czas zamierzony, zaniechał wszakże swojej misyi dyplomatycznej, nie widział się z Komitetem Ocalenia Publicznego, nie traktował wcale ani z Dantonem, ani z Robespierrem, nie dał się poznać w klubie Jakobinów, bo nowy minister spraw zagranicznych Desforgues pisal o nim później, jako o człowieku podejrzanym z jakobińskiego punktu widzenia. Wyjeżdżał podobno do Brukseli, do Anglii zaś, Danii, Szwecyi nie pojechał. Wrócił do Lipska zniechęcony, nawet oburzony (indigné). Wszedł w ściślejszą zażyłość z Ignacym Potockim: obiadował u niego. Tu na początku września zastali go Walichnowski i Aloe, wysłańcy «związku», utworzonego w Warszawie latem podczas sejmu grodzieńskiego. Upraszali go, aby przyjął naczelną władzę w gotującem się zbrojnem powstaniu wedle dokonanego na tajemnych naradach jednomyślnego wyboru.
Kościuszko zgodził się i zabrał się żwawo do działania. Obmyślił spólnie z Ignacym Potockim w Lipsku plan powstania w ogólnych zarysach i udzielił takowy, przejeżdżając przez Drezno, Kołłątajowi, który tu zamieszkał po powrocie z kuracyi na wodach czeskich. «Dla uchronienia się nieszczęśliwych wypadków rewolucyi francuskiej — pisze Kołłątaj — zgodziliśmy się, że insurrekcya w Polsce powinna być pod dyktaturą jednego człowieka, któryby pozyskał powszechne zaufanie. Cały naród wskazywał do tego Kościuszkę: on tedy, wezwany, takowe podawał kondycye, ażeby insurrekcya z całym rządem rewolucyjnym była zupełnie wojskowa». To znaczy, że nie chciał wzruszać sposobem francuzkim fundamentów społeczeństwa polskiego konstytucyjnych, ekonomicznych, religijnych. Utrzymywał Ustawę Trzeciego Maja, ale bez artykułów o władzy «Króla w Straży», które traciły wartość wobec dyktatury. Nakreślił też instrukcyę do nowej organizacyi administracyjnej podług wzorów z wojny amerykańskiej zapamiętanych...
Po przedyskutowaniu tych zasad z dwoma najświatlejszymi znawcami urządzeń narodowych i najwybitniejszymi prawodawcami Sejmu Czteroletniego, zjechał Kościuszko na dzień II września do Podgórza pod Krakowem dla widzenia się z członkami związku. Wysłał Zajączka Józefa do Warszawy na zwiady. Kazał tam utworzyć Małą Radę do łączenia wojskowych z cywilnymi. Jako członkowie jej znani nam są: Jędrzej Kapostas, bankier, Walichnowski i Fr. Jelski, starosta starodubowski. Rozpisał listy podług województw, ziem i powiatów, rozdał je emisaryuszom z przyłączonemi instrukcyami i polecił doręczać je tym, którzy do działania gotowość oświadczą. Wziął je Prozor do Litwy i w Kijowskie, Gliszczyński do Wielkopolski, Sieradzki w Sandomierskie, Maruszewski do Warszawy i w Łęczyckie, Dembowski w Lubelskie; na Wołyń nikt się misyi nie podjął. Zajączek wrócił po 6-dniowym pobycie w Warszawie i złożył sprawozdanie, że członkami związku rewolucyjnego były osoby bardzo gorliwe, ale zbytecznym unoszące się zapałem i nie dosyć dzielnych środków używające; że powstanie włościan wcale jeszcze przygotowanem nie było; że w wojsku tylko Madaliński, Działyński i niektórzy niższej rangi oficerowie do związku należeli; że cała siła rewolucyjna wynosiła 4 lub 5 tysięcy wojska po różnych garnizonach rozstawionego, a i to nawet z wielką trudnością i z pomocą nadzwyczajnej tylko zręczności zgromadzonem być mogło, gdy wojska nieprzyjacielskie, w różnych miejscach obozujące, czuwały na każde poruszenie Polaków».
Kościuszko uznał, że «na tak błahych, jak dotąd, podstawach nie można budować, że smutnie byłoby lekko i nierozmyślnie zacząć, by upaść.» Ukrywał się u kogoś z krewnych brygadyera Jana Henryka Dąbrowskiego w okolicy Niepołomic, czy w Wiatowicach pod Gdowem, może i u Wodzickiego, szefa regimentu 2-go, a zarazem komendanta Krakowa: ale zanadto był znany, żeby go czujność szpiegów nie wytropiła. Więc wyjechał do Włoch.
W Grodnie sejm obradował do d. 23 listopada 1793 r. Ostatniemi czynnościami jego, a raczej władającego nim rosyjskiego ambasadora Sieversa, były opisy administracyi i siły wojskowej, okrojone proporcyonalnie do małości kraju, jaki miał tworzyć Polskę podług traktatów drugiego rozbioru. Wojska, konsystujące poza nową linią graniczną, zostały wcielone do armii rosyjskiej; te zaś, które kwaterowały w granicach pozostałej Polski, miały być zredukowane: do liczby 10.110 głów koronne i 7.690 litewskie. Po powrocie króla do Warszawy przybył wkrótce baron Igelstrom wódz armii rosyjskiej z tytułem ambasadora, a z władzą wszechmocną bez tytułu. Utworzona d. 16 grudnia nowa, ostatnia Komisya Wojskowa pod prezydencyą nowego hetmana Piotra Ożarowskiego zmniejszyła etat obu wojsk do liczby 15.449 głów. Na żądanie Igelstroma Rada Nieustająca rozkazem z 21-go lutego 1794 zarządziła natychmiastowe wykonanie redukcyi z terminem wykończenia jej d. 15 marca i z «rygorem na szefów»
takim, że każdemu zatrzymanemu dłużej oficerowi i żołnierzowi płacić będą żołd z własnej kieszeni. Wykonanie zdawało się łatwem: oddziały byly roz proszone, pozbawione artyleryi i amunicyi; trzy główne trakty, prowadzące do Warszawy, były obsadzone wojskiem rosyjskiem podług dyslokacyi, wypracowanej przez szefa sztabu gen. Pistora; w Warszawie Igelstrom skupil 7948 wyborowego żołnierza, zatoczył armaty na ulicach i utrzymywał liczne patrole w ruchu.
Gorzkie uczucia wezbrały nietylko w wojsku, ale i w masie ludności cywilnej. Jelski z polecenia związkowych pojechał po Kościuszkę. Wyrecytował mu z pamięci dyslokacyę wojsk rosyjskich i pruskich (bo pisma, dostarczone przez Kapostasa, zniszczył w drodze przez ostrożność) i wręczył 300 czy 400 dukatów. Kościuszko udał się niezwłocznie do Drezna na ostateczne narady z Ignacem Potockim i Kołłątajem. Ułożyli program obrzędów politycznych, jakie należało odbyć w Krakowie, żeby niedopuścić tworzenia się innych stronnictw, i zredagowali tekst odezw czyli manifestów.
Raporty od generał-majorów nie nadeszły jeszcze: natomiast przyszły wiadomości o dokonanych w Warszawie i Wilnie aresztach i wywożeniach w głąb Rosyi. Pomiędzy wywiezionymi znajdował się jeden z najpierwszych członków związku, czynny na Wołyniu, szef regimentu 10-go, Ignacy Działyński.
Kapostas umknął do Krakowa, ostrzeżony przez synowca Fryderyka Moszyńskiego, niegdy vicekomendanta korpusu kadetów, obecnie marszałka.w. k. Linowski ostrzegał z Wiednia, że arsenał warszawski ma być zabrany.
Nie znamy z pożądaną dokładnością wszystkich okoliczności owoczesnych i całego toku rozumowania, które doprowadziło Kościuszkę do postanowienia zacząć walkę orężną niezwłocznie.
Sądzę, że za jego rozkazem Madaliński zebrał w Ostrołęce d. 12 marca swoją brygadę kawaleryi narodowej (nie całą, tylko 700 koni), nie wykonał nakazanej redukcyi, lecz ruszył wzdłuż nowej pruskiej granicy na południe ku Krakowu.
General Igelstrom uruchomił zaraz kilka oddziałów, z których uformował wielką kolumnę pod komendą gen Tormasowa, i zarządził koncentracyę w Radomiu wojsk, rozlokowanych na południe od Warszawy, a więc gen. Denisowa z Łucka, gen.
Rachmanowa z Lublina, podpułk. Ekespaara z Opatowa i podpułk. Łykoszyna z Krakowa. Ten ostatni rozkaz sprowadził najważniejsze skutki i starczył za przyznanie zwycięstwa Madalińskiemu, albowiem po wyjściu załogi rosyjskiej wolne miał ręce komendant Krakowa gen. Wodzicki, któremu Komisya Wojskowa nadała nawet komendę dywizyonalną, przesyłając pochwałę za wykonanie redukcyi w regimencie 2-m. Nie wiedziała, że Wodzicki płaci z własnej kieszeni żołd rozpuszczonym pozornie żołnierzom.
