Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Akta kryminalne pod l. 113.
Powieść
EMILA GABORIAU.
Z francuzkiego.

LWÓW.
Nakład Spółki Wydawnictwa „Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów.“
Czcionkami Kornela Pillera.
Główny skład w księgarni Gubrynowicza i Schmidta we Lwowie
przy placu św. Ducha l. 43.
1872.


W wieczornych dziennikach z wtorku, dnia 28. lutego 186* roku, pod rubryką „Rozmaitości“ czytano:
„Ogromna kradzież, spełniona w domu bankiera, pana Andrzeja Fauvela, poruszyła dzisiejszego rana całą okolicę ulicy Provence. Zręczni a zuchwali złoczyńcy włamali się do biur, i tam odbiwszy kasę, która ze wszech miar uważana była za niedostępną, wyjęli z niej znaczną sumę, dochodzącą 350.000 franków w biletach bankowych. Natychmiast o wypadku tym zawiadomiona policja, rozwinęła zwykłą gorliwość, i poszukiwania jej odniosły pomyślny skutek. Powiadają, że aresztowanym już został P. B., komisant miejscowy; wszystko domyślać się każę, iż wspólnicy jego wkrótce dostaną się do rąk sprawiedliwości.“
W ciągu czterech dni, cały Paryż niczem się nie zajmował, tylko tą kradzieżą.
Potem nastąpiły ważne wypadki: jakiś akrobata złamał nogę w cyrku, jakaś panna debiutowała na małym teatrze, i „Rozmaitości“ z dnia 28. lutego poszły w niepamięć.
Ale dzienniki na ten raz były, może umyślnie, źle, a przynajmniej niedokładnie poinformowane.
Prawda, że suma 350.000 franków zginęła w domu pana Andrzeja Fauvela, ale nie w taki sposób. Jeden z komisantów był istotnie chwilowo przyaresztowany, ale nie miano przeciw niemu żadnego stanowczego dowodu. Kradzież ta, ważności niezwykłej, pozostała niewytłumaczoną.

Wreszcie, oto są fakta, skreślone szczegółowo na podstawie protokołów badań.

I.

Dom bankowy Andrzeja Fauvela, położony przy ulicy Provence, jest jednym z najznaczniejszych, i ze względu na liczny skład osobisty, ma pozór jakby jakiegoś ministerstwa.
Na dole mieszczą się biura, a okna wychodzące na ulicę opatrzone są tak silnemi i gęstemi kratami, że odstręczają wszelkie pokuszenia.
Szerokie drzwi szklanne prowadzą do obszernego przedsionka, w którym od rana do wieczora stoi trzech lub czterech woźnych.
Na prawo, sale do przyjmowania interesantów, za niemi sionka prowadząca do okienka kasy głównej.
Biura korespondencji i buchalterji ogólnej znajdują się na lewo.
W głębi spostrzegamy mały dziedzińczyk oszklony, na który wychodzi siedm czy ośm okienek, zwykle niepotrzebnych, a otwieranych jedynie podczas pewnych wypłat.
Gabinet pana Andrzeja Fauvela jest na pierwszem piętrze, w końcu pięknych jego apartamentów.
Gabinet ten łączy się bezpośrednio z kancelarją małemi schodkami, które prowadzą wprost do izby zajmowanej przez kasjera głównego.
Izba ta, którą w całym domu nazywają kasą, jest doskonale zabezpieczoną od wszelkiego najścia, istna niejako cytadela, opatrzona jak jaki Monitor.
Drzwi obite grubą blachą, nawet otworu kominowego broni żelazna krata.
Tam to znajduje się, wparta w mur, skrzynia kasowa, jeden z tych potężnych, a fantastycznych sprzętów, tak dziwnych dla biedaka, którego cały majątek wygodnie mieści się w szczupłej sakiewce.
Arcydzieło fabryki Bequeta, skrzynia ta ma dwa metry wysokości a półtora metra szerokości. Cała z lanego żelaza, ściany ma potrójne, a we wnętrzu znajdują się osobne przedziały na wypadki pożaru.
Maleńki kluczyk otwiera ten sprzęt; bo też do otwarcia go, klucz jest rzeczą najmniejszą. Pięć ruchomych guzików stalowych, na których wyryte są wszystkie głoski abecadła, stanowią główną siłę dowcipnego i potężnego zamku. Przed włożeniem doń klucza, trzeba ułożyć głoski na guzikach w taki porządek, w jakim stały przy zamknięciu.
To też u pana Fauvela, jak i wszędzie, zamykają kasę wyrazem, który się zmienia po pewnym czasie.
Wyraz ten wiadomy jest samemu tylko naczelnikowi domu i kasjerowi.
Z takim sprzętem, choćby kto posiadał więcej kosztowności, niż książę Brunszwicki, może spać jak zabity.
Jedno tylko zachodzi niebezpieczeństwo, to jest, gdyby zapomniano wyrazu, który odpowiada niby zaklęciu Sezama z powieści wschodniej.
Z tem wszystkiem, w dniu 28. lutego komisanci domu bankierskiego przybyli do biura jak zwyczajnie.
O wpół do dziesiątej każdy siedział przy robocie, gdy mężczyzna już nie młody, mocno ciemnego włosa, postawy marsowej, w żałobne ubrany suknie, ukazał się w biurze sąsiadującem z kasą, w którem pracowało pięciu do sześciu komisantów.
Oświadczył, iż chce mówić z kasjerem głównym.
Odpowiedziano mu, że kasjer jeszcze nie nadszedł, i że kasa otwiera się dopiero o godzinie dziesiątej, jak o tem oznajmia wielka karta wywieszona w przedsionku.
Odpowiedź ta zdawała się mocno dekoncertować przybyłego.
— Sądziłem, — rzekł tonem suchym i nieco impertynenckim, — że będę tu miał z kim mówić, porozumiawszy się wczoraj jeszcze z panem Fauvelem. Jestem margrabia Ludwik de Clameran. właściciel hamerni w Oloron; przychodzę wycofać 300.000 franków powierzonych temu domowi przez mego brata, którego jestem spadkobiercą. Dziwna rzecz, że nie wydano rozkazów...
Ani tytuł, ani racje przytoczone przez urodzonego właściciela hamerni nie zaimponowały komisantom.
— Kasjera nie ma jeszcze, a do nas to nie należy.
— Więc proszę zaprowadzić mnie do pana Fauvela.
Wahali się nieco, ale młody jeden komisant nazwiskiem Cavaillon, który pisał przy oknie, zabrał głos:
— O tej godzinie pan Fauvel zawsze wychodzi do miasta.
— Przyjdę więc później, — rzekł margrabia.
I wyszedł nie skłoniwszy się, nie dotknąwszy nawet ręką kapelusza.
— Nie bardzo grzeczny klient, — rzekł młody Cavaillon; — ale coś mu się nie wiedzie, bo właśnie Prosper nadchodzi.
Kasjer główny, Prosper Bertomy, jest to wysoki trzydziestoletni mężczyzna, oczu niebieskich, włosów płowych, starannie i według ostatniej mody ubrany.
Nieźle by wcale wyglądał, gdyby nie przesadzał angielskiej powierzchowności, czyniąc się zimnym i sztywnym aż do zbytku, i gdyby fizjognomii swej, z natury uśmiechliwej, nie psuł pozorem zbytniego zadowolenia z siebie.
— A, jesteś pan przecie! — zawołał Cavaillon, — już się tu o pana pytano.
— Kto? czy nie pewien właściciel hamerni?
— Właśnie.
— No, to on powróci. Wiedząc, że dziś przybędę później, jużem się wczoraj urządził.
Prosper otworzył swą izbę rozmawiając, i wszedł zamykając drzwi za sobą.
— Otóż to mi kasjer, — odezwał się jeden z oficjalistów; — ten sobie krwi nie psuje. Pryncypał zrobił mu ze dwadzieścia scen za to, że się spóźnia, a on dba o to jak o wiatr, co wieje.
— Ma słuszność, kiedy pomimo to pryncypał daje mu wszystko czego zażąda.
— A wreszcie jakżeby on mógł przyjść wcześniej; prowadzi życie piekielne, noce przepędza Bóg wie gdzie i jak. Uważaliście, że dziś wygląda jakby go z trumny wyjęto?
— Grał pewnie w karty, jak w przeszłym miesiącu; dowiedziałem się od Couturiera, że za jednem posiedzeniem przegrał tysiąc pięćset franków.
— Ale pomimo to robota dobrze idzie, — przerwał Cavaillon.
— Gdybyś ty był na jego miejscu...
I zatrzymał się. Drzwi od izby kasowej otworzyły się, i kasjer wyszedł krokiem chwiejnym.
— Okradziono mnie! — wyjąkał.
Oblicze Prospera, jego głos chrypliwy, drżenie całego ciała, wyrażało takie cierpienie, że wszyscy oficjaliści razem porwali się z miejsca i przybiegli do niego.
Upadł prawie w ich ramiona, nie mógł się utrzymać, osłabł, trzeba go było posadzić.
Koledzy otoczyli go i wypytywali wszyscy razem:
— Okradziono? jak? kto?
Prosper powoli przychodził do siebie.
— Zabrano wszystko, co miałem w kasie.
— Wszystko?
— Tak, trzy paczki po sto biletów tysiąc-frankowych i jednę z pięćdziesięcią biletami. Wszystkie cztery paczki były zawinięte w jeden papier i związane razem.
Wieść o kradzieży piorunem rozbiegła się po całym domu; ciekawi przybiegli ze wszystkich stron; biuro przepełniło się.
— Jakżeż, — rzekł do Prospera młody Cavaillon, — więc odbito kasę?
— Nie; kasa nienaruszona.
— A zatem...
— A zatem nie mniej faktem jest, że wczoraj miałem 350.000 franków, a dziś nie mam nic.
Wszyscy umilkli; jeden tylko stary oficjalista nie podzielał ogólnej konsternacji.
— Nie trać-że głowy, panie Bertomy, — rzekł, — czy czasem pryncypał nie rozrządził tą sumą.
Nieszczęśliwy kasjer powstał od razu; przyczepił się do tej myśli.
— A tak! — zawołał, — w samej rzeczy. To zapewne on...
Potem zamyślił się.
— Nie, — dodał tonem głębokiego zwątpienia, — to niepodobna. Nigdy jeszcze, od lat pięciu jak jestem kasjerem, pan Fauvel nie otwierał kasy bezemnie. Potrzebował kilka razy gotówki, a czekał na mnie, lub przysyłał po mnie, i nigdy grosza nie tknął bezemnie.
— Mniejsza o to, — wtrącił Cavaillon, — zawsze lepiej zawiadomić go niż rozpaczać z góry.
Ale pan Fauvel był już zawiadomiony. Jeden z woźnych pobiegł na górę i opowiedział wszystko co zaszło.
W chwili gdy Cavaillon radził go uwiadomić, ukazał się pan Fauvel.
Jest-to mężczyzna około lat pięćdziesięciu, średniego wzrostu, włosów szpakowatych. Dość otyły, lekko przychylony jak wszyscy gorliwi robotnicy, i chodząc, ma zwyczaj udawać eleganta.
Nigdy żadnym czynem nie zaparł wyrazu dobroci rozlanej na obliczu. Czoło jego otwarte, oko żywe i szczere, usta rumiane i czerstwe. Urodzony w okolicach Aix, przy ożywieniu, zatrąca z lekka akcentem prowanckim, który nadaje szczególną barwę jego dowcipowi — bo jest w samej rzeczy dowcipnym.
Wzruszyła go wieść przyniesiona przez woźnego, gdyż zazwyczaj dość rumiany, zbladł widocznie.
— O czem to ja dowiaduję się? — zapytał komisantów, którzy z uszanowaniem rozstępowali się przed nim, — co się stało?
Głos pana Fauvela wrócił kasjerowi sztuczną energję wielkich przesileń; chwila stanowcza i groźna nadeszła; powstał i zbliżył się do pryncypała.
— Panie, — rozpoczął, — mając na dzień dzisiejszy naznaczoną wypłatę, o której pan wiesz, posłałem wczoraj do banku po 350.000 franków.
— Dla czego wczoraj? — przerwał bankier. — Zdaje mi się, że ze sto razy polecałem panu czekać, aż do dnia następnego.
— Wiem panie, że źle zrobiłem i złe się stało. Wczoraj wieczorem schowałem tę sumę, która znikła, a jednak kasa nie jest naruszoną.
— Ależ co się panu dzieje? To bajki! Pan oszalałeś!
Kilka tych słów zniszczyło wszelką nadzieję, ale sama groza położenia nadawała Prosperowi nie zimną krew obmyślonego postanowienia, ale wtrąciła go w jakąś bezmyślną obojętność, która następuje po niespodziewanej katastrofie.
— Nie oszalałem na nieszczęście, nie mówię bajek, mówię to co jest.
Ta spokojność w podobnej chwili z dawała się oburzać pana Fauvela. Ujął Prospera za rękę i silnie nim wstrząsając:
— Mów pan! — zawołał, — mów! kto otworzył kasę?
— Nie mogę wiedzieć.
— Wszak tylko ja i pan wiemy wyraz, my dwaj tylko mamy klucz!
Było to formalnem oskarżeniem, tak przynajmniej zrozumieli to świadkowie.
Mimo to przerażający spokój kasjera nie ustał. Wycofał rękę z uścisku pryncypała, i rzekł zwolna:
— Tak jest panie, chyba tylko ja mogłem zabrać te pieniądze...
— Nieszczęsny!
Prosper cofnął się i uparcie patrząc w oczy panu Fauvelowi, dodał:
— Albo pan!
Bankier poruszył się groźnie; nie wiadomo co byłoby nastąpiło, gdyby przy drzwiach prowadzących do przedsionka nie usłyszano głośnej rozmowy.
Jakiś klient usiłował wejść, mimo przedstawień woźnych, i istotnie wszedł. Byłto to margrabia de Clameran.
Wszyscy komisanci zebrani w biurze stali nieruchomi, zlodowaciali; milczenie było głębokie, uroczyste.
Widocznem było, że jakaś ważna kwestja, kwestja życia lub śmierci rozstrzygała się między wszystkimi tymi ludźmi.
Właściciel hamerni nic nie chciał widzieć. Zbliżył się, zawsze z głową nakrytą i równie impertynenckim tonem rzekł:
— Już po dziesiątej, panowie.
Nikt nie odpowiedział, i pan Clameran miał mówić dalej, gdy wtem postrzegł bankiera, którego dotąd nie widział. Podszedł przeto ku niemu.
— Nareszcie znajduję pana, i to bardzo w porę. Już byłem tu raz dzisiaj, ale kasa nie była otwarta, kasjer jeszcze nie nadszedł, a pan byłeś w mieście.
— Przepraszam pana, byłem w moim gabinecie.
— Jednak mnie objaśniono inaczej, i oto ten pan oświadczył mi, że pan jesteś nieobecnym.
I palcem wskazał Cavaillona.
— Ale mniejsza o to, — dodał, — wracam i znowu nie tylko powiadają mi, że kasa zamknięta, ale nadto nie puszczają mnie do biura. Musiałem się przedrzeć, i pytam pana, czy mogę odebrać moją sumę, czy nie?
Pan Fauvel słuchał drżąc od gniewu, blednąc i czerwieniejąc na przemian, jednak panował nad sobą.
— Byłbym panu obowiązany za maleńką zwłokę, — rzekł głosem głuchym.
— Zdaje mi się, że mi pan oświadczyłeś...
— Tak, wczoraj. Ale dziś rano, w tej chwili, dowiaduję się, żem się stał ofiarą kradzieży 350.000 franków.
Pan Clameran skłonił się ironicznie.
— A czy długo mam czekać? — zapytał.
— Tyle czasu ile potrzeba przejść do banku.
I odwracając się od właściciela hamerni, pan Fauvel podszedł ku kasjerowi.
— Przygotuj pan pokwitowanie, — rzekł do niego; — poszlij czemprędzej wziąć z banku sumy rozporządzalne.
Prosper nie ruszył się z miejsca.
— Słyszałeś pan? — powtórzył bankier, tłumiąc wybuch.
Kasjer zadrżał, jakby dopiero ze snu zbudzony.
— Próżno posyłać, — odpowiedział zimno, — należytość pana hrabiego wynosi trzykroć sto tysięcy franków, a w banku mamy zaledwie sto.
Przysiądz by można, że pan Clameran oczekiwał tylko na tę odpowiedź, bo szepnął:
— Naturalnie...
Wymówił tylko jeden wyraz; ale jego głos, giest, i fizjognomia wyraźnie mówiły:
— Komedja wybornie odegrana, ale zawsze to tylko komedja, znam się na tem.
Niestety! podczas gdy właściciel hamerni w tak brutalny sposób wyrażał swoją opinię, komisanci po odpowiedzi Prospera nie wiedzieli co myśleć.
Bo też podówczas Paryż był widownią szczególnych wypadków finansowych. Gorączka spekulacji zachwiała stare a potężne domy. Widywano ludzi zacnych i dumnych, którzy od drzwi do drzwi chodzili kołatać o pomoc i ratunek.
Kredyt, ów rzadki ptak spokoju i ciszy, wahał się długo nim spoczął, a gotów był ulecieć za najmniejszym podejrzanym szelestem.
Więc też ta myśl komedji z góry ułożonej między bankierem a płatnikiem, mogła śmiało zajrzeć do głowy ludzi, jeśli nie uprzedzonych, to przynajmniej łatwo zgadujących wypadki, które dozwalając zyskać na czasie, mogą zapewnić ratunek.
Pan Fauvel miał doświadczenia dosyć, by odgadnąć wrażenie wywołane słowami Prospera; czytał on w oczach wszystkich zwątpienie nader dlań bolesne.
— O, bądź pan spokojny, — rzekł żywo do1 pana Clamerana, — dom mój ma inne środki, chciej być cierpliwym, wracam natychmiast.
Wyszedł, udał się do gabinetu, i w pięć minut wrócił, trzymając w ręku list i kupę weksli.
— Prędzej, Couturier! — zawołał na jednego z komisantów, — każ zaprządz do powozu, i jedź z tym panem do Rotschilda. Oddasz ten list i papiery, a w zamian otrzymasz trzykroć sto tysięcy franków, które wręczysz temu panu.
Niezadowolenie właściciela hamerni było widocznem, chciał niejako przepraszać za swe niegrzeczne obejście.
— Wierzajcie mi, panowie, — zaczął, — iż nie miałem wcale zamiaru ubliżenia wam. Od lat tylu jesteśmy z sobą w stosunkach a nigdy przecież...
— Dosyć, panie, — przerwał bankier, — na nic mi się nie zdadzą pańskie przeprosiny. W interesach nie ma przyjaciół, ani znajomości. Jeśli winien jestem, a nie mogę wypłacić, a pan jesteś... nalegającym, to bardzo sprawiedliwie, jesteś pan w prawie. Idź pan teraz z moim komisantem, a on panu wypłaci należną sumę.
Następnie odwracając się do komisantów, których ciekawość ściągnęła, powiedział:
— A wy panowie, wróćcie do roboty.
W jednej chwili wypróżnił się pokój, poprzedzający kasę. Zostali tylko sami komisanci, którzy w nim pracowali, i ci, siedząc przy biurkach, schyleni nad papierem, zdawali się pogrążeni w swojem zatrudnieniu.
Jeszcze pod wpływem nagłych przejść, które po sobie nastąpiły, pan Andrzej Fauvel przechadzał się wzdłuż i wszerz, mocno wzburzony, wydając od czasu do czasu głuche westchnienie.
Prosper zaś stał ciągle oparty o okno. Blady, nieruchomy, z osłupiałym wrokiem, zdawało się, że postradał władzę myślenia.
Nareszcie, po długiem milczeniu, bankier zatrzymał się przed Prosperem; powziął coś stanowczego.
— Musimy wreszcie o tem pogadać, — rzekł, — idź do swego pokoju.
Kasjer usłuchał, słowa nie odrzekłszy, a bankier wszedł za nim, starannie drzwi za sobą zamknąwszy.
Nic nie oznaczało najścia zbrodniarzy w tym domu. Wszystko było na swojem miejscu; żaden papierek nie poruszony.
Kasa żelazna była otwarta, a na wyższej półce leżało kilka rulonów złota, zapomnianych lub wzgardzonych przez złodziei.
Pan Fauvel, nic nie oglądając, wziął krzesło, usiadł, wskazując również miejsce swemu kasjerowi. Był już panem siebie, a fizjognomia jego przybrała znów zwyczajny wyraz.
— Teraz, gdy jesteśmy sami, Prosperze, — zaczął, — czy nie masz mi nic do powiedzenia?
Kasjer zadrżał, jak gdyby go to pytanie zadziwiło.
— Nic, panie, — odrzekł, — nad to, co już powiedziałem.
— Jakto! nic... Obstajesz więc ciągle przy tej śmiesznej i nielogicznej bajeczce, w którą nikt nie uwierzy. Ależ to szaleństwo! Zaufaj mi i wierzaj, że tu jest twe ocalenie. Jestem twoim zwierzchnikiem, to prawda, ale jestem także, a raczej jestem przedewszystkiem twoim przyjacielem, twoim najlepszym przyjacielem. Nigdy nie zapomnę, jak piętnaście lat temu twój ojciec powierzył mi ciebie, i że od tego czasu najzupełniej zadowalałeś mnie swoją dobrą i uczciwą pracą. Tak jest. Piętnaście to już lat, jak jesteś u mnie. Wtedy zaledwie zaczynałem karjerę, i ty patrzałeś, jak fortuna moja wzrastała — ziarnko do ziarnka, cegiełka do cegiełki. I w miarę, jak się sam bogaciłem, starałem się polepszać twoje położenie, bo jakkolwiek tak młody jeszcze, jesteś najdawniejszym z moich urzędników. Przy każdej sposobności podwyższałem twoją płacę.
Nigdy jeszcze bankier nie mówił do Prospera głosem tak słodkim, tak ojcowskim. Głębokie zdziwienie malowało się na jego twarzy.
— Powiedz, — mówił dalej pan Fauvel, — czyż zawsze nie byłem jakby twoim ojcem? Od pierwszego dnia mój dom był dla ciebie otwartym; chciałem, aby moja rodzina twoją była. Długo żyłeś jakby syn mój własny, razem z moimi synami i moją siostrzenicą Magdaleną. Ale sprzykrzyło ci się to szczęśliwe życie. Jednego dnia, rok temu właśnie, zacząłeś nas unikać, i odtąd...
Wspomnienie tej przeszłości przez bankiera wzmiankowanej, stanęło w całej pełni przed umysłem nieszczęśliwego kasjera; rozrzewniał się potroszę, i nakoniec rozpłynął się we łzach, rękami twarz zasłaniając.
— Ojcu wszystko można powiedzieć, — mówił dalej pan Fauvel, którego wzruszenie Prospera przejęło, — nic się nie obawiaj. Ojciec nie obiecuje ci przebaczenia, tylko zapomnienie. Czyż to ja nie wiem o tych strasznych pokusach, jakie otaczają młodego człowieka w mieście takiem, jak Paryż? Bywają one tak wielkie, że rozbijają najsilniejsze, najuczciwsze charaktery. Są chwile obłąkania, szału, w których człowiek postępuje jak szaleniec, jak zbrodniarz, nie będąc w stanie zdać sobie sprawy ze swoich czynów. Mów więc Prosperze, mów...
— A więc, cóż pan chcesz żebym mówił?
— Prawdę. Głęboko uczciwy człowiek upaść może, ale podnosi się z upadku i odkupuje swą winę. Powiedz więc: Tak panie, byłem porwany, olśniony, widok złota, które przerzucałem, pomięszał mi rozum, jestem młody, mam pewne namiętności!...
— Jakto! ja, — wyszeptał Prosper, — ja?...
— Biedne dziecię, — smutno wyrzekł bankier, — sądzisz więc, że od czasu, jak opuściłeś nasze ognisko, nie świadomy jestem twojego życia? Czy nie rozumiesz tego, że wszyscy twoi koledzy zazdroszczą ci, i ci nie łatwo wybaczą te dwadzieścia tysięcy franków, które zarabiasz przez rok. O każdym twym wybryku zawsze zawiadamiał mnie list bezimienny. Mógłbym ci wyliczyć, wiele nocy strawiłeś na kartach, jakie przegrałeś sumy. O, zawiść ma bystry wzrok i delikatne ucho. Wiem, ile są warte nikczemne denuncjacje, ale musiałem zasięgać wiadomości. Wszak to słuszna, bym wiedział, jak żyje człowiek, któremu powierzyłem mienie moje i cześć.
Prosper próbował zaprzeczać.
— Tak jest, cześć moją, — z naciskiem wyrzekł pan Fauvel, głosem, który w skutek uczucia doznanego upokorzenia, mocniej zadźwięczał. — Tak jest, bo czyż kredyt mój nie mógł być dziś zachwianym przez tego człowieka? Czy wiesz, ile mnie kosztować będzie suma, którą wypłacą panu de Clameran? A wszak ja mogłem nie mieć tych weksli, które tylko co poświęciłem z wielką stratą, wszak ty nie wiedziałeś, że je posiadam?...
Bankier zatrzymał się, jak gdyby oczekując wyznania, które nie nastąpiło.
— Dalej Prosperze, śmiało, nabierz ducha!... Ja odejdę, a ty raz jeszcze przejrzyj kasę. Ręczę, że w zatrwożeniu nie przeszukałeś dobrze... Powrócę wieczorem, i pewien jestem, że w ciągu dnia odszukasz jeśli nie całe 350.000 franków, to choć większą część tej sumy... i ani ty, ani ja jutro już nie będziemy pamiętali tego smutnego zdarzenia.
Pan Fauvel wstał, i już się zabierał do wyjścia, gdy Prosper wziął go za rękę.
— Szlachetność pańska jest daremną, — rzekł gorzko, — nic nie wziąwszy, nic nie mogę oddać... Przeszukałem dobrze, bilety bankowe ktoś skradł.
— Ależ kto, szaleńcze! kto?
— Na wszystko, co mam najświętszego na ziemi przysięgam, że nie ja.
Krew napłynęła do czoła bankiera.
— Nędzniku! — zagrzmiał, — co ty mówisz? Więc to ja?
Prosper opuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— Więc to tak! — wołał pan Fauvel nie mogąc się już powstrzymać, — ty śmiesz!... Dobrze więc, panie Prosperze Bertomy, między tobą i mną rozstrzygnie sprawiedliwość. Bóg mi świadkiem, że uczyniłem wszystko, com mógł, by cię uratować. Sobie więc tylko przypisz winę tego, co się stanie. Prosiłem komisarza policji, aby tu zszedł; pewnie czeka mnie już w moim gabinecie; mamże posłać po niego?
Prosper zrobił giest straszliwej rezygnacji, jak człowiek, który zdaje się na wolę losu, i stłumionym rzekł głosem:
— Dobrze!
Bankier stał przy drzwiach, otworzył je, i rzuciwszy jeszcze ostatnie spojrzenie na kasjera, zawołał do woźnego:

— Anzelmie, proś pana komisarza, aby raczył zejść!

II.

Jeżeli jest jaki człowiek na świecie, któregoby żaden wypadek nie wzruszył, któryby ciągle trzymał się na ostrożności przeciw kłamstwu pozorów, który zdolnymby był wszystko przypuścić i wszystko sobie wytłumaczyć — to niezawodnie jest nim komisarz policji paryskiej.
Kiedy sędzia, z wysokości trybunału, stosuje do przedstawionych mu czynów artykuły kodeksu, komisarz policji bada i śledzi wszystkie ohydne fakta, których prawo dosięgnąć nie może. Jest to urzędowy powiernik szczegółów hańby, zbrodni domowych, bezwstydu tolerowanego.
Kiedy wstępował do służby, może miał jeszcze jakie złudzenia; po roku nie ma ani jednego.
Jeśli nie pogardził stanowczo rodem ludzkim, to tylko dla tego, że często obok ohydy, uchodzącej bezkarnie, odkrył wysoką szlachetność nie wynagrodzoną; że jeśli spostrzega bezwstydnych łotrów, kradnących poważanie publiczne, pociesza się, myśląc o nieznanych i skromnych bohaterach, których udało mu się napotkać.
Tylekroć omyliły go przewidywania, że popadł ztąd w najzupełniejszy sceptycyzm. Nie wierzy on w nic, ani w dobre, ani w złe absolutne, ani w cnotę; ani w występek.
Z musu przychodzi on do tego smutnego wniosku, że ludzi nie ma, tylko wypadki.
Uprzedzony przez woźnego, komisarz policji niebawem wszedł do biura spokojnie, obojętnie.
Za nim ukazał się człowiek małego wzrostu, cały ubrany czarno, w czarnej chustce na szyi, podwiązującej zaledwie widzialny kołnierzyk.
Bankier zaledwie kiwnął mu głową.
— Zapewne pan wiesz, — począł, — jak smutne okoliczności zmuszają mnie uciec się do pańskiej pomocy?
— Chodzi tu podobno o kradzież.
— Tak panie. Chodzi tu o kradzież ohydną, niewytłumaczoną, którą spełniono w tem właśnie miejscu, gdzie stoimy, w tej kasie otwartej przed panem, od której tylko mój kasjer, — tu ukazał Prospera, — ma klucz i zna tajemniczy wyraz.
Oświadczenie to zdawało się wyprowadzać nieszczęśliwego kasjera z pewnego osłupienia.
— Przepraszam pana komisarza, — rzekł głosem zgasłym, — ten klucz i wyraz są także w ręku pana bankiera.
— Oczywiście, rozumie się.
Tym sposobem od pierwszych słów komisarz już wiedział na jakim gruncie stoi.
Oczywiście, dwaj ci ludzie oskarżali się nawzajem. Z zeznań ich wynikało nawet, że jeden tylko mógł być winnym.
A jeden był naczelnikiem domu bankowego bardzo znakomitego, drugi prostym kasjerem. Jeden był panem, drugi sługą.
Ale komisarz policji zanadto nawykł do ukrywania wrażeń, by się wydać z tem co myślał. Nie drgnął ani jeden muskuł w jego fizjognomii.
Przybrał tylko większą powagę, i kolejno wpatrywał się w obu, jak gdyby z ich postawy i ruchów chciał wydobyć korzystną dla siebie wskazówkę.
Prosper był wciąż bardzo bladym i niesłychanie przygnębionym; siedział jak nie żywy na krześle, a ręce bezwładnie wisiały wzdłuż ciała.
Bankier przeciwnie, stał czerwony, ożywiony, z okiem iskrzącem, odzywający się z nadzwyczajną gwałtownością.
— A ważność straty jest ogromna, — mówił, — skradziono mi sumę, która stanowić może majątek, 350.000 franków. Kradzież ta mogła mieć dla mnie bardzo zgubne następstwa. Są chwile, w których dla braku takiej sumy, kredyt najwalniejszego banku może się zachwiać.
— Zapewne w dniu wypłaty...
— Właśnie, panie, na dzisiejszy dzień przypadała mi znaczna wyplata.
— Czy tak?...
Nie można było nie zrozumieć intonacji komisarza; pierwsze podejrzenie przesunęło się po jego umyśle. Bankier zrozumiał je, zadrżał i spiesznie dodał:
— Dopełniłem moich zobowiązań, ale ceną ofiary bardzo dotkliwej. Dodać winienem, że gdyby rozkazy moje były ściśle wypełnione, suma ta nie znajdowałaby się w kasie.
— Jakto?
— Ja nie lubię zostawiać w domu przez noc grubej sumy. Kasjer mój miał polecenie czekać zawsze do ostatniej chwili, by posłać po odpowiednie fundusze, które złożone są w banku francuzkim. Zakazałem mu wyraźnie, by nic w kasie na wieczór nie zostawiał.
— Słyszysz pan? — rzekł komisarz do Prospera.
— Tak, panie; wszystko co mówi pan Fauvel, jest najdokładniejszą prawdą.
W skutek tego wyjaśnienia podejrzenie komisarza zaczęło się rozpraszać.
— Z tem wszystkiem, — rzekł, — kradzież została spełnioną. Przez kogo? Czy złodziej przybył z zewnątrz?
Bankier za wahał się chwilę.
— Nie sądzę, — odpowiedział nareszcie.
— A ja, — oświadczył Prosper, — jestem pewien, że nie.
Komisarz policji z góry przewidywał te odpowiedzi kiwał na nie. Ale nie zdawało mu się na czasie, by z nich natychmiast wyciągać następstwa.
— Jednakże, — wtrącił, — trzeba na wszystko uważać.
I zwracając się do człowieka, który mu towarzyszył:
— Zobacz no, panie Fanferlot, — rzekł, — czy nie wykryjesz jakiej wskazówki, co uszła uwagi tych panów.
Pan Fanferlot, zwany Wiewiórka, zawdzięcza zadziwiającej zwinności ów przydomek, którym się chlubi. Przy słabej i szczupłej powierzchowności, wbrew stalowym mięśnion, kto by go widział zapiętego pod szyję w czarny surdut, wziąłby go za szóstego pomocnika komorniczego. Fizjognomia jego jest jedną z tych, co niepokoją. Nos ma obrzydliwie zadarty, wargi wąskie, a oczy małe, okrągłe, nadzwyczaj ruchliwe.
Od pięciu lat pracując w policji, Fanferlot płonie chęcią odznaczenia się, zrobienia sobie imienia; to człek ambitny. Niestety! wciąż mu zbywało na sposobności, czy na talencie.
Już przedtem, nim komisarz doń przemówił, zajrzał we wszystkie kąty, rozpatrzył drzwi, obejrzał zamknięcia, zbadał okienko i przetrząsł popioły na kominku.
— Trudno zdaje mi się, by tu obcy mógł się dostać.
Kręcił się naokoło izby.
— Czy te drzwi, — zapytał, — zamykają się na noc?
— Zawsze na klucz.
— A kto ma ten klucz?
— Woźny, któremu oddaję go co wieczór przy odejściu, — odpowiedział Prosper.
Który to woźny, — dodał pan Fauvel, — śpi w przedpokoju na łóżku szlabanowem, co się rozkłada na noc, a składa na dzień?
— Czy on tu jest? — zapytał komisarz.
— Jest panie, — odpowiedział bankier.
Otworzył natychmiast drzwi i zawołał:
— Anzelm!
Człowiek ten, wierności doświadczonej, od lat dziesięciu był w służbie pana Fauvel. Nie mógł uledz podejrzeniu i wiedział o tem; ale myśl kradzieży jest straszliwa, to też drżał wchodząc, jak liść.
— Czy ty spałeś tej nocy w sąsiednim pokoju? — zapytał go komisarz policji.
— Spałem panie, jak zwykle.
— O której godzinie poszedłeś spać.
— Około w pół do jedenastej; wieczór byłem tam podle, w kawiarni, z lokajem wielmożnego pana.
— I nie słyszałeś żadnego szelestu tej nocy?
— Nie, a przecież mam sen tak lekki, że jak pan czasem zchodzi do kasy, gdy śpię, budzi mnie odgłos jego kroków.
— Więc pan Fauvel często przychodzi nocą do kasy?
— Przeciwnie, bardzo rzadko.
— Czy zchodził ostatniej nocy?
— Nie panie, jestem najpewniejszy, bom prawie nie zamykał oczu, dzięki kawie, którą piłem z lokajem.
— Dobrze, mój kochany, — rzekł komisarz, — możesz odejść.
Po odejściu Anzelma, Fanferlot prowadził dalej swe poszukiwania. Otworzył drzwi od schodków prowadzących do pomieszkania bankiera.
— Gdzie prowadzą te schodki? — zapytał.
— Do mojego gabinetu, — odpowiedział pan Fauvel.
— Wszak tu mnie wprowadzono gdym przybył, — rzekł komisarz.
— Tak jest.
— Obciąłbym obejrzeć ten gabinet, — oświadczył Fanferlot, muszę zbadać to wejście.
— Nic łatwiejszego, — odparł żywo pan Fauvel; — proszę panów, pójdź i ty, Prosperze.
Osobny gabinet pana Andrzeja Fauvela składa się z dwóch pokojów. Naprzód idzie salon do przyjmowania gości, bardzo bogato przystrojony, za nim pracownia, której całe umeblowanie stanowi ogromne biurko, kilka krzeseł wybitych skórą, a po obu stronach kominka etażerki.
Dwie te komnaty mają troje drzwi: jedne od krytych schodków, drugie prowadzą do sypialni bankiera, trzecie wychodzą do przedsionku, dotykając schodów głównych, i temi to ostatniemi drzwiami wprowadzają się klienci i odwiedzający.
Jednym rzutem oka ogarnął Fanferlot cały inwentarz pracowni. Zachmurzył się, jak człowiek, który spodziewał się znaleźć jakąś wskazówkę, a nie znalazł nic.
— Zobaczymy z drugiej strony.
I w tej chwili przeszedł do salonu gościnnego, za nim postępował bankier z komisarzem.
Prosper pozostał sam w pracowni.
Jakkolwiek straszny panował nieporządek w jego myślach, nie mógł wszakże nie pojmować, że położenie jego pogorszało się co chwila.
Wywołał on dobrowolnie i przyjął walkę z pryncypałem, walka się rozpoczęła, i teraz nie zależało już od jego woli przerwać ją, lub wstrzymać jej następstwa.
Będą więc pasować się bez wytchnienia, używając wszelkiej broni, póki jeden z nich nie padnie, utratą czci płacąc przegranę.
Któż będzie niewinnym w oczach sprawiedliwości?
Niestety! Biedny komisant czuł nierówność sił, pognębiało go to uczucie niższości.
Nigdy, nigdy nie sądził, by jego pryncypał urzeczywistnił swe groźby. Bo przecież w takim procesie, jaki miał nastąpić, pan Fauvel ryzykował tyleż, a stracie mógł daleko więcej niż jego komisant.
Siedząc w krześle przy kominku, zagłębiał się w najczarniejszych myślach, gdy drzwi od sypialni bankiera skrzypnęły.
Młoda, dziwnie piękna dziewica ukazała się w nich.
Była ona wysoka, smagła, a ranny szlafroczek, ściśnięty sznurem jedwabnym w pasie, odznaczał całe bogactwo jej kształtów. Przy ciemnych włosach i oku wielkiem, głębokiem, cera jej była matowa i jednostajna, jak kwiatu białej kamelji. Piękne jej czarne włosy jeszcze nie uporządkowane, wybiegały z pod szyldkretowego grzebienia, który je powstrzymywał, w gęstych zwojach spadające na szyję cudnie utoczoną.
Była to owa siostrzenica pana Andrzeja Fauvela, o której przed chwilą wspomniał Prosperowi: Magdalena.
Spostrzegłszy Prospera w tym gabinecie, w którym prawdopodobnie spodziewała się zastać wuja samego, nie mogła powstrzymać okrzyku zadziwienia.
Prosper zerwał się na to, jakby dotknięty prądem elektrycznym. Oczy jego zupełnie zagasłe, błysnęły natychmiast życiem, jak gdyby spostrzegł posłankę nadziei.
— Magdaleno! — zawołał, — Magdaleno!
Dziewica zarumieniła się jak róża. Chciała odejść, postąpiła nawet krokiem w tył, ale gdy Prosper zbliżył się ku niej, jakieś uczucie silniejsze nad wolę wzięło górę, i podała mu rękę, którą on ujął i ścisnął z poszanowaniem.
Stali tak wobec siebie nieporuszeni, przejęci takiem wzruszeniem, że oboje spuścili głowę, obawiając się spojrzeć sobie w oczy. Mieli sobie tyle do powiedzenia, że nie wiedząc od czego zacząć milczeli.
Nareszcie Magdalena szepnęła zaledwie dosłyszanym głosem:
— To ty, Prosperze, ty!
Wyrazy te przerwały urok. Kasjer wypuścił tę białą rączkę, którą trzymał w dłoni, i odpowiedział tonem pełnym goryczy:
— Tak, to ja, Prosper, towarzysz twych lat dziecinnych, dziś podejrzany, oskarżony o najpodlejszą, o najbezwstydniejszą kradzież; Prosper, którego twój wuj oddał w ręce sprawiedliwości, i który nim ten dzień upłynie, będzie aresztowanym i wtrąconym do więzienia...
Magdalena przeraziła się okropnie, oczy jej błysły głębokiem politowaniem.
— Wielki Boże! — zawołała, — co ty mówisz?
— Jakto, więc pani nic nie wiesz? Czyż ci twoja ciotka i kuzynowie nic nie powiedzieli?
— Nic. Brata mojego zaledwie widziałam dziś rano, a ciotka jest tak cierpiąca, że aż przyszłam zawiadomić wuja. Ależ, na miłość boską, powiedz mi pan, co się stało?
Kasjer zawahał się. Miał może zamiar serce swe otworzyć przed Magdaleną, odsłonić jej najmniejsze myśli, ale jakieś wspomnienie przeszłości, które przebiegło mu po głowie, zmroziło jego zaufanie. Potrząsł smutnie głową i rzekł:
— Dziękuję pani za ten dowód zajęcia, ostatni może, jaki od ciebie otrzymam; ale pozwól mi, że zamilczawszy, oszczędzę ci zmartwienia, a sobie tej boleści, jakiejbym doznać musiał, rumieniąc się przed tobą.
Magdalena przerwała mu gestem rozkazującym.
— Niestety! — odparł kasjer, — dowiesz się pani zbyt wcześnie o mojem nieszczęściu i wstydzie, a wtedy, tak, wtedy radować się będziesz z tego, coś uczyniła!
Ona chciała nalegać; zamiast rozkazywać, prosiła, ale postanowienie Prospera było niezłomne.
— Wuj pani, — dodał, — jest obok wraz z komisarzem i ajentem policyjnym, niebawem wrócą tu; na Boga! oddal się pani, by cię nie zobaczyli...
Mówiąc to odciągał ją ku drzwiom, mimo lekkiego z jej strony oporu, i nareszcie zdołał drzwi za nią zatrzasnąć.
Stało się to w porę, gdyż komisarz z panem Fauvelem wracali. Oglądali oni salon gościnny, badali schody główne i nie mogli słyszeć nic z tego, co działo się w gabinecie.
Ale słyszał za nich Fanfelot.
Ten nieoszacowany wyżeł nie spuszczał z oczu kasjera. Powiedział sobie: On sądzić się będzie samotnym, więc twarz jego mówić będzie, przejmę jaki uśmiech, jakieś mrugnięcie oczu, które mnie oświeci.
Zostawiając więc pana Fauvela i komisarza przy ich zajęciach, wziął się do zamierzonej obserwacji. Widział, jak drzwi się otwierały i jak weszła Magdalena; nie uronił ani jednego poruszenia, ani jednego wyrazu z całej tej raptownej sceny, jaka odbyła się między dziewicą a Prosperem.
Scena ta była wprawdzie nic nie znacząca, z każdego frazesu można było się domyślać jakiejś umyślnej przerwy; ale Fanferlot ma dosyć biegłości, by uzupełnić wszystkie domyślniki.
Dotąd miał tylko podejrzenie; ale było to zawsze podejrzenie, coś, hipoteza, punkt wyjścia.
Zdawało mu się nawet, że w przeszłości tych ludzi, których nie znał, widzi jakiś dramat.
Bo jeżeli komisarz policji jest sceptykiem, ajent policji jest znów dogmatykiem: on wierzy w złe.
— Oto jak się rzecz ma, — pomyślał, — młodzieniec kocha tę pannę, a że przystojny, więc musi być wzajem kochanym. Miłość ta musiała być nie na rękę bankierowi, to łatwo zrozumieć; a nie wiedząc, jakby tu w sposób godziwy pozbyć się niewczesnego oblubieńca, wymyślił to oskarżenie o kradzież, które jest dosyć dowcipnem.
Owoż, w myśli Fanferlota, bankier poprostu okradł się sam, a niewinny kasjer padł ofiarą najbezczelniejszej zasadzki.
Ale to przekonanie ajenta bezpieczeństwa, jak na teraz przynajmniej, nie mogło poprawić interesu Prospera.
Fanferlot ambitny, żądny reputacji adept, był mocno zdecydowany schować swe domysły dla siebie.
— Niech sobie tam drudzy idą gdzie i jak chcą, a ja pójdę w swoją stronę. Później, dzięki nieustannemu śledzeniu, cierpliwym badaniom, zgromadzę żywioły do świetnego wyroku kary, zdemaskuję łotra.
Słowem, był promieniejący. Znalazł nareszcie tę długo poszukiwaną zbrodnię, która miała uczynić go sławnym. Niczego tam nie brakło, ani ohydnych okoliczności, ani tajemnicy, ani żywiołu romantycznego, który uosabiał się w Prosperze i Magdalenie.
Powodzenie było trudnem, prawie niepodobnem, ale Fanferlot, zwany Wiewiórką, pełen jest ufności w siebie i swój śledczy geniusz.
Tymczasem rewizja pierwszego piętra już się skończyła, i wszyscy zeszli do biura Prospera.
Komisarz policji, tak spokojny przy wejściu, chmurniał co raz bardziej. Zbliżała się chwila przedsięwzięcia jakiegoś stanowczego kroku, a on wciąż się wahał, było to widocznem.
— Widzicie panowie sami, — zaczął, — nasze poszukiwania stwierdziły pierwsze nasze mniemanie.
Pan Fauvel i kasjer potwierdzili znakiem.
— A ty, panie Fanferlot, co o tem sądzisz?
Ajent bezpieczeństwa nic nie odpowiedział.
Zajęty studjowaniem przez lupę zamku od skrzyni, dawał on widoczne oznaki zadziwienia. Musiał zapewne wpaść na jakieś nadzwyczajnie ważne odkrycie.
Pod wrażeniem, widocznie podobnej myśli, pan Fauvel, Prosper i komisarz policji powstali żywo i otoczyli ajenta bezpieczeństwa.
— Czy znalazłeś pan jaką wskazówkę? — zapytał bankier.
Fanferlot odwrócił się z miną niezadowoloną. Wyrzucał sobie, że nie umiał dość ukryć swych wrażeń.
— O, — rzekł niedbale, — bardzo to mała rzecz, o której się przekonałem.
— Jednakże chcielibyśmy wiedzieć... — nalegał Prosper.
— Poprostu nabyłem przekonania, że ta skrzynia była bardzo niedawno otwarta, czy zamknięta, tego już nie wiem, ale jedno z dwojga, z pewną gwałtownością i ogromnym pospiechem.
— A to jakim sposobem? — zapytał komisarz policji, który stał się wielce uważnym.
— O, proszę pana, tu na wieku, uważa pan tę rysę, która idzie od zamka?
Komisarz wziął lupę z rąk ajenta, nachylił się, i z kolei zaczął badać skrzynię długo i uważnie. Istotnie dostrzedz można było wybornie lekką rysę, która wydarła warstwę werniksu wzdłuż na dwanaście do piętnastu centymetrów.
— Widzę, — rzekł komisarz, — ale czegoż to dowodzi?
— O! nie dowodzi niczego, — odparł Fanferlot, — właśnie to mówiłem.
Tak, Fanferlot istotnie mówił to, ale myślał co innego.
Ta rysa, świeża bez zaprzeczenia, miała dla niego znaczenie, którego nie odgadywali drudzy, widział on w niej potwierdzenie swych domysłów. Mówił sobie, że kasjer choćby był zabierał miliony, nie miał żadnego powodu spieszyć się. (Wiecej książek É. Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach). Bankier przeciwnie, zchodząc w nocy na kocich łapach, by nie zbudzić śpiącego obok człowieka, idąc dla zabrania własnej swej kasy, miał tysiączne przyczyny drżeć, spieszyć się, wyrywać raptownie klucz, który przesuwając się obok zamka, zadrapał werniks.
Postanowiwszy sam jeden rozmotać zagmatwany kłębek tej sprawy, ajent bezpieczeństwa musiał dla siebie zachować swe wnioski, tak samo, jak zamilczał o podchwyconem widzeniu się Magdaleny z Prosperem.
— Na zakończenie, dodał, — zwracając się do komisarza policji, — oświadczam, że nikt obcy nie mógł tu wejść. Ta kasa jest zresztą dotknięta. Na ruchomych guzikach nie ma śladów żadnego podejrzanego nacisku. Mogę zapewnić, że nie próbowano żadnego wyłamującego narzędzia, wytrycha nie wprowadzano. Ci co ją otworzyli, znali wyraz i mieli klucz.
Tak wyraźne zapewnienie człowieka biegłego położyło koniec wahaniom komisarza policji.
— Tak to rozumiem, — odezwał się, — pozostaje mi tylko prosić pana Fauvela o chwilę rozmowy.
— Jestem na pańskie rozkazy, — odpowiedział bankier.
Prosper zrozumiał; położył z afektacją kapelusz swój na stole, jawnie, jakby dla pokazania, że nie ma zamiaru oddalać się, i przeszedł do innego biura.
Fanferlot również wyszedł; ale komisarz miał czas dać mu znak niewidzialny dla innych, na który tamten odpowiedział.
Znak ten wyrażał: Odpowiadasz mi za tego człowieka.
Ajent bezpieczeństwa nie potrzebował bynajmniej tej zachęty, by uważać pilnie. Podejrzenie jego zbyt było nieokreślone, a chęć powodzenia tak wielką, że nie mógł tracić ani na chwilę z oczu Prospera i zaprzestać go badać.
Dla tego też wszedłszy do biura tuż za kasjerem, usiadł w głębi, w cieniu na ławeczce, zdawał się wyczekiwać wygodnej pozycji, odwracał się w tę i ową stronę, ziewał aż do rozwalenia szczęk, i nakoniec zamknął oczy.
Prosper zaś usiadł przed biurkiem jednego z nieobecnych chwilowo kolegów. Inni płonęli chęcią dowiedzenia się o rezultacie ogólnej rewizji, najwyższa ciekawość błyszczała w ich oczach, pytać jednak nie śmieli.
Nie mogąc wszakże wytrzymać, młody Cavaillon, obrońca kasjera, zarezykował.
— I cóż? — zapytał.
Prosper ruszył ramionami.
— Nic nie wiadomo, — odpowiedział.
Byłaż to pewność niewinności, przekonanie o bezkarności, niedbałość o skutki? Ale komisanci zauważyli nie bez głębokiego zdumienia, że kasjer wrócił do swej dawnej postawy, do tej jakiejś lodowatej wyższości, która trzyma ludzi w pewnym odstępie, i która narobiła mu tylu nieprzyjaciół w domu.
Z całego wzruszenia tak wielkiego przed chwilą, że aż litość brała, nie pozostało na nim żadnych innych śladów, tylko większa bladość, ciemniejszy obwód koło zaczerwienionych oczu, i bezład włosów jeszcze wilgotnych z potu przerażenia.
Nigdyby obcy człowiek wchodząc nie przypuścił, że ten młodzieniec, który tam siedzi, bawiąc się machinalnie ołówkiem, zostaje pod grozą oskarżenia o kradzież, i ma być za chwilę aresztowanym.
Wkrótce jednak przestał bawić się ołówkiem; przysunął ćwiartkę papieru i spiesznie skreślił na niej kilka wierszy.
— Aha! — pomyślał Fanferlot, zwany „Wiewiórką,“ którego wzrok i słuch funkcjonowały cudownie, mimo snu głębokiego; — aha! spisują się poufne zwierzenia; dowiemy się przecież czegoś pewniejszego.
Napisawszy ten krótki list, Prosper złożył go starannie, redukując go do najdrobniejszej objętości, i ukradkiem rzuciwszy okiem na ajenta bezpieczeństwa, który wciąż w swoim kącie spał nieporuszony, rzucił go Cavaillonowi z tym jednym wyrazem!
— Gypsy!
Wszystko to wykonane było z tak zimną krwią, tak spiesznie i z tak rzadką zręcznością, że Fanferlot, sam znawca i zwolennik, wpadł w podziwienie, zmięszał się, a nawet zaniepokoił.
— Do djabła! — pomyślał, — jak na niewinnego, to ten mój młodzieniaszek ma więcej szyku i wprawy, niż niejeden z moich starych klientów. Co to może edukacja!
Tak jest; winny czy niewinny, Prosper musiał być obdarzony potężną energją, by udawać ten niezamącony spokój i zachować taką przytomność umysłu; bo zkądinąd, w tej chwili los jego, przyszłość, cześć, życie nawet stało w zawieszeniu. A on miał lat trzydzieści!...
Przed przystąpieniem do działania, czy to w skutek bardzo naturalnych względów, czy w nadziei wydobycia jakiegoś światełka w poufalszej rozmowie, komisarz policji uznał za rzecz konieczną uprzedzić bankiera.
— Wątpliwości już nie może być żadnej, — rzekł skoro zostali sami, — ten młodzieniec okradł pana. Uchybiłbym moim obowiązkom, gdybym się tymczasem nie upewnił co do jego osoby; sąd albo go później wypuści, albo zatrzyma nadal w więzieniu.
Oświadczenie to nadzwyczajnie wzruszyło bankiera.
— Biedny Prosper! — szepnął z westchnieniem.
A widząc zdziwienie komisarza, dodał:
— Dotąd miałem najzupełniejszą wiarę w jego uczciwość; byłbym mu bez wahania powierzył cały majątek. Padałem prawie na kolana, by z niego wydobyć przyznanie się do chwilowego obłąkania, obiecując mu, że przebaczę i zapomnę: nie mogłem go poruszyć. Kochałem go, i teraz nawet mimo kłopotów i upokorzeń, jakie przewiduję, nie mogę go nienawidzieć.
Komisarz zdawał się nie rozumieć.
— Jakto, upokorzeń? — zapytał.
— Panie, — wtrącił żywo bankier, — czyż sprawiedliwość nie powinna być i nie jest jedną dla wszystkich? Że ja jestem naczelnikiem domu, a on tylko komisantem, czyż idzie zatem, aby mnie zawierzono na słowo? Czemużbym ja sam nie miał się okraść? Znamy podobne przykłady. Żądają odemnie wskazania faktów; obowiązany będę przedstawić sędziemu dokładnie położenie mojego domu, wyjaśnić stan interesów, odsłonić tajemnicę i mechanizm moich działań.
— Być może, w samej rzeczy zażądają od pana pewnych wyjaśnień, ale znana powszechnie zacność pańska...
— Przebóg! ależ i on był zacnym młodzieńcem. Na kogoż padłoby podejrzenie, gdybym ja nie mógł był istotnie dziś zrealizować tej sumy, gdyby na szczęście majątek mój nie przenosił pasywów przynajmniej o trzy miljony?...
Dla każdego człowieka z sercem sama myśl, możliwość, pozór podejrzenia, jest okropnem cierpieniem; bankier cierpiał, komisarz postrzegł to.
— Bądź pan spokojny, — powiedział, — przed tygodniem sprawiedliwość zgromadzi dostateczne dowody dla uzasadnienia winy tego nieszczęsnego, którego teraz możemy już przywołać.
Prosper wezwany, wrócił z Fanferlotem, którego zaledwie zbudzono; bez żadnego drżenia, ze wszystkiemi pozorami najzupełniejszej nieczułości usłyszał zawiadomienie, że jest aresztowany.
Odpowiedział wprost bez żadnej przesady:
— Przysięgam, że jestem niewinny!
Pan Fauvel daleko więcej zmięszany niż jego kasjer, próbował jeszcze raz.
— Czas jeszcze, moje dziecko! — zawołał, — w imię Boga, rozmyśl się!...
Prosper jakby go nie słyszał. Wydobył z kieszeni klucz, który położył na kominku.
— Oto jest, panie, klucz od kasy. Mam nadzieję, że kiedyś przekonasz się pan, iż nic ci nie wziąłem; bodajby to pańskie przekonanie nie przyszło zapóżno.
Następnie gdy wszyscy milczeli, dodał:
— Nim odejdę, zdaję tu książki, papiery, rachunki temu, który mnie będzie zastępował. Winienem panu nadto oświadczyć, że prócz skradzionych 350.000 franków, zostawiam w kasie deficyt.
Deficyt!... Okropne to słowo w ustach kasjera, rozbiło się jak petarda w uszach słuchających Prospera.
Oświadczenie jego wreszcie musiało być rozmaicie zrozumiane.
— Deficyt! — pomyślał komisarz policji, — jakżeż tu po tem wszystkiem wątpić jeszcze o postępku tego młodzieńca? Nim okradł kasę na grubo, zasilał się tymczasem drobnemi nadużyciami.
— Deficyt! — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — toż możnaby przysiądz za niewinność tego chłopca. Gdyby się dopuścił kradzieży, toż dla uniknienia posądzeń, przedewszystkiem zwróciłby drobiazgi, które sobie poprzednio przywłaszczył.
Objaśnienie jakie dał Prosper, znacznie zmodyfikowało ważność i znaczenie tego faktu.
— Brak w mojej kasie trzech tysięcy pięćset franków, — ciągnął dalej, — które tak oto się rozkładają: dwa tysiące wziąłem ja sam na rachunek mej pensji, tysiąc pięćset forszusowałem kolegom. Dziś mamy ostatni dzień miesiąca, jutro ma się wypłacać pensja, a zatem...
— Byłeś pan upoważniony, — zapytał surowo komisarz, — do czerpania z kasy w miarę swych potrzeb i forszusowania kolegom?
— Nie, ale jest niezawodna, że pan Fauvel nie byłby mi odmówił pozwolenia do zobowiązania kolegów. To co uczyniłem praktykuje się wszędzie; poszedłem poprostu za przykładem mojego poprzednika.
Bankier aprobował gestem.
— Co się tyczy mojej osoby, — mówił dalej kasjer, — miałem poniekąd prawo, które sobie sam przypisałem, gdyż wszystkie moje oszczędności, to jest około piętnastu tysięcy franków, złożyłem w domu tutejszym.
— Tak jest rzeczywiście, — potwierdził bankier. — Pan Bertomy ma u mnie co najmniej taką sumę.
Po załatwieniu tego ostatniego szczegółu, komisarz uważał misję swą za skończoną, na tem też protokół zamknięto. Oświadczył więc, że odchodzi, i rozkazał kasjerowi udać się za sobą.
Chwila ta, w której wybucha brutalna rzeczywistość, w której człowiek czuje, że przestaje należeć do siebie, że utrącą wolność, jest chwilą okropną!
Na to straszne wezwanie: „Proszę z sobą!“ które otwiera niejako mury więzienne, najzimniejsi i najtwardsi słabną, zalewają się łzami, żebrzą łaski.
Prosper nie utracił nic z tej wystudjowanej obojętności, która komisarzowi policji wydała się nadzwyczajną bezczelnością.
Zwolna, tak spokojnie i swobodnie, jak gdyby chodziło o jakie śniadanie w mieście, wziął na siebie paletot, poprawił włosy, włożył rękawiczki i rzekł:
— Jestem gotów iść z panem.
Komisarz policji zamknął portfel i skłonił się panu Fauvelowi.
— Chodźmy! — rzekł.
I wyszedł, a bankier za oddalającymi się spoglądał w ponurym smutku, z oczyma mokremi od łez, które zaledwie wstrzymywał.
— O mój Boże! — szepnął, — czemuż mi nie skradziono dwa razy tyle, i czemuż nie wolno mi szanować jeszcze mojego biednego Prospera i mieć go przy sobie jak dawniej!
Fanferlot, człowiek wiecznie otwartego ucha, posłyszał i zanotował sobie ten frazes, a łatwy do podejrzeń, zbyt skłonny do przypisywania bliźnim zapasu chytrości równego swemu, nie wahał się mniemać, że frazes ten wymierzony był na jego intencję.
Pozostał ostatni w biurze pod pozorem odszukania parasola, którego nie wziął z sobą, i odchodził z wyrachowaną powolnością, powtarzając kilkakrotnie, że wróci dowiedzieć się, czy odszukano parasol.
Z porządku rzeczy do niego należało mieć baczność na Prospera i odprowadzić go; ale w chwili odejścia, zbliżył się do komisarza policji, i dla dobra sprawy zażądał i otrzymał pozwolenie swobodnego działania.
Bilet napisany przez Prospera, ten bilet, który czuł w kieszeni Cavaillona, chodził mu po głowie. Nawet gdy z ogólnej kancelarji wrócił do kasy, pozostawił drzwi niedomknięte, końcem oka dawał baczność i gotów był rzucić się za najmniejszem poruszeniem młodego komisanta.
Dostać ten dowód pisany, który musiał być ważnym, zdawać się mogło rzeczą nader łatwą. A jaki na to sposób? Poprostu aresztować Cavaillona, zastraszyć go, kazać mu oddać bilet, a w ostatnim razie wydrzeć mu go. Ajent bezpieczeństwa przez chwilę myślał tak postąpić.
Tak; ale do czego prowadzi ten wybuch? Do niczego, a przynajmniej rezultat byłby niezupełny i wątpliwy.
Fanferlot był pewny, że ten bilet przeznaczonym był nie dla młodego komisanta, ale dla osoby trzeciej. Czyż Cavaillon pod naciskiem da poznać tę osobę, która mogła wcale nie nazywać się tak, jak wymówił kasjer: Gypsy? A w najlepszym razie, gdyby coś i mówił, czy mówiłby prawdę?
Po dojrzałym namyśle, ajent bezpieczeństwa w swej policyjnej mądrości postanowił, że byłoby dzieciństwem zdobywać tajemnicę, którą można przejąć. Uważać na Cavaillona, śledzić go, schwytać na gorącym uczynku, tak, by się nie mógł wyprzeć, było to igraszką.
Przy tem postępowanie takie odpowiadało więcej charakterowi urzędnika z ulicy Jerozolimskiej, który jest łagodnym i cichym z natury, a z profesji nie lubi hałasu, wrzawy, wybuchu, wszystkiego słowem, co zakrawa na gwałt.
Fanferlot wyszedł do przedsionka z gotowym już zamiarem. Tam wybadał zręcznie woźnego, zadał mu kilka na pozór mało znaczących pytań, po których nabył pewności, że dom pana Fauvela nie ma wyjścia na ulicy Victoria, i że komisanci wchodzą i wychodzą bramą od ulicy Provence. Odtąd zadanie, które powziął, nie przedstawiało już żadnej trudności. Szybko przeszedł na drugą stronę ulicy i stanął na przeciwko bramy.
Wyborne to było miejsce do robienia obserwacji. Widział ztąd nie tylko wchodzących i wychodzących z domu bankiera, ale mając dolne okno przed sobą, mógł stanąwszy na palcach, dojrzeć Cavaillona pochylonego nad biurkiem.
Długi czas zostawał w bramie. Lecz ileż-to razy cierpliwemu Fanferlowi zdarzyło się dla mniej ważnej sprawy stać na czatach dnie i noce?
Przy tem wcale się nie nudził. Zgłębiał wartość swoich odkryć, szanował je i jak owa wieśniaczka z garnkiem mleka na sprzedaż, budował świetną przyszłość dla siebie na fundamentach tego planu.
Nareszcie około pierwszej godziny, ajent bezpieczeństwa ujrzał, jak Cavaillon wstał, przebrał się do wyjścia w miasto i wziął za kapelusz.
— Wybornie! — rzekł, — nasz Merkury wychodzi: baczność!
W rzeczy samej, w chwilę potem Cavaillon zjawił się w bramie domu. Zanim wyszedł, spojrzał na prawo i na lewo; zawahał się.
— Czyżby się czego obawiał? — pomyślał Fanferlot.
Tak nie było. Młody komisant mając interes do załatwienia, a nie chcąc, aby jego nieobecność była postrzeżoną, namyślał się jaką drogę wybrać, żeby się sprawić jak najkrócej.
Zdecydował się nareszcie. Poszedł na przedmieście Montmartre, ztamtąd na ulicę Notre-Dame-de-Lorette. Szedł prędko nie troszcząc się wcale co o nim powiedzą potrącani przechodnie; ajent bezpieczeństwa z trudnością za nim zdążał.
Gdy już był na ulicy Chaptal, Cavaillon zatrzymał się i wszedł do domu pod 1. 39.
Zaledwie zrobił parę kroków w korytarzu, poczuł się schwyconym za ramię, a odwróciwszy się raptem, spotkał się z Fanferlotem oko w oko.
Poznał go natychmiast, zbladł, cofnął się, szukając oczami miejsca do ucieczki.
Lecz ajent bezpieczeństwa przewidział to; zagrodził mu sobą odwrót. Cavaillon czuł się schwytanym.
— Czego pan chcesz odemnie? — zawołał drżącym ze strachu głosem.
Co najwięcej Fanferlota, zwanego Wiewiórką, odznacza pośród kolegów, to jego nadzwyczajna łagodność i uprzejmość.
Nawet ze swymi klientami jest grzecznym, traktuje ich z największą oględnością, zachowując wszystkie drobiazgowe formy przyzwoitości nawet wtedy, gdy ich chwyta i wiąże.
— Chciej pan, — rzekł, — wybaczyć mojej śmiałości, że się łaskawego pana zapytam o pewne maleńkie objaśnienie....
— Mnie o objaśnienie?
— Tak jest, kochany panie, pana Eugeniusza Cavaillon.
— Ależ ja pana nie znam.
— Oh! przeciwnie; widziałeś mnie pan dziś rano. Idzie tu zresztą o małą drobnostkę, może pan zechcesz podać mi rękę i wyjść na chwilę ze mną, za co panu będę mocno obowiązany.
Cóż było robić? Cavaillon podał mu rękę i wyszli razem.
Ulica Chaptal nie jest jedną z tych dróg hałaśliwych i pełnych ruchu, gdzie powozy stanowią dla pieszych ustawiczne niebezpieczeństwo. Jest tam kilka tylko sklepów, a od rogu ulicy Fontaine, zajętej przez aptekę, aż do ulicy Leonie ciągnie się długi mur przebity tu i owdzie maleńkiemi okienkami oświetlającemi pracownie stolarskie.
Jest to jedna z tych ulic, na których rozmawiać można swobodnie, nie zstępując co chwila z chodnika; więc Fanferlot i Cavaillon mogli swobodnie prowadzić dyskurs.
— Rzecz chodzi o to, kochany panie, — rzekł ajent bezpieczeństwa: — pan Prosper Bertomy rzucił panu dziś rano bardzo zręcznie bilecik.
Cavaillon przeczuwał, że będzie badany o ten bilecik; usiłował więc przygotować się i mieć się na baczności.
— Mylisz się pan, — odrzekł czerwieniejąc po same uszy.
— Przepraszam! przykroby mi było to udowadniać panu, ale ja zwykle pewien jestem tego, co mówię.
— Zapewniam pana, że Prosper nic mi nie dał.
— Bądź pan łaskaw nie zaprzeczać, — nalegał Fanferlot. Zmuszasz mnie do przekonania cię, iż czterej koledzy widzieli, jak Prosper rzucił ci bilecik napisany ołówkiem, bardzo drobno zwinięty.
Młody komisant zrozumiał, iż na nicby się nie zdało stawiać zaprzeczenie człowiekowi tak doskonale świadomemu; zmienił wiec system.
— Niech i tak będzie, — rzekł, — odebrałem bilet od Prospera, ale że on był pisany do mnie samego, więc po przeczytaniu podarłem go i szczątki rzuciłem w ogień.
Mogło to być prawdą. Obawiał się tego Fanferlot, ale zkąd pewność? Przypomniał sobie, że najprostsze podstępy są częstokroć najskuteczniejsze, ufny więc w swą szczęśliwą gwiazdę, rzekł na wszelki wypadek:
— Pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, że w tem jest niedokładność bilet ten został ci powierzonym dla wręczenia go osobie Gypsy.
Rozpaczliwy gest Cavaillona dał znać ajentowi, że się nie myli; odetchnął.
— Przysięgam panu... — począł młodzieniec.
— Nie przysięgaj pan, — przerwał Fanferlot, — przysięgi wszelkie na nic się nie zdały. Pan nie tylko, że nie podarłeś tego biletu, ale wszedłeś do tego domu, by go oddać komu należy i masz go w kieszeni.
— Nie, panie, nie!...
Fanferlot nie zważając na zaprzeczenie, mówił dalej słodkim głosem:
— I będziesz tyle uprzejmym, że pokażesz mi ten bilet, mam mocne przekonanie... Wierz mi pan, że gdyby nie gwałtowna konieczność...
— Nigdy! — odparł Cavaillon.
A sądząc, że nadeszła właściwa chwila, szarpnął się, by wyrwać ramię z pod rąk Fanferlota i uciec.
Ale pokuszenie było daremne. Fanferlot jest równie silny jak słodki.
— Ostrożnie, byś sobie krzywdy nie zrobił, mój młody panie, — rzekł urzędnik prefektury, — wierzaj mi, pokaz ten bilet.
— Nie mam go!
— Cóż robić! Zmuszasz mnie do przykrych ostateczności. Czy wiesz co nastąpi w skutek twego uporu? Zawołam dwóch policjantów, którzy wezmą cię pod ręce i zaprowadzą do komisarza policji, a tam będzie mi bardzo bolesno zrewidować cię mimo woli. Wierzaj mi pan, sprawisz mi tem zmartwienie.
Cayaillon był szczerze oddany Prosperowi, ale widział jak na dłoni, ze upór nie doprowadzi do niczego, że nie będzie miał nawet czasu zniszczyć corpus delicti.
Oddać bilet w takim razie nie było zdradą; zrezygnował się więc, przeklinając swą bezwładność, płacząc prawie z gniewu.
— Pan masz przewagę siły, ustępuję ci, — rzekł smutno.
W tej samej chwili wydobył z pugilaresa nieszczęsny bilet i oddał go ajentowi.
Ręce Fanferlota drżały z radości gdy odwijał papier; jednakże wierny swym obyczajom drobiazgowej grzeczności, po otwarciu listu skłonił się Cavaillonowi, mówiąc:
— Pozwolisz pan, nieprawdaż? Przykro mi, że jestem niedyskretny.
Nareszcie zaczął czytać:

„Kochana Nino!

„Jeżeli mnie kochasz, to natychmiast, bez chwili namysłu, uczyń to o co cię proszę. Gdy odbierzesz ten list, zabierz wszystko co w domu jest twoją własnością — co się zowie wszystko — i umieść się w jakim lokalu umeblowanym na drugim końcu Paryża. Nie pokazuj się, kryj się jak możesz. Od twego posłuszeństwa może życie moje zawisło. Jestem oskarżony o znaczną kradzież, mam być aresztowanym. W kantorku powinno być około pięćset franków, weź je. Zostaw swój adres Cavaillonowi, który wytłumaczy ci to, czego ja ci powiedzieć nie mogę. Bądź dobrej myśli; do widzenia wkrótce.

