Akwedukty wiosenne

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Akwedukty wiosenne
Pochodzenie Ziemia, siostra daleka
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AKWEDUKTY WIOSENNE

Wspomnij, niechętna moja elegjo! — o jabłoni,
o drzewku raz jeszcze kwitnącem boleśnie
w żałobnej bieli.

I akwedukty przypomnij, — nie stromo-wyniosłe, srogie łuki pory burzliwej młodości, która pyszna i z zadufania uśmieszkiem roi o chwale,
o niej, co nadejdzie, nadchodzi zbyt późno: oczy zamknąć, mieczem z płomienia

rozedrzeć kurtynę ciemności, na mroku
triumfującym
wypisać, jak wyrok, gwiazdy;

lecz harmonijnie-smutne, jak pobłażanie; lecz śmiertelnie-żałosne, jak pojednanie; lecz łagodnie-rozczarowujące, jak rozłąka.
Jak: wysilony uśmiech matki, przed chwilą jeszcze brzemiennej, a teraz wydającej dziecię
(cząstkę jej samej, zawiązek jej soków, płód z pod serca)

na łup niewiadomego świata:
od ciemnych korzeni aż po nieruchome gwiazdy;

wyczerpanej szczęściem, opustoszałej, złupionej ofiarą, znużonej, postarzałej nagle o brzemię, jej zagrabione,

— zbytecznej; o, akwedukty w ruinie!

Jak: dziewczyna, której raz pierwszy wargi rozchyliła noc;
tedy: naprzód uśmiech, kryjący przed sobą obecność swą onieśmieloną, lękliwy, jak bazie wierzby popielate, spłoszony byle czem, niby szare obłoki kwietniowe na nieobjętym widnokręgu;
a potem uśmiech drugi: oczekiwania; jeszcze bezcielesnego, bez twarzy, a przecie na obliczu igrający, jak zmienny podmuch, wciąż inaczej marszczący taflę płytkich wód, pozostałych z wczesnej powodzi, mącący zalękłe tonie, co, parując powoli, pragną błogości nieistnienia, jedynego szczęścia: niebytu; niewybierający jeszcze, niedorzeczny, w nigdzie tęskniący, ociekający obietnicą — musi się spełnić! — jak sokiem cierpkim połowa zielonkawego jabłka, strąconego przez ptaki, a przedwcześnie wysilonego ku nieodzownej pełni, ku krągłej harmonji powrotu;
I trzeci uśmiech: niespodzianki, jak struga, w którą raz pierwszy rzuca odbicie niebo bezkształtnie-wiosenne i witka, ledwo rozwita, żółtym osypana puchem, zdmuchiwanym przez wietrzyk najlżejszy (a już się wysmukla ku przyszłej fujarce, przywabiającej ptaki, zawczasu przedrzeźniająca ich miłość piszczałka, zwodząca, dziurawa, nieodparcie ku zagubie szczęścia zawodząca ligawka, — a teraz witka wilgotna i goła);
więc: oczy — tak, one naprzód! — drwiące, obojętne, bezwiedne źrenice, a pewne zwycięstwa, jak motyl, przenoszący pył mokry ze słupka na słupek;
więc: brwi, jak cięciwy ze strzałą skrycie napiętą do lotu, znieruchomiałe chmury, kłujące, a podatne głaskaniu, pieszczocie niezapomnianej, przeszywające w dotknięciu (czekają milimetry skóry na łaskotanie skrzydełek!);
więc: usta (a już pierwsza ruń, kłosząca się nad niemi, czyni je bardziej jeszcze niedostępnemi) i zęby, o których niepodobna pomyśleć bez dygotu, zimna ześlizgującego się po plecach, oczu rozbieganych koso, rąk rozlatanych;
i za niemi: utajony język (nie wiesz, że się wbije w twe wargi i przeszyje cię żądłem nienasyconem do serca i pić je będzie do niewyczerpalnego dna);
więc: dłonie, wąskie i mocne w przegubie, zlekka pociemniałe od młodego słońca; palce, których rozkosz równa jest zabójstwu;
więc: nogi-stopy, łydki, uda, te wahadła rozpaczy i żądzy; nożyce zardzewiałe w uścisku krającym, nie do otwarcia, zacięte;
więc: głowa z czołem sklepionem; więc: piersi płaskie i silne; i plecy; i ramię; i barki; więc wszystko!!