Jednocześnie, około połowy marca, Kościuszko jechał z Saksonii pod Kraków. Nie wiemy, gdzie się zatrzymywał; czy w Nowem Brzesku, należącem do opactwa Hebdowskiego, którego przeorem był przyjaciel Kołłątaja X. Biegański, czy w Tyńcu, w tradycyjnej stodole? Wiedział jednakże Madaliński, bo przesłał z marszu ośm raportów. Jak tylko wyszedł Łykoszyn ze swoim batalionem i szwadronem jazdy d. 23 marca wczesnym rankiem na Pińczów, tegoż dnia w kilka godzin potem przybył Kościuszko.
Zachowując jeszcze incognito, stanął Kościuszko we dworze gen. Wodzickiego przy Kapucynach, za szewską furtką. Zajął pokój nad bramą, zbudowaną w kształcie baszty i do dziś dnia zachowaną, mimo przekształcenia calej posesyi. Dał do drukarni napisany zawczasu »Akt powstania obywatelów mieszkańców województwa Krakowskiego 1794 R. Marca 23 dnia w Krakowie w Zamku«. Niewątpliwie zebrali się zaraz ci, którzy mieli asystować Kościuszce przy wystąpienia publicznem, a więc: Linowski Aleksander szambelan i dawny poseł sejmowy, Stefan Dembowski kasztelan czechowski i sam gospodarz, Wodzicki. Po przyniesieniu z drukarni pokazało się, że rękopism był ułożony jako formularz dla wszelkiego województwa, powiatu lub ziemi, nie odpowiadał zatem nagłówkowi, a nadto wymagał kilkunastu poprawek. Poczyniono je natychmiast i kazano przedrukować ze zmianą daty na 24-ty a bez wymienienia «Zamku». Za lepsze miejsce uznano rynek przed ratuszem.
Tegoż dnia jednak wydał Kościuszko rozkaz do straży granicznej, aby Austryaków nie podraźniła: więc rozpoczął urzędowanie swoje. W mieście znajdowały się dwa bataliony: jeden z regimentu 2-go, szefostwa Wodzickiego, drugi z regimentu 3-go szefostwa Czapskiego. Otrzymały one stosowną dyspozycyę na dzień jutrzejszy.
Prezydent miasta Lichocki niemiłego doznał zdziwienia, gby się dowiedział od swojej służącej, że przy bramach stanęły warty i nikomu nie pozwalają wychodzić, ale wchodzących do miasta wpuszczają. Następnie przyszedł adjutant Biegański z rozkazem zwołania urzędników miejskich i wszystkiego ludu przed ratusz najdalej za godzinę. Nareszcie kapitan Wasilewski zawołał go wprost przed Kościuszkę. Lichocki był we wszystkiem posłuszny. Batalion Wodzickiego uformował się w rynku. Już ta parada wystarczyła do zgromadzenia tłumu z bliższych i dalszych ulic. Na schodach ratusza i w sali posiedzeń magistratu zrobił się taki natłok obywateli, młodzieży i dam, że Lichocki nie mógł się docisnąć do «przyzwoitego sobie miejsca» czyli do fotelu prezydenckiego.
Kościuszko wyszedł z bramy dworu Wodzickiego i skierował się przez krótką ulicę Ś-tej Anny przed ratusz. W orszaku jego nie było ani jednego z tak zwanych w Polsce «wielkich ludzi» czyli wysokich dostojników. Dembowski wprawdzie reprezentował w senacie kasztelanię mniejszą, miasteczko Czchów, był senatorem, ale drążkowym.
Wojsko odrazu wykonało przysięgę. Zaraz potem wszedł z oficerami do ratusza i miał mowę, o której tyle tylko dowiedzieć się możemy, że powoływał do walki ludzi wszelkiego stanu. W końcu kazał Linowskiemu przeczytać wydrukowany akt, określający władzę tak jego, jakoteż Rady Najwyższej Narodowej, Komisyi Porządkowej Województwa Krakowskiego i Sądu Kryminalnego.
Zgromadzeni na ratuszu Krakowianie uchwalili tegoż dnia: 1) rekrutowanie do wojska regularnego wszystkich zdrowych mężczyzn od 18 do 28 lat wieku, 2) podatek postępowy po 10, 20, 30 i 40% od intraty 1.000, 2.000, 10.000 i 50.000 złp. z dóbr ziemskich, a 3, 3½, 4 kwart od wszelkich królewszczyzn, i pogłówne całoroczne od żydów 3) zsypkę do magazynów, dostawę podwód, koni i robotnika za paletami Najwyższego Naczelnika lub jego podkomendnych. Nazajutrz zorganizowała się Komisya Porządkowa Cywilno-Wojskowa województwa Krakowskiego i wydała list okólny do obywatelów z żądaniem większych jeszcze wysileń do wytworzenia siły zbrojnej, jako to: 1) dostarczania rekruta dymowego z 5 dymów do piechoty, a z 50-u do jazdy z karabinem, albo piką i z siekierą, ubranego po wieśniacku i zaopatrzonego w czapkę, koszul 2, buty dobre, płachtę czyli grube prześcieradło z dwu brytów, 2) milicyi z reszty mieszkańców w wieku lat 18-28 za szczególnymi rozkazami Naj. Naczelnika, 3) pospolitego ruszenia do 40 lat wieku, uzbrojonego czem można i ćwiczonego co niedziela w obrotach żołnierskich. Z biegiem wypadków ustaliła się praktyka, że rekrut znalazł się pod rozkazami oficerów wojska liniowego czyli regularnego, dwie zaś inne klasy były prowadzone przez generałów ziemiańskich; lecz pospolite ruszenie było powoływane, o ile można, na czas najkrótszy i to wyłącznie do pomocy wojsku w obronie własnego województwa.
Wszystkie te zarządzenia i podatki były wszędzie przyjmowane bez żadnej odmiany podług wzorów krakowskich Tak się zaczęła wojna, zwana powstaniem narodowem pod najwyższem naczelnictwem Tadeusza Kościuszki. Toczyła się na territorium Polski drugiego rozbioru, czasem przekraczając jej granice, świeżo naznaczone przez Prusy i Rosyę, zagarniała całą ludność i wywołała tyle pracy we wszystkich sferach działalności wojskowej, finansowej, ekonomicznej, że przedstawić jej w niniejszym zarysie biograficznym niepodobna. Możemy zrobić tylko pobieżny przegląd czynności samego Kościuszki.
Po wyjściu z ratusza podpisywał i rozsyłał odezwy: wszystkie datowane po wojskowemu «w Głównej Kwaterze w Krakowie», wreszcie list do Webera, kapitana i komendanta pogranicznych krajów Jego Cesarsko-Królewskiej Mości (w Galicyi) z zapewnieniem, że «już na dniu 23 marca zalecił wszystkim swoim komendantom i urzędnikom cel, aby granicę państw cesarskich szanowali». Można było i należało oświadczyć neutralność względem Austryi, która w drugim rozbiorze nie uczestniczyła, a władała przedmieściem zawiślanem Krakowa, Podgórzem. Dość było przecie do czynienia, jeśli się wypowiadało wojnę dwom mocarstwom potężnym: Rosyi i Prusom.
Wysyłał nazajutrz i później tyle osób w różne strony, że biedny Lichocki, wydający im paszporty, nie mógł «połknąć kawałka chleba» i wyspać się w nocy. Wyznaczanie punktów zborych, dobieranie wykonawców, podpisywanie patentów na szarże oficerskie, przyjmowanie interesantów przeciągało się nieraz do 6-ej zrana. Najpilniejszą zaś sprawą było ratowanie komend rozproszonych wojska od koncentrujacych się Rosyan: więc kwietnia wyszedł Kościuszko z Krakowa, wiodąc oba bataliony załogi i znalezione w ubogim arsenale krakowskim armaty: 4 strzelające kulami 6-funtowemi i 6 małych trzyfuntówek; nadto Wodzicki dodał 2 batalionowe trzyfuntówki, które udało mu się ukryć przed Komisyą Wojskową warszawską.
Pierwszy obóz był zatoczony o 2 mile od miasta pod wsią Luborzycą. Tu przybyli: Madaliński, Manget ze swymi szwadronami kawaleryi narodowej, 2 szwadrony ułanów z pułku Wirtemberga, przyprowadzone przez rotmistrza Zborowskiego, regiment 6-ty pieszy szefostwa Ożarowskiego, przychodzący z Sandomierza z pułkownikiem swoim Szyrerem w składzie całych 2 batalionów i jeszcze 1 batalion nie wiadomo, jakiego regimentu: 2-go czy 3-go. Tym sposobem skupiło się 5 batalionów piechoty i 22 szwadrony jazdy, liczbą na ogół około 4.000 głów.
Ta mała armia posunęła się 3-go kwietnia o milkę dalej — do wsi Koniuszy, Tu Jan Ślaski, członek Komisyi Porządkowej Cywilno-Wojskowej, przyprowadził rekruta dymowego czyli chłopów ze wsi okolicznych 2.000.