Prosper.“

Gdyby Cavaillon był mniej przerażony, byłby mógł dostrzedz na twarzy ajenta bezpieczeństwa wszystkie oznaki rozczarowania.
Fanferlot łudził się nadzieją, że dostanie do rąk jaki ważny dokument, a kto wie, może nawet dowód niezbity niewinności lub winy Prospera. Natomiast otrzymał bilecik miłosny człowieka, który mniej zajmuje się sobą, niż ukochaną kobietą.
Daremnie łamał sobie głowę, nie znajdował w tym liście nic stanowczego, nic, z czegoby wyprowadzić można jakiś wniosek, nie dowodził on niczego, ani za, ani przeciw temu, kto go pisał.
Wyrazy, „co się zwie wszystko,“ były wprawdzie podkreślone, ale można je było tłumaczyć w wieloraki sposób!...
Z tem wszystkiem ajent bezpieczeństwa uznał za właściwe zapytać:
— Ta panna Nina Gypsy, to zapewne przyjaciółka pana Bertomy?
— Tak.
— Aha! i ona mieszka tam pod 1. 39?
— Wiesz pan o tem dobrze, skoro widziałeś mnie tam wchodzącego.
— Rzeczywiście, domyślałem się, kochany panie. A powiedz mi też, czy mieszkanie wynajęte jest na jej imię?
— Nie, na imię Prospera.
— Wybornie! A na którem piętrze, jeśli łaska?
— Na pierwszem.
Fanferlot złożył starannie bilecik napowrót i schował go do kieszeni.
— Stokrotne dzięki panu, — rzekł, — za jego objaśnienie; nawzajem, jeżeli pan chcesz, mogę mu oszczędzić drogi do niej.
— Panie...
— Tak jest; za pozwoleniem pańskiem ja sam oddam ten bilecik pannie Ninie Gypsy.
Cavaillon próbował uporu, chciał dysputować, ale Fanferlot spieszył się, przerwał więc jego obserwacje, mówiąc:
— Ośmielam się dać panu jedną radę, która zdaje mi się dobrą. Gdybym był na pańskiem miejscu, wróciłbym spokojnie do biura i nie mięszałbym się nic, zgoła nic do tej sprawy.
— Ależ panie, Prosper był moim protektorem, wydobył mnie z nędzy, on jest moim przyjacielem.
— Tem bardziej powinieneś pan być spokojnym, Czy możesz mu usłużyć? Nie, wszak prawda? Owoż powiem panu, że możesz mu szkodzić. Wiadomo, że pan masz z nim zażyłe stosunki, czyż kto nie zauważy pańskiej nieobecności? Jak pan się będziesz ruszał i próbował środków, które do niczego nie doprowadzą, czy to nie będzie wytłumaczone na szkodę?
— Panie, Prosper jest niewinny, mam najświętsze przekonanie.
Takie było właśnie zdanie i Fanferlota, ale nie chciał wydawać się ze swą tajemną myślą; jednak dla przyszłych swych poszukiwań musiał wmówić w młodego komisanta największą roztropność i dyskrecję. Chciałby go prosić, aby zamilczał o tem co zaszło między nimi, ale nie śmiał.
— To co pan mówisz, jest bardzo prawdopodobne, i życzę tego panu Bertomy, jak również i panu; bo gdyby on okazał się winnym, toby i pana niepokojono, bo byliście w zażyłości koleżeńskiej, a kto wie, możeby pana posądzono i o udział w przestępstwie.
Cavaillon spuścił głowę; był przybity.
— Tak panie, wierzaj mi, — ciągnął dalej Fanferlot, — wracaj do swoich czynności... A mnie niech będzie wolno pożegnać pana.
Biedny chłopiec usłuchał. Wolnym krokiem, z węzbranem sercem wszedł na ulicę Notre-Dame-de-Loretto. Pytał sam siebie, co może zrobić dla Prospera, jak ma uprzedzić Gypsy; a przedewszystkiem jak się pomścić na szkaradnym ajencie, który go tak okropnie poniżył.
Jak tylko Cavaillon znikł na zakręcie ulicy, Fanferlot wszedł do domu, oznajmił odźwiernemu, że ma interes do pana Prospera Bertomy, wszedł na piętro i zadzwonił.
Służący, chłopiec mniej więcej piętnastoletni, w wykwintnej liberji, otworzył drzwi.
— Panna Nina Gypsy? — zapytał?
Mały groom zawahał się; co widząc Fanferlot, pokazał list.
— Polecił mi pan Bertomy oddać ten bilet pani i czekać na jej odpowiedź.
— To wejdź pan, uprzedzę panią.
Imię Bertomy sprawiło skutek, Fanferlot wprowadzonym został do małego saloniku elegancko urządzonego. Potrójne firanki wisiały u okien, portiery u wszystkich drzwi. Świetny dywan zaścielał posadzkę.
— Proszę, — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — nasz kasjer pięknie sobie mieszka.
Ale nie miał czasu rozpatrywać się w całym inwentarzu; jedna z portier uchyliła się, i weszła Nina Gypsy.
Jest to, a raczej była podówczas bardzo młoda niewiasta, delikatna, brunetka, a raczej śniada jak kwarteronka z Hawanny; a ręce i nóżki były jak u dziecka.
Długie rzęsy jedwabne przyciemniały zbyt żywy blask jej czarnych, wielkich oczu; wargi jej nieco grube, uśmiechały się po nad zębami bielszemi niż kocie, a były to zęby cienkie, świecące, perliste i tak ostre, że mogłyby zgruchotać dziesięć tęgich sukcesji.
Nie była jeszcze zupełnie ubrana, zarzuciła tylko od zimna szeroki kaftan aksamitny, którego otworami sypały się fale koronek przyczepionych do rannego ubrania. Ale wyszła już z pod ręki fryzjera lub zręcznej pokojówki. Włosy jej były skędzierzone na przodzie około czoła, spięte wstążeczkami z czerwonego aksamitu i zarzucone w wysoki pęk na wierzch głowy ku szyi.
Była w tem ubraniu prześliczną, piękność jej zuchwała i wyzywająca zmięszała i olśniła zrazu Fanferlota.
— Daj go katu! — pomyślał, przypomniawszy sobie szlachetną i surową piękność Magdaleny, którą widział przed kilką godzinami, — nasz kasjer ma dobry gust... ma dobry gust.
Gdy tak rozmyślał łamiąc sobie głowę od czego zacząć, Gypsy mierzyła go pogardliwym wzrokiem, zdumiała, że widzi w swym salonie obdartego niezgrabę, z kapeluszem pogiętym i otłuszczonym.
Mając wierzycieli, szukała w pamięci, który z nich może mieć tak podrzędną powierzchowność, albo przynajmniej który z nich pozwala sobie przysyłać jakiegoś chłystka, co śmie zabłocone obuwie ocierać o szlachetną wełnę jej dywanów.
Po takim egzaminie:
— Czego pan żądasz? — zapytała nakoniec zmuszając powieki do mrugnięcia najbardziej impertynenckiego.
Kto inny na miejscu Fanferlota byłby do głębi oburzony tem spojrzeniem i tym tonem; on zaś tyle tylko zwrócił uwagi, ile mu było potrzeba do schwycenia kilka rysów charakteru młodej niewiasty.
— Ona wcale nie jest dobrą, nie! — pomyślał, — i bez najmniejszego wychowania.
Spóźnił się z odpowiedzią, pani Nina tupnęła nogą niecierpliwie.
— Mówże pan, — powtórzyła, — czego chcesz?
— Polecono mi, szanowna pani, — rzekł najsłabszym i najuprzejmiejszym głosem, — oddać ci bilecik od pana Bertomy.
— Od Prospera!... Więc go pan znasz?
— Mam zaszczyt, a nawet, jeśli mi wolno tak się wyrazić, jestem jego przyjacielem.
— Panie!... — syknęła Gypsy, urażona w miłości własnej.
Fanferlot nie raczył zwrócić uwagi na ten obrażający wykrzyknik. On jest dumny; pogarda spływa po nim jak deszcz po tłustym kirysie.
— Jestem jego przyjacielem, — powtórzył, — a pewien jestem, że dziś mało ludzi odważyłoby się głośno przyjaźń swą ku niemu wyjawić.
Ajent bezpieczeństwa wyrażał się z tak mocnem przekonaniem, że uderzyło panią Gypsy.
— Nigdy nie umiałam rozwiązywać zagadek, — rzekła sucho, — racz mi pan wytłumaczyć co to znaczy?
Urzędnik prefektury wydobył zwolna z kieszeni list odebrany Cavaillonowi, i podając go Ninie, rzekł:
— Czytaj pani.
Oczywiście, nie przewidywała ona nic smutnego. Chociaż wzrok miała najwyborniejszy, ale rozwijając list, włożyła na nos śliczny binokl.
Jednym rzutem oka przeczytała cała treść.
Zrazu zbladła, potem zaczerwieniła się, dreszcz nerwowy przebiegł ją od stóp do głowy; nogi zachwiały się pod nią. Fanferlot sądząc, że upadnie, wyciagnął ręce, by ją podtrzymać.
Zbytek ostrożności! Gypsy była jedną z tych kobiet, których leniwa opieszałość zakrywa szatańską energie; są to kruche istoty, których siła oporu nie ma granic; są to kotki delikatnością i wdziękiem, kotki mianowicie nerwami i tęgością muskułów.
Zawrót sprawiony uderzeniem maczugi trwał tyle co błyskawica. Zachwiała się, ale nie upadła. Powstała silniejszą, porwała za rękę ajenta prefektury, i drobną swą rączką ściskając mu ją do złamania kości.
— Wytłumacz się pan! — zawołała, — co to ma znaczyć? Pan wiesz, co mi ten list oznajmia?
Jakkolwiek odważny, jakkolwiek codzień staje w oczy łotrom najniebezpieczniejszym, Fanferlot prawie uląkł się gniewu Niny.
— Niestety! — wyjąknął.
— Prosper ma być aresztowany, oskarżają go o kradzież?...
— Tak; utrzymują, że wziął z kasy 350.000 franków.
— To niepodobna! — zawołała młoda kobieta, — to potwarz, głupstwo!
Puściła rękę Fanferlota, a gniew jej podobny do złości zepsutego dziecka, rozpryskiwał się w gorączkowych gestach. Zapomniała o pięknym kaftanie aksamitnym i wspaniałych koronkach, które darłaby niemiłosiernie.
— Prosper miałby popełnić kradzież — mówiła, nie; to byłoby zbyt głupio! Po co on miałby kraść? Czyż on nie posiada ogromnego majątku?...
— Kiedyż właśnie, piękna damo. — odparł Fanterlot, utrzymują, że pan Bertomy nie jest bogatym, że nie ma na życie nic, prócz pobieranej pensji.
Odpowiedź ta zdawała się mieszać wszystkie myśli Niny.
— Jednakże, — rzekła, — widziałam zawsze dużo pieniędzy. Jeśli nie jest bogatym... to...
Nie śmiała skończyć, ale oczy jej spotkały się ze wzrokiem Fanferlota; zrozumieli się.
Spojrzenie Gypsy zdawało się mówić:
— To on musiał chyba kraść dla mnie, dla mojego zbytku, dla moich zachceń?
— Być może... — odpowiedział wzrok Fanferlota.
Ale w dziesięć sekund wróciła młodej kobiecie pierwotna rozwaga. Pierzchło zwątpienie, które na chwilę umysł jej skrzydłem swem dotknęło.
— Nie! — zawołała. — Na nieszczęście Prosper nigdyby nic dla mnie nie ukradł. Można to pojąć, by kasjer czerpał pełną ręką z kasy powierzonej jego czci, dla kobiety, którą kocha; ale Prosper nie kochał mnie, nie kochał mnie nigdy!
— Ach! piękna pani! — protestował grzeczny i uprzejmy Fanferlot, — pani nie myślisz tego co mówisz.
Nina smutnie potrząsła głową; łza z trudnością powstrzymywana, zasłoniła połysk jej pięknych oczu.
— Tak myślę, — odpowiedziała, i tak jest. On gotów biedz w ślad za mojemi fantazjami, powiesz pan? To niczego nie dowodzi. Kiedy powiadam, że mnie nie kocha, jestem o tem głęboko przekonana, oh! znam ja się na tem. Raz tylko w życiu kochana byłam przez człowieka z sercem, i to co cierpię od roku, uczy mnie pojmować, jak go nieszczęśliwym uczyniłam. Ja niczem nie jestem w życiu Prospera, zaledwie przygodą...
— Więc dla czego...
— A tak! — przerwała Gypsy, — dla czego? Będziesz pan bardzo rozumny, jeśli mi na to odpowiesz. Rok już jak napróżno szukam odpowiedzi na to straszne dla mnie zapytanie, a jestem przecie kobietą!.. Ale chciejże pan odgadnąć myśl człowieka tak panującego nad sobą, że z tego co mu się dzieje w sercu, nic nie wybłyska na oko. Badałam go jak tylko kobieta może badać mężczyznę, od którego los jej zawisł; daremne usiłowanie! On jest dobry, miły, ale żadnego doń przystępu. Myślałby kto, że jest słaby, nieprawda. Ten człowiek o płowych włosach, to pręt stalowy umalowany na trzcinę.
Uniesiona gwałtownością swych uczuć, Nina odkrywała całe wnętrze swej duszy. Nie taiła się przed człowiekiem nieznajomym wprawdzie, ale który uchodził w jej mniemaniu za przyjaciela Prospera.
Fanferlot radował się wewnętrznie ze swego powodzenia i zręczności. Trzeba tylko kobiety na to, by odmalować portret wiarogodny. W jednej chwili egzaltacji ona dała mu najszacowniejsze objaśnienie, wiedział teraz z kim ma do czynienia, co przy śledztwie jest głównym warunkiem.
— Ale powiadają, — wtrącił, — że pan Bertomy lubi grać w karty, a gra prowadzi daleko.
Gypsy ruszyła ramionami.
— Prawda, on gra, — odpowiedziała. — Widziałam, jak bez najmniejszego wzruszenia wygrywał i przegrywał znaczne sumy. On gra, ale nie jest szulerem. On gra, ale tak samo jak chodzi na kolacje, jak się upija, jak wyprawia różne szaleństwa; bez pociągu, bez namiętności, bez upodobania. On mnie czasami przeraża; zdaje mi się, że on włóczy ciało w którem duszy już nie ma. O, nie jestem ja szczęśliwa, bądź pan pewien. Ja widziałam w nim zawsze tylko głęboką obojętność, tak wielką, że często ona zakrawała na rozpacz. I czyż ten człowiek dopuściłby się kradzieży! Co znowu! Wiesz pan co, nikt mi nie wybije z głowy, że w życiu tego człowieka musi być coś strasznego, jakieś wielkie nieszczęście, nie wiem co, ale jest coś.
— I nigdy nie wspomniał pani o swojej przeszłości.
— On?.. Czyż pan nie słyszałeś com powiedziała? Wszak mówię panu, że on mnie nie kocha!
Nina potroszę rozczuliła się. Płacz ją zdjął, i łzy obfite spływały w cichości po jej licu.
Była to tylko chwila rozpaczy. Niebawem podniosła się na duchu, pod wpływem najszlachetniejszych przedsięwzięć.
— Ale ja go kocham, ja! — zawołała, — i moją rzeczą uratować go. Ach! rozmówię się z jego pryncypałem, tym nędznikiem, który śmie go oskarżać, przemówię do sędziów i do wszystkich. Jego aresztowano, a ja dowiodę, że on jest niewinny. Pójdź pan ze mną, a przyrzekam ci, że nim dzień upłynie, on będzie wolnym, albo ja zostanę z nim w więzieniu.
Projekt Gypsy był chwalebny, zapewne, i natchniony uczuciami nader szlachetnemi; na nieszczęście nie był praktycznym.
Zkądinąd sprzeciwiał się on intencjom Fanferlota.
Jakkolwiek zdecydowany sam na wszystkie trudności i korzyści śledztwa, Fanferlot doskonale rozumiał, że spotkanie się Niny z sędzią instrukcyjnym jest nieuniknione. Prędzej czy później musi ona stanąć do indagacji, i dla tego właśnie nie życzył sobie, aby się ukazała z własnego popędu. Zamierzył ukazać ją w chwili, kiedy uzna to za stosowne, aby sobie na wszelki przypadek i bez zaprzeczenia przypisać zasługę tego odkrycia.
To też najsamprzód sumiennie usiłował uspokoić uniesienia młodej kobiety. Sądził, że nie trudno mu przyjdzie wykazać jej, iż najmniejszy krok uczyniony w interesie Prospera, będzie istnem szaleństwem.
— Co pani na tem zyskasz? — rzekł, — nic. Nie masz pani, zaręczam, najmniejszego widoku powodzenia; narazisz się okropnie. Kto wie, czy sprawiedliwość nie zechce widzieć w pani wspólniczki pana Bertomy?
Ale te niepokojące widoki, które powstrzymały Cavaillona i w tak głupi sposób wydarły mu list, którego mógł doskonale bronić, podnieciły tylko entuzjazm Gypsy.
Bo mężczyzna oblicza, a kobieta idzie za głosem serca. Tam gdzie najpoświęceńszy przyjaciel waha się i cofa, kobieta idzie schyliwszy głowę, nie pomna na rezultaty.
— Co mi znaczy niebezpieczeństwo! — zawołała. — Nie wierzę w nie, ale jeśli istnieje, tem lepiej, nada ono pewną za sługę przedsięwzięciu bardzo naturalnemu. Jestem pewną niewinności Prospera, a gdyby on, co niepodobna, był winnym, a wiec niech i ja dzielę los, jaki mu zgotowany!
Naleganie Gypsy stawało się niepokojącem. Zarzuciła spiesznie na ramiona wielki szal kaszmirowy, włożyła kapelusz, i tak ubrana w kaftanie i pantoflach oświadczyła, że gotową jest do wyjścia, gotową do rozprawy ze wszystkimi sędziami w Paryżu.
— Czy idziesz pan ze mną, — pytała z gorączkową niecierpliwością, — idziesz pan?
Fanferlot ani myślał się zdecydować. Szczęściem miał on kilka strzałów za pasem.
Ponieważ osobiste względy za nic ważyła sobie Gypsy, postanowił tedy przemówić w imię interesu Prospera.
— Jestem na pani usługi, — odpowiedział, — i owszem, chodźmy. Tylko, dopóki czas, pozwól mi pani powiedzieć, że prawdopodobnie wyświadczymy panu Bertomy najgorszą przysługę.
— A to jakim sposobem?
— Takim, że wbrew jego instrukcjom, zamierzamy przedsięwzięcie, którego on przewidywać nie może, po tem co do pani napisał.
Młoda kobieta spojrzała z gestem zuchwałej dumy; ona nie powątpiewała o niczem.
— Są ludzie, których trzeba ratować mimo ich woli i wiedzy. Ja znam Prospera, on dałby się zamordować bez walki. bez wymówienia jednego słowa; on zdolny opuścić się przez niedbalstwo, przez zwątpienie...
— Przepraszam kochaną panię, przepraszam! — przerwał ajent bezpieczeństwa. — Pan Bertomy właśnie nie wydaje mi się tak apatycznym, jak pani utrzymuje. Przeciwnie, zdaje mi się, że już osnuł plan swej obrony. A kto wie, czy pani ukazując się, gdy on właśnie zaleca się ukrywać, nie skrzyżujesz jego najlepszych środków usprawiedliwienia?
Gypsy spóźniła się z odpowiedzią. Rozważała ważność zarzutów Fanferlota.
— Ja jednakże nie mogę zostawać bezczynną, — odparła, — nie próbować czemkolwiek przyłożyć się do jego ratunku. Czyż pan nie pojmujesz, że ja tu stoję jak na rozpalonych węglach?
Było widocznem, że jeżeli Fanferlot nie przekonał jej stanowczo, zachwiał wszelako jej postanowieniem. Urzędnik prefektury czuł górę, a ta pewność, nadając większą swobodę jego umysłowi, nadała zarazem więcej powagi jego wymowie.
— Kochana pani, — rzekł, — masz bardzo łatwy sposób dla przyjścia w pomoc ukochanemu człowiekowi.
— Jaki, proszę pana?...
— Bądź mu posłuszną, moje dziecię, ojcowsko wyrzekł Fanferlot.
Gypsy oczekiwała wcale innej rady.
— Być posłuszną, — szepneła, być posłuszną!...
— Jest to pani obowiązkiem. — mówił dalej Fanferlot poważnie i zgodnością, — świętym obowiązkiem.
Wahała się jeszcze; on wziął ze stołu list Prospera i dodał:
— Jakto, pan Bertomy w chwili strasznej, w chwili gdy ma być uwięzionym, pisze do pani, kreśląc ci sposób postępowania, a ty chcesz udaremnić tę rozumną ostrożność? Cóż on ci pisze? Przeczytajmy razem ten bilecik, który jest niejako testamentem jego wolności. Powiada pani: „Jeśli mnie kochasz, zrób o co proszę...“ A pani nie chcesz zrobić? Powiada nadto: „Idzie tu o moje życie...“ Więc go pani nie kochasz? Nie rozumiesz-że tego, nieszczęśliwe dziecię, że zaklinając cię, byś uciekła, skryła się, pan Bertomy ma jakieś powody ważne, konieczne, groźne?...
Fanferlot już stawając na progu mieszkania aresztowanego kasjera, powody te zrozumiał; ale jeśli ich dotąd nie przytoczył, to dla tego tylko, że zachowywał je na później tak, jak dobry jenerał zachowuje swoje rezerwy, by zdecydować zwycięztwo.
Gypsy była aż nadto pojętną, by je odgadnąć.
— Powody!... — zaczęła, — więc Prosper chciałby zataić nasz związek...
Zamyśliła się chwilę, ale wkrótce przejrzawszy jaśniej, zawołała:
— Tak, teraz rozumiem! Że też od razu mi to nie przyszło do głowy. Rzeczywiście, moja tu obecność od roku, byłaby przeciw niemu argumentem obciążającym. Sporządzonoby inwentarz wszystkiego co moje; suknie, koronki, klejnoty i zbytek mój poczytanoby mu za zbrodnię. Zapytanoby go, zkąd wziął pieniądze na to, by zadość uczynić wszystkim moim życzeniom.
Ajent bezpieczeństwa spuścił głowę na znak potwierdzenia.
— Tak jest w istocie.
— A więc trzeba uciekać, tak, uciekać co tchu! Kto wie, czy już policja nie jest uprzedzoną, czy kto ztamtąd lada chwila nie nadejdzie.
— O, — odrzekł Fanferlot tonem najnaturalniejszym, — masz pani dość czasu. Policja nie jest ani tak zręczną, ani tak żwawą.
— Nic to nie szkodzi!...
I pozostawiając w salonie ajenta bezpieczeństwa, Nina wpadła do sypialni, wołając na pokojówkę, kucharkę i grooma, rozkazała wypróżnić szuflady i szafy, zapakować jakbądź w tłumoki wszystko, co do niej należało, a nadewszystko spieszyć się, spieszyć na gwałt!
Sama dawała przykład zwinności i energii, gdy nagła myśl zwróciła ją ku Fanferlotowi.
— Będę gotowa za chwilę i wyprowadzę się; ale gdzie tu pójść?
— A czy pan Bertomy nie wskazuje pani? Na drugi koniec Paryża, do domu umeblowanego, do hotelu.
— Nie znam żadnego.
Urzędnik prefektury zdawał się namyślać. Zadawał sobie trud nie mały, by ukryć radość, która mimo wszelkich usiłowań, błyskała w jego małych, okrągłych oczach.
— Znam ci ja jeden hotel, — ale może się pani nie podoba. Jużciż w nim nie tak wykwintnie jak tu.
— A byłoby mi tam dobrze?
— Za mojem poleceniem traktowanoby tam panią jak jaką królowę, a nadewszystko, że byłabyś dobrze ukrytą...
— Gdzież to?
— Z tamtej strony Sekwany, ulica św. Michała, hotel pod Wielkim Archaniołem, utrzymywany przez panią Aleksandrę...
Gypsy nigdy się długo nie namyślała.
— Oto papier i pióro, napisz pan kilka słów do tej pani.
Za chwilę oddał jej list.
— Za pomocą tych trzech wierszy, — rzekł, — zrobisz pani z pani Aleksandry wszystko, co zechcesz.
— Dobrze. A teraz jak dać znać Cavaillonowi o mojem nowem mieszkaniu? Wszak on miał mi oddać list od Prospera...
— Nie mógł przyjść, kochana pani, — przerwał ajent bezpieczeństwa, — ale ja zaraz będę się z nim widział i powiem mu, gdzie panią może znaleźć.
Gypsy chciała posłać po powóz, ale Fanferlot udając, że mu spieszno, ofiarował się spełnić to zlecenie. Dobry to był pretekst wysunięcia się.
Wreszcie jakoś mu się szczęściło tego dnia. Fiaker jakby umyślnie zbliżał się przed dom, zatrzymał go.
— Zaczekasz tu, — rzekł do woźnicy, wyliczywszy mu swe tytuły, na jedną młodą panię, brunetkę, która zejdzie z góry z walizami. Jeżeli każę ci wieźć się na ulicę św. Michała, to trzaśnij z bicza, a jeżeli gdzie indziej, to zejdź z kozła, nim ruszysz, jak gdyby dla poprawienia czegoś przy powozie; ja będę stał tak, abym mógł widzieć i słyszeć.
Jakoż przeszedł na drugą stronę i udał się do handlu winnego. Szumiało mu w głowie to wszystko, o czem się dowiedział, i sam już nie wiedząc co o tem sądzić, potrzebował zaprowadzić porządek w swych myślach.
Nie zdążył, bo ostry trzask z bicza rozległ się po ulicy; Gypsy pędziła pod Wielkiego Archanioła.
— Tę przynajmniej, chwała Bogu, mam w ręku! — zawołał żywo Fanferlot.

III.

W chwili, gdy Nina Gypsy jechała schronić się do hotelu Wielkiego Archanioła, wskazanego jej przez Fanferlota, zwanego Wiewiórką, Prosper Bertomy odstawiony został do prefektury policji.
Od chwili gdy zapanował nad sobą i wrócił do zwykłego sobie trybu, już go zimna krew ani na chwilę nie opuszczała.
Daremnie otaczający go ludzie, obserwatorowie dowcipni, śledzili jakiejś słabości w jego oczach, jakiegoś wątpliwego wyrazu w jego fizjognomii: trafiali na marmur.
Możnaby nawet sądzić, że był nieczułym na swe położenie, gdyby nie bolesne uciśnienie serca, w tłumionych odzywające się westchnieniach, gdyby nie krople potu, spływające po skroni, które świadczyły o strasznem cierpieniu.
U komisarza policji, gdzie bawił przeszło dwie godziny, nim otrzymano względem niego instrukcje, rozmawiał z dwoma pilnującymi go policjantami.
Około południa, będąc dotąd na czczo, uczuł potrzebę posiłku. Przyniesiono mu śniadanie z sąsiedniej restauracji, które zjadł z niezłym apetytem i wypił prawie całą butelkę wina.
Przez ten czas z dziesięciu ajentów i różnych urzędników prefektury, którzy co rano udają się z interesami do komisarzy policyjnych, przypatrywali się ciekawie jego zachowaniu. Wszyscy byli jednego zdania, które sformułowali mniej więcej w tych słowach:
— To jakiś niepospolicie tęgi urwis.
Albo też:
— To szpaczek nadto spokojny, by go można wypuścić bez szkody dla innych.
Gdy mu powiedziano, że dorożka czeka przed domem, powstał żywo; ale przed wyjściem prosił, aby mu pozwolono zapalić cygaro.
Przed bramą urzędu komisarza policji, siada zwykle kwiaciarka. Kupił u niej bukiet fiołków.
Ta kobieta, domyślając się, że jest aresztowanym, rzekła doń niby na znak podziękowania:
— Szczęśliwego powodzenia, mój biedny panie!
Na co on, jakby wzruszony tym małym dowodem zainteresowania się, odpowiedział:
— Dziękuję ci, poczciwa kobieto, ale mi się już dawno nie powodzi.
Czas był prześliczny, dzień wiosenny w całem znaczeniu. Przez cały czas jazdy Prosper zaglądał w okienko, skarżąc się z uśmiechem, że musi przy takiem słońcu iść do więzienia, kiedy byłoby tak przyjemnie na dworze.
— To szczególna rzecz nawet, — odezwał się, — nigdym jeszcze nie miał tak wielkiej ochoty do przechadzki.
Jeden z jego strażników, tęgi i rumiany chłop, odpowiedział na to głośnym śmiechem, mówiąc:
— Bardzo naturalnie!
W kancelarji, podczas formalności wpisowych, Prosper odpowiadał wyniośle i pogardliwie na czynione mu zapytania z urzędu.
Ale gdy mu kazano wydobyć wszystko z kieszeni, a następnie przystąpiono do rewizji, błysk oburzenia przeszedł po jego oczach, potem łza gorąca spłynęła i uschła na płomiennem obliczu. Była to tylko błyskawica. Potem stał już nieruchomie i zimno, gdy z dołu do góry brutalne ręce przebiegały po nim, by przekonać się, czy nie ma przy sobie czego podejrzanego.
Poszukiwania byłyby może posunięte dalej i przybrały jeszcze bardziej poniżającą formę, gdyby nie interwencja jakiegoś jegomości w pewnym wieku, dystyngowanej powierzchowności, w białej chustce na szyi i złotych okularach, który grzał się przy piecu, i w tem miejscu zdawał się być jakby u siebie.
Na widok Prospera, który wchodził z ajentami, zdziwił się on i doznał jakiegoś wzruszenia; postąpił nawet, jak gdyby chciał coś do niego przemówić, ale dał pokój.
Jakkolwiek pomięszany, nie mógł Prosper nie zauważyć, że ten człowiek wciąż się w niego wpatrywał.
Czy był mu znajomy? Daremnie szukał w pamięci, nie mógł go sobie przypomnieć.
Człowiek ten mający minę naczelnika biura, był nie kto inny, tylko ów sławny urzędnik z prefektury policji, pan Lecoq.
Gdy ajenci przetrząsnąwszy kieszenie Prospera, zabierali się zdjąć mu buty, w których pilnik, lub jaka broń mogła się znajdować, pan Lecoq gestem ich zatrzymał, mówiąc:
— Dosyć tego!
Ajenci usłuchali. Po ukończeniu tych formalności, zaprowadzono nieszczęśliwego kasjera do ciasnej izby, drzwi opatrzone mnóstwem kluczów i zamków zatrzasnęły się za nim; odetchnął przecież, bo był sam.
Sądził, że jest sam, a zapomniał, że więzienie tem jest dla obwinionego, czem mikroskop entomologa dla nędznego robaka. Nie wiedział, że mury mają uszy, okienka oczy wciąż otwarte.
Był tak pewnym, że jest sam, iż duma jego we łzach się rozpłynęła, przestał być niewzruszonym. Gniew długo tłumiony zawrzał i stał się strasznym, jak pożar, gdy się przedrze do wyschniętych materjałów.
Uniósł się gwałtownie, krzyczał, wyrzucając ze siebie złorzeczenia i bluźnierstwa. W przystępie szalonej wściekłości rzucał się, jak w klatce dzikie zwierzę, i pokrwawił sobie o mur pięście.
Bo Prosper Bertomy nie był tem, czem się być wydawał.
Wyniosły ten i poprawnej rasy gentleman, panicz lodowaty, miał przecie gorące namiętności i ognisty temperament.
Raz, gdy miał już lat dwadzieścia cztery, ambicja się w nim rozbudziła. Widząc swe życzenia ścieśnione, rozglądając się po bogaczach, dla których pieniądz był rószczką czarodziejską z tysiąc i jednej nocy, pozazdrościł im losu.
Wyszukiwał on źródeł i punktu wyjścia tych bogatych przywódców wielkich przedsiębiorstw finansowych, i przekonał się, że oni w początkach mieli po największej części mniej niż on.
Jakim więc sposobem wznieśli się? Siłą energii, inteligencji i śmiałości. Dla nich myśl twórcza była tem, czem cudowna lampa w rękach Aladyna.
Poprzysiągł naśladować ich i wynieść się jak oni.
Od tej chwili siłą woli, nie tak powszechnie rzadką, jak sądzimy, nakazał milczenie wszystkim swoim instynktom. Przeistoczył nie charakter swój, ale zewnętrzne jego objawy.
I usiłowania jego nie były stracone. Ludzie mieli wiarę w jego charakter i zdolności. Ci co go znali, mówili:
— On zajdzie daleko!...
I on to siedział w więzieniu, oskarżony o kradzież, czyli po prostu — zgubiony!
Bo nie łudził się Prosper. Wiedział doskonale, że winny, czy niewinny, człowiek podejrzany naznaczony jest piętnem tak niezatartem, jak głoski wyryte rozpalonem żelazem na ramieniu złoczyńcy.
Cóż odtąd znaczy walka? Na co zdał się tryumf, który nie zmywa hańby?
Gdy stróż nocny przyniósł mu wieczorny posiłek, zastał go rozciągniętego na łóżku, z głową schowaną w poduszkę, plączącego gorącemi łzami.
Oh! już nie mógł jeść, odkąd był sam. Opanowało go nieprzezwyciężone omdlenie i złamana wola rozpierzchła się we mgle ciemnej.
Nadeszła noc, długa, straszna, i po raz pierwszy w życiu liczył godziny jedynie krokami zmieniającej się warty. Cierpiał okrutnie.
Nad ranem ujął go sen, i spał jeszcze, gdy głos dozorcy zabrzmiał w izdebce:
— Proszę pana do indagacji!
Zerwał się jednym skokiem, miał być nareszcie badany.
— Chodźmy! — rzekł, nie troszcząc się o nieład w ubraniu.
Po drodze powiedział mu dozorca:
— Masz pan szczęście, będziesz miał do czynienia z bardzo uczciwym człowiekiem.
Dozorca miał wielką słuszność.
Obdarzony znakomitą przezornością, nie ugięty, beznamiętny, obcy również wszelkiej fałszywej litości, jak i surowości zbytecznej, pan Patrigent posiada w wysokim stopniu wszelkie przymioty, jakich wymaga delikatne i trudne powołanie sędziego instrukcyjnego.
Brak mu może tej gorączkowej działalności, czasami potrzebnej, by trafić prędko i dokładnie, ale posiada za to potężną cierpliwość, której nic znużyć nie potrafi.
Do jego też to gabinetu przeszły sprawy, setne lata roztrząsane, śledztwa przerwane w drodze procedury niezupełne.
Taki jest obraz człowieka, do którego zaprowadzono Prospera; prowadzono go drogą bardzo krętą.
Szedł najsamprzód długim korytarzem, przebył salę pełną żandarmów paryzkich, zszedł ze schodów, przecisnął się przez rodzaj podziemia, następnie wstępował po wąskich i spadzistych schodach, które końca nie miały.
Nareszcie dostał się do długiej wąskiej galerji, o niskim suficie, na którą wychodziło mnóstwo drzwi numerowanych.
Dozorca nieszczęśliwego kasjera zatrzymał go przed jednemi z tych drzwi.
— Przyszliśmy, — rzekł, — tu się pański los rozstrzygnie.
Na tę uwagę dozorcy, wypowiedzianą tonem głębokiego politowania, dreszcz przebiegł biednego Prospera.
Tak jednak było; tam, za temi drzwiami znajdował się człowiek, który miał go badać. Od jego odpowiedzi zależeć będzie jego uwolnienie, albo też areszt zamieni się na więzienie stałe.
Zbierając całą swą odwagę, już Prosper kładł rękę na klamkę, gdy dozorca zatrzymał go.
— O, jeszcze nie zaraz! — zawołał, — tam nie można wchodzić byle jako; siadaj pan, zawołają cię, gdy przyjdzie kolej.
Nieszczęśliwy usiadł, a dozorca zajął obok niego miejsce.
Nic bardziej posępnego, straszliwego, nad tę stację w ponurej galerji sędziów instrukcyjnych.
Od końca do końca ściany przymocowana jest prosta deska dębowa, zczerniona od codziennego użytku. Mimowoli przychodzi na myśl, że na tej ławce od lat dziesięciu siadali wszyscy podejrzani, wszyscy złodzieje, wszyscy zbójcy departamentu Sekwany.
Bo prędzej czy później, fatalnym biegiem, jak pomyje do kanału, spływa zbrodnia do tej strasznej galerji, której drzwi jedne wychodzą do więzień kryminalnych, drugie na estradę rusztowania. Tam to jest miejsce, w którem, jak się trywialnie, ale energicznie wyraził jeden z prezesów, jest wielka pralnia wszystkich brudów Paryża.
Galerja w chwili przybycia Prospera była bardzo ożywioną. Cała niemal ława była zajęta. Obok niego usiadł, niemal łokciami dotykając go, jakiś człowiek w łachmanach, ze złowrogiem obliczem.
Przed każdemi drzwiami, po za któremi siedział sędzia instrukcyjny, stały gromady świadków, rozmawiając zcicha. Co chwila przybywali żandarmi, których ostrogi dźwięczały po kamiennej posadzce, przyprowadzali oni lub odprowadzali więźniów. Czasami, po nad cichy szmer wybiegał jakiś jęk, i jakaś kobieta, matka lub siostra uwięzionego, niosła chustkę do oczu. W przerwach otwierały się i zamykały drzwi, a głos woźnego podawał imię albo numer.
Ten widok, to hańbiące dotknięcie, ta atmosfera duszna, przepełniona dziwnemi wyziewy, dławiła Prospera, gdy jakiś staruszek, czarno ubrany z godłami urzędu, zawołał:
— Prosper Bertomy!
Nieszczęśliwy zerwał się, i sam nie wiedząc jak, wszedł do gabinetu sędziego.
Z razu jakby olsnął. Wychodził z mroku, drzwiami, na prost których znajdowało się okno, szeroko rozlewające wspaniałe i jaskrawe światło dokoła.
Ten pokój, jak wszystkie tego rodzaju, niczem się nie odznaczał. Była to po prostu pracownia urzędnicza.
Wyklejony skromnym papierem ciemno-zielonego koloru, miał na podłodze lichy jakiś dywanik, w czarne wzory, pospolitego gustu.
Naprzeciw drzwi stoi wielkie biuro, zapchane protokołami, po za któremi siedzi sędzia, trochę w cieniu, twarzą zwrócony do tych, którzy wchodzą, w ten sposób, że sam nie będąc z razu przez nich dostrzeżonym, może badać w pełnem świetle świadków i oskarżonych. Przy małym stoliku na prawo siedzi kancelista, nieodzowny pomocnik sędziego.
Prosper tych szczegółów nie uważał. Wzrok jego padł na urzędnika, a w miarę, jak mu się przypatrywał, musiał przyznać, że dozorca prawdę mówił.
Twarz pana Patrigent nieregularnych rysów, otoczona krótkiemi, rudemi faworytami, o żywych i dowcipnych oczach, które ją ożywiały, tchnęła samą dobrocią, uspokajała, pociągając od pierwszego wejrzenia.
— Siadaj pan, — rzekł do Prospera.
Tern przyjemniejszą była ta grzeczność dla oskarżonego, gdyż sądził, iż go będą ze wzgardą traktować. Uważał to za dobrą wróżbę, i uczuł się pokrzepionym na umyśle.
Pan Patrigent dał znak kanceliście.
— Zaczynamy, Sigault, uważaj.
I zwracając się do Prospera, zapytał:
— Jak się pan nazywasz?
— August Prosper Bertomy.
— Wiek pana?
— Piątego maja skończę trzydzieści pięć lat.
— Czem się pan trudnisz?
— Jestem, a raczej byłem, kasjerem w bankierskim domu Andrzeja Fauvela.
Sędzia przerwał, zaglądając po objaśnienia do leżącej obok książeczki. Prosper śledził jego ruchy i robił sobie nadzieję, że człowiek tak mało uprzedzony względem niego, nie będzie go trzymał w więzieniu.
Pan Patrigent prowadził dalej badanie:
— Gdzie pan mieszkasz?
— Od lat czterech przy ulicy Chaptal, liczba 39. Dawniej na bulwarach Batignolles, pod liczbą 7.
— Gdzieś się pan rodził?
— W Beaucaire, departamencie Gard.
— Masz pan jeszcze rodziców?
— Matka mi umarła dwa lata temu, ale ojciec żyje.
— Czy mieszka w Paryżu?
— Nie panie, mieszka w Beaucaire razem z siostrą, która jest za inżynierem kanału południowego.
Na ostatnie pytania odpowiadał Prosper nadzwyczajnie zmięszany. Są chwile w życiu, w których wspomnienie rodziny dodaje odwagi i pociesza, ale są i takie, w których człowiek chciałby sam być na świecie i stać się podrzutkiem.
Pan Patrigent zauważał to wzruszenie oskarżonego i zapisał je sobie.
— A czem się pański ojciec trudni?
— Był konduktorem dróg i mostów, następnie urzędnikiem przy kanale południowym, jak mój szwagier; teraz pobiera emeryturę.
Nastała chwila milczenia. Sędzia posunął w ten sposób swój fotel, że choć się zdawało, iż ma głowę odwróconą, nie tracił żadnego z wrażeń, jakie się na twarzy Prospera malowały.
— A więc! — zawołał raptem, — oskarżony pan jesteś o kradzież 350.000 franków u swego pryncypała.
Chociaż Prosper miał czas przez dwadzieścia cztery godzin oswoić się z myślą tego oskarżenia, jednak w ten sposób wypowiedziane, tak go zmieszało, iż nie mógł słowa przemówić.
— Co pan na to odpowiesz? — nalegał sędzia.
— Jestem niewinny, panie, przysięgam, że jestem niewinny!
— Daj Boże, — rzekł pan Patrigent, — i możesz pan być pewnym, że się postaram wyświecić pańską niewinność. Czy pan masz co powiedzieć na swą obronę, może jakie dowody?
— Cóż panu powiem, kiedy sam nie rozumiem jak się to stać mogło! Mogę tylko przytoczyć moje przeszłe życie...
Sędzia przerwał Prosperowi gestem, mówiąc:
— Kradzież była popełniona w takich okolicznościach, że posądzenie pada tylko na pana Fauvela i na pana. Czy podejrzewasz pan jeszcze kogo?
— Nie, panie, Mówisz pan, że jesteś niewinnym, winnym więc jest pan Fauvel?
Prosper nic nie odrzekł.
— Czy masz pan jaki powód sądzić, że pański pryncypał sam się okradł? Powiedz pan.
A że oskarżony milczał ciągle, rzekł sędzia:
— Zdaje mi się, że pan potrzebujesz jeszcze się namyśleć. Posłuchaj pan pytań, które mój kancelista przeczyta, poczem odprowadzą pana znów do więzienia.
Prosper zbladł. Ostatni promyk nadziei zagasł dla niego. Nie słyszał co mu Sigault czytał, i podpisał bezwiednie.
Tak się chwiał wychodząc z gabinetu sędziego, że go dozorca musiał podtrzymywać.
— Jakoś źle idzie, — rzekł do niego ten człowiek, — lecz proszę pana, trzeba być mężnym.
Prosper wróciwszy do swej izdebki, nie czuł się wcale przy męstwie; natomiast gniew, nienawiść ogarnęły jego serce.
Ułożył sobie, że się rozmówi z sędzią, wypowie swoją obronę, wyświetli niewinność, to wszystko mu się nie udało. Gorzko sobie wyrzucał, że się dał uwieść pozorem dobroci i łagodności.
— Co za ironia! — zawołał, — więc to ma być śledztwo?
W rzeczy samej, nie było to śledztwo, lecz zwyczajna formalność.
Pan Patrigent kazał zawołać Prospera dla dopełnienia przepisu artykułu 93. kodeksu karnego, który mówi: „każdy obwiniony i dostawiony do więzienia, ma być badanym w przeciągu dwudziestu czterech godzin najpóźniej.“
Lecz niepodobna, aby w dwudziestu czterech godzinach, w podobnej sprawie, przy braku dowodów, jakichbądź wskazówek nawet, mógł sędzia instrukcyjny zgromadzić materjały dla wyprowadzenia śledztwa.
Dla przełamania upartej obrony posądzonego, który zamyka się w zaprzeczeniu jak w fortecy, potrzeba broni. Tę broń właśnie gotował pan Patrigent.
Gdyby Prosper był pozostał godzinę jeszcze w galerji, byłby zobaczył, jak ten sam woźny, przez którego on był wywołanym, wyszedł z gabinetu sędziego i krzyknął:
— Numer 3!
Świadkiem, który miał liczbę 3, i siedział na ławie czekając kolei, był Andrzej Fauvel.
Bankier zmienił się do nie poznania.
O ile w biurze zdawał się ożywiony najżyczliwszemi chęciami, o tyle wszedłszy do sędziego, zdawał się oburzonym przeciw swemu kasjerowi. Namysł, który razem z uspokojeniem zwykle sprowadza skłonność do przebaczenia, w nim zrodził tylko gniew i chęć pomsty.
Zaledwie zadano mu pytania, nieodłączne od wszelkiej indagacji, powstał przeciw Prosperowi z najgwałtowniejszem oskarżeniem.
Aż pan Patrigent musiał mu nakazać milczenie, zwracając jego uwagę, ile winien samemu sobie, jakiekolwiek byłyby nawet winy jego komisanta.
Przed chwilą tak łatwy z posadzonym, sędzia obecnie stawał się uważnym i niespokojnym. Bo też badanie Prospera było tylko formalnością, poświadczeniem wiadomego już przestępstwa. Teraz należało wyszukać faktów dodatkowych, szczegółów; zgrupować okoliczności na pozór małoznaczne, by z nich wywnioskować przekonanie.
— Idźmy porządkiem, — rzekł sędzia do pana Fauvela, — i na ten raz ogranicz się pan do odpowiedzi na moje zapytania. Czy wątpiłeś kiedy o uczciwości swego kasjera?
— Wprawdzie nie, jednakże były powody mogące mnie zaniepokoić.
— Jakież to powody, proszę pana?
— Pan Bertomy, mój kasjer, grał w karty, przepędzał noce po knajpach, rozmaitemi czasy dowiadywałem się, że przegrywał znaczne pieniądze. Miewał złe znajomości. Raz, z jednym z klientów mego domu, panem de Clameran, wdał się w skandaliczną sprawę przy grze w karty, i sprawa ta zaczęła u kobiety, skończyła się w sądzie policji poprawczej.
Długo jeszcze bankier straszliwie obciążał Prospera. Nareszcie zatrzymał się.
— Wyznaj pan, — rzekł sędzia, — że postąpiłeś bardzo nieroztropnie, nie powiadam występnie, iż śmiałeś kasę powierzyć takiemu człowiekowi.
— Ależ panie, — odparł bankier, — Prosper nie zawsze był takim. Aż do przeszłego roku był on wzorem ludzi swego wieku. Przyjęty do mego domu, wchodził niejako w skład mojej rodziny, wszystkie wieczory przepędzał z nami, był serdecznym przyjacielem starszego syna mojego. Lucjana. Potem naraz, z dnia na dzień zaprzestał odwiedzin i jużeśmy go wcale nie widywali. Jednakże miałem wszelkie powody mniemać, że się zakochał w siostrzenicy mojej, Magdalenie.
Pan Patrigent zmarszczył w pewien sposób brwi, co zawsze u niego w takich razach znaczyło, że wpada na pewną poszlakę.
— A czy to czasem nie to uczucie spowodowało jego oddalenie się? — zapytał.
— A to dla czego? — odrzekł bankier głosem mocno zdziwionym. — Ja byłbym mu najchętniej oddał rękę Magdaleny, i szczerze mówiąc przypuszczałem, że on mnie o nią poprosi. Siostrzenica moja byłaby dla niego wyborną partją, niespodziewaną; ona jest bardzo ładna i będzie miała pół miliona posagu.
— Więc pan nie domyślasz się żadnego powodu takiego z jego strony postępowania?
Bankier zdawał się wyszukiwać.
— Stanowczo żadnego, — odpowiedział. — Zawsze przypuszczam, że Prosper dał się sprowadzić z prawej drogi jednemu młodzieńcowi, którego w tym czasie poznał u mnie, panu Raulowi de Lagors.
— Aha!... a cóż to za młodzieniec?
— Krewny mojej żony, przyjemny chłopiec, dowcipny, dobrze wychowany, trochę wietrznik. ale dość bogaty, by płacić za swe wietrznictwa.
Sędzia zdawał się już nie słuchać; zapisał sobie nazwisko Lagorsa w swej książeczce, w końcu już dosyć długiej listy nazwisk.
— Przystąpmy teraz dorzeczy. — odezwał się. — Pan jesteś pewnym, że nikt z domowych nie popełnił tej kradzieży?
— Jestem materjalnie pewny.
— Klucz pan nigdy z ręki nie wypuszczałeś?
— Przynajmniej bardzo rzadko; a gdy go nie miałem przy sobie, kładłem go w szufladę do biurka, które stoi w mojej sypialni.
— Gdzie on był tej nocy, kiedy popełniono kradzież?
— W biurku.
— A zatem...
— Przepraszam pana sędziego, — przerwał pan Fauvel, — pozwól pan sobie objaśnić, że przy takiej skrzyni jak moja, klucz nic nie znaczy. Przedewszystkiem trzeba wiedzieć wyraz, na który ustawia się pięć guzików ruchomych. Znając wyraz, można w ostatnim razie otworzyć i bez klucza, ale bez wyrazu...
— I wyrazu tego nikomu pan nie powiedziałeś?
— Nikomu w świecie! I niech mi pan wierzy, że częstokroć byłbym i sam w kłopocie, gdyby mi kto kazał powiedzieć, na jaki wyraz nastawiona jest skrzynia. Prosper często go zmieniał, uprzedzał mnie, a ja niekiedy zapominałem.
— Czy zapomniałeś go pan przed kradzieżą?
— Nie, wyraz zmieniony był w przeddzień a szczególność jego uderzyła mnie.
— Jakiż to był wyraz?
— Gypsy. — G, y, p, s, y, — rozszczególniał bankier dyktując ortografję.
I ten wyraz zapisał pan Patrigent.
— Jeszcze jedno pytanie, — rzekł, — czy pan byłeś w domu w przeddzień kradzieży?
— Nie, panie. Byłem na objedzie u jednego z moich przyjaciół i tam przepędziłem wieczór. Gdym wrócił do siebie około godziny pierwszej, żona już spała, i ja też położyłem się niebawem.
— I nie wiedziałeś pan jaka suma znajdowała się w kasie?
— Nie. Stosownie do moich wyraźnych rozkazów, mogłem sądzić, że tam znajduje się jakaś nieznaczna gotówka; oświadczyłem to panu komisarzowi, co pan Bertomy przyznał.
— Tak jest istotnie, protokół świadczy o tem.
Patrigent zamilkł. Dla niego wszystko zawierało się w tym fakcie: „Bankier nie wiedział, że w kasie znajdują się 350.000 franków, a pan Bertomy uchybił swej powinności podnosząc je z banku,“ a zatem wniosek łatwy do wyprowadzenia.
Widząc, że indagacja ustała, bankier sądził, że może nareszcie wypowiedzieć wszystko, co mu na sercu leżało.
— Ja, panie sędzio, w opinii własnej staję, zdaje mi się, po nad wszystkiemi podejrzeniami, a jednak nie będę spokojny, dopóki przestępstwo mego kasjera nie będzie dokładnie uzasadnione. Potwarz chętnie czepia się ludzi, którzy wyszli zwycięzko; ja mogę być narażony na potwarz. Przeszło trzykroć sto tysięcy franków jest to kapitał, o który i najbogatszy mógłby się pokusić. Byłbym panu bardzo wdzięczny, gdybyś kazał zbadać stan interesów mojego domu; badanie to stwierdziłoby, że ja nie mogłem mieć żadnego widoku w okradzeniu siebie samego, bo powodzenie moich interesów...
— Dosyć tego, panie.
Rzeczywiście było tego dosyć. Pan Patrigent powziął już potrzebne wiadomości, i wiedział tak dobrze jak sam bankier, jak trzymać ma o stanie jego interesów.
Dał mu do podpisania protokół indagacyjny i odprowadził go aż do drzwi swojego gabinetu, rzadka grzeczność z jego strony.
Gdy pan Fauvel odszedł, kancelista Sigault pozwolił sobie jednej uwagi.
— A to djable ciemna sprawa, — rzekł. — Jeśli kasjer jest zręczny i twardy, trudno go będzie, zdaje mi się, przekonać.
— Być może, — odpowiedział sędzia, — ale zobaczmy innych świadków.
Tym, który miał nr. 4, nie był kto inny tylko starszy syn pana Fauvela, Lucjan.
Młody ten chłopiec, wysoki i przystojny, lat około dwudziestu dwóch, opowiedział, że go z Prosperem łączy stosunek przyjaźni, i że go zawsze uważał jako człowieka uczciwego, niezdolnego popełnić nawet niedelikatności.
Oświadczył, iż dotychczas ani pojmuje jakim sposobem i w skutek jakich fatalnych okoliczności, Prosper przywiedziony został do popełnienia kradzieży. Uważał on wprawdzie, że Prosper gra w karty, ale nie tak znowu jak głoszą. Nie widział, by Prosper wydawał nad swoje dochody.
W przedmiocie kuzynki swej Magdaleny odpowiedział:
— Zawsze mi się zdawało, że Prosper zakochany był w Magdalenie, i do wczoraj sądziłem, że się z nią ożeni, wiedząc dobrze, iż ojciec mój nie będzie się sprzeciwiał temu małżeństwu. Zawsze cofnięcie się Prospera przypisywałem poróżnieniu z moją kuzynką, ale mniemałem, że oni się lada dzień pogodzą.
Wiadomości te jeszcze lepiej objaśniły sędziego o przeszłości kasjera, niż te, które dostrzegł pan Fauvel; ale na oko nie dawały żadnej wskazówki w obecnych przypuszczeniach.
Lucjan podpisał zeznanie i odszedł.
Przyszła kolej na Cavaillona.
Młody chłopiec stanąwszy przed sędzią, był w stanie godnym pożałowania.
Gdy w przeddzień pod wielkim sekretem opowiedział jednemu ze swych przyjaciół, młodemu adwokatowi, zajście swoje z ajentem bezpieczeństwa, adwokat ten obelżywie żartował z jego tchórzostwa. Opanowała go zgryzota straszliwa i całą noc wyrzucał sobie, że zgubił Prospera. Tę miał przynajmniej zasługę, że usiłował naprawić to, co nazywał ze swej strony zdradą.
Nie oskarżał on właściwie pana Fauvela, ale oświadczył śmiało, że jest przyjacielem Prospera, że jest względem niego obowiązany, i że zaręcza za jego niewinność, jak za swoją własną.
Na nieszczęście, nie tylko nie miał żadnych dowodów na potwierdzenie swych oświadczeń, ale nadto, entuzjastyczne wyrażenie przyjaźni odejmowało wiele wartości jego zeznaniom.
Po Cavaillonie sześciu lub ośmiu komisantów domu Fauvela przed filowało kolejno przez gabinet sędziego; ale ich zeznania były prawie wszystkie nic nieznaczące.
Jeden z nich jednakże podał szczegół, który sędzia zanotował. Utrzymywał on, że Prosper spekulował na giełdzie przez pośrednictwo pana Raula de Lagors, i wygrał znaczną sumę.
Już było po piątej godzinie, gdy lista świadków wezwanych na dzień dzisiejszy wyczerpała się. Ale zadanie pana Patrigenta nie doszło jeszcze do końca. Zadzwonił na woźnego i rzekł!
— Ruszaj mi natychmiast po Fanferlota.
Ajent bezpieczeństwa nie zaraz stanął na rozkaz sędziego.
Spotkawszy w galerji jednego z swych kolegów, czuł się obowiązanym do grzeczności, i woźny musiał chodzić po niego do sąsiedniego szynku.
— Odkądźże to waść każesz na siebie czekać? — zapytał go surowo sędzia u wnijścia.
Fanferlot, który wszedł kłaniając się aż do ziemi, schylił się jeszcze niżej. Pomimo uśmiechniętej twarzy, dręczyło go mnóstwo niespokojności. Chcąc sam wyśledzić sprawę tej kradzieży, musiał grać podwójną rolę, którą można było odkryć. Między kozłem sprawiedliwości, a kapustą ambicji własnej, narażał się na smutne wypadki, z których najmniejszym byłaby utrata miejsca.
— Miałem wiele do roboty, — odpowiedział tłumacząc się, — darmo czasu nie straciłem.
I zaraz też począł zdawać sprawę z swych czynności. Nie bez ambarasu jednak, mówił bowiem z wielką ostrożnością, oddzielając to co miał powiedzieć, albo też zamilczeć. Tym sposobem wyjawił zdarzenie z listem Cavaillona, oddał nawet sędziemu ten list, który skradł Ninie, ale o Magdalenie ani słówka nie pisnął. Natomiast o Prosperze i pani Gypsy podawał mnóstwo szczegółów biograficznych zaczerpniętych tu i owdzie.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, pan Patrigent utwierdzał się w swych przekonaniach.
— Oczywiście, szepnął, — ten młody człowiek jest winnym.
Pozbierawszy wszystkie wiadomości, sędzia odprawił ajenta, dając mu rozmaite zlecenia i wyznaczając mu audjencje nazajutrz.
— Nadewszystko — rzekł w końcu, — nie trać z oczu tej, Gypsy; ona musi wiedzieć gdzie są pieniądze, i może nas naprowadzić na ślad.
Fanferlot uśmiechnął się złośliwie.
— Pan sędzia może być spokojnym, — rzekł, — ta pani jest w dobrych rękach.
Pozostawszy sam, choć wieczór już zapadł, pan Patrigent przedsięwziął wiele jeszcze środków, które miały dostarczyć mu zeznań.
Sprawa ta uczepiła się jego głowy, drażniła go i przyciągała razem. Upatrywał w niej wiele punktów ciemnych i tajemniczych, które przysiągł sobie wyświecić.
Nazajutrz wcześniej niż zwykle był już w swym gabinecie. Przysłuchiwał tego dnia panią Gypsy, przywołał raz jeszcze Cavaillona i posłał po pana Fauvela. I podobną czynność rozwijał przez dni następne.
Dwaj tylko z przyzwanych świadków nie stawili się.
Pierwszym był woźny posyłany przez Prospera do banku, był on mocno chory z potłuczenia.
Drugim był pan Raul do Lagors.
Ale mimo ich nieobecności, akta sprawy Prospera rosły, i w następny poniedziałek, to jest w pięć dni po kradzieży, panu Patrigentowi zdawało się, że ma dostateczną liczbę dowodów moralnych dla pognębienia obwinionego.

IV.

Kiedy tak na wszystkie strony roztrząsano życie Prospera, on tymczasem siedział w więzieniu odosobnionem.
Dwa pierwsze dni nie wydały mu się tak długiemi.
Na mocne naleganie dano mu papieru kilka arkuszy ponumerowanych, z których miał się wyrachować, i pisał z pewną zaciekłością rozmaite plany obrony i argumenta usprawiedliwiające.
Trzeciego dnia zaczął się niepokoić nie widząc nikogo prócz skazanych, którzy używani są do posług dla trzymanych „w$ odosobnieniu^ i dozorcy, który mu przynosił posiłek.
— Czyż mnie już nie będą badać? — zapytywał za każdym razem.
— Przyjdzie i na pana kolej, — odpowiadał jednostajnie dozorca.
Czas mijał, a nieszczęśliwy dręczony torturami odosobnienia, które łamie najenergiczniejsze temperamenta, wpadł w najczarniejszą rozpacz.
— Czyż ja tu na zawsze zostanę? — wołał.
Nie, nie zapomniano o nim, bo w poniedziałek zrana o godzinie, w której dozorcy nigdy nie wchodzili, posłyszał skrzypnięcie zamku.
Porwał się z miejsca i poskoczył ku drzwiom.
Ale na widok człowieka o siwych włosach, którego zobaczył na progu, stanął jakby piorunem rażony.
— Ojcze mój! — wyjąknął, — ojcze mój!...
— Tak, ojciec twój...
Po pierwszem przerażeniu, uczucie niezmiernej radości ogarnęło Prospera.
Bo to, bądź co bądź, ojciec jest zawsze przyjacielem, na którego rachować można. W godzinach strasznych, kiedy zabraknie wszelkiej podpory, przychodzi na myśl ten człowiek, na którym opieraliśmy się będąc dzieckiem; i wtedy nawet gdy on nic nie może, obecność jego wzmacnia, jak widok wszechwładnego obrońcy.
Bez namysłu, popchnięty chęcią najczulszego wylania, Prosper otworzył ramiona, jakby miał rzucić się ojcu na szyję.
Pan Bertomy zimno go odepchnął.
— Oddal się, — wyrzekł rozkazująco.
Wszedł wtedy do izdebki, której drzwi zawarły się. Ojciec i syn stanęli naprzeciw siebie. Prosper złamany i zgnębiony; pan Bertomy gniewny i groźny.
— I ty, ojcze! — zawołał, i ty nawet sądzisz mnie winnym!
— Oszczędź sobie i mnie bez wstydnej komedji, przerwał pan Bertomy, wiem wszystko.
— Ja niewinny jestem, ojcze mój, przysięgam ci na świętą pamięć matki.
— Nieszczęsny krzyknął pan Bertomy, nie bluźń! nie bluźń!
Zdjęło go niepowstrzymane rozrzewnienie, di odał głosem słabym, prawie niezrozumiałym:
— Matka twoja umarła, Prosperze, i nie myślałem, że przyjdzie chwila, w której błogosławić będę Bogu za to, że mi ją zabrał. Twoja zbrodnia byłaby ja zabiła.
— Ty zabijasz mnie, ojcze, i to w chwili, gdy potrzebuję całego męstwa, w chwili, gdy padam ofiarą najbezecniejszej machinacji.
— Ofiarą! — zawołał pan Bertomy, ofiarą!... To znaczy, że posądzasz o hańbę człowieka najzacniejszego, który opiekował się tobą, który cię darzył dobrodziejstwy, który dał ci świetne stanowisko i przygotowywał przyszłość nadspodziewaną. Dość, żeś go okradł, nie zpotwarzaj go jeszcze!
— Przez litość, ojcze! pozwól mi powiedzieć!
— Co! może będziesz przeczył dobroci swego pryncypała? Byłeś przecie tak pewnym przychylności jego, że raz napisałeś do mnie, bym przygotował się na podróż do Paryża, ażeby prosić pana Fauvela o rękę jego siostrzenicy. Czyż to było kłamstwem?
— Nie, — odparł Prosper głosem stłumionym, — nie...
— Jest temu rok; kochałeś Magdalenę wtedy, tak przynajmniej pisałeś do mnie...
— Ależ ja ją kocham i teraz więcej niż kiedykolwiek; nigdy nie przestawałem ją kochać.
Pan Bertomy zrobił gest pogardliwej litości.
— Doprawdy! — zawołał. — A myśl o czystej i ukochanej dziewicy nie powstrzymała cię na progu rozpusty? Kochałeś ją!... Jakże więc śmiałeś, bezwstydny, pokazywać się jej po odejściu z hańbiącego towarzystwa w jakie się wdałeś?
— W imię Boga, ojcze! pozwól-że mi powiedzieć, przez jaką fatalność Magdalena...
— Dosyć, dosyć. Wiem wszystko, powiedziałem. Jam się widział wczoraj z twoim pryncypałem. Dziś byłem u sędziego i jego to dobroci zawdzięczam, że mogłem dojść aż tu. Czy wiesz o tem, że musiałem dać się rewidować, rozebrać prawie, aby wejść tutaj. Sądzono, że ci przynoszę broń jaką.
Prosper nie próbował już walczyć. Upadł zrozpaczony na taburet więzienny.
— Widziałem twój apartament i zrozumiałem twoją zbrodnię. Widziałem jedwabne osłony u każdych drzwi, i obrazy w złoconych ramach na każdej ścianie. U mojego ojca ściany były wapnem bielone i jeden tylko fotel był w całym domu, dla matki mojej. Naszym zbytkiem była uczciwość nasza. Ty pierwszy w rodzinie naszej nasprawiałeś sobie perskich dywanów; prawda i to, że ty jesteś pierwszym złodziejem, jaki zjawił się w naszej rodzinie!
Na tę ostatnią zniewagę krew nabiegła do twarzy Prospera, ale nie ruszył się z miejsca.
— Ale teraz potrzeba zbytku, — mówił dalej pan Bertomy, unosząc się brzmieniem słów własnych, — potrzeba zbytku jakimbądź kosztem. Potrzeba zalecać się kobietom, które noszą atłasowe pantofle, podszywane puchem łabędzim, jak te, na które nadeptałem przy twojem łóżku; potrzeba sług w liberji. Więc potrzeba kraść! I przyszło do tego, że dziś bankier nie ma komu powierzyć klucza od kasy. I co rana jakaś niespodziewana kradzież obrzuca błotem uczciwe rodziny...
Pan Bertomy przerwał nagle; postrzegł syna w takim stanie, iż nie mógł słyszeć co ojciec mówi.
— Dajmy pokój temu, — dodał, — nieprzyszedłem tu by ci czynić wyrzuty; przyszedłem by ocalić, jeśli można, choć cokolwiek ze czci naszej, by nie dopuścić, aby nazwisko twoje wydrukowano w gazetach sądowych między nazwiskami złodziejów i zbójców. Powstań i słuchaj mnie.
Na głos nakazujący ojca, Prosper powstał. Tyle raptownych ciosów kolejno spadających, sprowadziło go do tego stanu dzikiej nieczułości, w której nieszczęsny człowiek nie ma się już czego obawiać.
— Przedewszystkiem, — począł pan Bertomy, — ile ci jeszcze zostało z trzech kroć pięćdziesięciu tysięcy franków, które ukradłeś?
— Jeszcze raz powtarzam, mój ojcze, — odpowiedział nieszczęsny głosem straszliwej rezygnacji, — jeszcze raz powtarzam: jestem niewinny!
— Zgoda, spodziewałem się tej odpowiedzi. Tedy rodzina nasza wynagrodzi szkodę wyrządzoną przez ciebie Fauvelowi.
— Jakto! co mówisz, ojcze?
— Szwagier twój dowiedziawszy się o twej zbrodni, przyniósł mi posag twej siostry: siedmdziesiąt tysięcy franków. Ja z mej strony zdołałem zebrać sto czterdzieści tysięcy. Czyni to razem dwieście dziesięć tysięcy franków, które mam przy sobie, i odniosę je panu Fauvelowi.
Ta groźba wywiodła Prospera z pognębienia.
— Nie uczynisz tego, ojcze! — zawołał z tłumioną gwałtownością.
— Uczynię to dziś jeszcze. Na resztę sumy pan Fauvel poczeka. Emerytura moja wynosi tysiąc pięćset franków, mogę żyć za pięćset, mam jeszcze dość siły, by zająć się jakim obowiązkiem; ze swej strony szwagier twój...
Pan Bertomy zatrzymał się, przerażony wyrazem fizjognomji Prospera. Gniew graniczący z szaleństwem skurczył jego rysy; oczy zgasłe przed chwilą, rzucały błyskawice.
— Nie masz prawa, ojcze! — zawołał, — nie, nie masz prawa postępować w ten sposób. Wolno ci mi nie wierzyć, ale nie wolno ci czynić kroku, który byłby przyznaniem i zgubą moją. Kto ci zaręczył, że ja winny jestem? Jakto? Gdy sprawiedliwość waha się, ty ojcze wątpisz, i niemiłosierniejszy od sprawiedliwości, potępiasz mnie, nie wysłuchawszy.
— Spełnię mój obowiązek.
— To znaczy, że kiedy ja stoję nad przepaścią, ty w nią mnie wtrącasz. I toż to, ojcze, nazywasz obowiązkiem? Jakto, więc stojąc między obcymi ludźmi, którzy mnie oskarżają, i mną, wahasz się, ojcze? Dla czego? Czy dla tego, że jestem twoim synem? Cześć nasza jest narażona, nie przeczę; toż tem bardziej należy mnie wesprzeć, dopomódz do jej obrony i ocalenia.
Prosper umiał trafić na ton, który zprowadza zwątpienie w głębi sumienia i zachwiewa najmocniejsze przekonania. Wzruszył się pan Bertomy.
— Jednakże, — szepnął, — wszystko cię oskarża.
— Ah! bo nie wiesz, mój ojcze, że ja raz musiałem uciekać od Magdaleny... musiałem... Byłem zrozpaczony, chciałem się ogłuszyć. Szukałem zapomnienia, znalazłem obmierzłość i hańbę. O Magdaleno!...
Rozrzewnił się; ale wkrótce rozpoczął z wzrastającą gwałtownością:
— Wszystko jest przeciwko mnie, mniejsza o to! będę umiał się usprawiedliwić, lub zginę w tej walce. Sprawiedliwość ludzka jest ułomną; niewinny nawet, mogę być skazanym; dobrze, poddam się ukaraniu, ale przecież wyjść można z kryminału...
— Nieszczęśliwy, co ty mówisz?
— Mówię, ojcze, że teraz jestem innym człowiekiem. Życie moje ma teraz cel — zemstę. Jestem ofiarą podłej machinacji. Dopóki mi jedna kropla krwi w żyłach pozostanie, ścigać będę jej sprawcę. A ja go znajdę, on musi odpokutować za moje męczarnie. Ten pocisk wypad! z domu Fauvelów, tam go trzeba szukać.
— Miarkuj się, — rzekł pan Bertomy, — gniew cię zaślepia!...
— Tak, rozumiem cię, ojcze, będziesz mi wysławiał uczciwość pana Andrzeja Fauvela, powiesz mi, że wszystkie cnoty schroniły się na łono tej patrjarchalnej rodziny. A co wiesz o tem ojcze? Czyż to pierwszy raz piękne pozory osłaniałyby najbrudniejsze tajemnice? Dla czegóż to Magdalena jednego dnia nagle zakazała mi myśleć o sobie? Dla czego wygnała mnie, chociaż przez tan rozdział ona cierpi zarówno ze mną, chociaż kocha mnie jeszcze, rozumiesz mnie, ojcze? kocha mnie, jestem pewny, miałem na to dowód...
Godzina wyznaczona panu Bertomy dla widzenia się z synem upłynęła, dozorca przyszedł zawiadomić go o tem.
Rozmaite uczucia rozdzierały serce tego nieszczęsnego ojca, i odejmowały mu możność rozmyślania.
Gdyby jednak Prosper mówił prawdę! Jakżeżby później wyrzucał sobie, że się przyczynił do jego nieszczęścia, i tak już ogromnego. A zkąd pewność, że on nie mówił prawdy?
Głos tego syna, z którego tak długo był dumnym, zbudził w nim całą rodzicielską czułość, gwałtem powstrzymywaną. A choćby i był winnym nawet większej jeszcze zbrodni, niemniej jednak był jego synem.
Z oblicza jego pierzchła surowość, w oczach błysnęły łzy, gotowe wytrysnąć.
Chciał wyjść odważny i zagniewany jak wszedł, nie mógł się zdobyć na tę okrutną odwagę. Serce jego roztajało, otworzył ramiona i przycisnął syna do serca.
— O mój synu! — westchnął odchodząc, — bodajbyś powiedział prawdę!...
Prosper odniósł zwycięztwo, przekonał prawie ojca o swej niewinności. Ale nie długo cieszył się swojem zwycięztwem.
Drzwi izdebki otworzyły się niebawem po zamknięciu, i głos dozorcy, jak pierwszy raz, zawołał:
— Proszę pana do indagacji!
Trzeba było być posłusznym.
Ale krok jego nie był takim, jak dni poprzednich, zupełna przemiana zaszła w nim. Szedł z czołem podniesionem, krokiem pewnym, i ogień postanowienia świecił w jego oczach.
Znał już teraz drogę i wyprzedzał nieco milicjanta, który mu towarzyszył.
Przechodząc przez niską salę, w której przebywają ajenci i straż policyjna, spotkał się z tym samym panem w okularach złotych, który przedtem w sali wstępnej tak długo weń się wpatrywał.
— Śmiało, panie Prosperze Bertomy! — rzekł do niego ten pan, — jeżeli jesteś niewinnym, znajdziesz pomoc.
Prosper zdziwiony zatrzymał się, szukał odpowiedzi, ale wyzywający znikł tymczasem.
— Kto jest ten pan? — zapytał milicjanta.
— Jakto, pan go nie znasz? — zapytał milicjant tonem głębokiego zdziwienia, — przecież to jest pan Lecoq, z wydziału bezpieczeństwa.
— Któż to taki ten Lecoq?
— Mógłbyś pan bezpiecznie powiedzieć: „pan Lecoq,“ — rzekł milicjant nieco obrażony, — toby ci nie skaleczyło języka. Pan Lecoq jest człowiek, którego nikt nie obałamuci i który wie wszystko, co wiedzieć chce. Gdyby go panu dano zamiast tego słodkiego durnia, Fanferlota, interes twój byłby już dawno zregulowany. Z nim nie ma długich ceregieli. Ale on zdaje się, jakby pana znał?
— Nie widziałem go nigdy, póki mnie tu nie przyprowadzono.
— Przysiądzby na to nie można, bo widzisz pan, nikt nie może się pochwalić, by znał prawdziwą twarz pana Lecoq’ua. Dziś jest tem, jutro czem innem, raz brunet, drugi raz blondyn, czasem zupełnie młody, to znów tak stary, że możnaby mu dać sto lat. Ot i mnie samego durzy jak chce. Gadam z jakimś nieznajomym, paf! a to on. Ktokolwiekbądź może być nim. Gdyby mi kto powiedział, ze pan nim jesteś, odpowiedziałbym: Bardzo być może. O, on może się pochwalić, że wszystko zrobi ze swego ciała.
Milicjant długoby jeszcze prawił legendę o panu Lecoq, ale przybył z więźniem do galerji sędziów instrukcyjnych.

Na ten raz Prosper nie czekał na skromnej ławie dębowej; przeciwnie, sędzia go oczekiwał.
Rzeczywiście pan Patrigent, jako głęboki badacz poruszeń duszy ludzkiej, pozwolił na widzenie się pana Bertomy z synem.
Pewnym był, że między ojcem, człowiekiem surowej prawości, a synem oskarżonym o kradzież, zajdzie scena opłakana, rozdzierająca, i liczył, że ta scena złamie Prospera.
Powiedział sobie, że natychmiast potem zawezwie obwinionego, że ten przyjdzie do niego z nerwami drgającemi strasznem wzruszeniem, i że on tym sposobem wydrze prawdę wśród jego zmięszania i rozpaczy.
Nie mało tedy zdziwiła go postawa kasjera, postawa spokojna, bez sztywności, dumna i pewna, bez impertynencji i wyzywania.
— I cóż, — zapytał go od razu, — namyśliłeś się pan?
— Nie będąc winnym, panie, nie miałem nad czem się namyślać.
— A, widzę, że izba więzienna nie dała panu dobrej rady. Zapomniałeś pan, że trzeba przedewszystkiem szczerości i żalu, by wzbudzić pobłażanie sędziów.
— Ja nie potrzebuję, panie, ani pobłażania, ani łaski.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać gestu niezadowolenia. Zamilkł na chwilę, potem od razu rzekł:
— Cóżbyś mi pan odpowiedział, gdybym go zapytał, co się stało z temi 350.000 franków?
Prosper smutnie potrząsł głową.
— Gdyby to można wiedzieć, — odpowiedział prosto, — ja byłbym w domu, nie tu.
Pospolity sposób, używany przez sędziego instrukcyjnego, udaje się bardzo często. Ale tu z obwinionym, tak panującym nad sobą, nie miał wcale widoków powodzenia. Spróbował go jednak sędzia na wszelki wypadek.
— Więc trzymasz się swego pierwszego systematu? Wciąż oskarżasz swego pryncypała?...
— Jego, albo kogo innego.
— Przepraszam, jego tylko, bo on jeden wiedział wyraz. Czy miał jaki interes w okradzeniu samego siebie?
— Szukałem, ale nie mogłem znaleźć.
— A więc! — wyrzekł surowo sędzia, — ja powiem, jaki ty miałeś interes w okradzeniu go.
Pan Patrigent mówił jako człowiek pewny siebie, ale pewność jego było tylko pozorną.
Przygotował się uderzyć ostatnim ciosem maczugi na obwinionego, który przyjdzie doń chwiejący się; widok spokoju i determinacji widocznie połamał mu szyki.
— Czy chcesz pan, — zapytał tonem, w którym czuć było zakłopotanie, — czy możesz mi powiedzieć, wiele wydałeś wciągu ostatniego roku?
Prosper nie potrzebował ani namysłu, ani rachuby.
— Mogę, — odpowiedział bez wahania. — Okoliczności były tego rodzaju, że musiałem zaprowadzić wielki ład w moim nieładzie; wydałem około 50.000 franków.
— A zkąd je wziąłeś?
— Najsamprzód, panie, miałem 12.000 franków ze spadku po mej matce. Otrzymałem od pana Fauvela jako płacę, wraz z procentami od zysków 14.000 franków. Wygrałem na giełdzie około 8.000. Resztę pożyczyłem, ale oddać mogę każdego czasu, bo mam u pana Fauvela własnych 15.000 franków.
Rachunek był czysty, jasny, łatwy do sprawdzenia, musiał więc być dokładnym.
— Któż to panu pożyczył pieniędzy?
— Pan Raul de Lagors.
Świadek ten, który wyjechał wpodróż w sam dzień kradzieży, nie mógł być przesłuchanym. Musiał więc pan Patrigent, na ten raz przynajmniej, poprzestać na zeznaniu samego Prospera.
— Dobrze, nie będę nastawał na ten punkt. Powiedz mi pan, dla czego mimo wyraźnego rozkazu pryncypała, posłałeś po pieniądze do banku w przeddzień, a nie w sam dzień wypłaty?
— Dla tego, że pan Clameran dał mi znać, iż będzie dlań bardzo przyjemnie, a nawet pożytecznie mieć te pieniądze zaraz zrana; zaświadczy te, jeżeli go pan wezwiesz. Zkadinąd przypuszczałem, że przyjdę późno do biura.
— Czy pan Clameran jest pańskim przyjacielem?
— Bynajmniej, czułem nawet doń wstręt, którego nic nie usprawiedliwia, wyznaję to; ale on żyje w ścisłych stosunkach z przyjacielem moim, panem de Lagors.
Dosyć długo, póki kancelista Sigault nie napisał odpowiedzi obwinionego, pan Patrigent myślał, jaka to scena zajść mogła miedzy panem Bertomy i jego synem, że widzi Prospera tak zmienionym.
— A proszę mi powiedzieć, — zapytał ów sędzia, jak pan przepędziłeś wieczór przed tym wypadkiem?
— Po wyjściu z biura, o godzinie piątej, siadłem na kolej w Saint-Germain i udałem się do Vésinet, do wiejskiego mieszkania pana Raula de Lagors. Zawiozłem mu 15.000 franków, których odemnie żądał, i które, nie zastawszy go, oddałem jego służącemu.
— Czy mówiono panu, że pan de Lagors miał wyjechać?
— Nie, panie, nie wiem nawet, że go nie ma w Paryżu.
— Bardzo dobrze. A wyszedłszy od niego, co pan robiłeś?
— Wróciłem do Paryża i poszedłem na objad do restauracji ze znajomym.
— A potem?
Prosper zawahał się.
— Milczysz pan, — rzekł sędzia, — a wiec ja panu powiem, jakeś spędził późniejszy czas... Wróciłeś do swego mieszkania, przy ulicy Chaptal, ubrałeś się i udałeś na wieczór, który wydawała jedna z tych kobiet, co się zwą artystkami dramatycznemi i zniesławiają teatr, w którym występują, które miewają po trzysta franków pensji, a utrzymują powozy i konie, słowem udałeś się pan do panny Wilson.
— Prawda, panie.
— Tam grają w grube gry hazardowne.
— Czasami.
— Wreszcie pan nawykłeś do takich zebrań. A czy nie byłeś zamieszany w skandaliczną awanturę, jaka miała miejsce u jednej z kobiet tego rodzaju, zwanej Crescenzi?
— To jest, byłem wezwany za świadka, bo istotnie byłem świadkiem kradzieży.
— W samej rzeczy, gra prowadzi do kradzieży. A u panny Wilson czy nie przegrałeś pan 1.800 franków?
— Przepraszam, tylko 1.100.
— Niech i tak będzie. Zapłaciłeś zrana tysiąc biletem bankowym.
— Tak jest.
— Dalej, pozostało 500 franków w pańskim kantorku, a gdy pana aresztowano, miałeś w kaletce 400 franków. Czyli razem, w ciągu dwudziestu czterech godzin 4.500 franków.
Prosper nie był zbity z tropu, ale zdumiały. Nie znając potężnych środków śledczych, jakiemi włada sądownictwo paryzkie, pytał się, jakim sposobem w tak krótkim czasie sędzia mógł być tak dokładnie oświadomionym.
— Wiadomości pańskie, — rzekł, — są zupełnie dokładne.
— Zkąd miałeś pan te pieniądze, gdy w przededniu jeszcze tak ich zabrakło, że odmówiłeś wypłaty bardzo niewielkiej należytości?
— W dniu tym, panie, o którym pan mówisz, sprzedałem przez pośrednictwo jednego ajenta giełdowego kilka weksli za 3.000 franków, nadto wziąłem z kasy jako zaliczkę na pensję 2.000 franków. Nic ukrywać nie potrzebuję.
Dosyć, że obwiniony miał odpowiedź na wszystko... Pan Patrigent musiał szukać innego punktu ataku. — Gdy pan nic nie potrzebujesz, — rzekł pokazując list, — to poco rzucałeś tajemniczo ten bilecik jednemu ze swych kolegów?
— Myślałem, — wybąknął, — chciałem...
— Chciałeś pan ukryć swoją przyjaciółkę.
— Tak, panie, prawda! Wiedziałem, że kto tak jak ja oskarżony jest o zbrodnię, to wszystkie słabości, wszystkie wyskoki walczą przeciw niemu straszliwie.
— To jest, zrozumiałeś pan, że obecność kobiety w twojem mieszkaniu obciąża oskarżenie...
— Cóż panie, jestem młody...
— Dosyć!... sprawiedliwość może wybaczyć chwilowe ohydy, ale nie może zamknąć oczy na te gorszące związki, które są ciągiem naigrawaniem się z moralności publicznej. Człowiek, który tak mało ma szacunku dla siebie, że mu stosunek niezbędny jest z kobietą zgubioną, nie wznosi jej do siebie, ale sam zniża się do niej...
— Panie!...
— Wszak pan zapewne wiesz, kto jest ta kobieta, której nadałeś imię, jakie nosiła czcigodna twoja matka?
— Panna Gypsy była nauczycielką gdy ją poznałem, urodziła się w Porto i przybyła do Francji z pewną rodziną portugalską.
Sędzia wzruszył ramionami.
— Jej imię nie jest Gypsy, — rzekł, — nigdy nie była nauczycielką i nie urodziła się w Portugalji.
Prosper chciał protestować, ale sędzia nakazał mu milczenie. Przewracał on ogromne akta rozłożone na stole.
— Aha, mam! — zawołał, — słuchaj pan. „Palmyra Chocareille, urodzona w Paryżu roku 1840, z ojca Jakóba Chocareille, żałobnika, i żony jego Karoliny Piedlent.“
Obwiniony zrobił gest zniecierpliwienia. Nie pojmował, że w chwili tej właśnie sędzia chciał mu dać poznać, iż nic nie uchodzi przed wiedzą policji.
— „Palmyra Chocareille, — czytał dalej, — w dwunastym roku życia oddaną była na naukę do szewca damskiego, i była tam do lat szesnastu. Przez rok brak o niej wiadomości. W siedmnastym roku przyjęła służbę u małżonków Dombas, utrzymujących sklep przy ulicy św. Dyonizego, i bawiła tam trzy miesiące. W tym samym roku, 1857, miała siedm lub ośm miejsc. W roku 1859 sprzykrzywszy sobie służbę, weszła za pannę do sklepu z wachlarzami na przecznicy Choiseul.“
Czytając, sędzia obserwował Prospera i szukał na jego twarzy wrażeń, wywołanych temi wiadomościami.
— „W końcu roku 1858, — czytał dalej, — Palmyra Chocareille przyjmuje służbę u jakiejś pani Nunès i wyjeżdża z nią do Lizbony. Jak długo bawiła w Portugalji, co tam robiła? raporty moje o tem milczą. Co pewna, to to, że w roku 1861 wróciła do Paryża i tu skazaną została przez trybunał departamentu Sekwany na trzy miesiące więzienia za pobicie i pokaleczenie. Aha, i z Portugalji przywiozła imię: Nina Gypsy.“
— Ależ panie sędzio, — próbował Prosper, — zapewniam pana...
— Tak, rozumiem. Historja ta jest mniej romantyczną, zapewne niż ta, którą panu przedtem opowiadano, ale ma tę zasługę, że jest prawdziwą. Tracimy z oczu Palmyrę Chocareille, zwaną Gypsy, po wyjściu jej z więzienia. Ale znajdujemy ją w sześć miesięcy potem, w stosunkach z pewnym ajentem kupieckim, nazwiskiem Caldas, który ujęty jej wdziękami, najął jej mieszkanie niedaleko placu Bastylji. Mieszkała z nim i nosiła jego nazwisko, gdy porzuciwszy go, poznała się z panem. Czy pan słyszałeś co o tym Caldasie?
— Nigdy nic.
— Biedak ten tak kochał tę istotę, że dowiedziawszy się, iż go opuściła, omało nie zwarjował. Był to zdaje się człowiek energiczny, i przysiągł publicznie, że zabije człowieka, który mu porwał kochankę. I wszystko mówi za tem, że musiał sam sobie życie odebrać. Co pewna to to, że wkrótce po odejściu Palmyry, sprzedał meble i znikł. Wszystkie usiłowania dla odkrycia jego śladów były bezskuteczne.
Sędzia zatrzymał się chwilę, jakby chcąc dać Prosperowi czas do namysłu, potem niby skandując wyrazy, dodał:
— Oto jest kobieta, którą uczyniłeś swoją towarzyszką, dla której dopuściłeś się kradzieży!
I teraz jeszcze, źle obsłużony przez niezupełne doniesienie Fanferlota, pan Patrigent chybił celu.
Spodziewał się, że wydrze z piersi Prospera okrzyk namiętności zranionej do żywego; bynajmniej! młodzieniec pozostał obojętnym. Ze wszystkiego co przeczytał sędzia, zapamiętał on tylko imię biednego ajenta kupieckiego, który sobie życie odebrał, Caldasa.
— Przyznaj pan przynajmniej, — nalegał sędzia, — że ta kobieta cię zgubiła.
— Nie mogę przyznać, bo tak nie jest.
— Ona jednak była powodem twoich największych wydatków. I oto, — sędzia wyjął z aktów rachunek, — w jednym miesiącu, w grudniu roku zeszłego, zapłaciłeś pan za nią krawcowi Van-Klopen za dwie suknie codzienne 900 franków, za suknię wieczorną 700 franków, za domino obszyte koronkami 400 franków.
— Wszystkie te pieniądze zapłaciłem dobrowolnie, zimno i bez uniesienia.
Pan Patrigent ruszył ramionami.
— Zaprzeczasz pan oczywistości, — rzekł. — Zaprzeczasz również, że nie dla tej kobiety porzuciłeś kilkoletnie zwyczaje i przestałeś wieczorami bywać u państwa Fauvel.
— To nie dla niej, panie sędzio, upewniam.
— A więc dla czego zaprzestałeś bywać w domu, gdzie widocznie starałeś się o rękę panny, którą mogłeś był pozyskać? Pan Fauvel mówił mi o tem, a ty nawet pisałeś do ojca.
— Miałem powody, których powiedzieć nie mogę, — odrzekł Prosper głosem drżącym.
Sędzia odetchnął. Znalazł przecie słabą stronę w zbroi przeciwnika.
— Czyżby cię sama panna Magdalena oddaliła? — zapytał.
Prosper milczał. Widocznie był nadzwyczaj wstrząśnięty.
— Mów pan, — nalegał sędzia, — uprzedzam cię, że okoliczność ta jest jedną z najważniejszych w sprawie.
— Na jakiekolwiek niebezpieczeństwo narażałoby mnie milczenie, zamilczeć muszę.
— Bądź pan ostrożny, — rzekł sędzia, — sprawiedliwość nie daje się ująć skrupułami delikatności.
Pan Patrigent zamilkł. Oczekiwał odpowiedzi; nie przyszła.
— Opierasz się pan, dobrze, idźmy dalej. Od roku, jak powiadasz, wydałeś 50.000 franków. Raporty mówią 70.000, ale bierzmy pańską cyfrę. Środki pańskie wyczerpały się, kredytu nie masz, dalej w ten sposób żyć nie mogłeś, cóżeś więc zamierzał, na co liczyłeś?
— Nie miałem, panie sędzio żadnego projektu, powiedziałem sobie: jak będzie tak będzie, a potem...
— Zaczerpnę w kasie, nieprawdaż?
— Eh, panie! — zawołał Prosper, — nie siedziałbym tu, gdybym był winny. Nie głupi byłbym wracać do biura, byłbym uciekł.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia.
— Otóż to argument, — rzekł, — na który oczekiwałem. Właśnie, że nie uciekając, pozostając na miejscu, by stawić czoło burzy, dowodzisz pan znajomości rzeczy. Nie jeden już świeży proces nauczył niewiernych kasjerów, że ucieczka za granicę jest nędznym środkiem. Wagon bieży prędko po kolei żelaznej, ale telegraf elektryczny jeszcze prędzej, Belgja jest o dwa kroki. W Londynie znaleźć można złodzieja francuskiego we czterdzieści ośm godzin przez abonament. Nawet Ameryka przestała być schronieniem bezpiecznem. Jako roztropny i świadomy, pozostałeś pan mówiąc sobie: „Mogę się wykręcić, a w najgorszym razie, po trzech lub pięciu latach zamknięcia, odnajdę fortunę moją.“ Niejedenby poświęcił pięć lat życia za 350.000 franków.
— Ależ, panie, gdybym tak rachował jak pan przypuszczasz, nie poprzestawałbym na 350.000 franków, ale przy okazji ukradłbym był miljon.
— O! — zawołał pan Patrigent, nie zawsze można czekać.
Prosper namyślał się, a skurczenie rysów świadczyło o wysileniu myśli.
— Panie, — rzekł nareszcie, — jest jeden szczegół, o którym w pomięszaniu mojem zapomniałem, a teraz przychodzi mi na myśl i może dopomódz do mego usprawiedliwienia.
— Wytłumacz się pan.
— Woźny, który chodził po pieniądze do banku, przyniósł mi je w chwili, kiedy na niego tylko oczekiwałem, by wyjść z biura. Jestem pewien, tak... jestem pewny, że bilety bankowe chowałem przy nim. Ach... jeśli on zauważył! W każdym razie ja wyszedłem z biura przed nim.
— Dobrze, odrzekł pan Patrigent, — woźny ten będzie przesłuchany. Teraz odprowadzą pana do izby, a wierzaj mi, rozmyśl się.
To raptowne oddalenie obwinionego wynikło ztąd, że ten nowy fakt, tak nagle objawiony, zaniepokoił sędziego. Zeznanie woźnego mogło mieć ważne następstwa. Cóż myśleć, gdyby ten człowiek zeznał, że widział jak kasjer zamykał bilety i wyszedł. Byłoż niepodobnem, że on wcześnie ujęty był przez Prospera?
Gdy obwiniony odszedł, sędzia zapytał kancelistę:
— Powiedz mi, Sigault, ten woźny, o którym mówi obżałoway, ten Antoni, wszak to ten sam, który nie stawił się do zeznania, w skutek wydanego mu świadectwa lekarskiego, że jest chory.
— Ten sam, panie.
— Gdzie on mieszka?
— On już nie jest w domu, panie sędzio, jak mi mówił Fanferlot. Rana jest dość ciężką i może go długo trzymać w łóżku, więc kazał się zawieźć do szpitalu Dubois.
— A więc pojadę go wybadać dziś jeszcze, natychmiast. Zabierz z sobą co potrzeba i poszlij po doróżkę.
Kawał drogi jest od pałacu Sprawiedliwości do szpitala Dubois, ale dorożkarz pana Patrigenta, zachęcony obietnicą sowitego wynagrodzenia, umiał wprawić chude bieguny w bieg koni rasowych.
Czy Antoni będzie w stanie odpowiedzieć? To była kwestja?
Ale przełożony domu zdrowia wkrótce upewnił pod tym względem sędziego.
Nieszczęśliwy woźny upadł i złamał sobie kolano, cierpiał okropnie, ale miał wszelką przytomność.
— Jeśli tak, to proszę pana, — rzekł sędzia, — by mnie raczył zaprowadzić do tego człowieka, którego muszę wybadać, ale trzeba, jeśli można, by nikt nie słyszał jego zeznania.
— O! nikt nie wejdzie, — odrzekł przełożony, — leży w pokoju o czterech łóżkach, to prawda, ale zostaje sam jeden.
— Bardzo dobrze! Idźmyż więc.
Widząc wchodzącego sędziego instrukcyjnego z wysokim chudym młodzieńcem trzymającym papiery, Antoni, który nie z jednego pieca chleb jadł, domyślał się o co chodzi.
— Aha! — zawołał, — pan zapewne przychodzi w interesie pana Bertomy.
— Nieinaczej.
Pan Patrigent stanął przy łóżku chorego, a Sigault urządził papiery swe przy stoliku.
Gdy woźny odpowiedział na wszystkie zwykłe zapytania, a mianowicie oświadczył, że nazywa się Antoni Poche, ma lat czterdzieści, rodem z Cadujac i jest kawalerem.
— Mój przyjacielu, — rzekł sędzia, — czy czujesz się w stanie odpowiedzieć na pytania sądowe?
— Zupełnie, panie sędzio.
— Wszak to ty chodziłeś w dniu 27. lutego po pieniądze do banku w ilości 350.000 franków, które zostały skradzione?
— Ja, panie.
— O której godzinie wróciłeś?
— Dosyć późno; miałem jeszcze interes w biurze Kredytu Ruchomego, wyszedłszy z banku, musiała być dobrze piąta, gdy wróciłem do domu.
— Czy nie pamiętasz co robił pan Bertomy, gdy mu oddałeś pieniądze? Nie spiesz się z odpowiedzią, zbierz dobrze wspomnienia.
— Niech pan poczeka... najpierw przeliczył bilety, rozdzielił je na cztery paczki, które zamknął w kasie, a potem... zamknął kasę, a potem... zdaje mi się, tak, nie mylę się, tak jest, potem wyszedł.
Te ostatnie słowa wymówił tak żywo, że zapominając o kolanie poruszył się i krzyknął.
— Czy pewnym jesteś tego co mówisz? — zapytał sędzia.
Uroczysty ton sędziego przestraszył niejako woźnego.
— Pewnym! — odpowiedział z niejakiem wahaniem, — uważa pan, to jest, dałbym sobie za to głowę uciąć, ale więcej trudno.
Niepodobieństwem było wydrzeć zeń dokładniejsze zeznanie. Przeląkł się, widział się już skompromitowanym, o byle co byłby się cofnął.
Ale wrażenie zostawił, i pan Patrigent wychodząc, rzekł do kancelisty:

— To rzecz ważna! bardzo ważna!

V.