I zaraz potem już: uśmiech olśnienia, jak chmurny dzionek, z widnokręgami walczący, nareszcie wyrywający się na wolność blask (lecz jeszcze szary, żalem po brzegach zabarwiony);
a teraz pała: ach, okropnie pała, niebiosa rozżagwia, pustą zagarnia kopulę, wsysa, i zanim stanie w zenicie, jak oko nieubłagane: budzą się rośliny; bladawe pędy prężą się, powstają

— znów zmartwychwstałe! —

dźwigając z najtajniejszej głębi straszną pełnię, w torturze szczęścia pęcznieją ku śmierci, co jest owocem czekanym, zabójczym dla kwiatu, który płateczki rozchyla i kamienieje w głaz:

w spękany strączek;
Och! tak nad siły jest szczęście, tak trudna
konieczna droga od grającej wody,
muskanej lśniącym lotem ważki, pomost
na kraniec samej zagłady; tak blade
i tak jest ciężkie piękno!
I jeden jeszcze uśmiech: zapóźniony.
Gdy ta, co skrawą ulewą pryskała
przed źrenicami, zwężonemi w szparki,
upalną skier ulewą pod chmurami,
w panicznym jęku fletów i piszczałek,
który zapiera oddech i krew smaga,
jak mroczny, z głębi wzbełtany ocean:
miotając smugi z otchłani w otchłanie
pożoga zimne rzucająca błyski, —
jak miecz, w ciemnościach łyskający nagle,
żałobny, z laurem zszarpanym:
gdy się opuszcza już wpół-wypalona
żagiew Hymenu i dotyka ziemi;
niedawno, płonąc, zataczała łuki; okapuje
smołą; żywicą ocieka; soplami
gęstych płomieni, dymiących i dusznych.
A wicher czarny dmie od gwiazd najdalszych
przez puste noce.

Więc: wstępny uśmiech: prawie pożegnania, jak załamanie rąk,
jak opuszczenie dłoni,
które pieściły, teraz ślepe krążą, kołują w wielkiem, obłędnem przestworzu,
jak za niklejszym wciąż, za blaskiem, który ciągle się oddala,
zguby pragnące,
ćmy;
jak wargi zawarte przemocą: jeszcze wilgotne, dyszące; już zimne,
już zagryzione, by nie klekotały
o brzasku zęby.

I ten ostatni uśmiech; a to płacz jest!
Już tylko płacz: niechętny, wstrzymywany,
który kąciki ust opuszcza: drga w nich;
i naprzód w gardle dławi, dusi w krtani,
i pojedyńcze, skąpe łzy wyciska;
a potem buchnie szlochem: widne źródło;
o, niewymierna, o, bezdenna strugo,
o, krystaliczna, dzwoniąca melodjo
labiryntowa!
Fontanno, w szumne wzrastająca drzewo,
w listki — co chciwie rosę piją — drobne;
kaskado! wodotrysku! o, spienione,
bezsilne, spływające zawodzenie,
gdy wszelkie tamy pękną, wątłe runą
śluzy: i płyną, płyną, płyną łzy...
A nad chluszczącą tonią drobna tęcza,
lękliwa, ledwo widzialna, ostatnia,
jak niemożliwy uśmiech pojednania.

Oto jest o was, strome akwedukty,
przypowieść. Nikła melodja jabłoni
w cieniu się śniadym nad zwaliska kłoni,
które skrzydłami zmierzch powolny muska
i gwiazdy miota i w pustkę je goni.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.