Jednocześnie zmierzał ku Krakowu gen. Denisow; przodem wysłany przez niego gen. Tormasow stanął w nocy na górze Kościejowej, wznoszącej się ponad wsią kościelną Racławicami, odległą od Koniuszy o 3 mile. Gdy tę przestrzeń przeszedł Kościuszko d: 4 kwietnia, przednia straż jego spotkała się z kozakami; zatrzymał się więc i uszykował na polu wsi Dziemierzyc swoje prawe skrzydło, powierzając dowództwo jego Madalińskiemu, a na lewo od krętej i górzystej drogi na polu, należącem do Markocic, postawił drugie skrzydło pod komendą Zajączka. Milicyę chłopską ukrył z tyłu na przeciwnym stoku wzgórza. Usypał dwie baterye przed frontem.
Obie strony długo przypatrywały się nieruchomie. Nareszcie zniecierpliwił się Tormasow i, nie doczekawszy się nadejścia kolumny zwierzchnika swojego gen. Denisowa, rozpoczął atak o godzinie 3-ej na oba skrzykła polskie. Momentem rozstrzygającym w tej bitwie było uderzenie gromady 320 chlopów, prowadzonych przez samego Kościuszkę na 11 armat, zatoczonych u stóp stożkowatego pagórka Zamczysko Zostały one zdobyte. Gen. Denisow nadszedł z bocznej drogi w czasie, gdy rozbite bataliony cofały się nieporządnie ku górze Kościejowskiej: więc nie atakował stojącego w gotowości Madalińskiego i po kilku wystrzałach ze swoich dział zabrał się do odwrotu.
Dla armii rosyjskiej bitwa ta nie miała zadnego prawie znaczenia tak pod względem strat materyalnych, jako też swobody ruchów strategicznych. Zeszło wprawdzie kilka tygodni na ściąganie komend posiłkowych, ale na początku maja generał Denisow wznowił działania zaczepne. Kościuszko jednakże osiągnął ze zwycięztwa ogromne korzyści. Regimenty i szwadrony polskie, rozkwaterowane między Wisłą a Bugiem, niektóre nawet zpoza kordonu rosyjskiego aż od Owrucza, wyłamawszy się z posłuszeństwa swoim generałom, podążyły do niego pod komendą sztabs-oficerów. Województwa Chełmskie, Lubelskie, Sandomierskie przystępowały do aktu krakowskiego, wysadzały komisye porządkowe i poddawały się zarządzeniom generałów ziemiańskich. Z Warszawy general Igelstrom po walce z wojskiem i ludem 17-18 kwietnia, ranny, wyszedł do obozu pruskiego pod Powązkami, a następnie do Łowicza, gdzie zebrał 7000 żołnierza i stał bezczynnie. W Wilnie generał Arsenijew został wzięty do niewoli 22 kwietnia. Tym sposobem Kościuszko mógł dawać rozkazy 30 tysiącom regularnego wojska, a korzystając z kilku tygodni spokoju, kompletował w swoim obozie dawne bataliony i formował nowe podług etatu 100-tysiącznego, uchwalonego przez sejm czteroletni, ale bez broni palnej, której niepodobna było sprowadzić z zagranicy, ani wyrobić w dostatecznej ilości w krajowych warsztatach. Chwalono powszechnie porządek wzorowy, utrzymywany w jego obozie: pod Bosutowem, Igołomią, Winiarami, Połańcem; wszędzie odbywała się mustra, ależ nie tak rychło można było przerobić chłopa-rekruta na żołnierza regularnego! Zdarzało się więc, że na uszykowanie swoich niezgrabiaszów w linię potrzebował Kościuszko dwu godzin, gdy Rosyanie uformowali się w ciągu kwadransa.
Oprócz wojskowych, domagały się od Kościuszki szybkiego załatwienia sprawy cywilne. Los włościan obchodeil go najżywiej, ale najtrudniej też przedstawiała się możność polepszenia tego losu ze względów ekonomicznych i prawnych. Kościuszko obwieścił uniwersałami z pod Winiar (2 maja) i z obozu pod Połańcem (7 maja) ulgę w pańszczyźnie, mianowicie: darowanie dwu dni tygodniowo tam, gdzie odrabiano dni 5 i 6, a po i dniu tam, gdzie robili chłopi 3, 4 lub dwa dni w tygodniu; zapewnił osobistą wolność przenoszenia się z warunkiem opłacenia długów i podatków; ustanowił wreszcie dozorców na okręgi, złożone z 1000 do 1200 gospodarzy mieszkańców, do przyjmowania skarg od ludu w jego uciskach i sądzenia sporów z dworami.
W odezwie do duchowieństwa grecko-oryentalnego nieunickiego odzywał się jako do braci i współrodaków, zapewniał im wolność obrządku i opatrzenie przyzwoite kapłanów. W odezwie zaś do obywatelów brzeskich i kobryńskich, do swych dawnych sąsiadów, pochwalał, że, formując swoją komisyę porządkową, powołali do jej składu 8 osób obrządku grecko-oryentalnego; zalecał wpajać każdemu przekonanie, że »my wszystkich ziemi naszej mieszkańców uszczęśliwić pragniemy«.
Długo, bo aż do dnia 21 maja ociągał się Kościuszko z mianowaniem członków do Rady Najwyższej Narodowej dla tego, że oczekiwał potwierdzenia aktu krakowskiego »od większej części narodu« jeśli nie od całej Polski i Litwy. Zamianował 8-miu radców do 8-miu wydziałów (czyli ministeryów) i 32 zastępców, którzy mogli być wysyłani na prowincyę, ale na sesyach głosowali i z kolei prezydowali bez żadnej różnicy. Na tej liście znaleźli się obok szlachty mieszczanie, kupcy i rzemieślnicy, i obok kilku księży katolickich, nieunita ks. Saba Palmowski, prezes konsystorza grecko-oryentalnego. Wprowadzić tę organizacyę w wykonanie mieli Ignacy Potocki i ksiądz Hugo Kołłątaj. Przyjechali też do Warszawy 24 maja witani radośnie od ludu.
Tak ulegalizował Kościuszko swój tytuł i swoje rządy. Uznanie otrzymał nawet od króla, obranego przed 30-tu laty na Woli. Stanisław August, mieszkający w trwodze na zamku warszawskim, gdy mu odebrano mennicę, napisał do niego list z oświadczeniem, że »władnym i znaczącym inaczej być nie pragnie, tylko wtedy i tyle, jak on z narodem osądzi«; nadmieniał przytem o chęci swojej uczestniczenia w pracach Najwyższej Rady Narodowej. Odpisał mu Kościuszko dnia 20 maja z obozu pod Sieczkowem, że »zna wierne Tronowi uszanowanie«, lecz nie jest mocen nominować osobę JKMości do składu Rady Najwyższej; zalecił wszakże oddzielnie, aby ta Rada zdawała mu »sprawę z celnych swych czynów i aby opatrywała jego potrzeby». Kończył tak; »Składając WKMości dzięki za życzenia, mej osoby tyczące się, oświadczam, iż pomyślność WKMości od pomyślności Ojczyzny w mem sercu i umyśle nie oddzielam i głębokie uszanowanie WKMości zaręczam«.
W tymże czasie stanął przed Kościuszką (w obozie pod Jędrzejowem) książę Józef Poniatowski z prośbą, aby go przyjął do wojska, jako ochotnika. Przyjął go, swego byłego zwierzchnika, i powierzył mu wkrótce komendę nad znaczną dywizyą.
Gdy tak pomyślnie ugruntowała się władza jego i pomnażały się liczebnie siły do walki, ciągnęły przeciwko niemu nowe zastępy nieprzyjaciół. Zbliżał się do Bugu generał Derfelden ze świeżym korpusem. Denisow, odparty dwakroć (12 i 17 maja) pod Polańcem, pomaszerował w kierunku zachodnim, jak się pokazało później, dla połączenia się z Prusakami. Kościuszko wysłał przeciwko Derfeldenowi Zajączka, dając mu około sześciu tysięcy starego żołnierza i milicye z województwa Lubelskiego oraz Ziemi Chełmskiej, a sam poszedł za Denisowem marszami powolnemi, ponieważ musiał załatwiać wówczas wielkiej wagi sprawy organizacyjne rządu cywilnego. Miał w swoim obozie 9100 ludzi z wojska regularnego, około 5000 włościan bez broni palnej i 24 dział, razem ze zdobytemi na Tormasowie. Siła ta dorównywała mniej więcej sile Denisowa, który w swoich 14 batalionach i 34 szwadronach liczył 9000 głów, ale za to dział polowych i batalionowych posiadał 60. Postanowił atakować go Kościuszko, znalazłszy dogodną pozycyę pomiędzy wsiami Rawką i Hebdziem, o 3 mili od miasteczka Szczekocin, ale nie zdążył uszykować swego wojska przed wieczorem 5-go czerwca; ruchy jego wszakże były obserwowane, dokładnie narysowane przez szefa sztabu rosyjskiego, Pistora, i zakomunikowane królowi pruskiemu, Fryderykowi Wilhelmowi II, który 3 czerwca przyjechał do swojej armii, rozłożonej pod Żarnowcem, a liczącej 17,500 głów i dział 64.