Hotel pod Wielkim Archaniołem, schronienie panny Gypsy, jest najwspanialszym na całej ulicy św. Michała.
Kto płaci z góry za dwa tygodnie, doznaje tam poważania.
Właścicielka jego, pani Aleksandra, która była kobietą piękną, jest sobie teraz kobieta tęga, okrutnie skrępowana gorsetem, zawsze za pięknie ubrana, kochająca się w złotych łańcuchach, które kaskadami spadają po fałdach jej potężnej piersi.
Oko ma jeszcze żywe a zęby białe, ale niestety! nos czerwony. Ze wszystkich bowiem upodobań, a Bóg wie, ile ich miała w życiu nader rozmaitych, jedno jej pozostało. Oto lubi dobrze i obficie jadło zakrapiać.
Przepraszam! ubóstwia także swojego męża, i w chwili gdy pan Patrigent wracał z domu zdrowia, niecierpliwiła się mocno, że jej „poczciwota“ nie wracał na objad. Miała już sama siadać do stołu, gdy kelner krzyknął:
— Pan idzie.
I Fauferlot we własnej osobie ukazał się na progu.
Przed trzema laty Fanferlot utrzymywał potajemne biuro informacyjne; pani Aleksandra, modniarka bez koncesu potrzebowała mieć oko na kilka podejrzanych dłużniczek; ztąd pierwsze ich stosunki.
Jeżeli pobrali się na dobre w kościele i w kancelarji urzędnika stanu cywilnego, to dla tego, iż zdawało im się, że sakrament małżeński będzie jako chrztem, który zmaże ich przeszłość!
Od tej chwili Fanferlot odstąpił biuro swoje, i przeszedł do prefektury, gdzie już i poprzednio był uważanym, a pani Aleksandra wyrzekła się magazynu.
Zmasowawszy swoje zasiłki, wynajęli i umeblowali hotel pod Wielkim Archaniołem, gdzie przy dobrem powodzeniu zyskali respekt sąsiadów, którzy nie wiedzieli o stosunkach Fanferlota i o prefekturze policji.
Co tak późno powracasz. mój poczciwoto? — zawołała jejmość, kładąc łyżkę wazową, by powitać męża.
Ale mąż z roztargnieniem przyjmował pieszczoty żony.
— Jestem zmęczony jak pies; cały dzień grałem w bilard z Ewarystem, lokajem pana Fauvela, dałem mu wygrać ile tylko chciał, choć to fryc, który nie ma nawet wyobrażenia o tem, co jest dubla... do niczego! Poznałem się z nim onegdaj, a teraz jest już moim najlepszym przyjacielem. Jeżeli zechcę wejść do bankiera jako woźny na miejsce Antoniego, pewien jestem protekcji pana Ewarysta.
— Jakto, ty miałbyś być woźnym, ty?...
— Ha! jeśli potrzeba będzie koniecznie, żeby jaśniej rozpatrzyć się w domu pana Fauvela i zbliska przypatrzyć się osobom...
— Więc lokaj nic ci nie powiedział?
— Nic takiego, coby mi się przydać mogło, a jednak przewracałem go tak jak rękawiczkę. To człowiek, jakich mało, ten bankier. On nie ma żadnej wady, mówił mi Ewaryst, najmniejszej słabości, na którejby jego lokaj mógł choć dziesiątkę zarobić. Nie pali, nie pije, nie gra i nie ma znajomości kobiecych; słowem, święty! Pan miljonowy, a żyje skromnie jak episjer; szalenie kocha żonę, ubóstwia dzieci, przyjmuje u siebie często, ale rzadko wychodzi.
— Więc żonę ma młodą?
— Musi mieć przeszło lat czterdzieści.
Pani Aleksandra zamyśliła się chwilę.
— Czy pytałeś się o inne osoby z rodziny?
— Naturalnie. Jeden z synów jest oficerem nie wiem gdzie, nie mówmy o nim, to najmłodszy. Starszy, Lucjan, który mieszka przy rodzicach, to istna panna, taki skromny.
— A żona, a siostrzenica, o której mi mówiłeś?
— Ewaryst nic mi o nich nie mógł powiedzieć.
Pani Aleksandra ruszyła ramionami.
— Jeśliś nic nie znalazł, to pokazuje się, że nic nie ma. Na twojem miejscu wiesz cobym zrobiła?
— A co?
— Poszłabym poradzić się pana Lecoq.
Fanferlot na to nazwisko poskoczył, jakby mu kto z pistoletu nad uchem palnął.
— Piękna rada, — rzekł, — czy chcesz żebym miejsce stracił? Gdyby pan Lecoq chociaż domyślał się tego, co chciałem zrobić!...
— Kto mówi, żebyś mu wyjawiał swą tajemnicę; dość zapytać się o zdanie w sposób obojętny, zapamiętać to co on dobrego wymyśli i postąpić według jego sposobu widzenia.
Ajent bezpieczeństwa zdawał się ważyć przedłożenia swojej małżonki.
— Może ty masz i słuszność, — rzekł, — może pan Lecoq jest djabelnie cięty, i bardzo łatwo mnie odgadnie.
— Cięty! — odparła pani Aleksandra urażona, — cięty! to wy wszyscy z prefektury ciągłem powtarzaniem zrobiliście mu tę reputację.
— Wreszcie, — zakończył Fanferlot, — zobaczę, rozmyślę się, ale tymczasem co mówi ta dama?
Ta damą była Nina Gypsy.
Przenosząc się do hotelu pod Wielkim Archaniołem, biedna dziewczyna sądziła, że idzie za dobrą radą, i teraz nawet, gdy Fanferlot się nie pokazywał była przekonaną, że usłuchała przyjaciela Prospera. Otrzymawszy wezwanie pana Patrigenta, podziwiała zręczność policji, która w tak krótkim czasie odkryła jej schronienie, gdyż ona zamieszkała w hotelu pod przybranem nazwiskiem, a raczej pod prawdziwem: Palmyra Chocareille.
Zręcznie wypytana przez dawną modniarkę, oddała jej się z zaufaniem i opowiedziała całą swą historję.
Tym to sposobem małym kosztem, Fanferlot mógł ujść w oczach sędziego za ajenta wysokiej zręczności.
— Czy ona tam wciąż siedzi na górze? — pytał dalej Fanferlot.
— Wciąż... i nie domyśla się niczego. Ale wstrzymywać ją będzie coraz trudniej. Nie wiem co jej powiedział sędzia, lecz wróciła w okropnem rozdrażnieniu. Chciała pójść narobić hałasu u pana Fauvela. Niedawno w przystępie gniewu napisała list i dała go Janowi, by zaniósł na pocztę: ale wzięłam go, by tobie pokazać.
— Co! — przerwał Fanferlot, — masz list i nic mi o nim nie mówisz, a on może zawiera rozwiązanie zagadki? Dawajże mi go prędzej!
Na rozkaz męża dawna modniarka otworzyła szufladę i wydobywszy z niej list oddała mężowi.
— Masz, — rzekła, — ciesz się.
Jakoś na dawną służącę, Palmyra Chocareille, później Nina Gypsy wcale nie źle pisała.
Adres jej listu, wypisany pięknym angielskim charakterem, tak brzmiał:
„Do pana L. de Clameran, właściciela hamerni w hotelu Luwr. Dla doręczenia panu Raulowi de Lagors (bardzo pilno).“
— Ho! ho! — zawołał Fanferlot, pogwizdując przy tym wykrzykniku jak zwykle, gdy mu się zdaje, że trafia na jakiś trop, — ho! ho!...
— Czy ty go myślisz otworzyć? — zapytała pani Aleksandra.
— Trochę, — odrzekł Fanferlot, odczepiając kuwertę z zadziwiającą zręcznością.
Przeczytał, a pani Aleksandra przechyliła się na ramieniu swego poczciwca i czytała także:

„Panie Raulu!

„Prosper jest w więzieniu, oskarżony o kradzież, której nie popełnił, jestem pewną. Trzy dni temu jutem do pana pisała w tym przedmiocie...
— Hę! co! — przerwał Fanferlot, — ta sroka pisała, a ja nie widziałem jej listu!
— Ależ mój poczciwoto, ona mogła sama rzucić list na pocztę, gdy wychodziła na sądy.
— Zapewne, — rzekł Fanferlot nieco uspokojony.
Czytał więc dalej:
„... Pisałam do pana w tym przedmiocie, i nie mam odpowiedzi. Któż tedy przyjdzie na pomoc Prosperowi, jeśli go najlepsi przyjaciele opuszczają? Jeżeli pan ten list zostawisz bez odpowiedzi, będę się uważała za uwolnioną od dotrzymania obietnicy, o której pan wiesz, i bez skrupułu opowiem Prosperowi rozmowę, którą słyszałam między panem a panem de Clameran. Ale mogę liczyć na pana, nieprawdaż? Czekać więc będę na pana pod Wielkim Archaniołem pojutrze między dwunastą a czwartą popołudniu.

Nina Gypsy.“
Po przeczytaniu tego listu, Fanferlot nie wyrzekłszy słowa, zaczął go przepisywać.

— I cóż? — zapytała pani Aleksandra, — co o tem mówisz?
Fanferlot wkładał delikatnie list do kuwerty, gdy drzwi, kantoru hotelowego otworzyły się nagle, a kelner po dwakroć świsnął:
— Pst! pst!
Fanferlot z cudowną szybkością znikł w ciemnym gabinecie dotykającym jadalnego pokoju.
Jeszcze nie zdążył drzwi zamknąć, gdy weszła Nina.
Przebóg! biedna dziewczyna zmieniła się bardzo. Zbladła, policzki jej zapadły, usta straciły wyzywający połysk, a oczy błyszczące fosforycznym ogniem, zaczerwienione od łez, okolone były czarną obwódką.
Zobaczywszy ją, pani Aleksandra nie mogła wstrzymać okrzyku zadziwienia.
— Jakto, kochana pani wychodzi?
— Muszę, moja pani, i przyszłam prosić panią, jeśliby kto przyszedł podczas mojej nieobecności, żeby poczekał.
— Ale gdzież pani idziesz, dobry Boże! o tej godzinie i do tego chora?
Gypsy zawahała się chwilę.
— O! proszę panią, — rzekła po chwili, — pani jesteś dla mnie tak dobrą, że mogę ci się zwierzyć; przeczytaj pani ten bilet, który posługacz miejski oddał mi dopiero.
— Jakto, — rzekła pani Aleksandra zdumiona, — posługacz! poszedł aż do pani?
— Cóż w tem dziwnego?
— O! nic, nic, — odrzekła eks-modniarka.
I zaczęła czytać tak głośno, aby ją słyszeć było można w gabinecie:
„Przyjaciel Prospera, który nie może ani przyjąć pani, ani pójść do niej, potrzebuje koniecznie z panią pomówić. Dziś wieczorem, to jest w poniedziałek, bądź pani z uderzeniem dziewiątej w biurze omnibusów naprzeciwko wieży św. Jakóba, a ten, który to pisze, zbliży się do pani i powie co ma do powiedzenia. Wskazuję pani umyślnie miejsce to na schadzkę, aby od umysłu jej odsunąć wszelką obawę.
— I pani idziesz na tę schadzkę! — zawołała pani Aleksandra.
— Oczywiście.
— Ależ to jest okropna nieroztropność, szaleństwo, to zasadzka!
— Ej, mniejsza o to! — przerwała Gypsy, — jestem już tak nieszczęśliwa, że niczego więcej się nie obawiam.
I nie chcąc słyszeć ani słowa więcej, wyszła.
Jeszcze Gypsy nie była na ulicy, kiedy Fanferlot wyskoczył ze swej kryjówki.
Słodki ajent zielony był ze złości, a klął jak opętany.
— Kroćset miljonów piorunów! — wrzasnął, — cóż to za dom ten pod Wielkim Archaniołem, w którym każdy przechadzać się może, jak po publicznym placu!
Dawna magazynierka skonfundowana i drżąca, nie wiedziała gdzie się podziać.
— Czy kto kiedy widział co podobnego! — krzyczał dalej ajent, — posługacz przyszedł i nikt go nie widział! Jakże on mógł wyjść tak pokryjomo. I ty, Aleksandro, kobieta inteligentna, jesteś lak prostoduszną, że wstrzymujesz tę żmiję od schadzki!...
— Ależ mój drogi...
— Jakto! nie pojmujesz, że ja pójdę za nią i dowiem się tego, co ona przed nami ukrywa. Dalej pomóż mi, potrzeba aby a mnie nie poznała.
I w kilku obrotach, Fanferlot włożywszy perukę i przyczepiwszy gęstą brodę, już nie był do siebie podobnym. Okrył się bluzą i przybrał wszystkie pozory jednego z tych niekoniecznie poczciwych rzemieślników, którzy szukają niby roboty, a proszą Boga, żeby jej nie znaleźli.
Gdy był już gotów, zapytała pani Aleksandra, zawsze pełna troskliwości swego poczciwotę:
— A masz-że kartę swoją i rączkę z ołowiem?
— Mam, mam! każ tymczasem rzucić na pocztę list tej dziewki do Clamerana, i... miej się na baczności.
I nie słuchając małżonki, która wołała za nim: — „Szczęśliwego powodzenia!“ — Fanferlot wyskoczył na ulicę.
Gypsy wyszła o dziesięć minut wcześniej, ale on prędko się z nią zrównał.
Fanferlot pędził drogą, którą miała iść Gypsy i doścignął ją w połowie mostu Change.
Szła krokiem nierównym, raz prędko, to znów wolniej, jak osoba niecierpliwie dążąca do celu, co wyszedłszy wcześniej, chce zużyć czas.
Na placu Chatelet przeszła się kilka razy, popatrzyła na afisze teatralne, posiedziała chwilę na ławeczce, nareszcie o trzy kwadranse na dziewiątą usiadła na ławeczce w biurze omnibusów.
W minutę po niej wszedł Fanferlot. Ale mimo przyprawionej brody obawiał się oczu Niny, usiadł więc w przeciwnej stronie biura w cieniu.
— Szczególniejsze miejsce na schadzkę, — pomyślał studjując Nine. — Ale kto ją mógł jej naznaczyć? Po ciekawości jaką czytam w jej oczach, po wyraźnym niepokoju, przysiągłbym, że nie wie kogo oczekuje!
Biuro pełne było ludzi. Co chwila urzędnicy obwoływali kierunek nadchodzących omnibusów. Wiele osób wchodziło i wychodziło żądając numerów, lub zmieniając kierunek drogi.
Co kto przybył, Gypsy drżała, a Fanferlot mówił do siebie:
— Czy to on?
Nareszcie gdy dziewiąta uderzyła na zegarze ratuszowym, wszedł ktoś, nie zapytał o nic, tylko zbliżył się prosto do Niny, skłonił się jej i usiadł przy niej.
Był to człowiek średniego wzrostu, dość gruby, z płowemi, gęstemi bokobrodami na rumianej twarzy. Z ubrania wyglądał na zamożnego negocjanta, nic wreszcie nie odznaczało jego osoby.
Fanterlotowi mało oczy z głowy nie wylazły, tak je wytrzeszczał.
— Ciebie, mój dobrodzieju, — pomyślał, — poznam wszędzie gdziekolwiek cię spotkam, i dziś nawet pójdę za tobą i dowiem się kto jesteś.
Na nieszczęście daremnie wytężał słuch, nie słyszał nic co nowo przybyły mówił z Niną. Co najwięcej, z pantominy i gry fizjognomji usiłował odgadnąć przedmiot ich rozmowy.
Najsampród, gdy gruby mężczyzna powitał Ninę, ona tak się zdziwiła, że bez najmniejszej wątpliwości musiała go po raz pierwszy widzieć. Potem, gdy usiadłszy, powiedział jej kilka słów, ona powstała w połowie z gestem przerażenia, jak gdyby chciała uciekać. Za jednem atoli jego spojrzeniem usiadła. Później w miarę jak gruby jegomość mówił, oblicze Gypsy wyrażało jakąś niespokojność. Odmawiała czegoś gestem, ale potem zdawała się ulegać jakiejś przekonywającej racji. Chwilę zbierało się jej na płacz, ale niebawem uśmiech oświecił piękną jej twarz. Nareszcie wyciągnęła rękę, jak gdyby dokonywała przysięgi.
Ale co to znaczyło? Fanferlot na swej ławce gryzł sobie palce.
Przemyśliwał, jakby tu zręczny manewr zrobić, aby zbliżyć się bez obudzenia podejrzeń, gdy gruby jegomość powstał, podał rękę Gypsy, która przyjęła ją bez ceremonii, i razem poszli ku drzwiom.
Zdawali się tak zajęci sobą, że Fanferlot nie widział w tem nic niestosownego, by iść za nimi dość blisko; mądra ostrożność, bo na bulwarach był tłok.
Doszedłszy do drzwi, postrzegł jak gruby jegomość i Gypsy przechodzili przez chodnik, zbliżyli się do doróżki nieopodal od biura omnibusów i wsiedli do niej.
— Doskonale! — mruknął Fauferlot, — już ich mam, teraz nie ma się czego spieszyć.
Podczas gdy dorożkarz zbierał lejce, ajent bezpieczeństwa szykował nogi, a gdy dorożka ruszyła, w trzech skokach siedział już za nią z postanowieniem jechać tak, choćby na koniec świata.
Jednakże przybywszy na bulwar św. Dyonizego, zaczął się zadychać i czuł lekki ból w boku; a w tem doróżka przebywszy bulwar, wpadła na przedmieście św. Marcina.
Lecz Fanferlot, który przez ośm lat łobuzował się po bruku paryskim, obfity jest w środki. Przyczepił się do resorów dorożki, podniósł się siłą pięści i wisiał niejako w powietrzu z nogami opartemi o osie tylnych kół. Nie było mu wprawdzie wygodnie, ale nie obawiał się, że go jadący prześcigną.
— Teraz, — rzekł do siebie, — pędźcie co koń wyskoczy.
Dorożkarz pędził w istocie, dobrym kłusem dotarł aż do starych rogatek, i stanąwszy przed winiarnią, zlazł z kozła na lampeczkę.
Ajent bezpieczeństwa opuścił swój niewygodny posterunek i wcisnąwszy się za drzwi, czekał na wyjście przybyłych, by pójść za ich śladem.
Ale po pieciu minutach jeszcze ich widać nie było.
— Co oni robią? — pomyślał ajent.
Zbliżył się bez wielkiej ostrożności.
O straszny zawodzie! doróżka była próżna.
Było to wiadro zimnej wody wylane na głowę Fanferlota. Zdawało się, że wrósł w ziemię, stanął słupem jak żona Lota.
Przyszedłszy nieco do siebie po kilku sekundach, wyzionął z tuzin przekleństw zdolnych zatrząść szybami całej okolicy.
— Okradli mnie! — wołał, — oszukali, zadrwili ze mnie! Ale ja im to odpłacę!
W jednej chwili giętki jego umysł przebiegł gamę wszystkich możliwych i niemożliwych przypadków.
— Oczywiście, — bakał, — ten jegomość i Gypsy weszli jednemi drzwiczkami, a wyszli drugiemi; manewr wiadomy. Ale jeżeli go użyli, to z obawy, aby kto nie szedł za nimi. Jeśli się tego obawiali, to pokazuje się, że mają nieczyste sumienie, a zatem...
Przerwał swój monolog, bo przyszło mu na myśl wypytać dorożkarza, który łatwo mógł coś wiedzieć.
Na nieszczęście dorożkarz, który był w bardzo złym humorze, nie chciał nic mówić, potrząsł nawet biczem w sposób nie bardzo uspokajający tak, że Fanferlot uznał za rzecz stosowną cofnąć się.
— Cóż to, czyżby i dorożkarz był w zmowie? — pomyślał.
Nie wiedział co dalej robić o tej godzinie. Żadna myśl do głowy mu nie przychodziła. Ze smutkiem wszedł na drogę prowadzącą na plac św. Michała, o wpół do dwunastej był u drzwi swego mieszkania.
— Czy mała wróciła? — zapytał na wstępie.
— Nie, lecz przynieśli tu dla niej dwa wielkie zawiniątka.
Delikatnie i ze szczególną zręcznością rozwinął Fanferlot oba zawinięcia.
Były tam trzy suknie perkalowe, grube trzewiki, bardzo skromne spodniczki i czepki płócienne.
Ajent nie posiadał się ze złości.
— A to mi dobre! — zawołał, — teraz będzie mi się przebierała; dalibóg, nic nie rozumiem!
Gdy Fanferlot schodził z przedmieścia św. Marcina, święcie przyrzekał sobie, że nic nie powie żonie o swej przygodzie.
Lecz przyszedłszy do domu i zastawszy świeże wypadki, które mu wszystkie jego jakie robił przypuszczenia pomięszały, czuł, że miłość własna spuściła z tonu.
Ajent opowiedział wszystko: swoje nadzieje tak bliskie rozwiązania, przygodę nadzwyczajną, podejrzenia! I długo jeszcze mąż z żoną rozmawiali, przetrząsając wypadek na wszystkie strony, szukając możliwego wytłumaczenia. Ułożyli sobie nie pójść spać aż wróci Gypsy, od której pani Aleksandra miała wyciągnąć jakie takie wyjaśnienie.
Lecz czy wróci?
Nareszcie wróciła po godzinie pierwszej, gdy małżonkowie już zwątpili mówiąc do siebie:
— Nie, już jej nie ujrzymy.
Na odgłos dzwonka, Fanferlot wsunął się do ciemnej alkowy, tylko pani Aleksandra została w hotelowym kantorze.
— Jesteś przecie, kochane dziecko! — zawołała, — czy ci się co nie przytrafiło? Byłam w śmiertelnym strachu!
— Dziękuję pani za jej przychylność, — odrzekła Gypsy, — czy nie przyniesiono tu co dla mnie?
Biedna Gypsy była inną jak przed odejściem; smutna bardzo lecz nie tak przybita. Po katastrofach dni poprzednich nabrała silnego i szlachetnego postanowienia, które się w jej postawie i oczach malowało.
— Oto są pakunki, które przyniesiono, — rzekła pani Aleksandra, — więc zapewne widziałaś się pani z przyjacielem pana Bertomy?
— Tak, pani, a nawet rady jego tak zmodyfikowały projekta, że jutro z żalem opuszczę wasz dom.
— Jutro? — zawołała dawna modniarka, — więc coś zaszło!
— O, nic takiego, coby was obchodzić mogło.
I zapaliwszy stoczek przy świetle gazowem, Gypsy oddaliła się, rzekłszy jej „dobranoc“ bardzo znacząco. — I cóż myślisz o tym jej powrocie, pani Aleksandro? — zapytał Fanferlot, wyszedłszy z kryjówki.
— Nie do uwierzenia! Ta mała pisze do pana Clamerana, by się z nim widzieć tu, i nie czeka na niego.
— Oczywiście nie ufa nam, wie kim jestem, — rzekł Fanferlot.
— Więc ją widać uwiadomił ów przyjaciel kasjera.
— Kto wie!... Owoż zaczynam wierzyć, że mam do czynienia z niepospolicie tęgimi złodziejami, zmiarkowali żem pochwycił ich ślad i chcą mnie stropić. Gdyby mi kto powiedział jutro, że ma gacha i ucieka z nim, nie zdziwiłbym się wcale.
— Nie zdaje mi się, — odrzekła pani Aleksandra, — ale słuchaj, ja wracam do tego, że powinieneś zaradzić się pana Lecoą.
Fanferlot zadumał się chwilę.
— Zgoda! — rzekł, — pójdę do niego, ale tak tylko, żeby sobie nic nie mieć do wyrzucenia, bo gdzie ja nie mogłem niczego dopatrzeć, tam i on nie dopatrzy. Jakkolwiek straszny, ja go się nie lękam. Gdyby mu się podobało ubliżyć mnie, to umiałbym sobie z nim poradzić.
Mimo to ajent bezpieczeństwa źle spał tej nocy, a raczej nie spał wcale, więcej zajęty sprawą Bertomy, niż dramaturg sztuką, kiełkującą w mózgowiu.
O w pół do siódmej był już na nogach, bo trzeba wstać bardzo rano, by się zobaczyć z panem Lecoq, i posilony filiżanką kawy ze śmietanką, skierował się do mieszkania sławnego policjanta.
Oczywiście Fanferlot, zwany Wiewiórką, nie boi się naczelnika, jak go nazywają, bo wyszedł z pod Wielkiego Archanioła z głową do góry, z kapeluszem na bakier. Jednak gdy przybył na ulicę Montmartre, gdzie mieszka pan Lecoą, zuchowatość jego znacznie osłabła. Troszkę mu serce zabiło, jak wchodził w korytarz domu i zatrzymał się parę razy na schodach.
Przyszedłszy na trzecie piętro i stanąwszy przede drzwiami, ozdobionemi herbem sławnego ajenta — kogutem, symbolem czujności — stracił ducha i ledwie zdecydował się zadzwonić.
Służąca pana Lecoą, dawna aresztantka, budowy karabiniera, wierniejsza swemu panu jak pies, słowem Joasia, przyszła mu otworzyć.
— Aha! — zawołała postrzegając go, — dobrześ pan trafił, pani Wiewiórko, pan cię oczekuje.
Na tę wiadomość Fanferlot wielką uczuł chęć drapnąć. Dla czego on na niego czeka?...
Ale podczas jego wahania, Joasia wzięła go za rękę i wprowadziła do pokoju, mówiąc:
— A cóż to, pan chciałeś tam w ziemię wrosnąć? Proszę pana, pan pracuje w swoim gabinecie.
W obszernej komnacie, dziwnie umeblowanej, niby to biblioteka uczonego, niby siedziba aktora, siedział pisząc przed biurkiem ten sam mężczyzna w złotych okularach, który w galerji więzień rzekł do Prospera Bertomy: „Śmiało!“
Był to pan Lecoq w urzędowej powierzchowności.
Przy wnijściu Fanferlota, który zbliżał się w kornej postawie, z krzyżem w pałąk zwiniętym, podniósł z lekka głowę, położył pióro i rzekł:
— A, jesteś przecież, mój chłopcze! I cóż to, sprawa Bertomy coś nie postępuje?
— Jakto, — wybełkotał Fanferlot, — pan wiesz?...
— Wiem, że tak doskonale rzeczy zagmatwałeś, iż sam już nic nie widzisz, słowem, że poddałeś się.
— Ależ panie, to nie ja...
Pan Lecoq wstał i chodził po gabinecie. Nagle odwrócił się ku Fanferlotowi:
— I cóżbyś ty powiedział, panie Fanferlocie, — zapytał tonem ostrym i ironicznym, — o człowieku, nadużywającym zaufania tych, co go używają, o człowieku, który akurat tyle ukrywa, ile potrzeba do wprowadzenia w błąd władzy, który na rzecz swej głupiej próżności zdradza i dzieło sprawiedliwości i sprawę nieszczęśliwego więźnia?
Fanferlot przerażony cofnął się krokiem.
— Powiedziałbym, — jąkał, — powiedziałbym...
— Powiedziałbyś, że tego człowieka trzeba ukarać i wypędzić, i miałbyś słuszność. Im jakaś profesja mniej jest zacną, tem zacniejsi być powinni ludzie, którzy jej się oddają. Ty jednak zdrajcą jesteś. Aha, panie Wiewiórko, zachciało ci się ambicji i próbujesz policyjnej fantazji. Pozwalasz sprawiedliwości błąkać się po manowcach, a sam chodzisz w inną stronę. Trzeba być wyżłem sprytniejszym, niż waść, by polować bez strzelca i na swoją rękę.
— Ale panie, przysięgam...
— Milcz! Czy chcesz mnie przekonać, że wszystko powiedziałeś sędziemu, jak byłeś powinien? Dajno pokój, kiedy tu badają kasjera, ty na swoją rękę badasz bankiera, szpiegujesz go, wiążesz się z jego lokajem.
Czy pan Lecoq gniewał się na prawdę? Fanferlot, który zna go dobrze, wątpił trochę o tem, ale z tym djabelskim człowiekiem nie wiadomo nigdy czego się trzymać.
— I gdybyś jeszcze był zręcznym, — mówił dalej, — ale gdzietam! Chciałoby ci się być majstrem, a jesteś ledwie lichym czeladnikiem.
— Masz słuszność, panie naczelniku, — pisnął litośnie Fanferlot, ani myśląc już zaprzeczać. — Ale jak tu się wziąć do rzeczy w takiej sprawie, gdzie nie ma ani śladu, ani jednego dowodu, ani jednej wskazówki, nic, zgoła nic.
Pan Lecoq wzruszył ramionami.
— Głupi jesteś, jak sak. Wiedz o tem, że w dniu, w którym posłany byłeś z komisarzem policji dla poświadczenia kradzieży, nie powiem na pewno, ale bardzo prawdopodobnie trzymałeś w swoich szerokich a głupich rękach sposób dowiedzenia się, który klucz, czy bankiera, czy kasjera posłużył do spełnienia kradzieży.
— Naprzykład!...
— Chcesz dowodów? Zaraz. Pamiętasz tę kresę, którą dostrzegłeś wzdłuż skrzyni? Uderzyła cię ona, bo postrzegłszy ją, nie mogłeś powstrzymać się od wykrzyknika. Obejrzałeś ją starannie przez lupę, i mogłeś się przekonać, że była zupełnie świeża, tylko co zrobiona. Powiedziałeś wtedy sobie, i bardzo słusznie, że ta kresa odnosi się do chwili kradzieży. Czemżeż ona mogła być zrobioną? Oczywiście kluczem. Skoro tak, to trzeba było wziąć klucze od bankiera i od kasjera, i uważnie je zbadać. Jeden z nich musiał przecież na swej powierzchni zachować choć kilka atomów tej farby zielonej, jaką zwykle malują skrzynie żelazne.
Fanferlot słuchał tego wyjaśnienia z otwartą gębą. Przy ostatnich słowach uderzył się gwałtownie w głowę, wołając:
— O ja głupi!
— Rzeczywiście, — powtórzył pan Lecoq, — głupi do zadziwienia. Jakto, taka wskazówka włazi ci w ręce i ty ją porzucasz, nie wyciągając z niej żadnego wniosku? Tu jednak jest prawdziwy i jedyny punkt wyjścia dla dalszego śledztwa. Jeżeli ja wynajdę winnego, to dzięki będą tej kresie, a ja go wynajdę, ja chcę!
Zdaleka Fanferlot. zwany Wiewiórką, chętnie łatki przypina panu Lecoqowi, i znęca się nad nim, ale zbliska poddaje się wpływowi, jaki wywiera na wszystkich, co się doń zbliżają, ten człowiek nadzwyczajny.
Szczegóły tak dokładne, objaśnienia tak trafne, jakie usłyszał obecnie, wywracały wszystkie myśli Fanferlota. Jak i gdzie pan Lecoq mógł przyjść do tych szczegółów?
— Więc pan zajmowałeś się tą sprawą? — zapytał.
— Zapewne. Ale nie jestem nieomylnym, mogłem prześlepić jaką ważną wskazówkę. Siadaj — i powiedz mi wszystko co wiesz.
Z panem Lecoq nie można bawić się w dwuznaczniki, ani układać lisa. Fanferlot wypowiedział całą prawdę, co mu rzadko się zdarza. Jednak w końcu opowiadania ujął go skrupuł próżności i zamilczał o tem, jak wczoraj dał się zwieść pannie Gypsy i grubemu jegomości.
Na nieszczęście pan Lecoq nigdy nic nie wie w połowie.
— Zdaje mi się, panie Wiewiórko, że ty o czemś zapomniałeś. Dokąd to jechałeś za pustą dorożką krytą?
Fanferlot, wbrew swej powadze, zaczerwienił się po uszy i spuścił oczy ni mniej, ni więcej, tylko jak pensjonarka schwytana na psocie.
— Jakto, panie naczelniku, pan i to wiesz? Jak pan mogłeś?...
Ale w tej chwili wpadła mu jakaś myśl do głowy, zatrzymał się, podskoczył na krześle i zawołał:
— Jestem w domu!... Tym grubym jegomościa z rudemi bokobrodami, byłeś pan.
Zdziwienie Fanferlota nadawało jego fizjognomji wyraz tak szczególny, że pan Lecoq nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Więc to pan byłeś tym grubym jegomościa, którego zajadałem oczami, i ja pana nie poznałem! Ah! coby to był z pana za aktor, gdybyś tylko chciał, ja także się przebrałem!
— I bardzo źle, mój chłopcze, muszę ci oddać tę sprawiedliwość. Myślisz, że aby być niepoznanym, dosyć jest gęstej brody i bluzy? A oko, gapiu, oko! Oko trzeba odmienić. W tem cała sztuka.
Ta teorja oka w przebraniu tłumaczy, dla czego pan Lecoq urzędowy, który mógłby o lepsze iść z ostrowidzem, nigdy nie chodzi po prefekturze policji bez złotych okularów.
— Więc pan, — mówił dalej Fanferlot, idąc za swą myślą, — pan wyspowiadałeś tę małą, z którą moja żona nie mogła trafić do końca? Pan już pewno wiesz, dla czego ona opuszcza Wielkiego Archanioła, dla czego nie czeka na pana Clamerana, dla czego kupiła sobie perkalowe suknie.
— Ona idzie za mojemi radami.
— W takim razie, westchnął ajent głęboko zniechęcony, — nic mi nie pozostaje, jak powiedzieć sobie; żem osioł.
— Nie, Wiewiórko, — odparł pan Lecoq z dobrocią, — nie, ty nie jesteś osioł. Źle tylko zrobiłeś, przedsiębiorąc rzeczy nad swoje siły. Czyś posunął sprawę na krok, odkąd chodzisz za nią? Nie. A to dla tego, że ty, nieporównany jako porucznik, nie masz zimnej krwi jenerała. Podaruję ci jeden aforyzm, zapamiętaj go, i weź go sobie za prawidło: Ten świetnieje w drugim rzędzie, którego nie znać w pierwszym.
Nigdy, nigdy Fanferlot nie widział naczelnika tak rozmownym i dobrotliwym. Widząc, że go wytropiono, obawiał się burzy, która, jak sądził, zwali go na ziemię, a tymczasem skończyło się na ulewie, która zaledwie zmoczyła mu głowę. Gniew pana Lecoqa rozchwiał się, jak te czarne chmury, które chwilami grożą widnokręgowi, ale ustępują przed pędem wiatru.
Małżonek jednak pani Aleksandry był niespokojny; obawiał się, czy ta zadziwiająca łaskawość nie ukrywa jakiej wstecznej myśli...
— Tym sposobem, — zapytał, — pan wiesz już kto jest przestępcą?
— Nie więcej jak ty, mój chłopcze, i kiedy ty masz już zdanie gotowe, ja jeszcze nie wiem, co myśleć. Zapewniasz mnie, że kasjer jest niewinnym, a bankier zbrodniarzem, ja zaś nie wiem, czy masz słuszność lub nie. Przyszedłszy po tobie, jestem dopiero u wstępu mojego śledztwa. Jedno tylko pewny jestem, mianowicie, że jest kresa na wieku od skrzyni. Z tego punktu wychodzę.
Tak rozmawiając, wziął pan Lecoq z biurka wielki papier zarysowany i rozwinięty.
Papier ten przedstawiał fotogram drzwi od skrzyni kasowej pana Fauvela. Wszystkie szczegóły odbite były z najsubtelniejszą dokładnością. Można było rozpoznać pięć guzików ruchomych z wyrytemi głoskami i zamek. Rysa była przedziwnie uwydatnioną.
— Otóż jest nasza kresa. Idzie ona z góry na dół od otworu zamkowego, w przekątni, i zważaj dobrze, z lewej strony w prawą, czyli, że kończy się do strony drzwi, za któremi są kryte schody, wiodące do apartamentów bankiera. Bardzo głęboko przy zamku, kończy się zaledwie widzialną rysą.
— Tak, panie, widzę to doskonale.
— Ty, naturalnie, myślałeś, że ta kresa musiała być zrobioną przez sprawcę ubytku. Zobaczymy czy masz słuszność. Ot mam ja tu małą skrzynkę żelazną, malowaną na zielono jak kasa pana Fauvela. Weź-że klucz i spróbuj zarysować.
Nie odgadując celu, jaki sobie zamierzył naczelnik, ajent bezpieczeństwa wykonał jego zlecenie, drapiąc silnie po skrzyni końcem klucza.
— Do licha! — rzekł po dwóch czy trzech próbach, — tę farbę trudno zdrapać.
— Bardzo trudno, rzeczywiście, mój chłopcze, a tamta jest jeszcze tęższa, przekonałem się o tem. Więc ta kresa, którą widziałeś, nie mogła być dokonana drżącą ręką złodzieja, za dotknięciem klucza.
— Do pioruna! — zawołał zdziwiony Fanferlot, — ja byłbym nigdy na to nie wpadł. Prawdą, żeby tak zrysować skrzynię, trzeba było silnie nacisnąć.
— Tak, ale dla czego? Tak jak mnie widzisz, suszę sobie głowę od trzech dni, i wczoraj dopiero domyśliłem się. Rozważmy razem, czy moje domysły mają jakie prawdopodobieństwo, tak, iżby mogły stać się punktem wyjścia.
Pan Lecoq położył fotogram i poszedł ku drzwiom, które wychodziły z jego gabinetu do sypialni, i wyjąwszy z nich klucz, trzymał go w ręku.
— Pójdź tu, — rzekł do Fanferlota, — stań przy mnie, tak. Przypuśćmy, że ja chcę otworzyć te drzwi, a ty mi wzbraniasz. Jak widzisz, przykładam klucz do zamku. Jakiż wtedy będzie twój ruch?...
— Chwytam pana oburącz za rękę i żywo przyciągam do siebie, tak, abyś nie mógł wprowadzić klucza.
— Wybornie. Powtórzmy więc ten ruch. Raz, dwa, trzy...
Fanferlot puścił się, i klucz, który trzymał pan Lecoq, odparty od zamka, zsunął się wzdłuż drzwi i zarysował z góry na dół kresę jak najczystszą, dokładne powtórzenie tej, która figurowała na fotogramie.
— Oh, oh, oh! krzyknął małżonek pani Aleksandry na trzy różne tony.
I stał w kontemplacji przede drzwiami.
— Czy zaczynasz pojmować? — zapytał pan Lecoq.
— Ba! ależ dzieckoby to pojęło. A cóż to z pana za człowiek! Widzę tę scenę jak gdybym tam był. W chwili kradzieży stały przy kasie dwie osoby: jedna chciała zabrać bilety, druga wzbraniała. To jasne, przekonywujące, pewne...
Przyzwyczajony do wcale innych tryumfów, sławny policjant wielce się bawił zdumieniem i entuzjazmem ajenta.
— Otóż ty znowu się unosisz, — rzekł doń łagodnie, — bierzesz za rzecz pewną i dowiedzioną to, co może być przypadkowe, a co najwięcej prawdopodobne.
— Nie panie, nie! — zawołał Fanferlot, — taki człowiek jak pan, nie myli się; wątpliwość jest niepodobną.
— A więc wyciągnijże wnioski z naszego odkrycia.
— Najsamprzód to dowodzi, że węch mój mnie nie omylił, kasjer jest niewinny.
— Dla czego?
— Bo mogąc otwierać i zamykać kasę, kiedy mu się podoba, nie kradłby przy świadku.
— Dobrze rozumujesz. Ale na tej samej zasadzie niewinnym jest i bankier, zastanów się.
Fanferlot zastanowił się i całe ożywienie jego znikło.
— To prawda, — rzekł tonem zrozpaczonym, — to prawda. Co tu robić?
— Szukać trzeciego złoczyńcę, to jest tego, który otworzył kasę i zabrał bilety, i który śpi sobie spokojnie, podczas gdy drugich mają w podejrzeniu.
— Niepodobna, panie, niepodobna! Czyż nie mówiono panu, że tylko pan Fauvel i kasjer mieli klucze, z któremi się nie rozstawali?
— Przepraszam; w przededniu kradzieży bankier klucz swój zostawił w kantorku.
— Ależ kluczem samym nie otworzy, trzeba jeszcze wyrazu.
Pan Lecoq zniecierpliwiony ruszył ramionami.
— Jakiż to był wyraz? — zapytał.
— Gypsy.
— To jest imię przyjaciółki kasjera. Szukaj więc, mój chłopcze. W dniu, w którym wynajdziesz człowieka tak związanego z Prosperem, że mógłby domyśleć się związku imienia z kasą, i tak poufałego u pana Fauvela, że mógł wchodzić do jego sypialni, w dniu tym trafisz na istotnego przestępcę; zagadka będzie rozwiązaną.
Egoista, jak wszyscy wielcy artyści, pan Lecoq, nie miał ucznia i mieć nie chce. On pracuje sam. Nienawidzi współpracowników, nie chcąc dzielić ani radości tryumfów, ani goryczy porażki.
To też Fanferlot, który zna swego naczelnika, jak zły szeląg, nie mógł wyjść z podziwienia, że on daje rady, on, który zwykł dawać rozkazy.
Tak nawet był zaintrygowany, że mimo całego zakłopotania nie mógł się wstrzymać od wyrażenia swego podziwu.
— Musisz pan mieć w tej sprawie chyba jakiś ważny interes osobisty, żeś ją tak wystudjował.
Pan Lecoq zadrgał nerwowo, czego nie uważał ajent, potem brwi mu się ściągnęły, i ostrym tonem odpowiedział:
— Ciekawość jest twojem rzemiosłem, panie Wiewiórko, nie bądź jednak nazbyt ciekawym, rozumiesz mnie?
Fanferlot jął się usprawiedliwiać.
— Dobrze, dobrze! — przerwał pan Lecoq. — Ja chcę być głową, a ty będziesz ręką. Sam, z twojemi ideami, nigdybyś nie wynalazł winnego, we dwóch wynajdziemy go, albo ja nie jestem Lecoq!...
— O! wynajdziemy, skoro pan wziąłeś to na siebie.
— Tak. Wziąłem to na siebie i od czterech dni dowiedziałem się wiele rzeczy. Tylko pamiętaj to sobie: Mam powody, dla których nie chcę wyraźnie figurować w tej sprawie. Cokolwiekbądź zajdzie, zakazuję ci wymawiać moje nazwisko. Jeżeli nam się uda, potrzeba, aby powodzenie było przypisane tobie jednemu. A nadewszystko nie chciej wiedzieć więcej nad to, co powinieneś, poprzestać na wyjaśnieniach, jakie podoba mi się tobie udzielić.
Warunki te wcale nie rozgniewały ajenta bezpieczeństwa.
— Panie, — ozwał się, — będę dyskretnym.
— Liczę na to, mój chłopcze. Na początek weźmiesz ten fotogram skrzyni i zaniesiesz go sędziemu. Pan Patrigent, o ile wiem, jest także w wielkiej wątpliwości co do obwinionego. Wytłumaczysz mu, jakoby sam od siebie, to co ci pokazałem, powtórzysz mu moje doświadczenia, a wskazówki te, pewien jestem, skłonią go do wypuszczenia kasjera. Prosper musi być wolnym, abym mógł rozpocząć swoje operacje.
— Bardzo dobrze, panie. Ale czy mogę dać do zrozumienia, że mam podejrzenie na kogo innego, nie na kasjera, ani na pana Fauvela?
— Naturalnie. Sprawiedliwość nie powinna nie wiedzieć, że ty chodzisz za tym interesem. Pan Patrigent każę ci mieć oko na Prospera, więc mu odpowiedz, że go nie spuścisz z oka. A ja ci zaręczam, że on będzie w dobrych rękach.
— A jeżeli mnie zapyta o Ninę Gypsy?
Pan Lecoq zamyślił się chwilę i rzekł:
— Powiedz, że skłoniłeś ją w interesie Prospera, by się umieściła w jednym domu, gdzie ona uważa na kogoś, co ci jest podejrzanym.
Fanferlot uradowany, zwinął fotogram, wziął kapelusz i zabierał się do wyjścia. Pan Lecoą zatrzymał go.
— Nie skończyłem jeszcze, — rzekł. — Umiesz ty powozić i obchodzić się z końmi?
— Pytasz mnie pan jeszcze o to, mnie, dawnego masztalerza z cyrku?
— To prawda. A więc, jak cię tylko sędzia zwolni, wrócisz żywo do siebie, przebierzesz się za lokaja z dobrego domu i udasz się z tym oto listem do stręczyciela przy ulicy Delorme.
— Ależ panie...
— Nie ma żadnego ale, mój chłopcze. Ten stręczyciel przedstawi cię panu Clameran, który poszukuje lokaja, bo poprzedni opuścił go wczoraj wieczór.
— Wybacz mi pan, jeśli śmiem powiedzieć, że się mylisz; ale ten Clameran nie posiada wskazanych warunków, on nie jest przyjacielem kasjera.
— Znowu mi przeczysz, — rzekł pan Lecoq najsurowszym głosem; — rób co ci każę, i nie troszcz się o resztę. Pan Clameran nie jest przyjacielem Prospera, to prawda; ale jest przyjacielem i protektorem Raula de Lagors. Dla czego? Zkąd pochodzi zażyłość tych dwóch ludzi tak różnych wiekiem? Trzeba też się dowiedzieć, kto jest ten właściciel hamerni, który mieszka w Paryżu, i nie troszczy się o swoje piece. Taki figlarz co ulokował się w hotelu Luwr, w tłumie zmieniającym się nieustannie, trudny jest do nadzorowania. Przez ciebie będę miał oko w jego życiu. Ma on powóz, ty będziesz go woził, bardzo prędko więc poznasz jego stosunki i będziesz mógł zdać mi sprawę ze wszystkich jego kroków.
— Dobrze, panie naczelniku.
— Jeszcze słowo. Pan Clameran jest to szlachcic bardzo podejrzliwy. Ty będziesz mu przedstawiony pod nazwiskiem Józefa Dubois. Zapyta się ciebie o świadectwa. Oto są trzy, które okazują, że służyłeś u margrabiego de Sairmeuse, u hrabiego Commarin, a teraz odchodzisz z domu barona de Wortschen, który odjechał do Niemiec. Otwórz więc uszy, ubieraj się porządnie, i miej baczność na swoje ruchy. Służ dobrze, ale bez przesady. Nadewszystko nie przesadzaj w grzeczności, obudziłbyś podejrzenie.
— Bądź pan spokojny; ale gdzież mam chodzić z raportem?
— Ja będę cię odwiedzał codziennie. Aż do nowego rozkazu nie waż się tu nogą stąpić; mógłby cię kto śledzić. Gdyby zaszła jaka okoliczność nieprzewidziana, poszlij depeszę do twojej żony; ona mnie uprzedzi. Idź... i bądź roztropnym.
Zamknąwszy drzwi za Fanferlotem, pan Lecoq spiesznie przeszedł do sypialni.
W mgnieniu oka zrzucił przybory naczelnika biura, szeroki krawat, złote okulary, i zwrócił swobodę swym gęstym, kruczym włosom. Lecoq urzędowy znikł, ustępując miejsca prawdziwemu Lecoqowi, temu, którego nikt nie zna, który jest mężczyzną przystojnym, o czystem oku, wytwornej postaci.
Ale chwilę tylko był sam sobą. Usiadłszy przed gotowalnią, więcej obładowaną smarowidłami, płynami, farbami i proszkami, niż tualeta jakiej damy swobodnego życia, począł na nowo odbudowywać dzieło twórcy i układać sobie fizjognomję.
Pracował wolno, z nadzwyczajną ostrożnością manipulując pędzelkami; ale po godzinie ukończył jedno ze swych codziennych arcydzieł. Wstawszy, nie był już Lecoqem, ale tym grubym jegomością o rudych faworytach, którego nie poznał Fanferlot.
— No, — rzekł sam do siebie, rzucając ostatnie spojrzenie w zwierciadło, — nie zapomniałem niczego, prawie nic nie zostawiłem na grę przypadku, wszystkie moje nitki powiązane, mogę puścić się w drogę. Byle Wiewiórka nie tracił czasu!...
Ale Fanferlot zanadto był uszczęśliwiony, aby zmarnować choć minutę. Nie biegł, ale leciał do pałacu Sprawiedliwości.
Nareszcie i on będzie mógł z kolei dać dowód wysokiej przezorności.
I ani myślał powiedzieć sobie, że korzystać będzie z cudzej myśli. Zawsze to w najlepszej wierze dudek stroi się w pióra pawia.
Rezultat też nie zawiódł jego nadziei. Jeżeli sędzia nie powziął zupełnego i nieodwołalnego przekonania, zdziwił się jednak nie pomału trafnością pomysłu.
— To mnie istotnie przekonywa, — rzekł, żegnając Fanferlota, — przedstawię na radzie przychylne wnioski, i jutro prawdopodobnie kasjer będzie wypuszczony.
I w samej rzeczy zaczął pisać jeden z tych strasznych wyroków, które wracają oskarżonemu człowiekowi wolność, ale nie cześć; które mówią, że on nie jest przestępcą, ale nie powiadają, że jest niewinnym.
„Z uwagi na brak dowodów przekonywujących przeciwko obwinionemu Prosperowi Bertomy, ze względu na art. 128. Kodeksu postępowania karnego, oświadczamy, że jak na teraz nie ma powodu do dalszych badań wyżrzeczonego, i rozkazujemy, aby był wypuszczony z miejsca zamknięcia i t. d.“
Skończywszy pisać, sędzia rzekł do swego kancelisty:
— Otóż jeszcze jedna z tych zbrodni, w których sprawiedliwość nie może wyrzec ostatniego słowa. Jeszcze jedne akta do złożenia w archiwum sądu.
I własną ręką napisał na kopercie numer porządkowy:

Akta l. 113.“
VI.

Od dziesięciu już dni Prosper Bertomy pozostawał w więzieniu, gdy raz z rana, we czwartek, dozorca przyszedł zawiadomić go o wyroku.
Zaprowadzili go do poczekalni, zwrócono mu kilka drobnych przedmiotów zabranych przy wejściu: zegarek, scyzoryk, kilka pierścionków, i kazano podpisać wielki arkusz papieru.
Potem wypchnięto go do ciemnego, bardzo wąskiego korytarza, drzwi się otwarły i zamknęły za nim z głuchym łoskotem.
Znajdował się na ulicy, był sam — był wolny.
Wolny! to jest, że sprawiedliwość uznała się nie mocną przekonać go o zbrodnię, o którą go oskarżyli.
Wolny! mógł chodzić, oddychać czystem powietrzem, ale był pewny, że zamkną się wszystkie drzwi za jego zbliżeniem.
Po przeprowadzonem śledztwie, winna nastąpić rehabilitacja. Inaczej ten wyrok oswabadzający „dla braku dowodów“ zawiesza nad głową oswobodzonego wieczne podejrzenie.
Opinia ma środki daleko surowsze, niż więzienie „w odosobnieniu.“ W chwili, gdy wróconą mu została wolność, Prosper tak okropnie uczuł grozę swego położenia, że nie mógł powstrzymać okrzyku wściekłości i nienawiści.
— Ależ ja jestem niewinnny! — krzyknął.
I na co to? Dwaj przechodzący ludzie zatrzymali się, by spojrzeć na niego, wzięli go za warjata.
Sekwana płynęła u nóg jego, myśl samobójstwa przeszła mu przez głowę.
— Nie! — zawołał, — nie! nie mam nawet prawa zabić się. Nie umrę, aż odzyskam cześć!
Prosper Bertomy kilka razy w swojej więziennej izdebce powtarzał wyraz: „rehabilitacja.“ Mając w sercu tę zimno-obmyśloną nienawiść, która nadaje moc albo cierpliwość złamania lub zużycia wszystkich przeszkód, mówił do siebie:
— Ach! dla czegoż ja nie jestem wolny?
Był wolny, i teraz dopiero zdawał sobie sprawę z ogromnych trudności swego położenia. Przy każdej zbrodni sprawiedliwość potrzebuje zbrodniarza, on więc nie inaczej mógł się oczyścić, jak dostawiając winnego.
Ale jak go dostawić?
Zrozpaczony, ale nie zniechęcony, poszedł drogą do swego mieszkania. Ogarnęło go mnóstwo niepokojów. Co się stać mogło przez dni dziesięć, podczas których wykreślonym był z liczby żyjących? żadnych wiadomości nie odbierał. Takie milczenie równa się grobowemu spokojowi.
Szedł wolno wzdłuż ulic, ze spuszczoną głową, unikając spojrzeń ludzi mimo niego przechodzących. On, co był tak dumny, będzie musiał teraz przechodzić przez szkołę pogardy. Za jego zbliżeniem zlodowacieją twarze, i ustaną rozmowy. Gdy rękę poda, każdy swoją usunie.
Gdybyż choć na jednego mógł rachować przyjaciela! Lecz któryż przyjaciel mu uwierzy, kiedy własny ojciec nie uwierzył?
Do najsroższych tortur należała bolesna chwila, w której imię Niny Gypsy przyszło mu na pamięć.
Nigdy nie kochał tej biednej dziewczyny; chwilami nienawidził nawet; lecz teraz jej wspomnienie miało dla niego słodycz nieskończoną.
Albowiem czuł, że jest przez nią kochany, był pewny, że ona nie zwątpi o nim, skoro jej wszystko opowie. Wiedział, że kobieta stalą jest w raz powziętem przekonaniu, wierną w nieszczęściu nawet, choć w szczęściu nieraz wiary nie dotrzyma.
Gdy przybył na ulicę Chaptal, i stanął przed swojem mieszkaniem, zawahał się mając próg przestąpić.
Bolała go ta nieśmiałość nierozdzielna od umysłu człowieka w podejrzeniu będącego, byłby raczej wołał nie ujrzeć nikogo ze znajomych.
Jednak, nie mogąc dłużej zostawać na chodniku, wszedł. Na jego widok odźwierny krzyknął z radości:
— Nareszcie! jesteś pan, wiedziałem o tem, że pan wyjdziesz ztamtąd, blady jak kreda. Gdym czytał w gazetach, że pana obwiniają o kradzież, mówiłem do wszystkich:
— Jakto? mój lokator z trzeciego piętra miałby być złodziejem, nie! to być nie może!
Jakkolwiek szczere, choć niezręczne powinszowania tego człowieka, boleśnie wpłynęły na Prospera. Chcąc mu przerwać dalszą gadaninę, zapytał:
— Pani wyjechała zapewne, czy nie wiesz gdzie?
— Dalibóg, nie wiem, panie! Tego dnia gdy pana aresztowano, posłała po dorożkę, wpakowali na nią wszystkie jej rzeczy, i odtąd ani słychu; nic o niej nie wiemy.
Było to dla nieszczęśliwego kasjera jednem zmartwieniem więcej.
— A co się z naszą służbą stało?
— Nie ma ich także, panie. Ojciec pański zapłacił ich i kazał im odejść.
— Więc ty masz klucze od mieszkania?
— Nie, panie. Pański ojciec wyjeżdżając dziś o ósmej zrana, powiedział, że zostawia w mieszkaniu swego wielkiego przyjaciela, którego mam uważać jak samego pana aż do pańskiego powrotu. Pan go zna zapewne: gruby, wzrostu pana, z rudemi faworytami.
Prosper bardzo był zdziwiony. Przyjaciel ojca, w jego mieszkaniu, co to miało znaczyć? Jednakże nie okazał zdziwienia.
— Wiem, wiem, — odpowiedział.
I przebiegając szybko wschody, zadzwonił do siebie.
Przyjaciel ojca otworzył drzwi.
Był taki, jak mu go odźwierny odmalował, dość gruby, rumiany na twarzy, wydatnych ust, oka nadzwyczaj żywego, miał minę poczciwą, figurę pospolitą. Kasjer nigdy go przedtem nie widział.
— Bardzo mi przyjemnie poznać pana, — rzekł do Prospera.
Był jak u siebie; na stole leżała książka, którą sobie z szafy wyjął; zdawało się, że będzie grał niezadługo rolę gospodarza.
— Muszę wyznać panu... — zaczął kasjer.
— Że pan jesteś zdziwiony, znajdując mnie u siebie, nieprawdaż? Bardzo to pojmuję. Ojciec pański miał zamiar sam mnie panu przedstawić, lecz był zmuszony odjechać dziś zrana do Beaucaire. Dodam jeszcze, że odjechał przekonany tak jak i ja, że pan nie wziąłeś ani jednego szeląga panu Fauvel.
Na wiadomość dobrej wróżby, Prosper nie mógł się wstrzymać od okrzyku radości.
— Sądzę, — mówił dalej, — że ten list od ojca, który panu oddaję, zastąpi wszelką rekomendację.
Kasjer odebrał list, otworzył, i w miarę jak go czytał, twarz mu się wypogadzała, krew napływała do wynędzniałych policzków.
Przeczytawszy, podał rękę grubemu panu.
— Ojciec tu pisze, — rzekł, — że pan jesteś jego najlepszym przyjacielem; poleca, bym miał w panu najzupełniejsze zaufanie i abym szedł za pańskiemi radami.
— Właśnie też, dzisiejszego rana ojciec pański powiedział: — Verduret, — bo takie jest moje nazwisko, — Verduret, mój syn jest w opałach, trzeba go wydobyć. — Ja odrzekłem: — Do usług, — otóż jestem. Złamaliśmy lody, nieprawda? Teraz do rzeczy. Co pan myślisz robić?
To zapytanie zbudziło całą wściekłość kasjera, jego oczy rzucały błyskawice.
— Co myślę robić? — zapytał drżącym głosem, — chcę znaleźć nędznika, który mnie zgubił, chcę go wydać w ręce sprawiedliwości, nareszcie chcę się zemścić!
— Zapewne. A czy pan masz jaki sposób dojścia do tego celu?
— Nie mam żadnego, a jednak wiem, że swego dokażę, ponieważ człowiek, który życie całe poświęca jednej idei, który z dnia na dzień budzi się z tą samą myślą, może być pewny wygranej.
— Pięknie, panie Prosperze, i szczerze mówiąc, spodziewałem się zastać cię tak usposobionym. A na dowód muszę powiedzieć, że myślałem i czyniłem poszukiwania za pana. Mam jeden plan. Na początek, musisz sprzedać meble, rzucić ten dom i zniknąć.
— Zniknąć! — krzyknął rozjątrzony kasjer, — ja mam zniknąć! Co pan mówisz? byłoby to uznać się winnym, upoważnić świat cały do powiedzenia, że się ukrywam, aby używać w pokoju skradzionych 350.000 franków.
— Cóż dalej? — zapytał zimno człowiek z rudemi faworytami. — Czy nie powiedziałeś przed chwilą, że poświęcasz cale swe życie? Biegły pływak przez łotrów wrzucony do wody, strzeże się wypłynąć na jej powierzchnię; przeciwnie, zanurza się, płynie pod wodą o ile mu na to oddech pozwala, ukazuje się jak najdalej, a gdy sądzą, że zginął, utonął, raptem ukazuje się i mści. Jeżeli pan masz nieprzyjaciela, to tylko z jego strony nieostrożność wyda ci go w ręce. Lecz dopóki cię widzi, będzie się miał na baczności. Póki cię widzieć będzie na nogach, kryć się będzie ze strachu.
Prosper słuchał tego człowieka z pewnym rodzajem uległości; a człowiek ten, acz przyjaciel jego ojca, był mu nieznajomy.
Bezwiednie uległ wpływowi natury energiczniejszej niż jego własna. Brakło mu wszystkiego, szczęśliwym się czuł, że znajduje jakąś podporę.
— Pójdę za pańską radą, — odrzekł Prosper, po kilku chwilach namysłu.
— Byłem tego pewny, mój przyjacielu. Od dziś więc rozpoczynamy działanie. A zważaj, że wpływ ze sprzedaży mebli może nam być bardzo użyteczny. Czy masz pieniądze? Nie. O one jednak są niezbędne. Byłem tak pewnym przekonania cię, że posłałem nawet po handlarza; bierze on cały sprzęt za 13.000 franków, z wyjątkiem obrazów.
Kasjer wzdrygnął się mimowolnie, co zauważył Verduret.
— Przykro to, zapewne, — rzekł, — wiem o tem, ale jest to konieczność. Posłuchaj, — dodał tonem, który przecinał resztę rozmowy, — ty jesteś chory, a ja jestem lekarzem obowiązanym uleczyć cię. Jeżeli cię kraję, krzycz, ale pozwól się krajać. W tem jest ocalenie.
— Kraj pan, kraj, — odrzekł Prosper, ulegając coraz bardziej wpływowi.
— Doskonale. Więc... przejdźmy do czego innego, bo czas nagli... Czy jesteś przyjacielem pana de Lagors?
— Raula? o tak, panie, wielkim przyjacielem.
— Więc cóż to za indywiduum?
Wyrażenie „indywiduum“ uraziło Prospera.
— Pan de Lagors, panie, — odrzekł tonem urażonym, — jest siostrzeńcem pana Fauvela; jest to człowiek bardzo młody, bogaty, dystyngowany, dowcipny, najlepszy i najuczciwszy ze wszystkich ludzi, jakich znam.
— Hm! mruknął Verduret, to jakiś śmiertelnik opatrzony mnóstwem przymiotów, i wielce raduje mnie myśl, że będę się mógł z nim poznać. Bo ci muszę wyznać, że w twojem imieniu napisałem do pana de Lagors, prosząc go, aby tu przybył, a on odpisał, że będzie.
— Jakto! — zawołał Prosper w roztargnieniu, — pan możesz przypuszczać...
— O! ja nie przypuszczam. Ja muszę tylko widzieć tego młodzieńca. A nawet mam w głowie i zaraz przedstawię ci maleńki planik rozmowy...
Uderzenie dzwonka przerwało mowę Verduretowi.
— Do licha! otóż i on; już po moim planie! Gdzie ja mogę się skryć, ażeby widzieć i słyszeć?
— Tam, w moim pokoju, zostaw pan drzwi otwarte i spuść portjerę.
Dzwonek uderzył drugi raz.
— Zaraz zaraz! — krzyknął kasjer.
— Na życie twe, Prosperze, zaklinam cię, — rzekł Verduret tonem zdolnym wpoić przekonanie w umysł najprzeciwniejszy; — na życie twe zaklinam cię, ani słowa przed tym człowiekiem o twych projektach i o mnie. Dla niego bądź zniechęconym, słabym, wahającym.
I znikł. Prosper poszedł otworzyć drzwi.
Portret pana de Lagors odmalowany przez przyjaciela nie był za pochlebny. Rzadko, by szczęśliwsza fizjognomja oprawiała szlachetniejszy wyraz charakteru.
Raul liczył lat dwadzieścia cztery, a wyglądał na dwadzieścia. Średniego wzrostu, kształty miał przedziwne. Gęste ciemne włosy kędzierzyły mu się z natury nad czołem rozumnem. Szczerość i odwaga błyszczały w wielkich oczach błękitnych.
W progu zaraz rzucił się na szyję kasjera.
— Biedny mój przyjacielu! — zawołał ściskając mu ręce, — biedny Prosperze!...
Jednakże pod temi czułemi demonstracjami przebijał się jakiś przymus, który, jeżeli uszedł przed wzrokiem kasjera, dostrzeżonym musiał być przez Verdureta.
Usiadłszy w salonie, mówił Raul:
— List twój przejął mnie straszną boleścią Przeraziłem się. Powiedziałem sobie: czy on zmysły postradał? Porzuciłem więc wszystko i przybiegłem.
Prosper zaledwie słyszał, myśląc o tym liście, którego nie pisał. Co tam pisano w jego imieniu? Kto jest ten człowiek, którego on pomoc przyjął?
— Miałżebyś tracić moc duszy? — mówił dalej Raul. — Po co? W naszym wieku czas jeszcze rozpocząć życie na nowo. Masz tylu przyjaciół. Jeżeli przyszedłem, to dla tego by ci powiedzieć: Licz na mnie! Jestem bogaty, połowa mego majątku do ciebie należy.
Ta wspaniałomyślna ofiara, uczyniona w tej chwili z najszlachetniejszą prostotą, głęboko rozrzewniła Prospera.
— Dziękuję ci, Raulu, — odrzekł głosem wzruszonym, — dziękuje! Na nieszczęście wszystkie, z całej ziemi pieniądze na nicby mi się w tej chwili nie zdały.
— Jakto? Jakież więc są twe zamiary? Czy zostaniesz w Paryżu?
— Nie wiem, mój przyjacielu, nie mam projektu, nie czuję głowy.
— Powiedziałem ci, — rzekł Raul, — trzeba życie rozpocząć na nowo. Wybacz mej szczerości, ale mnie dyktuje ją przyjaźń; dopóki ta kradzież tajemnicza nie będzie wyjaśnioną, niepodobna ci pozostawać w Paryżu.
— A jeśli ona nie wyjaśni się nigdy?
— Tem bardziej powinieneś dać się zapomnieć. Przed godziną rozmawiałem o tobie z Clameranem; jesteś niesprawiedliwym względem niego, bo on dobrze ci życzy. Na miejscu Prospera, mówił on do mnie, starałbym się zrobić majątek bądź co bądź, wyjechałbym do Ameryki, zbogacił się i wrócił zgnieść mojemi miljonami tych, co mnie mieli w podejrzeniu.
Rada ta odurzała miłość własną Prospera. Nie przeciwstawił jej żadnego zarzutu. Słowa nieznajomego, który podsłuchiwał w tej chwili, przyszły mu na myśl.
— I cóż? — nalegał Raul.
— Namyślę się, — szepnął kasjer, — zobaczę... chciałbym wiedzieć co mówi pan Fauvel.
— Mój wuj?... Wszak wiesz, że odkąd odmówiłem propozycji uczynionej mi przez niego, bym wszedł do jego biura, poróżniliśmy się prawie z sobą. Z miesiąc już nie byłem u niego, ale wiem co się tam dzieje.
— Przez kogo?
— Przez twojego protegowanego, młodego Cavaillona. Wuj mój od tej sprawy jest, zdaje się, bardziej jeszcze pognębiony niż ty. Zaledwie zajrzy do biura, wygląda jak z krzyża zdjęty.
— A pani Fauvel, a... — kasjer zachwiał się, — a panna Magdalena?
— O, — odpowiedział Raul tonem lekkim, — ciotka jak zwykle pobożna; daje na mszę na intencję przestępcy. Co zaś do mojej pięknej, a lodowatej kuzynki, ona nie umiałaby zajmować się pospolitemi szczegółami, ona cała zajęta przygotowaniami na bal kostiumowy, który pojutrze dają panowie Jandidier. Wykryła ona, jak mi mówiła jedna z jej przyjaciółek, jakąś genialną szwaczkę, nieznaną, która szyje dla niej kostium damy dworu Katarzyny Medicis, a ma to być arcydzieło.
Jest rzeczą pewną, że sam nadmiar cierpienia usypiając myśl, sprowadza rodzaj bezwładności. Prosper cierpiał okropnie, ale ten cios ostatni dobił go.
— Magdaleno! — westchnął, — Magdaleno!...
Pan de Lagors udał, że nie słyszy tego wykrzyknika; wstał.
— Muszę cię opuścić, mój Prosperze, — rzekł, — w sobotę będę się widział z temi paniami na balu, i dam ci wiadomość. Tymczasem bądź mężnym i pamiętaj, że bądź co bądź możesz liczyć na mnie.
Raul uścisnął raz jeszcze rękę Prospera nim odszedł. Musiał być już na ulicy, a nieszczęśliwy kasjer stał jeszcze na tem samem miejscu, nieruchomy, znękany.
Dopiero z tych ponurych rozmyślań wydarł go drwiący głos człowieka o rudych faworytach, który stanął przed nim.
— Otóż to są przyjaciele! — rzekł Verduret.
— Tak! — odrzekł gorąco Prosper. — A jednak, słyszałeś pan, ofiarował mi połowę majątku.
Verduret wzruszył ramionami z miną politowania.
— To bardzo licho z jego strony, — rzekł. — Kiedy się tak rozpędził, czemuż ci nie ofiarował już całego majątku? Te ofiary do niczego nie obowiązują. Jestem jednak pewien, że ten piękny chłopiec dałby chętnie ślicznych dziesięć biletów po tysiąc franków, byle się mógł od ciebie oddzielić oceanem.
— On panie, a to dla czego?
— Kto wie, może dla tej samej racji, dla której zwracał bardzo uwagę twoją na to, że od miesiąca nie postał w domu swego wuja...
— Ależ to rzecz pewna, zaręczam panu.
— Naturalnie, — odpowiedział Verduret tonem dobrodusznej ironji. — Ale, — dodał poważnie, — dość o tym pięknym chłopcu, mam już jego miarę, to dla mnie dosyć! Teraz, jeśli łaska, przebierzesz się i pójdziesz ze mną do pana Fauvela.
Ta propozycja wywołała w Prosperze gniew oburzenia.
— Nigdy! — krzyknął z nadzwyczajną gwałtownością. — Nie, nigdy! Nie zdołam przenieść na sobie widzenia się z tym nędznikiem.
Ten opór wcale nie zdziwił Verdureta.
— Ja to rozumiem, — rzekł, — i mam cię za wytłumaczonego; lecz spodziewam się, że zmienisz zdanie. Tak, jak chciałem widzieć pana de Lagors, chcę zobaczyć pana Fauvela, i tak być musi, czy słyszysz pan? Czy jesteś tak słabym, że nie możesz powstrzymać się przez pięć minut? Ja pójdę z tobą, i będę uchodził za twego kuzyna, nie będziesz potrzebował nic mówić.
— Jeśli tego koniecznie potrzeba, — powiedział Prosper. — Jeśli pan tego chcesz...
— Tak jest, żądam tego. Miejmyż do pioruna trochę siły i zaufania w sobie! Dalej, prędko, przebierz się trochę; już jest późno, jeść mi się chce, będziemy śniadać w drodze, rozmawiając.
Zaledwo Prosper miał czas przejść do sypialnego pokoju, gdy znów zadzwoniono do mieszkania.
Verduret poszedł otworzyć. Był to odźwierny. Przyniósł sporą plikę papieru zapieczętowanego.
— Oto jest list, — rzekł, — który dzisiejszego rana do pana Bertomy przyniesiono. Byłem tak wzruszony, ujrzawszy pana Prospera, żem zapomniał doręczyć mu go. Ale w każdym razie, nieprawdaż panie, że to dziwny list?
W rzeczy samej tak było. Adres nie był ręką pisany, lecz ułożony z drukowanych liter, starannie wyciętych z książki lub jakiego dziennika i poprzylepianych na kopercie.
— Oh! — zawołał Verduret, — cóż to jest?
I zwracając się do odźwiernego, — rzekł
— Usiądź tu na chwilę, mój przyjacielu, rzekł, — ja zaraz powrócę.
Zostawił odźwiernego w jadalnym pokoju, sam przeszedł do salonu, drzwi za sobą starannie zamknąwszy. Prosper już się tu znajdował; usłyszawszy dzwonek, następnie rozmowę, przyszedł dowiedzieć się co się stało.
— Oto, co przyniesiono do ciebie, — rzekł Verduret.
I bez ceremonji rozerwał kopertę.
Wyleciały dwie paczki biletów bankowych; przeliczywszy dowiedział się, że było ich dziesięć.
Prosper stał się purpurowym.
— Co to ma znaczyć? — zawołał.
— Zaraz się dowiemy, — odrzekł pan Verduret, — jest tu bilecik dołączony.
Bilecik, równie jak adres, ułożony był z liter i wyrazów drukowanych, wyciętych i poprzylepianych.
Był krótki, lecz wyraźny:
„Mój drogi Prosperze! Przyjaciel, który zna całą okropność twego położenia, przyseła ci ten zasiłek. Jest serce, wiedz o tem, które podzielało wszystkie twoje cierpienia. Wyjedź, opuść Francję, jesteś młody, przyszłość do ciebie należy. Odjeżdżaj i bodaj te pieniądze szczęście ci przyniosły.“
W miarę, jak człowiek z rudemi faworytami czytał głośno, gniew Prospera wzmagał się. Szalony gniew, gdyż nie wiedział jak sobie wytłumaczyć wypadki po sobie następujące, i czuł, że mu się w głowie miesza.
— Więc wszyscy chcą żebym odjechał, — zawołał, — więc to jest spisek!
Verduret powstrzymał uśmiech zadowolenia.
— Nareszcie! — rzekł, — otwierasz oczy, zaczynasz pojmować. Tak, moje dziecię, są ludzie, którzy cię nienawidzą za złe, jakie ci wyrządzili; tak jest, są tacy, dla których obecność twoja w Paryżu byłaby ustawiczną groźbą, i którzy chcą za jakąbądź cenę abyś się ztąd wydalił.
— Lecz któż oni są ci ludzie, powiedz mi panie? Powiedz, kto śmie przysełać mi te pieniądze?
Przyjaciel pana Bertomy potrząsł smutnie głową.
— Gdybym to wiedział, mój drogi Prosperze, — odrzekł, — moje zadanie jużby było skończone, gdyż wiedziałbym, kto popełnił kradzież, o którą cię posądzono. Lecz będziemy poszukiwać.
Mam nareszcie wskazówkę, która wcześniej lub później stanie się zarzutem oskarżającym. Dotąd tylko miałem domysły, mniej więcej prawdopodobne, teraz mam fakt, który dowodzi że się nie myliłem. Byłem w ciemnościach, teraz mam światełko, które mnie poprowadzi.
Pan Verduret, ten człowiek mający trywialną postać, pospolite obejście komisanta kupieckiego, zdobywał się gdy chciał na gęsta nakazujące, które imponują duszom słabym i władają chorowitemi umysłami.
Słuchając go, Prosper doznawał pewnego uspokojenia i czuł budzącą się nadzieję w sobie.
— Idzie o to, — ciągnął dalej pan Verduret, — żeby zrobić użytek ze wskazówki, jaką nam daje nieostrożność naszych nieprzyjaciół. Zacznijmy od wybadania odźwiernego.
Otworzył drzwi i zawołał:
— Hej! przyjacielu, chodź no tu, proszę cię!
Odźwierny, człowiek bardzo grzeczny, zbliżył się gniotąc czapkę, niezmiernie zaintrygowany powagą, jaką nadawał sobie ten nieznajomy u lokatora.
— Kto ci oddał ten list? — zapytał Verduret.
— Posługacz miejski, który mi powiedział, że za drogę już mu zapłacono.
— Czy znasz go?
— Jego tylko jednego. To ten co staje przy winnym sklepie na ulicy Pigolle.
— Pójdź-no po niego.
Gdy odźwierny popędził cwałem do miasta, pan Verduret wydobył z kieszeni pugilares i wpatrywał się z kolei to w bilety bankowe rozrzucone na stole, to w jakąś stronicę w pugilaresie, zapełnioną cyframi.
Po ukończonem badaniu rzekł tonem zdecydowanym:
— Te bilety nie są przysłane przez autora kradzieży.
— Tak pan sądzisz?
— Jestem przekonany, chybaby złodziej ten obdarzony był przebiegłością i przezornością nadzwyczajną. Co pewna i dowiedziona, to, że żaden z tych biletów tysiąc-frankowych nie wchodził w skład skradzionych w kasie 350.000 franków.
— Jednakże, — nadmienił Prosper, który nie mógł sobie wytłumaczyć pewności swego protektora, — jednakże...
— Nie ma-jednakże; mam tu numer porządkowy wszystkich biletów.
— Jakto, kiedy ja sam nie miałem?
— Ale miał bank, mój przyjacielu, i to udało się bardzo szczęśliwie. Kiedy się kto zajmuje jaką sprawą, powinien wszystko przewidzieć i niczego nie pominąć. To nie jest ekskuzą dla człowieka rozumnego, kiedy strzeliwszy bąka, powie: do licha, to mi nie przyszło do głowy! Mnie bank zaraz do głowy przyszedł.
Jeżeli Prosper zrazu wzdrygał się powierzyć los swój przyjacielowi swego ojca, to wstręt jego niknął coraz bardziej.
Zaczynał rozumieć, że sam jeden, zaledwie władnący sobą, kierujący się natchnieniami swego niedoświadczania, nigdyby nie nabył cierpliwej przenikliwości tego szczególnego człowieka.
Ten mówił dalej sam do siebie, jak gdyby zgoła nie wiedział o obecności Prospera:
— A zatem kiedy te pieniądze nie przyszły od złodzieja, więc oczywiście przyszły od kogo innego, co był przy kasie w chwili kradzieży, co nie mógł jej zapobiedz, a teraz sumienie go gryzie. Prawdopodobieństwo przy kradzieży wskazane przez kresę, zamienia się teraz w niezbitą pewność. Ergo, miałem słuszność.
Kasjer słuchał ze wszystkich sił, zmuszając imaginację swą do zrozumienia tego monologu, którego nie śmiał przerwać.
— Szukajmy, — mówił dalej pan Verduret, — szukajmy, kto może być tą drugą osobą, którą sumienie gryzie, a która jednak nie śmiała nic odkryć.
Wziął list, i bardzo wolno, po trzy i cztery kroć odczytywał i skandował frazesy, ważąc wszystkie wyrazy.
— Widocznie, — mówił, — ale to bardzo widocznie, list ten ułożyła kobieta. Nigdy mężczyzna, chcąc oddać przysługę mężczyźnie i posyłając mu pieniądze, nie użyłby tego wyrazu: zasiłek, który jest bardzo ubliżającym. Mężczyzna napisałby: pożyczkę, drobnostkę, ale nigdy zasiłek. Kobieta tylko nieświadoma głupich drażliwostek męskich, mogła uważać znaczenie tego wyrazu za całkiem odpowiednie myśli. Co się zaś tyczy tego frazesu: „Jest serce i t. d.,“ tylko kobieta mogła się nań zdobyć.
Tym razem Prosper mógł iść za biegiem indukcji swego protektora.
— Sądzę, że się pan mylisz, — rzekł, — żadna kobieta nie może być wmięszana w tę sprawę.
Pan Verduret nie uważał na ten zarzut. Może go nie słyszał, może nie chciał zdania swego poddawać pod dyskusję.
— Teraz, — mówił dalej, — postarajmy się odkryć, zkąd zostały wycięte wyrazy składające ten list.
Zbliżył się do okna i zaczął studjować poprzylepiane na nim głoski, ze skrupulatną uwagą jakiegoś uczonego na us, który usiłuje wyczytać stary, na poły zatarty rękopism.
— Drobne czcionki, — mówił, — bardzo delikatne, bardzo czyste, druk nadzwyczaj staranny, papier dość cienki i mocno satynowany. Wyrazy więc te nie były wycięte ani z dziennika, ani nawet z książki powieściowej. Ja jednak widziałem ten druk, znam go. Didot często go używa, inni także.
Zatrzymał się, usta przez pół otworzył, źrenica mu się rozszerzyła, cała jego dusza skoncentrowała się w usiłowaniu wydobycia z pamięci jedynego szczegółu.
W tem uderzył się w czoło.
— Mam już — zawołał, — mam że też ja tego od razu nie poznałem! Wszystkie te litery wycięte są z modlitewnika. A wreszcie zobaczymy, jest sposób sprawdzenia.
Wtedy delikatnie, końcem języka, wilgocąc kilka wyrazów naklejonych na papier, gdy klej już się dostatecznie odwilżył, wziął szpilkę i zaczął je powoli zdejmować. Na odwrotnej stronie jednego wyrazu wydrukowany był łaciński wyraz: Deus.
— Ha! ha! — zawołał z lekkim uśmiechem zadowolenia, — odgadłem. Gdyby Ojciec Tabaret, który wykrył zabójcę wdowej Lerouge był tu, cieszyłby się ze mnie. Ale co się stało z uszkodzonym modlitewnikiem? Czy go spalono? Nie, bo książka oprawna nie pali się łatwo, mógłby, kto nadejść tymczasem. Rzucono go w kąt.
Pan Verduret zamilkł; odźwierny wrócił, prowadząc posługacza z rogu ulicy Pigolle.
— A! w samą porę przychodzisz, mój chłopcze, — rzekł gruby jegomość z najszczerszą miną.
I okazując mu kopertę listu, zapytał:
— Czy przypominasz sobie, że dziś rano przyniosłeś tu ten list?...
— Doskonale, proszę pana, tem bardziej że mi utkwił w oczach ten adres; rzadko kiedy można taki zobaczyć, nieprawda?
— Jestem zupełnie twego zdania. A kto ci go dał, mężczyzna czy kobieta?
— Nie, panie, to posługacz.
Odpowiedź ta, która mocno ubawiła odźwiernego, nie wywołała nawet uśmiechu na twarzy Verdureta.
— Posługacz, — rzekł, — a czy znasz tego kolegę?
— Nigdy go nie widziałem.
— Jak on wygląda?
— Taki ni wielki, ni mały, ubrany był w kurtkę z ciemnozielonego aksamitu, miał blachę na piersiach.
— Do licha mój chłopcze, to rysopis bardzo ogólny, wszyscy posługacze mniej więcej tak samo wyglądają. A może ci ten kolega powiedział, od kogo przyjął ten list?
— Nie, panie. Powiedział mi tylko, kładnąc mi w rękę dziesięć su: Masz zanieść to na ulicę Chaptal, pod 1. 39, dał mi to jakiś stangret na bulwarze... Dziesięć su! jestem pewien, żem na nie zarobił.
Odpowiedź ta zdawała się dekoncertować pana Verdureta. Tyle ostrożności przedsięwziętych dla doręczenia tego listu Prosperowi, niepokoiło go i psuło mu szyki.
— A czy poznałbyś tego posługacza?
— O, niezawodnie! gdybym go zobaczył.
— Uważaj więc. Ile ci przynosi dziennie twoje zatrudnienie?
— Na pewno nie wiem, ale mam bardzo dobrą stację; zawsze będzie ośm do dziesięciu franków.
— Dobrze więc, mój chłopcze, będę ci płacił dziesięć franków dziennie, nie więcej tylko za przechadzkę, to jest za wyszukanie tego twojego kolegi. Co wieczór, około godziny ósmej, przychodzić będziesz do hotelu pod Wielkim Archaniołem, na ulicę św. Michała, zdasz mi sprawę i weźmiesz pieniądze. Zapytasz się tam o pana Verduret. Jeżeli znajdziesz tego posługacza, dostaniesz pięćdziesiąt franków. Czy zgadzasz się na ten układ?
— Jeszczeby też, z największą chęcią, panie.
— Nie trać więc ani minuty i w drogę!
Choć nieświadomy planu pana Verdureta, Prosper zaczął sobie tłumaczyć znaczenie jego poszukiwań. Życie jego niejako zależało od powodzenia, a jednak zapominał o tem przed podziwem, w jaki wprawiała go żywość tego pomocnika, którego zostawił mu ojciec; jego zimna krew, pewność jego indukcji, płodność obserwacji, szybkość działania.
— A więc pan obstajesz przy tem, — zapytał go po odejściu posługacza, — że w tem mojem zdarzeniu jest ręka kobiety?
— Jak najmocniej. Jest w tem kobieta i do tego nabożna, w każdym razie kobieta, która miała przynajmniej dwa modlitewniki, skoro dla napisania do ciebie zepsuła jeden.
— I masz pan jaką nadzieję wynaleźć ją?
— Powiedz wielką nadzieję, mój kochany Prosperze, dzięki temu, że posiadam sposoby czynienia bezpośrednich poszukiwań, z których jeden natychmiast zużytkuję.
Usiadł przy tych ostatnich słowach i szybko nakreślił kilka wierszy na kawałku papieru, który wsunął w kieszeń od kamizelki.
— Jestżeś gotów, — zapytał, — do wyjścia dla odwiedzenia pana Fauvela Dobrze. Chodźmy więc, zarobiliśmy na śniadanie.

VII.