Nazajutrz 6 czerwca oba te połączone wojska uformowały linię 3-wiorstowej długości i ruszyły do ataku. Zrazu nie wierzył własnym oczom Kościuszko; ale kiedy już wątpliwości nie było i generałowie doradzali mu odwrót, odpowiedział: »Chcę się obeznać z manewrami pruskimi«. Naturalnie, przegrał bitwę, stracił 8 armat, do tysiąca ludzi zabitych, około 500 jeńców i dwóch najdzielniejszych generałów, Wodzickiego i Grochowskiego. Wszyscy inni generałowie i on sam odnieśli rany. Uratował od zupełnego pogromu general Sanguszko osłaniając bezładny odwrót szarżami swojej jazdy i pociągając za rękaw Kościuszkę, który szukał śmierci w chwilowym przystępie rozpaczy. Strategicy widzą wielki błąd w przyjęciu walki z tak przemożną siłą nieprzyjacielską i w niewiadomości o tworzeniu się tej siły. Może źle spełniła swój obowiązek służba wywiadowcza; zdaje się jednak, że Kościuszko nie przypuszczał pojawienia się Prusaków skutkiem wmówionych mu przez Ignacego Potockiego kombinacyj dyplomatycznych, a potem w obec następującego nieprzyjaciela uchodzić bez skrzyżowania broni miał sobie za hańbę.
Niebawem ugodził weń drugi cios: przegrana przez Zajączka bitwa pod Chełmem dnia 8-go czerwca, i trzeci: poddanie Krakowa Prusakom przez pułkownika Wieniawskiego bez walki 15-go czerwca.
Kościuszko postradał podstawę operacyjną; widział się obsaczonym ze wszystkich stron obława. Jeden z najlepszych jego generałów, Wedelstett, podał się do dymisyi, jako poddany pruski z obawy o swój majątek ziemski, trzej inni zbuntowali się przeciwko pobitemu Zajączkowi, wypowiedzieli mu posłuszeństwo i ofiarowali dowództwo brygadyerowi Wyszkowskiemu.
W tym okropnym stanie rzeczy okazał Kościuszko niezłomną moc ducha. Nazajutrz po klesce szczekocińskiej (7 czerwca), w Małogoszczy przystąpiła do niego deputacya od mieszczan warszawskich z pretensyą, że do Rady Najwyższej Narodowej zamianował kilku z nich, nie zwołując zgromadzenia wyborczego. Odmówił ich żądaniu, a do Rady wysłał energiczną odezwę, zalecającą »natężenie republikańskiego męztwa« i nakazanie pospolitego ruszenia. W raporcie do narodu, wydanym z Kielc 10 czerwca, opowiedziawszy cały przebieg bitwy, wzywał do wytrwałości. Nadto oddzielnym »Ordynansem Generalnym do całej 520 siły zbrojnej Narodowej« kazał wszystkim komendantom korpusów wojska liniowego i wszystkim »tym komendantom, którzy jakiekolwiekbądź korpusy zebrane mają, lub zebrać przedsięwezmą, aby wkraczali w granice pruskie i rosyjskie dla podawania ręki mieszkańcom. Przemilczał jeszcze i teraz o Austryi, nie wiedząc, że cesarz Franciszek wraca z Belgii do Wiednia, żeby popierać jak najpilniej plany trzeciego rozbioru Polski oraz żeby wojska swoje wprowadzić do województw Lubelskiego i Chełmskiego. Na Wieniawskiego kazał ogłosić wyrok sądu wojennego. Wedelstetta uwolnił od służby, Zajączka utrzymał przy komendzie, a nieposłusznych mu generałów upokorzył bez skandalu, pozostawiając w dawnej zależności; dywizyę jego przywołał ku sobie i sam poszedł na spotkanie aż ku Wiśle, do Warki (19-21 czerwca). Mimo tej dość dalekiej wycieczki zdążył jeszcze wykonać zręczny manewr, za pomocą którego wyprzedził Prusaków i Rosyan, dążących ku Warszawie.
Znalazł przygotowane pracą ludu okopy. Zajął je po kilku potyczkach (9-10 lipca) ze ścigającymi jego korpusy Prusakami i Rosyanami. Od d. 13 lipca nieprzyjaciel obległ miasto półkolem, zatoczonem na lewym brzegu Wisły. Fryderyk Wilhelm założył swoją główną kwaterę w pałacyku, zwanym Włochy; wódz rosyjski Fersen, mianowany na miejsce Igelstroma i prowadzący jego dywizyę łowicką łącznie z wojskami Denisowa, usadowił się w Wilanowie. Obie armie rozporządzały 41 tysiącami żołnierzy i 235 działami. Kościuszko założył trzy obozy: pod Marymontem, powierzony komendzie Mokronoskiego a potem księcia Józefa Poniatowskiego, na Czystem — Zajączka i pod Mokotowem, główny, pod swoim osobistym kierunkiem. Miał w nich 23.300 ludzi, prawie wszystkich z bronią palną, dział zaś polowych razem z granatnikami i moździerzami około 140 z niedostateczną obsługą (412 artylerystów) i małą liczbą koni (47). Zastosował swoją umiejętność inżenierską do wzmocnienia linii obronnej fortyfikacyami ziemnemi, lecz niektóre baterye (jak np. na Łysej Górze, przy rogatkach Marymonckich, za Cekauzem) nie dostały ani jednej armaty, chociażby 3-funtówki.
Oblężenie trwało blizko dwa miesiące, do 6 września, a zakończyło się cofnięciem armii pruskiej za rz. Bzurę i odjazdem Fryderyka Wilhelma do Berlina — ku wielkiemu oburzeniu Imperatorowej Katarzyny. Rada Najw. Nar. chciała obchodzić tak pamiętne zdarzenie «uroczystością jakową» i prosiła Kościuszkę, żeby uświetnił obecnością swoją ten obchód. On wszakże uchylił się od udziału pod pozorem pilnych zatrudnień, innemi słowy: nie przyjął tryumfu i grzecznie zwrócił uwagę na przedwczesność uciechy. Powodował się skromnością, bo zasługę, bez względu na dalsze wypadki, przyznawał mu każdy, kto widział chociażby jedną stronę, jedną cząstkę niezmiernej pracy jego, wykonanej przy obronie szańców i przy kierowaniu działaniami wojennemi, jako to: nad Narwią, gdzie generałowie ziemiańscy wstrzymywali Prusaków od marszu ku Pradze, czyli od atakowania Warszawy z drugiej strony, od prawego brzegu Wisły, następnie na Powiślu Lubelskiem, gdzie należało obserwować austryackiego generała Harnoncourt, rozkwaterowanego już od d. 2 lipca, nareszcie na Litwie i Żmudzi, gdzie ukazywały się coraz gęstsze zastępy Rosyan, kierowane przez naczelnego wodza księcia Repnina. A ileż frasunku przyczyniło mu zaopatrywanie Warszawy w żywność dowozami z jednej tylko strony od wschodu, formowanie coraz nowych oddziałów, ekwipowanie ich, uzbrajanie, wyrób broni i prochu, zaspakajanie zadań pieniężnych wśród ruin i spustoszeń dokoła! Dopiero wieczorem 6 września położył się Kościuszko spać rozebrany.
Obudził się z głową niemniej zafrasowaną. 1) Za Prusakami trzeba było posunąć te wszystkie wojska, które dotychczas stały w okopach. Kościuszko jednak detaszował małą dywizyjkę pod dowództwem Dąbrowskiego na pomoc Wielkopolanom pruskiego zaboru, którzy powstali wyświadczyli wielką przysługę, przejmując na Wiśle spławiane pod Warszawę ciężkie działa forteczne. Wyprawę tę Dąbrowski odbył ze świetnem powodzeniem. 2) Przewidywać należało, że Fersen po ustąpieniu z Wilanowa zechce gdzieś wyżej przeprawić się przez Wisłę. Kościuszko nie mógł już polegać na straży generałów ziemiańskich: więc wysłał Ponińskiego do objęcia dowództwa nad nimi, ale cała tameczna siła dosięgała zaledwo 3.500 głów nie najlepszego żołnierza przy 6-iu armatach batalionowych. 3) Przerażające doniesienia dochodziły z Litwy: Wilna nie obronił Chlewiński od ponownego i tym razem skutecznego ataku generałów rosyjskich (11 sierpnia), a tak nieporządnie utrzymywał swoją dywizyę, że musiał być usunięty; całe wojsko litewskie i liczne żmudzkie kupy powstańcze ściągały się pod Grodno w najgorszym stanie, a mianowany wodzem Mokronoski nie wykonywał najgorętszych poleceń, podobno z powodu wycieńczenia organizmu chorobą: Sierakowski, stojący pod Brześciem z 5-tysiącami (4927 gotowych do służby), był wystawiony na atak Suworowa, który forsownymi marszami z Podola przedzierał się przez bagna poleskie ze świeżą siłą 14.000 ludzi i 60 dział, a sam jeden wart był armii, wedle wyrażenia Imperatorowej Katarzyny. Tu już nie wystarczały ordynanse, instrukcye i wszelkie papierowe sposoby. Trzeba było batalionów, szwadronów, dział, czego właśnie było niewiele w warszawskich obozach, jedynym teraz zbiorniku zasobów wojennych.