Raul de Lagors nie przesadził wcale mówiąc o nadzwyczajnem znękaniu pana Andrzeja Fauvela.
Od smutnej chwili, kiedy w skutek jego zaskarżenia aresztowano biednego kasjera, bankier, ten człowiek nadzwyczajnie czynny, popadł w najczarniejszą melancholję i zupełnie przestał zajmować się interesami.
On, człowiek tak kochający domowe ognisko, nie pokazywał się w gronie rodziny, tylko przy stole; trącił zaledwie jakiej potrawy i co prędzej wstawał od stołu.
Zamknięty w swym gabinecie, nie dozwalał nikomu dostępu. Jego skurczone rysy, jego zaniedbanie wszelkich interesów, ciągłe roztargnienie, znamionowały zaprzątnięcie głowy jedną jakąś myślą nieustępującą, lub tyranję jakiegoś tajemnego bolu.
W dniu uwolnienia Prospera, około godziny trzeciej, pan Fauvel siedział jak zwykle przy swojem biurku, oparty łokciem, z czołem w dłoniach ukrytem, z okiem wlepionem w próżnię, gdy woźny jego wszedł pędem z miną wystraszoną.
— Proszę pana, — mówił ten człowiek, — przyszedł dawny kasjer, pan Bertomy, z jakimś swoim krewnym: chce koniecznie widzieć się i pomówić z panem.
Na te słowa bankier zerwał się z krzesła, jak gdyby piorun padł o trzy kroki przed nim.
— Prosper! — zawołał dławiony gniewem, — jakto, on śmie!...
Ale zrozumiał, że przed woźnym nie wypada mu wybuchać gwałtownością swego charakteru, zdołał zapanować nad sobą i spokojniejszym rzekł głosem:
— Poproś tych panów.
Jeżeli pan Verduret, ten gruby jegomość z jowialną miną, liczył na ciekawe i wzruszające widowisko, to nie zawiódł się wcale w oczekiwaniu.
Nic straszniejszego jak postawa tych dwóch ludzi, stojących naprzeciw siebie: bankier czerwony, z twarzą wzdętą, jakby go apopleksja uderzyć miała, Prosper bledszy niż człowiek raniony, z którego wypłynęła krwi ostatnia kropla.
Nieruchomi, drżący, oddzieleni trzema zaledwie krokami, patrzali na siebie wzrokiem śmiertelnej nienawiści, gotowi rzucić się jeden na drugiego.
Z minutę przynajmniej pan Verduret badał ciekawie dwóch tych wrogów, z rozwagą i zimną krwią filozofa, który w najgwałtowniejszych uniesieniach namiętności ludzkich, widzi jedynie przedmiot studjów i rozmyślań.
W końcu, gdy milczenie stawało się coraz groźniejszem, zdecydował się zabrać głos, zwracając się do bankiera:
— Wiadomo panu zapewne, — rzekł, — że młody mój krewny został uwolnionym z więzienia?
— Tak jest, — odpowiedział pan Fauvel, który aby nie wybuchnąć, czynił najchwalebniejsze wysilenia; — tak jest, dla braku dostatecznych dowodów...
— Właśnie. Owoż to wyrażenie „dla braku dowodów“ tak jest złowrogiem dla jego przyszłości, że postanowił udać się do Ameryki.
Na tę wieść fizjognomja pana Fauvela zmieniła się nagle. Rysy jego wyciągnęły się, jak gdyby mu coś ulżyło na sercu.
— A więc on wyjeżdża? — powtórzył kilkakrotnie, — wyjeżdża!...
Nie można było omylić się co do intonacji. Wyraz „wyjeżdża,“ tak wymówiony, był śmiertelną zniewagą.
Pan Verduret chciał nic nie zauważyć.
— Mnie się zdaje, — rzekł tonem lekkim, — że postanowienie mojego krewnego jest rozsądne. Chciałem tylko, aby zanim opuści Paryż, złożył uszanowanie swoje dawnemu pryncypałowi.
Gorzki uśmiech zmarszczył usta bankiera.
— Pan Bertomy, — odpowiedział, — mógł był sobie oszczędzić tego kroku przykrego dla nas obu. Ani słuchać go, ani powiedzieć mu nie miałem nic.
Było to wyraźną odprawą, i pan Verduret tak to rozumiejąc, pożegnał pana Fauvela i wyszedł zabierając Prospera, który nie wymówił ani jednej sylaby.
Na ulicy dopiero kasjer odzyskał mowę.
— Chciałeś pan, wymagałeś, — rzekł głosem głuchym, — poszedłem za panem. Jestżeś zadowolony? Cóżem skorzystał na tem, że dodano nową krwawą obelgę do tylu innych?
— Ty nic nie zyskałeś, ale ja. Bez ciebie nie mogłem dostać się do bankiera, i teraz wiem już doskonale, co wiedzieć chciałem; mam pewność, że pan Andrzej Fauvel nie gra żadnej roli w tej kradzieży.
— O panie, — wtrącił Prosper, — można udawać.
— Zapewne, ale nie do tego stopnia. I nie dość na tem. Do moich dalszych projektów potrzebną mi była wiadomość, czy twój pryncypał ma pewne podejrzenia. Teraz śmiało powiedzieć mogę: Tak jest.
Prosper i jego towarzysz zatrzymali się, by swobodniej rozmawiać na rogu ulicy Laffite, wśród obszernego placu, pozostałego po zwaleniu domostw.
Pan Verduret zdawał się niespokojnym, i rozmawiając, odwracał co chwila głowę, jak gdyby kogo oczekiwał.
Niebawem wydał okrzyk zadowolenia.
W końcu tego improwizowanego placu ukazał się Cavaillon, z gołą głową, biegnący pędem.
Tak mu było pilno i tak był zaalarmowany, że ani nie powitał swego wielkiego przyjaciela Prospera, ani mu nawet ręki nie uścisnął; ale zwrócił się wprost do pana Verdureta.
— Wyjechały, — rzekł.
— Dawno?
— Przed kwadransem.
— Do djabła! — zawołał pan Verduret, — nie mamy tym sposobem ani chwili do stracenia.
I oddając Cavaillonowi bilet, który napisał przed kilką godzinami u Prospera, rzekł:
— Masz pan, oddaj to komu wiesz i wracaj czemprędzej, aby nie postrzeżono twojej nieobecności; wychodzić bez kapelusza jest to nieostrożność, która może czujność obudzić.
Młody Cavaillon nie dał sobie dwa razy tego mówić i pobiegł cwałem jak przybył. Prosper zdumiał się.
— Jakto, — rzekł, — pan znasz Cavaillona?
— Zdaje się, — odpowiedział pan Verduret z uśmiechem. — Ale to nie czas do rozmowy. Chodźmy, spieszmy się!
— Gdzież jeszcze idziemy?
— Zobaczysz dalej, nogi za pas!
Sam dawał dobry przykład, bo pędził przez ulicę Lafayette prawie krokiem gimnastycznym. Idąc, a raczej biegnąc, rozmawiał, mało się troszcząc, czy go Prosper słyszy, czy nie.
— Aha, — mówił, — nie ten bierze nagrodę na wyścigach, kto trzyma obie nogi w jednym trzewiku. Jak się trafi na trop, nie można spocząć ani na chwilę. Dziki, który w lasach dziewiczych trafił na ślad stopy nieprzyjaciela, bieży za nim bez wytchnienia, wiedząc, że wiatr albo deszcz może zamazać ślady. Tak samo jest i z nami: najmniejszy wypadek może zniszczyć ślad, za którym idziemy.
Przybywszy pod 1. 81, Verduret zamilkł i zatrzymał się.
— To tu, — rzekł do Prospera, — wnijdźmy.
Weszli i zatrzymali się na drugiem piętrze, przede drzwiami ozdobionemi tablicą mosiężną, na której wyryty był napis: „Magazyn Mód.“
Wzdłuż ściany u wnijścia wisiał pyszny sznurek od dzwonka, ale nie tknął go pan Verduret. Końcem palca zastukał lekko do drzwi w niezwykły sposób i natychmiast, jak gdyby kto oczekiwał tego znaku, drzwi się otworzyły.
Ukazała się kobieta. Mogła mieć około lat czterdziestu, ubiór jej był prosty, ale bardzo przyzwoity. Cichuteńko przeprowadziła Prospera z towarzyszem do jadalnego pokoju, bardzo schludnego, z którego wychodziło kilka drzwi.
Przed panem Verduretem ta kobieta schyliła się bardzo nisko, jak protegowana przed protektorem.
On zaledwie oddał ukłon. Oczyma pytał kobietę. Spojrzenie jego mówiło:
— I cóż?
Kobieta schyliła głowę znacząco.
— Tak.
— Tam, nieprawdaż? — zapytał pan Verduret cichym głosem, wskazując na jedne drzwi.
— Nie, — odpowiedziała kobieta tym samym tonem, — z tamtej strony, w saloniku.
Pan Verduret otworzył natychmiast wskazane drzwi i lekko wprowadził Prospera do saloniku, szepcąc mu do ucha:
— Wejdź, a pamiętaj zachować zimną krew...
Ale na co zdały się zalecania? Na pierwszy rzut oka w salonik do którego wchodził mimowolnie, Prosper wykrzyknął:
— Magdalena!...
Była to istotnie siostrzenica pana Fauvela, piękna, piękniejsza niż kiedykolwiek, pięknością spokojną i pogodną, która wzbudza podziw i poszanowanie.
Stojąc pośrodku salonu, koło stolika założonego materjałami, układała fałdy spódnicy z czerwonego aksamitu, złotem bramowanej, zapewne tej spódnicy, która stanowiła część kostiumu damy dworu Katarzyny Medycejskiej.
Na widok Prospera wszystka krew przypłynęła jej do twarzy, piękne jej oczy zamknęły się przez pół, jakby wpadała w stan omdlenia, i sił jej tak dalece zabrakło, iż musiała oprzeć się o stół, by nie upaść.
Magdalena nie była, i Prosper wiedział o tem, jedną z tych kobiet silnych, które przy lodowatem sercu umysł mają zawsze wolny, które mają czułostki, ale nigdy uczucia prawdziwego; romansowe heroiny, znajdujące sposób wyjścia z każdej okoliczności.
Dusza czuła i do marzeń skłonna, zawdzięczała różnym życia swego przygodom czułość wydelikatnioną, prawie chorobliwą. Ale była dumną, niezdolną do transakcji z sumieniem. Kiedy przemówiła do niej powinność, była posłuszną. Osłabienie jej chwilę tylko trwało, i niebawem oczy wyrażały tylko wyniosłość i gorycz.
— Kto pana ośmielił, — zapytała, — szpiegować moje kroki? Jak pan mogłeś pozwolić sobie śledzić mnie i wchodzić do tego domu?
Prosper oczywiście nic w tem nie zawinił. Chciał jednem słowem wyjaśnić co zaszło. Niemożność tego wyjaśnienia zamknęła mu usta.
— Przysiągłeś mi pan na honor, — mówiła dalej Magdalena, — że nie będziesz usiłował nigdy mnie więcej widzieć. Czy tak pan dotrzymujesz słowa?
— Przysiągłem pani, ale... — zatrzymał się.
— O mów pan!
— Tyle wypadków zaszło od tego dnia, żem sądził, iż mi wolno będzie zapomnieć choćby na godzinę o zobowiązaniu, wydartem mojej słabości. Przypadkowi tylko, a przynajmniej nie własnej mojej woli zawdzięczam to szczęście, że mogę się raz jeszcze znajdować przy pani... Gdym panią zobaczył, serce moje zadrżało wewnętrzną radością. Nie sądziłem, nie, nie mogłem sądzić, że pani niemiłosierniejsza niż świat, odepchniesz w chwili, kiedy jestem tak nieszczęśliwy.
Gdyby Prosper był mniej gwałtownie rzucony w sferę nieprzewidzialności, mógłby był w tych pięknych oczach, które tak długo władały jego dolą, dopatrzeć się śladu walk, jakie miotały Magdaleną.
Ona jednak odrzekła głosem dość pewnym:
— Znasz mnie dosyć, Prosperze, aby mieć przekonanie, że żaden pocisk nie dosięgnie ciebie, któryby i mnie zarazem nie dosięgnął. Ty cierpisz... ja cię żałuję jak siostra żałuje najukochańszego brata...
— Siostra! — wyrzekł z goryczą Prosper, — tak, z tym to wyrazem na ustach wygnałaś mnie od siebie. Siostra! Dla czegóż więc trzy lata kołysałaś mnie najczarowniejszemi złudzeniami? Byłżem dla ciebie bratem wtedy, gdyśmy razem szli do Notre-Dame de Fourvières, w dniu, gdy u stopni ołtarza przysiągłszy sobie miłość wiekuistą, klęczeliśmy razem, a ty zawiesiłaś mi na szyi poświęcony szkaplerzyk, mówiąc: „W imię mojej miłości noś go zawsze, on ci przyniesie szczęście!“
Magdalena chciała mu przerwać czułym i błagalnym gestem, ale on tego nie widział.
— Rok temu już minął, — mówił dalej Prosper, — a w niecały miesiąc potem zwróciłaś mi słowo i wydarłaś mi obietnicę, że cię nigdy widzieć nie będę. Gdybym przynajmniej wiedział, jakim czynem, jaką myślą mogłem ci się nie podobać!... Ale nie raczyłaś mi dać żadnego wyjaśnienia. Tyś mnie wypędziła, a ja, żeby ci być posłusznym, udałem, żem się dobrowolnie oddalił. Powiedziałaś mi, że jakaś nieprzezwyciężona przeszkoda stanęła między nami, i ja ci uwierzyłem. Warjat! Tą przeszkodą jest własne twoje serce, Magdaleno! Jednak aż dotąd pobożnie zachowałem szkaplerzyk... Nie przyniósł mi on szczęścia...
Bielsza i bardziej nieruchoma niż statua, Magdalena schyliła czoło pod tą burzą namiętności bezmiernej. Obfite łzy spływały po jej licu.
— Prosiłam, ażebyś zapomniał, — szepnęła.
— Zapomnieć! — zawołał Prosper wzburzony, jakby usłyszał bluźnierstwo, — zapomnieć! A czyż ja mogę? Czyż jest w mocy mojej zatrzymać bieg krwi w mych żyłach? A ty nigdy nie kochałaś? By zapomnieć, tak samo, jak żeby wstrzymać bicia mego serca, jeden jest tylko sposób... umrzeć!
Słowo to w ten sposób wypowiedziane, akcentem dzikiej rezygnacji, wzburzyło Magdalenę.
— O nieszczęśliwy! — zawołała.
— Tak, nieszczęśliwy! tysiąckroć nieszczęśliwszy, niż sobie wyobrazić możesz. Nie pojmiesz nigdy moich tortur, kiedy od roku muszę co rano, jakoby na nowo dowiadywać się o mojem nieszczęściu i mówić sobie: Stało się, ona mnie już nie kocha! Co pani mówisz o zapomnieniu? Szukałem go nawet w zatrutych czarach i znaleźć nie mogłem. Chciałem zagasić to wspomnienie przeszłości, które płonęło we mnie ogniem pożerającym, napróżno... Kiedy ciało upadało, nieubłagana myśl czuwała jeszcze. Widzisz więc, że mógł mi przyjść na myśl spoczynek, to jest samobójstwo.
— Zabraniam panu wymawiać to słowo.
— Nie możesz niczego zbronić temu, kogo nie kochasz; wszak prawda, Magdaleno?
Przerwała mu gestem nakazującym, jak gdyby sama chciała coś powiedzieć, a kto wie? może wyjaśnić wszystko, usprawiedliwić się.
Ale nagła myśl wstrzymała ją, i z pełnym rozpaczy gestem zawołała:
— Boże mój! cierpię nad siły!
Prosper w innem znaczeniu pojął ten wykrzyknik.
— Litość twoja przybywa za późno, — rzekł z rozdzierającą rezygnacją. — Nie ma już szczęścia dla człowieka, któremu tak jak mnie dozwolonem było przejrzeć niebiańskie rozkosze. Nic mnie do życia przywiązać nie zdoła. Ty zabiłaś we mnie najświętszą wiarę co pocznę? Darmo pytam się przyszłości; nie ma dla mnie ani nadziei, ani obietnic, ani uśmiechów! Patrzę naokoło siebie, i widzę tylko opuszczenie, hańbę i rozpacz!
— Prosperze, przyjacielu mój, bracie mój, gdybyś ty wiedział...
— Wiem tylko jedno, Magdaleno! wiem, że kochałaś mnie, że mnie już nie kochasz, że ja kocham ciebie zapamiętale!
Umilkł. Spodziewał się odpowiedzi. Daremnie! Milczenie ich przerwał jęk przytłumiony.
Jęk ten wychodził z piersi pokojówki Magdaleny, która siedząc przy kominku, płakała.
Magdalena zapomniała o niej; Prosper wchodząc olśniony i zdumiony, nie postrzegł jej.
Teraz spojrzał na nią.
Młoda ta dziewczyna, ubrana w strój zwykły pokojówkom zamożnych domów, była z duszą i ciałem Nina Gypsy.
Prosper doznał tak gwałtownego wzruszenia, że nie zdobył się na żaden wykrzyknik, na żaden wyraz.
Okropność położenia przeraziła go. Stał między dwiema kobietami, które wpływ miały na jego życie: między Magdaleną, dumna dziedziczką, którą ubóstwiał — i został przez nią odepchnięty i Niną Gypsy, biedną dziewczyną, która go kochała i była mu niczem...
I ona słyszała wszystko, ta nieszczęśliwa Gypsy, widziała jak namiętność jej kochanka wybuchała dla innej w strasznych wyrzutach, w szalonych groźbach.
Prosper własnem cierpieniem mierzył cierpienie Niny. Bo ona dotkniętą była nie tylko w obecnej chwili, ale i w przeszłości. Jakież musiało być jej upokorzenie i gniew, gdy się dowiedziała jak nędzną rolę przeznaczyła jej miłość Prospera.
I dziwił się, że ta Gypsy, gwałtowność wcielona, siedziała spokojnie płacząc, że nie powstała z protestacją i przekleństwem.
Tymczasem Magdalena od chwili jak Prosper zamilkł, siłą energji zdobyła się na pozór spokoju.
Wolno, ruchem, którego zaledwie była świadomą, wzięła swój płaszczyk leżący na kanapie.
Gotowa do wyjścia, zbliżyła się do Prospera.
— Dla czego tu przyszedłeś? — zapytała. — Ty i ja potrzebujemy całej mocy duszy. Ty nieszczęśliwy jesteś, Prosperze, ja jestem jeszcze nieszczęśliwszą. Ty masz prawo oskarżać się, ja nie mam prawa ani łzy uronić, a kiedy serce moje pęka, muszę się jeszcze uśmiechać. Ty możesz jeszcze prosić o pociechę przyjaciela, ja nie mogę mieć innego powiernika prócz jednego Boga.
Prosper chciał odpowiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach; dusił się.
— Powiem ci jednak, Prosperze, — mówiła dalej Magdalena, — że nic nie zapomniałam. O! niech to upewnienie żadnej ci nie daje nadziei; dla nas nie ma przyszłości... Jeśli mnie kochasz, żyć będziesz. Nie będziesz tak okrutny, byś śmierć swą dodawał do mych męczarni. Przyjdzie może czas, w którym się będę mogła usprawiedliwić... A teraz, o mój bracie! o mój jedyny przyjacielu bądź zdrów!
I pochyliwszy się ku Prosperowi, dotknęła ustami czoła nieszczęśliwego młodzieńca, i wyszła spiesznie z Niną Gypsy.
Prosper został sam; zdawało mu się, że się ze snu budzi. Wtedy dopiero usiłował zdać sobie sprawę z tego co zaszło; pytał czy nie był igraszką snu, czy go rozum nie opuścił.
Nie mógł w tem nie dostrzedz potężnego wpływu człowieka, który dziś zrana dopiero po raz pierwszy mu się pokazał.
Jakąż to tajemniczą władzę posiadał ten nieznajomy, by według swojej woli przygotowywać wypadki? Zdawał się wszystko przewidywać i odgadywać; znał Cavaillona, wiedział gdzie ma iść Magdalena, umiał niepodległą Ninę Gypsy zobowiązać do posłuszeństwa.
Nagle wpadł w pomieszanie; w chwili gdy Verduret wchodził do saloniku, podbiegł ku niemu jak szalony, blady, groźny, i krótkim, ostrym tonem zapytał:
— Kto pan jesteś?
Gruby jegomość zdawał się bardzo umiarkowanie zdziwiony tym przystępem gwałtowności.
— Przyjaciel twego ojca, — odrzekł, — czyż nie wiesz?
— Panie, to nie jest odpowiedź. W chwili zapomnienia mogłem złożyć wolę moją w ręce człowieka nieznajomego, ale teraz...
— Jakto? czy pan żądasz mojej biografji? Czem jestem, czem byłem i czem mógłbym być?... Co pana to obchodzi? Powiedziałem panu: Ja cię ocalę; w tem tedy rzecz główna, bym cię ocalił.
— Mam jednak prawo zapytać pana jakiemi środkami.
— A to na co?
— Ażebym przyjął środki pańskie, albo je odrzucił.
— A jeżeli ja panu ręczę za powodzenie?
— Panie, to nie dosyć, ja nie zgodzę się na to, by dłużej być pozbawionym mojej woli, by być, bez uprzedzenia, wystawionym na takie próby jak dziś. Człowiek w moim wieku powinien wiedzieć co robi.
— Człowiek w twoim wieku, Prosperze, kiedy jest ślepy, bierze przewodnika, i nie ma prawa wskazywać drogę temu, kto go prowadzi.
Ton pana Verdureta pół żartobliwy, pół właściwy, pół litościwy, nie mógł uspokoić wzrastającej irytacji Prospera.
— Skoro tak! — zawołał, — to ja dziękuję panu za jego usługi, na nic mi się one nie zdały. Jeżelim walczył w obronie czci mojej i życia, to dla tego, że spodziewałem się kiedykolwiek jeszcze posiąść Magdalenę. Dzisiaj wiem, że między nią i mną wszystko skończone; cofam się z walki.
Postanowienie Prospera było tak widoczne, że pan Verduret chwilkę zdał się przerażonym.
— Zaczynasz pan rozum tracić, — rzekł.
— Nie na nieszczęście. Magdalena mnie już nie kocha, reszta mnie nie obchodzi.
Głos jego tchnął taką rozpaczą, że aż pan Verduret się wzruszył.
— Więc nic nie podejrzewasz? — zapytał. — Nie mogłeś pojąć znaczenia jej słów?
Prosper zrobił okropny gest.
— Pan podsłuchiwałeś? — zawołał.
— Wyznaję.
— Panie!...
— Tak, może to nie bardzo delikatnie, ale kto dąży do celu, nie zważa na środki. Słyszałem i cieszę się z tego, gdyż teraz mogę ci powiedzieć: Uspokój się Prosperze, bądź mężnym: Magdalena cię kocha, nigdy kochać nie przestała!
Chory i wtedy nawet gdy wie, że jest zgubiony i bliski śmierci, podaje ucho obietnicom lekarza. Tak stanowcze zapewnienie pana Verdureta oświeciło boleść Prospera promykiem nadziei.
— Oh! — westchnął, na raz uspokojony, — gdybym mógł wierzyć!...
— Wierzaj mi, bo ja się nie mylę. Oh! ty nie odgadłeś tak jak ja męczarni tej zacnej dziewicy, która wije się między miłością i tem co nazywa swym obowiązkiem. Czyż serce twe nie zabiło na jej słowa pożegnania?
— Ona kocha mnie, wolną jest, a ucieka odemnie...
— Wolna!... Nie, ona nie jest wolną. Oddając ci słowo szła za wolą wyższą i niezłomną. Ona spełnia akt poświęcenia. Dla czego? Nie długo się dowiemy, a tajemnica jej poświęcenia odkryje nam tajemnicę machinacji, której ty jesteś ofiarą.
W miarę jak przemawiał pan Verduret, Prosper czuł, że w nim tają wszystkie postanowienia buntu, a nadzieja i wiara wracały do serca.
— Oh! gdybyś pan prawdę mówił, — rzekł z głębokiem westchnieniem.
— Nieszczęśliwy młodzieńcze! i pocóż tak uporczywie zamykasz oczy na oczywistość! Czyż nie rozumiesz, że Magdalena wie nazwisko złodzieja?
— To nie podobna!
— Tak jest. Ale nie ma siły ludzkiej, któraby zdolna była wydrzeć jej to imię. Tak, ona ciebie poświęca, ale ma do tego prawo. skoro sama poświęca się pierwsza.
Prosper został zwyciężony, ale nie mógł bez rozdarcia serca opuścić salonu, w którym ukazała mu się Magdalena.
— Niestety! — zawołał ściskając rękę pana Verdureta, — ja muszę panu wydawać się śmiesznym, głupim... Oh! bo pan nie wiesz, nie możesz wiedzieć jak ja cierpię.
Człowiek z rudemi faworytami smutnie potrząsł głową; w jednej chwili fizjognomja jego zmieniła się, jego oczy tak przygasły, głos zadrżał.
— To co ty cierpisz, — odezwał się, — cierpiałem i ja. Tak jak ty kochałem nie zacną i czystą kobietę, ale kobietę!... Przez trzy lata byłem u jej nóg. Potem nagle pewnego dnia porzuciła mnie, który ją tak kochałem, dla innego, który nią pogardzał. Wtedy jak ty chciałem umrzeć. Niepoczciwa! Ani łzy, ani prośby nie mogły mi jej powrócić. Namiętność nie da się przekonać, ona kochała innego...
— I pan znałeś tego innego?
— Znałem.
— I nie pomściłeś się.
— Nie, — odpowiedział pan Verduret. I tonem szczególnym dodał: — Los pomścił się za mnie.
Z minutę Prosper nie przemówił słowa.
— Jestem więc zdecydowany, — wyrzekł nareszcie. — Cześć moja jest to święty depozyt, z którego winienem rachunek mojej rodzinie. Gotów jestem iść z panem do samego kresu, rozrządzaj pan mną.
W tymże samym dniu, Prosper wierny swemu słowu, sprzedał cały swój sprzęt domowy i rozpisał do swych przyjaciół listy, w których zawiadomił ich o bliskim swym odjeździe do San-Francisco. A wieczorem zamieszkał tak jak i pan Verduret w hotelu pod Wielkim Archaniołem.
Pani Aleksandra dała mu swój najpiękniejszy pokój, bardzo brzydki w porównaniu z wykwintnym salonikiem przy ulicy Chaptal. Ale on nie był w stanie zrobienia tej różnicy. Siadłszy na lichej kanapie, rozpamiętywał wypadki dnia dzisiejszego, znajdując jakąś posępną roskosz w swej samotności.
Około jedenastej czując, że mu głowa ciąży, chciał otworzyć okno, ale dla silnego wiatru musiał je zamknąć natychmiast.
Wtem wiatr dmuchnął, firanki drgnęły i pośrodku pokoju latał mały kawałek papieru.
Prosper machinalnie podjął papier i wpatrzył się weń.
Był on zapisany pismem drobnem, pismem Niny Gypsy, nie można było o tem powątpiewać.
Był to urywek podartego listu, a jeżeli z porozrywanych frazesów nie można było ułożyć zadowalniającego sensu, jednak po nich można było zajechać daleko na skrzydłach imaginacji.
Oto treść jego:
„...pana Raula, byłam bardzo nieroztr...
„...uknutego przeciw niemu, o czem nigdy...
„...uwiadomić Prospera i wtedy...
„...najlepszy przyjaciel, on...
„...rękę panny Ma...
Prosper nie spał tej nocy.

VIII.

Niedaleko od Palais-Royal, przy ulicy Saint Honoré, pod znakiem Bonne-foi, znajduje się mały zakład będący kawiarnią i zarazem składem śliwek, bardzo uczęszczany przez urzędników tej części miasta. W jednej z sal tego skromnego zakładu, Prosper w piątek, to jest nazajutrz po swem uwolnieniu, oczekiwał pana Verdureta, który mu tu naznaczył schadzkę na godzinę czwartą.
Czwarta wybiła; pan Verduret jako uosobniona punktualność, ukazał się. Był jeszcze różowszymniż dnia poprzedniego, i jak wczora miał ten sam na obliczu wyraz zachwycającego zadowolenia z samego siebie.
Kazał podać sobie kawy, a gdy chłopiec oddalił się, zapytał:
— No i cóż, Prosperze, czy załatwione wszystkie nasze czynności?
— Tak, panie.
— Widziałeś się z krawcem.
— Oddałem mu pański list. Wszystko co pan rozkazałeś przyniesione będzie jutro do hotelu pod Wielkim Archaniołem.
— Zatem wszystko idzie dobrze, ponieważ i ja czasu nie traciłem, i przychodzę z wielkiemi nowinami.
O czwartej w Bonne-foi nie ma prawie nikogo. Godzina rannej kawy przeszła już, a pora piołunkówki jeszcze nie nadeszła. Pan Verduret z Prosperem mogli więc swobodnie rozmawiać, nie narażeni na niedyskretne ucho sąsiadów.
Pan Verduret wyjął pulares, ten nieoceniony pulares, który nakształt zaczarowanych książeczek o czarodziejkach, ma odpowiedź na każde zapytanie.
— Oczekując na wysłańców naszych, którym tu zejść się poleciłem, pomówmy trochę o panu de Lagors.
Usłyszawszy to nazwisko, Prosper zachował się inaczej jak dnia poprzedniego; nie protestował. Na podobieństwo niedojrzanych robaczków, które, skoro raz dobiorą się do pnia drzewa, niszczą go w przeciągu nocy, podejrzenie gdy raz przeniknie nasz umysł, rozwija się i wkrótce obala najsilniejszą wiarę.
Odwiedziny Lagorsa, urywek listu Gypsy, owionęły Prospera zwątpieniem, które co godzina, rzec można, zwiększało się i umacniało.
— Czy wiesz, kochany przyjacielu, — mówił dalej pan Verduret, — z jakiej na pewno okolicy pochodzi ten młody pan, który się tak bardzo mieni być twoim przyjacielem?
— Jest on, panie, z tych samych okolic, co pani Fauvel, z Saint-Rémy.
— Czy jesteś tego pewny?
— O! najzupełniej, panie. Mówił to nieraz nietylko mnie, ale także słyszałem, jak to mówił do pana Fauvela i ze sto razy do pani Fauvel, kiedy ta opowiadała o swej kuzynce, matce Lagors, którą bardzo kocha.
— A zatem nie ma tu żadnej wątpliwości ani też omyłki?
— Nie, panie.
— Ho! ho! — ciągnął pan Verduret, — rzecz zaczyna być interesującą.
I przegwizdywał między zębami, co było u niego oznaką wyższego zadowolenia.
— Cóż w tem jest szczególnego, proszę pana? — zapytał Prosper zaintrygowany.
— To, do djabła! — odrzekł gruby jegomość, — że się tak rzecz ma jak przewąchałem. Do pioruna! — mówił dalej, naśladując gęsta hecarzy przedstawiających sztuki na jarmarku. — Saint-Rémy to śliczne miasto, sześć tysięcy mieszkańców na wałach fortyfikacyjnych, pyszne bulwary, ratusz piękny, mnóstwo wodotrysków, wielki handel węglami, zakłady jedwabiu, sławne szpitale i t. d.
Prosper był jak na rozpalonych węglach.
— Przez litość, panie! — zawołał.
— Jest tam także, — mówił dalej pan Verduret, — tryumfalny łuk rzymski nie mający sobie równego i pomnik grecki, ale nie Lagorsa. Saint-Rémy jest Nostradamusa, a nie twojego przyjaciela ojczyzną.
— Jednak, panie, miałem dowody...
— Zapewne. Ale widzisz, dowody się podrabiają; krewnych można sobie zaimprowizować. Twoje objaśnienia są podejrzane, moje dowody niezbite. Tyś się dręczył w więzieniu, a ja tymczasem ustawiałem baterje, zbierałem amunicję by wszcząć ogień. Pisałem do Saint-Rémy i mam kilka odpowiedzi.
— Czy nie zechcesz mi ich pan zakomunikować?
— Trochę cierpliwości, — odpowiedział pan Verduret przewracając pugilares. — A! otóż jest pierwsza, numer pierwszy.
I począł czytać:
— „Lagors, starożytna rodzina, pochodzi z Maillane, zamieszkała w Saint-Rémy od lat stu...“
— A widzisz pan! — zawołał Prosper.
— Dajże mi skończyć, — rzekł pan Verduret.
I czytał dalej:
— „Ostatni z Lagors ów (Juliusz, Rene, Henryk), noszący tytuł hrabiego nie zupełnie prawem zatwierdzony, poślubił w roku 1829 pannę Rozalię, Klaryssę Fontanet de Tarascon; zmarł w grudniu roku 1848, nie zostawiając dziedzica płci męskiej, tylko dwie córki. Przeglądane regestra stanu cywilnego nie wzmiankują również żadnej osoby, któraby nazwisko Lagorsów nosiła.“
— No i cóż, — zapytał gruby człowiek, — cóż ty na to powiesz?
Prosper był przybity.
— Jakimże więc sposobem pan Fauvel nazywa Raula swoim siostrzeńcem? Chcesz powiedzieć, siostrzeńcem swojej żony. Ale idźmy do odpowiedzi numer drugi. Nie jest ona urzędowa, ale rzuca drogocenne światło na dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu twego przyjaciela:
— „Juliusz, Réné, Henryk de Lagors, ostatni tego imienia umarł w Saint-Rény 20. grudnia 1848 roku, w stanie bliskim nędzy. Miał on wprawdzie majątek, ale przedsiębiorstwa zrujnowały go zupełnie.“
— Nie zostawił syna, tylko dwie córki, z których jedna jest nauczycielką w Aix, druga za drobnym negocjantem w Orgon. Wdowa po nim zamieszkała w miasteczku Montagnette, żyje z dobrodziejstw jednej ze swych krewnych, żony bogatego bankiera w stolicy. W całym obwodzie Arles nie ma i jednej osoby nazwiska Lagors.
— Oto i wszystko! — rzekł pan Verduret, — czy nie dosyć?
— To jest, panie, nie wiem dobrze, czy ja śnię, czy jestem na jawie!
— Rozumiem. Ale jeszcze jedną uwagę ci uczynię. Ludzie ściśle myślący powiedzą, że pani Lagors, jako wdowa, po śmierci swego męża mogła mieć dziecko naturalne, nie przyznane, któremu nadała to nazwisko. Zarzut ten istnieć nie może z powodu wieku twego przyjaciela. Raul ma lat 24, a nie ma jeszcze lat 20 od śmierci pana Lagorsa.
Nie było co na to odpowiedzieć; Prosper dobrze to zrozumiał.
— Ależ w takim razie, — rzekł zamyśliwszy się, — któż jest więc Raul?
— Tego nie wiem. Prawdę mówiąc, trudniej jest odkryć kim on jest, aniżeli dowiedzieć się kim nie jest. Jeden tylko człowiek mógłby nas w tym względzie objaśnić, ale ten tego nie zrobi.
— Pan de Clameran, nieprawdaż?
— Właśnie.
— Zawsze wzbudzał on we mnie niewytłumaczony wstręt, — powiedział Prosper. — Ah! gdybyż to można spisać protokół z tego człowieka!
— Mam ja już kilka zapisanych uwag, — odpowiedział pan Verduret, — których mi twój ojciec dostarczył, bo znał dobrze rodzinę Clameran.
— Cóż panu mój ojciec powiedział?
— Nic zadowalającego, uspokój się. Oto dla objaśnienia, przeczytam ci treść jego wiadomości:
„Ludwik de Clameran urodzony w zamku Clameran, w bliskości Tarascon. Miał starszego brata imieniem Gaston. W 1842 roku, w bójce Gaston nieszczęściem zabił jednego człowieka, a drugiego ranił, skutkiem czego zmuszony był wyemigrować. Był to szlachetny chłopiec, otwarty, uczciwy, to też wszyscy go kochali. Ludwik przeciwnie, miał najobrzydliwsze wady i był nienawidzonym.
„Po śmierci ojca Ludwik przybył do Paryża, i w niespełna dwa lata strwonił nie tylko swoją część ze spadku ojcowskiego, lecz także i część brata wygnańca.
„Zrujnowany, odłużony, Ludwik de Clameran zaciągnął się do wojska, i tak się źle sprawował w pułku, że był zesłany do kompanji poprawczej.
„Po wyjściu ze służby, stracono go z oczu; tylko tyle o nim wiedzą, że mieszkał w Anglji, następnie w Niemczech, gdzie miał straszna awanturę w jednem z miast utrzymujących gry hazardowne.
„W roku 1805 znajdujemy go znowu w Paryżu. Tu żył w ostatniej nędzy i uczeszczał w najgorsze towarzystwa, pomiędzy najgorsze kobiety i oszustów.
„Brał się na najbezwstydniejsze wybiegi, gdy jednym razem dowiedział się o powrocie swego brata do Francji. Gaston dorobił się majątku w Meksyku. Młody jeszcze, nawykły do życia czynnego, tylko co nabył w bliskości Oloron hamernię żelaza, kiedy sześć miesięcy temu zmarł na rękach brata swego Ludwika. Smierć ta nie tylko przyniosła naszemu Clameranowi wielki majątek, ale zarazem i tytuł margrabiego.“
Prosper rozmyślał. W przeciągu dwudziestu czterech godzin, podczas których pan Verduret działał w jego oczach, zaczął przejmować się jego badawczą metodą. Jak on starał się uporządkowywać wypadki, zastosowywać okoliczności do podejrzeń, mniej więcej prawdopodobnych.
— Z tego wszystkiego co mi pan mówisz, — rzekł nareszcie, — wypływa, że pan de Clameran, ten nasz Clameran rozumie się, był w straszliwej nędzy, kiedym go pierwszy raz widział u pana Fauvela.
— Oczywiście.
— A wkrótce potem i Lagors przybył ze swej prowincji?
— Właśnie.
— I w miesiąc po jego przybyciu, jednym razem Magdalena odtrąciła mnie od siebie.
— Cóż znowu!... — zawołał pan Verduret, — zaczynasz widzę pojmować i rozwiązywać znaczenie wypadków.
Zatrzymał się na widok nowego gościa, który wchodził do Bonne-Foi. Był to służący z dobrego domu, starannie wyczesany, wygolony, godnie noszący czarne faworyty à la Bergami; miał wysokie buty ze sztylpami, spodnie żółte i kamizelkę wykładaną w paski czerwone i czarne.
Objąwszy szybkim, lecz pewnym wzrokiem dokoła salę, prędko przystąpił do stołu pana Verdureta.
— I cóż, panie Józefie Dubois? — zapytał gruby mężczyzna.
— Ach panie, nie pytaj się, — odpowiedział służący, — interesa pędzą, okrutnie pędzą.
Całą swoją uwagę na jaką tylko mógł się zdobyć, wytężył teraz Prosper na rozpatrzenie się w tym paradnym słudze.
Zdawało mu się, że zna tę fizjognomię. Mówił sobie, iż niezawodnie widział gdzieś to czoło wycięte i te oczy drażniącej ruchliwości. Lecz gdzie? lecz w jakich okolicznościach? Szukał i znaleźć nie mógł.
Tymczasem Józef zasiadł, nie przy stole pana Verdureta, lecz przy sąsiednim, kazał sobie podać szklankę piołunówki, którą zwolna przyrządzał, wpuszczając wodę z góry, kropla po kropli podług zasady.
— Mów! — rzekł do niego pan Verduret.
— Nim zacznę panie, muszę powiedzieć, że nie na różach spoczywa rzemiosło pokojowego sługi i zarazem stangreta u pana de Clameran.
— Do rzeczy, do rzeczy! jutro już żalić się nie będziesz.
— Niech i tak będzie... Otóż wczoraj wyszedł mój ptaszek piechotą około drugiej. Jak zwykle szedłem za nim. Czy pan wie gdzie poszedł? A to wyśmienite! Udał się pod Wielkiego Archanioła, na schadzkę do tej pani.
— Wiem; powiedziano mu, że wyjechała. Cóż dalej?
— Co dalej? Ależ on był wcale niezadowolony z tego, upewniam pana. Wrócił do domu, gdzie ktoś inny, pan Raul de Lagors czekał na niego. Co prawda, to pan Clameran w przekleństwach nie ma sobie równego. Raul zapytał, co słychać nowego i to go w taki straszny gniew wprowadziło. Przyszedłem zniczem, — mówił, — zupełnie z niczem... To tylko wiem, że ta oszustka wyniosła się, że nie wiadomo gdzie jest, słowem, że się nam z rąk wyślizgnęła. — Wtedy obaj bardzo się zadumali i zaniepokoili. — Czy ona wie co ważnego? — zapytał de Lagors. — Nie wie nic nad to, co ci mówiłem, ciągnął Clameran, ale to nic gdyby doszło do uszu człowieka z węchem, mogłoby go naprowadzić na ślady prawdziwe.
Pan Verduret uśmiechnął się jak człowiek, który umie ocenić słuszne powody obawy pana de Clameran.
— Doprawdy! — zawołał, — a to on nie jest zupełnie odarty z rozumu, ten twój miły ptaszek? Cóż dalej?
— Wtedy, panie, pan de Lagors zsiniał i zawołał: „Jeśli to rzecz tak ważna, to trzeba się będzie pozbyć tej jędzy!“ O, to dziarski chłopiec ten pan Raul! Lecz mój pan zaczął się śmiać i wzruszać ramionami. „Głupiec jesteś, powiedział mu, skoro nam przeszkadza kobieta tego rodzaju, trzeba przedsięwziąć środki, aby jej się pozbyć sposobem administracyjnym.“ Ta myśl bardzo ich rozśmieszyła.
— Bardzo wierzę, — potwierdził pan Verduret, — wyborna myśl, tylko na nieszczęście zapóźno się wzięli do jej wykonania. To nic, którego obawia się Clameran, doszło już do uszu bardzo inteligentnych. Ale że nie chcę, aby ci ludzie psuli mi szyki, trzeba zawiadomić biuro obyczajów publicznych.
— Dobrze panie, — powiedział Józef.
Prosper słuchał tego sprawozdania z gorączkową ciekawością, i każde słowo opowiadania rzucało nowe światło na wypadki. Teraz zdawało mu się, że rozumie urywek listu Gypsy. Ten sam Raul, który całe jego zaufanie posiadał, był prostym nędznikiem. Mnóstwo dawniej nierozbieranych okoliczności przychodziło mu teraz na myśl, i dziwił się jak mógł tak długo ulegać ślepocie.
Tymczasem Józef mówił dalej:
— Wczoraj po objedzie mój ptaszek wystroił się jak do ślubu. Ogoliłem go, ufryzowałem, wypachniłem, wycackałem, poczem wsiadł do powozu i zawiozłem go na ulicę Provence, do Fauvela.
— Jakto! — zawołał Prosper, — po obelżywych wyrazach, wyrzeczonych w dniu kradzieży, był tyle zuchwały, że się tam udał?
— Tak, mój paniczu, był tyle zuchwałym, a nawet przesiedział tam cały wieczór, prawie do północy, na moje wielkie umartwienie, bo ja na moim koźle zmokłem jak kura.
— Jaką miał minę wychodząc? — zapytał pan Verduret.
— Gorszą niż gdy wchodził, to rzecz pewna. Gdy następnie zaprowadziwszy konie do stajni, a powóz do wozowni, przyszedłem zapytać go czy czego nie potrzebuje, drzwi były zamknięte, a on lżył mnie za niemi.
I jakby na przetrawienie tego poniżenia, Józef połknął haust piołunówki.
— Czy już wszystko? — zapytał pan Verduret.
— Co do dnia wczorajszego, wszystko panie. Dziś zrana mój ptaszek wstał późno, i ciągle był zły jak brytan. W południe przyszedł ten drugi, Raul, wściekły jak tamten. Zaczęli się kłócić, ależ to panie była kłótnia!... woźnicy mogliby się powstydzić za nich. Naraz mój wielki człowiek, pan Clameran, złapał tamtego za gardło i trząsł nim jak gruszą; jużem sądził, że go zadławi. Ale Raul nie głupi; wyciągnął sobie z kieszeni piękny spiczasty nóż, co zobaczywszy Clameran przeląkł się, puścił go i uspokoił się.
— Lecz cóż przy tem mówili?
— Otóż wtem sęk, panie! — zawołał litośnie Józef; — łotry mówili po angielsku i dla tego nic nie zrozumiałem. Ale że im szło o pieniądze, jestem tego pewny.
— Jakimże sposobem wiesz o tem?
— Jakim panie? że z powodu wystawy powszechnej nauczyłem się jak się mówi pieniądze wszystkiemi językami, a ten wyraz ciągle powtarzali.
Pan Verduret zmarszczywszy brwi, mruczał coś do siebie niezrozumiale, a przypatrujący mu się Prosper pytał sam siebie, czy on czasem nie usiłuje samą mocą zastanowienia domyśleć się, jaki był rzeczywisty duch rozmowy, którego przeniknąć nie mógł prosty służący.
— Pod koniec, — ciągnął dalej Józef, — łotry uspokoiwszy się, zaczęli znów po francusku mówić. Ale cóż mi z tego, kiedy mówili o rzeczach nic nie znaczących, o jakimś balu maskowym w dniu jutrzejszym u bankierów. To tylko zauważałem, ze mój pan wyprowadzając tamtego, rzekł mu: „Ponieważ ta scena jest nieuniknioną, do tego stopnia, że dzisiaj nawet musi się odbyć, bądź więc u siebie w Vésinet tego wieczora. — „Dobrze,“ odpowiedział mu Raul.
Zmrok zapada]. Kawiarnia potrochu napełniła się gośćmi, którzy prawie wszyscy wołali o podanie im piołunówki.
Kelnerzy wskakiwali na krzesła zapalając gaz, co wydawało głuchy odgłos.
— Trzeba zmykać, Józefie, — rzekł pan Verduret, — twój pan może cię potrzebować, a co ważniejsza, jest tu ktoś, co chce ze mną pomówić. Do jutra więc...
Ten ktoś był to Cavaillon, zmieszany i drżący jak nigdy. Rzucał na wszystkie strony niespokojnym wzrokiem, przestraszony jak złodziej, który czuje za sobą całą policję Paryża.
Nie zasiadł jak tamten przy stole pana Verdureta. Ukradkiem uścisnął rękę Prosperowi, i dopiero gdy się zapewnił, że nikt na niego nie zważa, odważył się podać panu Verduretowi mały pakiet mówiąc:
— Oto, co znalazła w szufladzie...
Był to modlitewnik bogato oprawny. Pan Verduret przejrzał go szybko, i zaraz znalazł odrywane wyrazy z listu, który Prosper wczoraj odebrał.
— Byłem moralnie przekonany, — rzekł, podając książkę młodemu człowiekowi, a to jest dowód dotykalny, jedynie mogący cię zbawić.
Na widok tej książki Prosper zbladł, poznał ją odrazo. Była to ta sama, którą ofiarował Magdalenie w zamian za medaljonik poświęcany.
I w samej rzeczy, na pierwszej zaraz karcie Magdalena napisała: „Pamiątka z Notre-Dame de Fourvieres, 17. stycznia 1866 r.
— Ależ to książka Magdaleny! — zawołał.
Pan Verduret nic nie odrzekł. Podniósł się, aby podejść do wchodzącego w tej chwili młodego człowieka, ubranego jak chłopcy z handlu win.
Zaledwie rzucił wzrokiem na liścik, który mu ten chłopiec podał, wrócił zaraz do stołu w stanie nadzwyczajnego wzruszenia.
— Być może, że go już mamy! — zawołał.
I rzuciwszy pięcio-frankową sztukę na stół, nie przemówiwszy słowa do Cavaillona, zabrał Prospera osłupiałego.
— Co za fatalność! — mówił biegnąc po chodniku, — bardzo być może, że nam się wymknie. Pewnie spóźnimy się na stację św. Łazarza, na pociąg odchodzący do Saint Germain.
— Ależ na Boga! o cóż idzie? — pytał Prosper.
— Chodź tylko, spiesz się, w drodze pomówimy.
Gdy przybyli na plac Palais-Royal, pan Verduret zatrzymał się przy fiakrze, którego konie jednym rzutem oka ocenił.
— Ile chcesz za zawiezienie mnie do Vésinet? — zapytał woźnicę.
— Kiedy proszę pana ja tej drogi nie znam...
Ten jeden wyraz Vésinet zupełnie objaśnił Prospera.
— Ja ci wskażę drogę! — zawołał żywo.
— W takim razie, — odrzekł woźnica, — ponieważ jest późna godzina, a pora taka, że psa trudno wypędzić na ulicę, da mi pan dwadzieścia pięć franków.
— A jeśli prędko pojedziesz, ile żądasz?
— Do licha! szlachetny panie, co łaska, gdyby tak trzydzieści pięć, sądzę...
— Dostaniesz sto, — przerwał pan Verduret, — jeżeli dogonisz powóz, który przed pół godziną ztąd odjechał.
— Do pioruna! — krzyknął uradowany woźnica, — niechże pan siada, bo czas drogi.
I klasnąwszy potrójnie biczem po chudych szkapinach, wjechał galopem w ulicę Valois.

IX.

Do Vésinet są dwie drogi. Jedna na lewo ubita, starannie utrzymana, prowadzi do wsi, której nowy kościół pośród drzew przeziera; druga na prawo, świeżo wytknięta, trochę piaskiem pokryta, prowadzi do lasu.
Wzdłuż tej drugiej, która za lat pięć będzie ulicą, mało jest domów gustownie i porządnie zbudowanych; po większej części wznoszą się tam w pewnych od siebie odstępach wśród drzew sielankowe ustronia negocjantów paryskich przez zimę niezamieszkałe.
Na tem to rozdrożu około dziewiątej wieczorem, Prosper kazał stanąć dorożce, do której wsiadł z panem Verduretem na placu Palais-Royal. Dorożkarz zarobił sto franków. Konie były wycieńczone, ale przed pięcią minutami pan Verduret i Prosper postrzegli światło latarni od powozu, który nie był dalej jak pięćdziesiąt kroków przed nimi.
Wysiadłszy pierwej, pan Verduret podał dorożkarzowi bilet bankowy.
— Oto masz, — rzekł, — co ci przyobiecałem. Wstąpisz do pierwszego zajazdu, jaki znajdziesz po prawej ręce, wchodząc do wsi. Jeżeli za godzinę nie wrócimy, możesz odjechać do Paryża.
Dorożkarz dziękował bez końca, ale Prosper ani jego towarzysz tego nie słyszeli. Rzucili się, biegnąc prawie w pustą ulicę.
Niepogoda, której przy odjeździe tak się obawiał dorożkarz, była jeszcze gorszą. Deszcz lał strumieniem, a szalony wicher usiłował łamać czarne konary drzew, których trzaskanie równało się gromowym łoskotom.
Ciemność głęboka, nieprzejrzana, tem straszniej wyglądała przy odbłyskach w dali migającej latarni stacyjnej, którą rozhukany wiatr zdawało się że co chwila zagasi.
Już od pięciu minut pan Verduret z Prosperem biegli środkiem drogi zalanej i w kałużę zmienionej, gdy raptem kasjer zatrzymał się.
— Jużeśmy przybyli, — zawołał, — oto mieszkanie Raula!
Przed kratą żelazną, otaczającą odosobniony dom, stała dorożka, ta sama, którą pan Verduret z Prosperem z daleka widzieli.
Owinięty płaszczem woźnica siedział pochylony na koźle i zasnął już mimo wiatru i deszczu, oczekując na gości, których tu przywiózł.
Pan Verduret zbliżył się do powozu, i pociągając woźnicę za płaszcz, zawołał:
— Hej, przyjacielu!
— Jestem panie, jestem!...
Lecz skoro przy świetle latarni dostrzegł tych dwóch ludzi w tem opuszczonem miejscu, wyobraził sobie, że to złodzieje, czyhający na jego kieszeń, a kto wie — może i na życie, i przeląkł się bardzo.
— Już po mnie! — zawołał, wykręcając biczem, — jestem zamordowany.
— Cicho głupcze! — rzekł pan Verduret, — potrzebuję od ciebie jednego objaśnienia, za które zapłacę ci sto su. Czy przywiozłeś tu pewną panię w podeszłym wieku?
To zapytanie i obietnica pięciu franków, zamiast uspokoić dorożkarza, wprawiły go z przestrachu w przerażenie.
— Mówiłem wam już idźcie w swoją drogę; zmykajcie, bo inaczej na pomoc zawołam.
Pan Verduret cofnął się natychmiast.
— Oddalmy się, — szepnął do ucha Prosperowi, — to zwierzę może tak zrobić jak mówi, a skoro zbudzi uwagę, już po naszych projektach... Chodzi o to, żeby wejść niekoniecznie bramą.
Wtedy obaj poszli wzdłuż muru otaczającego ogród, szukając dogodnego miejsca do przeskoczenia.
Ale to nie było łatwem w ciemnościach; mur miał od dziesięciu do dwudziestu stóp wysokości. Na szczęście pan Verduret jest lekkim. Wybrał miejsce najdogodniejsze, odsądził się, rozpędził, i ogromnym skokiem, pomimo swej otyłości, potrafił zawiesić się na brzegu muru. Pomagając sobie następnie nogami, silnemi dłońmi wzniósł się wyżej, i nareszcie wsiadł na mur jak na konia.
Teraz przyszła kolej na Prospera, lecz ten, jakkolwiek dużo młodszy od swego towarzysza, nie posiadał tęgości jego nóg, i pan Verduret był zmuszonym nie tylko wciągnąć, ale i spuścić go na drugą stronę.
Gdy już byli w ogrodzie, pan Verduret zaczął rozpatrywać grunt...
Dom zamieszkany przez pana Lagors stoi pośród obszernego ogrodu. Jest wąski i wysoki, ma dwa piętra i strych.
W jednem z okien drugiego piętra świeciło się.
— Ty co znasz ten dom bywając tu tak często, czy nie mógłbyś mi powiedzieć, co to za pokój, w którym się świeci?
— Jest to pokój sypialny Raula.
— Bardzo dobrze. Teraz zróbmy przegląd innych pokoi. Co się znajduje na dole?
— Kuchnia, gospodarstwo, sala bilardowa i pokój jadalny.
— A na pierwszem piętrze?
— Salon przedzielony na dwa portjerą z materji i gabinet do pracy.
— A gdzież mieści się służba?
— Obecnie Raul nie ma jej wcale. Obsługuje go dwoje ludzi, mąż i żona z Vésinet, przychodzą zrana, a odchodzą po objedzie wieczorem.
Pan Verduret z radości zatarł sobie ręce.
— Kiedy tak wszystko idzie dobrze, — zawołał, — jeden szatan mógłby nam tylko przeszkodzić w podsłuchaniu tego o czem mówią Raul i ta osoba przybyła z Paryża o tej godzinie i w takiej porze... Chodźmy!
Prosper zawahał się; zamiar wydał mu się za śmiały.
— Ależ panie, — powiedział.
— To mi się podoba, — rzekł gruby jegomość drwiącym tonem, — i pocóż przybyliśmy aż tutaj? Czy sądzisz, że dla zabawy?
— Mogą nas odkryć.
— Cóż ztąd?... Za najmniejszym szmerem zdradzającym naszą obecność, wejdziesz pan z całą swobodą jak przyjaciel, który przybył odwiedzić przyjaciela, a drzwi zastał otworem.
Na nieszczęście drzwi, ciężkie dębowe, były zamknięte, pan Verduret wstrząsnął niemi, ale napróżno.
— Co za nierozwaga! — mruknął gniewnym tonem, — powinienem zawsze nosić z sobą moje instrumenta. Taki lichy zamek, którybym lada kluczem otworzył, a tu ani haczyka, ani nawet kawałka żelaza.
Widząc niepodobieństwo swoich usiłowań, odstąpił od drzwi i pobiegł do wszystkich okien, będących na dole. Niestety! wszystkie żaluzje były pospuszczane i dobrze przytwierdzone.
Pan Verduret był zdesperowany. Włóczył się koło domu, jak lis koło kurnika, wściekły, że nie może znaleźć otworu, przez któryby się przedarł.
Wrócił znów na miejsce w ogrodzie, zkąd najlepiej można było widzieć pokój oświetlony.
— Gdyby choć zajrzeć można! — rzekł. — Wiedzieć że tam, tam, — i wskazał ręką na okno, — jest rozwiązanie zagadki, i że oddzieleni jesteśmy od niej tylko trzydziestu lub czterdziestu stopniami tych dwóch piętr!...
Podszedł ku domowi i rozmyślał, jakimby sposobem wdrapać się po ślizgim murze.
— Ja muszę zobaczyć, — powtarzał, — i zobaczę.
Raptem Prosper jakby sobie coś przypominając, rzekł:
— Ależ pamiętam, że tu była jakaś drabina.
— I nic mi o tem nie mówisz! Gdzie jest?
— W głębi ogrodu pod drzewami.
Pobiegli oba i choć z trudnością, znaleźli drabinę leżącą pod murem. Porwali ją i w jednej chwili pod dom zanieśli.
Lecz przystawiwszy ujrzeli, że choćby ją trzymali najbardziej pionowo, z narażeniem się na złamanie karku, jeszcze była za krótka, brakowało bowiem że sześć stóp do okna, w którem się światło paliło.
— Nic z tego nie będzie! — rzekł Prosper zniechęcony.
— Właśnie że będzie! — zawołał tryumfująco pan Verduret.
Stanął na parę stóp od domu twarzą odwrócony od niego, porwał drabinę, podniósł ostrożnie do góry, oparł najniższy szczebel na swoich ramionach, drugi jej koniec umieściwszy jak mógł najwyżej. Złamał przeszkodę.
— A teraz, — rzekł do towarzysza, — wchodź!
Położenie Prospera byłe bolesne; doprowadzony do ostateczności, nie wahał się więcej. Radość przełamanej trudności, nadzieja tryumfu, dodawały mu sił i zwinności tak, że sam siebie nie poznał. Złapał bez wstrząśnienia za szczeble z odwrotnej strony drabiny, i rzucił się na nią pomimo że się trzęsła i chwiała pod jego ciężarem.
Lecz zaledwie miał czas zajrzeć oknem do środka, wydał krzyk, straszny krzyk, który zginął przy odgłosach burzy, a sam spuścił się, czyli raczej spadł na zmoczoną ziemię wołając:
— Nędznik! Nędznik!...
Szybko i z nadzwyczajną siłą zestawił pan Verduret ciężką drabinę na grunt i rzucił się do Prospera, sądząc że niebezpiecznie raniony.
— Co ci się stało? — pytał, — co ci jest?
Ale Prosper już się podniósł.
Pomimo ciężkiego upadku, chwila ta była dla niego tem strasznem przesileniem, w którem dusza wszechwładnie panuje nad ciałem, a ciało martwem jest na cierpienia.
— To jest, — odrzekł głosem ostrym i krótkim, — że Magdalena, czy słyszysz pan, Magdalena jest tam, w tym pokoju, sam na sam z Raulem.
Pan Verduret zmięszał się. Był człowiekiem nieomylnym, tymczasem wnioski jego zawiodły go.
Wiedział dobrze, ze u pana Lagorsa znajduje się kobieta, lecz podług jego domysłów i liściku, który mu Gypsy do kawiarni przysłała, sądził, że tą kobietą jest pani Fauvel.
— Czy się pan czasem nie mylisz? — zapytał.
— Nie panie, nie! ja bym nie mógł wziąć innej kobiety za Magdalenę. Pan coś ją słyszał wczoraj mówiącą, odpowiedz: czy mogłem spodziewać się tej nikczemnej zdrady? „Ona cię kocha, mówiłeś, ona cię kocha!“
Pan Verduret nic nie odrzekł. Rozbity tą omyłką, szukał jej powodów, a przenikliwy jego rozum zaczął je już pochwytywać.
— Więc to jest ta tajemnica, którą Nina odkryła? — ciągnął dalej Prosper. — Magdalena, ta czysta, szlachetna Magdalena, której jak własnej matce wierzyłem, jest kochanką tego fałszerza, co skradł imię, jakie nosi. A ja dobroduszny głupiec, byłem tego nędznika najlepszym przyjacielem. Jemu wypowiadałem wszystkie moje trwogi i nadzieje... a on był jej kochankiem!... Byłem igraszką ich schadzek, śmiali się zapewne z mojej śmiesznej miłości, z mego ślepego zaufania!...
Zatrzymał się, upadł pod gwałtownością wrażeń. Zdeptanie miłości własnej podwaja najstraszniejsze cierpienia. Pewność, że był tak niegodnie zdradzonym i oszukanym, wprawiła go w stan zupełnego odrętwienia.
— Dosyć już tych upokorzeń! — zawołał głosem niesłychanej wściekłości, — nie przyjdzie do tego, żebym nikczemnie schylił głowę pod krwawemi obelgami.
Byłby się rzucił do drzwi, lecz pan Verduret pomimo ciemności pilnował jego poruszeń; zatrzymał go.
— Co robisz?
— Chcę się zemścić! Ah, wybiję te drzwi! nie obawiam się już skandalu, ani hałasu, bo nie mam nic do stracenia! Chcę wejść do tego domu, nie jak złodziej cichaczem, lecz jak człowiek śmiertelnie dotknięty, który przychodzi żądać zadosyćuczynienia za doznaną obrazę!
— Ty tego nie zrobisz. Prosperze.
— A któż mi zabroni?
— Ja!
— Pan?... O, nie sądź! Ukazać się, zabić, samemu umrzeć nareszcie, oto wszystko, co chcę uczynić!
Gdyby nie żelazne dłonie pana Verdureta, Prosper byłby mu się wymknął. Nastąpiła krótka chwila walki między nimi, i pan Verduret zwyciężył.
— Jeżeli będziesz hałasował, — rzekł, — jeżeli obudzisz uwagę, na nic się nie zdadzą nadzieje.
— Nie ma dla mnie nadziei!
— Gdy się Raul opatrzy, ucieknie, a ty będziesz na zawsze zhańbiony.
— Nie dbam o to!
— Ale tu chodzi o mnie, nieszczęsny! ja przysiągłem że wykażę twoją niewinność. W twoim wieku można znaleźć miłość, ale odzyskać splamiony honor nigdy.
Zewnętrzne przeszkody nie istnieją w obec prawdziwej namiętności. Pan Verduret stojąc z Prosperem w deszcz, zmoczeni do nitki, po kolana w błocie, prowadzili namiętną dyskusję.
— Muszę się zemścić! — powtarzał Prosper uparcie, czepiając się tej myśli, — ja się muszę zemścić.
— To się mścij, kiedy koniecznie chcesz! — krzyknął pan Verduret w gniewie, — ale mścij się jak człowiek, a nie jak dziecko!
— Pan mnie obrażasz!
— Tak jest, powtarzam jak dziecko. Pocóż więc idziesz do tego domu? Czy masz broń? Nie. Rzucisz się na Raula, będziecie się bili? A przez ten czas Magdalena odjedzie, i cóż z tego? Jeszcze pytanie kto kogo zwycięży?
Prosper, którego przekonanie o jego bezsilności zwalczało, zamilkł.
— Broń wcale tu nie potrzebna! — mówił dalej pan Verduret, — szaleństwem byłoby zabijać człowieka, którego można zesłać na galery.
— Więc cóż mam zrobić?
— Trzeba czekać. Zemsta słodkim jest owocem gdy dojrzeje Prosper by przekonany. Pan Verduret zrozumiał to, i rzucił mu swój ostatni argument, najpewniejszy, który trzymał w rezerwie.
— Przytem, — dodał, — kto nam zaręczy, że Magdalena dla Raula tu przyjechała? Wszak mamy prze konanie, że robi z siebie poświęcenie! Być może, że wyższa wola, która nakazała jej oddalić ciebie, skłoniła ją do tego kroku dziś wieczorem...
Głos, który przemawia w duchu naszych najdroższych nadziei, zawsze trafia do przekonania. Jakkolwiek mało prawdopodobne, przypuszczenie to uderzyło Prospera. W samej — rzeczy, mruknął, — bardzo być może!
— Latwoby się przekonać, gdybym mógł zobaczyć, dodał Verduret.
Prosper przez chwilkę nie odpowiedział.
— Czy mi pan przyrzekasz, — zapytał wreszcie, — że mi powiesz całą swoją myśl, całą prawdę, jakkolwiek przykrą by dla mnie była?
— Przysięgam ci na honor.
Wtedy Prosper z siłą, której się w sobie nie domyślał, porwał za drabinę, najniższy jej szczebel postawił sobie na ramionach, tak jak to zrobił pan Verduret.
— Wchodź pan! — zawołał.
W jednej minucie, lekko, zręcznie wdarł się pan Verduret na drabinę bez szelestu i stanął przy oknie.
Prosper prawdę mówił. Magdalena była tam, o takiej porze, sam na sam z Raulem de Lagors.
Nie zdejmowała, jak to pan Verduret zauważył, kapelusza ani płaszczyka.
Stojąc na środku pokoju bardzo żywo rozmawiała. Jej postawa, gesta, twarz, zdradzały żywe oburzenie, którego powstrzymać nie umiała, oraz źle ukrywaną wzgardę.
Raul siedział na niskim taborecie, trzymając kleszcze w ręku i poprawiał ogień na kominku. Od czasu do czasu podnosił ręce, wzruszając ramionami, co ma znaczyć u ludzi zrezygnowanych: „Nie na to nie poradzę.“ Pan Verduret oddałby chętnie pierścień drogocenny, który nosił na palcu, aby usłyszeć choćby tylko dziesięć słów z ich rozmowy; ale wiatr był tak gwałtowny, że wszystko zagłuszał, a obawiał się zbliżyć ucho do szyby, aby go nie postrzeżono.
— Widocznie jest to sprzeczka, — pomyślał, — ale to pewna, że nie miłosna sprzeczka.
Magdalena mówiła ciągle, światło od lampy stojącej na kominku padało na twarz. Lagorsa, na której odbijały się wrażenia tej sceny. Wstrząsał się z gniewu chwilami mimo zewnętrznego spokoju, albo silniej rozbijał głownie kleszczami, zapewne kiedy go w czem dotykała.
Magdalena zdesperowana zaczęła go prosić, składała ręce chyląc się, prawie padała na kolana.
Lagors odwrócił głowę. Rzadko odpowiadał i tylko półsłówkami.
Parę razy Magdalena wychodziła i znów wracała nie mogąc się zdecydować oddalić, nie wyprosiwszy łaski.
Nareszcie, znalazła zapewne dość silny argument, bo Raul zerwał się, otworzył kantorek stojący przy kominku, wyjął zwit papierów i podał jej.
— A to co! u djabła, — pomyślał pan Verduret, — w jaką oni grę grają? Czy jaka kompromitująca korespondencja, po którą panienka aż tu przyjechała?
Odebrawszy zwit papierów, Magdalena nie była jeszcze zadowoloną. Mówiła, nalegała, jakby prosząc o coś drugiego. Gdy Raul odmówił, ona rzuciła na stół papiery.
Te papiery szczególnie zajmowały pana Verdureta. Rozrzuciły się po stole i mógł im się dobrze przypatrzeć. Były w różnych kolorach, szare, zielone i różowe.
— Ależ ja się nie mylę, nie jestem ślepy, — pomyślał w duchu pan Verduret, — to są kwity lombardowe.
Magdalena przerzucała stos papierów, szukając. Wyjęła z nich trzy, które złożywszy, wsunęła do kieszeni, a inne ze wzgardą odsunęła.
Teraz już chciała odejść, wyrzekła jakieś słowo, po którem Raul wziął lampę, aby jej poświecić.
Pan Verduret nie potrzebował dłużej tu zostawać. Schodząc ostrożnie, pomrukiwał:
— Kwity lombardowe!... Cóż to za tajemnica niegodna zawiera się w tych papierach?
Przedewszystkiem należało usunąć drabinę.
Być może, że Raul odprowadziwszy Magdalenę, zechce wejść do ogrodu i zobaczy drabinę rysującą się pomimo ciemności na białem tle domu.
Pan Verduret z Prosperem spuścili ją spiesznie na ziemię, nie troszcząc się o krzewy, które nogami tratowali, i pobiegli stanąć w cieniu, w miejscu, zkąd mogli widzieć drzwi od domu i bramę wjazdową.
Prawie, jednocześnie Raul z Magdaleną zjawili się w przedsionku. Raul postawił lampę na ostatnim stopniu, podał rękę młodej dziewczynie, ale ona odepchnęła go gestem okazującym obrażoną dumę, co wlało w serce Prospera balsam radości.
Ta wzgarda nie oburzyła ani zdziwiła Raula; odpowiedział tylko gestem ironicznym, który oznaczał: „Jak ci się podoba!“
Odprowadził ją do bramy, otworzył i zamknął sam, poczem wszedł do domu prędkim krokiem, gdy powóz Magdaleny szybko się oddalił.
— Teraz, — rzekł Prosper, którego wątpliwość dręczyła, — przypomnij pan sobie, że obiecałeś prawdę mi wyjawić, jakakolwiek by ona była. Mów pan, nie obawiaj się, jestem dość silny.
— W takim razie, zachowaj siły na przyjęcie radości, mój przyjacielu. Nim miesiąc upłynie, gorzko pożałujesz nieuzasadnionych podejrzeń dzisiejszego wieczoru. Będziesz się wstydził, żeś posądził Magdalenę o miłość dla takiego Lagorsa.
— Jednak, panie, pozory!...
— Strzeż się pozorów. Na Boga! podejrzenie fałszywe czy prawdziwe jest zawsze na czemś oparte. Ale my tu nocować nie będziemy, ten twój łotr Raul widziałem, że zamknął bramę; trzeba będzie tą samą drogą wracać.
— A cóż będzie z drabiną?
— Gdzie jest, niech sobie leży; ponieważ nie możemy zatrzeć za sobą śladów, niechaj myślą, że to złodzieje.
Przeleźli znów przez mur. Zaledwie uszli z pięćdziesiąt kroków, posłyszeli jak ktoś bramę zamykał, następnie czyjeś kroki i wkrótce jakiś człowiek wyprzedził ich spiesząc na stacje. Gdy już był dość daleko, pan Verduret rzekł:
— To Raul. Józef, nasz dawny służący, opowie nam, że poszedł do Clamerana zdać sprawę z tej sceny. Gdyby przynajmniej byli tyle uprzejmi i mówili po francusku...
Szedł jakiś czas nic nie mówiąc, układając w głowie cały szereg wniosków.
— Po co, u djabła, Lagors, który lubi życie światowe, zabawy i grę, wybrał sobie ten dom odosobniony w Vésinet?
— Może dla tego, — odrzekł Prosper, — że ztąd o ćwierć mili znajduje się willa pana Fauvela nad brzegiem Sekwany.
— Na lato zgadzam się, ale na zimę?...
— Na zimę ma pokój w hotelu Louvre, a oprócz tego na każdą porę mieszkanie w samym Paryżu.
Nie dostatecznie to objaśniło pana Verdureta; zaczął iść pospiesznie.
— Dobrzeby było, — mruknął, — gdyby nasz dorożkarz czekał na nas jeszcze. Nie możemy odjechać tym pociągiem, bobyśmy się mogli spotkać z Raulem na stacji.
Chociaż minęła już godzina od czasu jak Prosper ze swym towarzyszem weszli na rozstajne drogi, dorożkarz, który ich tu przywiózł, był jeszcze w zajeździe wskazanym przez Verdureta.
Dorożkarz nie mógł oprzeć się pokusie; rozmieniwszy bilet stufrankowy, kazał sobie podać objad i dobrego wina, które mu wybornie smakowało. Ujrzawszy swoich dwóch panów był zachwycony. Nie będzie próżno wracał do Paryża. Tylko zdziwił się mocno widząc ich w takim stanie.
— Jak też panowie wyglądają! — zawołał.
Prosper powiedział mu, że szli odwiedzić jednego z przyjaciół, że się zbłąkali i wpadli w rów, jakby rowy znajdowały się w lasku Vésinet.
— A więc to tak! — rzekł dorożkarz.
Na pozór zadowolił się tem wyjaśnieniem. W gruncie zaś nie był dalekim od przekonania, że dwaj jego panowie próbowali, jeśli nie dokonali jakiego niecnego postępku.
Ostatnie to mniemanie musiało podzielać i kilku innych obecnych, niektórzy bowiem spoglądali na nich dziwnym wzrokiem.
Ale pan Verduret przerwał wszystkie komentarze.
— A co, czy jedziemy? — zapytał głosem rozkazującym.
— Natychmiast, panie! — odpowiedział dorożkarz, — zaraz się porachuję i hop na kozioł. Niech panowie tymczasem siadają.
Droga z powrotem była śmiertelnie długa i milcząca.
Prosper zrazu usiłował zawiązać rozmowę ze swoim dziwnym towarzyszem, ale gdy ten odpowiadał tylko pojedynczemi wyrazami. więc zamilkł przez miłość własną. Gniewało go, że ten człowiek wywiera na nim coraz bardziej wpływ panujący.
Fizyczne przyczyny wzmagały jeszcze jego przykrość. Był przeziębły, zlodowaciały do szpiku kości, czuł, że go opanowała jakaś bezwładność i myśli jego zasuwa mgła ciemna.
Jeśli potęga imaginacji nie ma granic, siły fizyczne są ograniczone. Po wysileniu następuje reakcja.
Zasunięty w kąt, nogi oparłszy na przedniem siedzeniu, pan Verduret zdawał się spać; nigdy jednak tak doskonale nie czuwał.
Niezadowolony był jak nie można bardziej. Wyprawa, która w myśli jego miała usunąć wszelkie wątpliwości, sprowadziła nowe komplikacje. Wszystkie szyki, jakie sobie ułożył, pomięszały się najokropniej.
Stan rzeczy był ten sam, lecz okoliczności się zmieniły. Nie mógł sie domyśleć co było przyczyną wspólności sprężyn, wspólnictwa moralnego lub materjalnego, oraz działania w jednym duchu tych czterech aktorów dramatu: pani Fauvel, Magdaleny, Raula i Clamerana.
I szukał w swym płodnym umyśle, który był encyklopedją przebiegów, czy nie znajdzie jakiej kombinacji, któraby go na jakie światełko zaprowadziła.
Północ wybiła, gdy stanęli przed hotelem Wielkiego Archanioła, i dopiero wtedy pan Verduret wyrwany z zadumania przypomniał sobie, że jeszcze objadu nie jadł.
Na szczęście pani Aleksandra czekała, i kolacja w mgnieniu oka stanęła na stole.
Mało powiedzieć, że była z usłużnością i szacunkiem dla swego gościa.
Prosper zauważył, że patrzyła na niego z pewnym rodzajem uwielbiania ze czcią połączonego.
Gdy pan Verduret skończył jeść, powstał.
— Jutro przez cały dzień nie zobaczysz mnie, — rzekł do Prospera, — lecz wieczorem o tej samej godzinie będę tu. Może mi się poszczęści i znajdę czego szukam na balu u panów Jandidier.
Prosper był zdumiony Jakto! Więc pan Verduret myślał znajdować się na balu wydanym przez najbogatszych bankierów stolicy! Dla tego zapewne posyłał po krawca.
— Pan jesteś zaproszony? — zapytał.
Coś nakształt uśmiechu przebiegło w mówiących oczach pana Verdureta.
— Nie jeszcze, — odrzekł, — lecz będę zaproszony.
O! jakżeż dziwnym jest umysł ludzki! Najboleśniejsze myśli snuły się po głowie Prospera; on jednak ze smutkiem obejrzawszy się po swym pokoju, i pomyślawszy o zamiarach pana Verdureta, westchnął:
— Jakiż on szczęśliwy! zobaczy jutro Magdalenę, piękniejszą niż kiedykolwiek w kostiumie damy honorowej.

X.