Obfita, acz rozproszona po wielu księgozbiorach i archiwach korespondencya Kościuszki przekonywa, że rozumiał on jasno i trafnie istotę zagrażającej katastrofy. Od 7 września posyła Jasińskiemu rozkazy wzmacniania armii litewskiej siłami rozporządzalnemi nad Niemnem i Narwią oraz uformowania z nich drugiej dywizyi; 15 września wysyła z pod Warszawy regiment 10-ty Działyńskiego i 320 »zastępców Brzeskich« pod dowództwem Kniaziewicza dla wzmocnienia Sierakowskiego, a 19-go wyjechał sam, lecz w Siedlcach dowiedział się, że Sierakowski został pobity pod Krupczycami i Brześciem fatalnie — z utratą połowy swego wojska i 28 armat, zaprzężonych w konie z królewskiej stajni. Posyła więc rozkaz Mokronoskiemu posuwania się ku Warszawie, «aby nie dać przejść kolumnie Suworowa pomiędzy sobą a Wisłą», aby nie dopuścić połączenia się jego z dywizyą Fersena, której «pilnuje generał Poniński». Wraca, wysyła posiłki Sierakowskiemu, potem jedzie pocztą bez eskorty, w towarzystwie jednego Niemcewicza, sekretarza swego, drogą, nawiedzaną już przez kozaków, do Grodna. Obejrzawszy wojsko litewskie, okazał mu największe niezadowolenie, kazał używać najsurowszych kar (zastrzegając jednakże dla siebie zatwierdzanie nie tylko wyroków śmierci, ale i kasacyi) i napisaną własnoręcznie odezwą 30 września groził za tchórzostwo w boju kartaczowaniem z armat, które będą ustawiane z tyłu. Zaledwo wrócił do swej kwatery głównej, t. j. do namiotu w Mokotowie, gdy nadeszła najgorsza ze wszystkich przewidywanych nowina: że Fersen przeprawia się przez Wisłę. Kościuszko uznał natychmiast, że należy go znieść, zepchnąć do Wisły, inaczej bowiem Warszawa miałaby przeciętą jedną z głównych dróg zasilania się żywnością i byłaby narażoną na atak połączonych dwu wojsk rosyjskich.
Wieczór 5-go października spędził Kościuszko u Zakrzewskiego, prezydenta miasta, rozmawiając po raz ostatni z najbliższymi współpracownikami swymi: Ignacym Potockim, Kołłątajem, Zajączkiem, któremu oddał w zastępstwie komendę obozu głównego w Mokotowie i wszystkich korpusów pod Warszawą Zapowiedział im, że stoczy bitwę i te armia Sierakowskiego, skoro się połączy z nią korpus Ponińskiego, będzie do 14.000 mocną. Nazajutrz o godzinie 5-ej zrana, wziąwszy z sobą Niemcewicza, wyjechał konno z Mokotowa i, pędząc wciąż galopem, zmieniając konie chłopskie z siodłami bez strzemion, z uździenicami bez mundsztuków, stanął o godzinie 5-tej wieczorem w Okrzei u Sierakowskiego. Znalazł się tu gen. Poniński, który ani jednym wystrzałemnnie przeszkodził Fersenowi do ustawiania mostu w okolicy Kozienic i wchodzeniu pułków rosyjskich do obozu pod Tyrzynem, ale żądał teraz rozkazów. Po naradzie kazano mu obrać obronne położenie nad Wieprzem i czekać wezwania do akcyi. Kościuszko poprowadził wojsko do Korytnicy (7-go) doczekał się tu nadejścia z batalionów z Warszawy (8-go) i, wyruszywszy z całą swoją siłą, która dosięgła tylko 7 tysięcy głów (przy ubytku ludzi skutkiem forsownych marszów oraz braku paszy dla koni w późnej jesieni) wszedł 9 go października pod wieczór na pagórki między wsią Oronne a Zamkiem (dzisiejszem Podzamczem) w dobrach ordynatowej Zamoyskiej, Maciejowice. Ujrzał w niedalekiej odległości obóz rosyjski, szeroko rozciągnięty nad Wisłą. Tu więc musiała się odbyć walka stanowcza.
Po obejrzeniu pozycyi Kościuszko wskazał stanowiska wszystkim oddziałom; powierzył komendę lewego skrzydła, pod Oronnem, Kniaziewiczowi, środka Sierakowskiemu, prawego, pod Zamkiem, Kamieńskiemu; kazał usypać kilka szańców i ustawić armaty, których było razem z batalionowemi 21. Zapadająca noc nie pozwoliła ukończyć roboty fortyfikacyjnej; żołnierze mieli spędzić ją pod bronią. Kościuszko wszedł do zamku, wyslał rozkaz do Ponińskiego, zjadł wieczerzę i położył się w ubraniu. O godz. 1 po północy obudził Niemcewicza, kazał mu napisać drugi ordynans, zalecający Ponińskiemu największą pilność w marszu do Tyrzyna i posłać przez kuryera.
W tym czasie Denisow z 4 batalionami, 10-u szwadronami, 4-ma pułkami kozaków i 10-u armatami uszedł już połowę drogi do Oronnego Chruszczow i Tormasow odbierali od Fersena dyspozycye co do ataku frontowego, a hr. Tolstoj co do oskrzydlenia z lewej strony, od rz. Okrzejki. O godzinie trzy kwadranse na 5-tą 10 października ozwały się wystrzały Denisowa, zwiastujące atak na kraniec lewego skrzydła polskiego. Byłto sygnał dla wszystkich kolumn do ataku.
Walka zrazu ogniowa, potem na broń białą trwała do godziny 1-ej. Fersen wprowadził do niej wszystkie swe siły aż do ostatniej rezerwy, bo Poniński nie przyszedł pod Tyrzyn, nie uderzył na jego obóz. Ukazanie się oddziału hr. Tołstoja poza skrzydłem prawem udaremniło ostatni wysiłek Kościuszki do uformowania czworoboku. Najwaleczniejsi padli, działyńczycy (regiment 10-ty) legli trupem w nieprzerwanym szeregu; niedobitki rzuciły się do ucieczki na pola okoliczne. Wszyscy generałowie i Niemcewicz byli ujęci w niewolę. O godzinie 5-ej kozacy na pikach przynieśli krwią zbroczonego, nieprzytomnego, śmiertelną bladością powleczonego Kościuszkę.
Żył jednak i otworzył oczy nazajutrz zrana po wschodzie słońca. Miał szeroką ranę ciętą na głowie i kilka kłótych na piersi i lewej nodze, która stała się bezwładną. Opatrzył go chirurg, odwiedził Fersen z grzecznemi słowy, ale gdy zwycięzka armia ruszyła, wsadzono go do powozu i prowadzono, dopóki nie przyszła dyspozycya od księcia Repnina...
Oddzielony po kilku dniach od armii, dążącej pod Warszawę, Kościuszko odbywał długą podróż przez Wołyń na Kijów, Czernihów, Mohylew, Witebsk najprzód bardzo powolnie z maszerującą kolumną gen. Chruszczowa, potem coraz szybciej pod strażą majora Titowa i 4-ch młodszych oficerów do Petersburga. W ciągu tej długiej podróży dowiedział się o szturmie Pragi. Przywieziony d. 10 grudnia do twierdzy Petro-Pawłowskiej i wniesiony do mieszkania komendanta widział chwilowo, zdaleka sekretarza swego Niemcewicza i adjutanta Fiszera, prowadzonych do wielkiej sali. W stanie ciężkiego przygnębienia moralnego spędził prawie dwa lata swojej niewoli. Badany dwukrotnie przez prokuratora generalnego Samojłowa, odpisał własnoręcznie na 21 punktów śledztwa. Zeznania jego były możliwie krótkie, ale bezwarunkowo prawdziwe. Potem zachowywał się tak cierpliwie i skromnie, że Imperatorowa Katarzyna łagodziła coraz bardziej swój sąd o nim i regulamin więzienny. Pisała tedy 30 września 1795 r., że jest «łagodny jak baranek,» a ponieważ jest bardzo chory, więc umieściła go w domu Stegelmana, gdzie jest ogródek do przechadzki. Potem przeniosła go do pałacu Orłowa i kazała otoczyć wszelkiemi wygodami: zwrócono mu służących z mokotowskiej kwatery (murzyna lokaja i kucharza Jean’a), wożono po ogrodzie na fotelu, dano mu do rozporządzenia nawet powóz, w którym wolno było wyjeżdżać na miasto w asystencyi urzędnika. Znikły więc wszelkie posądzenia o jakobinizm jego i o krwiożerczość rewolucyjną. Wszak okazało się, że nie podpisał ani jednego wyroku śmierci, oprócz zaocznego na dwóch oficerów, którzy wydali Kraków Prusakom. Jeśli doprowadził wojsko liniowe do liczby 95,000 głów, a doliczając mieszczan i włościan uzbroił 150,000 ludzi: to działał jedynie mocą intellektualną. Lekarz nadworny, Anglik Rogerson zapewnia, że imperatorowa wielce go szacowała i dwa razy przed śmiercią swoją naradzała się nad uwolnieniem jego i nad okazaniem mu względów szczególnych; stwierdza przytem smutny stan jego zdrowia: «Siły fizyczne i moralne tego poczciwego człowieka są prawie wyczerpane skutkiem długich cierpień... Tracę nadzieję uleczenia go: tyle wycierpiał na ciele i duszy, że organizm jego jest zrujnowany zupełnie i energia nerwów — czego się obawiam — zniszczona niepowrotnie».