W połowie ulicy św. Łazarza wznoszą się, jak dwa bliźniaki, pałace panów Jandidier, dwóch sławnych finansistów, którzy nawet bez swych milionów byliby znakomitymi ludźmi.
Czemuż o wszystkich tego powiedzieć nie można!
Te dwa pałace, gdy były na ukończeniu, lat temu kilka, wzbudziły okrzyki zdumienia — oba jednakowe i tak urządzone, że w razie potrzeby stawały się jednym gmachem.
Gdy panowie Jandidier wydają bal, ruchome ściany wyjmują się, i wtedy ich salony są najpiękniejszemi w całym Paryżu.
Okazałość książęca, cudowne pojęcie wygody, gościnność pełna uprzejmości, wszystko to składa się, aby te bale uczynić najwięcej poszukiwanemu Z tego powodu w sobotę cała ulica św. Łazarza zapełniona była pojazdami, które stojąc rzędem jeden za drugim, na swoją kolej wyczekiwały.
O dziesiątej tańczono już w obu salonach.
Bal był kostiumowy. Wszystkie prawie kostiumy były bardzo bogate, wiele z nich odznaczało się wytwornym smakiem, a inne prawdziwą oryginalnością.
Między ostatniemi wyszczególniał się pajac, ale to prawdziwy pajac, z fizjognomią doskonale przedstawiającą ten charakter: oko zuchwałe, usta pożądliwe, żarłoczne, policzki świecące i ruda broda, która zdawała się płomieniem palić.
Kostium zrobiony był podług wszelkich prawideł tradycji: buty ze sztylpami, czapka rogata i żabot koronkowy.
W lewej ręce trzymał rodzaj chorągiewki płóciennej, na której sześć do ośmiu obrazków było namalowanych, jak obrazy na jarmarcznych namiotach. Prawą poruszał maleńką laseczkę, którą niekiedy uderzał w płótno.
Otaczano pajaca, każdy usłyszeć chciał od niego jaki dowcipny kwodlibet, lecz on milczący, trzymał się ciągle przy drzwiach wchodowych.
Dopiero o wpół do jedenastej opuścił swoje stanowisko.
Państwo Fauvel i Magdalena dopiero co weszli.
Mnóstwo osób zgromadziło się w jednej chwili w bliskości drzwi.
Od dziesięciu dni, sprawa bankiera z ulicy Provence była żywiołem wszystkich rozmów, a przyjaciele i nieprzyjaciele cisnęli się do bankiera, jedni by go zapewnić o swej sympatji, inni aby mu powiedzieć kilka zagadkowych wyrazów pożałowania, z rodzaju tych, które najwięcej drażnią i ranią. Jako należący do grona ludzi poważnych, pan Fauvel nie był przebrany; zarzucił tylko krótki jedwabny płaszczyk na ramiona.
Trzymając go pod rękę, pani Fauvel, z domu Walentyna de la Verberie, pochylała się i kłaniała, z pewną wdzięku uprzejmością.
Była to zachwycająca piękność swojego czasu, i tego wieczora nawet, za pomocą uroczego kostiumu, przy złudnem świetle żyrandoli, odzyskała znowu całą świetność i blask młodości. Miała lat czterdzieści pięć, choć wcale na to nie wyglądała.
Wybrała sobie dworski ubiór z ostatnich czasów panowania Ludwika XIV, poważny i wspaniały, złożony z aksamitu i atłasu haftowanego w rzuty, bez żadnych brylantów i klejnotów.
Ubiór ten nosiła ze szlachetną swobodą, pod pudrem miała minę wielkiej damy, jak przystało — mówiły niektóre poczciwe dusze — na pannę de la Verberie, która zniżyła się poślubiając pieniężnego człowieka.
Lecz na Magdalenę zlewały się wszystkich spojrzenia.
Była królową w swoim kostiumie damy honorowej, jakby umyślnie stworzonym, dla wykazania całego bogactwa jej figury.
W ciepłej atmosferze salonów, przy świetle kinkietów, piękność jej w pełni rozkwitała. Nigdy jej włosy nie były tak czarne, cera tak biała, ani oczy wydawały tyle blasku co dzisiaj.
Przy wejściu Magdalena wzięła ciotkę pod rękę, a pan Fauvel znikł w tłumie szukając salonów ze stolikiem gry, które są schronieniem dla ludzi niemłodych.
Bal był dopiero teraz w całym blasku swojej świetności.
Dwie orkiestry, pod przewodnictwem Straussa i jednego z jego pomocników, napełniały oba pałace swoją muzyką. Tłum różnokolorowy mieszał się i kręcił tworząc cudownie piękny chaos złotych materji, atłasów, aksamitów i koronek. Brylanty błyszczały na głowach i piersiach, najbledsze lica rozgrzewały się, oczy świeciły, a ramiona kobiet były bielsze od śniegu przy blasku słonecznym.
Zapomniany razem z chorągiewką swoją, nasz pajac wszedł we framugę okna, i stanął tam opierając się o poręcz rzeźbionego krzesła.
Zdawał się być trochę zachwycony wspaniałością balu i coś nakształt upojenia zawracało mu głowę. Jednak nie tracił z oczu pary, która tańczyła w bliskości niego.
Była to Magdalena, oparta na ramieniu doży jak dukat wyzłoconego; dożą zaś był pan margrabia do Clameran. Wydawał się promieniejący, odmłodniał, nadskakiwania jego miały pozory tryumfu. W przerwach kadryla nachylał się do ucha swej tancerki, szepcąc z powstrzymywanem uwielbieniem. Ona słuchała go jeśli nie z przyjemnością, to przynajmniej bez gniewu, od czasu do czasu, poruszając głową, albo też uśmiechając się.
— Widocznem jest, — mówił do siebie pajac, — że ten łotr udający wielkiego pana stara się o siostrzenicę bankiera; miałem więc wczoraj rację. Ale jakimże sposobem panna Magdalena może słuchać z tak słodką miną głupstw i oświadczyn tego człowieka? Na szczęście nie ma tu Prospera...
Zatrzymał się przed nim stanął człowiek już nie młody, z nadzwyczajną godnością noszący swój płaszcz wenecki.
— Czy przypominasz sobie, panie... Verduret, rzekł, w połowie poważnie, w połowie żartem, — co mi przyrzekłeś?
Pajac skłonił się z uszanowaniem i głęboko, lecz bez poniżenia.
— Pamiętam, — odpowiedział.
— Tylko ostrożnie przedewszystkiem.
— Może pan hrabia być spokojnym mając moje słowo.
— W takim razie zgoda, wiem co ono warte.
Hrabia oddalił się; podczas tej krótkiej rozmowy skończył się kadryl, a Magdalena i pan Clameran znikli.
— Ja ich znajdę przy pani Fauvel, — pomyślał.
I natychmiast rzucił się w tłum, szukając żonę bankiera.
Chroniąc się przed upałem, który stawał się nieznośnie duszącym, pani Fauvel poszła się ochłodzić trochę do wielkiej galerji pałaców Jandidier, zmienionej na dzisiejszą noc, dzieki Cldownemu talizmanowi, który się złotem nazywa, w czarowny ogród, pełen drzew pomarańczowych, girland z róż i lilji, których delikatne kwiaty z upału już się zwieszały.
Pani Fauvel siedziała w bliskości kiosku, niedaleko drzwi od salonu, gdzie grano w karty. Przy niej po prawej siedziała Magdalena, a z lewej strony stał Raul de Lagors.
— Trzeba przyznać, — pomyślał pajac, szukając sobie punktu obserwacyjnego, — że trudno być piękniejszym od tego młodego bandyty.
Teraz Magdalena była smutną. Zerwała kamelję z sąsiedniego krzewu i bezmyślnie obskubywała ją, wzrok mając zatopiony w przestrzeni.
Raul z panią Fauvel pochyleni rozmawiali. Twarze ich zdawały się być spokojne, lecz gęsta jednej z nich, a drżenie drugiego jasno wykazywały głębokie zajęcie i bardzo ważną rozmowę.
W salonie gry znajdował się doża; pan de Clameran umieścił się w ten sposób, aby widzieć panią Fauvel i Magdalenę, sam nie będąc widzianym.
— Jestto wczorajsza historja w dalszym ciągu, — pomyślał pajac, — ach, gdybym mógł podsłuchać jedno słówko tylko. Stojąc za temi kameliami, jestem pewien, żebym dosłyszał.
I zaczął się kręcić w tym celu, ale zbliżyć się nie było tak łatwo, trzeba mu było przejść po za osobami. Lecz skoro się tam dostał, Magdalena powstała, podając rękę Persowi lśniącemu od drogich kamieni.
W tejże chwili podniósł się i Raul, przeszedł do salonu gry, gdzie powiedział parę słów na ucho Clameranowi.
— Więc to tak! — rzekł do siebie pajac, — ci dwaj nędznicy mają te dwie kobiety w swojej mocy, i daremnie się one wydzierają z ich szponów. Lecz jakim to sposobem?
Rozmyślał, gdy naraz wielkie poruszenie zrobiło się w galerji. Ktoś powiedział, że będą tańczyć cudownego menueta w wielkim salonie; że przybyła hrabina Commarin przebrana za Aurorę; a wreszcie trzeba było pójść podziwiać szmaragdy księżnej Korassoff. najpiękniejsze, jakie istniały pod słońcem.
I w jednej chwili galerja zrobiła się próżną. Zostało zaledwie kilku biedaków opuszczonych, mężów zaniedbanych przez żony, które tańczyły, i kilku młodych ludzi nieśmiałych, nie czujących się bynajmniej swobodnymi w swoich kostiumach.
Pajacowi zdawało się, że wybiła godzina sprzyjająca jego zamiarom.
Raptownie opuścił swe miejsce, potrząsając chorągiewką, uderzając pałeczką w płótno i kaszląc z przesadą. Przeszedłszy galerję, umieścił się między fotelem zajętym przez panią Fauvel a drzwiami salonu.
Natychmiast zgromadzili się na około niego wszyscy pozostali w galerji.
Przybrał minę odpowiadającą swojemu charakterowi, czapkę dobrze nasunął na lewe ucho, pochylając się ciałem w tę samą stronę.
Z nadzwyczajną pieszczotliwością i głosem nastrojonym emfatycznie na ton błazna, zaczął mówić:
— Panowie i panie! Dzisiejszego poranku otrzymałem upoważnienie od władzy — tu się ukłonił — tego miasta. A ku czemu?... Oto, panowie, aby mieć honor przedstawić wam widowisko, które ma uznanie pięciu części świata i wielu akademji. W tej oto loży, szanowne panie, rozpocznie się przedstawienie niesłychanego dramatu, który po raz pierwszy granym był w Pekinie, a tłumaczony jest przez naszych najsławniejszych autorów. Panowie, można już zająć miejsca; kinkiety zapalone a aktorowie ubrani.
Przerwał sobie i z doskonałością poniżającą dla instrumentów miedzianych i tolumbasów, naśladował rozdzierające ryturnelle hecarskiej muzyki.
— Ależ, panie i panowie, — mówił dalej, — zapytacie mnie może: Jeżeli sztuka ma się odegrać w loży, cóż ty tutaj robisz? — Co tu robię, panowie? Jestem tu, aby wam dać przedsmak agitacji, senzacji, emocji, palpitacji i innych dystrakcji, które możecie sobie kupić za skromną cenę pięćdziesięciu centymów, dziesięć su... Czy widzicie ten przepyszny obraz? Owoż on przedstawia ośm scen dramatu. Ach, już widzę, jak drżycie! A jednak to nic jeszcze. Ten wspaniały obraz nie daje nam lepszego wyobrażenia o tem przedstawieniu od tego, jakie mamy z kropli wody o morzu, lub z iskierek o słońcu. Mój obraz, panowie, jest to tylko szyld wystawiony w przedsionku sztuki, coś nakształt zapachu potrawy łechcącej podniebienie nim ją na stół podadzą...
— Czy znasz tego pajaca? — zapytał ogromny Turek melancholicznego Poliszynela.
— Nie, ale jak on wybornie naśladuje trąbkę.
— Przewybornie, lecz do czego on zmierza?
To co pajac mówił, było w celu ściągnięcia uwagi pani Fauvel, która od czasu jak Magdalena z Raulem oddalili się, wpadła w głębokie i zapewne bolesne zamyślenie.
I dokazał swego.
Wykrzyki tego przeraźliwego głosu sprowadziły znowu żonę bankiera do stanu rzeczywistości; zadrżała i żywo spojrzała na około siebie, jakby ją ktoś nagle obudził, następnie zwróciła się w stronę pajaca.
Ten mówił dalej:
— Tak więc, panowie, jesteśmy w Chinach. Pierwszy z moich obrazów, tu, w górze z lewej strony — pokazał końcem swej laseczki — przedstawia wielkiego mandaryna Li-Fo na łonie swej rodziny. Piękna, młoda kobieta wsparta na jego ramieniu, jest jego żoną, a dzieci bawiące się na dywanie są owocem tego najszczęśliwszego ze wszystkich związków małżeńskich. Czyż nie napawacie się panowie, zapachem zadowolenia i zacności roztaczającej się z tego cudnego malowidła? Bo też pani Li-Fo jest najcnotliwszą z niewiast, uwielbiającą swego męża i zapamiętale kochającą swe dzieci. Będąc cnotliwą, jest szczęśliwą zarazem, gdyż, jak dobrze powiedział Konfucjusz, cnota daleko więcej daje przyjemności jak występek!...
Nieznacznie pani Fauvel zbliżyła się, opuściła nawet swe krzesło, aby zasiąść na innem w bliskości pajaca.
— Czy widzisz to, — zapytał swego sąsiada melancholijny Poliszynel, — co on powiada, że na jego płótnie wymalowane?
— Dalibóg nie! a ty?
Więcej jak pewna, że płótno szalenie kolorowane, bynajmniej tego nie przedstawiało.
Pajac naśladując poprzednio odgłos bębna, zabrał się znów do mowy, coraz ją więcej przyspieszając:
— Obraz nr. 2. Czy poznajecie tę stara damę siedzącą przed tualetą i z rozpaczą wyrywającą sobie włosy, a zwłaszcza siwe? Nie. Przecież to ta piękna mandarynka z pierwszego obrazu! Widzę łzy w oczach waszych, panie i panowie. Ach, płaczcie! bo nie jest już ona ani piękną, ani cnotliwą, a szczęście jej znikło razem z cnotą. Ach, jest to bolesna historja! Pewnego dnia, nie wiadomo gdzie, na jednej z ulic Pekinu spotkała młodego łotra, pięknego jak anioł, i kocha go, nieszczęśliwa, kocha go!...
Najtragiczniejszym jak można głosem, ze smutną twarzą, wymówił pajac te ostatnie słowa.
Podczas tej tyrady tak zręcznie posuwał się, że teraz znajdował się na wprost żony bankiera, i nie tracił najmniejszego poruszenia jej twarzy.
— Panowie dziwicie się, ciągnął dalej. — a ja bynajmniej nie dziwię się. Mój pan, wielki mistrz, Bilboquet, odkrył nam, że serce nie starzeje się, a na ruinach kwitną najpiękniejsze powoje. Biedna ma lat pięćdziesiąt, a kocha się w młodziku! Ztąd wychodzi ta bolesna i przerażająca scena, która jest bardzo pouczającą!...
— Doprawdy! — mruknął kucharz w białym atłasie, — który cały wieczór bawił, bez powodzenia, wyliczaniem mnóstwa potraw, — doprawdy, sądziłem, że będzie zabawniejszy.
— Lecz dopiero w głębi loży, — mówił pajac, — trzeba zobaczyć zadziwiające skutki błędów mandarynki. Chwilami, promyk rozsądku oświeca jej mózg chorowity, a objawy zgryzot wzruszają najmniej litościwych. Wejdźcie, a za dziesięć su usłyszycie łkania, jakiemi Odeon nie poszczycił się nawet, za dni najświetniejszych. Bo ona rozumie nicość, szaleństwo, śmieszność swojej namiętności, sama przed sobą wyznaje, że się zadaleko puściła w pogoni za widziadłem, wie aż nadto dobrze, że on promieniejący młodością, nie może jej kochać starej już, napróżno usiłującej podtrzymać resztki więdniejącej piękności. Ona czuje, że jeżeli szepce jej w ucho słowa miłości, to kłamie. Odgaduje, że nie dziś, to jutro jego płaszcz zostanie w jej ręku...
I tak ciągnąc z nadzwyczajną gadatliwością ten monolog zwrócony na pozór do grupy osób otaczających go, pajac nie odrywał oczów od żony bankiera.
Lecz nic z tego wszystkiego nie zdawało się jej dotykać.
W pół przechylona na fotelu, była spokojną z okiem niezmąconem, nawet uśmiechnęła się lekko.
— Cóż znowu! — pomyślał zaniepokojony pajac, — czy nie wpadłem czasami na manowce!
Jakkolwiek był zajęty, dostrzegł jednakże nowego słuchacza, dożę, pana de Clameran, który także przyłączył się do koła.
— Na trzecim obrazie, — mówił dalej, chrapowato wymawiając litery r, — stara mandarynka porzuciła zgryzoty sumienia, które są niemiłymi gośćmi. Powiedziała sobie, że jeśli nie miłość, to interes zatrzyma przy niej przyjemnego młodzieniaszka. W tym celu, opatrzywszy go w fałszywą godność, przedstawia go głównym mandarynom stolicy Syna Nieba. Potem, ponieważ ładny chłopiec powinien dobrze się wydać, obdziera się na jego korzyść z wszystkiego co posiada: bransoletki, kolczyki, pierścionki, naszyjniki, perły i djamenty; wszystko przechodzi w jego ręce. Kosztowności te zanosi potwora do domu pożyczkowego na ulicy Tien-Tsi, odmawiając zwrotu rewersów.
Pajac mógł być zadowolonym.
Od niejakiego czasu pani Fauvel okazywała dobrze przez niego zrozumiane oznaki osłabienia i niespokojności.
Próbowała raz powstać i oddalić się; lecz ją siły zdradziły i usiadła przybita do fotelu, zmuszoną będąc słuchać.
— Jednakże, panie i panowie, — ciągnął pajac dalej, — najbogatsze szkatułki wyczerpują się. Nadszedł dzień, w którym mandarynka nie była w stanie nic mu już dać. Wtedy młody łotr powziął zuchwały zamiar przywłaszczenia sobie jaspisowego guzika mandaryna Li-Fo. Ten świetny klejnot będący godłem jego dostojeństwa, nieobliczonej wartości, złożony był w skrzynce granitowej, strzeżonej dniem i nocą przez trzech żołnierzy. Ach, mandarynka się długo ozierała. Wiedziała, że zapewne obwinią winnych żołnierzy, że ich ukrzyżują, jak to jest modą w Pekinie, i ta myśl ją niepokoiła. Lecz chłopiec przemawiał głosem tak czułym, że dalibóg! pojmujecie... guzik jaspisowy znikł. Czwarty obraz przedstawia dwoje przestępnych schodzących ukradkiem schodami skrytemi; patrzcie jak drżą, bledną; patrzcie...
I przerwał.
Dwaj lub trzej z jego słuchaczy widzieli, jak się pani Fauvel słabo zrobiło i pospieszyli jej z pomocą.
Przytem ktoś ściskał mu mocno ramię.
Odwrócił się i zobaczył przed sobą pana Clamerana i Raula de Lagors, bladych i groźnych obu.
— Czego panowie żądacie? — zapytał z najwdzięczniejszą miną.
— Rozmówić się z panem, — odrzekli obadwa.
— Jestem na panów rozkazy.
I poszedł za nimi na drugi koniec galerji, we framugę drzwi balkonowych.
Tam nikt nie powinien na nich zważać, i nikt też nie zważał, oprócz osoby obwiniętej w wenecki płaszczyk, której się pajac tak głęboko pokłonił, mianując:„panie hrabio.“
Tymczasem i menuet się skończył; orkiestry miały pół godziny spoczynku, tłum napływał do galerji, która się znacznie zcieśniła.
Nawet nagłe osłabienie pani Fauvel przeszło zupełnie niepostrzeżone; ci, co to widzieli, złożyli je, gdy rychło przeszło, na karb gorąca. Wprawdzie zawiadomiony pan Fauvel przybiegł, ale widząc, że żona spokojnie rozmawia z Magdaleną, wrócił do swojej partyjki.
Mniej panujący nad sobą od Raula, pan de Clameran zabrał głos:
— Najsamprzód, panie, — zaczął tonem szorstkim, — pragnąłbym wiedzieć, do kogo mówię.
Ale pajac przyrzekł sobie utrzymać charakter igraszki balu kostiumowego, dopóki mu me położą kropki nad J.
W duchu więc i tonie kostiumu swojego odpowiedział:
— Jaśnie oświecony doża, wraz z tym paniczem, pytają mnie zapewne o papiery? Mam je wszystkie w porządku, ah są w ręku władz miejskich razem z mojem imieniem, nazwiskiem, profesją, miejscem stałego zamieszkania, znakami szczególnemi i t. d.
Pan Clameran zatrzymał go gestem wściekłości.
— Pan pozwoliłeś sobie, — rzekł, — najhaniebniejszego podstępu!
— Ja, panie dożo?
— Pan!... Cóż to za bezecna historja, którą pan wygadywałeś?
— Bezecna?... panu to łatwo powiedzieć, ale ja, który ją ułożyłem?...
— Dosyć tego, panie, dosyć! Miejże pan przynajmniej odwagę czynów swoich, i wyznaj, że to jest tylko nędzna i długa insynuacja względem pani Fauvel.
Pajac, podniósłszy głowę do góry, jak gdyby myśli zbierał z sufitu, słuchał z otwartemi ustami, z miną człowieka, który moralnie spada z obłoków. Ktoby go znał jednak, widziałby w jego czarnem oku iskrzące zadowolenie z tego szatańskiego figla.
— A to ciekawym! — rzekł, nie tyle niby odpowiadając, jak raczej rozmawiając sam z sobą, — ciekawym! a to doskonałe! Gdzież tu w moim dramacie o mandarynce Li-Fo jest jaka alluzja do pani Fauvel, której ja nie znam, ani z Adama ani z Ewy? Daremnie szukam, próbuję, trutynuję, nie widzę nic. Chybaby... ale nie, to niepodobna!
— Utrzymujesz pan więc, — przerwał Clameran, — utrzymujesz pan więc, że nie wiesz nic o nieszczęściu, jakie dotknęło panią Fauvel?
Ale pajac zdecydowanym był sprowadzić fakta na drogę precyzji.
— O nieszczęściu? — zapytał.
— Chcę mówić o kradzieży, której pan Fauvel stal się ofiarą i która narobiła, zdaje mi się, dosyć hałasu.
— Aha, wiem! Kasjer jego umknął, zabierając sobie 350.000 franków. Eh, to wypadek pospolity, rzekłbym nawet, niemal codzienny. Co się zaś tyczy odkrycia między tą kradzieżą a mojem opowiadaniem, jakiegoś związku, to inna rzecz...
Pan de Clameran opóźniał odpowiedź. Gwałtowne uderzenie łokciem, które wymierzył mu de Lagors uspokoiło go jak za dotknięciem laski czarnoksięzkiej.
Stał się zimnym jak marmur; mierzył pajaca wzrokiem podejrzliwym, i zdawał się gorzko żałować znaczących słów, które mu wydarło uniesienie.
— Niech i tak będzie! — rzekł tonem wyniosłym, który miał w naturze; — niech i tak będzie, mogłem się omylić, po pańskiem tłumaczeniu przypuszczam to, i mogę uwierzyć.
Ale w tem pajac, przed chwilą tak pokorny, oburknął się na słowo: tłumaczenie. Stawił się dumnie, pięść oparł na biodrze, przesadzając tę minę wyzywającą.
— Ja nie dawałem panu, ja nie potrzebowałem panu dawać żadnego tłumaczenia.
— Panie!...
— Pozwól mi pan skończyć, jeżeli łaska. Gdybym niechcący drasnął w czemkolwiek żonę człowieka, którego szanuję, to od niego tylko, jako od jedynego sędziego i arbitra w rzeczy honor jego obchodzącej, powinienbym się o tem dowiedzieć. Nie jest już on w tym wieku, powiesz pan, by żądać zadosyćuczynienia za obrazę, to być może; ale on ma synów, i jeden z nich jest nawet tu, tylko co go widziałem. Pan pytałeś mnie kto ja jestem, a ja z kolei pana zapytam: Kto pan jesteś, pan, który z własnego swego upoważnienia stawiasz się jako rycerz w obronie pani Fauvel? Jestżeś pan jej krewnym, przyjacielem, powinowatym? Jakiem prawem znieważasz ją, upatrując alluzję tam, gdzie rzecz jest czystym wymysłem?
Nie było co odpowiedzieć na to zapytanie tak silne i logiczne. Pan de Clameran szukał wybiegu.
— Jestem przyjacielem pana Fauvela, — rzekł, — i z tego tytułu mam prawo być zazdrosnym o jego honor, jak o mój własny. A jeżeli ten powód panu nie starczy, dowiedz się pan, że wkrótce rodzina jego będzie moją.
— Aha!
— Tak jest panie, i za tydzień ślub mój z panną Magdaleną będzie urzędowo ogłoszonym.
Wiadomość była tak nieprzewidzianą, tak raptowną, że przez chwilę pajac zafrasował się, i to na dobre.
Ale trwało to sekundę. Skłonił się nisko, z uśmiechem w sam raz tylko ironicznym, że go nie można było zauważać, i rzekł:
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królową balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczyma na wszystkie strony.
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królowa balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczy ma na wszystkie strony.
— Za wiele już tego, panie pajacu, — rzekł tonem krótkim i wzgardliwym, — powiem ci tylko jedną rzecz: że masz długi język!
— Być może. mój paniczu, być może... Ale ramię mam jeszcze dłuższe.
Clameran także chciał zakończyć.
— Dosyć! — dodał tupnąwszy nogą, — nie ma rozmowy z człowiekiem, który ukrywa swą osobistość pod łachmanami kostiumu!
— Możesz pan, panie dożo, iść spytać kto jestem, do gospodarza domu, jeżeli będziesz śmiał...
Spieszny gest Raula zatrzymał na ustach urodzonego właściciela hamerni wyraz obelżywy, któryby może sprowadził jaki wypadek, a przynajmniej prowokację, skandal, wrzawę.
Pajac poczekał chwilę z figlarnym na ustach uśmiechem, a ponieważ obelga nie przychodziła, szukał oczu pana Clamerana i wolno odezwał się:
— Ja jestem najlepszym przyjacielem, jakiego za życia miał nieboszczyk brat pański, Gaston. Byłem jego doradcą, powiernikiem jego ostatnich nadziei.
Te proste słowa spadały na głowę Clamerana jak razy maczugi.
Zbladł okropnie i cofnął się o krok z rękami naprzód, jak gdyby tam, pośród tego balu, powstawało przed nim jakieś widmo.
Chciał odpowiedzieć, protestować, powiedzieć coś, ale groza zmroziła mu w gardle wyrazy.
— Pójdź ztąd, — rzekł doń Lagors, który zachował zimną krew.
I podtrzymując uprowadził go, bo chwiał się jak pijany — muru się chwytał.
— Oh! — zawołał pajac na trzy różne tony. — oh! oh! oh!
Bo i sam był tak prawie ogłuszony, jak właściciel hamerni, a stał we framudze, jak do ziemi przykuty.
Ten frazes tajemniczo-groźny wypowiedział niejako bezmyślnie, bez celu, bez wyrachowanego zamiaru, jedynie, aby nie być w odpowiedzi dłużnym, wiedziony mimowiednie dziwnym instynktem policjanta, który jest jego siła, jak węch jest siłą wyżła.
— Co to znaczy? — myślał, — co znaczy przestrach tego nędznika? Jakież wspomnienie wzbudziłem w jego błotnistej duszy? I niechże tu kto wysławia przenikliwość mojego umysłu, subtelność moich kombinacji! Jest mistrz, który szachuje nas wszystkich bez trudu, który jednym kaprysem swoim burzy wszystkie nasze chimery: tym mistrzem jest przypadek.
Był o sto mil od obecnego położenia, od galerji, od balu u panów Jandidier. Lekkie uderzenie po ramieniu przez tego pana w płaszczu weneckim wróciło go nagle do rzeczywistości.
— Jesteś zadowolonym, panie Verduret? — zapytał.
— Tak i nie, panie hrabio. Nie, bo nie zupełnie osiągnąłem cel, jaki sobie założyłem, prosząc pana o wprowadzenie mnie tu; tak, bo nasi dwaj łotry wydali się o tyle, że wątpliwość jest już niepodobną.
— I jeszcze się skarżysz?
— Nie skarżę się, panie hrabio; błogosławię owszem przypadkowi, powinienbym rzec Opatrzności, która objawiła mi tajemnicę, jakiej się nie domyślałem.
Kilkoro gości zbliżyło się do hrabiego ujrzawszy go, i to przerwało rozmowę. Hrabia oddalił się, rzucając pajacowi spojrzenie nie tyle protekcyjne, ile przyjacielskie.
On natychmiast porzucając swą chorągiew, wpadł w tłum tak już zbity, że z największą trudnością można się było przezeń przecisnąć. Szukał panią Fauvel. Opuściła galerję, i znalazł ją siedzącą na ławeczce w głównym salonie, w rozmowie z Magdaleną. Obie były bardzo ożywione.
— Dobrze, — pomyślał pajac, — rozmawiają o tej scenie, ale co się zrobiło z Lagorsem i Clameranem?
Niedługo zobaczył ich. Chodzili tam i sam, przeciskając się przez grupy, kłaniając się i rozmawiając z wielą osobami.
— Założyłbym się, — pomyślał, — że rozmawiają o mnie. Ci zacni mężowie chcą się dowiedzieć kto jestem. Szukajcie, moi przyjaciele, szukajcie...
Wkrótce zaprzestali. Byli tak zakłopotani, czuli taką potrzebę być sam na sam, żeby oddać się rozmyślaniu, że nie czekając wieczerzy, pożegnali się z panią Fauvel i Magdaleną.
Mówili prawdę. Pajac widział ich jak weszli do przedpokoju, wzięli płaszcze, zeszli ze schodów i znikli za portykiem.
— Na dziś wszystko skończone, — pomyślał, — nie mam już tu co robić.
I z kolei wyszedł także włożywszy na siebie płaszcz, który całkiem prawie zakrywał jego kostium.
Przed bramą stało dosyć dorożek wolnych, ale czas był piękny, choć zimny, bruk suchy; więc pajac postanowił iść pieszo, w nadziei, że świeże powietrze, ruch, sprowadzą ład w jego myśli, jeszcze bardzo rozprószone.
Zapaliwszy cygaro, szedł ulicą św. Łazarza i zawrócił na inną aby się dostać na przedmieście Montmartre.
W tem, w chwili gdy wchodził na ulicę Ollivier, jakiś człowiek wychodząc z cieniu, w którym stał ukryty, poskoczył ku niemu z podniesioną ręką i uderzył go z całej siły.
Szczęściem pajac miał ten dziwny zmysł kota, który się, że tak powiem, podwaja; może jednocześnie śledzić i czuwać nad sobą, patrzyć w jedną stronę i widzieć co się dzieje w drugiej.
Widział, a raczej odgadł człowieka czyhającego w cieniu, przeczuł poniekąd, że się rzuci na niego, tak, że mógł schylić się do połowy, bawiąc się rękami.
Ruch ten z pewnością uratował mu życie, i w ramię tylko otrzymał uderzenie tego wściekłego sztyletu, które miało go zabić.
Gniew, bardziej jeszcze niż ból wydarł mu okrzyk.
— A, psie podły! — krzyknął.
I wraz odskoczywszy o łokieć dalej, stanął do obrony.
Ale ostrożność była niepotrzebną.
Widząc, że cios chybiony, morderca nie zwrócił się, ale popędził dalej i wkrótce zniknął na przedmieściu Montmartre.
— To pewnie Lagors, — pomyślał pajac, — a Clameran musi być niedaleko. Gdy ja obchodziłem kościół z jednej strony, oni obeszli go z drugiej i przyszli tu czatować na mnie.
Rana jednak dokuczała mu srodze.
Podstąpił pod latarnię aby ją obejrzeć.
Nie była ona groźną; ramię przerżnął sztylet od końca do końca.
Rozdarł więc chustkę, zrobił z niej cztery opaski i obwiązał ranę z wprawą chirurga szpitalnego.
— Muszę być na tropie bardzo ważnych rzeczy, skoro ci nędznicy odważyli się na morderstwo. Tacy zręczni jak oni, jeżeliby szło tylko o policję poprawczą, nie narażaliby się dobrowolnie na kryminał.
Niepodobna było stać dłużej na jednem miejscu. Zapewnił się, że choć z mocnym bólem, będzie mógł jeszcze używać skaleczonej ręki, i popędził za swym nieprzyjacielem, trzymając się środka ulicy i unikając ciemnych zakątków.
Nie widział wprawdzie nikogo, ale pewnym był, że go ścigają.
Nie omylił się. Gdy za przybyciem na bulwar Montmartre przeszedł przez środek ulicy, postrzegł dwa cienie, które nieco powyżej przeszły ulicę, prawie równocześnie z nim.
— Mam do czynienia z łotrami ryzykownymi, nawet nie kryją się z zasadzką na mnie. Przebiegli, snać wprawni w podobnego rodzaju awantury, trudno mi będzie ich zbić z tropu. Nie z takimi to chwatami udałby mi się figiel powozowy, na który tak doskonale złapał się Fanferlot. Dodajmy i to, że ten mój djabelski szary kapelusz jest jak latarnia morska, widać go o pół mili.
Szedł tedy w górę bulwaru, i nie oglądając się odgadywał nieprzyjaciela, tak o trzydzieści prawie kroków za sobą.
— A jednakże, — mówił do siebie dalej, — muszę się zdradzić... Jak mi będą iść za piętami, nie będę mógł wejść ani do siebie, ani pod Wielkiego Archanioła. Teraz już nie dla tego idą za mną żeby mnie zabić, ale żeby się dowiedzieć, kto jestem. A gdyby się dowiedzieli, że ten pajac zakrywa pana Verdureta, a pan Verduret znowu Lecoqua, już po moich projektach. Uciekną za granicę, bo pieniędzy im nie brak, a ja pójdę z kwitkiem i z raną na ramieniu.
Myśl, że Raul i Clameran mogą mu uciec, tak go zatrwożyła, że przez chwilę pomyślał, czy nie wypadałoby ich ująć.
A było to koniec końców rzeczą łatwą. Dość mu było rzucić się na nich i zawołać o pomoc; pomoc by przyszła, aresztowanoby ich wszystkich trzech i zaprowadzono do biura komisarza policji.
Tego to prostego a dowcipnego środka używają ajenci służby bezpieczeństwa publicznego, gdy postrzegłszy jakiego wskazanego im złoczyńcę, nie mogą, nie mając mandatu w kieszeni, zaaresztować go osobiście.
Nazajutrz następują wyjaśnienia.
Otóż pajac; miał w ręku dosyć dokumentów, by uzasadnić aresztowanie Lagorsa. Mógł pokazać list i modlitewnik zepsuty, mógł wydać istnienie kwitów lombardowych złożonych w Vésinet, wreszcie okazałby swoje ramię. W najgorszym razie Raul musiałby wytłumaczyć, jakim sposobem ukradł nazwisko Lagors, i w jakim celu podawał się za krewnego pana Fauvela.
Ale również z drugiej strony działając tak pospiesznie, możnaby zapewnić ocalenie największemu przestępcy, Clameranowi. Jakież stanowcze świadectwo mówiło przeciwko niemu?... Żadne. Podejrzenie bardzo było silne, ale faktów brak zupełny.
Wszystko to zważywszy, pajac postanowił działać sam, jak dotąd, i sam przyjść do odkrycia przewidywanej prawdy.
Powziąwszy to postanowienie, kierował się już tak, aby zmylić pogoń nieprzyjaciela.
Zawrócił na bulwar sewastopolski, i porzucając niezdecydowaną postawę, która zdradzała jego wahania, zaczął iść dobrym krokiem.
Przybywszy przed skwer Sztuk i Rzemiosł, zatrzymał się nagle. Napotkał dwóch policjantów, stanął przed nimi i przemówił słów kilka.
Manewr ten wydał przewidywany rezultat: Raul i Clameran zwinęli chorągiewkę i zatrzymali się o jakie dwadzieścia kroków, nie śmiejąc się zbliżyć.
Dwadzieścia kroków!... nie więcej trzeba było pajacowi, by mieć nad nimi górę. Rozmawiając z policjantami, zadzwonił do domu, przed którym stanęli. Suchy szelest sznurka dal mu znać, że furtka jest otwarta, pochylił się więc żywo i wpadł do furtki.
W chwilę potem, gdy policjanci się oddalili, Clameran i Lagors z kolei zadzwonili do tego domu.
Otworzono im i zbudzili odźwiernego, żądając by im powiedział kto jest ten pan, który tylko co powrócił przebrany za pajaca.
Odźwierny powiedział, że nie widział nikogo w masce, co większa, nie wie o tem, by który z jego lokatorów wychodził z domu przebrany.
— Wreszcie, — dodał, — nie mogę być pewnym, bo dom ten ma drugie wyjście na ulicę św. Dyonizego.
— Jesteśmy okradzeni! — przerwał Lagors po angielsku, — nie dowiemy się nigdy kto jest ten pajac.
— Obyśmy tylko nie dowiedzieli się za wcześnie, i to kosztem własnym, — szepnął Clameran, który nagle stał się zamyślonym. W chwili gdy Raul i właściciel hamerni odchodzili pełni niepokoju, pajac lotem strzały wbiegł do hotelu pod Wielkim Archaniołem; na zegarach właśnie biła trzecia.
Siedząc przy oknie, Prosper widział go nadchodzącego.
Od północy oczekiwał jego powrotu z gorączkową niecierpliwością oskarżonego, który oczekuje odczytania wyroku.
Z wielkim też pospiechem wybiegł naprzeciwko niego aż do pół schodów.
— Cóż pan wiesz? — zapytał, — czego się dowiedziałeś? Czy widziałeś Magdalenę? Raul i Clameran czy byli na balu?
Ale pan Verduret nie miał zwyczaju rozmawiać w miejscach, gdzieby go można podsłuchać.
— Przedewszystkiem pójdźmy do twego pokoju i daj mi czemprędzej wody na miednicę, by obmyć tę pieczątkę, która mnie parzy jak ogień.
— Nieba! pan jesteś raniony!
— Tak. Jest to pamiątka od twego przyjaciela, Raula. Ah! dowie się, wiele się płaci za zacięcie takiej skóry, jak ta.
Zimny gniew Verdureta-pajaca miał w sobie coś tak groźnego, że aż Prosper się przeląkł.
On tymczasem obwiązał sobie ramię.
— A teraz, — odezwał się, — pogadajmy. Nieprzyjaciele nasi są uprzedzeni, trzeba w nich ugodzić z siłą i lotem pioruna.
Pan Verduret mówił tonem krótkim i rozkazującym, jak nigdy dotąd przy Prosperze.
— Omyliłem się, — rzekł, — szedłem fałszywą drogą; jest to wypadek, któremu ulegają i najwyrafinowańsi. Wziąłem skutek za przyczynę, muszę się przyznać. W chwili, gdy byłem pewny, że między Raulem i panią Fauvel zachodzą występne stosunki, sądziłem, iż trzymam koniec nitki, która ma nas doprowadzić do prawdy. Powinienem był strzedz się, bo to było proste, zbyt naturalne.
— Czy przypuszczasz pan, że pani Fauvel jest niewinną?
— Zapewne że nie; ale nie jest winną w tem znaczeniu, jak myślałem. Jakież były moje przypuszczenia? Powiedziałem sobie: Zajęta młodym i ujmującym awanturnikiem pani Fauvel podarowała mu imię jednej ze swych krewnych i przedstawiła go mężowi jako swego siostrzeńca. Pomysł był dobry, dla otwarcia występkowi drzwi domowych. Zrazu oddała mu wszystkie pieniądze, jakie miała w zapasie; gdy tych nie starczyło, oddała mu swoje klejnoty, które on pozanosił do Lombardu; gdy i to się wyczerpało, pozwoliła mu sięgnąć do kasy mężowskiej... Tak oto myślałem.
— No i w ten sposób wszystko by się wytłumaczyło.
— Nie, nie wszystko... wiedziałem o tem, i pod tym względem postąpiłem z opłakaną lekkomyślnością. Jakżeż tu, przy moim pierwszym systemacie, wytłumaczyć przewagę Clamorana?
— Clameran jest poprostu wspólnikiem Lagorsa.
— Ah! właśnie w tem jest błąd! Ja sam zrazu sądziłem, że Lagors jest wszystkiem, a tymczasem w istocie rzeczy jest on niczem. Wczoraj w sprzeczce, jaka zawiązała się między nimi, właściciel hamerni rzekł do swego dawnego przyjaciela: „A nadewszystko mój chłopcze wybij sobie z głowy wszelki opór, zgniótłbym cię jak bańkę szklanną.“ W tem jest wszystko.. Fantastyczny Lagors nie jest kreaturą pani Fauvel, ale odbłyskiem Clamerana.
— Do tego, — dodał jeszcze Verduret, — czy nasze pierwsze przypuszczenia objaśniały nam rezygnacyjne posłuszeństwo Magdaleny? Ona posłuszną jest nie Lagorsowi, ale Clameranowi.
Prosper próbował protestować.
Pan Verduret nieznacznie wzruszył ramionami. Aby przekonać Prospera, dość mu było wyrzec jedno słowo, powiedzieć, że przed trzema godzinami Clameran zawiadomił go o swem z Magdaleną małżeństwie.
I popełnił wielki błąd, że tego słowa nie wyrzekł.
Przekonany, że będzie miał dosyć czasu zerwać to małżeństwo, nie chciał przymnażać zmartwienia swemu młodemu protegowanemu.
— Clameran, — mówił dalej, — Clameran sam ma w swej mocy panią Fauvel. A jakim sposobem ją trzyma, jaka broń straszna zapewnia mu tę tajemniczą władzę? Z najdokładniejszych wiadomości pokazuje się, że oni zaledwie przed piętnastu miesiącami widzieli się po raz pierwszy, a reputacja pani Fauvel była zawsze nieskazitelną. W przeszłości zatem szukać trzeba tajemnicy tego panowania z jednej strony, a rezygnacji z drugiej.
— Nie dowiemy się nic, — szepnął Prosper.
— Przeciwnie, dowiem się o wszystkiem, skoro tylko poznamy przeszłość Clamerana. Ach! gdy dziś wieczorem wymówiłem w obec niego imię jego brata Gastona, Clameran zbladł i cofnął się jak przed widmem. O ja przypomniałem sobie, że Gaston zmarł nagle, a brat go nawiedzał.
— Przypuszczasz więc morderstwo?...
— Wszystko przypuszczać mogę po ludziach, którzy mnie zabić chcieli. Kradzież, moje dziecko, w dzisiejszych czasach jest tylko podrzędnym szczegółem. Kradzież tę łatwo wytłumaczyć, i gdyby chodziło tylko o to, powiedziałbym: Posłannictwo moje jut skończone, pójdźmy do sędziego śledczego i prośmy go o mandat! Prosper powstał, z piersią wzdętą, z okiem błyszczącem nadzieją.
— Oh! pan wiesz... Czy podobna?...
— Tak... wiem, kto dał klucz, wiem kto dał wyraz.
— Klucz!... mogli otworzyć kluczem pana Fauvela. Ale wyraz...
— Wyraz!... to ty, nieszczęśliwy, wydałeś. Zapomniałeś, prawda? Twoja przyjaciółka, na szczęście, pamięta za was oboje. Czy przypominasz sobie, że na dwa dni przed kradzieżą byłeś na wieczerzy z panią Gypsy, Lagorsem i jeszcze dwoma swoimi przyjaciółmi? Nina była smutna. Pod koniec wieczerzy wpadła na ciebie z wyrzutami, że ją zaniedbujesz.
— Rzeczywiście, przypominam to sobie dobrze.
— A więc wiesz i to, coś jej odpowiedział?
Prosper chwilę się zadumał i odrzekł:
— Nie.
— Nieroztropny! powiedziałeś Ninie: „Niesłusznie wyrzucasz mi, że nie myślę o tobie, bo i w tej chwili nawet imię twoje strzeże kasy pryncypała.“
Prosper zatrząsł się, oczy słupem stanęły mu jak warjatowi: prawda, jak petarda, strzeliła mu do głowy.
— Tak! — zawołał, — przypominam sobie! — Pojmujesz więc resztę. Jeden z dwóch poszedł do pani Fauvel i zmusił ją do wydania mu mężowskiego klucza. Na wszelki wypadek nędznik ustawił guziki na imię Gypsy, i zabrał trzykroć sto tysięcy franków. A wiedz, że pani Fauvel uległa tylko przed potężną groźbą. Nazajutrz po kradzieży ta biedna kobieta była umierającą, i ona to z wielkiem swem narażeniem przysłała ci te dziesięć tysięcy franków.
— Ale kto ukradł? Czy Raul, czy Clameran? Jakie są ich sposoby działania na panią Fauvel. Jakim sposobem Magdalena wmięszaną jest w to bezeceństwo?
— Na to pytanie, mój kochany Prosperze, nie wiem jeszcze co odpowiedzieć, i dla tego to nie pójdziemy jeszcze do sędziego śledczego. Na to trzeba jeszcze najmniej dziesięć dni czasu. Jeśli w dziesięciu dniach niczego się nie dowiem, wrócę, i pójdziemy wszystko co wiemy opowiedzieć panu Patrigent.
— Więc pan oddalasz się?
— Za godzinę będę na drodze do Beaucaire. Wszak to z tamtych stron pochodzą Clameran i pani Fauvel urodzona w de la Verberie?
— Tak, znam ich pochodzenie.
— Otóż tam udam się na zwiady. Ani Raul, ani Clameran nie ujdą nam, policja czuwa nad nimi. Ale, ty Prosperze, dziecko moje, bądź roztropnym. Przysięgnij mi, że będziesz tu więźniem na cały czas mojej nieobecności.
Wszystko czego żądał pan Verduret, Prosper zaprzysiągł calem sercem. Ale nie mógł tak z nim się rozstać.
— Panie, — zapytał, — czyż nigdy nie będę wiedział kto jesteś, jakim przyczynom zawdzięczam twoją potężną pomoc?
Nadzwyczajny człowiek uśmiechnął się smutnie.
— Powiem ci to, — odrzekł, — w obec Niny, w przededniu twoich zaślubin z Magdaleną.
Prosper, dopiero gdy sam został i zatopił się w myślach, pojął należycie, jak dalece pomocnem mu było potężne poparcie Verdureta.
Rozpatrując się w sferze poszukiwać tego tajemniczego protektora, zdziwił się i zdumiał nad jego przenikliwością.
Ileż to odkryć w ciągu niespełna tygodnia i tak dokładnych, chociaż twierdził, że poszedł fałszywą drogą. Z jaką pewnością szedł od danych do wniosków, od faktów stwierdzonych do przypuszczalnych — do odbudowania, jeżeli nie prawdy istotnej, to historji tak prawdziwej, że zdawała się niewątpliwą.
Prosper musiał sobie powiedzieć, że wychodząc z niczego, nigdy nie byłby doszedł do tego rezultatu, który mieszał mu rozum.
Nie tylko, że nie miał najmniejszej przenikliwości, ani subtelności pomysłów pana Verdureta, ale nadto nie posiadał jego węchu, ani śmiałości, nie posiadał tej sztuki, tego kunsztu znaglania do posłuszeństwa, tworzenia sobie ajentów i wspólników, nakłaniania do jednego rezultatu wypadków i ludzi.
Nie mając przy sobie tego przyjaciela w przeciwności, już go zaczął mocno żałować. Żal mu było tego głosu, który raz ostry, drugi raz życzliwy, ośmielał go lub cieszył.
Był teraz osamotnionym aż do przestrachu, nie śmiejąc, że tak powiemy, ani działać, ani myśleć sam przez się; stał się bojaźliwym jak dziecię opuszczone przez niańkę.
Za to chętnie spełniał zlecenia swego mentora. Zamknął się upornie pod Wielkim Archaniołem, nosa nawet za lufcik nie wytykając.
Dwa razy miał wiadomość od pana Verdureta. Raz w liście, w którym przyjaciel pisał mu, że widział się z jego ojcem i otrzymał od niego uczciwe uściśnienie ręki. Drugi raz lokaj pana Clamerana przyszedł od tego, którego nazywał swoim pryncypałem, zawiadomić go, że „wszystko idzie dobrze.“
Rzeczywiście wszystko szło najlepiej, gdy dziesiątego dnia swego dobrowolnego zamknięcia, około godziny dziesiątej wieczorem, Prosperowi koniecznie zachciało się wyjść. Bolała go gwałtownie głowa, kilka nocy źle spał, sądził więc, że świeże powietrze pokrzepi go.
Pani Aleksandra, która, zdaje się, była nieco wtajemniczoną przez pana Verdureta, stawiała mu niejakie przeszkody, ale Prosper nie zważał na to.
— Czego się mam obawiać o tej porze, w tej części miasta? — rzekł. — Pójdę prostą drogą ku Ogrodowi Botanicznemu, i z pewnością nikogo nie spotkam.
Nieszczęście chciało, że nie wypełnił ściśle tego programatu, i że doszedłszy do dworca kolei żelaznej Orleańskiej, gdy mu pić się zachciało, wszedł do jakiegoś zakładu i kazał sobie podać kufel piwa.
Popijając zwolna, wziął jeden z dzienników paryskich le Soleil, i pod rubryką: Wiadomości brukowe, podpisaną przez Jakóba Durand, przeczytał:
„Zapowiadają ślub siostrzenicy jednego z naszych najzacniejszych finansistów, pana Andrzeja Fauvel, z obywatelem prowansalskim, panem Ludwikiem de Clameran.“
Gdyby piorun uderzył w stół przed Prosperem, nie zrobił by na nim takiego wrażenia.
Ta straszna wiadomość, którą powziął znienacka, za pośrednictwem tego głosiciela radości i smutku, co się zwie dziennikiem, dowodziła mu trafność spostrzeżeń pana Verdureta.
Niestety! czemuż ta pewność nie natchnęła go wiarą bezwzględną, to jest męstwem oczekiwania, siłą bezczynności?
Odurzony boleścią, tracąc głowę, widział Magdalenę już nierozerwalnie związaną z tym nędznikiem, powiedział sobie, że może pan Verduret przybędzie zapóźno, i że jakimbądź kosztem trzeba temu przeszkodzić.
Zażądał pióro i papier, i zapominając, że nie ma położenia, któreby upoważniało do tej hańbiącej podłości, która zwie się listem bezimiennym, przekształcając pismo jak mógł, napisał do swego pryncypała:

„Kochany panie!

„Wydałeś pan w ręce sprawiedliwości swego kasjera i dobrze uczyniłeś, ponieważ jesteś pewny, że on ci się sprzeniewierzył. Ale jeśli on zabrał 350.000 franków, czy on także skradł klejnoty pani Fauvel i zaniósł do Lombardu, gdzie się znajdują dotąd?
„Gdybym był na twojem miejscu, to będąc uprzedzony jak pan, nie czyniłbym hałasu. Czuwałbym nad żoną, i przekonałbym się, że dobrze jest czasami wystrzegać się kuzynków.
„Nadto, przed podpisaniem kontraktu ślubnego, poszedłbym do biura prefektury policji, by zasięgnąć wiadomości o szlachetnym panu margrabi Ludwiku de Clameran.

Jeden z twoich przyjaciół.“

Napisawszy ten list, Prosper spiesznie zapłacił i wyszedł.
Potem obawiając się, aby ostrzeżenie jego nie przyszło za późno, kazał sobie wskazać wielkie biuro pocztowe, i dopiero wrzucił list na ulicy Cardinal-Lemoine.
Dotąd nie powątpiewał nawet o właściwości swego postępku.
Ale w ostatniej chwili, gdy dotknąwszy ręką skrzynki, rzucił list i usłyszał głuchy szelest papieru spadającego między papiery, ogarnęło go tysiące skrupułów.
Czy dobrze, że postąpił tak porywczo? Czy ten list nie złamie wszystkich planów pana Verdureta?...
Gdy przybył do hotelu, skrupuły jego zmieniły się w prawdziwy żal.
Józef Dubois przybył w jego nieobecności; przybył w skutek otrzymanej depeszy od pryncypała, zawiadamiającej, że wszystko skończone, że wraca jutro wieczorem o godzinie dziewiątej koleją Lyońską.
Prosper zapadł w najstraszliwszą rozpacz. Oddał by był wszystko na świetle, aby cofnąć ten list.
Istotnie miał powód rozpaczać.
W tej samej godzinie pan Verduret siadał do wagonu kolei żelaznej w Tarascon, przeżuwał całkowity plan działania, aby ze swych odkryć wyciągnąć jak największe korzyści.
Bo odkrył wszystko.
Kombinując to co już wiedział, z tem co usłyszał od dawnej sługi panny de la Verberie i od starego służącego Clameranów, zużytkowując zeznanie ludzi z Vésinet zostających w służbie u Lagorsa, zeznania zebrane i przesłane przez Dubois-Fauferlota, dopomagając sobie notatami wychodzącemi z prefektury policji, dzięki wreszcie swej genialnej zdolności badania i rachunku — zdołał w zupełności, aż do najdrobniejszych szczegółów odkopać straszliwy dramat, którego się domyślał.
Tak jak to odgadł i powiedział, trzeba było w czasie bardzo i bardzo odległym szukać powodów zbrodni, której Prosper padł ofiarą.
I oto jest ten dramat, taki jak on go skreślił na intencję sędziego śledczego, domniemywając się, że opowiadanie jego posłuży za akt oskarżenia.

Koniec tomu pierwszego.


I.
Dramat.

O dwie mile od Tarasconu, na lewym brzegu Rodanu, niedaleko od cudownych ogrodów panów Audibert, leży, zaczerniony przez czas, zaniedbany, podniszczony, ale mocny jeszcze zamek Clameran.
Mieszkał tam w roku 1841 stary margrabia de Clameran, z dwoma synami: Gastonem i Ludwikiem.
Dziwny był to, co najmniej, człowiek ten stary margrabia, z tej upartej szlachty, której zegarki zatrzymały się na roku 1789 i pokazują godzinę z przeszłego wieku.
Przywiązany do swoich złudzeń więcej jak do życia, stary margrabia uparcie zapatrywał się na wypadki zaszłe od roku 1789, jako na szereg opłakanych żartów, śmiesznych pokuszeń garstki spikniętych mieszczan.
Wyszedłszy z kraju zaraz na początku z hrabią d’Artois, wrócił do Francji dopiero w roku 1815, razem ze sprzymierzeńcami.
Powinien był błogosławić niebo za to, że znalazł część ogromnej fortuny swych przodków, małą część wprawdzie, jednak wystarczającą na przyzwoite utrzymanie; ale on nie myślał, jak twierdził, dziękować Bogu za tę drobnostkę.
Zrazu ruszał się bardzo, ażeby dostać jaki urząd przy dworze. Ale w końcu po wielu daremnych zachodach wrócił do swojego zamku, żałując i przeklinając zarazem swojego uwielbianego króla, którego w głębi duszy zaczął uważać za Jakóbina.
Od tej chwili bez trudności nawykł do szerokiego i łatwego życia szlachty wiejskiej.
Mając około piętnaście tysięcy franków dochodu, wydawał co roku od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy, utrzymując, że mieć będzie zawsze dosyć dla doczekania się prawdziwej Restauracji, która niezawodnie zwróci mu wszystkie jego dobra.
Za jego przykładem dwaj jego synowie żyli także hojnie.
Młodszy, Ludwik, wiecznie poszukujący jakichś awantur, goniący za rozrywkami w okolice, pił i grał w grubą grę; starszy, Gaston, usiłował znów wtajemniczyć się w ruch swej epoki, pracował, czytał, odbierał skrycie pewne dzienniki, których sam tytuł zdałby się bluźnierstwem godnem szubienicy.
Słowem, stary margrabia, zawinięty w swą egoistyczną niedbałość, jadł dobrze, pił jeszcze lepiej, polował wiele, lubianym był przez chłopów, a nienawidzonym przez mieszczan sąsiednich, którym dokuczał żartami często dowcipnemi.
Godziny wydawały mu się długie tylko latem, podczas ogromnych upałów panujących w dolinie nadrodańskiej, albo gdy mistral wiał zanadto silnie.
Jednakże i wtedy miał pod ręką niezawodny sposób dystrakcji, zawsze nowy, choć zawsze ten sam, zawsze żywy, zawsze interesujący.
Złorzeczył swojej sąsiadce, hrabinie de la Verberie.
Hrabina de la Verberie, była to długa i chuda kobieta, spiczasta ciałem i charakterem, pyszna, pogardliwa, zimna z tymi, których uważała za równych sobie, dla niższych przykra.
Równie jak i jej szlachetny sąsiad, emigrowała wraz z mężem, który później zginął pod Lutzen, ale na nieszczęście dla swej pamięci, nie w szeregach francuskich.
Gdy margrabia de Clameran odzyskał względną fortunę, ona od swoich protektorów i ze szczodrobliwości monarszej otrzymała tylko mały kawałek ziemi z zamkiem de la Verberie, a za milion indeminizacji 2.500 franków rocznej renty, i to stanowiło całe jej utrzymanie.
Prawda, że zamek de la Verberie starczyłby nie jednym wymaganiom.
Skromniejszy niż Clameran, zamek ten nie ma tak okazałe powierzchowności ani tak wysokich pretensji.
Ale rozmiary jego nierównie rozsądniejsze, wygodny, dobrze zagospodarowany i łatwy do obsłużenia, niby willa wielkiego pana. Przytem okna jego rzeźbione wychodzą na wschód słońca.
Dziwem jest dla całej okolicy ten park rozciągający się od drogi Beaucaire, aż do brzegu rzeki; dziwem przy swoich, wielkich drzwiach, altanach, gaikach, łąkach i strumyku, który przerzyna go z końca do końca.
Tam mieszkała, skarżąc się wciąż i narzekając na życie, hrabina de la Verberie.
Miała ona jedyną córkę, ośmnastoletnią podówczas Walentynę. Blondynka, biała, wysmukła, z wielkiemi drżącemi oczami, była tak piękną, że wszystkie oczy oglądały się za nią jak szła do kaplicy wiejskiej na mszę, której codziennie słuchała.
Rozgłos jej wdzięków, biegnąc po wartkim prądzie Rodanu, rozszedł się w dalekie strony.
Często żeglarze, często silni flisacy, którzy statki swe za pomocą koni idących po gościńcu ciągną w górę rzeki, widywali Walentynę, siedzącą z książką w ręku w cieniu rozłożystych drzew, nad brzegiem wody.
Ona zdaleka siedząc, w białej sukience, z włosami w pół rozpuszczonemi, wydawała się tyra tęgim, a poczciwym ludziom, zjawiskiem tajemniczem i dobrze wróżącem. I często pomiędzy Arelatem i Walencją była mowa o pięknej czarodziejce z de la Vrberie.
Jeżeli margrabia de Clameran nie nawidził hrabiny, pani de la Verberie nie cierpiała margrabiego. Jeżeli on nazywał ją „czarownicą,“ ona nie inaczej mianowała go jak „puszczykiem.“
Jednakże powinni byli porozumieć się z sobą, gdyż o istocie rzeczy mieli zdanie podobne, różnili się tylko w sposobie zapatrywania, czyli inaczej, znajdowali się w doskonałych warunkach do wiecznej dysputy, bez pogodzenia i bez gniewu.
On, utworzywszy sobie pewną własną filozofję, żartował ze wszystkiego i trawił dobrze. Ona, żywiąc w sercu straszliwe urazy, chudła z gniewu i zieleniała ze złości.
Ale mniejsza o to!
Mogliby byli przepędzać z sobą najprzyjemniejsze wieczory, boć wreszcie byli sąsiadami bardzo bliskimi.
Z Clameran można było doskonale widzieć czarnego charta Walentyny, jak biegał po ścieżkach parku de la Verberie, a z zamczyska de la Verberie widać było co wieczór światło w sali jadalnej Clameranów.
Nawet z powodu tego codziennego światła, hrabina codziennie o jednej godzinie mawiała z przekąsem:
— A! oto zaczynają się ich orgie.
Pomiędzy dwoma zamkami przepływał tylko Rodan.
Zkądże powstała ta ich nienawiść?
Hrabina i margrabia byliby w wielkim kłopocie, gdyby im to kazał kto powiedzieć z pewną dokładnością.
Opowiadano, że za panowania Henryka IV, czy też Ludwika XIII, jeden z rodziny de la Verberie uwiódł jedną z Clameranów.
Uwiedzenie to sprowadziło pojedynek; szpady mignęły w powietrzu, krew rozlała się na łące.
Otóż wszystko; nawet i te fakta nie były należycie rozjaśnione.
Ale i na tej kanwie, prawie historycznej, legenda utkała fantastyczne obrazki, i proste to opowiadanie przekazywane z pokolenia na pokolenie, przechodząc z ust do ust, stało się historją tragiczną, posępną, pełną krwi, grozy.
Ztąd też poszło to, co pójść było powinno, co zdarza się zawsze w życiu rzeczywistem, a częstokroć i w romansach, które, jakkolwiek nawet przesadzone, zachowują zawsze jakiś odbłysk prawdy, która je natchnęła.
Poszło zatem, że Gaston zobaczywszy Walentynę na jakiejś uroczystości, zachwycił się jej pięknością i pokochał ją.
Poszło zatem, że Walentyna zauważała Gastona i nie mogła odtąd obejść się bez myśli o nim.
Ale rozdzieleni byli tylą przeszkodami... Każde z nich przez rok blisko, religijnie przechowało swą tajemnicę wgłębi serca, jak skarb najdroższy.
I ten rok, pełen niebezpiecznych a słodkich marzeń, stanowić miał o ich przyszłości. Po słodyczach pierwszego wrażenia, nastąpiło uczucie czulsze, potem przyszła miłość: każde z nich stroiło przedmiot swych myśli w przymioty nadludzkie i doskonałości idealne.
Bo uczucie silne i szczere w samotności tylko rozwinąć się może, powietrze miejskie jest dlań śmiertelnem. Ono, na podobieństwo tych potężnych roślin podrównikowych przeniesionych w nasze cieplarnie, traci blask i woń.
Gaston i Walentyna raz się tylko widząc, już należeli do siebie, gdy wtem wypadek, który pierwszy raz zbliżył ich ku sobie, powtórzył tę samą sposobność.
Przepędzili razem cały dzień u starej księżnej d’Arlange, która przybyła w tę okolicę dla sprzedaży reszty posiadłości.
W dniu tym rozmawiali z sobą już jak starzy przyjaciele, zdziwieni, że znajdują jedno w drugiem echo swych własnych myśli.
I znowu rozdzieliły ich miesiące. Ale wtedy bez porozumienia, znajdowali się w pewnych godzinach nad brzegiem Rodanu i patrzyli na siebie z poza brzegów rzeki.
Nareszcie, pewnego majowego wieczoru, gdy pani de la Verberie pojechała do Beaucaire, Gaston ośmielił się wejść do parku i przedstawić Walentynie.
Była ona zaledwie zdziwioną, bynajmniej nie oburzoną. Niewinność prawdziwa nie przybiera tych dziko wstydliwych min, jakiemi odznacza się niewinność konwencyjna. Walentyna nie pomyślała nawet kazać oddalić się Gastonowi.
Długi czas chodzili wolno pod rękę po głównej ścieżce.
Nie mówili sobie, że się kochają, wiedzieli o tem; powiedzieli sobie ze łzami w oczach, że się kochają bez nadziei.
Uznali to, że nigdy przezwyciężyć nie będą mogli tych niedorzecznych nienawiści rodzinnych; oświadczyli sobie, że wszelkie w tym względzie pokuszenie byłoby szaleństwem. Przysięgli nie zapomnieć o sobie całe życie, i przyrzekli nie widzieć się nigdy, nigdy... raz tylko jeszcze.
Niestety! Walentynie łatwiej to byłoby wybaczyć jak wielu innym. Porywy jej duszy czułej, kochającej a lekkiej, lodowaciały zawsze w szorstkiem obejściu się matki. Nigdy pomiędzy nią a hrabiną nie było tych serdecznych pogadanek, w których matka czyta w sercu swej córki jak w księdze otwartej.
Hrabina widziała w swej córce tylko jedną piękność.
Wtedy mawiała sobie:
— Na przyszłą zimę zapożyczę się, zawiozę tę dziewczynę do Paryża, pchnę ją w świat, a byłoby to wielkiem nieszczęściem, gdybym nie znalazła jakiego bogatego pretendenta, któryby nie rozmiłował się w jej piękności, czarnych oczach, i nie wydobył mnie z tego mizernego położenia.
Takie to u niej było kochanie córki!
To też druga schadzka nie była ostatnią.
A jednak ile to przeszkód do tej schadzki! Gaston nie chciał się powierzyć żadnemu przewoźnikowi, a do mostu było pół mili.
Wtedy pomyślał, że daleko prędzej stanie na miejscu, jeżeli przejdzie rzekę wpław; ale nie tęgim był pływakiem, a przebywać rzekę w tem miejscu najdzielniejsi uważali za rzecz niebezpieczną.
Mniejsza o to! Wyprawił się potajemnie, i raz wieczorem Walentyna widziała go wychodzącego z wody prawie u nóg.
Kazała mu przysiądz, że więcej nie ponowi tej wyprawy. On przysiągł, a nazajutrz i dni następnych ponowił toż samo.
Tylko, ponieważ Walentyna śmiertelnie obawiała się, by go nie uniósł szalony prąd rzeki, umówili się o znak, który miał skracać jej trwogę.
Przy odejściu Gaston zapalał światło w jednem z okien zamku Clameran, a w kwadrans potem był już u nóg swej ukochanej.
Jakież wtedy były zamiary i nadzieje młodych kochanków? Niestety! nic nie zamierzali, nadziei żadnej nie mieli.
Z zamkniętemi oczyma, bez rozmyślań, prawie bez obawy, oddawali się niebezpiecznemu szczęściu codziennych widywań. Nie pomni na huk piorunu, który miał ich zbudzić, usypiali w obecnej błogości.
Czyż nie tak postępuje każde prawdziwe uczucie? Uczucie istnieje samo przez się i w sobie, a to nawet, co powinnoby je tłumić, jak nieobecność, przeszkoda, jeszcze bardziej je rozpłomienia. Jest ono tak wyłącznem, że nie uważa na nic, ani na przyszłość, ani na okoliczności; oprócz zadowoleń obecnych nie widzi nic.
Wreszcie Walentyna i Gaston sądzili, że sami jedni byli panami swej tajemnicy.
Postępowali zawsze z taką ostrożnością! Tak czuwali wzajem nad sobą! Byli tak mocno przekonani, że postępowanie ich jest arcydziełem roztropności i taktu!
Walentyna zawsze taką wybierała godzinę, w której pewną była, że matka jest o nią spokojna.
Gaston przed nikim się nie wydał, nawet przed własnym bratem, Ludwikiem.
Wzbronili sobie imię swe wymawiać głośno. Odmawiali sobie minuty, ostatniego pocałunku, gdy przeczuwali jakie niebezpieczeństwo.
Biedni, naiwni kochankowie! Jak gdyby można coś ukryć przed próżniaczą przenikliwością wsi, przed czujną ciągle, a plotkarską ciekawością umysłów czczych i bezczynnych, nieustannie szukających złej lub dobrej sentencji, plotki niewinnej lub zabijającej!
Oni sądzili się panami tajemnicy, a ona dawno już bujała po świecie, dawno już dzieje ich miłości i schadzek służyły za materjał do wieczornych gawęd.
Czasami wieczorem postrzegli jakiś cień, jakąś łódkę sunącą się po wodzi nieopodal od brzegu i mówili sobie:
— To pewnie jakiś rybak późno wracający.
Mylili się. W łódce tej siedzieli ukryci ciekawi, szpiegujący, którzy uszczęśliwieni z obaczenia młodej pary, biegli co tchu opowiadać z tysiącznemi zmyślonemi szczegółami bezwstydną wyprawę swoją.
Dopiero raz wieczorem, w początkach listopada, Gaston dowiedział się smutnej prawdy.
Po długich deszczach wezbrał silnie Rodan; obawiano się wylewu.

Chcieć przebywać wpław ten ogromny a gwałtowny potok, byłoby to kusić Pana Boga.
Gaston udał się przeto do Tarasconu, w zamiarze przebycia tam mostu i przejścia wzdłuż prawego brzegu rzeki aż do la Verberie. Walentyna czekała go około godziny jedenastej.
Szczególnym zbiegiem okoliczności, on, co ilekroć był w Tarascon, zawsze jadł objad u jednego ze swych krewnych, mieszkającego przy placu de la Charité, dziś zaszedł z przyjacielem do hotelu.
Po objedzie udali się do kawiarni w rynku.
Dosyć szczupła sala tego zakładu, gdy weszli, pełna była młodzieży z miasta. Bilard był wolny; Gaston i jego przyjaciel kazali sobie dać butelkę piwa i zaczęli grać w bilard.
Byli w środku partji, gdy Gaston zwrócił uwagę na śmiechy wychodzące od stołu stojącego w głębi.
Od tej chwili, zajęty temi śmiechami, które widocznie miały jakąś złośliwą intencję, Gaston uderzał w bile bardzo niezręcznie.
Jego zajęcie było tak oczywiste, że zdziwiony przyjaciel zapytał:
— Co tobie jest? nie uważasz na grę, chybiasz gotowe bile.
— Nic mi nie jest.
Partja trwała jeszcze minutę, ale razem Gaston zbladł jak jego bielizna, rzucił gwałtownie kij na bilard i poskoczył do owego stołu.
Było tam pięciu młodzieży, którzy grali w domino i popijali wino grzane.
Gaston stanął przed najstarszym, a był to przystojny dwudziesto-sześcioletni młodzian, z wielkiem błyszczącem okiem, z wąsem w górę zadartym, i nazywał się Juljusz Lazet.
— Powtórz-no pan! — zawołał doń Gaston drżącym od gniewu głosem, — śmiej pan powtórzyć to, coś dopiero powiedział.
— A któż mi zabroni? — odparł Lazet tonem najspokojniejszym. — Powiedziałem i powtarzam, że szlacheckie córy nie więcej warte od cór rzemieślniczych, i że nie tytuł darzy cnotą.
— Wymówiłeś pan nazwisko.
Lazet wstał, jakby przewidując, że odpowiedź jego doprowadzi młodego Clamerana do wściekłości, i że ze słów przyjdzie do czynów.
— Ja, — odrzekł z najzuchwalszym uśmiechem, — wymówiłem nazwisko pięknej czarodziejki z la Verberie.
Wszyscy goście w kawiarni powstali i otoczyli dwóch przemawiających.
Po wyzywających spojrzeniach, jakie nań rzucano, poszeptach, a raczej okrzykach, jakie powstały gdy szedł na Lazeta, domyślił się Gaston, że znajduje się wśród nieprzyjaciół.
Bezpotrzebne złośliwości, nieustanne drwinki starego margrabiego, wydały owoc.
Uraza żwawo i straszliwie fermentuje w sercach i głowach prowansalskich.
Ale Gaston de Clameran nie łatwym był do ustąpienia choćby na cal, chociażby miał stu i tysiąc nieprzyjaciół, a nie piętnastu lub dwudziestu.
— Trzeba być na to nikczemnikiem! — zawołał głosem donośnym, który milczenie czyniło prawie uroczystym, — trzeba być nędznikiem podłym, żeby tak haniebnie lżyć młodą dziewicę, której matka jest wdową, która nie ma ani ojca, ani brata ku obronie swej czci!
— Jeżeli nie ma ani ojca, ani brata, — rzekł Lazet, — za to ma kochanków, a to dosyć.
Ten okropny wyraz „kochanków“ dopełnił miary wściekłości Gastona, i tak już zaledwie powstrzymywanej. Podniósł rękę, a ta z matowym łoskotem padła na twarz Lazeta.
Rozległ się okrzyk w kawiarni, okrzyk grozy. Wszyscy znali gwałtowność charakteru Lazeta, wiedzieli, że posiada siłę herkulesową, odwagę ślepą.
Jednym rzutem przeskoczył stół, który przedzielał go od Gastona, i padając nań, chwycił go za gardło.
Była to chwila strasznego zamięszania. Przyjaciel Clamerana chciał mu przybiedz na pomoc, ale drudzy otoczyli go, zaczęli okładać kijami bilardowemi, powalili na ziemię i wepchnęli pod stół.
Zarówno silni, młodzi i zręczni, Gaston i Lazet walczyli z sobą tak, że jeden drugiego pokonać nie mógł.
Lazet, dzielny chłopiec, zarówno odważny jak prawy, nie chciał żadnej interwencji. Świadectwa na to są jednozgodne. Krzyczał wciąż na swoich przyjaciół:
— Rozstąpcie się, odejdźcie ztąd, ja sam sobie poradzę!
Ale drudzy zanadto byli podnieceni, żeby zostać niemymi świadkami bitwy.
— Dalej! — zawołał jeden z przytomnych, — dalej! odciągnąć markiza.
W tej chwili przypadło kilku i rozdzielili Gastona od Lazeta. Pchali Gastona ku bilarowi, jedni chcieli go przewrócić, drudzy podbijali mu nogi.
On bronił się z energją rozpaczy, czerpiąc w swem dobrem prawie silę, jakiejby nikt po min się nie spodziewał. I broniąc się zacięcie, zarzucał obelgami swych nieprzyjaciół, zwąc ich nikczemnikami, nędznymi bandytami, którzy we dwudziestu stają przeciw jednemu mężnemu człowiekowi.
Kręcił się około bilardu, cofając się ku drzwiom i zbliżając się do nich potroszę, kiedy okrzyk radości napełnił salę:
— Oto jest kołdra! — krzyczano.
— W kołdrę zawinąć kochanka czarodziejki!
Gaston zrozumiał te okrzyki. Chciano dokonać na nim najhaniebniejszej obelgi, widział się zwyciężonym w rękach tych szaleńców.
Straszliwym ruchem wydobył się trzem napastnikom, potężne uderzenie pięści uwolniło go od czwartego.
Ręce miał wolne, ale wszyscy nieprzyjaciele rzucili się ku niemu razem.
Wtedy stracił głowę. Ze stołu bocznego, gdzie przed chwilą jedli objad dwaj komisanci kupieccy, porwał nóż, i po dwakroć zatopił go w piersiach tego, co pierwszy nań się rzucił.
Tym nieszczęśliwym był Juljusz Lazet. Upadł.
Chwilę struchleli wszyscy. Kilku napastników rzuciło się na Lazeta, by go ratować. Właścicielka zakładu wrzeszczała straszliwie. Kilku młodszych wybiegło, wołając:
— Zabójca!
Ale wszyscy inni, jeszcze najmniej dziesięciu, rzucili się na Gastona ze śmiertelnym okrzykiem.
Czuł się zgubiony, nieprzyjaciele jego chwytali wszystko, co który miał pod ręką, Gaston otrzymał już kilka ran, kiedy przyszedł do głowy rozpaczliwy pomysł. Wyskoczył na bilard i w największym rozpędzie rzucił się w zamknięte okno kawiarni. Było ono silne, jednak rozbił je Gaston; odłamki szyb i drzewa pokaleczyły go, ale przeszedł.
Gaston Clameran był już na dworze, ale nie ocalał.
Zrazu zdziwieni taką śmiałością, przeciwnicy jego rychło przyszli do siebie, i puścili się za nim.
On biegł przez rynek, nie wiedząc w którą udać się stronę.
Czas był okropny, ziemia przesiąkła, czarne chmury włóczyły się po niebie pędzone wiatrem zachodnim, ale noc była jasna.
Biegnąc od drzewa do drzewa, wywijając się na wszystkie strony, mogąc co chwila być otoczonym i ujętym, Gaston pytał się siebie co dalej robić.
Nareszcie zdecydował się dobiedz do Clameran, jeśli zdoła.
Zaprzestał więc młynka, i z nadzwyczajną szybkością przebiegł rynek i skierował się ku grobli zabezpieczającej most od wylewów.
Na nieszczęście Gaston zapomniał, że grobla ta, stanowiąc nader piękną promenadę, zamknięta jest barjerą, jakie zwykle stawiają się w wejściach przeznaczonych dla samych pieszych.
Pędząc z największą szybkością, uderzył się o tę barjerę i padł w znak, mocno stłukłszy sobie biodro.
Podniósł się szybko, ale drudzy byli już za nim.
Wtedy nie miał się już czego spodziewać. Szaleńcy, którzy za nim pędzili, wydawali ten złowrogi okrzyk, który nieraz w dniach nieszczęścia przerażał echa doliny:
— Do Rodanu, do Rodanu markiza!
Już go przytomność opuściła, sam nie wiedział co czyni. Butelka rozcięła mu czoło, a krew płynąca z rany zalewała mu oczy i oślepiła go.
Trzeba było odczepić się lub umrzeć.
Nieszczęśliwy! Miał jeszcze w ręku ów nóż zakrwawiony, uderzył nim znów, i znów padł człowiek wydając jęk okropny.
Drugi ten cios dał mu chwilę wytchnienia, chwilę krótką, ale ta pozwoliła mu obrócić koło od barjery i wpaść na groblę.
Dwaj napastnicy uklękli przy rannym, pięciu puściło się w pogoń z szatańską zaciekłością.
Ale Gaston był zwinny, a położenie straszne potroiło jego energję; zagrzany walką nie czuł ran swoich; pędził, oszczędzając tchu, szybko jak koń wyścigowy.
Wkrótce dobrze wyprzedził goniących: drżący ich oddech co raz bardziej się oddalał, odgłos kroków dochodził mniej wyraźnie; nareszcie nic już słychać nie było.
Gaston jednak biegł jeszcze ćwierć mili potem, przeskakując ploty, i dopiero gdy był pewny, że go doścignąć nie mogą, upadł u podnóża drzewa.
Cała ta scena odbyła się z szybkością niesłychaną. Między chwilą, w której Gaston wszedł z przyjacielem do kawiarni, a obecną, nie upłynęła godzina czasu.
A ileż to zdarzeń w tej krótkiej chwili! Ten jeden wieczór zaciężył na jego życiu więcej niż dwadzieścia lat jego istnienia.
Wszedłszy do tego zakładu z czołem podniesionem, z sercem radosnem, szczęśliwy z życia, pewien przyszłości, wychodził ztamtąd zgubiony... bo zabił.
Zabił i trzymał jeszcze w konwulsyjnej dłoni narzędzie śmierci, odrzucił je precz z grozą.
I usiłował zdać sobie sprawę z okoliczności, jak gdyby coś zależało na tem upadającemu w przepaść, żeby wiedzieć, który to kamień obsunął się i rzucił go w przepaść.
Gdyby przynajmniej sam był zgubiony! Ale nie, Walentyna również zgubioną była: już po jej reputacji dziewiczej. A to on, co nie umiejąc panować nad sobą, poszarpał ten powierzony mu honor, o który dbał więcej niż o własny.
Z tem wszystkiem nie mógł tak leżeć na ziemi. Nie ma wątpliwości, że siła zbrojna została uwiadomioną. Szli za nim w ślady. Zajrzą zapewne do zamku Clameran; nim więc oddali się, może na zawsze, chciał widzieć się z ojcem, chciał raz jeszcze uścisnąć w objęciach swoich Walentynę.
Powstał lecz nie bez trudności, bo nastąpiła reakcja, nerwy jego i muskuły nadmiernie wyprężone zaczęły się ściągać; pot, jaki go okrył w bójce i biegu, lodowaciał na jego czole, po którem zimne przebiegały dreszcze. W calem ciele czuł bole, a szczególniej w boku i ramionach. Rana na czole przestała już krwawić, ale krew zastygła koło powiek, tak, że zaledwie mógł je otworzyć.
Kiedy po strasznej uciążliwej drodze zadzwonił nareszcie do bramy zamkowej, była już przeszło dziesiąta godzina.
Na jego widok stary sługa, który drzwi mu otwierał, odskoczył przerażony.
— Wielki Boże! co się to stało panu hrabiemu?
— Cicho bądź! — rzekł Gaston tym głosem krótkim i chrypliwym, który przybiera człowiek pewny grożącego niebezpieczeństwa, — cicho! Gdzie mój ojciec?
— Pan margrabia jest w swoim pokoju z panem Ludwikiem; pan margrabia dostał przed chwilą napadu podagry, nie może ruszyć się z fotelu; ale pan hrabia...
Gaston już go nie słyszał. Przebiegł szybko po wschodach i wszedł do pokoju, w którym ojciec z Ludwikiem grali w szachy.
Widok jego tak przeraził ojca, że opuścił trzymany pionek.
Przerażenie to łatwo było wytłumaczyć. Twarz, ręce i suknie Gastona okryte były krwią.
— Co to jest? — zapytał margrabia.
— Ojcze mój! przychodzę ucałować cię po raz ostatni i prosić o środki do schronienia się za granicą.
— Ty chcesz uciekać?
— Muszę, ojcze, i to natychmiast. Gonią mnie, śledzą, za chwilę przybędą tu żandarmi. Zabiłem dwóch ludzi...
Wrażenie tych słów tak było silne, że margrabia zapominając o swej podagrze, stanął na równe nogi. Ból znów powalił go na fotel.
— Gdzie? kiedy? — zapytał głosem okropnie zmienionym.
— W Tarasconie, w kawiarni, przed godziną, było ich do dwudziestu, ja sam jeden, porwałem nóż!
— Otóż to wciąż te figielki z roku 93, — mruknął margrabia. — Czy obrażono cię, hrabio?
— Zelżono przy mnie szlachecką córkę!
— A ty ukarałeś trutniów? Tęgoś się spisał. Gdzież to widziano, ażeby szlachcic pozwolił w swej obecności jakimś cymbałom ubliżać osobie dostojnej! Ale w czyjejże to stawałeś obronie?
— W obronie panny Walentyny de la Verberie.
— O! — zawołał margrabia, — o!... córki tej starej czarownicy. Że też ci la Verberie, niech im Bóg nie pamięta! zawsze nam przynosili nieszczęście.
Już to szczerze nienawidził Hrabiny, ale względy rasowe przemawiały w nim głośniej, niżeli przyjaźń. Dodał więc:
— Nic nie szkodzi, hrabio! Spełniłeś swój obowiązek.
Tymczasem pomiędzy służbą zamkową ciekawość wzięła górę nad bojaźnią pańską, i stary Jan, sługa margrabiego, ośmielił się otworzyć drzwi od pokoju, wejść i zapytać:
— Pan margrabia dzwonił?
— Nie, gapiu, nie, — odpowiedział pan Clameran, — nie dzwoniłem, i ty wiesz o tem dobrze. Ale ponieważ przyszedłeś, tem lepiej. Daj tu czemprędzej bieliznę i ubranie. Przynieś tu co potrzeba, żeby przebrać i opatrzyć pana hrabiego.
W jednej chwili rozkaz był wykonany.
Gaston nie był tak pobity jak się wydawało. Wyjąwszy rany od noża zadanej poniżej lewej łopatki, inne rany były lekkie.
Opatrzywszy się jak stan wymagał, Gaston uczuł się innym człowiekiem, gotowym stawić czoło nowym niebezpieczeństwom, nowa energja błysnęła mu w oczach.
Margrabia znakiem oddalił służących.
— A teraz, — zapytał Gastona, — uważasz, że musisz schronić się za granicę?
— Tak, ojcze.
— Brat mój nie może się wahać, — nalegał Ludwik. — Jeżeli zostanie, wtrącą go do więzienia, pociągną przed ławy sądowe, i... kto wie?...
— Wiadomo aż nadto, — łajał margrabia, — potępią go i skażą. Otóż to są dobrodziejstwa tej nieśmiertelnej Rewolucji, jak oni nazywają. O! gdyby to było w czasie mojej młodości, porwalibyśmy za broń wszyscy trzej, siedlibyśmy na koń, uderzylibyśmy na Tarascon, a wtedy... Tymczasem trzeba uciekać.
— I nie ma chwili do stracenia, — zauważył Ludwik.
— To prawda, — odpowiedział margrabia, — ale żeby uciec i dostać się za granicę, potrzeba pieniędzy, a ja nie mam pod ręką tyle, żeby mu wystarczyło.
— Ojcze mój!...
— Nie, nie mam. O! stary marnotrawnik ze mnie! Stare dziecko, nieprzewidujące! Czy mam w kantorku choć sto luidorów?
Ludwik otworzył kantorek. Szuflada zastępująca kasę, zawierała 920 franków.
— Dziewięćset dwadzieścia franków! — wykrzyknął margrabia, — to nie dosyć. Pierworodny syn naszego domu nie może uciekać z taką nędzną sumą; nie może... Widocznie zdesperowany, stary margrabia przez chwilę zatopił się w myślach.
Wreszcie powziął jakieś postanowienie i rozkazał Ludwikowi, by mu przyniósł małą szkatułkę żelazną cyzelowaną, która zamknięta była w niższej szufladzie kantorka.
Margrabia Clameran nosił na szyi, zawieszony na czarnej wstążce kluczyk od tej szkatułki.
Otworzył ją nie bez gwałtownego wzruszenia, które dostrzegli jego synowie, i zwolna wydobył z niej naszyjnik, krzyżyk, pierścionki i inne klejnoty.
Oblicze jego przybrało wyraz uroczysty.
— Gastonie, synu mój kochany, — rzekł, — życie twe zależeć może od nagrody, jaką będziesz mógł dać temu, kto ci dopomoże...
— Jestem młody, ojcze mój, mam dosyć odwagi.
— Posłuchaj mnie. Klejnoty te, które widzisz, należały niegdyś do ś. p. margrabiny, twojej matki, kobiety zacnej i świętej, która z nieba czuwa nad nami. Z temi klejnotami ja nigdy nie rozstawałem się. W dniach nędzy, podczas emigracji w Londynie, kiedy dla zarobienia na życie dawałem lekcje szermierki, nie tknąłem tych klejnotów. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, aby je sprzedać, zastawić nawet wydałoby mi się świętokradztwem. Ale dzisiaj weź te klejnoty, mój synu, sprzedaj je, one warte są ze dwadzieścia tysięcy franków...
— Nie, mój ojcze, nie!...
— Weź je, mój synu. Gdyby dziś matka twoja żyła, powiedziałaby ci to samo. Rozkazuję ci. Nie dopuszczę, żeby życie lub cześć pierworodnego syna domu naszego narażoną była dla braku złota...
Wzruszony, ze łzami w oczach, Gaston padł do kolan starego margrabiego, wziął rękę jego i podniósł do ust.
— Dziękuję ci, drogi ojcze, dziękuję! Zdarzyło się, że w mej zarozumiałości młodzieńczej pozwoliłem sobie sądzić ciebie, nie znałem cię, przebacz mi! Wezmę, tak! wezmę te klejnoty, które nosiła matka moja; ale wezmę jako depozyt czci mojej powierzony, z którego kiedyś zdać ci mam rachunek.
Rozrzewnienie zdjęło margrabiego de Clameran i Gastona, zapomnieli się.
Ale dusza Ludwika nie była z tych, co doznają wzruszeń na podobny widok.
— Godziny upływają, — przerwał, — czas nagli!
— On ma słuszność! — zawołał margrabia, uchodź, hrabio, uchodź mój synu! Niech Bóg ma w swojej opiece pierworodnego domu Clameranów.
Gaston powstał zwolna.
— Nim cię opuszczę, ojcze mój, — rzekł, — muszę spełnić obowiązek święty. Nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego: Dziewica, za której dziś ująłem się cześć, panna Walentyna de la Verberie, jest moją ukochaną.
— Oh! — krzyknął margrabia zdumiony, — oh! oh!
— I błagam cię, mój ojcze, zaklinam na kolanach, abyś panią hrabinę de la Verberie prosił dla mnie o jej rękę. Walentyna, pewny jestem, nie będzie się wahała podzielić ze mną wygnanie, ona połączy się ze mną za granicą...
Gaston zatrzymał się, przerażony skutkiem, jaki sprawiły jego słowa. Margrabia zczerwieniał, a raczej zsiniał, jak gdyby go apopleksja miała uderzyć.
— Ależ to jest potworne, — powtarzał jąkając się z gniewu, — to jest szaleństwo!
— Ja kocham ją, ojcze! Przysiągłem jej, że żadna inna żoną moją nie będzie.
— Więc zostaniesz kawalerem...
— Ożenię się z nią! — zawołał Gaston ożywiając się coraz bardziej, — ożenię się z nią, bo przysiągłem, bo tu wreszcie o cześć naszą idzie.
— Brednie! — Panna de la Verberie będzie moją żoną, powtarzam ci, ojcze, bo już za późno dla odbierania słowa, bo choćbym nawet nie kochał jej, jeszczebym się z nią ożenił, bo ona mi wszystko oddała... bo nareszcie, rozumiesz ojcze, to co dziś wieczór mówiono w kawiarni, prawdą jest... Walentyna jest moją kochanką!...
Pierworodny liczył na wrażenie tego wyznania, które wydarły mu okoliczności, ale się omylił. Margrabia tak przedtem rozjątrzony, uczuł pewną ulgę. Złośliwa radość błysnęła w jego oczach.
— Aha! aha! — zawołał, — ona jest kochanką twoją. A to mi bardzo przyjemnie. Winszuję ci hrabio; powiadają, że to bardzo miła dziewczyna.
— Panie! — przerwał Gaston niemal groźnie, — ja ją kocham, proszę nie zapominać o tem. Przysiągłem!
— Ta! ta! ta! — zawołał margrabia, — szczególne, widzę, zdjęły cię skrupuły. Czy jeden z jej przodków nie sprowadził niegdyś z prawej drogi jednej z dziewic naszego rodu? Teraz skwitowaliśmy się. A! ona jest twoją kochanką...
— Na pamięć matki mojej, na imię nasze przysięgam, że ona będzie moją żoną!
— Doprawdy! — zawołał margrabia rozjątrzony, — takim to ośmielasz się przemawiać tonem! Owoż ja nigdy, czy słyszysz? nigdy nie dam mego zezwolenia. Wiesz o tem dobrze, czy dla mnie droga jest cześć mego domu? Owoż wołałbym, aby ciebie ujęto, sądzono, skazano, wołałbym widzieć cię w kryminale, niż mężem tej dziewki...
To ostatnie słowo dobiło Gastona.
— Niechże więc stanie się wola twoja, ojcze, — rzekł, — zostanę, niech mnie aresztują, niech robią ze mną co chcą, mniejsza oto! Nie chcę życia bez nadziei. Zabierz ojcze te klejnoty, już mi one niepotrzebne.
Byłaby niezawodnie wybuchła okropna scena między ojcem a synem, gdyby drzwi od pokoju nie rozwarły się z łoskotem. Wszyscy słudzy z całego zamku wtłoczyli się do sieni.
— Żandarmi nadciągają, żandarmi! — wołano ze wszech stron.
Na wieść o tem, margrabia powstał i utrzymał się na nogach. Tyle wzruszeń miotało nim od godziny, że podagra ustąpiła.
— Žandarmi nadciągają, żandarmi! — wołano ze wszech stron
Na wieść o tem, margrabia powstał i utrzymał się na nogach. Tyle wzruszeń miotało nim od godziny, że podagra ustąpiła.
— Żandarmi! — mwrzasnął, — u mnie, w Clameran! Zapłacimy im hojnie za to zuchwalstwo! Pomożecie mi, prawda?
— Pomożemy! — zawołała służba, — precz z żandarmami!
Na szczęście, w chwili, gdy wszyscy tracili głowę, Ludwik zachował całą krew zimną.
— Opierać się, byłoby szaleństwem, — wyrzekł, — odeprzemy być może żandarmów dziś wieczór, ale jutro przyjdą w liczniejszym szeregu.
— To prawda, — rzekł gorzko margrabia, — Ludwik ma słuszność. Wszak to teraz, jak powiadają, prawo ma największą siłę. Zapomniałem, że żandarmi są najwszechwładniejsi. Każdy z nich ma prawo zdeptać moją tarczę herbową!...
— Gdzie oni są? — zapytał Ludwik.
— U sztachet, — odpowiedział Laverdure zrozpaczony; — sztachety są zamknięte, drzwi od parku także. Ale ich jest chyba cały pułk. Niektórzy nawet chodzą na warcie wzdłuż murów.
Tak było w istocie. Wieść o śmierci Lazeta rozbiegła się jak wicher i wzburzyła cały Tarascon. Wsadzono na koń by gonić za mordercą nie tylko żandarmów, ale nawet cały pluton huzarów z załogi.
Ze dwudziestu młodzieży z miasta prowadziło siłę zbrojną.
— A więc, — rzekł margrabia, zdobywając się w chwili niebezpieczeństwa na całą przytomność umysłu, — a więc jesteśmy otoczeni.
— Ani sposobu umknąć, — jęknął Jan.
— To zobaczymy jeszcze! — krzyknął margrabia, — Nie mamy siły, musimy więc działać zręcznością. Baczność wszyscy! Ty, synu mój, Ludwiku, pójdziesz do stajni z Laverdurem; weźmiecie dwa najlepsze konie, będziecie każdego prowadzić w ręku, i umieścicie się, czyniąc ile możności najmniej szelestu: ty Ludwiku przy drzwiach od parku, ty Laverdure przy kracie. Reszta stanie po jednemu przy każdych drzwiach, by je otworzyć za danym znakiem. Jak ja wystrzelę z pistoletu, wszystkie drzwi mają się naraz otworzyć. Ludwik i Laverdure puszczą z ręki konie i bodajby niewiedzieć co, muszą na nie wskoczyć, by ściągnąć żandarmów w swoje ślady.
— Postaram się, aby mnie długo gonili, — zapewnił Laverdure.
— Czekajcie. Przez ten czas hrabia, z pomocą Jana, przejdzie przez mur od parku i pójdzie wzdłuż rzeki, aż do chaty Pilorela, rybaka. Jest to stary majtek z czasów Rzeczypospolitej, dzielny człowiek i oddany nam; weźmie on hrabiego na swoją łódź, a jak raz będzie na Rodanie, to niech się już nikogo nie obawiają, tylko jednego Boga!... Zrozumieliście mnie?... Idźcież!...
Pozostawszy sam na sam z synem, stary margrabia wsunął w jedwabny woreczek klejnoty, które Gaston odłożył na stolik, i otworzył ramiona.
— Pójdź, mój synu! — zawołał głosem, który usiłował uczynić niezamąconym, — pójdź, niech ci pobłogosławię.
Gaston wahał się.
— Pójdź, — nalegał margrabia, — niech cię uściskam po raz ostatni. Ratuj się, ratuj imię twoje, Gastonie, a potem... przecież wiesz, że cię kocham... Weź te klejnoty...
Długi czas ojciec i syn, wzruszeni do głębi duszy, trzymali się we wzajemnym uścisku.
Ale hałas przy kracie wzrastał i dochodził do ich uszu.
— Idźmy! — zawołał pan Clameran.
I zdejmując ze ściany parę małych pistoletów, oddał je hrabiemu, odwracając głowę i mówiąc z cicha:
— Pamiętaj, aby cię nie wzięli żywcem, Gastonie!
Na nieszczęście Gaston rozstawszy się z ojcem, nie zszedł natychmiast.
Więcej niż kiedykolwiek chciał się widzieć z Walentyną i przewidywał możność ostatniego z nią pożegnania. Mówił sobie, że Pilorel będzie mógł zatrzymać łódź wzdłuż parku la Verberie.
Zużył więc z kilku minut czasu, jakie mu zostawały, jedną minutę, by wbiedz do swego pokoju i zaświecić w oknie znak, który oznajmiał przybycie jego kochance. Nadto oczekiwał na odpowiedź.
— Ale pójdźże pan, panie hrabio, — powtarzał Jan, który nie rozumiał tego postępowania, — pójdź pan na miłość boską! gubisz się...
Zbiegł wreszcie pędem.
Był dopiero w przedsionku, gdy rozległ się strzał, będący znakiem starego margrabiego.
Natychmiast, i prawie jednocześnie posłyszano skryp wielkiej kraty, która się otwierała, brzęk pałaszy żandarmskich i huzarskich, wystraszony galop koni, a zewsząd w parku i dziedzińcu dochodziły straszne krzyki i złorzeczenia.
Oparty w oknie swego pokoju, cały w potach, z sercem tak uciśnionem, że zaledwie mógł oddychać, margrabia de Clameran oczekiwał końca tej sprawy, która miała decydować o życiu jego pierworodnego syna.
Środki przez niego przedsięwzięte, były wyborne.
Tak jak przewidział, Ludwik i Laverdure zdołali przebić się i popędzili galopem w pole, jeden na prawo, drugi na lewo, każdy ściągając za sobą kilkunastu jeźdźców. Jadać na tęgich koniach, mogli kawał drogi poprowadzić pogoń.
Gaston byłby już ocalony, gdyby fatalność, czy tylko fatalność... nie była się do tej sprawy wmięszała.
O sto metrów od zamku koń Ludwika potknął się i upadł, zwaliwszy pod siebie jeźdźca. Natychmiast otoczyli go żandarmi i piesi ochotnicy, i rozpoznawali kto był.
— To nie jest morderca! — zawołał jeden z młodzieży miejskiej, — wracajmy, chcą nas oszukać.
Wrócili rzeczywiście i właśnie w sam czas, by zobaczyć przy świetle księżyca, który na chwilę z chmur się wydobył, jak Gaston przełaził mur od warzywnego ogrodu.
— To ten! — rzekł brygadjer żandarmów, — baczność chłopcy i galopem naprzód!
I wszyscy, puszczając konie, pędzili ku miejscu, z którego widzieli skaczącego Gastona.
Wiadomo, że na gruncie korzenistym, nierównym i pooranym, łatwo pieszemu człowiekowi, jeżeli jest zwinny i zachowa przytomność umysłu, uciec przed kilku nawet jeźdźcami.
Owoż grunt poza parkiem był właśnie tego rodzaju. Konie nie tylko biedz po nim nie mogły, ale nawet stały z trudnością.
Okoliczność ta powstrzymała żandarmów, którym chodziło o konie. Ryzykowało się tylko czterech huzarów, ale ich usiłowania były nadaremne. Skacząc z zagonu na zagon, Gaston przebył wkrótce bardzo wielką przestrzeń, pełną rozkopów, zarośli i innych przeszkód.
Pogoń była teraz tembardziej interesująca, że uciekający miał oczywiście górę. To też wszyscy jeźdźcy roznamiętnili się, wołali na siebie, dawali sobie znaki dla oznajmienia ilekroć Gaston wybiegł z jednego zagajenia w drugi.
On zaś, znając doskonale miejscowość, nie tracił nadziei. Wiedział, że nieopodal jest rów oddzielający dwa pola, i sądził, że rzucając się do tego rowu, zniknie i może nim zajść kawał drogi, gdy pogoń szukać go będzie jeszcze między drzewami.
Zapomniał o wylewie; przybywszy nad rów, zobaczył, że jest napełniony wodą.
Zafrasowany, ale nieugięty, już się zabierał przeskoczyć go, gdy w tem z jednej strony postrzegł trzech jeźdźców.
Byli to żandarmi, którzy inną drogą jadać, na los szczęścia chcieli przeciąć drogę uciekającemu i natrafili nań.
Na ich widok Gaston zatrzymał się.
Przeskoczyć rów i pędzić dalej polem aż do chaty Pilorela, na nicby się nie zdało, bo miał żandarmów na karku.
Zwrócić się, znaczyło wpaść w ręce huzarów.
Na prawo miał mały lasek, ale między nim a sobą słyszał tętent końskich kopyt. Więc i tamby go ujęto.
Nareszcie na lewo miał rzekę, wezbraną i gotową do wylewu; Rodan pieniący, wrzący, który ze złowrogim szumem pędził pienistą falę.
Co robić?... Czuł, że się coraz bardziej zacieśnia koło, którego on był środkiem.
Miałżeż uciec się do pistoletu, i tu pośrodku pól, goniony jak dzikie zwierzę, głowę sobie rozsadzić? Cóż to za śmierć dla Clamerana!
Nie! Powiedział sobie, że jeden zostaje mu jeszcze środek ratunku, słaby, nędzny, niepewny, ale zawsze środek. Zostawała mu rzeka.
Pobiegł ku niej szybko, trzymając wciąż w ręku nabite pistolety, i stanął na krańcu małego wzgórka, który na dobre trzy metry wchodził w Rodan.
Schronienie to utworzyło się z wielkiego pnia wywróconego, przy którem zatrzymało się mnóstwo różnych szczątków drzewa, słomy i innych przedmiotów naniesionych przez wodę.
Kloc ten pod ciężarem Gastona zatapiał się, chwiał się i skrzypią! niemiłosiernie.
Ztamtąd rozpoznawał doskonale pogoń huzarów i żandarmów, było ich około piętnastu, z lewej i prawej strony wydawali okrzyki radości.
— Poddaj się! — krzyknął brygadjer żandarmerji.
Gaston nie odpowiadał. Ważył i oceniał swoje środki ratunku. Był tuż naprzeciw parku de la Verberie; będzież się mógł tam dostać, jeżeli od razu nie porwą i nie pochłoną go fale? Myślał, że może w tej chwili truchlejąca Walentyna błądzi nad brzegiem wody z przeciwnej strony, czeka na niego i modli się.
— Po raz drugi! — krzyknął brygadjer, — poddajesz się?
Nieszczęśliwy nie słyszał. Imponujący głos potoku, szum i plusk naokoło ogłuszały go.
Stanął w tej chwili na tym punkcie wieczności, z którego człowiek lotem błyskawicy ogarnia całe życie swoje i sądzi się.
Spokojny, chociaż śmierć miał pod nogami, Gaston szukał oczyma miejsca, gdzieby się rzucić, i duszę polecił Bogu.
— Trzeba jednak raz z nim skończyć, — mówili żandarmi, — on będzie stał tam, póki po niego nie pójdziemy, zsiądźmy z koni.
Ale Gaston dokończył już modlitwy.
Gwałtownym gestem rzucił pistolety w stronę żandarmów, był gotów.
Znalazłszy mocny punkt oparcia, przeżegnał się, i głową w dół, z rękami wyciągniętemi, rzucił się do Rodanu.
Gwałtowność skoku zerwała ostatnie korzenie drzewa; chwiał się chwilę, obrócił i nareszcie poszedł z prądem rzeki.
Litość i groza, więcej niż gniew, wydarły okrzyk z piersi wszystkich jeźdźców.
— Zgubiony człowiek! — rzekł jeden z żandarmów, — już po nim; trudno walczyć z Rodanem; jutro znajdą jego trupa w Arles.
Huzary szczególnie zmartwili się śmiercią tego pięknego i szlachetnego młodziana, którego niedawno ścigali z taką zaciętością. Podziwiali odwagę jego i energję, a zarazem rezygnację, bo przecież postanowiwszy umrzeć i mając broń, mógłby się bronić i drogo oddać swe życie.
Jako prawdziwi żołnierze francuscy, byli teraz calem sercem po stronie zwyciężonego, i każdy byłby się na wszystko odważył, by go ocalić i ułatwić ucieczkę.
— Głupia robota! — mruknął stary porucznik dowodzący huzarami.
— Ba! — odrzekł brygadjer, — filozof, lepiej mu może w Rodanie, jak w kryminale! Dalej, chłopcy, pół odwrotu! Co mnie martwi, to ten stary, który czeka tam na wiadomość o swym synu. Niech mu tam kto chce mówi prawdę, ja się nie podejmuję.

II.

Walentyna wiedziała, że dziś pod wieczór Gaston miał się udać do Tarascon, aby tam przejść przez most druciany, łączący Tarascon z Beaucaire i oczekiwała nań z tej strony, o godzinie umówionej w przeddzień, o jedenastej.
Ale dobrze jeszcze przedtem, rzuciwszy przypadkiem okiem w stronę Clameran, dostrzegła światła w apartamentach, migające w sposób niezwykły.
Złowrogie przeczucie zlodowaciło wszelką krew w jej żyłach, wstrzymało bicie serca.
Głos tajemny i niestłumiony krzyczał wewnątrz, że coś nadzwyczajnego i strasznego działo się w zamku Clameran.
Ale co? nie mogła sobie wyobrazić, chociaż była pewną, byłaby przysięgła, że stało się jakieś wielkie nieszczęście.
Wzrok wlepiwszy w tę czarną masę, która sterczała w dali, badała bieg świateł w wielkich salach, których znała rozkład, i usiłowała wydobyć zeń jakieś wnioski.
Otworzyła nawet okno i nastawiała ucho, jak gdyby oczekując jakiegoś znaczącego odgłosu. Niestety! nie słyszała nic, tylko głuchy i głęboki szum rzeki.
Niepokój jej rósł i wzmagał się z każdą chwilą, gdy wtem w oknie Gastona postrzegła ten znany i ukochany sygnał, który oznajmiał, że jej najdroższy gotuje się do przebycia Rodanu.
Nie mogła wierzyć swym oczom, chciała wątpić o świadectwie swych zmysłów, i odpowiedziała wtedy dopiero, kiedy sygnał powtórzył się trzy razy.
Wtedy, więcej umarła niż żywa, czując, że nogi chwieją się pod nią, czepiając się muru, zeszła do parku i udała się nad brzeg wody.
Wielki Boże!... zdawało się jej, że Rodan nigdy nie był tak burzliwy. Czy podobna, by Gaston narażał się na przebycie go w pław? Nie ma wątpliwości, musiał zajść jakiś straszny wypadek...
Upadła na kolana, włosy jej zlał pot zlodowaciały, szyję wyciągnęła w stronę rzeki, usiłując wzrokiem przebić ciemności, zapytywała niemiłosierne fale, które unosiły może zwłoki jej kochanka.
Wszystkie przedmioty, czerniące się wśród potoku, zdawały jej się ciałem Gastona.
Chwilami zdało się jej, że słyszy nad rykiem fal straszliwy okrzyk, bolesne wołanie kogoś co tonie, najwyższą protestację człowieka rozumnego, który pasuje się ze ślepym żywiołem.
Ale nie, to nie było ciało Gastona...
Podczas gdy huzary i żandarmi smutnie wracali pod zamek Clameran, Gaston dokazywał tych cudów, o których możnaby powątpiewać, gdyby ich nie stwierdziły najniezawodniejsze świadectwa.
Zrazu jak się zanurzył, wir pociągnął go ku głębi.
Ale Gaston przewidział to niebezpieczeństwo. Zamiast zużywać siłę na daremną walkę, opuścił się, starając się tylko oszczędzić tchu.
Dopiero o jakie 20 metrów od miejsca, w którem się rzucił, silny rzut lędźwi wyprowadził go na powierzchnię.
Obok niego, lotem strzały pędził kloc, na którym stal niedawno.
Przez kilka sekund uwikłał się w różnych szczątkach — jedno poruszenie uwolniło go od nich.
Gaston znając doskonale rzekę, wiedział, że nieco poniżej Clameranu był silny prąd i liczył na niego, że go rzuci ku la Verberie, a tymczasem płynął z biegiem rzeki gdziekolwiek, nie usiłując dostać się na drugi brzeg.
Przewidywania go nie omyliły. Prąd poprzeczny rzucił go naraz ku prawemu brzegowi, i gdyby się był dobrze nie trzymał, byłby pochłonięty.
Ale siła prądu nie szła tak daleko, jak sądził Gaston, i był jeszcze daleko od brzegu, gdy z piorunującym pędem kuli przesunął się przed parkiem la Verberie.
Spostrzegł jednak pod drzewami jakby cień biały. Oczekiwała go Walentyna.
Dopiero daleko niżej, nieznacznie zbliżywszy się do brzegu, popróbował gruntu.
Poczuwszy grunt, stanął dwa razy, i dwa razy wywróciła go gwałtowność prądu. Już miała go woda unieść, gdy szczęściem schwycił za gałązki wierzby pochylonej nad wodą, które dopomogły mu dostać się do brzegu.
Ocalał!
Natychmiast, bez wytchnienia, rzucił się w kierunku la Verberie, i wkrótce znalazł się w parku.
Przybył w sam czas. Złamana cierpieniem nieszczęśliwa Walentyna leżała pod drzewem, czając, że życie z niej uchodzi.
Pocałunki Gastona zbudziły ją z tego osłupienia.
— To ty! — krzyknęła głosem, w którym odbił się cały szał jej uczucia, — to ty! Więc Bóg ma litość nad nami? Wysłuchał modłów moich?
— Nie, Walentyno, nie, Bóg nie ymiał litości nad nami!
Przeczucia ją nie omyliły; zrozumiała to po głosie Gastona.
— Jakież nowe padło na nas nieszczęście! — zawołała. — Dla czego w ten sposób przybyłeś tu, narażając życie swe, które jest mojem, co się dzieje?
— To, że nasza tajemnica, Walentyno, nie jest naszą, że miłość nasza jest w tej chwili pośmiewiskiem całej okolicy.
Odstąpiła jak piorunem rażona, twarz zakrywając rękami i długi jęk wydając.
— Tak, — mówił dalej Gaston, zapominając o wszystkiem w uczuciu chwili obecnej.
— Taki to los zgotowała nam ślepa nienawiść naszych rodzin. Nasza szlachetna i święta miłość jest jedną z tych, któremi człowiek szczycić się może wobec Boga i ludzi, a nas zmuszono kryć się nędznie, bezwstydnie, kryć się z miłością, jak z jakim podłym uczynkiem.
— Więc o wszystkiem wiedzą? — jęknęła Walentyna, — o wszystkiem?...
Wśród wyuzdanych żywiołów Gaston zachował zimną krew, ale pod drżeniem tego ukochanego głosu, umysł jego egzaltował się do szału.
— I ja nie mogłem, — zawołał, — zdusić, zniweczyć nędzników, którzy śmieli wymówić twoje uwielbione imię! Ah, czemuż dwóch tylko z pomiędzy tych nędzników zabiłem!
— Zabiłeś, Gastonie?
Ton głębokiej grozy, z jakim Walentyna wymówiła te słowa, zwrócił Gastonowi światło rozumu.
— Tak, — odpowiedział, starając się zapanować nad sobą, — tak, uderzyłem nożem... I dla tego przebyłem Rodan. Chodziło o cześć mojego imienia. Przed chwilą wszyscy żandarmi z okolicy uganiali się za mną, jak za dzikim i szkodliwym zwierzem. Umknąłem im, a teraz kryję się, uciekam...
Musiała Walentyna mieć duszę niepospolitą, by nie upaść pod tylu nieoczekiwanemi ciosami.
— Gdzież myślisz uciekać? — zapytała.
— A czy ja wiem gdzie pójdę, co się ze mną stanie, jaka przyszłość mnie czeka? Mogęż ją przewidzieć? Uciekam, będę się starał dostać zagranicę, przybiorę inne nazwisko, zmienię ubiór, i pójdę do jakiego kraju bez praw, gdzie mordercy znajdują schronienie.
Gaston zamilkł. Oczekiwał, spodziewał się odpowiedzi. Ale darmo jej wyglądając, rzekł z nadzwyczajną gwałtownością:
— Walentyno, jeżeli chciałem się widzieć z tobą nim opuszczę kraj, to dla tego, że w chwili, gdy wszystko mnie opuszcza, liczyłem na ciebie, wierzyłem w twoją miłość. O! moja kochana, nas łączy węzeł silniejszy, trwalszy niż wszystkie węzły ziemskie: ja kocham ciebie! Przed Bogiem ty jesteś moją żoną, ty moją jesteś, jak ja jestem twoim, na całe życie. Czy pozwolisz, Walentyno, abym sam uciekał? Do utrapień wygnania, do gorzkiego żalu nad życiem straconem, dodasz-że jeszcze męczarnię rozłączenia naszego?
— Gastonie, zaklinam cię!...
— Ah! — wiedziałem dobrze, — przerwał, myląc się co do znaczenia wykrzyknika kochanki, — wiedziałem dobrze, że nie ocieknę sam. Uważam po twem sercu, że przyjmiesz połowę ciężaru mych nieszczęść. Chwila ta zaciera wszystko. Uchodźmy!... Stając w obronie szczęścia naszego, niczego się już nie obawiam, mogę narazić się na wszystko, wszystko zwyciężyć. Pójdź, o moja Walentyno, zginiemy lub ocalejem razem! Oto zbliża się przewidywana i marzona przyszłość, przyszłość kochania i swobody!
Szał go ogarnął, porwał Walentynę za ręce, ciągnął ją, unosił.
W miarę jak wzrastała egzaltacja Gastona, w miarę jak on zapominał o wszelkich względach, Walentyna przychodziła do panowania nad swem wzruszeniem.
Wolno, ale z energją, jakiej w niej nie przypuszczał, wycofała się z jego objęć i odepchnęła go.
— To czego wymagasz odemnie, — rzekła smutnym, ale silnym głosem, — to czego się spodziewasz, jest niepodobnem...
Ten zimny opór, dla niego niewytłumaczony, zmięszał go.
— Niepodobnem?... — powtórzył.
— Znając mnie, — mówiła Walentyna, — wiesz, że dzielić z tobą najgorszą dolę, byłoby dla mnie najwyższem szczęściem ludzkiem. Ale po nad twoim głosem, który mnie przyciąga, ponad głosem mojego serca, który mnie nagli, jest głos silniejszy i bardziej nakazujący, który zabrania mi iść za tobą, jest to głos obowiązku...
— Jakto! i ty chcesz zostać tu, po strasznej scenie dzisiejszego wieczora, po skandalu, który jutro publicznym będzie.
— Cóż to znaczy, że jestem zgubioną, zniesławioną? Czyż taką nie tyle byłam wczoraj co i dziś, co i jutro będę? Czyż myślisz, że ironja i wzgarda świata więcej mi zada cierpień, jak wyrzut własnego sumienia? Jam zawsze sądziła sama siebie Gastonie, a jeżeli obecność twoja, dźwięk twego głosu, dotknięcie twej ręki, pozwalały mi zapominać o wszystkiem, za to zdala od ciebie pamiętałam i płakałam.
Gaston słuchał nieruchomy, osłupiały, zdało mu się, że jakaś nowa Walentyna stoi przed nim, że w jej duszy, którą niby zna tak dobrze, odkrywa głębiny, o jakich nie wiedział.
— A matka twoja? — zapytał.
— Właśnie pamięć na nią zatrzymuje mnie tu. Czy chcesz abym jako dziecię wyrodne, opuściła ją, by biedz z kochankiem w chwili, gdy ona biedna, opuszczona, bez przyjaciela, mnie tylko ma jedyną?
— Ależ ją uprzedzą, Walentyno; mam nieprzyjaciół, ona wiedzieć będzie o wszystkiem.
— Mniejsza o to. Sumienie tak mi nakazuje, to dosyć. Ah, czemuż kosztem własnego życia nie mogę oszczędzić jej wiadomości, że jej córka, jej Walentyna uchybiła wszystkim prawom honoru! Być może, że będzie dla mnie przykrą, straszną, niemiłosierną, ale czyż nie zasłużyłam na to? O mój jedyny przyjacielu! my zasnęliśmy snem nadto pięknym, aby mógł trwać długo. Ja spodziewałam się tego strasznego przebudzenia. Szaleńcy, nieroztropni, jak mogliśmy przypuszczać, że jest gdzie trwała szczęśliwość po za obrębem obowiązku? Prędzej czy później, trzeba zapłacić za szczęście skradzione. Pochylmy czoło i upokorzmy się.
Ten zimny rozum, ta bolesna rezygnacja, na nowo rozpaliła gniew Gastona.
— Nie mów tak! — zawołał. — Czyliż nie czujesz, że sama myśl upokorzenia ciebie, wprawia mnie w szaleństwo?
— Niestety! jednak przygotować się muszę na inne jeszcze obelgi.
— Ty!... Jak to rozumiesz?
— Dowiedz się, Gastonie...
Urwała, zawahała się i rzekła nakoniec:
— Nic, nic... szaloną jestem...
Gdyby nie był tak gwałtownie wstrząśnięty, hrabia Clameran w tem wahaniu Walentyny domyśliłby się był jakiegoś nowego nieszczęścia, ale on szedł dalej za swoją myślą.
— Cała nadzieja jeszcze nie stracona, — rzekł. — Miłość moja i rozpacz, zdaje mi się, tknęły mojego ojca, który ma dobre serce. Być może, moje listy, gdy będę w miejscu bezpiecznem, być może instancje brata mojego Ludwika, skłonią go, że poprosi panią de la Verberie o rękę twoją dla mnie.
Przypuszczenie to zdało się przerażać Walentynę.
— Niech Bóg broni, — zawołała, — by margrabia coś podobnego przedsięwziął!
— Dla czego?
— Bo matka moja odrzuciłaby jego żądanie, bo matka moja, wyznać to muszę w tej ostateczności, przysięgła wydać mnie za człowieka bogatego, a ojciec twój nie ma majątku.
— Oh! — zawołał Gaston z oburzeniem, — oh! I dla takiej matki mnie poświęcasz?
Głos Walentyny wyrażał postanowienie niezachwiane, Gaston zrozumiał, że wszystkie jego prośby były daremne.
— Ah! — zawołał, łamiąc sobie ręce, — tyś mnie nigdy nie kochała.
— Nieszczęśliwy! nie czujesz tego co mówisz.
— Nie, — odparł, — ty mnie nie kochasz! Ty, która w chwili takiego rozłączenia masz okrutną rozwagę zimno rozumować i rozrachowywać? Ah! nie tak ja ciebie kocham, Walentyno. Prócz ciebie, co mnie obchodzi cała ziemia? Ciebie stracić, to umrzeć. Niechże więc Rodan odbierze to życie, które oddał mi cudownym sposobem, a które teraz jest mi ciężarem...
Już zbliżał się do Rodanu, zdecydowany umrzeć; Walentyna wstrzymała go.
— I toż to nazywasz miłością?
Gaston nie czuł już życia w sobie.
— Po co mi żyć? — zawołał, — co mi dziś pozostaje?
— Pozostaje nam Bóg, który przyszłość naszą w ręku swem trzyma.
Najmniejsza deska zdaje się wybawieniem dla rozbitka; ten wyraz przyszłość oświecił ciemności Gastona promykiem nadziei.
— Każesz. — zawołał nagle ożywiony, — jestem posłuszny. Dosyć tej słabości. Tak, chcę żyć, by walczyć i zwyciężyć. Pani de la Verberie potrzebuje złota, dobrze! za trzy lata zrobię majątek, albo umrę!
Walentyna złożyła ręce i dziękowała Bogu za to nagłe jego postanowienie, którego nie śmiała się spodziewać.
— Lecz nim odejdę, — mówił Gaston, — chcę ci powierzyć święty depozyt.
Wyjął z kieszeni jedwabny woreczek, zawierający klejnoty margrabiny de Clameran i włożył go w rękę przyjaciółki.
— Są to klejnoty mojej biednej matki, — rzekł, — ty jedna tylko godną jesteś je nosić, w myśli mojej tobie je przeznaczyłem.
A gdy odmawiała i wahała się:
— Weź je, — nalegał, — jako zakład mojego powrotu. Jeżeli za lat trzy nie wrócę po nie, znaczyć to będzie żem umarł, a wtedy zatrzymasz je jako pamiątkę od tego, który tak cię kochał...
Tonęła we łzach — przyjęła.
— Teraz, — mówił dalej Gaston, — jeszcze jedną mam do ciebie prośbę: Wszyscy mniemają żem umarł i w tem moje ocalenie. Ach! nie mogę w tej rozpaczy pozostawić ojca mojego. Przysięgnij mi, że jutro rano pójdziesz sama powiedzieć ojcu mojemu żem ocalał!
— Pójdę, przysięgam ci! — odpowiedziała.
Gaston powziął postanowienie nieodwołalne, czuł, że trzeba korzystać z tej chwili męstwa, pochylił się więc ku ukochanej, aby ją pocałować ostatni raz. Ona smutnym ruchem odsunęła młodzieńca.
— Gdzie myślisz się udać? — zapytała.
— Do Marsylji, gdzie jeden przyjaciel ukryje mnie i poszuka sposobu do dalszej podróży.
— Nie możesz tak odejść, potrzeba ci towarzysza, przewodnika, dam ci tu jednego człowieka, w którym możesz mieć ślepe zaufanie, jest to sąsiad nasz, Menoul, który długi czas był retmanem na jednym statku rodańskim.
Wyszli furtką od parku, od której Gaston miał klucz i wkrótce przyszli do starego żeglarza.
Drzemał przy kominku na drewaianem krześle poręczowem. Widząc wchodzącą Walentynę z panem Clameranem, powstał, a przecierając sobie oczy, sądził że mu się śni.
— Ojcze Menoul, — rzekła Walentyna, — pan hrabia jest zmuszony ukrywać się; chciałby dostać się na morze i odpłynąć tajemnie. Czy możesz podwieźć go w swoim statku aż do ujścia Rodanu?
Stary potrząsnął głową.
— Przy takim stanie wody, — odpowiedział, — nocą, to niepodobna.
— Mnie, ojcze Menoul, wyświadczysz tem wielką przysługę,
— Pani, panno Walentyno? to co innego; natychmiast.
Wtedy dopiero stary zwrócił uwagę na Gastona, że ubranie jego było przemokłe i zabłocone, że był z gołą głową.
— Pożyczę panu odzieży mego zmarłego syna; jeszcze lepiej, bo będziesz pan przebrany; proszę z sobą.
Wkrótce Menoul, a z nim Gaston, prawie nie do poznania przebrany, wrócili, i Walentyna poszła z nimi nad brzeg rzeki, do miejsca, gdzie statek był przymocowany.
Gdy stary przygotowywał się do drogi, kochankowie uścisnęli się ostatni raz, w tem uroczystem pożegnaniu dusze swe zamieniając.
— Za trzy lata! — wołał Gaston, — za trzy lata!
— Do widzenia panienko! — rzekł stary panie hrabio, trzymaj się dobrze.
I silnie rzuciwszy wiosłem, pchnął statek retman, — a pan, na środek rzeki.
We trzy dni potem, dzięki staraniom poczciwego Menoula, Gaston znajdował się ukryty na statku amerykańskim trzymasztowym Tom Jones, kapitan Warth, który nazajutrz odpłynął do Valparaiso.

III.

Nieruchoma na brzegu, zimniejsza i bielsza jak statua, Walentyna patrzyła jak oddalała się łódź, unosząca jej ukochanego. Suwała się po powierzchni rzeki lotem ptaka, pędzonego przez burzę, i po kilku sekundach została tylko punktem czarnym, zaledwie widzialnym pośród mgły unoszącej się nad rzeką.
Gaston umknął ocalony! Walentyna mogła więc bez przeszkody oddać się rozpaczy. Już jej nie było potrzeba powstrzymywać duszących ją jęków.
Po niedawnem męstwie nastąpił śmiertelny upadek. Czuła się zniszczoną, złamaną, jak gdyby coś się w niej rozdarło, jak gdyby ta łódź, co znikła w tej chwili, zabrała z sobą najlepszą część jej samej: duszę i myśl.
Bo gdy Gaston zachował w głębi serca promień nadziei, ona nie zachowała żadnego.
Przygnieciona widziała, że wszystko skończone. A spozierając w przyszłość, uczuła dreszcze grozy.
Musiała jednak wrócić do domu.
Szła wolno do zamku, przechodząc przez te furtkę, która tyle razy otwierała się tajemniczo dla Gastona, a zamykając ją pomyślała, że między nią a jej szczęściem stanęła nieprzebyta zapora.
Nim przyszła do swego pokoju, Walentyna obeszła zamek, by spojrzeć w okna od pokoju matki.
Okna były oświetlone jak zwykle o tej porze, bo pani hrabina przepędzała część nocy na czytaniu, i wstawała bardzo późno.
Zatopiona w dobrobycie materjalnym, wcale nie kosztownym na wsi, egoistyczna hrabina nie dbała wcale o córkę. W takiem osamotnieniu nie widząc dla niej żadnego niebezpieczeństwa, pozostawiała jej zupełną swobodę, a Walentyna we dnie i w nocy, rzec można, mogła wychodzić, przechadzać się, i matka nic sobie z tego nie robiła.
Ale tej nocy Walentyna obawiała się być dostrzeżoną. Zapytanoby się może zkąd pochodzi straszliwy nieład w jej ubraniu, a jak wytłumaczyć, dla czego jej suknia mokra i poplamiona błotem?
Szczęściem, mogła dojść bez przeszkody do pokoju i zamknęła się w nim.
Pragnęła samotności, chciała rozmyślać, czuła potrzebę pokrzepienia się przeciwko strasznym ciosom, jakie ją czekały.
Siadłszy przed stolikiem, wydobyła z kieszeni woreczek wręczony jej przez Gastona, i machinalnie spozierała na zawarte w nim klejnoty.
Zapewne byłoby jej przyjemnie włożyć na palec jeden z tych pierścionków, najmniejszy, najprostszy, ale czyż mogła? Matka zapytałaby się, zkąd go wzięła?Trzebaż było jeszcze kłamać?
Ucałowała ten woreczek, pamiątkę po nieobecnym, i szacowny depozyt schowała głęboko w jednę z szuflad swojej komody.
Myślała potem, że musi pójść do Clameran, aby uspokoić starego margrabię i powiedzieć mu, że syn jego cudownie ocalony, żyje jeszcze.
Gaston oślepiony namiętnością, żądając od niej tej ostatniej przysługi, nie pomyślał o przeszkodach, jakie ona napotka, o niebezpieczeństwach, na jakie się narazi.
Walentyna wiedziała i pojmowała je bardzo dobrze. Ale przysięgła. Nawet myśl nie powstała w jej głowie, by uchybić przyrzeczeniu, albo szukać wymówki by go nie dotrzymać.
Dzień nadchodził; ubrała się.
Wkrótce potem, gdy w kościele wiejskim dzwoniono na Anioł Pański, powiedziała sobie, że czas w drogę i wyszła.
Sługi zamkowe wstały już oddawna. Jedna z nich, imieniem Michalina, przeznaczona do usług Walentyny, zajęta była właśnie czyszczeniem kamiennej posadzki w przedsionku.
— Jeżeli matka będzie się o mnie pytać, — rzekła do niej dziewica, — powiedz, że poszłam na pierwszą mszę.
Często o tej godzinie chodziła do kościoła, z tej strony więc nie miała się czego obawiać; Michalina nie uczyniła żadnej uwagi.
Największą trudnością dla hrabianki było powrócić na godzinę śniadania. Musiała ujść z pół mili do mostu, a ztamtąd drugie tyle do Clameran. Razem około dwóch mil.
To też wychodząc z la Verberie, szła jak mogła najprędzej. Przekonanie, że spełnia czyn niezwykły, niepokój, gorączka niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, dodawały jej skrzydeł. Nie pamiętała na znużenie, i ani czuła, że noc spędziła na płaczu.
Pomimo wszelkich wysileń, zaledwie o ósmej godzinie stanęła w długiej alei, wiodącej od drogi do zamku Clameran.
Weszła już w aleję, gdy o kilka kroków spostrzegła Jana, lokaja margrabiego, który dobrze był jej znany.
Zatrzymała się aż nadejdzie, a on zobaczywszy ją, przyspieszył kroku. Oblicze jego było wzburzone, cezy czerwone, znać było że płakał.
Ku wielkiemu zdziwieniu Walentyny nie zdjął czapki przechodząc obok niej, i grubiańskim zapytał ją tonem:
— Czy pani idzie do zamku?
— Tak.
— Jeżeli do pana Gastona, — odpowiedział służący, umyślnie kładąc nacisk na złośliwość wyrażenia, — napróżno pani się fatyguje. Pan hrabia umarł, proszę pani, za jakąś tam kochankę...
Walentyna zbladła pod tą obelgą, ale spokój zachowała. Jan zaś, który sądził że ją pognębi, zdumiał się i osłupiał na jej zimną krew.
— Idę do zamku, — mówiła dziewica, — żeby rozmówić się z panem margrabią.
Jan ryknął jękiem.
— Napróżno panno hrabianko, możesz pani się wrócić...
— Dla czego?
— Bo pan margrabia umarł dziś rano o piątej godzinie.
Ażeby nie upaść, Walentyna musiała oprzeć się o drzewo, przy którem stała.
— Umarł! — jęknęła.
— Tak. — odpowiedział Jan ze spojrzeniem straszliwem, — tak... umarł...
Prawdziwy sługa dawnego autoramentu, Jan podzielał wszystkie uczucia swych panów, ich słabości, przyjaźnie, nienawiści.
Domu la Verberie nie cierpiał. Na domiar widział w Walentynie kobietę, która spowodowała śmierć margrabiego, któremu służył czterdzieści lat, i zgubę Gastona, którego uwielbiał.
— Otóż, — mówił dalej, usiłując każde słowo uczynić ciosem sztyletu, — pan hrabia zginął wczoraj wieczór. Kiedy przyszli powiedzieć panu margrabiemu, że syn jego pierworodny już nie żyje, chociaż silny jak dąb, padł jakby piorunem rażony. Byłem tam. Uderzył rękami w powietrze i runął na wznak, ust nie otworzywszy. Zanieśliśmy go na łóżko; pan Ludwik wsiadł na konia i pobiegł po lekarza do Tarascon. Ale już było po wszystkiem, pan Raget nic nie zrobił. Nadedniem pan margrabia odzyskał przytomność i chciał zostać sam na sam z panem Ludwikiem. Potem wkrótce poczęło się konanie, jego ostatnie słowa były: „Ojciec i syn jednego dnia, mogą się radować w la Verberie...“
Jednem słowem Walentyna mogła uśmierzyć ten ogrom boleści wiernego sługi, dość jej było powiedzieć, że Gaston żyje, ale obawiała się popełnić niedyskrecję, która mogła stać się szkodliwą.
— A wiec, — rzekła, — muszę rozmówić się z panem Ludwikiem.
To oświadczenie zgorszyło Jana.
— Pani? — wykrzyknął, — pani! Ah, to być nie może, panno de la Verberie. Jakto, po tem co zaszło, pani śmiałabyś mu się pokazać? Jabym tego nie dopuścił, rozumie mnie pani? A nawet radzę pani, wracaj do domu. Nie odpowiadam za język służących, gdy panią zobaczą.
I nie czekając odpowiedzi, odszedł wielkiemi krokami.
Co mogła zrobić Walentyna? Znękana, poniżona, wróciła, wlokąc się zaledwie, tą samą drogą, którą przebyła rano. W tej porze wielu rolników wracało z miasta; dowiedzieli się oni o wczorajszych wypadkach, i przez całą drogę biedna dziewczyna spotykała ironiczne ukłony, lub obelżywe spojrzenia.
Przyszedłszy pod zamek Walentyna spotkała Michasię, która jej wyglądała.
— Ah, panienko! — rzekła dziewczyna, — proszę prędzej! Pani miała dziś rano odwiedziny, i odtąd woła i szuka panią na wszystkie strony; niechże panienka idzie, ale ostrożnie, bo pani jest okropnie rozłoszczona.
Wiele opowiadają o patryarchalności obyczajów naszych przodków. Być może, że patryarchalność ta istniała dawniej. Co pewna, to, że nasze prababki (czem się od nich dzięki Bogn żony nasze różnią), mając umysł żywy, rękę zwinną, słowo swobodne, nie wzdrygały się ani żywego giestu, ani imienia własnego.
Pani de la Verberie zachowała te formy z owych dobrych czasów, w których największe damy klęły nie mniej, nie więcej, jak zabłocony furman. To też jak tylko zoczyła Walentynę, przywitała ją najgwałtowniejszemi i najbardziej grubjańskiemi wyrazami.
Hrabina została uwiadomioną o wczorajszych wypadkach, które zwiększyły się i ułożyły według złośliwości publicznej. Jakaś stara wdowa, sąsiadka, przyjaciółka jej od serca, ubrała się bardzo rano i przybyła de niej umyślnie, by z mnóstwem ubolewań, podać jej tę zatrutą strawę.
W tej okropnej sprawie pani de la Verberie nie tyle upatrywała utratę reputacji córki, ile upadek jej własnych zamysłów, bogatego małżeństwa, ambicji, dostatków.
Młoda dziewica tak okrutnie skompromitowana, nie łatwo będzie mogła znaleźć męża. Potrzeba było przynajmniej dwóch lat, ażeby po tych awanturach można ją w świecie przedstawić.
— Nieszczęśliwa! — zawołała margrabina z szaloną energją, czerwieńsza od piwonji, — to tak szanujesz szlachetne tradycje naszego domu? Nigdy jeszcze dziewice la Verberie nie potrzebowały stróżów, same potrafiły strzedz swojej czci. Ty pierwsza dopiero nadużyłaś swobody swojej na to, aby zstąpić do rzędu tych bezwstydnie, które są płci swojej hańbą!
Walentyna przewidziała tę scenę, czekała na nią ze strasznem ściśnieniem serca. Przyjęła ją jako słuszną i sprawiedliwą karę za występną miłość. Uznając, że oburzenie matki było zasłużone, pochyliła głowę, jak żałujący winowajca przed sędziami.
Ale to milczenie właśnie mocniej rozgniewało hrabinę.
— Cóż, nic nie odpowiadasz? — zawołała z groźnym giestem.
— Cóż mogę mamie odpowiedzieć?
— Możesz mi odpowiedzieć, że skłamali ci, którzy posądzają jednę z dziewic domu la Verberie, iż uchybiła swej czci. Brńżeż się, mów!
Nie odpowiadając, Walentyna smutnie potrząsła głową.
— A więc to prawda! — zawołała hrabina zaperzona, więc to prawda?
— Wybacz, matko, szepnęła Walentyna, wybacz!...
— Jakto, więc mnie nie zwiedli? żądasz przebaczenia? A więc przyznajesz się do winy, bezwstydna! Męko Boża! jakaż to krew płynie w twoich żyłach? Czyż nie wiesz, że są takie winy, którym trzeba zaprzeczyć, choćby były widoczne jak słońce? I ty jesteś moją córką? Czyż nie czujesz, że są hańbiące wyznania, których żadna moc ludzka nie powinna wydobyć z ust kobiety? Ale nie, ona ma kochanków i wyznaje to bez zarumienienia. Chełp się z tego, będzie to coś w nowym guście!
— Ah, matko! jesteś bez litości! A ty, miała żeś litość nademną? Czy pamiętałaś, że mnie hańba twoja mogła zabić? Ah, nie raz zapewne śmiałaś się wraz ze swym kochankiem z mojej ślepej ufności. O, bo ja miałam wiarę w ciebie, jak w siebie samą, bo miałam ciebie za tak niewinną i czystą, jak wówczas, gdym czuwała nad twą kolebką. Wierzyłam tobie; a tymczasem ludzie w szynku wymawiają imię twe wśród głośnych śmiechów, a potem biją się i zabijają o ciebie. W twoje ręce złożyłam cześć naszego domu, gdzie ją podziałaś? Oddałaś ją pierwszemu lepszemu...
Tego było za wiele. Wyrazy „pierwszemu lepszemu“ obraziły dumę Walentyny. Ona nie zasługiwała, nie mogła zasługiwać na takie obejście. Spróbowała zaprotestować.
— Mylę się, — dodała hrabina, — masz słuszność, kochanek twój nie był pierwszym lepszym. Ty z pomiędzy wszystkich wybrałaś dziedzica odwiecznych wrogów naszego domu, Gastona de Clameran. Tego ci trzeba było między wszystkimi nikczemnikami, który poszedł się publicznie chwalić z twoich względów, nędznika, który za heroizm naszych przodków zemścił się na tobie i na mnie, na kobiecie starej i na dziecku.
— Nie matko, nie, to fałsz!. On mnie kochał, i gdyby mógł był spodziewać się twego zezwolenia...
— Byłby się z tobą ożenił. Nie, nigdy! Wołałabym cię widzieć idącą z upadku w upadek, staczającą się do kałuży, niż żoną takiego człowieka!
Owoż nienawiść hrabiny wyrażała się tak samo, jak gniew margrabiego de Clameran.
— A wreszcie, — rzekła z tą dzikością, do której zdolną jest tylko kobieta, — a wreszcie kochanek twój utonął, a stary margrabia umarł, jak zapewniają. Bóg jest sprawiedliwy, pomścił nas!
Słowa starego Jana: „mogą się radować w la Verberie,“ przypomniały się zaraz Walentynie; radość ohydna błyszczała w oczach hrabiny.
Był to ostatni cios dla nieszczęśliwej dziewicy.
Od pół godziny czyniła nadludzkie wysilenia przeciw tym strasznym ciosom, siły zdradziły jej energiczną wolę. Zbladła jeszcze bardziej, jeśli można, zamknęła oczy, wyciągnęła rękę, jakby szukając jakiegoś oparcia, i upadła, uderzając się o róg kanapy, czem zadała sobie głęboką ranę w czole.
Suchem okiem spoglądała hrabina na córkę u nóg jej leżącą. Wszystkie próżności krwawiły się w niej, ale miłość macierzyńska nie zadrgała. Była jedną z tych dusz, które tak się napełniają gniewem i nienawiścią, że żadne uczucie tkliwsze miejsca w nich znaleźć nie może.
Widząc, że Walentyna leży nieruchoma, zadzwoniła, a sługi zamkowe, które w przedsionku drżały na ten głos okropny, przybiegły natychmiast.
— Zanieście pannę do jej pokoju, — rzekła do nich, — zamknijcie ją tam i przynieście mi klucz.
Hrabina zamierzała wówczas trzymać Walentynę długi czas pod zamknięciem i nie pozwolić jej wyjść.
Bo lękała się opinji, jak ognia. Bo znała złośliwość — możnaż powiedzieć bezwiedną i naiwną — wsi, gdzie bezczynność umysłowa całe miesiące żyje jedną plotką.
Nigdy wieś, dla pewnych przewinień, nie będzie miała względów, wyrozumiałości miast. Biada tam nieszczęśliwej dziewczynie upadłej; musi do dna spełnić kielich obmyślanych upokorzeń i brutalnych szyderstw. Każdy ma sobie za zaszczyt rzucić na nią kamieniem.
Jednakże pani de la Verberie źle rozumowała. Lepszy jest straszny i nagły wybuch skandalu, niż głuche a nieustanne szepty obmowy.
Ale wszystkie plany hrabiny pomieszały się.
Wkrótce służebne wróciły oświadczając jej, że Walentyna wróciła do przytomności, ale jest bardzo źle.
Ona zrazu składała to na „fochy,“ ale na nalegania Michasi poszła do pokoju córki i dała się przekonać oczywistości: Walentyna była w niebezpieczeństwie.
Nie dała poznać nic po sobie, ale posłała do Tarascon po lekarza Rageta, który był podówczas wyrocznią okolicy, po tego samego, który w nocy wzywanym był do margrabiego Clameran.
Był to jeden z tych ludzi, którzy długo żyją w pamięci, nawet gdy znikną z widowni. Z sercem szlachetnem, z obszerną wiedzą, człowiek ten każdą chwilę życia poświęcał swej umiejętności. Dniem i nocą spotykać było można na drodze ciągniony przez siwą klacz jego stary kabryolet, w którego siedzeniu znajdowało się wino i bulion dla biednych.
Był to podówczas przeszło pięćdziesięcioletni człowiek, łysy, o żywem oku, z dowcipnemi ustami, wesoły, rozmowny, choć trochę jąkający się, a przytem łatwy i dobry aż do zbytku.
Posłaniec znalazł go na szczęście, i wracał z nim.
Zobaczywszy Walentynę, doktor Raget zmarszczył brwi.
Obdarzony głęboką przenikliwością, którą zaostrzyła praktyka, badał kolejno Walentynę i jej matkę, rzucając na starą hrabinę wzrok tak przenikający, że chwiała się pod nim i czuła, jak jej czerwienieją policzki.
— Ta panienka jest bardzo chora, — rzekł.
A gdy pani de la Verberie nie odpowiadała, dodał:
— Chciałbym pozostać z nią przez kilka chwil sam na sam...
Doktor Raget, już to reputacją, już charakterem osobistym, tak imponował hrabinie, że nie śmiała się opierać. Wyszła wszakże z niechęcią i czekała nań w sąsiednim pokoju, spokojna z pozoru, ale w rzeczywistości oddana najciemniejszym myślom.
Doktor wyszedł dopiero po pół godzinie — pół wieku... On, który widział tyle nędzy, pocieszał tyle boleści, zdawał się jednak bardzo wzruszony.
— I cóż? — zapytała hrabina.
— Pani jesteś matką, — odpowiedział smutno, — to znaczy, że serce pani ma skarby pobłażania i przebaczenia, nieprawdaż? Uzbrój się pani w odwagę. Panna Walentyna jest...
I resztę szepnął jej do ucha.
— O! nędznik! — zawołała hrabina, — domyślałam się tego...
Oko hrabiny przybrało tak okropny wyraz, że aż doktor zwrócił uwagę. Położył rękę na ręce hrabiny, i wpatrując się nią tak, że aż zadrżała pod jego wzrokiem, dodał z naciskiem każdy wyraz:
— A dziecię musi przyjść na świat dobrze.
Przenikliwość doktora była na miejscu.
W rzeczy samej, myśl bezecna przeszła przez głowę pani w na do la Verberie: myśl zgładzenia dziecka, które byłoby żywem świadectwem błędu Walentyny.
Widząc, że się zdradziła ze swemi myślami wyniosła i cierpka kobieta, spuściła oczy przed nieugiętym wzrokiem starego lekarza.
— Nie rozumiem pana, — rzekła cicho.
— Ale ja rozumiem ciebie, pani hrabino, ja chciałem powiedzieć, że zbrodnia nie maże winy.
— Doktorze!...
— Mówię pani co myślę. Jeżelim się omylił, tem lepiej dla pani. W tej chwili stan panny Walentyny jest groźny, ale nie niebezpieczny. Gwałtowne wzruszenia wstrząsnęły jej młody organizm, ma mocną gorączkę, którą jednak, mam nadzieję, wkrótce uśmierzymy.
Hrabina tak doskonale rozumiała, że podejrzenia starego lekarza nie uspokoiły się, że zaczęła próbować rozrzewnienia.
— Czy przynajmniej zapewniasz mnie, doktorze, — zapytała, — że nie ma żadnego niebezpieczeństwa?
— Żadnego, pani, — odrzekł pan Raget, z lekkim odcieniem ironji, — niech się czułość macierzyńska uspokoi. Przedewszyetkiem biednemu temu dziecku potrzeba spokoju umysłowego, który pani dać mu tylko możesz. Kilka dobrych i czułych słów pani sprawią więcej jak moje recepty. Ale wiedz o tem, że najmniejsze wzruszenie, najlżejsze wstrząśnienie mózgowe, może pociągnąć bardzo smutne następstwa.
— To prawda, — rzekła hrabina obłudnie, — że w pierwszej chwili, na wieść, iż moja córka ukochana stała się ofiarą nikczemnego uwodziciela, nie byłam panią mego gniewu.
— Ale gdy pierwsze uniesienie minęło, pani jesteś matką, jesteś chrześcjanką, wiesz co ci dalej czynić pozostaje. Moim obowiązkiem jest ocalić twoją córkę i jej dziecię — i ocalę. Jutro powrócę...
Pani de la Verberie nie mogła pozwolić, aby doktor w ten sposób się oddalił. Zatrzymując go więc ruchem ręki, i nie zważając, że się zdradza, zawołała:
— Jakto! więc pan chcesz, abym nie przedsiębrała żadnych środków dla utrzymania w tajemnicy tego nieszczęścia, które na mnie spadło! Trzebaż, aby hańba nasza stała się publiczną, chcesz nas skazać na pośmiewisko całej okolicy?
Lekarz chwilę nic nie odpowiedział, namyślił się, położenie było krytyczne.
— Nie, pani, — rzekł, — ja nie mogę pani wzbronić, abyś wyjechała z la Verberie, byłoby to przekroczeniem mych praw. Ale moim obowiązkiem jest żądać od pani rachunku z dziecka. Jesteś pani wolną, ale musisz mi dać dowód, że ono żyje, przynajmniej, że nic złego przeciw niemu nie przedsięwzięto...
Po tych groźnych słowach wyszedł, i w porę, bo hrabina dławiła wściekłość i przymus.
— Zuchwalec! — zawołała, — impertynent! Pozwalać sobie dawać lekcje kobiecie mojego stanowiska! Ach! gdybym nie była na jego łasce!...
Ale tak było istotnie, i pojmowała dobrze, że na ten raz bezpowrotnie musi się pożegnać ze swemi chimerami.
Przepadł zbytek, przepadł zięć milionowy, przepadły dostatki na starość: karety, stroje wspaniałe i zabawy, na których w grubą grę grają.
Będzie musiała umrzeć jak żyła, biedna, skazana na mierność więcej niż skromną; zginęła perspektywa lepszego losu!
I to Walentyna przywiodła ją do tej ostateczności. Na tę myśl zapaliła się w niej przeciw córce jedna z tych nienawiści, które nigdy nie przebaczają, które czas ożywia zamiast uśmierzyć. Pragnęła jej śmierci, jak również tego przeklętego dziecka.
Ale groźne spojrzenie doktora tak utkwiło w jej pamięci, że wszelkie pokusy o nie rozbiły się. Decydując się nawet zajrzeć do córki, zmusiła się do uśmiechu, wyrzekła kilka słów czulszych, potem powierzyła ją opiece przywiązanej Michasi.
Biedna Walentyna! Dotkniętą była tak do żywego, że zdało się jej, jakoby w niej zerwały się wszystkie struny życia.
Cierpienie jej jednakże zmieniło się nieco. Po wielkich przesileniach fizycznych lub moralnych, następuję zwykle bezwładność, po większej części wolna od cierpień. Kiedy miała władzę myślenia, mówiła sobie:
— Skończyło się, matka moja wie o wszystkiem; więcej nie potrzebuję się jej gniewu obawiać; mogę tylko spodziewać się, że mi przebaczy.
Ten to był sekret, którego Walentyna nie chciała wyjawić Gastonowi, pojmując dobrze, że wiedząc o tem, nigdyby się bez niej nie oddalił. A ona chciała, żeby uszedł, gdy z drugiej strony głos obowiązku wskazywał jej, że sama zostać powinna. I teraz nawet nie żałowała, że została.
Największą jej troską był los Gastona. Czy udało mu się odpłynąć, czy nie? Jak się dowiedzieć o tem? Od dwóch dni lekarz pozwolił jej wstać, ale ani pomyśleć o tem nie mogła, żeby zejść na dół i biedz aż do chaty Menoula.
Szczęściem stary żeglarz był roztropny, tak jak każda istota prawdziwie poświęcona.
Dowiedziawszy się, że panna w zamku jest chora, myślał, jakby ją upewnić co do losu zbiega. Znalazł kilka pretekstów dla przybycia do la Verberie, i nareszcie zdołał zobaczyć się z Walentyną. Nie byli sami, ale poczciwy żeglarz jednem spojrzeniem dał do zrozumienia panience, że Gaston jest bezpieczny.
Ta pewność uczyniła więcej dla zdrowia Walentyny niż wszystkie lekarstwa, i wkrótce potem lekarz, który od półtora miesiąca codzień przyjeżdżał, oświadczył, że chora może już — znieść trudy podróży.
Hrabina oczekiwała tej chwili z niewymowną niecierpliwością. Już, ażeby nie opóźnić wyjazdu, przedała połowę renty, i mówiła sobie, że mając 25.000 franków, może być gotową na wszelkie wypadki.
Od dwóch tygodni rozpowiadała wszędzie, ze jak tylko córka wyzdrowieje, wyjadą do Anglji, gdzie ją wzywał jeden krewny bardzo stary i bardzo bogaty.
Walentyna ze strachem patrzyła na tę podróż, i zadrżała, gdy po oświadczeniu lekarza, matka powiedziała:
— Pojutrze wyjeżdżamy.
Pojutrze! Walentyna nie znalazła żadnego środka, by uwiadomić Ludwika de Clameran, że brat jego nie umarł.
W tej ostateczności zwierzyła się Michasi i dała jej list do Ludwika.
Ale wierna sługa nadaremnie biegała. Zamek Clameran był pusty, wszyscy słudzy odprawieni, a pan Ludwik, którego teraz nazywają panem margrabią, opuścił kraj.
Nakoniec wyjechały. Pani de la Verberie rachując na wierność Michasi, postanowiła ją zabrać, ale kazała jej przysiądz na Ewangelię przy mszy, podczas podniesienia, że wiecznie dochowa tajemnicy.
Hrabina osiadła w małej wiosce za Londynem z córką i służącą pod nazwiskiem pani Wilson.
Obrała Anglję dla tego, że mieszkając tam długi czas, znała ducha i obyczaje tego kraju, a językiem władała jak rodowitym.
Zachowała nawet stosunki w arystokracji, i często wieczorem wychodziła, objadowała w mieście, bywała w teatrze, przedsiębiorąc w tych razach ostrożności upokarzające dla Walentyny, którą zamykała na klucz.
W tym to smutnym i samotnym domu, jednej majowej nocy Walentyna de la Verberie wydała na świat syna.
Okazano go proboszczowi parafji i zapisano pod nazwiskiem Walentyn-Raul Wilson.
Hrabina wreszcie przewidziała wszystko, wszystko skombinowała.
W okolicach wioski, po wielu poszukiwaniach, znalazła wieśniaczkę, która za pięćset funtów sterlingów zgodziła się wziąć dziecko, obowiązując się wychować je razem ze swojemi, nauczyć go jakiego rzemiosła, a nawet dopomódz mu w świecie, jeśli się dobrze prowadzić będzie.
Oddano jej więc małego Paula w kilka godzin po urodzeniu.
Ta kobieta nie wiedziała prawdziwego nazwiska hrabiny, sądziła, i musiała sądzić, że ma do czynienia z Angielką. Było zatem więcej niż prawdopodobnem, było rzeczą pewną, że chłopiec dorósłszy, nie dowie się swego pochodzenia.
Przyszedłszy do siebie, Walentyna zapytała o dziecię. Drgała w niej i budziła się ta szczytna miłość macierzyńska, której zaród Bóg złożył w serca wszystkich kobiet.
W tej to okoliczności okrutna hrabina była istotnie bez miłosierdzia.
— Twoje dziecię! — zawołała, — nie wiem, doprawdy, co chcesz przez to powiedzieć; zdaje mi się, że marzysz, gorączkujesz!
A na naleganie Walentyny, dodała:
— Dziecię twoje jest w miejscu bezpiecznem, na niczem mu nie zbywa. Poprzestań na tem. O tem co zaszło, powinnaś zapomnieć, jak o złym śnie. Przeszłość powinna być dla ciebie jak by nie była. Znasz mnie, ja tak chcę.
Nadeszła chwila, w której Walentyna zmuszona była, do pewnych granic, opierać się despotyzmowi hrabiny, coraz bardziej rozszerzającemu się.
Przyszła jej ta myśl, ale nie miała odwagi.
Jeżeli z jednej strony przezorność nieszczęścia mogła jej okazywać niebezpieczeństwo, jakiem groziła rezygnacja prawie występna — boć przecież była matką — z drugiej czuła się przygnębioną uczuciem swej własnej winy.
Zamilkła, oddając się tym sposobem na zawsze, bezbronna, na wolę matki, której nie chciała sądzić, ażeby nie wydać na nią wyroku potępienia.
Tyle cierpień, tyle walk wewnętrznych, musiało opóźnić i rzeczywiście opóźniło jej powrót do zdrowia.
Jednak ku końcowi czerwca o tyle odzyskała siły, że mogła wrócić z matką do la Verberie.
Na ten raz złośliwość ludzka nie miała swej zwykłej przenikliwości. Hrabina, która chodziła wszędzie, skarżąc się na niepowodzenie swej podróży, mogła się przekonać, że w całej okolicy nikt nie przeniknął przyczyn nieobecności.
Jeden tylko człowiek, doktor Raget, wiedział prawdę. Ale pani de la Verberie, nienawidząc go z całego serca, oddała sprawiedliwość jego charakterowi i była pewną, że pod tym względem nie ma się co obawiać niedyskrecji.
Do niego też po powrocie udała się z pierwszą wizytą.
Zastała go zrana, kiedy wstawał od śniadania, prosiła o chwilę rozmowy, i od razu złożyła przed nim dokumenta urzędowe, w które zaopatrzyła się na jego żądanie.
— Widzisz więc pan, że dziecię żyje, — rzekła, — i za dobre pieniądze kobieta wiejska podjęła się chłopca wychować.
— Bardzo dobrze, pani hrabino, — odpowiedział, — a jeżeli ci tylko sumienie twoje nie nie wyrzuca, ja nie mam nic do nadmienienia.
— Sumienie moje, panie, nic mi nie wyrzuca.
Stary lekarz potrząsł głową, i zatrzymując na hrabinie jedno z takich spojrzeć co prawdę z głębi serca wyrzucają:
— Przysięgłabyś pani, — zapytał, — że nie byłaś surową aż do barbarzyństwa?
Odwróciła oczy i przybierając pańską postawę, odpowiedziała:
— Postąpiłam, jak postąpić powinna każda kobieta na mojem stanowisku... i zdziwioną jestem, widząc w panu tak zaciętego obrońcę złej sprawy.
— Ależ pani hrabino, — odrzekł lekarz, — od pani należało się pobłażanie; jakiejże litości może się od obcych spodziewać nieszczęsna córka pani, jeżeli ty, matka jej, nie jesteś litościwą?
Hrabina nie chciała dłużej słuchać; ten szczery a poczciwy głos drażnił jej dumę. Wstała.
— Czy tylko to masz mi do powiedzenia, doktorze? — zapytała tonem wyniosłym.
— To tylko, pani hrabino, jednego tylko pragnąłem, to jest, oszczędzić pani wiecznych wyrzutów.
W tym jednym punkcie mylił się poczciwy lekarz, nie wyobrażał sobie, że napotkał wyjątek. Pani de la Verberie niedostępną była wyrzutem. Ale dusza ta nieczuła na wszystko co nie było zadowoleniem próżności, musiała cierpieć i cierpiała okropnie.
Wróciła do dawnego trybu życia, ale straciwszy część swoich dochodów, nie mogła już końca z końcem związać.
Był to niewyczerpany temat do użaleń i wymówek, któremi nieustannie, rano i wieczór, przy objedzie i przy każdej sposobności obsypywała córkę.
I jakkolwiek oświadczała, że przeszłość nie istnieje, wracała do niej nieustannie, jak gdyby dla zaczerpania w niej nowych do swego gniewu żywiołów.
— Występek twój zrujnował nas, — powtarzała przy każdej sposobności.
— Więc przebaczyła by mi go mama, gdyby nas był zbogacił!
Ale te poruszenia Walentyny rzadko się zdarzały, choć jej życie było odtąd długim szeregiem męczarni zręcznie zastosowywanych.
Nawet myśl o Gastonie, tym wybrańcu jej serca, stała się dla niej cierpieniem. Być może, iż widząc bezużyteczność swego męstwa i poświęcenia się temu co nazywała swym obowiązkiem, żałowała, że nie poszła z nim razem. Co się z nim stało? Czemu nie wymyślił jakiego sposobu, by doręczyć jej list, przypomnienie, słowo? Może umarł? Może zapomniał o niej? Przysiągł, że za trzy lata wróci bogatym; czy wróci kiedy?
A nawet czy podobna mu było powrócić? Zniknięcie jego nie zatarło okropnej sprawy w Tarasconie. Przypuszczano, że utonął, ale ponieważ nie było wyraźnych śmierci jego dowodów, sprawiedliwość musiała dać satysfakcję wzburzonej opinji publicznej.
Sprawa przeszła do sądu kryminalnego, i Gaston de Clameran skazany został zaocznie na kilka lat więzienia.
Co do Ludwika de Clameran, nikt zapewne nie wiedział gdzie się znajduje. Niektórzy utrzymywali, że mieszka w Paryżu i żyje wesoło.
Przez wierną swą Michasię zawiadomiona Walentyna o tych ostatnich okolicznościach, zaczęła srodze się martwić. Daremnie zapytywała ponurą przyszłość, żaden promyk nie oświetlał smutnego jej życia poziomu.
Zerwały się w niej wszystkie sprężyny duszy i woli, i zwolna wyrobiła się ta bierna rezygnacja istot nieustannie gnębionych, ta abnegacja siebie, która cechuje wyrozumowaną i dobrowolną ofiarę życia.
I czas upływał, i cztery już lata minęły od tego nieszczęśliwego wieczoru, w którym Gaston puścił się po nurtach Rodanu w łódce ojca Menoula.
Pani de la Verberie użyła tych czteru lat jak najgorzej.
Widząc, że żadną miarą nie wyżyje ze swoich dochodów, zbyt głupio dumna by sprzedać majątek, który źle administrowany nie przynosił ani dwa od sta, postanowiła pożyczać i tracić razem kapitał z dochodami.
Że zaś na tej drodze najciężej zacząć, więc hrabina poszła żwawo.
Mówiła sobie:
— Po mnie niech tam świat potop zaleje!
Ani mniej ani więcej tylko tak jak nieboszczyk margrabia de Clameran, hrabina troszczyła się jedynie o swoje wygódki.
Przyjmowała gości, pozwalała sobie częstych wycieczek do miast sąsiednich: do Nimes, do Avignon; sprowadzała z Paryża pyszne stroje i zastawiała wykwintny stół. Słowem, używała teraz wszystkiego, co miała kiedyś posiąść ze szczodrobliwości niedoszłego zięcia milionera. Trzeba pociechy w wielkich boleściach!..
Zaraz w pierwszym roku po powrocie z Londynu, nie wahała się kupić konia rasowego, który istotnie wcale nie źle wyglądał, gdy go zaprzężono do porządnej kolasy, którą nabyła przypadkiem i na kredyt w Beaucaire.
By się w oczach własnych wytłumaczyć gdy ją niepokój łechtał, odpowiadała sobie:
— Jestem tak nieszczęśliwą!
Na nieszczęście ten pozór zbytku kosztował drogo i bardzo drogo.
Sprzedawszy resztę renty, hrabina zaciągnęła pożyczkę zrazu na grunta, potem i na zamek.
I w niespełna cztery lata doszła do tego, że była winną przeszło czterdzieści tysięcy franków, i nie mogła nawet procentu od długu zapłacić.
Już zaczęła tracić głowę i nie wiedziała co począć, widmo wywłaszczenia stawało nocami u jej łoża, gdy wtem przypadek raczył jej przyjść w pomoc.
Przed miesiącem przybył w okolice młody inżynier, delegowany do sprostowania łożyska Redanu, i za punkt środkowy swoich czynności obrał sobie wioskę sąsiadującą z la Verberie.
Ponieważ był to chłopiec młody, dowcipny i pięknie się przedstawiający, więc okoliczne towarzystwa ubiegały się o niego, i hrabina widywała go w domach, do których uczęszczała na wieczorną partyjkę.
Młody ten inżynier nazywał się Andrzej Fauvel.
Zauważywszy Walentynę, wpatrywał się w nią pilnie, i powoli zajął się tą dziewicą poważnej postawy, wielkich oczu, w których przebijała słodycz i smutek; podobała mu się ta hrabianka, która w galerji swych przodków wyglądała jak rozkwitły krzak róży wśród zimowego pejzażu.
Jeszcze nie przemówił do niej, a już ją kochał.
Był on względnie bogaty; otwierała się przed nim wspaniała karjera, czuł w sobie ducha inicjatywy, który prowadzi do milionów. był wolny... Przysiągł sobie, iż Walentyna będzie jego żoną.
Te małżeńskie zamiary objawił najprzód przed przyjaciółką pani de la Verberie, świetną rodem jak Montmorency, ale ubogą jak Job.
Z precyzją dawnego ucznia szkoły politechnicznej, wyliczył wszystkie korzyści, które czyniły go Feniksem zięciów.
Drugo stara matrona słuchała go nie przerywając. Ale gdy skończył, nie zataiła przed nim, jak pretensje jego wydają się jej dzikie.
Jakto! on, chłopiec nieurodzony, jakiś... Fauvel, geometra czy miernik z profesji, pozwalał sobie wzdychać do ręki panny da la Verberie!
Z szczególną mocą naciskała na te wysokiego rzędu konsyderacje. Na szczęście po wyczerpaniu tego rozdziału, przeszła do rzeczy pozytywniejszych.
— Jednakże, — dodała, — być może, że pana nie odepchną. Położenie hrabiny jest bardzo kłopotliwe, ona winna Panu Bogu i Wszystkim Świętym ta kochana hrabina, komornicy nawiedzają ją często, tak, iż... rozumiesz pan... gdyby jaki młody człowiek zjawił się, ożywiony uczciwemi chęciami i posiadający majątek... eh! eh nie wiem jakby tam było...
Andrzej Fauvel był młody, insynuacje starej matrony zdały mu się potworne.
Rozmyśliwszy się jednak, a nadewszystko jak się rozpatrzył w szlachcie okolicznej, bogatej tylko w przesądy, zrozumiał, że jedynie względy pieniężne zdolne byłyby skłonić wielką i potężną panią de la Verberie do oddania mu ręki córki.
Pewność ta rozprószyła jego wahania, i Andrzej Fauvel namyślał się nad sposobem, w jakimby zręcznie podstawić swoją kandydaturę.
Rzecz nie zdała mu się łatwą. Iść po żonę z pieniądzmi w ręku, nie zgadzało się z jego delikatnością, przejmowało go nawet wstrętem. Ale nie znał nikogo w całej okolicy, komuby mógł się zwierzyć, a miłość jego tak była wielką, że dla niej mógł z zamkniętemi oczyma przejść po wszystkich wstrętach.
Oczekiwana przez niego sposobność wytłumaczenia się w sposób, jeśli nie kategoryczny, to przynajmniej jasny i przezroczysty. nastręczyła się sama z siebie.
Raz, wchodząc do hotelu w Beaucaire, postrzegł panią de la Verberie siadającą do stołu. Czerwieniejąc po szyję, prosił o pozwolenie zajęcia miejsca przy niej, i pozwolenie to otrzymał z uśmiechem nader zachęcającym.
Czy hrabina domyślała się miłości młodego inżyniera? Czy uprzedziła ją przyjaciółka? Wątpię!
Cokolwiekbądź, nie czekając aż Andrzej od słowa do słowa zejdzie na przedmiot, który tak leżał mu na sercu, zaczęła już przy zupie skarżyć się na ciężkie czasy, na brak pieniędzy, na zuchwalstwo i cierpkość kapitalistów.
Prawda i to, że przybyła do Beaucaire po nową pożyczkę, i zastała wszystkie kasy zagwożdżone, a notarjusz radził jej polubowną sprzedaż majątku.
Gniew, ten tajemniczy instynkt położeń, który jest szóstym zmysłem kobiet wszelkiego wieku, rozwiązał jej język, tak, że hrabina z tym młodym prawie nieznajomym człowiekiem była więcej wylaną, niż z najpoufalszymi ludźmi swego towarzystwa. Wypowiedziała mu trudności swego położenia, kłopoty, niepokój o przyszłość, a nadewszystko boleść, jakiej doświadczała ztąd, że nie wie, jakim sposobem wydać za mąż swoją najukochańszą córkę.
On słuchał tych nieskończonych narzekań z układem twarzy stosownym do okoliczności, ale w gruncie rzeczy był uradowanym.
To też nie czekając końca spowiedzi, zaczął wykładać jej swój, jak powiadał, sposób zapatrywania się na to położenie.
Użaliwszy się przykładnie nad hrabiną, oświadczył, że w żaden sposób pojąć nie może jej niepokojów.
— Jakto! ona turbuje się, że nie ma posagu dla córki? Ależ dla panny Walentyny ród jej i wdzięki są najwytworniejszym posagiem! Znał on niejednego mężczyznę, który uważałby się za bardzo szczęśliwego, gdyby panna Walentyna chciała przyjąć jego nazwisko, i który miałby sobie za obowiązek — obowiązek bardzo miły — odjąć matce wszelką przyczynę trosk.
Koniec końców, położenie hrabiny nie zdawało mu się tak złem, jak ona sobie wyobrażała. Wieleż potrzeba, aby ją zwolnić od ciężarów przygniatających majętność la Verberie? Może jakie czterdzieści tysięcy franków? Toż to znowu nie taka suma.
Wreszcie zięć nie dawałby darowizny, ale tylko pożyczkę. Przecież folwark i zamek la Verberie przejdą prędzej czy później w jego ręce, powiększone wzrastająca wartością ziemi.
Nie dość na tem. Nigdy człowiek kochający Walentynę nie pozwoliłby na to, aby matka jego żony pozbawioną była wygód należących jej wiekowi, godności, nieszczęściom, skwapliwie by dodał do szczupłych funduszów, nie tylko tyle ile potrzeba, ale nawet więcej.
W miarę, jak mówił Andrzej, z przekonaniem zbyt ukontentowanem, iżby mogło być udane, zdawało się hrabinie, że rosa niebiańska spada na wszystkie jej pieniężne dolegliwości. Rozpromieniała się, jej małe bure oko stało się miększem od aksamitu, wyzywający a przyjazny uśmiech igrał na jej ustach, zwykle zaciśniętych więcej, niż brzegi szkatuły skąpca.
Jeden tylko punkt niepokoił młodego inżyniera.
— Czy mnie rozumie, — pytał sam siebie, — czy bierze mnie na serjo?
Bez wątpienia, przetykała ona swoje wyrażenia alluzjami zanadto wyrazistemi.
— Niestety! — westchnęła. — trudno to czterdziestą tysiącami franków uratować la Verberie, zliczywszy procenta i koszta, trzebaby dobrze pięćdziesiąt tysięcy.
— O! czterdzieści czy pięćdziesiąt, to nie wielki interes.
— A przytem mój zięć, ten rzadki człowiek według naszych przypuszczeń, czyż objąłby potrzeby mojej egzystencji?
— Ja sądzę, że z przyjemnością dodałby ze cztery tysiące franków rocznie do dochodów z majątku pani hrabiny.
Hrabina nie odpowiedziała natychmiast, liczyła.
— Cztery tysiące, — rzekła po chwili, — nie wystarczyłoby. Drożyzna w tej okolicy nadzwyczajna. Ale ze sześć tysięcy franków... tak! ze sześć tysięcy franków...
Wymagania zdały się młodemu inżynierowi nieco przesadzone, jednakże z nieobmyślaną szczerotą zakochanego odpowiedział:
— Zięć, o którym mówimy, małoby kochał panno Walentynę, gdyby go odstręczała nędzna kwota dwóch tysięcy franków.
— Co też pan mówisz! — szepnęła hrabina.
Ale nagła uwaga przyszła jej na myśl.
— Przytem, — dodała, — trzebaby, aby ten uczciwy zięć, którego przypuszczamy, miał dostateczny fundusz do dotrzymania swych zobowiązań. Zanadto cenię szczęście mojej córki, aby oddać ją człowiekowi, któryby nie mógł mi dać — jak to się nazywa? rękojmi, gwarancji...
— Oczywiście, — pomyślał Fauvel nieco zawstydzony, — my rozbijamy targ.
Potem dodał głośno:
— Naturalnie, że zięć pani zobowiązałby się umową małżeńską...
— Nigdy, panie, nigdy! A przyzwoitość! Cóżby powiedziano o mnie?
— Pozwól pani... byłoby wyrażonem, że pensja pani jest procentem od sumy, którą on przyznałby jako należną pani hrabinie.
— A! tak to co innego... w samej rzeczy...
Wszelkiemi siłami tego wieczora pani de la Verberie chciała odwieźć Andrzeja w swej kolasie. Nie wymówili ani jednego słowa wprost o tym interesie przez całą drogę, ale zrozumieli się, wiedzieli czego chcą.
Rozumieli się tak dobrze, że hrabina odwiózłszy inżyniera aż pod drzwi jego mieszkania, podała mu rękę, którą on z uszanowaniem ucałował, myśląc o pięknych oczach Walentyny, i zaprosiła go jutro na objad.
Od wielu lat pani de la Verberie nie była tak radosną, i sługi podziwiały jej dobry humor.
Bo oto nagle z położenia najkrytyczniejszego, przychodziła do pozycji prawie świetnej. I ona, która paradowała tak dumnemi uczuciami, nie dostrzegła całego bezwstydu takiej transakcji, całej hańby swego postępowania.
— Sześć tysięcy franków pensji! — pomyślała. — Ten młody inżynier to jakiś poczciwy człowiek! A trzy tysiące z majątku, to znaczy dziesięć tysięcy franków dochodu. On będzie mieszkał z żoną w Paryżu, będę odwiedzać kochane moja dzieci bez wielkich kosztów.
A tożby za taką cenę oddała nie jedną córkę, ale trzy, gdyby je miała.
Ale w tem przyszła jej myśl, na którą zdrętwiała:
— Czy zgodzi się Walentyna?
Trwoga jej była tak wielką, że ażeby od razu ulżyć sercu, poszła natychmiast do pokoju córki, którą zastała czytającą przy świetle cienkiej świeczki.
— Córko moja, — rzekła do niej bez żadnego wstępu, — pewien młody człowiek, który mi się bardzo podobał, prosił mnie o twoją rękę, ja mu ją przyrzekłam.
Na to oświadczenie nieoczekiwane, osłupiające, Walentyna powstała.
— To niepodobna, — rzekła.
— A toż dla czego?
— Czyż mama mu powiedziała kto ja jestem, czy uprzedziłaś go o...
— O minionych szaleństwach? Broń Boże! I ty, spodziewam się, będziesz na tyle rozsądną, że zamilczysz o tem tak jak i ja.
Jakkolwiek zabijający despotyzm matki unicestwił wolę Walentyny, jednakże w tej chwili odezwała się w niej uczciwość.
— Mama chce mnie doświadczać! — zawołała. — Wyjść za mąż za człowieka i nie wyznać mu co zaszło, był by najnikczemniejszą i najpodlejszą zdradą.
Hrabina miała gorącą chętkę wściekać się ze złości. Ale pojęła, że groźby jej rozbiły by się o opór znajdujący poparcie w sumieniu. Zamiast nakazywać, prosiła.
— Biedne dziecko, — mówiła, — kochana Walentyno, gdybyś wiedziała w jak okropnem jesteśmy położeniu, nie mówiłabyś tak. Twój błąd rozpoczął nasze zniszczenie, dzisiaj ono już dokonane. Czy wiesz jak my stoimy? Wierzyciele grożą, ze nas wypędzą z zamku. Co będzie z nami potem, córko: Mamże w moim wieku chodzić od drzwi do drzwi i wyciągać rękę? Jesteśmy zgubione: a małżeństwo twoje jest ocaleniem.
Po prośbach nastąpiły rozumowania.
Ta kochana hrabina miała na zawołanie teorje bardzo subtelne i dziwne. To co dawniej nazywała potworną zbrodnią, teraz było tylko grzeszkiem. Według jej słów, położenia Walentyny trafiały się codziennie.
Rozumiałaby ona skrupuły swej córki, gdyby można było obawiać się jakiego wyjawienia z przeszłości. Ale przedsięwzięto takie ostrożności, że nie należało się niczego lękać.
Czyż mniej kochać będzie męża? Czyż on przez to mniej będzie szczśliwy? Nie. Czego zatem się wahać?
Walentyna osłupiała, dostała zawrotu głowy. Jejże to matka przemawiała tak owa kobieta niegdyś tak dumna i nieugięta w kwestjach honoru i obowiązku, onaż to dzisiaj zadaje fałsz zasadom całego życia?
Tak, niestety ona to sama.
Nie dziw: Walentyna nie wiedziała do jak haniebnych kapitulacyj zdolne skłonić się sumienie zaślepione egoizmem i interesem. Nie wiedziała jakie zasadzki stawia nędza tym, co nie umieją znosić jej z godnością.
Subtelne argumenta, bezwstydne sofizmata hrabiny nie zachwiały jej przekonaniem, ale nie czuła w sobie mocy do stawiania oporu łzom tej matki, która widząc, że nic wskórać nie może, czołga się u nóg jej, błagając ze złożonemi rękami o ratunek.
Przestraszona jak nigdy, targana mnóstwem przeciwnych uczuć, nie śmiejąc ani odmówić ani przyrzec, obawiając się następstw w taki sposób wydartego przyzwolenia, nieszczęśliwa dziewczyna prosiła matkę przynajmniej o kilka godzin wytchnienia.
Pani de la Verberie nie mogła tej prośbie odmówić. Wymierzywszy cios najsilniejszy, powiedziała sobie, że byłoby nieroztropnością urągać.
— Skoro tego sobie życzysz, — rzekła do córki, — odejdę. Serce twoje wymowniej powie ci niż umysł, jaki wybór należy czynić między bezpotrzebnem wyznaniem i ocaleniem matki.
Po tych słowach wyszła oburzona, lecz pełna nadziei.
I miała wyborne do nadziei motywa.
Stojąc między dwiema przeciwnościami, zarówno nakazującemi, zarówno świętemi, ale wprost przeciwnemi, Walentyna przy tak skołatanej myśli nie widziała już jasno, gdzie jest obowiązek.
Miałaż skazać matkę na ostatnią nędzę?
Możeż nadużywać niegodnie miłości uczciwego człowieka? W którąbądź stronę wybór jej się przychyli, zawsze wypadkiem jego będzie dla niej życie straszne, pełne okropnych zgryzot.
Ach! czemuż nie miała przy sobie jakiego życzliwego a pewnego doradcy, którego surowe słowo utwierdza wahające się postanowienia? Czemuż nie był przy niej ten czuły a dyskretny przyjaciel, który podtrzymywał ją w chwili pierwszych nieszczęść, ów nieoszacowany doktor Raget?
Dawniej wspomnienie Gastona de Clameran głośno i podyktowałoby jej sposób postępowania, wspomnienie dziś było tylko głuchym szmerem.
W romansach znajdują się wprawdzie heroiny, przemówiłoby ale odległe to których największą z cnót jest stałość; w życiu rzeczy wistem nie trafiają się podobne cuda.
Długi czas w myśli Walentyny, Gaston był świetniejącym i promieniejącym, jak bohater snów; ale mgły czasu przeciemniły potroszę promienie bożyszcza, i dziś został w jej sercu jak zimna relikwia.
Jednakże gdy wstała rano, blada i cierpiąca po długiej nocy bezsennej, była prawie gotową do wyznania.
Ale gdy nadszedł wieczór, kiedy znajdowała się obok Andrzeja Fauvela, pod okiem matki na przemian groźnem i błagalnem, zabrakło jej odwagi.
Jeszcze mówiła do siebie: wyznam; ale odkładała to na jutro, na inny dzień, na później.
Żadna z tych walk nie uszła pod wzrokiem hrabiny, ale nie była już niespokojną.
Stara hrabina wiedziała może z doświadczenia, że kiedy kto odkłada spełnienie obowiązku trudnego i przykrego, zgubi się, ale nie spełni go nigdy.
Może Walentyna miała wytłumaczenie w okropności położenia swego. Może mimo wiedzy rozbijała się w niej jaka niewyroznmowana nadzieja? Małżeństwo, nawet nieszczęśliwe, przedstawiało jej perspektywę zmiany, nowego życia, ulgi w niewymownych cierpieniach.
Czasami, w nieświadomości życia mówiła sobie, że później przy większej poufałości, straszne wyznanie przyjdzie samo z siebie, i Andrzej wybaczy i poślubi ją wbrew wszystkiemu, jeżeli ją kocha.
A on kochał ją prawdziwie, nie mogła o tem powątpiewać. Nie była to wprawdzie gwałtowna namiętność Gastona, z jej upojeniem i uniesieniami, ale było to uczucie ciche, myślące, głębsze może, czerpiące siłę swą w rozpamiętywaniu przyszłego szczęścia.
I Walentyna nawykła zwolna do obecności Andrzeja, cała zdziwiona tem nieznanem szczęściem, tem delikatnem obejściem się, uprzedzeniem wszystkich jej życzeń. Jeszcze nie kochała Andrzeja, ale rozłączenie byłoby dla niej bolesnem, okropnem.
W czasie, gdy młody inżynier dopuszczonym był do starania się o rękę Walentyny, postępowanie de la Verberie było arcydziełem.
Obliczając bardzo trafnie, zaniedbała wręcz wszelkich nalegań, nie dysputowała nic, zapewniając z płaczliwą rezygnacją, że nie chciała wcale wpływać na postanowienie córki.
Ale skarżyła się na nędzę, ale utyskiwała, jakby jutro już, nie było co w usta włożyć; ale przedsięwzięła wszystkie środki, żeby być najeżdżaną przez komorników. Wyroki i areszta padały jak grad na la Verberie, i wszystkie te papiery stemplowe pokazywała Walentynie mówiąc:
— Daj Boże, byśmy nie były wypędzone z domu naszych przodków nim pójdziesz za mąż, moja droga Walentyno!
Wreszcie czując się dość silną do zatrzymania na ustach córki wyznania, nigdy na chwilę nie zostawiała jej samej z Andrzejem.
— Jak się pobiorą, — mówiła, — to się tam i urządzą.
Przytem, z równą niecierpliwością jak Andrzej, przyspieszyła przygotowania do ślubu. Nie zostawiła chwili czasu do opatrzenia się, do pomyślenia nad sobą. Zajmowała ją, zaprzątała tysiącznemi szczegółami. To suknie kupić, to coś w wyprawie zmienić, to oddać jakąś wizytę, to sporządzić jakiś dokument.
Tym sposobem dopędziła do przedednia ślubu, promieniejąca nadzieja, miotana niespokojnością, jak gracz w chwili stanowczej, rozwiązujący grubą partję.
Tego wieczora Walentyna była po raz pierwszy z człowiekiem, który miał zostać jej mężem.
Przeszła do salonu, znękana boleścią dotkliwszą niż zwykle. On wszedł za nią.
Widząc ją we łzach, okropnie zmieszana, wziął ją zwolna za rękę i zapytał co jej jest?
— Czyż nie jestem pani najlepszym przyjacielem, — mówił, — nie powinienemże być powiernikiem trosk pani, jeśli je masz? zkąd te łzy, moja droga?
W tej chwili o mało nie wyznała wszystkiego. Ale na raz stanął jej w oczach skandal, boleść Andrzeja, gniew matki, byt swój zniszczony; powiedziała sobie, że już zapóźno, i z wybuchem łkania zawołała jak wszystkie dziewczęta, gdy zbliża się okropna chwila:
— Boję się!...
On inaczej to sobie wytłumaczywszy, usiłował pocieszyć ją, ukoić, dziwił się tylko, że jego dobre słowa zamiast uśmierzyć, zdawały się podwajać jej boleść.
Tymczasem nadbiegła pani de la Verberie; przystąpiono do podpisania kontraktu, Andrzej Fauvel miał o niczem nie wiedzieć.
Wreszcie nazajutrz w piękny dzień wiosenny, odbył się w kościółku wiejskim ślub Andrzeja Fauvela z panną Walentyną de la Verberie.
Od samego rana zamek napełniał się przyjaciółkami panny młodej, które przybyły, według zwyczaju, pomódz jej się ubierać do ślubu.
Usiłowała pozostać spokojną, nawet uśmiechającą: ale bledszą była jak jej welon, straszne zgryzoty rozdzierały jej dusze. Zdawało jej się, że wszyscy czytają prawdę w jej twarzy, i że ten biały strój jest tylko gorzką ironią, najwyższem upokorzeniem.
Zadrżała gdy jedna z przyjaciółek zbliżyła się, by położyć na jej głowie wieniec z kwiatów pomarańczowych. Zdało się jej, że ją ten wieniec pali. Nie palił jej, ale drucik źle w spojeniu ukryty, zadrasnął ją w czoło i krew spłynęła, a nawet kropla spadła na jej suknię.
Cóż to za wróżba! Walentyna o mało nie zemdlała.
Ale wróżby kłamią; dowodem, że w rok po ślubie Walentyna, jak zapewniano, była najszczęśliwszą z kobiet.
Najszczęśliwszą!... zapewne, gdyby mogła zapomnieć.
Andrzej uwielbiał ją. Rzucił się w spekulacje pieniężne i wszystko mu się wiodło. Ale on chciał być bardzo bogatym, niezmiernie bogatym, nie dla siebie, ale dla kobiety ukochanej, którą chciał otoczyć wszystkiemi zadowoleniami przepychu. Miał ją za najpiękniejszą, chciał by była najstrojniejsza.
W ośmnaście miesięcy po ślubie, pani Fauvel powiła syna. Niestety! ani ten, ani drugi, który w rok potem przybył, nie mogli wybić jej z pamięci tamtego, opuszczonego, którego obca kobieta wzięła za pieniądze.
Kochając namiętnie swych synów, kształciła ich jak jakie książątka; ale często mówiła sobie:
— Kto wie czy tamten opuszczony ma choć kawałek chleba?
Gdyby wiedziała gdzie jest, gdyby się ośmieliła... Ale nie śmiała. Czasami nawet była niespokojną o depozyt zostawiony przez Gastona, o klejnoty margrabiego de Clameran, i zawsze obawiała się, że je nie dość starannie ukrywa.
Czasami mówiła do siebie:
— Ha, widać złe zapomniało o mnie!...
Biedna kobieta! Złe jest to gość, który czasami, się spóźnia, ale odwiedzin nigdy nie zaniedbuje.