Nie wykonała jednakże Katarzyna II swego zamiaru przed zgonem, który nastąpił d. 6(17) listopada 1796 r. Ale dziewiątego dnia potem, t. j. 15(26) listopada, jej następca, cesarz Paweł I, zajechawszy przed pałac Orłowa ze starszym swym synem Aleksandrem i z licznym orszakiem, wszedł do pokoju Kościuszki i rzekł: «Przyszedłem, mój generale, abym ci wolność przywrócił». Wrażenie tych słów było tak silne, że Kościuszko nie zdołał zdobyć się na odpowiedź. Widząc takie pomieszanie, cesarz usiadł obok niego i dobrotliwie zawiązał dłuższą rozmowę[4], w której Kościuszko wypowiedział swą «najczulszą wdzięczność i najwyższy szacunek» dla «wyższego nad zaszczyt tronu» władcy, ale zaraz ubolewać zaczął nad losem ojczyzny, który obchodził go bardziej, niż los własny. Cesarz przytoczył z historyi przykłady upadku państw kilku, lecz nie uraził się obroną Polski, owszem, zakończył dysputę oświadczeniem: «Dałeś mi do myślenia: mówiłeś do serca mego... Jeśli masz co żądać, mów śmiało i zwierz się jako przyjacielowi, bo jestem prawdziwym przyjacielem WPana i chcę, abyś wzajemnie był moim».
Przy następnych odwiedzinach Paweł I, usłyszawszy prośbę o wyzwolenie wszystkich jeńców, wspomniał o wielkim oporze ministrów, którzy «sądzą ich za zbyt niebezpiecznych». »Chcesz-że ręczyć za nich»? zapytał. Kościuszko odpowiedział, że nie może dać słowa wprzódy, nim się rozmówi z Ignacym Potockim. Otrzymał więc pozwolenie na rozmowę z nim w twierdzy Petropawłowskiej, a następnie wyzwolenie wszystkich nie tylko uwięzionych w Petersburgu, ale i 12,000 wojskowych, zesłanych na Sybir. Ukaz był ogłoszony 29 listopada starego stylu 1796 r. Dla siebie Kościuszko uprosił pozwolenie wyjazdu do Ameryki.
Nadto obdarował cesarz Kościuszkę i Potockiego dobrami ziemskiemi w Rosyi, po 1,000 «dusz» liczącemi, i kazał odebrać od nich, jako od właścicieli, przysięgę wiernopoddańczą. Przyjechał z tem do pałacu Orłowa Jerzy Wielhorski, marszałek dworu. Była to niespodzianka przerażająca. Kościuszko uprzytomnił sobie los 12-tu tysięcy rodaków i przysięgę wykonał, lecz wymówił się od przyjęcia dóbr, prosząc, aby ich wartość zamienioną była na pieniądze. Z oszacowania wypadła suma 60,000 rubli; niema jednak śladu, żeby ją Kościuszko wówczas podniósł.
Na tem jeszcze nie zamknęła się hojność cesarza. Kościuszko otrzymał 12,000 rubli, pyszną karetę, umyślnie zbudowaną do leżenia, sobolowe futro, czapkę, buty futrzane, kuchnię podróżną i bieliznę stołową. Za tyle łask i dobroci zapragnął podziękować na pożegnaniu. Gdy przybył do pałacu Zimowego, d. 18 grudnia, w mundurze amerykańskim (z białemi wyłogami), znalazł przed schodami czekające na siebie krzesło o dwu kołach. Przez długi szereg komnat gwardziści przyboczni (les gardes du corps) zatoczyli go do pokoju sypialnego, w którym Cesarz przyjął go jak najłaskawiej, bez ceremoniału urzędowego, w gronie rodziny swojej[5]. Cesarzowa dała mu warsztat tokarski, ceniony na 1,000 rubli i zbiór kamei z portretami całej rodziny. Wielcy książęta i wielkie księżniczki żądali uprzejmie, aby często do nich pisywał. Aleksander całował go. Kościuszko ofiarował cesarzowej tabakierkę swojego wyrobu.
Nazajutrz po tej audyencyi Kościuszko wyjechał z Petersburga w towarzystwie Niemcewicza, który wyrzekł się odwiedzenia własnego domu i krewnych na prośbę jego, i młodego, silnego oficera Libiszewskiego, który ofiarował się dobrowolnie do przenoszenia z powozu, lub na sofę w pokoju. Jechali też dawni słudzy: murzyn i Jean, których odprawił dopiero w Szwecyi.
Cała podróż przez Finlandyę, Szwecyę, Anglię aż do Filadelfii była istnym tryumfem najskromniejszego i najmniej szczęśliwego z wojowników historycznych. W każdem mieście, jak tylko w gazetach ukazała się wiadomość o przyjeździe, powstawał ruch niezwykły. Mnóstwo osób spieszyło z wizytami, stowarzyszenia występowały z festynami i darami pamiątkowemi, poeci czcili odami, artyści wysilali się na sposoby podpatrzenia rysów do portretowania. Kościuszko przyjmował wizyty i zaprosiny, poczynając od Abo, gdzie znajdował się na koncercie Towarzystwa Muzycznego; w Sztokholmie odmówił tylko propozycyi widzenia się z królem Gustawem IV-m nawet incognito w pałacyku wiejskim. W Anglii otaczały i przeprowadzały go tłumy mieszkańców miejskich i wiejskich; komenderujący w Bristolu pułkownik Thomas wysyłał codziennie muzykę wojskową do przygrywania przed jego mieszkaniem.nGdy niesiono go w lektyce na brzeg rzeki Avon, otaczali go oficerowie angielscy w wielkich mundurach i hełmach, towarzyszył konsul amerykański Elias Vanderhorst (dawny znajomy z południowej Karoliny) na czele gromady wielbicieli. Okręt «Adriana» przystroił się we flagi Rzeczypospolitej Amerykańskiej. Odpływającego Kościuszkę żegnano kapeluszami, chustkami. Aż do Królewskiej Drogi (King’s Road) na rzece Sewernie, przez całą długość Avonu każda skała i przylądek St. Vincent mieściły widzów, którzy wykrzykiwali gorące «farewell». Od pięknych will nadbrzeżnych przypływały wciąż łodzie z kwiatami i owocami.
«Adriana» zawinęła do portu Filadelfii dnia 18 sierpnia 1797 r. Natychmiast H. A. Heins, prezes «Emigrant Society» poczynił zarządzenia stosowne. Do okrętu popłynął bat, na którym znajdowało się ośmiu kapitanów okrętowych; sam Heins złożył życzenia w imieniu obywateli, za których wolność gość przybywający walczył niegdyś mężnie, narażając swe życie. Na to powitanie odpowiedział Kościuszko po francusku, gdyż stracił łatwość władania mową angielską: «Uważam Amerykę jako drugą moją ojczyznę i czuję się być nader szczęśliwym, gdy do niej powracam». Na krześle zniesiono go na bat. Załoga okrętowa pożegnała trzykrotnem: «Niech żyje Kościuszko!», a lud wtórzył na brzegu. Skoro bat przybił do ladu, wniesiono Kościuszkę do karety, którą wnet otoczyły tłumy. Wyprzężono konie i wśród nieustających wiwatów Filadelfijczycy ciągnęli go aż do zajętego dlań mieszkania przy ulicy Czwartej.
Żyło jeszcze dużo dawnych znajomych. Wszyscy witali go osobiście, albo przez listy. Zapraszali do swych domów. Objeżdżał wielu; kilka tygodni spędził gościną u Gates’a, a najdłużej przebywał u generała White. Chociaż zatracił swój certyfikat, Kongres polecił wypłacić mu przyznany w r. 1784 kapitał wraz z procentami od 1 stycznia 1788 r. Wypadła suma 18940 dolarów 25 centów, oprócz wydzielonego w swoim czasie gruntu.
Nagle, 5 czy 6 maja 1798 Kościuszko opuścił Amerykę, bez Niemcewicza i bez służącego Stanisława, ukryty pod nazwiskiem Tomasza Kanberga, a co dziwniejsza, uzdrowiony, chodzący o własnej sile, nawet nie podpierając się laską.