IV.

Ludwik Clameran, drugi syn margrabiego, był jednym z tych ludzi natury skoncentrowanej, którzy pod zimną i niedbałą powierzchownością kryją temperament szalone żądze.
Rozmaite myśli niesforne, w jego chorym mózgu na długo tak stanowczo wpłynęły na losy ognisty, namiętności gwałtowne, niechwalebne zachcianki wrzały jeszcze przed wypadkami, które domu Clameranów.
Napróżno zajęty drobnemi przyjemnościami, wczesny ten hypokryta pragnął dla swych namiętności obszerniejszego pola, przeklinając konieczność, która zamykała go na wsi, w tym starym zamku, co mu smutnym zdał się jak więzienie, a zimnym jak grób.
Nudził się. To życie wyczerpujące się na wsi lub w małych miasteczkach okolicznych, zdawało mu się śmiertelnie monotonnem. Paski ojcowskie, wcale nie nazbyt krępujące, ściskały go jak zbroja ciasna na jego wzrost. Paliło go pragnienie niepodległości, zgiełku, pieniędzy, rozkoszy, rzeczy nieznanych.
Nie lubił ojca, a brata Gastona nienawidził.
Sam stary margrabia, w swej niedarowanej nieprzezorności, zatlił w sercu młodszego syna tę palącą zawiść.
Ściśle przestrzegający tradycji, według niego najlepszej, oświadczył mało sto razy, że syn najstarszy powinien dziedziczyć cały majątek, i że tem samem Gaston obejmie wszystko, cokolwiek on przy śmierci zostawi.
Ta krzycząca niesprawiedliwość na korzyść starszego brata, gryzła zazdrością duszę Ludwika.
Gaston często go zapewniał, że nigdy nie zgodzi się na to, by korzystać z przesądów ojcowskich, i że dzielić się będą jak dobrzy bracia. Ludwik nie dał się poruszyć tem, co sądząc drugich według siebie, nazywał śmieszną ostentacją fałszywej bezinteresowności.
Nienawiść, której ojciec i Gaston ani się domyślali, tak się nieraz ujawniała, że aż słudzy mówili między sobą o niej, i to do tego stopnia, że upadek Ludwika z koniem, owej nieszczęsnej nocy, który można było przypisać śmiało przypadkowi, oni uważali inaczej, i szeptali z cicha do siebie: bratobójca!
Smutne nawet nastąpiło ztąd zajście między Ludwikiem a starym Janem, któremu czterdzieści lat strawionych w usługach rodziny, nadawało pewną swobodę, której on nawet nadużywał, gdyż sposób mówienia jego był częstokroć cierpki i nieprzyjemny.
— Jak też to nieszczęśliwie, — mówił stary sługa, — żeby taki biegły jeździec, jak pan wicehrabia, upadł akuratnie w chwili, gdy ocalenie brata pańskiego zależało właśnie od tego, jak pan będziesz koniem kierował. La Verdure jednak nie upadł.
Aluzja tak trafnie uderzyła, że młody Ludwik zbladł i zawołał okropnym głosem:
— Co ty przez to rozumiesz, nędzniku!
— Pan wicehrabia wie dobrze, — odpowiedział uparcie Jan.
— Nie wiem!... gadaj, tłumacz się!
Stary sługa odpowiedział tylko wzrokiem, ale tak okropnie znaczącym, że Ludwik rzucił się ze szpicrutą na Jana, i byłby go obłożył razami, gdyby inni słudzy zamkowi nie byli się wdali.
Scena ta miała miejsce w chwili, gdy Gaston biegnąc przez pola, usiłował zbić z tropu goniących.
Wkrótce żandarmi i huzary wrócili smutni, wzruszeni, oświadczając, że Gaston do Clameran rzucił się w Rodan i zapewne w nurtach jego utonął.
Bolesny szmer nastąpił po tem oświadczeniu. Jeden tylko Ludwik został nieporuszonym; ani jeden muskuł na twarzy jago nie zadrgał.
W oczach jego nawet mignęła błyskawica — błyskawica tryumfu. Tajemny głos mówił mu:
— Teraz do ciebie należy majątek ojcowski i korona margrabiowska.
Teraz przestał być już synem wydziedziczonym, na korzyść starszego brata; został sam jeden dziedzicem Clameranów.
Brygadjer żandarmerji powiedział:
— Ja tam nie powiem temu biednemu staruszkowi, że syn jego utonął!...
Ludwik nie miał ani skrupułów, ani czułości starego żołnierza.
Poszedł bez wahania do ojca i powiedział mu głosem pewnym:
— Brat mój wybrał między czcią a życiem... umarł.
Jak dąb uderzony piorunem, margrabia na te słowa zachwiał się i upadł. Lekarz, którego wezwano, wyznał niestety, niemoc umiejętności. Nad ranem Ludwik z suchem okiem przyjął ostatnie tchnienie ojca.
Odtąd Ludwik był panem, margrabią de Clameran, wolnym, a nawet względnie bogatym. On, który nigdy nie miał więcej jak luidora w kieszeni, obecnie był właścicielem majątku ocenionego na dwakroc sto tysięcy franków.
To nagłe i wcale niespodziewane zbogacenie się tak mu zawróciło głowę, że zapomniał o rozumnem udawaniu. Uważano jego zachowanie się na pogrzebie margrabiego. Z głową schyloną, z chustką na ustach, szedł za trumną niesioną przez dwunastu chłopów; ale wzrok jego przeciwił się postawie, czoło promieniało, nawet dostrzedz można było uśmiech pod skrzywieniem udanej boleści.
Jeszcze nie przebrzmiał łoskot ostatnich grudek ziemi spadających na trumnę, a już Ludwik sprzedawał w zamku wszystko, co można było sprzedać: konie, zaprzęgi, wozy.
Nazajutrz odprawił wszystkich służących, biednych ludzi, którzy wyobrażali sobie, że życie zakończą pod gościnnym dachem Clameranu. Kilku ze łzami w oczach wzięło go na stronę, i błagali aby ich zostawił w służbie, nawet bez wynagrodzenia; oddalił ich jednak z całą brutalnością.
Cały był zajęty rachubą. Przybył wezwany notarjusz jego ojca. Podpisał dlań Ludwik upoważnienie do sprzedaży całego majątku ojcowskiego i jako zadatek otrzymał dwadzieścia tysięcy franków.
Biedny Jan! Nie domyślał się, że nie dopuszczając Walentyny do Ludwika, powtórnie niejako zabijał Gastona, którego tak kochał.
Odbierając klucze, pozwolił sobie jednej tylko uwagi:
— Czyż nie postaramy się o odszukanie zwłok brata, panie margrabio? — zapytał bolesnym głosem. — A jeśli się znajdą, co w takim razie robić?
— Zostawię instrukcje netarjuszowi, — odpowiedział Ludwik.
I oddalił się, jak gdyby ziemia w Clameranie paliła mu nogi. Udał się do Tarasconu, dokąd poprzednio wysłał rzeczy i gdzie miał wyjechać wozem, krążącym między Marsylią a Paryżem. Kolej żelazna jeszcze nie była w ruchu.
Pojechał nareszcie! Ruszył się ciężki dyliżans i popędził sześciokonnym galopem, każdym obrotem kół ryjąc przepaść między przeszłością a przyszłością.
Zagłębiony w kącie karety, Ludwik de Clameran lubował się w roskoszach, jakie go czekały. U kresu drogi Paryż wychylał się doń w purpurze, promienny i olśniewający jak słońce.
Bo pędził do Paryża... Nie jest-że to ziemia obiecana, miasto cudów, w którem każdy Aladyn znajduje swoją lampę? Tam człowiek urzeczywistnia wszystkie swoje marzenia, tam ambicja wszelka, wszelka namiętność, wszelka żądza ma się ezem nasycić.
Tam po dniach, które biegną jak godziny, następują noce jarzące światłem. Trzydzieści orkiestr co wieczór porusza niezmordowane nogi. W dwudziestu teatrach płacze dramat lub śmieje się komedja, gdy tymczasem w operze najpiękniejsze kobiety z całego świata zebrane, błyszczące djamentami, weselą się przy odgłosie boskiej muzyki.
Wszędzie zgiełk, tłum, przepych, roskosz!
Jakież to morze marzeń! I serce Ludwika de Clameran wzdymało się pragnieniem, i zdawało mu się, że konie wolniej idą od żółwiów.
Dla przeszłości nie miał żadnego żalu, żadnego wspomnienia. Co mu tam znaczył dzisiaj ojciec lub brat! On całą siłę umysłu wytężył, by przejrzeć tajemnice przyszłości, która go czekała.
Czyż wszystko nie przemawiało za nim? Był młodym, przystojnym, zdrowie miał żelazne, imię znakomite, pieniądze. W kieszeni wiózł dwadzieścia tysięcy franków, a dostać migi jeszcze dziesięć razy tyle.
Zdawało mu się, że to są skarby, których końca nigdy nie widać.
A kiedy wieczorem, w chwili gdy zapałają gaz, wyskoczył z dyliżansu na bruk Paryża, zdawało mu się, że wchodzi w posiadanie wielkiego miasta, że ono do niego należało, że mógł je kupić.
Illuzje Ludwika de Clameran były takie same, jak każdego młodego człowieka, który nie będąc nigdy postawiony w zapasach z gwałtownemi potrzebami życia, nagle staje się panem majątku.
Ta to nieświadomość wartości grosza roztrwania wielkie sukcesje i rozprasza stare luidory, mozolnie zbierane przez oszczędność prowincjonalną.
Przejęty swą godnością, nawykły do poszanowania okolicznych mieszkańców, młody margrabia opuścił swoje strony sądząc, że w Paryżu będzie wiele znaczył tak imieniem jak i majątkiem.
Rzeczywistość dziwnie zawiodła jego oczekiwanie. Ku wielkiemu swemu zadziwieniu przekonał się, że nie posiadał nic takiego, coby w tak ogromnem mieście nadawało znaczenia. Poznał, że w tym tłumie obojętnym i zatrudnionym ginął niepostrzeżenie jak kropla wody w potoku.
Ale ta niepochlebna rzeczywistość nie mogła odstręczyć chłopca, który bądź co bądź chciał zadowolić wrzące namiętności.
Imię ojców dało mu jedną tylko prerogatywę, zgubną dla jego przyszłości: otworzyło mu wstęp na przedmieście Saint-Germain.
Tam poznał się z wielu rówieśnikami, równymi mu rodem, których dochody roczne wynosiły połowę, a nawet całość jego kapitału. Prawie wszyscy dowodzili, że utrzymują się tylko cudami sprytu i oszczędności, urządzając szaleństwa swe i rozpusty z takiem zastanowieniem, jak jaki kramarz niedzielne swe wycieczki i przyjemności rodzinne.
Te i tym podobne zdania, zdumiewające nowoprzybyłego, nie otworzyły mu oczu. Usiłował kopjować błyskotliwe pozory tej młodzieży oszczędnie marnotrawnej, ale bez tego samego zastanowienia. Nauczył się wydawać, ale nie liczyć jak oni.
Był margrabią de Clameran, głosił że ma wielką fortunę, i był dobrze przyjętym; nie miał wprawdzie żadnego przyjaciela, ale za to mnóstwo znajomości.
W klubie, do którego przyjętym był zaraz po przybyciu, znalazł z dziesięciu chętnych, którzy mieli sobie za wielką przyjemność wtajemniczyć go w warunki życia wykwintnego, i poprawić to, co mogło być jeszcze nieco prowincjonalnego w jego sposobie myślenia i postępowania.
Skorzystał prędko i łatwo z udzielonych mu nauk. Po npływie trzech miesięcy już puścił się samopas, ustalił swą reputację jako znakomity gracz w karty, i dał się świetnie skompromitować przez jakąś modną piękność.
Zrazu stanął w hotelu, ale niebawem najął przy ulicy Madeleine piękne mieszkanie z remiza i stajnią na trzy konie.
Zaopatrzył tę kawalerską siedzibę tylko w rzeczy „najpotrzebniejsze,“ ale na nieszczęście te rzeczy najpotrzebniejsze miały niesłychane ceny.
Tak dalece, że w dniu swej instalacji spróbowawszy zrobić rachunek, dowiedział się nie bez przerażenia, że ten krótki termin w rzemiośle eleganta paryskiego kosztował go pięćdziesiąt tysięcy franków, to jest czwartą część jego fortuny.
A pomimo to wiedział, że w porównaniu ze swymi świetnymi przyjaciółmi stoi tak nisko, jak jaki biedny dzierżawca, który swą chudą szkapą chciałby zrównać się w biegu z powozem zaprzężonym w tęgą czwórkę angielską.
Pięćdziesiąt tysięcy franków!... Ludwik już się namyślał, czyby nie zaniechać tej gry. Ale co! on miałby abdykować? Wreszcie jego zdolności ślicznie rozwijały się na tym roskosznym gruncie.
Przytem widok nagłego zbogacenia się drugich, przykłady powodzeń zadziwiających równie, jak niektóre upadki fortun, zapalaly jego imaginację.
Pomyślał, że w tem wielkiem mieście, gdzie miljony przechadzają się po bulwarach, i on z czasem trafi do swego miljona.
Ale w jaki sposób? O tem nie miał wyobrażenia, ani nawet nie myślał. Mniemał po prostu, że tak jak na wielu innych, przyjdzie i na niego traf szczęśliwy.
Oto jeden z tych błędów, które należałoby wytępić.
Traf nie oddaje się na usługi głupcom.
W tym szalonym biegu interesów trzeba być bardzo zręcznym, aby dosiąść najprzód tej nieujeżdżonej klaczy, która zwie się sposobnością i prowadzi do celu.
Ale Ludwik nie myślał nad tem tak głęboko. Z niedorzecznością człowieka, który chciał wygrać na loterji bez stawki, mówił do siebie:
— Ba! okazja, przypadek, dobre ożenienie, wyprowadzą mnie z kłopotu.
Dobre cienienie nie nadciągnęło, ale przyszła kolej na ostatni bilet bankowy.
Na naglący list o pieniądze, notarjusz jego odpowiedział odmownie.
„Nic już panu margrabiemu na sprzedaż nie pozostało, prócz zamku. Ma on zapewne znakomitą wartość, ale jest bardzo trudno, nawet niepodobna znaleźć nabywcę na tak rozległą nieruchomość, w stanie, w jakim się obecnie znajduje. Usilnie starać się będę o znalezienie nabywcy, ale i t. d.“
Zupełnie jakby nigdy nie przewidywał tej ostatniej katastrofy, Ludwik zatrwożył się. Co czynić?
Jako zrujnowanemu, nie mającemu żadnej nadziei, wypadało pójść za innymi szaleńcami, którzy corocznie w Paryżu ukazują się, świecą chwilę i nikną bez wieści.
Ale Ludwik nie chciał się wyrzec tego życia roskosznego, które prowadził od lat trzech. Widać że na tem polu walki miał zostawić nie tylko majątek, ale i honor.
Zaciął się jak rozbity szuler, który obchodzi stoliki karciane, do których już nie ma przystępu, interesuje się partją nie swoją, zawsze gotów wyciągnąć rękę do tych, którym los usłużył.
Ludwik żył zrazu wziętością swej roztrwonionej fortuny, tym kredytem jaki zostaje człowiekowi, który wiele wydał w krótkim czasie.
Środek ten wyczerpał się rychło.
Nadszedł dzień, w którym wierzyciele zbiegli się tłumnie, i zrujnowany margrabia musiał zostawić w ich rękach ostatnie szczątki swej zamożności: meble, powozy, konie.
Schroniwszy się do więcej niż skromnego hotelu, nie mógł przenieść na sobie, by zerwać z tymi młodymi bogaczami, których przez chwilę uważać mógł za swych przyjaciół.
Teraz żył przez nich, jak poprzednio przez swych dostawców, pożyczając tu i owdzie od luidora do dwudziestu pięciu, nie oddając nigdy. Zakładał się, a przegrawszy nie oddawał. Mentorował młodym w tysiącznych bezwstydnych posługach, zużytkowywał doświadczenie, które kosztowało go dwakroć stotysięcy franków; był przez pół dworakiem, przez pół oszustem.
Nie wypędzano go, ale musiał drogo opłacać łaskę, że go jeszcze tolerowano. Znajomi nie zadawali sobie względem niego przymusu, i mówili głośno co myśleli o jego postępowaniu.
To też kiedy pozostawał sam w swojej norze, przychodziły nań napady wściekłości. Mógł już znosić wszystkie poniżenia, ale jeszcze nie mógł ich nie odczuwać.
Oddawna już zresztą, zawiść i pożądliwość co mu gryzły serce, stłumiły w nim aż do ostatnich zarodków wszystkie zasady uczciwości. Za kilka lat zbytku, czuł się gotowym na wszystko, nawet na zbrodnię.
Nie popełnił jej wprawdzie, ale zawikłał się w brudną sprawę o oszustwo.
Dawny przyjaciel jego rodziny, hrabia de Commarin, wyciągnął go z błota, zdusił sprawę, i dał mu środki wydalenia się do Anglji.
Z czego utrzymywał się w Londynie?
Na to mogłyby tylko odpowiedzieć najbrudniejsze roczniki najzepsutszej ze stolic europejskich.
Zstępując po ostatnich szczeblach hańby, margrabia de Clameran żył w świecie oszustów i zgubionych kobiet, z któremi dzielił bezwstydne losy i korzyści.
Zmuszony opuścić Londyn, przebiegł kolejno całą Europę, bez innego kapitału prócz swej bezczelności, rdzennego zepsucia i zręczności we wszystkich grach.
Nareszcie w roku 1865 powiodło mu się szczęśliwie w Homburgu, wrócił więc do Paryża, gdzie pewnym był że go zapomniano.
Upłynęło już lat ośmnaście od czasu, jak opuścił Francję. Za powrotem do Paryża, nim się tam osiedlił, nim wziął się do środków zarobkowania, jakich używał gdzieindziej, pierwszą myślą Ludwika de Clameran było odwiedzić strony rodzinne.
Ale nie przeto żeby tam miał jakiego krewnego, jakiego przyjaciela, aby spodziewał się tam jakiej pomocy, lecz przypomniał sobie swój stary zamek, na który niegdyś notarjusz nie mógł znaleźć nabywcy.
Myślał, że może nabywca jaki znalazł się, i chciał się o tem przeświadczyć, sądząc, że jak będzie na miejscu, to przecież dostanie coś za tę budowlę, której postawienie w swoim czasie kosztowało przeszło sto tysięcy franków.
We trzy dni potem, w piękny październikowy poranek, dojechał do Tarasconu, gdzie dowiedział się, że zamek był jeszcze jego własnością, a nazajutrz bardzo rano szedł pieszo do Clameran.
Jak też to wszystko było zmienione od lat dwudziestu pięciu, gdy dom ojcowski opuścił!
Zaledwie poznawał te miejsca, w których się urodził, tę drogę, którą tak często przebywał w młodości.
Wrażenie było tak silne, że człowiek ten po przebyciu tylu i tak dziwnych przygód, przez chwilę myślał wrócić się z drogi.
Ale szedł dalej, bo jakiś głos wewnętrzny, brzmiący nadzieją, mówił mu: „Naprzód! naprzód!“ jak gdyby u kresu tej drogi miał znaleźć nowe życie i tak poszukiwaną fortunę.
W miarę jednak, jak Ludwik zapuszczał się w pole, zmiany zdały mu się mniej uderzającemi; rozpoznawał co raz bardziej miejscowość.
Wkrótce między drzewy rozeznał dzwonnicę kościółka wiejskiego w Clameran, potem wieś samą, osiadłą na pochyłości wzgórza, zasadzonego oliwnikami.
Rozpoznał pierwsze domy: stodołę kowala obrosłą winem aż po sam dach, plebanję, dalej dom zajezdny, w którym bywał z bratem Gastonem na bilardzie.
Wbrew temu co nazywał pospolitym przesądem, nieokreślone wrażenie ścisnęło mu serce. Nie mógł oprzeć się smutnemu nad sobą zastanowieniu, i mimowoli myśl jego zabłądziła w przeszłość.
Ileż to wypadków przeszło od owych dni jego młodości, gdy przebiegał po tych znajomych ścieżkach, gdy u każdych wrót witało go oblicze życzliwe.
Wtenczas życie wydawało mu się podobnem do tych czarodziejskich złudzeń, w których każdemu życzeniu staje się zadość. A dziś wracał zużyty, zniszczony, przesycony rzeczywistością, zrujnowany na czci i majątku, nie mający nic do zyskania, ani do stracenia...
I nie jeden przechodzący wieśniak zatrzymał się, by spojrzeć na tego przybysza, idącego w zakurzonych butach.
Drzwi od domku starego Jana były otwarte, wszedł i nie znalazłszy nikogo w obszernej kuchni z monumentalnym kominem, zawołał .
— Zaraz! — odpowiedział jakiś głos.
Niebawem ukazał się w przeciwległych drzwiach jakiś mężczyzna około lat czterdziestu, z twarzą poczciwą i uśmiechniętą, zdziwiony, że zastaje u siebie kogoś obcego.
— Czem mogę panu służyć? — zapytał.
— Czy nie tu mieszka Jan, dawny sługa margrabiego de Clameran?
— Ojciec mój umarł, będzie temu pięć lat, — odpowiedział gospodarz smutnym głosem.
Ta wiadomość zasmuciła Ludwika, jak gdyby ten starzec, którego myślał że zastanie, mógłby mu powrócić coś z jego lat młodych. Westchnął i rzekł:
— Jestem margrabia de Clameran.
Gospodarz na te słowa wykrzyknął radośnie:
— Pan, paaie margrabio, pan?
Wziął za ręce Ludwika i ściskając je z życzliwym szacunkiem dodał:
— Ach! jakżeby się uradował mój biedny ojciec, gdyby żył jeszcze! On, gdy umierał, jeszcze wspominał dawnych swoich panów. Ileż razy ubolewał nad tem, że nie ma od pana żadnych wiadomości! On dawno już na tamtym świecie, biedny staruszek, ale ja, Józef, jego syn, jestem pańskim sługą tak jak i on. Pan u mnie, ach! co za szczęście! Żona moja, której tyle mówiłem o domu Clameranów, będzie bardzo uszczęśliwiona!...
Wypadł natychmiast na dwór i wołał na całe gardło:
— Antosiu! hej! Antosiu! chodź jeno tu prędzej! popatrz!
Przyjęcie to tak szczere, tak serdeczne, mile wzruszało Ludwika. Od tylu lat nie słyszał już żadnego czulszego wyrazu, od tak dawna żadna dłoń przyjazna nie dotknęła jego ręki.
W tem młoda i piękna kobieta, z opaloną cerą, o ślicznych czarnych oczach, zmieszana i rumieniejąca, wchodziła do izby, popychana prawie przez Józefa.
— Oto jest moja żona, panie margrabio, — rzekł. — Dalipan nie dałem jej czasu by nabrała ducha; jest to pan margrabia, Antosiu.
Młoda gosposia schyliła się, i z zawstydzenia nie migać słowa wymówić, podała czoło, na którem Ludwik złożył pocałunek.
— Niedługo, — mówił Józef, — pan margrabia zobaczy dzieci, są w szkole, ale posłałem po nie.
Jednocześnie oboje małżonkowie uwijali się koło margrabiego.
Chciałby się pewno czem posilić, bo przyszedł pieszo; może tymczasem szklaneczkę wina, póki nie będzie gotowe śniadanie, bo przecież pan margrabia zrobi im ten zaszczyt, że zostanie u nich na śniadaniu.
W chwile wszystko było gotowe, i Ludwik zasiadł pośrodku kuchni przed stołem, na którym zastawiono wszystko, co w domu było najlepszego; do stołu usługiwali oboje małżonkowie, stojąc przed nim i wpatrując się weń z rzewną ciekawością.
Dzieci wróciły ze szkoły. Ludwik ucałował je, a one nieruchome, przejęte szacunkiem, stanęły w kąciku, wytrzeszczając zdumione oczęta.
Wielka nowina rozbiegła się po okolicy, a ponieważ drzwi były otwarte, co chwila więc przychodzili ludzie, by powitać pana margrabiego de Clameran.
— Ja jestem ten i ten, panie margrabio, czy mnie pan nie poznaje? O! ja natychmiast pana poznałem. — Nieboszczyk pan margrabia bardzo mnie lubił, — zapewniał drugi. — Czy pan margrabia pamięta, jak mi pożyczał swojej fuzji na polowanie? — pytał trzeci.
Z wielkiem uradowaniem w duszy Ludwik przyjmował te oświadczenia. te oznaki życzliwości, której nie osłabiły lata.
Na głos tych poczciwych ludzi, tysiące zapomnianych wspomnień budziło się w nim, odnajdywał świeże młodości swej uczucia.
Żadne więc echo z burz jego życia, żaden domysł brudnych jego postępków nie zabłądził w tę cichą wieś, nad Rodanu wybrzeże.
On, awanturnik, wypędzony zewsząd, bohater domów gry, bezwstydny wspólnik londyńskich oszustów — roskoszwał się temi objawami czci przywiązanej do domu Clameranów; zdawało mu się, że one wracały mu cząstkę poważania i szacunku.
Ah! gdyby w tej chwili posiadać mógł choć czwartą część tego dziedzictwa, które puścił na wiatr niedorzecznych fantazji, z jakiemże zadowoleniem osiadłby w tej wsi, aby dni swoich dokończyć w spokoju.
Ale spoczynek po tylu daremnych agitacjach, ten port po tylu rozbiciach, był dlań niedostępnym. Nie posiadał nic; z czego tu żyć?
To bolesne jedynie uczucie minionych nędz dodało mu odwagi, że zażądał od Józefa kluczów od zamku, który zamierzał zwiedzić.
— Dosyć będzie, panie margrabio, wziąć tylko klucz od sztachet i to jeszcze... — odrzekł Józef.
Prawdę powiedział, czas dzieła swego dokonał — bohaterski zamek Clameran był tylko ruiną. Deszcz i słońce, przy pomocy wiatrów, wywaliły wszystkie drzwi, powybijały wszystkie okna.
Tu i owdzie widać było wprawdzie ślady przyjacielskiej ręki, ręki starego Jana i jego syna, którzy chcieli opóźnić całkowitą ruinę, ale co mogły ich usiłowania...
Wewnątrz zniszczenie było większe. Cały sprzęt, którego nie śmiał Ludwik sprzedać, był jeszcze na miejscu, ale w jakim stanie?... Zaledwie pozostało kilka szczątków materji, odłamki łóżek, drzewo tylko oparło się zniszczeniu.
Ludwik, w towarzystwie Józefa, zaledwie śmiał wejść do tych komnat, po których odgłos jego butów rozlegał się smętnie.
Zdawało mu się, że lada chwila powstanie na nogi ten groźny margrabia Clameran i rzuci przekleństwo, pytając:
— Gdzie podziałeś cześć naszą?
Może trwoga jego miała inną przyczynę, może miał zanadto powodów przypomnieć sobie o tym wypadku z koniem, tak złowrogim dla Gastona.
Dopiero wyszedłszy na słońce, do ogrodu, odetchnął i przypomniał sobie o celu swoich odwiedzin.
— Szkoda, że ten poczciwy Jan, — rzekł, — nie zużytkował sprzętu zostawionego w zamku, zniszczał bezpotrzebnie.
— Ojciec mój, panie margrabio, nie śmiałby bylinie ruszyć bez rozkazu.
— Szkoda. Co się tyczy zamku, jeśli tak pozostanie, zniszczeje równie ja sprzęt. Majątek mój, na nieszczęście, nie pozwala mi go wyrestaurować, decyduję się więc sprzedać go, póki się jeszcze trzyma.
Józef przyjął tę myśl prawie jak świętokradztwo, ale nie był tak śmiały w mowie, jak jego ojciec, nie śmiał więc wypowiedzieć tego co myślał.
— Czy byliby bardzo trudno, — zapytał Ludwik, — sprzedać tę ruderę?
— To zależy od ceny, panie margrabio; wiem tu w okolicy człowieka, któryby to nabył, gdyby mu tanio oddano.
— A któż to taki?
— Niejaki Fougeroux, który mieszka po tamtej stronie Rodanu, w Moutagnette. Pochodzi on z Beaucaire, i ożenił się, będzie dwanaście lat, ze służącą nieboszczki hrabiny de la Verberie, którą może pan margrabia przypomina sobie, taka tłusta brunetka Michasia...
Ludwik nie przypominał sobie Michasi.
— Kiedy możnaby się zobaczyć z tym Feaugeroux? — zapytał.
— Choćby i dziś; możnaby się przewieźć czółnem przez Rodan.
— Więc chodźmy, bo mi bardzo spieszno!...
Od czasu jak Ludwik1 opuścił swoją okolicę, całe jedno pokolenie zeszło ze świata.
Przewoźnikiem nie był już stary majtek Rzeczypospolitej, Pilorel, ale jego syn.
Lecz i ten miał poszanowanie dla tradycji. Dowiedziawszy się, kim jest ten człowiek, któremu towarzyszy Józef, czemprędzej odwiązał łódź i niebawem z podróżnymi był na środku rzeki.
Gdy Pilorel wiosłował ze wszystkich sił, Józef tymczasem starał się ostrzedz margrabiego przed chytrością Fougeroux’a.
— O! to bardzo szczwany lis, — mówił. — Nigdy ja nie miałem dobrego o nim wyobrażenia, od czasu jego ożenienia, które nie było dobrym postępkiem. Michalina miała już z pięćdziesiąt lat, kiedy jemu przyszło do głowy zalecać się do niej, a sam nie miał więcej jak ze dwadzieścia pięć. Bo to, uważa pan, chodziło mu o pieniądze, a nie o kobietę. Ta głupia niewiasta myślała, że on ją kocha, i masz! oddała mu rękę i pieniądze.
— I dobrze mu się na nich powiodło! — przerwał Pilorel.
— To prawda. Fougeroux nie ma równego sobie w robienia pieniędzmi. On dzisiaj jest bogaty, ale powinienby być wdzięcznym Michalinie za swoje dostatki. Że się w niej nie kocha, to nie dziw, ona wygląda na jego babkę; ale że ją wszystkiego pozbawia, że znęca się nad nią i kułakami okłada, to trąci psem.
— O! onby chciał, żeby Michalina już ziemie gryzła, wtrącił przewoźnik.
— I gryźć będzie niezadługo. Ona wygląda jak z krzyża zdjęta. Biedna niewiasta! od czasu jak Fougeroux wprowadził do domu jakąś ladacznicę, której ona usługiwać musi, idzie jeszcze gorzej...
Dobijano do brzegu. Józef i margrabia zatrzymawszy przewoźnika z powrotem, puścili się w kierunku do Montaguette.
Była to osada porządnej powierzchowności, dobrze utrzymana, otoczona doskonale uprawnym gruntem.
Na zapytanie Józefa o gospodarza, odpowiedział parobczak, że pan Fougeroux jest nieopodal na polu, i że zaraz pójdzie kto po niego.
Niebawem nadszedł. Był to bardzo mały człowieczek, z czerwoną brodą, z okiem niespokojnem, patrzącem z pode łba.
Chociaż pan Fougeroux z profesji nienawidził szlachty i księży, ale nadzieja dobrego kupna uczyniła go pokornym aż do uniżoności.
Spiesznie zaprosił Ludwika do swojej sali, z mnóstwem czołobitności i nieskończonych tytułowań panie margrabio.
Wchodząc, zawołał na starą kobietę, którą trzęsła febra przy wygasłym kominie, i kazał jej zejść do piwnicy po wino dla pana margrabiego de Clameran.
Stara na to imię drgnęła jak za dotknięciem prądu elektrycznego. Chciała coś przemówić, ale jedno spojrzenie ciemięzcy słowa wepchnęło jej w gardło. Poszła więc spełnić rozkaz z miną obłąkaną, i wróciła niosąc butelkę wina i trzy kieliszki, wszystko to na stole stawiając.
Byłaż to istotnie ta wesoła Michasia, niegdyś powiernica pięknej czarodziejki la Verberie?
Sama nawet Walentyna nie byłaby poznała tej staruszki pomarszczonej i zwiędłej jak jabłko na Wielkanoc, zeschłej i pokrzywionej jak sucha gałąź.
Tymczasem targ rozbijał się między Józefem a Fougeroux’em. Nabywca dóbr dawał cenę śmieszną, kupując, mówił, tylko dla rozbiórki, na cegłę, Józef znowu wyliczał szczegółowo cały materjał kamienny, drzewny i żelazny, nielicząc gruntu....
Dla Michaliny obecność margrabiego była jednym z tych wypadków, które zmieniają bieg życia.
Jeżeli dotąd wierny sługa nie powiedział nic z tajemnic powierzonych swej uczciwości, niemniej one zdały się jej ciężkie do zniesienia.
Po zamążpójściu, śmiertelnie nieszczęśliwa, wszystkiemu i wszystkim przypisywała nieszczęście swoje. Zabobonna aż do głupoty, przyczynę niedoli swej odnosiła aż do chwili, w której przysięgła na ewangelię podczas mszy świętej.
Nie mając dzieci, choćby ich sobie gorąco życzyła, nie przypisywała tego swemu pięćdziesięcioleciu, ale przekonaną była, że Bóg ukarał ją bezpłodnością za to, że przyłożyła rękę do opuszczenia biednej sieroty.
Myślała nieraz, że wyjawiając wszystko, uśmierzyłaby gniew niebios i sprowadziła szczęście do swego ogniska. Tylko przywiązanie jej do Walentyny dawało siłę do oparcia się pokusie.
Ale dziś obecność Ludwika wpłynęła na jej postanowienie. Namyślając się, nie uważała żadnego niebezpieczeństwa w tem, by się zwierzyć bratu Gastona.
Tymczasem nabywca dobijał targu. Ułożono się, że Fougeroux zapłaci gotówką 5.280 franków za zamek z gruntem, a szczątki sprzętu przejdą na własność Józefa.
Nabywca dóbr i margrabia huknęli sobie w dłonie wymawiając uroczysty wyraz:
— Zgoda!
I zaraz też Fougeroux wyszedł sam, aby w wiadomym sobie kąciku wynaleźć butelkę stosowną do okoliczności.
Sposobność sprzyjała Michalinie. Wstawszy, zbliżyła się do margrabiego, i głosem głuchym rzekła prędko:
— Panie margrabio, muszę z panem pomówić bez świadków...
— Ze mną, poczciwa kobieto?
— Z panem. Jest to tajemnica życia lub śmierci. Dziś wieczór o zmroku, przyjdź pan pod drzewo orzechowe, tam; ja tam przyjdę, powiem ci wszystko.
Wróciła na swoje miejsce, gdyż wszedł mąż.
Fougeroux wesoło napełnił szklanki i wypił za zdrowie Clameranów.
Wracając do łodzi Ludwik myślał, czy ma przyjść na tę szczególną schadzkę.
— Co u djabła chce odemnie ta stara czarownica? — mówił do Józefa.
— Kto wie! Służyła u kobiety, która, jak mi mówił ojciec, była kochanką nieboszczyka pana Gastona... Bywszy panem, jabym poszedł, panie margrabio. Zje pan objad z nami, a po objedzie Pilorel pana przewiezie.
Ciekawość przemogła i około siódmej godziny przybył pod drzewo orzechowe. Oddawna już oczekiwała go stara Michalina.
— A! jesteś pan! — zawołała radośnie, — jużem zaczęła powątpiewać.
— Tak, to ja, dobra kobieto, cóż mi masz do powiedzenia.
— O! bardzo wiele, panie margrabio, ale przedewszystkiem, masz pan jakie wiadomości o bracie?
Ludwik żałował prawie, że przyszedł, sądząc, że stara prawi od rzeczy.
— Wiesz przecież, — odpowiedział, — że mój biedny brat rzucił się do Rodanu i zginął.
— Jakto! — zawołała Michalina, — jakto! czy pan nie wiesz, że on ocalał? Tak, zrobił czego nikt dotąd nie zrobi, wpław przebył Rodan podczas wylewu. Nazajutrz panna Walentyna szła do Clameran, aby to powiedzieć, Jan nie dopuścił jej do pana. Później ja chodziłam do pana z listem, ale pan już wyjechałeś.
Zeznania te po dwudziestu kilku latach, zdumiały Ludwika.
— Czy ty przypadkiem, dobra kobieto, nie bierzesz marzeń swoich za rzeczywistość? — pytał zwolna.
Michalina smutnie potrząsła głową.
— Nie... — odpowiedziała, — nie. I gdyby ojciec Menoul żył jeszcze, opowiedziałby panu jak on przewiózł pana Gastona aż do Camargne, zkąd udał się do Marsylii, a ztamtąd na morze. Ale to jeszcze nie dosyć: pan Gaston ma syna.
— Mój brat, syna!... Nie, dobra kobieto, ty głowę tracisz.
— Niestety, nie! Na moje nieszczęście na tym i na tamtym świeci?, miał on syna, którego matką była Walentyna. Biedna sierota, którą ja sama własnemi rękami odebrałam od nieboszczki hrabiny za granicą i zaniosłam do pewnej kobiety, która przyjęła dziecię za pieniądze.
Wtedy Michalina opowiedziała wszystko: gniew hrabiny, podróż do Londynu i opuszczenie biednego Raula.
Z tą pewnością pamięci, jaka cechuje ludzi, którzy nie umiejąc ani czytać ani pisać, nie mogą myśli swych przenosić na papier, opowiedziała najmniejsze okoliczności, podając szczegóły najdokładniejsze, nazwisko wioski i wieśniaczki, imiona dziecka i najściślejszą datę wypadków.
Następnie opowiedziała niedolę Walentyny po tych wypadkach, minę majątkową hrabiny, nareszcie małżeństwo biednej jej córki z jakimś panem z Paryża, bogatym, że sam nie wie jaką ma fortunę, z bankierem Fauvel.
Opowiadanie jej przerwał krzyk ostry i przeciągły.
— Nieba! — zawołała głosem wystraszonym, — mój mąż mnie woła.
I z całą szybkością starych nóg wróciła do domu.
Już dawno znikła, a Ludwik stał jeszcze jak wrosły w ziemię.
Przy opowiadaniu Michaliny, przeszła mu myśl podła, i to tak podła, że nawet zahartowane jego sumienie odepchnęło ją z razu, ale wróciła jak wracają cofnięte fale przy przypływie morza.
Znał bogatego bankiera z reputacji, i dumał nad tem, jaką może wyciągnąć korzyść z tego co usłyszał. Są tajemnice, które jeśli kto potrafi wyzyskać, warte są kopalni złota.
Obawa nędzy w starości wyparła z jego serca ostatnie skrupuły.
— Przedewszystkiem, — myślał, — winianem się upewnić o rzeczywistości opowiadań tej baby, później zrobię sobie plan.

To też nazajutrz, otrzymawszy od Fougeroux’a 5.280 franków, Ludwik de Clameran wyjechał do Londynu.

V.

Po dwudziestu przeszło latach małżeństwa, Walentyna da la Verberie zostawszy panią Fauvel, doświadczyła jednej tylko rzeczywistej boleści, która z natury życia dosięga nas w naszych najtkliwszych uczuciach.
W roku 1859 straciła matkę, zmarłą w skutek zapalenia płuc, na które naraziła się podczas jednej z licznych podróży, jakie odbywała do Paryża.
Do ostatniej chwili stara i groźna hrabina de la Verberie zachowała całą przytomność, i na kilka minut przed śmiercią mówiła do córki:
— A co! czy nie dobrze zrobiłam nagląc cię do milczenia? Ono dało mi spokojną starość, za którą dziękuję ci, ono zapewnia ci najspokojniejszą przyszłość...
Odtąd pani Fauvel powtarzała często, że nie miała żadnego poważnego powodu do zmartwienia, żadnej przyczyny do wylania choć jednej łzy.
Czegóż miała sobie życzyć więcej? Po tylu latach Andrzej był dla niej takim, jakim był w pierwszych dniach ich związku. Do miłości, która się nie zmniejszała, przybyła roskoszna zażyłość wypływająca z długiej tożsamości myśli i nieograniczonego zaufania.
Wszystko powiodło się temu szczęśliwemu małżeństwu. Andrzej chciał być bogatym, i zyskał zamożność przechodzącą jego nadzieję, nawet jego i Walentyny życzenia.
Dwaj ich synowie, Łucjan i Abel, piękni jak ich matka, młodzieńcy szlachetnych serc, dobrych głów, należeli do tych wybrańców, którzy są chlubą rodzin, i noszą na sobie jakby odblask domowego szczęścia.
Zdawałoby się, że nic nie braknie do szczęścia Walentyny. Na czas samotności, kiedy przypadkiem mąż i jej synowie oddalili się na wieczór, miała towarzyszkę, młodą dziewczynę Magdalenę, którą sama wychowała i ukochała jak własne dziecię, ona zaś odwzajemniała się jej uczuciami najprzywiązańszej córki.
Magdalena była siostrzenicą pana Fauvel; straciła ona rodziców będąc jeszcze w kolebce, a byli to bielm choć poczciwi ludziska. Walentyna wzięła ją do siebie, może na pamiątkę biednego opuszczonego w Anglji.
Zdawało się jej, że Bóg błogosławić jej będzie za ten dobry uczynek, i że Magdalena stanie się domowym aniołem stróżem.
W dniu przybycia sieroty pan Faurel oświadczył, że chce jej otworzyć rachunek, i w samej rzeczy kazał wpisać dziesięć tysięcy franków na posag dla Magdaleny.
Bogaty bankier bawił się nadzwyczajnemi obrotami, jakie nadawał tym dziesięciu tysiącom franków. On, co na swój rachunek nigdy nie zarezykował spekulacji wątpliwej, pieniądzmi swej siostrzenicy dokazywał niesłychanych rzeczy, wygrywał w najnieprawdopodobniejszych wypadkach, tak, że po piętnastu latach te dziesięć tysięcy franków stały się pół miljonem.
Mieli więc słuszność ci, którzy zazdrościli rodzinie Fauvela.
Z czasem ustawały nawet palące wyrzuty i troski Walentyny. W dobroczynnej atmosferze szczęścia znalazła prawie zapomnienie i spokój sumienia. Tak okrutnie odpokutowała za swój błąd, tak cierpiała za to, że zwiodła Andrzeja, iż zdawało się, że się skwitowała z losem.
Teraz mogła śmielej patrzeć w przyszłość, młodość jej zniknąwszy za ciemną mgłą, była dla niej tylko wspomnieniem przykrego snu.
Tak — już sądziła się ocaloną, gdy raz podczas nieobecności męża, powołanego na prowincję w ważnym interesie, pewnego dnia listopadowego po południu, jeden ze służących przyniósł jej list pozostawiony u odźwiernego przez jakiegoś nieznajomego, który nie chciał wymienić nazwiska.
Bez żadnego przeczucia, bez żadnego drżenia ręki, złamała pieczątkę i przeczytała:

„Pani!

„Byłożby za wiele liczyć na pamięć serca pani i prosić o pół godziny rozmowy?...
„Jutro, między godziną drugą a trzecią, będę miał honor przedstawić się pani w jej mieszkaniu.

Margrabia de Clameran.“

Na szczęście pani Fauvel była samą. Uczucie straszne jak to, które poprzedza śmierć, ścisnęło serce biednej kobiety w chwili, gdy jednym rzutem oka przebiegła list.
Z dziesięć razy odczytywała go półgłosem, jak gdyby dla lepszego przekonania się o przerażającej rzeczywistości, dla przeświadczenia się, że nie śni.
Po dziesięćkroć, ze zgrozą podobną szaleństwu, wymawiała to imię niegdyś tak słodkie jej ustom: — Clameran!... — sylabizując je, jak gdyby go nie znała. I tych ośm głosek co składają to nazwisko, świeciły przed jej oczami jak błyskawica poprzedzająca piorun.
Ach! ona sądziła, spodziewała się, że ta fatalna przeszłość była zapomnianą, zamarłą, na zawsze zniszczoną!...
Nie prawda! Wstaje na raz przed nią żywa, groźna, niemiłosierna!
Biedna kobieta! Jak gdyby wszystkie wole ludzkie zebrana razem mogły cofnąć, wymazać, to co raz było!...
I to w godzinie bezpieczeństwa, gdy zaczynała wierzyć w przebaczenie losu, w pełnię szczęścia, wybuchła katastrof i, łamiąc na tysiąc kawałków kruchą nadziei jej budowę.
Długi czas upłynął, nim była wstanie zebrać myśli rozwiane jak liście jesienne uraganem, nim zdołała zastanowić się.
Wtedy zdawało się jej, że przeraziła się zawcześnie i niepotrzebnie. Od kogo był ten list? Oczywiście od Gastona. Pocóż się wiec trwożyć?
Gaston wróciwszy do Francji, chciał się z nią widzieć. Pojmowała tę chęć, ale znając dobrze tego człowieka, niegdyś tak ukochanego, wiedziała, że się od niego niczego lękać nie potrzebuje.
Przyjdzie, zobaczy ją żoną innego, zestarzałą, matką dzieci, wspomną sobie coś razem, może pożałują czegoś, ona zwróci mu depozyt, który złożył w jej ręce... i koniec.
Mimo to przeszywały ją straszne wątpliwości.
Czy wyznać Gastonowi, że jest ojcem?
Wyznać... znaczyło to oddać się, pozostać na dyskrecji obcego dziś człowieka, najzacniejszego wprawdzie, ale zawsze obcego, nietylko własne swe szczęście i honor, ale zarazem szczęście i honor męża i dzieci.
Zamilczeć? znaczyło popełnić zbrodnię. Znaczyło, po opuszczeniu dziecka, po pozbawieniu go starań i pieszczot macierzyńskich, skraść mu imię i majątek ojcowski.
Ważyła się jeszcze co wybrać, gdy dano do stołu.
Ale nie miała odwagi wyjść ze swego pokoju. Nie miałaby sił do zniesienia spojrzeń swych synów. Powiedziała, że jest bardzo cierpiącą i została w pokoju, po raz pierwszy szczęśliwa z nieobecności męża.
Wkrótce przybiegła Magdalena zaniepokojona, ale pani Fauvel kazała jej odejść, mówiąc, że to tylko mocny ból głowy, i że chciałaby się przespać.
Pragnęła zostać samą w obec nieszczęścia, i umysł jej usiłował przeniknąć przyszłość, odgadnąć co będzie jutro.
Nadeszło to jutro, którego obawiała się i pragnęła.
Do godziny drugiej liczyła kwadranse, potem minuty.
Nareszcie gdy wybiło w pół do trzeciej, drzwi salonu rozwarły się i lokaj zapowiedział:
— Pan margrabia de Clameran!
Pani Fauvel przyrzekła sobie być spokojną, nawet zimną.
Podczas ciężkiej bezsenności usiłowała przewidzieć i zawczasu ułożyć wszelkie okoliczności tego przykrego widzenia się. Układała nawet wyrazy, jakie miała wymówić; najpierw powinna powiedzieć to, a potem tamto...
Ale w ostatniej chwili zdradziła ją energja, straszne wzruszenie przybiło ją do krzesła, zabrakło jej głosu i myśli.
On zaś schyliwszy się z uszanowaniem, stał na środku salonu, nieruchomy, oczekujący.
Był to człowiek pięćdziesięcioletni, z głową i wąsami siwiejącemi, z twarzą smutną i surową, z miną pańską, w czarnem ubraniu wyglądający dystyngowanie.
Pani Fauvel z niewypowiedzianem wzruszeniem, drżąca, patrzyła nań szukając na jego obliczu śladu rysów człowieka, którego ukochała aż do zapomnienia samej siebie, kochanka, który usta swoje do ust jej przyciskał, który przyciskał ją do piersi, który był ojcem jej syna.
I dziwiła się, że w człowieku dojrzałym nie pozostało nic z tego młodziana, którego pamięć wciąż nawiedzała jej życie... nic, nic!
Wreszcie gdy on stał wciąż nieruchomie, ma głosem umierającym szepnęła:
— Gastonie!
Ale on smutnie potrząsłszy głową, odpowiedział:
— Pani, ja nie jestem Gastonem. Brat mój legł pod bólem nędzy i wygnania... ja jestem Ludwik Clameran.
Jakto! więc to nie Gaston pisał do niej, to nie Gaston stał przed nią?...
Dreszcz przerażenia przebiegł ją od stóp do głowy; zakołowało jej w głowie, jak w chwili, gdy człowiek w przepaść spoziera.
To nie był on! A tymczasem sam akcent jej, kiedy wymawiała to imię: Gastonie! — wydał ją z jej uczuć.
Cóż mógł chcieć od niej ten drugi, ten brat, w którym dawniej Gaston, o ile wiedziała, nie miał tyle zaufania, by mu ich tajemnicę zwierzyć?
Tysiące przerażających przypuszczeń przedstawiło się jej myśli jednocześnie.
Jednakże zdołała tak prędko zapanować nad swojem pomięszaniem, że Ludwik zaledwie je dostrzegł. Okropnie dziwne jej położenie, sama groza, groza niebezpieczeństwa, nadały jej umysłowi jasność nadzwyczajną.
Wskazała zwykłym giestem krzesło Ludwikowi, naprzeciwko siebie, i najspokojniejszym zapytała tonem:
— W takim razie, racz mi pan wyjaśnić cel swoich odwiedzin, których najmniej się spodziewałam.
Margrabia nie chciał zauważyć tej nagłej zmiany. Nie przestając uparcie wpatrywać się w panią Fauvel, usiadł.
— Przedewszystkiem, — rzekł, — winienem zapytać się, czy nikt nie będzie słyszał tego, co mamy z sobą mówić?
— Dla czego to zapytanie?... Nie sądzę, abyś pan miał mi do powiedzenia coś takiego, czegoby mój mąż i moje dzieci słyszeć nie mogli.
Ludwik poruszył ramionami z widoczną, afektacją, niby jak człowiek przytomny w obec warjata.
— Pozwól mi pani nalegać o to nie dla siebie, lecz dla pani samej...
— Mów pan więc bez obawy, jesteśmy tu po za obrębem wszelkiej niedyskrecji.
Mimo tego zapewnienia, margrabia przysunął krzesło do kozetki pani Fauvel, ażeby mówić cicho, jak gdyby lękał się sam tego, co miał powiedzieć.
— Powiedziałem już pani, że Gaston umarł. Z porządku rzeczy ja przyjąłem jego ostatnie myśli. Mnie on wybrał na wykonawcę swej ostatniej woli. Czy teraz pani rozumie?...
Rozumiała aż nadto biedna kobieta, ale daremnie usiłowała przeniknąć zamiary tego złowrogiego gościa. Może on poprostu przyszedł po depozyt Gastona?
— Nie będę pani przypominał smutnych okoliczności, — mówił dalej Ludwik, — które złamały życie i zniszczyły przyszłość mojego brata. Jakkolwiek szczęśliwe było życie pani, nie mogłaś zapomnieć tego przyjaciela młodości, który bez wahania, bez namysłu, oddał życie swe, gdy honor pani był zagrożony...
Ani jeden muskuł nie drgnął w twarzy pani Fauvel.
Zdawała się szukać w pamięci do jakiej okoliczności Ludwik czyni tę aluzję.
— Zapomniała pani? — mówił dalej tonem gorzkim, — to postaram się jaśniej wytłumaczyć. Dawno już, o! bardzo dawno, pani kochałaś mojego nieszczęśliwego brata...
— Panie!...
— O! nie ma co zaprzeczać... Gaston, powtarzam pani, zwierzył mi wszystko... wszystko, — dodał z naciskiem.
Ale pani Fauvel nie przelękła się tego wyznania. Cóż znaczyło to wszystko? Nic, skoro Gaston odjechał nie wiedząc w jakim pozostawia ją stanie.
Wstała, i z siłą, która daleką była od jej serca, rzekła:
— Zapominasz pan, zdaje mi się, że mówisz do kobiety dziś już postarzałej, zamężnej i matki rodziny. Być może, iż brat pański mnie kochał, to jego tajemnica, nie pana. Jeżeli będąc młodą i niedoświadczoną, nie byłam dosyć roztropną, nie pańska rzecz przypominać mi to. On, nie przypominałby mi tego!... Wreszcie jakąkolwiek byłaby ta przeszłość, już od lat dwudziestu zapomniałam o niej.
— Więc pani zapomniała?...
— Zupełnie wszystko.
— Nawet dziecię własne?
Frazes ten, rzucony ze spojrzeniem, które sięga do głębi duszy, uderzył panią Fauvel jak młotem. Usiadła na kozetce, mówiąc w duchu:
— Co! on wie? Jakim sposobem mógł się dowiedzieć?
Gdyby chodziło tylko o nią, byłaby bez wątpienia nie walczyła, zdałaby się na dyskrecję. Ale ona winna była dbać o szczęście swoich i bronić go, i w poczuciu tego świętego obowiązku czerpała energję, jakiej trudno się było po niej spodziewać.
— Zdaje mi się, że pan mnie lżysz, panie margrabio, — rzekła.
— A więc to prawda, że pani nie przypominasz sobie Walentyna-Raula?
— Ależ to jakiś zakład!...
Teraz przekonała się, że ten człowiek rzeczywiście wiedział wszystko. Wiedział... Ale mocno postanowiła przeczyć do końca, uparcie, przeczyć w obec najniezbitszych dowodów, najwyraźniejszych.
Chwilowo przyszła jej myśl haniebnie wypędzić margrabiego de Clameran. Roztropność wstrzymała ją. Powiedziała sobie, że trzeba cośkolwiek poznać z jego zamiarów.
— Do czegóż przecie pan zmierzasz? — zapytała z przymuszonym uśmiechem.
— Zaraz pani. Przed dwoma laty przypadek wygnania zaniósł brata mojego do Londynu. Tam poznał on w pewnem rodzinnem gronie młodzieńca imieniem Raul. Fizjognomia, intelligencja tego chłopca tak uderzyły Gastona, że chciał się dowiedzieć kto on jest. Było to biedne dziecko, opuszczone, i Gaston zasiągnąwszy wiadomości, nabył przekonania, że ten Raul jest synem jego i pani...
— Ależ pan mi recytujesz romans.
— Tak, pani, romans, którego rozwiązanie jest w ręku pani. Prawda, że hrabina, matka pani, dla zachowania tajemnicy, przedsięwzięła najściślejszą i nader umiejętną ostrożność; ale najlepiej obmyślane plany mają zawsze jakąś słabą stronę. Po waszym odjeździe, jedna z przyjaciółek, jaką matka pani miała, w Londynie, przyjechała odwiedzić ją w wiosce, gdzieście zamieszkały. Pani ta wymówiła prawdziwe nazwisko wasze w obec wieśniaczki, której powierzone było dziecko. Wydało się więc wszystko... Brat mój chciał dowodów i znalazł niezbite.
Zatrzymał się, śledząc na twarzy pani Fauvel skutków swego opowiadania.
Ku wielkiemu jego zdziwieniu, ona nie zdawała się ani wzruszoną, ani pomieszaną, oko jej uśmiechało się.
— A potem? — zapytała tonem najlżejszym.
— Potem, pani... Gaston przyznał się do dziecka. Ale Clameranowie są ubodzy, brat mój umarł na tapczanie nędznego hotelu, a ja sam mam na całe utrzymanie tylko 1200 franków dochodu. Co pocznie Raul, sam, bez rodziny, bez opiekuna, bez przyjaciela? Troska o los jego była męczarnią ostatnich chwil mego brata...
— W istocie, panie...
— Kończę, — przerwał Ludwik. — Wtedy to Gaston otworzył mi swe serce. Wtedy kazał mi pójść do pani. — „Walentyna, mówił, będzie pamiętać, ona nie mogłaby znieść tej myśli, że naszemu synowi brak wszystkiego, nawet chleba; ona jest bogata, bardzo bogata, umieram spokojnie.“
Pani Fauvel wstała; na ten raz było widoczne pożegnanie.
— Przyznasz pan, nieprawdaż? — rzekła, — że cierpliwość moja jest wielką.
Ta niezwalczona pewność tak zmięszała Ludwika, że nic nie odpowiedział.
— Nie taję przed panem, — mówiła dalej, — że dawniej rzeczywiście posiadałam zaufanie pana Gastona de Clameran. Dam panu tego dowód, zwracając mu klejnoty margrabiny, matki waszej, które on mi powierzył przed odjazdem.
To mówiąc wyjęła z pod poduszki na kozetce woreczek zawierający klejnoty, i podała go Ludwikowi.
— Oto jest ten depozyt, panie margrabio, — rzekła, — pozwól mi zdziwić się, że brat pański nigdy go odemnie nie zażądał.
Gdyby Ludwik mniej panował nad sobą, dałby był poznać, jakie zadziwienie sprawiła mu ta niespodzianka.
— Miałem zlecenie, — rzekł tonem suchym, — nie wspominać o tym depozycie.
Nie odpowiadając, pani Fauvel wyciągnęła rękę do dzwonka.
— Zechcesz pan zgodzić się, — rzekła, — żebym przerwała tę rozmowę, przyjętą jedynie w celu zwrócenia panu drogiej rzeczy?
Tak odepchnięty Clameran, nie uważał za właściwe nalegać.
— Dobrze, pani, — wyrzekł, — odchodzę. Winienem tylko dodać, że brat powiedział mi jeszcze: — „Jeżeliby Walentyna zapomniała o wszystkiem, gdyby nie chciała zapewnić przyszłości naszego syna, nakazuję ci zmusić ją.“ — Chciej pani rozważyć te słowa, bo je na honor mój przysiągłem spełnić i spełnię!...
Nareszcie pani Fauvel została samą, wolną. Nareszcie mogła bez obawy oddać się wybuchom rozpaczy.
Wyczerpana wysileniami, na jakie była skazana by zostać spokojną pod okiem Clamerana, czuła się złamaną na duszy i na ciele.
Zaledwie miała siłę wnijść chwiejąc się do swej sypialni, i tam się zamknęła.
Teraz nie ma żadnej wątpliwości, obawy jej stały się rzeczywistością. Mogła już z dokładnością mierzyć głębię przepaści, w którą chciano ją wepchnąć, dokąd pociągnęłaby za sobą wszystkich swoich.
Bóg jeden, w tem ogromnem nieszczęściu, mógł jej przyjść na pomoc, ocalić ją. Modliła się:
— „O Boże! ukarz mnie, a ja wielbić będę karę, bom na nią wielce zasłużyła. Ukarz mnie, bo byłam złą córką, matką niegodną, występną żoną. Uderz mnie, Panie, ale mnie tylko samą! Niech twój gniew sprawiedliwy oszczędzi niewinnych, zmiłuj się nad mężem moim, nad dziećmi!“
I cóż znaczyły te jej dwadzieścia lat szczęścia, w porównaniu z tą godziną rozpaczy? Nic... były wyrzutem.
Ach! dla czegóż usłuchała matki, dla czego się zabiła?
Odtąd nie ma nadziei...
Ten człowiek, który się oddalił z groźbą na ustach, wróci; rozumiała to aż nadto dobrze. I cóż mu odpowie?
Dziś zdołała zatrzymać w karbach wszystkie wybuchy serca i sumienia, ale czy kiedyindziej będzie miała tę samą energję, czy zapanuje nad swemi uczuciami?
Tę odwagę, którą sama podziwiała w sobie, winną była niezręczności Clamerana, wiedziała o tem.
Zamiast grozić, czemuż on raczej nie prosił?
Nie wiele już brakowało, że byłaby się zdradziła, gdy Ludwik mówił o Raulu. Wnętrzności jej zadrgały na imię tego, biednego sieroty, który pokutował za winę matki.
Na myśl, że on pójść może w zapasy z nędzą, całą jej istotę ostra przenikała boleść.
On ma łaknąć kawałka chleba, on, jej dziecię! A ona była tak bogatą, cały Paryż zazdrościł jej przepychu!
O! czemuż nie mogła u nóg jego złożyć wszystkich swoich bogactw. Z jakąż roskoszą poddałaby się naj przykrzejszym doświadczeniom! Ale jakimże sposobem, nie wydając się, można mu dać tyle pieniędzy, aby nie doznawał nędzy!
Głos roztropności wołał na nią, że nie może i nie powinna przyjmować pośrednictwa Ludwika de Clameran.
Powierzyć się mu, jest to zdać na jego łaskę siebie i swoich, a on budził w niej wstręt instynktowy.
Pytała się, czy rzeczywiście powiedział jej prawdę.
Przebiegając w głowie opowiadanie tego człowieka, znajdowała w niem luki i niepodobieństwa rażące. Jakim sposobem Gaston, wróciwszy do Francji, mieszkając w Paryżu, biedny tak, jak go brat opisał, nie zażądał od kobiety depozytu, który powierzył jej, kiedy była dziewicą?
Jakim sposobem obawiając się o przyszłość swego dziecka, nie przyszedł do niej, skoro wiedział o jej bogactwie, do tego stopnia, że umierając, polegał na niej?
Mnóstwo ciemnych niepokojów błądziło po jej myśli; była pełną podejrzeń niewytłumaczonych, wątpliwości nieokreślonych.
Rozumiała, że jeden stanowczy krok wiązał ją na zawsze, a wtedy czegożby od niej nie wymagano!
Chwilę miała myśl rzucić się do nóg mężowi i wyznać mu wszystko.
Na nieszczęście odepchnęła tę myśl zbawienną. Imaginacja wyobrażała jej okrutną boleść tego uczciwego człowieka, gdy po latach dwudziestu dopiero dowie się, że był nikczemnie oszukiwanym Oszukany w pierwszej chwili, czyż nie może wpaść na myśl, że był oszukiwany zawsze? Już po szczęściu domowem. Porzuciłby dom, synowie poszliby w swoją stronę, stargałyby się wszystkie węzły rodzinne.
Przychodziły jej wtedy myśli samobójcze. Ale pojmowała, że śmierć nie wstrzymałaby nieubłaganego Clamerana, i nie mogąc ją zbezcześcić za życia, rzuciłby plamę na jej pamięć.
Na szczęście bankier był nieobecnym, i całe dwa dni po wizycie Ludwika, pani Fauvel mogła pozostać w swoim pokoju, nikt nie widział jej wzburzenia.
Jednakże Magdalena odgadła kobiecym sprytem, że w tem jest coś innego jeszcze prócz słabości nerwowej, na którą użalała się ciotka, i przeciw której lekarz zapisywał środki łagodzące.
Zauważała nawet, że słabość datowała się od wizyty jakiegoś mężczyzny, z surową fizjognomją, który długi czas pozostawał z jej ciotką.
Magdalena tak doskonale przeczuwała tajemnicę, że na drugi dzień, widząc panią Fauvel niespokojnięjszą, ośmieliła się powiedzieć jej:
— Cóż to ciocia tak smutna? co ci jest? powiedz mi, droga cioteczko, czy nie posłać może po naszego kochanego proboszcza, byście porozmawiali razem?
Pani Fauvel, która była słodyczą samą, odmówiła tej propozycji z pewną cierpkością.
Stało się jak przewidywał Ludwik.
Po namyśle, nie widząc żadnego wyjścia ze swego opłakanego położenia, pani Fauvel powoli skłaniała się do uległości. Zgadzała się na wszystko, miała widok ocalenia wszystkiego. Nie łudziła się, wiedziała, że gotuje sobie życie niepodobne, ale przynajmniej cierpieć będzie sama, a w każdym razie zyska na czasie.
Tymczasem przyjechał pan Fauvel, i Walentyna przynajmniej na pozór przyszła do zwykłego trybu życia.
Ale nie była to już owa szczęśliwa matka rodziny, niewiasta twarzy uśmiechniętej i cichej, tak zapewnioną w swem szczęściu, tak spokojna w obec przyszłości. Wszystko w niej objawiało straszny niepokój.
Nie mając wieści o Clameranie, oczekiwała go, rzec można, co chwila, każdego dnia, drżąc za każdym odgłosem dzwonka, blednąc ilekroć drzwi się otwierały, nie śmiejąc wyjść z domu, by on nie pokazał się w jej nieobecności. Skazany na śmierć, który co rana budząc się, zapytuje: „Czy to już dziś?“ nie doznaje sroższych wzburzeń.
Clameran nie przyszedł, ale napisał, a raczej będąc za roztropnym na to, by dawał broń przeciw sobie, kazał napisać bilecik, którego sama tylko pani Fauvel mogła zrozumieć znaczenie, a w którym tłumacząc się, że jest chory, prosi aby przybyła do niego nazajutrz do hotelu Louvre.
List ten był pewną ulgą dla pani Fauvel. Przenosiła wszystko nad swój niepokój. Gotową była zgodzić się na wszystko.
Spaliła wiec bilet, mówiąc do siebie:
— Pójdę! Nazajutrz rzeczywiście, o wskazanej godzinie, włożyła skromniutką czarną suknię, kapelusz mocno twarz zakrywający, wsunęła w kieszeń zasłonkę i wyszła.
Bardzo opodal od domu wsiadła do fiakra, który wysadził ją przed hotelem Louvre.
Tam nowy obarczał ją niepokój. Żyjąc w świecie, znaną była bardzo wielu osobom, i drżała na myśl, że może ją kto spotkać. Coby pomyśleli ludzie, zobaczywszy ją w tym pałacu, w takiem ubraniu, w tym starym kapeluszu pod tak gęstą zasłoną?
Zapewne że każdy, ktoby ją był spotkał, pewnym byłby jakiejś intrygi, jakiejś schadzki, i byłaby zgubioną!
W niedoświadczeniu swem, gdyż od czasu małżeństwa pierwszy raz potrzebowała się ukrywać, czyniła wszystko, by przejść niepostrzeżona, to jest, aby właśnie zwrócono na nią uwagę.
Pokój pana margrabiego Ludwika de Clamerau, według oświadczenia odźwiernego, był na trzeciem piętrze.
Pobiegła uradowana, że ujdzie przed wzrokiem wszystkich, co na nią patrzali; ale mimo szczegółowych wskazówek, zgubiła się w ogromnym hotelu i długo błąkała się po jego nieskończonych korytarzach.
Nareszcie przybyła przede drzwi, nad któremi był numer wskazujący 317.
Zatrzymała się przyciskając obie ręce do piersi, jak gdyby dla powstrzymania uderzeń serca, które biło gwałtownie.
W chwili wejścia, w chwili dokonania tego stanowczego kroku ogarnął ją tak wielki strach, że wszystkie członki jej zesztywniały.
Widok jednego z mieszkańców, który przechodził przez korytarz, położył koniec jej wahaniu.
Drżącą ręką zapukała trzy razy.
Proszę, — odpowiedział głos.
Weszła.
Ale w pokoju tym nie było margrabiego de Clameran, tylko jakiś młodzieniaszek, prawie dziecko, który dziwnym wzrokiem jej się przyglądał.
Pierwszem wrażeniem pani Fauvel było, że się omyliła.
— Przepraszam pana, — wyrzekła, rumieniąc się jak karmazyn, — sądziłam, że wchodzę do pana margrabiego de Clameran.
— Jesteś pani u niego, odpowiedział młodzieniec.
A widząc, że nic nie odpowiada, że zabiera się do wyjścia, dodał:
— Czy nie z panią Fauvel nam zaszczyt mówić?
Potwierdziła skinieniem głowy. Zadrżała posłyszawszy w ten sposób wymówione nazwisko swoje, przeszywała ją myśl, że ją znają, że Clameran wydał jej tajemnicę.
Z widocznym niepokojem oczekiwała wyjaśnienia.
— Uspokój się pani, — rzekł młodzieniec, — jesteś tu tak bezpieczną, jak w salonach swego pałacu. Pan de Clameran zlecił mi przeprosić panią; nie będzie tu.
— Jednak, według listu bardzo naglącego, który napisał do mnie onegdaj, mogłam przypuszczać... przypuszczałam...
— Gdy pisał do pani, miał jeszcze zamiary, od których teraz odstąpił na zawsze.
Pani Fauvel była zanadto zdziwiona, zanadto zmieszana, by mogła rozważać. Prócz chwili obecnej nie była w stanie rozróżnić nie.
— Jakto! — rzekła z pewnem niedowierzaniem, — jego zamiary zmieniły się?
Fizjognomja młodzieńca, który rozmawiał z panią Fauvel, wskazywała rodzaj bolesnego współczucia, jak gdyby odczuwał wszystkie boleści nieszczęśliwej kobiety.
— Margrabia, — rzekł głosem słodkim i smutnym, — odstępuje od tego, co uważał niesłusznie za swój święty obowiązek. Niech pani wierzy, że długo wahał się nim się zdecydował pójść, by uczynić pani bardzo przykre wyznanie... Odepchnęłaś go pani, i nie powinnaś go była słuchać; nie zrozumiał od razu, jak ważne powody panią do tego skłaniały. Wtedy zaślepiony niesprawiedliwym gniewem, poprzysiągł wymódz postrachem, czego od serca pani uzyskać nie mógł. Postanowiwszy zagrozić szczęściu pani, zebrał dowody także, które w tej chwili wykazują rzeczywistość... Wybacz pani... wiązała go przysięga uczyniona bratu umierającemu.
Wziął z kominka plikę papierów, które rozmawiając, wracał.
— Dowody te, — mówił dalej, — oto są: niezbite, przekonywające. Oto świadectwo proboszcza Selleya, zeznanie wieśniaczki Dobbin, poświadczenie lekarza, zeznania osób, które znały w Londynie panią de la Verberie. Niczego tu nie brak. Dowody te nie bez trudności wydarłem panu Clameranowi. Być może, że przeniknął moje zamiary, bo oto co z temi papierami uczy nić chciałem...
Szybkim poruszeniem rzucił wszystkie papiery w ogień i wkrótce zmieniły się w garść popiołu.
— Wszystko już zniszczone, widzi pani, — rzekł z okiem błyszczącem najszlachetniejszymi postanowieniami. — Przeszłość, jeżeli pani chcesz, zniszczoną jest jak te papiery. Jeżeli kto dziś śmiałby twierdzić, że pani miałaś syna nim zostałaś panią Fauvel, powiedz mu wręcz, że jest oszczercą. Dowodów nie ma, jesteś pani wolną...
Nareszcie stanęło jasne znaczenie tej sceny w oczach pani Fauvel, zaczynała pojmować — pojęła.
Młodzieńcem tym, który oswobodził ją od gniewu Clamerana, który wracał jej wolność przez zniszczenie świadczących przeciw niej dowodów, było dziecię opuszczone: Walentyn-Raul.
W tej chwili zapomniała o wszystkiem; czułość macierzyńska tak długo powstrzymywana, wybuchła i pani Fauvel głosem zaledwie dosłyszanym szepnęła:
— Raul!
Na to imię tak wymówione, młodzieniec zachwiał się. Zdawało się, że upada pod ciężarem niespodziewanego szczęścia.
— Tak, Raul! — zawołał, — Raul, który wolałby sto razy umrzeć, niż sprawić matce najmniejsze zmartwienie, Raul, który oddałby krew wszystką, by jej jednej łzy oszczędzić.
Nie próbowała ani walczyć, ani opierać się; cała istność jej drżała upojeniem roskoszy macierzyńskiej.
Otworzyła ramiona, a Raul rzucił się w nie, mówiąc stłumionym głosem:
— Moja matko! moja droga matko! bądź błogosławioną za ten pierwszy pocałunek.
Było to jednak prawdą. Ona nigdy nie widziała tego syna. Mimo próśb i łez, odebrano go jej i nie pozwolono nawet ucałować, a ten pocałunek był pierwszym.
Po tylu i tak bolesnych przejściach znaleźć tę ogromną radość, było nadmiarem szczęścia.
Pani Fauvel usiadła na krześle, i zatopiona w cichej ekstazie, wpatrywała się chciwie w Raula klęczącego u jej nóg.
Jakżeż wydawał jej się pięknym ten opuszczony! Miał tę promienna piękność dzieci miłości, których fizjognomja zachowuje niejako odbłysk pierwszych chwil uczucia.
Odgarnęła ręką jego piękne na czoło spływające włosy, podziwiała białe i czyste skronie jak u dziewicy, jego wielkie drżące oczy, żądną była jego ust rumianych.
— O matko! — mówił, — nie wiem co mi się zrobiło, gdy się dowiedziałem, że stryj mój chciał ci grozić. On, groził tobie!... Bo to widzisz, droga matko, serce moje dzieli się na dwoje, między ciebie i tego szlachetnego Gastona de Clameran, mojego ojca. Oh! on, kiedy mówił swemu bratu, aby udał się do ciebie, już wtedy nie miał całej przytomności. Ja ciebie znałem i to oddawna. Często mój ojciec i ja chodziliśmy około twego pałacu, i gdyśmy cię zobaczyli, wracaliśmy szczęśliwi. Gdy przechodziłaś, ojciec mówił mi: — Patrz, Raulu, to twoja matka! Widzieć cię, było naszą radością. Kiedyśmy się dowiedzieli, że miałaś być na jakiej zabawie, czekaliśmy cię u bramy, aby widzieć jak jesteś piękną i strojną. Ileż to razy, zimą, wyścigałem się razem z końmi twego powozu, aby cię dłużej podziwiać.
Łzy najsłodsze, jakie kiedykolwiek wylała w życiu, zalewały oblicze pani Fauvel.
Drżący głos Raula śpiewał do jej uszu niebiańskie melodje.
Głos ten przypominał jej Gastona, wracał jej świeże, roskoszne uczucia młodości. Zdawało jej się, że od owego czasu aż do chwili obecnej, nie zaszło nic. Porwana odmętem czułości, zapomniała o Andrzeju, obu synach, Magdalenie, wszystkich.
Raul zaś mówił dalej:
— Wczoraj dopiero dowiedziałem się, że stryj mój chodził do ciebie, matko, żądać kilku okruszyn twego bogactwa. Na co? ja jestem biednym, ale bieda mnie nie przeraza, znam ją. Mam ręce i rozum, a z tem żyć można. Ty jesteś bardzo bogatą, powiadają. Co mnie to obchodzi? Zachowaj całą swą fortunę, matko ukochana, ale daj mi tylko trochę swego serca. Pozwól mi cię kochać. Przyrzeknij mi, że ten pierwszy pocałunek nie będzie ostatnim. Nikt o niczem wiedzieć nie będzie, nie obawiaj się, będę umiał ukryć moje szczęście.
I mogłaż się pani Fauvel obawiać tego syna? Ah, jakżeż wyrzucała sobie trwogę swoją! Jakżeż wyrzucała sobie, że nie prędzej naprzeciw niemu wybiegła?...
Rozpytywała go, chciała poznać jego życie, dowiedzieć się jak żył, co robił. Nie miał co przed nią ukrywać, wiec mówił; życie jego było takie, jak każdego dziecka ubogiego.
Wieśniaczka, której był powierzony, zawsze mu okazywała pewną czułość. Nawet widząc w nim dobrą minę i otwartą głowę, z chęcią kazała go uczyć i dała mu wykształcenie wyższe nad jej fundusze i nad jego położenie towarzyskie.
W szesnastu latach umieszczono go u bankiera, gdzie usilną pracą zaczął już zarabiać na życie, gdy raz przyszedł tam jakiś człowiek i powiedział mu: „Jestem twoim ojcem“ i uprowadził go z sobą.
Odtąd nic nie brakowało do jego szczęścia, tylko miłości macierzyńskiej. Raz tylko cierpiał w swem życiu, to jest w dniu, gdy Gaston de Clameran, ojciec jego, umarł na jego rękach.
— Ale teraz, — mówił, — wszystko zapomniane, wszystko. Czyż ja byłem nieszczęśliwy? Nic nie wiem, kiedy cię widzę, kiedy cię kocham, matko najdroższa!
Czas mijał, a pani Fauvel zapomniała o tem. Szczęściem, że Raul czuwał.
— Siódma godzina! — zawołał nagle.
Wykrzyknik ten zwrócił panią Fauvel do rzeczywistości.
Siódma godzina!.. Tak długa jej nieobecność może zwrócić uwagę.
— Czy zobaczę cię jeszcze, matko? — zapytał Raul w chwili pożegnania.
— O tak! tak! — odpowiedziała z akcentem szalonej czułości. — Tak często, co dzień, jutro...
Pierwszy to raz dopiero od zamążpójścia pani Fauvel postrzegła, że nie jest zupełną panią swoich czynności. Nigdy aż do tej chwili nie miała sposobności pragnąć swobody nieograniczonej.
Ona duszę swoją zostawiała w tym pokoiku, gdzie znalazła syna. I musiała go opuścić, i była skazaną na tę nieznośną mękę układania twarzy, ukrywania tego wielkiego wypadku, który wywracał jej życie.
Z trudnością znalazłszy fiakra z powrotem, przybyła na ulicę Provence dopiero o wpół do ósmej, a w domu czekano na nią z objadem.
Pan Fauvel żartował z niej z powodu tego opóźnienia; wydał się jej pospolitym. Namiętność nowa tak ją jakoś przeistoczyła, że mąż zdał się jej nawet śmiesznym za to, że ufał jej bez granic.
To też ona, zazwyczaj taka bojaźliwa i uległa, odpowiadała na jego żarciki niezamąconym spokojem, bez pomięszania, prawie bez wysilenia.
Jej uczucie przy Raulu było tak upajające, że w upojeniu swem niezdolną była niczego pożądać, o niczem nie marzyć, tylko o wznowieniu tych roskosznych wrażeń.
Znikła poświęcona małżonka, matka rodziny niezrównana. Zaledwie zatrzymała się myślą na swoich dwóch synach. Ci zawsze byli szczęśliwi i kochani, mieli ojca, byli bogaci, gdy tymczasem tamten, tamten!... Jakąż winna mu ona za to nagrodę!
Jeszcze trochę, a w zaślepieniu byłaby wszystkich swoich uczyniła odpowiedzialnymi za niedolę Raula.
I ani jednej zgryzoty, żadnego wyrzutu sumienia, żadnej obawy wypadków... Szaleństwo jej było zupełne. Przyszłością jej było jutro, wiecznością te szesnaście godzin, które oddzielały ją od nowego widzenia się. Śmierć Gastona wydała się jej rozgrzeszeniem tego co było i jest.
Ale żałowała że poszła za mąż. Gdyby była wolną, poświęciłaby się całkiem Raulowi. Była bogatą, ale byłaby szczęśliwą, gdyby mogła oddać cały swój przepych za biedę z Raulem.
Ani mąż, ani synowie nigdyby nie odgadli myśli, jakie wrzały w niej, z tej strony była spokojną, ale obawiała się siostrzenicy.
Zdawało się jej, że gdy wróciła, Magdalena spoglądała na nią szczególnym wzrokiem. Czyżby się czego domyślała? Od kilku dni zadawala jej dziwna pytania. Trzeba się było mieć przed nią na baczności.
Niepokój ten zmienił w rodzaj nienawiści to uczucie, jakie pani Fauvel miała dla swej przybranej córki.
Ona, tak dobra i kochająca, zaczęła żałować, że ją wzięła do siebie, że tym sposobem oddała się jednemu z tych czujnych dostrzegamy, przed którymi nic nie uchodzi. Jak tu uwolnić się, i — myślała, — od tej czułej troskliwości, od taj przenikliwości młodej dziewicy, która nawykła śledzić na jej twarzy najbardziej nawet przelotnych wzruszeń?
Z niewymowną radością znalazła na to środek pod ręką.
Od dwóch blisko lat była mowa o małżeństwie między Magdaleną a kasjerem domu, Prosperem Bertomy, protegowanym przez bankiera. Pani Fauvel powiedziała sobie, że trzeba zająć się tem małżeństwem i przyspieszyć je czemprędzej.
Magdalena jak pójdzie za mąż, zamieszka z mężem i pozwoli jej swobodnie używać swego czasu.
Tegoż jeszcze wieczoru sama ośmieliła się mówić o Prosperze, i z obłudą, do której przed kilką dniami zdolną nie była, wydarła ostatnie słowo Magdaleny.
— Aha! czy tak, tajemnicza panienko, — mówiła wesoło, — więc pozwalałaś sobie wybierać między konkurentami bez mego pozwolenia?
— Ależ, dobra ciociu, zdaje mi się...
— Co? że powinnam była zgadnąć?
Przybrała minę poważną i dodała:
— Skoro tak, pozostaje tylko otrzymać przyzwolenie pana Prospera. Czy je da?
— On, ciociu?... Ah!
— Aha! doprawdy, wiesz już o tem panienko?...
Pomięszana, zestraszona, zarumieniona Magdalena schyliła głowę, pani Fauvel przyciągnęła ją ku sobie:
— Kochane dziecię, — mówiła najczulszym głosem, — czego się obawiasz? Czyż nie domyśliłaś się, ty taka przenikliwa, że oddawna twój sekret jest naszym? Czyż Prosper byłby przyjmowany w domu naszym, tak jakby należał do rodziny, gdyby z góry nie był upatrzonym przez twego wuja i przezemnie?
Może dla ukrycia nieco swej radości, Magdalena rzuciła się na szyję ciotki, szepcąc:
— Dziękuję, oh, dziękuję! jesteś tak dobrą ciociu, kochasz mnie?...
Ze swej strony pani Fauvel mówiła sobie:
— Muszę natychmiast namówić Andrzeja, by ośmielił Prospera; przed dwoma miesiącami można ich zaprowadzić do ślubu.
Nieszczęściem uniesiona prądem uczucia, które nie dozwalało jej minuty wytchnienia, odłożyła ten projekt.
Przepędzając w hotelu Louvre przy Raulu cześć dnia, nie przestawała myśleć o sposobach przygotowania mu pozycji i zapewnienia niepodległego stanowiska.
Nie śmiała jeszcze nic mu o tem mówić.
W miarę jak go lepiej poznawała, jak więcej się przed nią wynurzał, odkrywała w nim całą dumę szlachetną ojca, i taką drażliwość, że obawiała się, by nie odmówił.
Serjo pytała się sama siebie, czy godzi się przyjąć od niej cokolwiek?
Gdy tak bila się z myślami, margrabia Ludwik de Clameran przybył jej w pomoc.
Widywała go często od owego dnia, w którym tak ją przestraszył, i po pierwotnym wstręcie nastąpiła sekretna sympatja. Polubiła go za tę przyjaźń, jaką okazywał synowi.
Jeżeli Raul, niedbały jak zwyczajnie we dwudziestu leciech drwił sobie z przyszłości, za to Ludwik, ów mąż doświadczony, zdawał się żywo zajęty losem synowca.
Dla tego też raz, po kilku uwagach ogólnych, potrącił o tę ważną kwestję.
— Życie takie, jakie prowadzi mój piękny synowiec, — zaczął, — jest zapewne bardzo powabne; tylko czy nie byłoby rozsądnie z jego strony zapewnić sobie jakie położenie w świecie? Nie ma żadnego majątku...
— Eh, kochany stryju, — przerwał Raul, — pozwól mi być szczęśliwym bez wyrzutu; cóż mi brakuje?
— W tej chwili nic, mój piękny synowcze; ale jak wyczerpiesz swoje środki i moje, a to wkrótce nastąpi, co się z tobą stanie?
— Ba! wstąpię do wojska, wszyscy Clameranowie są żołnierzami z urodzenia, a jak wybuchnie wojna...
Pani Fauvel zatrzymała go, kładąc mu lekko rękę na ustach.
— Niedobre dziecko, — mówiła tonem wyrzutu, — do wojska!... Chcesz pozbawić mnie szczęścia widzenia ciebie?
— Nie, kochana matko, nie!...
— Widzisz więc, — nalegał Ludwik, — że trzeba nas słuchać.
— I owszem, ale później. Będę pracował, będę zarabiał dużo pieniędzy!
— W jakim zawodzie?
— Ha! nie wiem, ale bądźcie spokojni, postaram się, pomyślę...
Trudno było poradzić z tym młodym zapaleńcem. Ludwik i pani Fauvel miewali z tego powodu długie rozmowy, i przyrzekli sobie nawrócić go.
Tylko trudno było obmyśleć stan, i Clameran sądził, że dobrze będzie zastanowić się, wypróbować skłonności młodzieńca. Tymczasem umówiono się, że pani Fauvel zostawi dyspozycji margrabiego wszystko, co potrzeba na wydatki Raula.
Widząc w tym bracie Gastonowym ojca dla swego dziecka, pani Fauvel przyszła na to, ze już się obejść bez niego nie mogła.
Raz wraz potrzebowała widzieć się z nim, czy to żeby się naradzić z nim co do myśli, które jej przychodziły, czy też, by dać mu mnóstwo rozmaitych zleceń.
Była też bardzo rada, gdy on poprosił ją, aby mu uczyniła zaszczyt otwartego przyjęcia w dom męża.
Nic łatwiejszego. Ona przedstawi mężowi margrabiego de Clameran, jako dawnego przyjaciela swej rodziny, i od niego już tylko zależeć będzie stać się domownikiem.
Wkrótce pani Fauvel cieszyła się rezultatami tego postanowienia...
Nie mogąc co dzień widywać Raula, nie mogąc jeśli doń pisała, odbierać jego odpowiedzi, miała o nim przynajmniej wiadomości przez Ludwika.
Wiadomości nie zawsze były dobre, i nie upłynął miesiąc od czasu poznania się z Raulem, a już Clameran oświadczył pani Fauvel, że Raul zaczyna go na serjo niepokoić.
Margrabia wyrażał się tonem, który dreszczem przejmuje serce macierzyńskie, ale zawsze z pewnem zakłopotaniem jak człowiek, który dla spełnienia obowiązku, przemaga swe wstręty.
— I cóż takiego? — zapytała pani Fauvel.
— To, że ja w tym młodzieńcu, — rzekł Ludwik, — odnajduję pychę i namiętności Clameranów. To natura, której nic nie powstrzyma wybuchów, którą przeszkody podniecają, przedstawienia gniewają; i nie widzę żadnej tamy, którąby przeciwstawić można jego gwałtownościom.
— Wielki Boże! cóż takiego uczynił?
— Nic tak bardzo nagannego, nic czegoby naprawić nie można, zapewne, ale przyszłość jego mnie przestrasza. On nie wie nic jeszcze o pani łaskach dla niego, mniema, że czerpie z mojej kieszeni, a widzę w nim hojność miljonera.
Pani Fauvel nie byłaby matką, gdyby nie umiała stanąć po stronie Raula.
— Może pan jesteś trochę za surowy? — rzekła. — Biedny chłopiec! On tyle cierpiał. Dotąd znał tylko prywacje, szczęście go upaja. Rzuca się na przyjemnostki, jak zgłodniały na dobrą strawę. Czyż w tem co dziwnego? Prędko wróci do rozsądku, on ma dobre serce...
„On był tak nieszczęśliwym!“ Tem słowem pani Fauvel tłumaczyła Raula. To słowo powtarzała nieustannie panu Clameranowi, ilekroć ten skarżył się na swego synowca.
A on zacząwszy raz, nic ustawał się skarżyć.
— Nic go nie powstrzymuje, — jęczał, — ledwie mu jakie szaleństwo przeszło przez głowę, już go dokonał...
Ale pani Fauvel nie widziała w tem żadnego powodu, by gniewać się na syna.
— Nie zapominajmy o tem, — mówiła, — że od dzieciństwa pozostawiony był instynktom własnym. Nie miał biedny matki zchylonej nad kołyską, któraby rzuciła do jego duszy ziarno dobrych myśli, szlachetnych popędów. Silny głos ojca nie sprostował nigdy zboczeń jego młodej imaginacji.
— Można go wytłumaczyć wprawdzie, ale z tem wszystkiem musi się zmienić. Czyż pani nie mogłabyś z nim na serjo pomówić, wymódz na nim jakie przyrzeczenie?
Obiecała, ale nie dotrzymała obietnicy. Tak mało czasu miała do poświęcenia Rautowi, że zdawało jej się okropnem zużywać go na próżne łajania. Przychodząc czasem z mocnem postanowieniem spełnienia rady margrabiego, nie czuła do tego mocy, gdy zobaczyła Raula: jego wzrok topił jej najstalsze zamiary; przemówił, na głos jego rozpierzchały się najczarniejsze troski.
Ale Clameran, jak twierdził, miał stałe zasady, które nie cierpią żadnej transakcji.
Gaston umarł, pozostawiając mu obowiązek czuwania nad Raulem; on się przeto poczytywał za strażnika jego duszy.
Dla tego też widząc, że jego usiłowania nie mogą zatrzymać nieroztropnego chłopca na niebezpiecznej pochyłości, wezwał panią Fauvel, aby użyła swego wpływu. Ona dla przyszłości swego dziecka powinna głębiej wniknąć w jego życie, widzieć go co dzień.
— Niestety! — odpowiedziała biedna kobieta, — byłoby to mojem najdroższem życzeniem. Ale jak zrobić? Mam-że prawo gubić się? Wszak mam inne dzieci, którym winnam ze czci mojej rachuek.
Odpowiedź ta zdała się zadziwiać margrabiego Clamerana. Przed piętnastu dniami pani Fauvel nie byłaby mówiła o swoich synach.
— Pomyślę, — rzekł Ludwik, — może za przyszłem widzeniem się będę miał honor przedstawić pani jaką kombinację, która pogodzi wszystko.
Uwagi tak doświadczonego męża nie mogły być daremne.
Zdawał się bardzo pewnym siebie, gdy przybył w następny czwartek.
— Szukałem. — zaczął, i znalazłem.
— A co?
— Środek uratowania Raula.
Wytłumaczył się. Ponieważ pani Fauvel nie mogła bez obudzenia podejrzeń mężowskich widywać codziennie Raula w jego mieszkaniu, przeto powinna by mu otworzyć wstęp do swego domu.
Ta propozycja zgrozą przejęła kobietę, która była istotnie bardzo nieroztropną, nawet bardzo winną, ale mimo to była wielce uczciwa.
— To niepodobna! — zawołała, — byłoby to ohydnie, nikczemnie...
— Tak, — odparł margrabia zamyślając się, — ale to byłoby ratunkiem dla chłopca.
Ale na ten raz umiała się oprzeć. Opierała się z całą gwałtownością oburzenia, z energją zdolną odstręczyć człowieka mniej silnej woli, jak margrabia de Clameran.
— Nie, — powtarzała, — nie... na to się nigdy nie zgodzę!
Nieszczęśliwa! Kiedy kto raz zejdzie z prawej drogi, czyż wie w jakie błota i kałuże wstępować mu przyjdzie?
Powiedziała nigdy! z całej głębi duszy, a w końcu tygodnia przyszło do tego, że nie tylko nie odrzucała rozpaczliwie tego projektu, ale przemyśliwała nad środkami przywiedzenia go do skutku.
Owoż do czego ją doprowadziło przemądre postępowanie. Zgnębiona, napastowana, daremnie wiła się między nagabaniami słodko-groźnemi Clamerana, a pieszczotliwemi prośbami Raula.
— Ale jak? — pytała, — pod jakim pretekstem przyjmować Raula?
— Byłaby to rzecz bardzo prosta, — odpowiedział Clameran, — gdyby chodziło o to, aby go przyjmować jak obcego... Wszak i ja mam zaszczyt bywać w pani salonie... Ale dla Raula trzeba coś lepszego.
Nareszcie długo umordowawszy panią Fauvel, znękawszy jej wolę i rozum nieustannemi alternatywami groźby i czułości, odkrył przecie swój stanowczy projekt.
— Mamy nareszcie, — rzekł, — rozwiązanie zagadnienia, jest-to prawdziwa inspiracja.
Zmiarkowała po jego akcencie, że wykaże głąb swojej myśli, i słuchała go z tą żałosną rezygnacją skazanego, który słucha wyroku.
— Wszak pani masz, — mówił dalej Ludwik, — w Saint-Rémy jakąś krewną staruszkę, wdowę, która ma tylko dwie córki?
— Tak, panią de Lagors.
— Właśnie. Jakie jest jej położenie majątkowe?
— Ona jest ubogą, bardzo ubogą.
— Właśnie, i gdyby nie pomoc, jaką pani udzielasz jej potajemnie, wyszłaby na żebraninę.
Pani Fauvel nie mogła się wydziwić, zkąd Ludwik tak wiem o wszystkiem.
— Jakto, — szepnęła, — pan wiesz o tem?
— Tak, pani, i o tem, i o wielu innych rzeczach. Wiem naprzykład, że mąż nie zna nikogo z rodziny pani, i że zaledwie domyśla się istnienia krewnej de Lagors. Czy zaczynasz pani pojmować mój plan?
Ona przewidywała go i pytała w duszy, jak się temu oprzeć.
— Owoż, — mówił dalej Ludwik, — co ja umyśliłem. Jutro albo pojutrze odbiorze pani list z Saint-Rémy, od krewnej, zawiadamiający panią, że wysyła syna do Paryża i prosi panią, abyś miała na niego oko. Oczywiście pokażesz pani ten list mężowi, a on w kilka dni potem, przyjmie z całą uprzejmością siostrzeńca swego Raula de Lagors, który jest przystojnym chłopcem, bogatym, dowcipnym, miłym, który uczyni wszystko, by mu się podobać.
— Nigdy! panie, — zawołała pani Fauvel, — nigdy krewna moja, która jest uczciwą kobietą, nie poda ręki do oburzającej komedji.
Margrabia uśmiechnął się z próżnością.
— Czyż ja pani powiedziałem, — zapytał, — że tę krewnę przypuścimy do tajemnicy?
— A jakżeż inaczej?
— O, zgoła nie. List, który pani otrzymasz i okażesz, będzie; przezemnie podyktowany pierwszej lepszej kobiecie, i wrzucony na pocztę w Saint-Rémy przez osobę poufną. Jeżelim pani wspomniał o zobowiązaniach, jakie krewna ma dla pani, to dla tego tylko, żeby pokazać, iż na wszelki wypadek my mamy ją w ręku. Czy pani jeszcze dostrzega jaką przeszkodę?
Pani Fauvel powstała przejęta oburzeniem.
— Jest jeszcze wela moja, — zawołała, — której pan nie uwzględniasz.
— Przepraszam, — rzekł margrabia z szyderczą grzecznością, — jestem pewny, że pani da się przekonać moim argumentom.
— Ależ pan mi proponujesz zbrodnię, mój panie, zbrodnie ohydną.
Clameran także powstał. Wszystkie złe namiętności wprowadzone w grę, nadawały fizjognomji jego wyraz przerażający.
— Widzę, — rzekł z powstrzymywaną gwałtownością, — że się nie rozumiemy. Nim pani mówić będziesz o zbrodni, przypomnij sobie przeszłość. Byłaś mniej lękliwą, gdy będąc jeszcze panną, wzięłaś sobie kochanka. Prawda, żeś go się wyparła, że nie chciałaś iść za nim, kiedy on dla ciebie zabił dwóch ludzi i naraził się na rusztowanie. Nie powodowałaś się temi lichemi przesądami, kiedy potajemnie wydawszy na świat syna w Londynie, opuściłaś go. Trzeba pani oddać tę sprawiedliwość, że o tem dziecku zapomniałaś zupełnie, i że posiadając miljony, nawet nie zapytałaś się, czy ono ma kawałek chleba. Gdzież więc były skrupuły pani, gdy zaślubiłaś pana Fauvela? Czy powiedziałaś temu zacnemu człowiekowi, na jakiem czole spoczął wieniec pomarańczowy? Oto są zbrodnie... A teraz, kiedy ja w imię Gastona upominam panią o nagrodzenie krzywdy, pani powstajesz na mnie? Zapóźno! Zgubiłaś ojca, musisz ocalić syna, albo, na mój honor, nie będziesz dłużej kraść szacunku świata!
— Będę posłuszną, panie, — odpowiedziała nieszczęsna kobieta, zwyciężona, zdeptana.
I w tydzień potem rzeczywiście Raul, zostawszy Raulem de Lagors, był na objedzie u bankiera, siedząc między panią Fauvel a Magdaleną.