Do zrozumienia tego wypadku fizyologicznego mamy jedyne źródło w opowiadaniu generałowej White, powtórzonem przez jej wnuka, inżyniera Evans’a. Oto, około 26 marca Kościuszko otrzymał pakę listów z Europy. Czytając je, doznał tak silnego wzruszenia, że wyskoczył ze swego łoża aż na środek pokoju. Po chwili zawołał służącego, aby mu pomógł wrócić. Generałowi White powiedział krótko, nie wymieniając powodów: «Muszę zaraz wracać do Europy.» Uproszeni przezemnie dwaj lekarze, neuropatolog i chirurg,[6] orzekli, że «wrażenie silne, zwłaszcza przyjemne, podniecająco działające, mogło bezwład ten czysto psychiczny usunąć, czem tłómaczyłoby się nagle wyzdrowienie Kościuszki po otrzymaniu pomyślnych wiadomości.»
Treść listów pozostaje dotychczas nikomu nieznaną. Tylko z dziejów emigracyi polskiej domyśleć się możemy, że byłato wiadomość o pomyślnem formowaniu legionów przez gen. J. H. Dąbrowskiego i o zawarciu przez niego z Administracyą Generalną Rzeczypospolitej Cisalpińskiej konwencyi d. 9 stycznia 1797 r, która artykulem 6-m zapewniała, że lud lombardzki będzie uznawał Polaków za braci, nie za wojsko obce; że udziela im prawa rzeczywistego obywatelstwa lombardzkiego, co nie przeszkodzi im w razie możności wrócić do ognisk domowych. Wódz naczelny francuzki armii Włoskiej, Bonaparte, zatwierdził tę konwencyę. Rozumiał więc Kościuszko, że przez te legiony Polska stanęła na równi z rządem istniejącym, uznanym i przytem republikańskim. Zwierzył się tedy przyjacielowi swemu, «filozofowi»
Jeffersonowi, który zajmował wysoki urząd vice-prezydenta Stanów Zjednoczonych i ułatwił mu niebezpieczną w czasie wojennym podróż przez uzyskanie pasportu od ambasady francuskiej. Na wyjezdnem Kościuszko wręczył mu akt darowizny swojej «własności w Stanach Zjednoczonych,» (t. j. gruntów) na wykup murzynów z niewoli i na udzielanie im nauki.
Już d. 28 czerwca 1798 r. wylądował Kościuszko w Bayonnie i zaraz wyjawił prawdziwe swoje nazwisko. Francuzi przyjęli go z wszelkimi honorami. W Paryżu Kościuszko złożył wizyty ambasadorom, a więc przybierał charakter polityczny. Wkrótce atoli zoryentował się, że innym jest stan rzeczy, niż mu się przedstawiał z oddalenia przez szerokość Oceanu. Dostrzegł, że owa Rzeczpospospolita Cisalpińska jest prowincyą francuzką, że Francya weszła na drogę podbojów i traktuje legiony polskie, jako najemnicze, cudzoziemskie wojsko. Nie przyjął tedy dowództwa naczelnego jawnie, chociaż odbierał raporty i utrzymywał poufny stosunek z dawnymi generałami swymi, Dąbrowskim i Kniaziewiczem. Parę razy winszował Polakom męztwa i sławy, zdobytej w krwawych bitwach na ziemi włoskiej. Powodował się instynktem dobrego żołnierza — spieszyć z pomocą swoim podczas wojny: ale sam, jako najwyższy naczelnik siły zbrojnej narodowej mógł dobyć szabli tylko pod własną narodową chorągwią i w marszu ku granicom Polski.
Bonaparte po powrocie z Egiptu, wizytując dostojników i znakomitości, był podobno u Kościuszki z komplementem; Kościuszko znajdował się na bankiecie, wydanym zwycięzcy z pod Piramid przez Rady Prawodawcze d. 15 brumaire (=6 listopada 1799) w kościele św. Sulpicyusza. Bonaparte był ponury i zafrasowany, obszedł stoły, witając się z biesiadnikami, i zaraz odjechał na narady co do zamachu stanu. Nastąpiły niebawem dni 18 i 19 brumaire — Bonaparte został pierwszym konsulem i odtąd kroczył wyraźnie prostą drogą do monarchii.
Z legionów, po razy kilka zapełnianych dla zastąpienia wielkiej liczby poległych, 5.647 głów wsadzono na okręty pod groźbą dział francuzkich i wysłano przeciwko rzeczypospolitej murzyńskiej na San Domingo, gdzie wszyscy prawie wyginęli, gdyż wróciło do Europy niespełna 400 ludzi na okrętach angielskich.
Kościuszko doznal znów przygnębiających wrażeń, skarżył się na bóle głowy, zamknął się w sobie, nie wdawał się w żadne roztrząsania polityczne; często można było widzieć łzę w jego oku, ale niepodobna było dowiedzieć się, co ją wyciskało. Z Francuzów najdłużej bywał u Lebrun’a, z którym konferował w r. 1793, jako z ministrem, a który teraz wyszedł na podrzędnego konsula. Ten pewnego razu w licznem towarzystwie rzekł: «Czy wiesz, generale, że pierwszy konsul mówił o tobie?» Kościuszko odpowiedział na to: «Ja nie mówię nigdy o nim» i przestał bywać. Wkrótce minister policyi, ex-jakobin Fouché, ostrzegł go przyjaźnie, że śledzą go osoby znakomite, których nigdyby nie posadził, że są szpiegami».
Wśród takich okoliczności Kościuszko zaprzyjaźnił się z dwoma braćmi Zeltnerami, Szwajcarami: Piotrem Józefem, ministrem pełnomocnym Związku Szwajcarskiego, i Franciszkiem Ksawerym, negocyantem oraz wójtem Solury. Do pierwszego z nich przeniósł się na mieszkanie w r. 1801. Wyjeżdżał na lato do jego wiejskiej posiadłości Berville, w pobliżu Fontaineblau; wkrótce stale tu zamieszkał, upatrzywszy nieco podobieństwa do krajobrazu polskiego.
Wywołać go z tego zacisza spróbował Bonaparte, już jako Cesarz Francuzów i król Włoski, zwycięzca z pod Austerlitz i Jena, gdy zamierzał wprowadzić armię swoją na ziemię polską. Napisał 3 listopada 1806 r. z Berlina do ministra Fouché, aby wyprawił Kościuszkę ze wszystkimi Polakami, jacy przy nim znajdować się będą, ale w najściślejszej tajemnicy i pod przybranem nazwiskiem. Fouché przybył osobiście do Berville, ale w odpowiedzi na swą wyniosłą przemowę usłyszał zapytanie: »Co Jego Cesarska Mość zamierza uczynić dla Polski za jej pomoc»? Zgorszony minister zagroził, że Cesarz «może rozkazać, abyś mu towarzyszył gdziekolwiekbądź, może robić wszelki użytek z usług pańskich, a ja nie widzę nic dobrego ani dla pana, ani dla ziomków pańskich w opieraniu się życzeniom mojego wielkiego i najdostojniejszego władcy» — «Ekscelencyo, (odpowiedział z godnością Kościuszko) racz zapewnić JCMość, że doskonale rozumiem stanowisko swoje; przebywam obecnie w krajach JCMości, a zatem uważam się obecnie za poddanego. JCMość może rozrządzać mną wedle swej woli, może wlec mnie za sobą, lecz wątpię, żeby w takim razie naród mój świadczył mu jakiekolwiek usługi».
Teraz spotkał go zawód najdotkliwszy. Pod data 3 listopada Dąbrowski i Wybicki, którzy go za naczelnika narodu dotychczas uznawali i wyznawali, wydali już odezwę do Polaków, aby się uzbrajali dla Napoleona, od którego żadnego zobowiązania ani otrzymali, ani żądali. Zamieścili obietnicę lekkomyślną, że «Kościuszko, wezwany przez Wielkiego Napoleona, wkrótce przemówi do Nas z jego woli», nie zasięgnęli wszakże bezpośrednich rozkazów, lub wskazówek i nie cofnęli się, gdy Kościuszko nie przybył.
Wobec koronowanego monarchy postępek ich byłby nazwany zdradą stanu i ściągnąłby na nich karę główną. Kościuszko, jako zwierzchnik idealny, nie posiadający w tej chwili władzy materyalnej, nie mógł takiej kary wymierzyć, a nawet protestacyi swojej nie miał możności nigdzie na lądzie europejskim ogłosić drukiem. Przy dobrotliwości i filozoficznych swoich przyzwyczajeniach nie wyrzekł też potępienia na dawnych podwładnych swoich z 1794 roku, ale w sercu czuł jednak żal i gorycz tem większą, że cały naród dał się wciągnąć za ich sprawą w niewolniczą służbę genialnego egoisty. Cóż miał czynić? Pozostawała mu tylko niema protestacya. Więc w Berville zabawiał się uprawą ogródka, tokarstwem i wyrabianiem drewnianych chodaków. Był prawie więźniem. Pasportu do Szwajcaryi odmówiono mu, a dozór policyjny trwał bez ustanku.
Nadszedł rok 1812. Zbudowane przez Napoleona, ale też i wyzyskiwane bezlitośnie, Księstwo Warszawskie wystawiło 83.000 wojska, już nie najemniczego, bo nie tylko opatrzyło je własnym rynsztunkiem i żołdem, ale ogromne koszta poniosło na żywienie przeciągającej «wielkiej armii». I teraz wszakże Napoleon nie raczył wymówić upragnionego, tak niecierpliwie wyczekiwanego słowa. Wielka armia znikła na śnieżnych polach Rosyi. W 1813 Napoleon przybiegł do Paryża bezbronny. Zaledwo 130.000 młodzieży zdołał wyciągnać z Francyi. Jakże potrzebnem i drogiem stało się dla niego wtedy wojsko polskie! Przyprowadzil mu je książę Józef Poniatowski, odrzucając korzystne dla kraju propozycye cesarza Aleksandra, dochowując wierności sztandarowi obcemu. Po strasznej bitwie narodów pod Lipskiem oddał mu i życie, a pułki polskie poszły jeszcze dalej: do Renu; niektóre oddziały towarzyszyły strąconemu «bogu wojny» do Francyi, aż do samego Fontainebleau, miejsca jego abdykacyi i detronizacyi.
Do Paryża weszli trzej tryumtujący monarchowie. Jeden z nich, najpotężniejszy, Aleksander I przypomniał sobie (sam, bo któżby śmiał mu przypomnieć?), że tu mieszka Kościuszko. Rozkazał oficerom polskim, aby mu złożyli winne uszanowanie.
Kościuszko uczuł głębokie wzruszenie, ale też domyślił się niewątpliwie, że będzie z nim mowa o Polsce.
I cóż tu mówić? W jakim charakterze? Był skasowanym, zdegradowanym jej Naczelnikiem, emigrantem, tułaczem. Był wzgardzonym wodzem, ponieważ wojsko księstwa Warszawskiego nie okazało mu ani posłuszeństwa, ani uszanowania, a przychodzący obecnie oficerowie byli właściwie jeńcami wojennymi. Był zapomnianym sługą narodu, bo z czegożby przeżył tych lat kilkanaście, gdyby mu wdzięczniejsza Ameryka nie wypłaciła zasłużonego żołdu?
Ale Kościuszko w żadne targi z Polską nie wchodził. Zwał ją Ojczyzną swoją i jej zawsze całą swą istność oddawał. Bez długiego przeto namysłu napisał list do cesarza Aleksandra z Berville d. 9 kwietnia 1814 r. prosząc, aby raczył dać amnestyę ogólną dla Polaków, wyzwolić włościan w ciągu lat 10-u i ogłosić się królem polskim z konstytucyą zbliżoną do angielskiej. «Jeżeli prośby moje będą wysłuchane, przyjdę osobiście, lubo chory, paść do nóg Waszej Cesarskiej Mości dla podziękowania Mu i złożenia hołdu pierwszy, jako mojemu monarsze». Nie doczekawszy się odpowiedzi, przyjechał do Paryża i prosił posłuchanie. Był przyjęty z otwartemi ramionami i otrzymał ustne zapewnienia najlepszych chęci dla Polski, a potem reskrypt datowany 3 maja 1814 w wyrazach, które go zadowolniły.
Ale nadciągnęły nowe burze, które wstrząsnęły Kongresem Wiedeńskim. Aleksander wezwał go do swej głównej kwatery listem, otrzymanym d. 15 kwietnia 1815 r. Kościuszko opuścił Berville 3 maja; jechał przez Szwajcaryę i Bawaryę z utrudnieniami pasportowemi. Stanął jednak w Braunau 25 i spotkał tu cesarza d. 27 maja.
Rozmowa, trwająca kwadrans w pokoju pocztmistrza, zmartwiła Kościuszkę. Pojechał jeszcze do Wiednia. Zastał tu rozstrzygnięty los Polski nie tak, jak się spodziewał. Więc napisał do cesarza Aleksandra 10 czerwca z gorącą podzięką za dobrodziejstwa, gotowane dla narodu polskiego, lecz dla spokojności swego sumienia błagał o jedno słówko łaskawego zapewnienia, że wspaniałomyślne obietnice zostaną spełnione w przyszłości. Ten list został bez odpowiedzi. Więc Kościuszko wyłożył cały swój pogląd na istotę Królestwa Polskiego Kongresowego w głęboko obmyślanym i szczerym liście do ks. Adama Czartoryskiego z d. 13 czerwca; wynurzał wdzięczność aż do śmierci dla «duszy wspaniałej, dobroczynnej, z nikim nieporównej Wielkiego Aleksandra», za wznowienie imienia polskiego, lecz zakończył oświadczeniem, że jedzie do Szwajcaryi, nie mogąc zdatnie usłużyć Ojczyźnie.
Jakoż wyjechał z Wiednia, podróżował po kilku kantonach, wreszcie osiadł w Solurze (Soleure, Solothurn) w pokoju, wynajętym u Franciszka Ksawerego Zeltnera. Znalazł tu najtroskliwszą opiekę i cześć najgłębszą. Znało go i czciło miasto całe, miłe, ale niewielkie (około 4.000 ludności). Odwiedzali cudzoziemcy i przyjezdni rodacy; zastępowali mu drogę ubodzy, gdy wyjeżdżał na spacer w powoziku lub konno, mając zawsze drobną monetę do rozdawania.
Tu legł na łożu śmiertelnem d. 1 października, 10-go podyktował testament, zachowując przytomność umysłu, mimo wzrastającej gorączki i osłabienia pulsu. Mówił o Ojczyźnie, lecz obcy słuchacze powtórzyć słów jego nie zdołali. Wydał ostatnie tchnienie o godzinie 10-ej wieczorem 15 października 1817 r.

- ↑ Prostujemy w tem miejscu mylne podania, jakoby Tadeusz Kościuszko urodził się d. 12 lutego W Siechnowiczach. Metryka, spisana w Kossowie, świadczy, że dnia tego odbył się chrzest niemowlęcia; że chrzcił nie proboszcz, lecz X. Rajmund Korsak, przeor XX. Dominikanów z Hoszczewa, a więc przybysz z pod Słonima; że kumami byii: Narkuski, starosta kuszlicki i pani z Protasewiczów Suchodolska w pierwszej parze, a w drugiej: Protasewicz, podstarości piński, i panna Suchodolska, pisarzówna ziemska słonimska. Czyż podobna, aby tyle osób zjechało się z dość odległych stron właśnie na dzień urodzin? Tymczasem pierwsze, lubo zapomniane później, imię Andrzej wskazuje, że chłopak «przyniósł» je sobie, a Martyrologium Romanum zamieszcza Ś. Andrzeja biskupa fezulańskiego pod dniem 4 lutego. Do parafii Kossowskiej należała Mereczowszczyzna, czyli raczej: Maraczowszczyzna, Siechnowicze zaś były oddalone o mil kilkanaście i należały do parafii zbirohowskiej. Zresztą w Siechnowiczach nie mieszkali rodzice.
- ↑ Zapisani są w «Xiędze Szkolnej», złożonej w darze przez X. Ant. Moszyńskiego ex-piara i proboszcza niegdy lubieszowskiego Bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego (MS nr. 1046) na kartach 36-39 wyraźnie: M.D. Josephus Kościuszko, M.D. Thaddaeus Kościuszko filii Ensiferi Brestensis 5 razy jako infimistae, grammatici, syntactici, poetae, a Józef jeszcze i w dziale rhetores. Księga ta nie była mi znaną w r. 1894 a zatem kombinacye przypuszczalne, rozwinięte w obszerniejszej monografii mojej, wówczas ogłoszonej drukiem (str. 71-74) co do wychowania w szkole jezuickiej brzeskiej stały się obecnie zbytecznemi i kwalifikują się do wykreślenia.
- ↑ Podług artykułów w Encyklopedyi Larousse’a p. t. Ecole Militaire, a podług otrzymanego z ministeryum Wojny wyjaśnienia, dopiero od r. 1776.
- ↑ Spisaną dość obszernie przez księcia Gagaryna. Niewiarogodnym wcale jest sztych Gaugain’a (Londyn 1801), reprodukowany przez Orłowskiego i bardzo rozpowszechniony, przedstawiający Kościuszkę w huzarskim mundurze, zrywającego się na równe nogi przed cesarzem. Wszak ruch taki był niemożliwy fizycznie przy bezwładzie lewej nogi. Okratowane okienko również świadczy o samowolnem fantazyowaniu autora-artysty.
- ↑ Znakomity historyk rosyjski generał Szylder w swoim zarysie historyczno-biograficznym o cesarzu Pawle I (Petersburg, 1901) uzupełnił opowiadanie Niemcewicza następującym dodatkiem: «Podług innych informacyj Paweł powiedział jeszcze do generała polskiego: «Nie przystoi takiemu walecznemu wojownikowi być bez szpady; weź moją». Monarcha wyjął ją z porte-epée i podał głęboko wzruszonemu Kościuszce. Wzywam Boga na świadka, że szpady łaskawie darowanej mi przez Cara rosyjskiego nigdy nie dobędę przeciwko Rosyanom», wyrzekł Kościuszko, pochylając głowę przed cesarzem». (Str. 319-320, nota 2).
- ↑ Drowie Med.: Władysław Gajkiewicz i Maryan Borsuk.