VI.

Po strasznej dopiero walce zdecydowała się pani Fauvel poddać się nielitościwemu margrabiemu de Clameran.
Wyczerpała wszystkie środki, które sądziła, że go wzruszą. Bez drżenia widział, jak się czołgała u nóg jego. Ani łzy, ani prośby nie mogły poruszyć tej czarnej duszy.
Zdesperowana, poszła do syna żądać pomocy.
Raul wysłuchawszy, zdawał się być przejęty oburzeniem; pożegnał ją, pobiegł do nędznika, ażeby jak mówił, zmusić go do przeproszenia matki za łzy, które wylewała.
Lecz przecenił swoje siły. Wrócił wkrótce z miną ponurą, spuszczoną głową, twarzą nacechowaną wściekłością niemocy, mówiąc, że trzeba się poddać, przystać, ustąpić.
Teraz dopiero nieszczęsna mogła zmierzyć całą głębię przepaści, do której ją ciągnione.
Miała w tej chwili jakby przeczucie zawikłań ciemnych, których padnie ofiarą.
Oto, gdzie ją poprowadził jeden błąd, mniej jak błąd, nierozwaga, jedna schadzka z Gastonem... Odtąd napróżno wyrywała się nieuniknionemu porządkowi wypadków. Całe życie walczyła za przeszłość. która ją teraz przygniatała.
Serce okrutnie jej się ścisnęło, gdy jej przyszło pokazać dzieło fałszerza, list ze Saint-Rémy, gdy oświadczyła mężowi, że oczekuje swego siostrzeńca, młodego, bardzo bogatego człowieka.
A cóż dopiero za męczarnia, gdy wieczorem przedstawiała Raula wszystkim swoim.
Z uśmiechem na ustach przyjął bankier tego siostrzeńca, którego nigdy nie widział, i podał mu swoją uczciwą rękę.
— Do pioruna! — powiedział, — kto młody i bogaty, nie dziwię się, że przekłada Paryż nad Saint-Rémy.
Przynajmniej Raul starał się okazać godnym tego serdecznego przyjęcia. Jakkolwiek pierwsze wychowanie, które jedynie rodzina dać może, chybione w nim było, nikt się tego jednak dopatrzeć w nim nie mógł.
Z taktem nad wiek wyższym, rozróżniał charaktery wszystkich go otaczających i umiał im się podobać.
Nie minęło ośm dni, a już zjednał sobie laskę pana Fauvela, z Ablem i Łucjanem dobrze się zapoznał i ujął sobie Prospera Bertomy, kasjera tego domu, który przepędzał wtedy wszystkie wieczory u swego pryncypała.
Zmuszoną będąc oddać sprawiedliwość zręczności Raula, doznając prawdziwego uspokojenia po tylu rozpaczliwych wstrząśnieniach, pani Fauvel winszowała prawie sobie, że posłuchała margrabiego i zaczęła mieć lepszą nadzieję na przyszłość.
Niestety! zawcześnie się cieszyła.
Od czasu, jak dzięki stosunkom swoich kuzynów, Raul został wrzuconym w towarzystwo najbogatszej młodzieży, zamiast wejść na dobrą drogę, zaczął prowadzić co raz to więcej lekkomyślne życie. Grał, bankietował, pokazywał się na wyścigach, a pieniądz z jego marnotrawnej ręki sypał się jak piasek.
Wietrznik ten, posuwający delikatność aż do śmieszności, żądający w początkach tylko uczucia od swej matki, teraz nie ustawał dręczyć ją ciagłemi wymaganiami.
Z radością dawała zrazu, nie licząc, lecz postrzegła wkrótce, że jeżeli tak dalej pójdzie, to jej szczodrota do zguby ją doprowadzi...
Ta bogata kobieta, której brylanty były sławione po mieście, mająca jeden z najpiękniejszych ekwipażów w Paryżu, poznała to, co nędza ma najboleśniejszego, nieodzowną konieczność odmawiania zachceniem ukochanej istoty.
Nigdy jej mąż nie liczył się z nią. Zaraz nazajutrz po ślubie oddał jej klucz od biurka, i odtąd brała ile się jej podobało, bez kontroli, co uważała za potrzebne, na ogromne wydatki utrzymania domu, jako też na swoje osobiste potrzeby.
Lecz właśnie z powodu, że zawsze skromną była w swoich wymaganiach, do tego stopnia, że aż nie raz mąż z niej żartował, że zarządzała wnętrzem domu z nadzwyczajną przezornością, nie mogła obecnie znacznych sum wydawać, nie wystawiwszy się na niepokojące zapytania.
Bez wątpienia pan Fauvel, najhojniejszy z miljonerów, cieszyłby się gdyby widział, że jego żona robi jaki szalony wydatek; lecz fantazje tego rodzaju dają się widzieć i ślady za sobą zostawiają.
Wypadkiem, każdej chwili, bankier mógłby się postrzedz, w jak zadziwiający sposób zwiększają się wydatki domowe, cóż mu miała odpowiedzieć, jeżeli się o przyczynę zapyta?
Raul w przeciągu trzech miesięcy spory majątek zmarnował.
Trzebaż go było w świat wprowadzić, dać mu zewnętrzną ogładę, jak na pięknego chłopca przystało. Na wszystkiem mu zbywało, jakby jakiemu rozbitkowi. Chciał mieć konia, karetkę, jakże mu było odmówić?
I tak co dzień po jednem żądaniu przybywało.
Jeśli czasami pani Fauvel odmawiała, twarz Raula natychmiast przybierała zrozpaczony wyraz, a jego piękne oczy łzami się napełniały.
— Tak, prawda, — mówił, — jestem biednem szalonem dzieckiem, nadużywam. Zapominam, że jestem synem biednej Walentyny, a nie bogatej pani Fauvel.
Jego żal tak był wymowny, że przeszywał serce nieszczęśliwej matki. Wszak on tyle wycierpiał niegdyś! Kończyło się na tem, że go pocieszała i tłumaczyła się przed nim.
Przytem ze zgrozą postrzegła, że był zazdrosnym względem Abla i Łucjana, którzy z tem wszystkiem byli jego braćmi.
— Oni to, — mówił, — oni są szczęśliwi, bo weszli w życie przez furtkę złotą. Nic im nie brak, ani pieszczot rodzinnych, ani ludzkiego szacunku; mają przyszłość przed sobą...
— Lecz cóż tobie brakuje, nieszczęsne dziecię? — pytała pani Fauvel zrozpaczona.
— Mnie?... Na pozór nic, w rzeczywistości wszystkiego. Cóż ja posiadam prawnie? Jakież mam prawo do twoich pieszczot, do wygód, które mi dajesz, do imienia, które noszę.
W takich chwilach, żeby Raul nie zazdrościł niczego dwom jej synom, na wszystko była gotową.
Chciała przynajmniej zrównoważyć wydatki. Wiosna się zbliżała; prosiła Raula, żeby się przeniósł na letnie mieszkanie niedaleko posiadłości, którą miała w Saint-Germain. Sądziła, że się będzie opierał; bynajmniej. Ta propozycja podobała mu się, i wkrótce potem oznajmił jej, że wynajął pałacyk w Vésinet i kazał tam przenieść swoje meble i rzeczy.
— A wiec, moja matko, — mówił, — będę bliżej ciebie. Jakże to wybornie że lato razem spędzimy!
Cieszyła się tem nadewszystko, że wydatki lekkomyślnego dziecka zmniejszą się zapewne. I rzeczywiście tak się wyczerpała, że pewnego wieczoru, gdy objadował z rodziną, ośmieliła się przy wszystkich zrobić mu — bardzo delikatnie — kilka małych uwag.
Dnia poprzedniego był na wyścigach, stawił zakład i przegrał dwa tysiące franków.
— I cóż wielkiego! — rzekł pan Fauvel z obojętnością człowieka, mającego pełne złota kieszenie, — mama Lagors zapłaci; mamy są na to stworzone i urodzone aby płaciły.
I nie postrzegając, jakie te proste słowa na jego żonie uczyniły wrażenie, gdyż zbladła jak chusta, dodał:
— Nie troszcz się chłopcze, a jak będziesz potrzebował pieniędzy, przyjdź do mnie ja ci pożyczę.
Cóż miała powiedzieć? Nie onaż to sama oznajmiła, stosując się do woli Clamerana, że Raul jest bardzo bogaty?
Po cóż zmuszono ją by kłamała bezpotrzebnie?
Nagle przyszło jej na myśl, że wpadła w zastawione sidła, lecz wrócić było już zapóźno.
Przytem nie poszły na wiatr słowa bankiera. Z końcem tygodnia nieomieszkał Raul pójść do gabinetu wuja swego, i pożyczyć od niego dziesięć tysięcy franków.
Dowiedziawszy się o tem niesłychanem zuchwalstwie pani Fauvel łamała ręce z rozpaczy.
— Cóż on robi z pieniędzmi, Boże mój! — wołała.
Od pewnego czasu Clameran nie pokazywał się wcale w pałacu bankiera; pani Fauvel postanowiła napisać do niego, aby się z nim rozmówić.
Miała nadzieję, że ten silny człowiek, tak żywo przejęty obowiązkami opiekuna, wszystko uczyni, aby Raula powstrzymać, i że to mu się powiedzie.
Gdy się dowiedział co się działo, o czem upewniał, że zupełnie nie wiedział, margrabia zdawał się jeszcze więcej niepewnym, jeszcze więcej rozgniewanym niż pani Fauvel.
Pomiędzy nim a Raulem odbyła się gwałtowna scena.
Lecz podejrzenie pani Fauvel obudziło się; zaczęła obserwować, i zdawało się jej — czy podobna! — że ich gniew był udany, i że w czasie, gdy zamieniali gorzkie wyrazy i pogróżki — oczy ich były uśmiechnięte.
Nie śmiała nic powiedzieć; lecz zwątpienie przechodząc do jej umysłu jak kropla silnej trucizny niszcząca wszystko czego się dotknie, dodała nowe cierpienie do cierpień nieokreślonych.
Jednakże nie obwiniała Raula. Tego syna kochała zawsze szalenie, a całą winę składała na margrabiego, że nadużył słabości lub niedoświadczenia swego bratańca.
Mówiła sobie, że będąc na łasce tego człowieka, może się nowych wymagań spodziewać; potem starała się, lecz na próżno przeniknąć jego cele.
On sam wkrótce jej to powiedział.
Uskarżając się na Raula z większą niż zazwyczaj goryczą, pokazawszy pani Fauvel przepaść, jaką miała pod swemi nogami, markiz oznajmił, że widzi jeden tylko środek mogący powstrzymać katastrofę.
A ten był taki, że on, Clameran, musi poślubić Magdalenę.
Od dawna już pani Fauvel przygotowaną była na wszystkie oznaki chciwości, które teraz postrzegła.
Lecz skoro się wyrzekła szczęścia dla siebie samej, skoro zgodziła się na poświęcenie całego swego życia, to dla tego jedynie, że spodziewała się przez swą abnegację i męstwo zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, przez błąd jej skompromitowanej.
Niespodziewane oznajmienie Clamerana dotknęło do żywego czułość, jaka jej jeszcze po tylu przejściach została.
— Więc mogłeś pan wierzyć! — zawołała oburzona, — że przyłożę rękę do twych niegodnych spekulacji?
Skinąwszy głową markiz, odpowiedział:
— Tak jest, pani.
— Z jakąż kobietą, sądzisz pan, że masz do czynienia? Oh! zbłądziłam niegdyś bardzo; lecz kara mój błąd przewyższa! Dopóki szło o mnie samą, widziałeś mnie słabą, bojaźliwą, nikczemną; dziś gdy chodzi o moich, buntuję się!...
— Czyż to tak wielkiem nieszczęściem będzie dla panny Magdaleny, jeśli zostanie margrabiną de Clameran?
— Siostrzenica moja, panie, już wybór zrobiła i wybrała sobie męża podług swojej woli: kocha pana Prospera Bertomy.
Margrabia pogardliwie wzruszył ramionami.
— Miłostka pensjonarki, — powiedział; — zapomni go, skoro pani tego chcesz.
— Ja nie chcę tego.
— Za pozwoleniem! — odrzekł Clameran cichym i przytłumionym głosem człowieka rozgniewanego, silącego się, aby się powstrzymać, — nie traćmy czasu na próżnych rozmowach. Zawsześ pani zaczynała od protestacji... dalej jednakże uznawałaś doskonałość moich dowodzeń. Tym razem jeszcze bądź pani tak dobrą i ustąp...
— Nie, — z siłą odpowiedziała pani Fauvel, — nie!
Nie raczył zważać na jej protestację.
— Jeżeli opieram się przy tem małżeństwie, — ciągnął dalej, — to dla tego, że ono ustali interesa pani i nasze, bardzo w obecnej chwili zachwiane. Pieniądze, któremi pani rozrządzasz, nie są wystarczające, z powodu marnotrawstwa Raula, jak to pani zapewne już zauważyłaś. Przyjdzie chwila, w której nic mu już dać nie będziesz mogła, w której niepodobna będzie pani skryć przed mężem coś nadebrała z kasy gospodarstwa domowego. Co będzie wtedy?
Pani Fauvel zadrżała. Chwilę, którą jej markiz wskazywał, ona już dojrzała w bliskiej przyszłości.
On mówił dalej:
— Wtedy oddasz pani słuszność mojej przewidującej roztropności i moim zamiarom. Panna Magdalena jest bogatą, jej posag pozwoli mi zapełnić brak i ocalić panią.
— Wolę raczej zginąć, niż być ocaloną takiemi środkami.
— Lecz ja na to nie pozwolę, abyś nas pani wszystkich gubiła. Jesteśmy stowarzyszeni we wspólnej sprawie, nie zapomnij pani: Przyszłość Raula!
Na te słowa rzuciła na niego wzrok tak przenikający, że przy całej swojej bezczelności zmięszał się.
— Przestań nalegać, — rzekła zarazem, — moje postanowienie jest nieodwołalnie powzięte.
— Postanowienie?
— Tak jest. Na wszystko jestem przygotowaną, czy słyszałeś, na wszystko? aby się zabezpieczyć od ohydnych pana napaści. Oh! rzuć ten wyraz ironji! Jeśli mię dalej drażnić będziesz, pójdę, rzucę się do nóg pana Fauvela i wszystko mu powiem. On mnie kocha, dowie się com cierpiała i przebaczy mi.
— Tak pani sądzisz? — zapytał drwiąco Clameran.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć? Że będzie nielitościwym, że mnie wypędzi nieszczęsną? Niech i tak będzie; zasłużyłam na to. Po strasznych torturach, któremi mnie męczysz, nie masz żadnych, którychbym się lękała.
Ten niepojęty opór do tego stopnia pomieszał szyki markiza, że zdesperowany zaprzestał wszelkiego udawania.
Maska pokrywająca fizjognomję człowieka światowego, spadla, natomiast pokazał się łotr, cynizmem ziejący. Twarz jego przybrała jak najgroźniejszy wyraz, glos stał się gminnym.
— Czy doprawdy! — odrzekł, — jesteś więc pani zdecydowaną wszystko wyspowiadać panu Fauvel? Myśl wyśmienita! Szkoda tylko, że wcześniej nie przyszła pani do głowy. Wyznając wszystko w dniu, w którym się pani ukazałem, mogłaś mieć nadzieję ocalenia: mąż pani mógł przebaczyć błąd dawny dwudziestu latami postępowania bez zarzutu okupiony, gdyż byłaś wierną żoną i dobrą matką. Lecz pomyśl pani co powie ten kochany człowiek, gdy się dowie, że mniemany siostrzeniec, któregoś u swego stołu posadziła, który go z pieniędzy odziera, jest owocem pierwszych miłostek pani? Jakkolwiek wybornym jest charakter pana Fauvel, wątpię, żeby uznał za właściwy żart, który oznacza, niech się pani nie łudzi, okropną przewrotność, rzadkie zuchwalstwo i skończoną nikczemność!...
Było prawdą co mówił markiz, okrutną prawdą; lecz mimo rzuconych błyskawic wzroku, pani Fauvel nie spuściła oczu.
— Do djabła, — ciągnął dalej, — widać, że pani głęboko tkwi w sercu ten kochany pan Bertomy! Nie wahasz się pomiędzy sławą imienia a miłostkami tego godnego kasjera. A więc! będzie to zapewne wielkiem dla pani pocieszeniem, gdy pan Fauvel rozłączy się z nią, gdy Abel i Łucjan odwracać się będą ze wstydem, że są twoimi synami, będzie to dla pani wielką pociechą, gdy będziesz mogła powiedzieć sobie: „Poczciwy Prosper jest szczęśliwy!“
— Co bądź się stanie, — odpowiedziała pani Fauvel, — uczynię co powinnam...
— Uczynisz co ja chcę! — zawołał Clameran, wybuchając nareszcie, — nie przyjdzie do tego, żeby jedna czułostka pogrążyła nas wszystkich w kałuży. Koniecznie potrzebnym jest nam posag siostrzenicy pani, a przy tem, tę Magdalenę... ja kocham.
Cios był wymierzony, margrabia osądził, że roztropnie zrobi, skoro poczeka na wrażenie. Dzięki zadziwiającej władzy, jaką miał nad sobą, wrócił do zwyczajnego spokoju, i z lodowatą grzecznością dodał:
— Do pani należy teraz osądzić, czy mam rację. Wierz pani, pozwól na poświęcenie, które będzie ostatniem. Pomyśl o honorze twego domu, a nie o miłostkach twojej siostrzenicy. Za trzy dni przyjdę po odpowiedź.
— Przyjdziesz napróżno, panie, jak tylko mój mąż wróci, o wszystkiem się dowie...
Gdyby pani Fauvel zachowała zimną krew, byłaby dostrzegła na twarzy Clamerana wyraz przenikającej trwogi.
Lecz była to tylko błyskawica. Zrobił niedbały gest, który jasno oznacza: „Jak się pani podoba,“ i rzekł:
— Sądzę, że jesteś pani na tyla rozsądną i nie zdradzisz naszej tajemnicy.
Poczem skłonił się ceremonialnie się i wyszedł, rzucając drzwi za sobą, z gwałtownością zdradzającą niespokojność, która nim miotała.
Clameran bardzo słusznie obawiał się. Energja pani Fauvel nie była udaną.
— Tak! — zawołała rozgrzana zapałem wielkiego postanowienia, — tak, powiem wszystko Andrzejowi.
Lecz w tej-że chwili, gdy sądziła, że jest samą, usłyszała czyjeś kroki przy sobie.
Raptem odwróciła się. Magdalena zbliżyła się, była bledszą i zimniejszą od statuy, miała pełne łez oczy.
— Trzeba być posłuszną temu człowiekowi, — szepnęła.
Z dwóch stron salonu znajdowały się dwa małe pokoje, dwa saloniki gry, oddzielone od wielkiego tylko fałdowaną portjerą.
Magdalena, czego się ciotka wcale nie domyślała, znajdowała się w jednym z nich, gdy przybył pan de Clameran i słyszała rozmowę.
— Jakto! — krzyknęła pani Fauvel przestraszona, — ty wiesz...
— Wszystko, moja ciotko.
— I chcesz bym cię poświęciła?
— Błagam cię na kolanach, abyś mi dozwoliła ocalić cię.
— Lecz to jest niepodobieństwem, abyś nie miała nienawidzieć pana de Clamerana.
— Nienawidzę go, moja ciotko, i pogardzam nim. Jest on i będzie zawsze dla mnie ostatnim z ludzi, a mimo to zostanę jego żoną.
Pani Fauvel była przejętą, zmierzyła całą wielkość poświęcenia, którą jej ofiarowano.
— Cóż się stanie z Prosperem, moje biedne dziecię, — rzekła, — z Prosperem, którego kochasz?
Magdalena powstrzymała łkanie, które ją w gardle dusiło, i powiedziała silnym głosem:
— Jutro na zawsze zerwę z panem Bertomy...
— Nie! — krzyknęła pani Fauvel, — nie, nie przyjdzie do tego, abym pozwoliła, tobie niewinnej, brać obarczający ciężar moich błędów...
Szlachetna i odważna dziewczyna smutnie potrząsła głową.
— Nie pozwolę, — rzekła, — aby ten dom, który jest moim, okrył się hańbą, kiedy mogę temu przeszkodzić. Wszak winnam ci więcej niż życie? Czemże byłabym, gdyby nie ty? Biedną robotnicą jednej z fabryk naszego kraju. Któż mnie przygarnął? Ty. Wszak mojemu stryjowi zawdzięczam majątek, który jest pokusą dla nędznika. Czy Abel i Łucjan nie są moimi braćmi? I skoro szczęście wszystkich nas jest zagrożone, ja miałabym się wahać?... Nie! Będę margrabiną de Clameran.
Wtedy między panią Fauvel a jej siostrzenicą poczęła się szlachetna walka, tem wznioślejsza, że każda ofiarowała życie drugiej, i oddawała je nie wskutek chwilowego uniesienia, lecz z całej duszy i po głębokim namyśle.
Magdalena odniosła tryumf, rozgrzana świętym zapałem poświęcenia, który z ludzi czyni męczenników.
— Przed sobą zdawać będę tylko sprawę o sobie samej, — powtarzała czując dobrze, że to jest punkt, w który powinna uderzać, — gdy tymczasem ty, droga, ciotko, należysz do męża i do twoich dzieci. Pomyśl, jaką będzie boleść mego stryja, jeżeli się dowie o prawdzie. On chyba umrze...
Szlachetna dziewczyna prawdę mówiła.
Takie było nieszczęsne zawikłanie okoliczności, że pani Fauvel zawsze była powstrzymywaną, jakoby pozorem spełnienia wielkiego obowiązku.
Tak więc poświęciwszy męża swojej matce, poświęciła teraz męża i dzieci dla Raula.
Bo, nieodwołalnie, jeden błąd za sobą drugi prowadzi. Jak niewyraźny płatek śniegu, staje się w końcu lawiną, tak też jedna nierozwaga może do zbrodni doprowadzić.
Nie ma wyjścia z fałszywego położenia, tylko prawda.
Pani Fauvel broniła się jeszcze, lecz opór jej stawał się co raz słabszym.
— Nie. — mówił?., — ja nie mogę przyjąć tego poświęcenia. Jakież życie będziesz miała z tym człowiekiem?
— Kto wie? — powiedziała Magdalena, udając, że ma nadzieję, która była daleką od jej serca, — on mnie kocha, jak mówi, może będzie dobrym dla mnie?
— Ach! gdybym mogła zkąd dostać tak wielką sumę! On chce pieniędzy, ten człowiek, tylko pieniędzy!
— Może ich dla Raula potrzebuje. Wszak to Raul przez swoje szaleństwo wykopał przepaść, którą trzeba zapełnić. Gdyby tylko można wierzyć szczerości pana de Clamerana.
Pani Fauvel z pewnym rodzajem osłupiałej ciekawości spoglądała na swoją siostrzenicę.
Jakto! więc ta młoda, naiwna, niedoświadczona dziewica ważyła rozumem swoją abnegację, kiedy ona, kobieta, matka rodziny, nigdy nie posłuchała niczego, prócz instynktowego głosu swego serca!...
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała.
— Pytam się, moja ciotko, czy w rzeczy samej pan de Clameran myśli o swym bratańcu? Powiedz mi, tak lub nie; czy ma on istotny zamiar przyjść mu w pomoc? Gdy będzie panem mego posagu, czy nie opuści wtedy ciebie i jego? Wreszcie mam jeszcze jedno powątpiewanie, które mnie okropnie dręczy...
— Powątpiewanie?
— Tak jest, i powiedziałabym ci je, gdybym się ośmieliła... gdybym się nie obawiała...
— Mów, — nalegała pani Fauvel, — odkryj mi całą myśl twoją. Niestety! Nieszczęście sił mi dodało. Czegoż się mam lekać? Mogę wszystko usłyszeć...
Magdalena wahała się między obawą obrażenia ukochanej osoby, a pragnieniem oświecenia jej.
— Chciałabym, — rzekła nareszcie, — być zapewnioną, zupełnie zapewnioną, czy pan de Clameran z Raulem nie porozumiewają się, czy każdy z nich nie gra roli wyuczonej i naprzód ułożonej? Miłość jest ślepą i głuchy. Pani Fauvel zapomniała już, że ci dwaj ludzie mieli oczy śmiejące owego dnia, kiedy się tak wydawali przy niej gniewem uniesieni.
— Nie mogła, nie chciała uwierzyć w tak obrzydłą komedję.
— To niepodobna! — wyrzekła, — margrabia rzeczywiście jest oburzony postępowaniem swego bratańca, i nie byłby w stanie dać mu złej rady. Co do Raula, jest to wietrznik, lekki, próżny, marnotrawny, ale ma dobre serce. Pomyślność go zepsuła, lecz mnie kocha. Ach, gdybyś go widziała, gdybyś go słyszała wtedy, gdy mu jaki wyrzut robię! wszystkie twoje podejrzenia byłyby rozproszone. Skoro ze łzami w oczach przysięga, że się poprawi, z serca to mówi... A jeśli nie dotrzymuje przyrzeczeń, to z powodu, że ma przyjaciół, którzy go pociągają...
Matki zawsze miały, mają i mieć będą pretensje do przyjaciół. Przyjaciel, oto główny winowajca.
Lecz Magdalena nadto była szlachetna, żeby ośmieliła się zaprzeczyć swej ciotce.
— Oby nieba dały, żeby to co mówisz było prawdą! — szepnęła, — wtedy moje małżeństwo zdałoby się na coś. Tego wieczora jeszcze napiszemy do pana de Clamerana.
— Dla czegoż dziś jeszcze, Magdaleno? Nic nas nie nagli. Możemy czekać, odwlekać, wyzyskiwać czas.
Te słowa, te na niczem nie oparte nadzieje, ta ufność w zrządzenie, przypadek, w nic, określały cały charakter pani Fauvel i jej nieszczęśliwe życie. Bojaźliwa, chwiejąca, nie zdecydowana, nie umiała nigdy stałego powziąć postanowienia, po którem nie powinno być ani refleksji, ani odwrotu. W chwili niebezpieczeństwa zamykała oczy licząc na cud, który się nigdy nie zjawiał.
Zupełnie przeciwnym był charakter Magdaleny. Skromność jej pokrywała dziewiczą duszę. Jeśli robiła poświęcenie, to zupełne: nie przypuszczała zwodniczych złudzeń, szła prosto przed siebie nie odwracając głowy.
— Lepiej raz skończyć, droga ciociu, — powiedziała głosem silnym. — Wierzaj mi, rzeczywistość niedoli jest mniej bolesną, niż jej oczekiwanie. Czy zdołasz oprzeć się tym ciągłym przemianom cierpienia i radości? Czy wiesz co zrobiły z ciebie te wszystkie niepokoje, które powstrzymujesz? Czy przypatrzyłaś się sobie od czterech miesięcy?
Wzięła ciotkę za rękę, a powiódłszy ją do zwierciadła, rzekła:
— Teraz przypatrz się.
Pani Fauvel była tylko cieniem samej siebie.
Przyszło już do tego zdradnego wieku, w którym piękność kobiety, jak piękność róży w jednym dniu więdnieje.
Zestarzała się wciągu czterech miesięcy. Zgryzota wybiła na jej czole swoje fatalne piętno. Jej świeże i gładkie skronie jak n młodej dziewicy, fałdowały się teraz, a srebrne nitki gęsto ukazywały się w jej włosach.
— Czy rozumiesz teraz, — ciągnęła Magdalena, — dla czego spokój jest ci potrzebnym? Czy rozumiesz, że do tego stopnia się zmieniłaś, iż trzeba było cudu, że stryj dotąd nie zaniepokoił się o ciebie?
Pani Fauvel, której zdawało się, że doskonale udaje, zrobiła gest przeczący.
— O! biedna ciotko, czyż ja nie odgadywałam, że masz tajemnice!
— Ty!...
— Tak jest! tylko sądziłam... O! przebacz niesprawiedliwemu posądzeniu, śmiałam przypuszczać...
Przerwała zmieszana i trzeba jej było wielkiej siły, aby dodać:
— Wyobrażałam sobie, że ty ciociu może kochasz kogo innego, a nie wuja...
Pani Fauvel nie mogła powstrzymać jęku. Podejrzenie, które miała Magdalena, i inni mogli przypuścić.
— Honor stracony! — szepnęła.
— Nie, droga ciociu, nie, uspokój się i zbierz odwagę; jest nas teraz dwie do walki; będziemy się bronić, zdołamy się ocalić.
Margrabia de Clameran był zadowolonym tego wieczora. Pani Fauvel w liście donosiła mu, że się zgadza na wszystko. Prosiła o maleńką zwłokę.
Magdalena, pisała, nie może tak nagle zerwać z panem Bertomy. A przytem może pan Fauvel robić będzie jakie trudności, gdyż kocha Prospera i chętnie jego oświadczyny przyjął. Było to rozumnie, zostawić czasowi zwalczenie przeszkód, które mogłyby się stać niepokonane przy gwałtownem działaniu.
Parę słów przy końcu listu ręką Magdaleny skreślonych, potwierdzały przyjęcie ręki margrabiego.
Biedna młoda dziewczyna! nie oszczędzała się wcale. Nazajutrz wzięła Prospera na bok, i nadużywając wpływu jaki nad nim miała, wymogła na nim obietnicę, że nie będzie się starał widywać z nią, i nawet, że na siebie weźmie odpowiedzialność takiego postępowania.
Zaklinał Magdalenę aby mu powiedziała, co jest przyczyną tego wygnania, które mu życie złamie; odrzekła po prostu, że jej honor i szczęście od jego posłuszeństwa zależą...
Oddalił się ze śmiercią w duszy.
Zaraz po nim przybył margrabia de Clameran.
Był na tyle zuchwałym, że osobiście oznajmił pani Fauvel, iż mając teraz słowo jej i Magdaleny, zgadza się czekać.
Mówił, że rozumie potrzebę cierpliwości, widząc, że nie bardzo był przyjemnym panu Fauvel.
A teraz, trzymając ciotkę i siostrzenicę w swej dłoni, o nic się nie troszczył. Był przekonany, że przyjdzie czas, w którym z powodu niepodobnego wypełnienia deficytu, same życzyć sobie będą przyspieszenia jego małżeństwa.
Przy tem Raul co mógł, robił dla przyspieszenia tej chwili.
Pani Fauvel wcześniej niż zazwyczaj wyjechała do swojej willi; Raul swoją drogą zainstalował się w Vésinet.
Lecz na wsi nie był oszczędniejszym. Powoli pozbył się swej hipokryzji, i przychodził do matki tylko wtedy, gdy potrzebował pieniędzy, a potrzebował ich często i wiele.
Co do margrabiego, ten trzymał się rozsądnie na boku, czyhając na sposobną chwilę, i przypadkiem tylko we trzy tygodnie później, został zaproszonym na objad do bankiera. Był to wielki objad; liczono dwadzieścia osób zaproszonych.
Podano wety, rozmowa ożywiła się, gdy bankier zwrócił się do Clamerana.
— Panie margrabio, — rzekł, — chciałem pana zapytać o jedno objaśnienie. Czy masz pan krewnych tego samego nazwiska?
— Być może, ale nieznam nikogo.
— Przed ośmią dniami poznałem drugiego margrabiego de Clameran.
Clameran dziwnie panował nad sobą, i umysł jego był przeciw niespodziankom uzbrojony, jednak zmieszał się na chwilę i zbladł.
— Oh! oh! — jąkał się, silnie hamując swą wolę, — jakiś Clameran, margrabia... co do tego margrabstwa jest mi to podejrzane.
Pan Fauvel wcale się nie gniewał, że miał okazję sprzeciwić się gościowi, którego przesadzona pretensja herbowa nie raz go urażała.
— Czy jest margrabią, lub nie, — odrzekł, — Clameran, o którym mówię, o ile mi się zdaje, mógłby przynieść zaszczyt temu tytułowi.
— Jest więc bogaty?
— Przynajmniej wnosić mogę, że ogromny posiada majątek. Jeden z moich korespondentów upoważnił mnie, bym na jego imię wypłacił 400.000 franków.
Jakkolwiek bezczelny, jakkolwiek Clameran przyzwyczaił twarz tak, że nigdy nie zdradzała uczuć jego duszy, tym razem jednak rzecz była tak szczególna, zadziwiająca i zapowiadała takie groźby, że go zwykła pewność i szybki rzut oka całkiem zawiodły.
Zdawało mu się, że bankier przybrał ironiczny ton mowy, minę szczególną i to w nim wzbudziło niedowierzanie.
Dla ludzi, którzy nie mieli powodu badawczo mu się przypatrywać, był zawsze ten sam. Lecz Magdalena i jej ciotka dostrzegły jego drżenie i przejęły szybkie spojrzenie, które rzucił Raulowi.
— Zapewne, — rzekł, — ten nowy margrabia musi być negocjantem?
— Dalibog za wiele mnie pan pytasz. Wszystko co wiem o nim, jest, że 400.000 franków mieli mu wypłacić właściciele okrętów w Hawrze, po sprzedaży ładunków na statku brazylijskim.
— A więc on z Brazylji przybywa?
— Tego nie wiem, ale mogę, jeśli pan sobie życzysz, powiedzieć jego imię.
— Bardzo chętnie.
Bankier wstał, poszedł do salonu, przyniósł tekę w safian oprawna, swoją cyfrą opatrzoną. Wyjął z niej pugilares, zaczął w nim przewracać, półgłosem wymawiając nazwiska, które tam były wypisane.
— Zaraz, — mówił, — zaraz... dwudziestego drugiego, nie, to jeszcze później... Ach! otóż jest: Clameran Gaston. Na imię mu Gaston.
Ludwik tym razem nawet brwi nie zmarszczył; miał czas przyjść do siebie, zebrał całe zuchwalstwo i nie obawiał się już największego ciosu.
— Gaston! — odrzekł z miną obojętną, — teraz już wiem. Ten pan będzie to syn jednej z sióstr mojego ojca, której mąż mieszkał w Hawannie. Wracając do Francji, bez ceremonji przybrał nazwisko swej matki, lepiej brzmiące niż nazwisko ojca, który, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, nazywał się Moirot, czy Boirot.
Bankier położył pugilares na jednem z krzeseł w jadalnej sali.
— Boirot czy Clameran, — powiedział, — dość, że niezadługo będziesz z nim razem objadowała u mnie. Z czterechkroć stu tysięcy franków, które mu miałem wypłacić, polecił przysłać sobie tylko sto, a prosi, żeby resztę zatrzymać u siebie. Z czego wnioskuję, że ma zamiar przybyć do Paryża.
— Będzie mi bardzo przyjemnie poznajomić się z nim.
Zaczęto mówić o czem innem, a wkrótce zdawało się, że Clameran zupełnie zapomniał o wiadomości przez bankiera mu udzielonej.
Na pozór rozmawiał najswobodniej, ale mimo to nie przestawał obserwować panią Fauvel i jej siostrzenicę.
One były także zmieszane, lecz inaczej jak on; ich niepokój był widoczny. Co chwila zamieniały ukradkiem spojrzenia najbardziej znaczące.
Widocznie taż sama myśl, straszna, przeszła przez ich umysł.
Wcześniej od swej ciotki, Magdalena zdawała się być wzruszoną. Bo w chwili, gdy bankier wymówił imię Gastona, postrzegła, a nie myliła się, że Raul odsunąwszy krzesło, rzucił okiem ku oknu, jak złodziej, który szuka, którędy ma uciekać.
I odtąd Raul mniej zahartowany od swego stryja, widocznie był pomięszanym. Zazwyczaj świetny, dużo mówiący, teraz zgasł zupełnie, milczał i przypatrywał się obejściu Ludwika.
Nareszcie skończył się objad; biesiadujący podnieśli się, żeby przejść do salonu, a Clameran i Raul tak się urządzili, że zostali ostatni w jadalnej sali.
Byli sami, nie starali się już pokryć swojego niepokoju.
— To on!... — rzekł Raul.
— Tak mi się zdaje.
— Wszystko stracone, trzeba będzie uciekać.
Lecz Clameran, śmiały łotr, nie był człowiekiem, któryby nie będąc zmuszony, rzucał nadpoczętą pastwę.
— Kto wie! — mruknął, a sfałdowane czoło mocno świadczyło jak myśl pracowała, — kto wie!... Dla czego nam ten nędznik bankier nie powiedział, gdzie można znaleźć tego Clamerana, który nam nieszczęście przynosi?
Zatrzymał się, wydając krzyk radości. Postrzegł pugilares, z którego pan Fauvel czytał, leżący na krześle.
— Pilnuj! — rzekł do Raula.
Złapał pugilares, przerzucił go febrycznie i znalazł:
„Gaston margrabia de Clameran, Oloron, Niższe Pireneje.“
— Cóżeśmy zyskali teraz, — rzekł Raul, — dowiedziawszy się o jego adresie?
— To, że jesteśmy ocaleni. Chodź, niechaj nie postrzegą naszej obecności. Trzeba krwi zimnej, do pioruna! dobrze się trzymać i wesoło! Była chwila uważałem, w której twoja mina nas zdradzała.
— Obie kobiety domyślają się czegoś...
— I cóż z tego?
— Nie jesteśmy tu bezpieczni.
— Czy nam lepiej będzie w Londynie? Ufność! Nic nam się nie stanie. Wystawiam nową baterję.
Połączyli się z zaproszonymi. Lecz choć ich rozmowa nie była słyszaną, ich ruchom przypatrywano się uważnie.
Magdalena zbliżywszy się na palcach, widziała jak Clameran przerzucał pugilares bankiera. Lecz do czegóż miało jej służyć przeświadczenie o niepokoju margrabiego? Nie wątpiła już o nikczemności tego człowieka, któremu rękę przyrzekła. Dobrze powiedział, mówiąc do Raula:
— Magdalena ani jej ciotka, co bądź się stanie, nie uchylą się od mojej władzy, gdyż chcąc mnie dosięgnąć, trzeba mówić, wyznać...
We dwie godziny potem, gdy Clameran odprowadzał Raula do Vésinet, miał cały plan osnuty.
— To on... nie ma wątpliwości, — mówił, — lecz mój bratańcze, zawcześnie lękaliśmy się.
— Dziękuję! bankier czeka na niego, jutro możemy go mieć na karku.
— Cicho! — przerwał Clameran. — Wie, lub nie, że Fauvel jest mężem Walentyny? Wszystko się w tem zawiera. Jeśli wie, no, to zbierajmy nogi. Jeśli nie wie, nic nie jest stracone...
— Jak się o tem dowiedzieć?
— Pójść do niego poprostu i zapytać się.
Raul zrobił gest uwielbienia.
— Bardzo pięknie, — rzekł, — lecz niebezpiecznie.
— Zgubniej byłoby zostać. A zmykać za lada podejrzeniem byłoby największem głupstwem...
— A któż do niego pójdzie?
— Ja!
— Oh! — zawołał Raul trzy razy innym tonem, — oh! oh!
Śmiałość Clamerana zdumiała go.
— A ja co będę robił? — zapytał.
— Ty zrobisz mi tę przyjemność i zostaniesz tu. Za najmniejszem niebezpieczeństwem przyszlę ci depeszę i zemkniesz.
Doszli do furtki domu Raula.
— Więc postanowione, — rzekł Clameran, — ty zostaniesz. Lecz za pozwoleniem, podczas mojej nieobecności masz być najlepszym synem. Rozgniewaj się na mnie, spotwarzaj mnie, jeśli możesz. Ale żadnych głupstw. Żadnych prośb o pieniądze. No! żegnam cię! Jutro wieczorem będę w Oloron i zobaczę się z tym Clameranem.

VII.

Wśród wielkich niebezpieczeństw, nie bez wielkich trudów, zdołał nareszcie opuściwszy Walentynę, Gaston de Clameran uciec za granicę.
Nigdy, bez poświęcenia się i doświadczenia swego przewodnika, starego Menoula, nie znalazłby sposobu do zabrania się na statek. Zostawiwszy Walentynie kosztowności swej matki, posiadał tylko całego majątku 920 franków, a nie jest to wystarczająca suma dla uciekającego, który po zabiciu dwóch ludzi, musi płacić za swoje miejsce na statku. Lecz Menoul, stary majtek, był człowiekiem przebiegłym.
Podczas gdy Gaston ukrywał się w jakiejś chatce w Camargne, Menoul pobiegł do Marsylji, i zaraz pierwszego wieczoru chodząc po karczmach, do których uczęszczają majtkowie, dowiedział się, że stał na kotwicy trójmasztowiec amerykański, którego dowódca pan Warth, marynarz bez przesądów, miałby prawdziwą przyjemność w tem, gdyby mógł dać schronienie jakiemu tęgiemu chłopcu, któryby mu był użytecznym na morzu, nie pytając o jego anteriora.
Zwiedziwszy statek i wypiwszy szklankę rumu z kapitanem, ojciec Menoul wrócił do Gastona.
— Gdyby chodziło o mnie, miałbym już rzecz gotową, ale pan!...
— Co dla ciebie dobre, dobre i dla mnie.
— Bo to widzi pan, będziesz musiał dobrze bokami robić. Musisz być majtkiem, co? I żeby tak wszystko powiedzieć, to statek nie wydaje się bardzo katolickim, a kapitan wygląda mi na tęgiego hultaja.
— Nie ma w czem wybierać, — odrzekł Gaston, — idźmy.
Węch ojca Menoula nie zawiódł go.
Dość było Gastonowi czterdzieści ośm godzin pobytu na pokładzie Tom-Jonesa, by się zapewnić niewątpliwie, że przypadek rzucił go w znakomity zbiór łotrów najgorszego kalibru.
Załoga wszędzie rekrutowana, zawierała próbki urwisów z całego świata.
Ale co go obchodzili ci ludzie, z którymi skazany był przebywać kilka miesięcy?...
Ciało tylko jego unosił okręt do nowych krajów. Jego wolna myśl spoczywała pod świeżym cieniem parku la Verberie, obok ukochanej Walentyny.
Co się stanie z tą biedną dziewczyną teraz, gdy nie ma już nikogo coby ją kochał, cieszył, bronił?
Szczęściem nie miał ani siły, ani swobody do rozmyślania. Nie czuł tego, co było najokropniej szem w jego obecnem położeniu...
Zmuszony do ciężkiej pracy majtka, musiał zdobywać się na całą energję, aby oprzeć się trudom zabijającym każdego, co się od dzieciństwa do nich nie wzwyczaił.
W tem było jego zbawienie. Znużenie fizyczne uspokajało i usypiało jego boleści moralne. W chwilach spoczynku, gdy zmęczony mógł rozciągnąć się na swojej ławie, usypiał natychmiast.
Przysiągł, że wróci przed trzema laty, i wróci dosyć bogaty, by zadość uczynić wymaganiom pani de la Verberie. Będzież mógł dotrzymać tej zarozumialej obietnicy? Jeśli życzenie ma skrzydła, to rzeczywistość wlecze się wolno po ziemi.
Owóż ze wszystkiego co słyszał naokoło siebie, wnosił, że nie bardzo był na tej pożądanej drodze do zrobienia fortuny.
Tom-Jones miał może zawinąć do Valparaiso, ale to pewna, że wybrał drogę najdłuższą. Kapitan Warth zamierzył zwiedzić zatokę gwinejską.
Jeden z czarnych książąt, jego przyjaciel, mówił kapitan śmiejąc się szerokim śmiechem, oczekiwał go w okolicy Badagri, by w zamian za kilka baryłek rumu i kilkaset lichych strzelb skałkowych, powierzyć mu cały ładunek drzewa hebanowego.
Słowem, Gaston de Clameran odbywał nowicjat na jednym z tych okrętów, jakich seciny podówczas wyprawiała co rocznie wolna i filantropijna Ameryka na handel murzynami.
Wiadomość ta napełniła Gastona gniewem i wstydem, ale był tyle roztropnym, że nie wydał się ze swemi wrażeniami.
Cała jego wymowa nie odstręczyłaby zacnego kapitana Wartha od handlu, którego zyski przechodziły sto za sto, mimo statków francuskich i angielskich, mimo wielkich trudów i niebezpieczeństw.
Jeżeli ludzie z załogi mieli dla Gastona względne poważanie, to tylko za to, że historja o uderzeniach nożem, przez ojca Menoula kapitanowi opowiedziana, wyszła powoli na jaw. Więc objawić opinje swoje, byłoby to tworzyć sobie bezpotrzebnie położenie niepodobne.
Zamilkł więc, poprzysięgając sobie, że zbiegnie przy pierwszej lepszej sposobności.
Na nieszczęście, sposobność jak wszystko, na co niecierpliwie oczekujemy, nie nadchodziła.
Bo po trzech miesiącach pan Warth nie mógł się obejść bez Gastona. Widząc w nim umysł wyższy, powziął dla niego przyjaźń, sadzał go z sobą do stołu, niezmiernie lubił z nim gawędkę, i zmuszał go do partji pikiety. A gdy porucznik okrętowy umarł, Gastona wybrał na jego miejsce.
I w takim to charakterze odbył dwukrotnie raz po raz podróż do zatoki gwinejskiej. Jako porucznik dopomógł do porwania tysiąca murzynów dwoma obrotami i do wysadzenia ich na brzegach Brazylji.
Minęło przeszło trzy lata jak Gaston wypłynął z Brazylji, gdy nareszcie Tom-Jones zawinął do Rio-Janeiro i wtedy Gaston mógł się nareszcie rozłączyć z kapitanem Warthem, który koniec końców był niezłym człowiekiem i nigdyby się był nie wziął do tego wstrętnego i djabelskiego rzemiosła, gdyby nie jego mała Mary, aniołek, którą chciał wspaniale uposażyć.
Podróże te okazały się materjalnie przynajmniej korzystne dla Gastona. Miał przy sobie blisko 12.000 franków, gdy stanął na ziemi brazylijskiej.
Że rzemiosło, jakie prowadził kapitan Warth, wstrętnem było Gastonowi, udowadnia najlepiej to, że wtedy je właśnie porzucił, gdy posiadając kapitalik, mógł go w tem rzemiośle użyć z nadzwyczajnemi korzyściami.
Ale z tem wszystkiem nie był to już ów szlachetny i dumny Gaston, tak niewinny i nieświadomy złego, Gaston, którgo aż do zapomnienia o sobie pokochała piękna czarodziejka z la Verberie.
Daremnie zaprzeczać niszczącego wpływu pewnych żywiołów. Są stosunki, które z czasem rozstroją najhartowniejsze dusze. Jak wiatr, morze, słońce z razu opaliły, a potem stwardniły jego skórę, tak towarzystwo kolegów i ich pogadanki, z początku raziły, a potem zatruły delikatność jego uczuć. Zdaje się, jakoby szorstkość jego rąk zgrubiałych przy zajęciach majtka przeszły mu w części do serca. Pamiętał jeszcze Walentynę, pragnął jej zawsze, ale jeżeli była najwięcej ukochaną, nie była już jedyną.
Tymczasem upłynęły trzy lata, które wyznaczył na powrót; ale może Walentyna czekała na niego. Nim się zdecydował na coś, napisał do jednego ze swych przyjaciół, w którym miał zupełne zaufanie, zamieszkałego w Beaucaire. Łaknął wiadomości z kraju, od rodziny, od przyjaciół.
Napisał także do ojca, do którego pisywał za każdą sposobnością.
W następnym dopiero roku otrzymał odpowiedź od przyjaciela.
Odpowiedź ta jednocześnie zawiadamiała go, że ojciec umarł, brat Ludwik opuścił kraj, a Walentyna poszła za mąż; on zaś został skazany zaocznie na kilka lat więzienia za zabójstwo.
List ten przeraził go.
Odtąd był na świecie sam jeden, bez ojczyzny, zhańbiony wyrokiem sądowym. Po zamążpójściu Walentyny, nie widział dla siebie celu w życiu.
Powiedział sobie, że nie ma w co wierzyć na świecie, kiedy i Walentyna zapomniała o nim, wyparła się go; kiedy nie miała mocy dochować swych przysiąg, nie miała cierpliwości czekać.
W rozpaczy swej żałował prawie Tom-Jonesa. Tak! żałował tej złowrogiej załogi, tego życia przygód i wzruszeń, niebezpieczeństw i tryumfu, tych śmiałych myśliwców, którzy umierają na worach dolarów, lub na dwadzieścia stóp w powietrzu zaczepieni na haku masztowym.
Ale nie łatwo upadł na duchu.
— Róbmy więc pieniądze! — zawołał z wściekłością, — skoro na tym świecie pieniądz tylko jeden nie zawodzi.
I wziął się do dzielą z dziką chciwością, wzrastającą codziennie.
Gaston próbował wszystkich środków, jakie awanturnikom podaje cesarstwo brazylijskie.
Z kolei próbował handlu skórami, wyzyskiwał kopalnie, trzebił lasy i zarośla. Pięćkroć położył się spać bogaczem, a obudził się biednym; pięć kroć z cierpliwością bobra, któremu prąd domek zabiera, rozpoczął na nowo budowę fortuny.
Nareszcie po długich latach walk posiadał z miljon gotówki i ogromne przestrzenie gruntu.
Powiedział sobie, że nigdy nie porzuci Brazylji, że życie zakończy w Rio; nie liczył na tę miłość ziemi rodzinnej, która nigdy n!e gaśnie w sercu Francuza.
Zbogaciwszy się, chciał umrzeć we Francji.
I zaraz też poczynił kroki, jakie, mu wskazało jego położenie. Spodziewając się, że za powrotem nie będzie niepokojony, zrealizował co mógł ze swych majętności, powierzył resztę korespondentowi i odpłynął.
Było dwadzieścia trzy lat i cztery miesiąca od dnia ucieczki, gdy w pięknym dniu styczniowym 1866 roku, stąpił nogą na ziemię francuską w Bordeaux.
Wyszedł młodzieńcem, z sercem pełnem nadziei — wracał siwy, w nic nie wierzący.
Zdrowiu nawet jego od czasu przybycia dały się uczuć burze życia i nagła zmiana klimatu. Powalił go reumatyzm i dopiero po kilku miesiącach cierpień mógł Gaston udać się do Eaux-Chaudes, gdzie jak mówili lekarze, odzyskać miał zdrowie.
Po wyzdrowieniu uważał, że bezczynność go zabija. A ponieważ ujęła go wspaniałość Pirenejów, mianowicie piękność doliny Aspe, postanowił tam zamieszkać.
Była tam na sprzedaż hamernia w bliskości Oloron, na wybrzeżu Gave, kupił ją więc, przemyśliwając nad sposobami spożytkowania drzewa, które dla braku przewozu marnieje w górach.
Mieszkał tam od kilku tygodni, gdy raz wieczorem służący oddał mu bilet jakiegoś przybyłego, który chciał się z niem widzieć.
Wziął bilet i przeczytał: Ludwik de Clameran.
Bardzo już dawno Gaston nie doznał podobnego wzruszenia.
Wszystka krew napływała mu do mózgu; zadrżał i zachwiał się jak drzewo uderzone siekierą.
Wszystkie uczucia, które uważał za umarłe w sobie, wybuchły z niesłychaną gwałtownością. Tysiące myśli zbyt pomięszanych, by mogły być wysłowionemi, razem powstały w jego duszy, słowa cisnęły mu się na usta:
— Mój brat! — zawołał, — mój brat!...
I zostawiając zdziwionego sługę, który przeraził się nawet egzaltacją pana, rzucił się na schody.
W przedsionku stojąc, oczekiwał jakiś człowiek; był to Ludwik de Clameran.
Gaston rzucił się do niego, uściskał go aż do uduszenia, i pociągnął, a raczej zaniósł do salonu.
Tam, posadził go, sam siadając naprzeciw, jak mógł najbliżej, by go lepiej widzieć, dogodniej wpatrywać się w niego. Wziął go za obie ręce i trzymał je w swoich.
— To ty, — powtarzał mówiąc głośno, jak gdyby chciał sam się lepiej słyszeć, przeświadczyć o rzeczywistości, — to ty, mój kochany Ludwiku?... ty, to ty!...
Matka, która zobaczy syna żołnierza po bitwie, nie tak szalenie oddaje się radości; wybuchy nie są gwałtowniejsze.
Gaston, ten człowiek, którego życie było ciągłą burzą, nie posiadał się z radosnego wzruszenia. On, awanturnik, porucznik kapitana Wartha, kopacz złota w Villa-Rica, płakał i śmiał się razem.
— Ja byłbym cię poznał, o! ja byłbym cię poznał! — mówił do brata. — O tak, wyraz twej twarzy nie zmienił się, to samo masz spojrzenie, uśmiech twój jest zawsze taki sam jak niegdyś!
Ludwik istotnie uśmiechał się, może tak samo jak owej fatalnej nocy, gdy upadek jego z koniem wydał Gastona.
Tak, uśmiechał się, wydawał się nawet uradowanym, uszczęśliwionym.
O! bo musiał zebrać całą odwagę, całą siłę woli, musiał przywołać uczucie strasznej a nieuniknionej konieczności, by tak przedstawić się bratu.
Gdy podnosił młotek przy drzwiach Gastona, przeszywała go trwoga, od jakiej człowiek w jednej chwili posiwieć może. Zęby mu ze strachu dzwoniły, gdy powiedział do służącego podając mu bilet:
— Zanieś to panu.
I czekając na powrót tego sługi, którego nieobecność wiekiem mu się wydała, mówił sobie:
— Czy to on? A jeżeli on, czy wie, czy się domyśla?...
Taki strach go okropny przejmował, że gdy zobaczył Gastona, który biegł ze schodów pędem uraganu, miał wielką chętkę umknąć.
Jeżeli nie wyrzekł ani sylaby, jeżeli pozostał niemym, zlodowaciałym, osłupiałym, to dla tego, że pytał się siebie, z jakiemi zamiarami Gaston tak pędzi do niego.
Teraz gdy widział, że Gaston jest jak dawniej dobry, ufny, wierzący, teraz, gdy był prawie pewnym, że żadne podejrzenie nie dotknęło umysłu brata, oddychał i uśmiechał się swobodnie.
— Nie będę teraz przecież samotnym w życiu, — mówił Gaston, będę miał kogoś, kogo będę kochał, który mnie kochać będzie!...
Przerwał potem nagle, z tym bezładem myśli i wrażeń pomięszanych, które nadwerężają równowagę mózgu:
— Jest-żeś ty żonatym? — zapytał.
— Nie.
— To źle! tak, źle! Chciałbym cię widzieć mężem jakiej dobrej, poświęconej kobiety, chciałbym cię widzieć ojcem dobrych i pięknych dzieci. Jakżebym otworzył na rozcież serce twojej rodzinie! Ona byłaby moją. Rodzina to musi być coś tak dobrego, tak słodkiego... Żyć samemu bez żony uwielbianej, która dzieli smutki i radości, próby i powodzenia, nie nazywa się życiem... Myśleć tylko o sobie, jakże to smutno! Ale co ja mówię? mam ciebie, mój kochany Ludwiku! czyż to nie dosyć?... Mam przecież brata, przyjaciela, z którym mogę rozmawiać głośno, jak sam z sobą rozmawiam po cichu.
— Tak, Gastonie! tak, bracie mój!...
— Ha! skoro nie jesteś żonatym, to będziemy we dwóch prowadzić gospodarstwo. Żyć będziemy po kawalersku, wesoło jak bogowie; będziemy się bawić, płatać figle! Patrzaj, co mi przychodzi do głowy! Ty mnie odmładzasz; zdaje mi się, że mam dopiero dwadzieścia lat; że jestem lekki i silny jak wtedy, gdy wpław przebywałem Rodan. Dawno to już, dawno; od owego czasu przebyłem dużo, przecierpiałem, zestarzałem się okrutnie, zmieniłem...
— Ty, — przerwał Ludwik, — ty mniej się zestarzałeś jak ja...
— Żartujesz.
— Doprawdy.
— Poznałbyś mnie?
— Najzupełniej. Zostałeś sobą.
Ludwik mówi prawdę. On wyglądał więcej zużyty niż zestarzały. Ale Gaston, mimo siwych włosów, mimo cery, która na słońcu brazylijskiem przybrała kolor ceglasty, był człowiekiem silnym, w sile wieku, w pełnej dojrzałości męskiego piękna.
Kiedy na bladej twarzy Ludwika błąkał się podstępny uśmiech, źle oświecony niespokojnemi oczyma, przeciwnie wzrok Gastona był pewny, a szczerość oświecała jego otwarte oblicze.
— Ale jakżeś ty mnie wynalazł, — zapytał Gaston, — jakaż dobra myśl, jakiż dobry geniusz sprowadził cię aż na próg mego domu?
Ludwik przewidział to zapytanie. Przez ośmnaście godzin drogi koleją żelazną przygotował odpowiedź:
— Opatrzności tylko, — odpowiedział, — winniśmy dzięki za nasze połączenie. Trzy dni temu, w moim klubie, jeden młodzieniec wracający z Eaux-Bonnes mówił mi, że słyszał w Pirenejach o jakimś margrabi de Clameran. Pojmujesz moje zadziwienie. Myślałem, cóż to za fałszerz ośmiela się nosić nasze nazwisko? Natychmiast biegnę na kolej żelazną, biorę bilet, i jestem.
— Więc nie myślałeś że to ja?
— Ah! mój biedny bracie, od dwudziestu trzech lat sadziłem że nie żyjesz...
— Że nie żyję, ja?... Jakto? Więc panna Walentyna de la Verberie nie dała ci znać, że ocalałem. Przysięgła mi, że uwiadomi ojca!...
Ludwik przybrał smutną minę człowieka, który mimowolnie zmuszony jest wyjawić opłakaną prawdę.
— Niestety! — wyrzekł, — nie dała nam znać o niczem.
Połysk gniewu mignął w oczach Gastona. Może przyszła mu myśl, iż Walentyna była rada, że się go pozbyła.
— O niczem! — zawołał, — o niczem! Była tak okrutna, że skazała was na opłakiwanie śmierci mojej, i mojego starego ojca na śmierć ze zmartwienia. Widać, że się strasznie lękała uwag świata i poświęciła mnie swojej reputacji!...
— Ale ty, — przerwał Ludwik, — czemu nie pisałeś?
— Pisałem, jakem tylko mógł, i przez Lafaurcad’a dowiedziałem się, że ojciec już nie żyje, a ty opuściłeś kraj.
— Opuściłem Clameran, bo sądziłem, że nie żyjesz.
Gaston wstrząsł się i przeszedł się kilka razy po salonie.
Chciał strząsnąć smutek, który go ogarnął.
— Eh! po co się martwić, — rzekł, tem co minęło? Wszystkie wspomnienia życia, dobre czy złe, nie warte tyle co najmniejsza nadzieja, a dzięki Bogu! przyszłość jest naszą.
Ludwik milczał. Nie znał jeszcze dostatecznie gruntu, by zaryzykować pytanie.
— Ale ja tu gawędzę, — mówił dalej Gaston, — rozgadałem się, a ty może nie jadłeś objadu?
— Rzeczywiście, nie.
— I nic nie mówisz!... Ale i ja nie jestem jeszcze po objedzie. Zaraz pierwszego dnia chciałem cię głodem zamorzyć. O, mam ja tu wyborne winko!...
Zadzwonił po kilkakroć; w jednej chwili cały dom był na nogach, i w pół godziny dwaj bracia siedzieli przy stole wykwintnie zastawionym.
Rozmowa między dwoma braćmi nie miała końca.
Gaston chciał wiedzieć wszystko, co zaszło po jego odjeździe.
— A Clameran? — zapytał, gdy Ludwik skończył.
Ludwik zawahał się chwilę. — Czy miał powiedzieć prawdę, czy skłamać?
— Sprzedałem Clameran, — odezwał się nareszcie.
— Nawet zamek?
— A tak.
— Rozumiem, — mówił Gaston, — chociaż ja na twojem miejscu... tam żyli przodkowie nasi, tam umarł nasz ojciec...
Ale widząc że zasmuca brata, dodał:
— Wreszcie wspomnienie żyje w sercu, a nie w starych murach. Ja, jak mnie widzisz, nie chciałem wracać do Prowancji.
Obawiałem się zbytecznych cierpień na widok parku la Verberie... Niestety! tam zeszły najpiękniejsze dnie życia mojego.
Fizjognomja Ludwika rozjaśniła się. Pewność, że Gaston nie był dotychczas w Prowancji, rozpraszała jego największy niepokój.
O godzinie drugiej zrana dwaj bracia jeszcze z sobą rozmawiali...
A nazajutrz Ludwik wymyślił pretekst, by pobiedz do telegrafu, i posłał do Raula następującą depeszę:
„Ostrożnie i rozsądnie. Pilnować moich wskazówek. Wszystko idzie dobrze. Nadzieja.“
Wszystko szło dobrze, a jednak Ludwik wbrew zapytaniom zręcznie obmyślanym, nie otrzymał żadnego objaśnienia, po które przybył.
Gaston tak wylany, Gaston, który mu opowiedział całe życie z najdrobniejszemi szczegółami, nie wyrzekł ani słowa, które mogłoby go objaśnić.
Byłoż to przypadkiem czy umyślnie, przez obliczenie, czy przez proste zapomnienie? Ludwik zapytywał siebie z tym niepokojem ludzi przewrotnych, którzy i drugich mierzą według skali przewrotności własnej.
Za jaką bądź cenę, chociażby miał wyjść ze swej roli, postanowił dobrać się do pożądanych wiadomości.
Chwila była potemu, siadali do śniadania.
— Wiesz, kochany Gastonie, — zaczął, — że dotąd mówiliśmy o wszystkiem, wyjąwszy o rzeczach poważnych.
— No, no! Cóż takiego? Czemu przybierasz minę prokuratora?
— Widzisz, oto ja sądząc, że nie żyjesz, zabrałem cały spadek po ojcu.
Szczery śmiech Gastona przerwał mu mowę.
— I ty to nazywasz rzeczami poważnemi?
— Jużciż, winienem ci zdać rachunek z twojej części dziedzictwa; masz prawo do połowy...
— Mam prawo, — przerwał Gaston, — prosić cię uprzejmie, abyś zamknął ten rozdział. To co masz, należy do ciebie, nastąpiło przedawnienie.
— Nie, ja nie mogę przyjąć.
— Jakto, spadek po ojcu? Nie tylko możesz, ale powinieneś. Ojciec nasz chciał jednego tylko dziedzica, poddajmy się jego woli...
A widząc jakby chmurę na czole brata:
— Cóż to, — dodał wesoło, — czyś taki bogaty, czy mnie bierzesz za takiego biedaka, że tak nalegasz?
Ludwik zadrżał na to zapytanie wprost do jego celów zmierzające. Co tu odpowiedzieć, aby się nie zaplątać?
— Nie jestem ani bogaty, ani ubogi.
— A ja, — zawołał Gaston, — byłbym prawie uradowany, gdybyś był nędzarzem jak Job, żebym z tobą mógł podzielić wszystko co mam...
Skończyli śniadanie. Gaston rzucił serwetę i rzekł:
— Pójdź!... oprowadzę cię tymczasem po mojej... chciałem powiedzieć... po naszej własności...
Idąc z bratem Ludwik był srodze utrapiony. Zdawało mu się, że Gaston uparcie unika zwierzeń, na które usiłował go sprowadzić.
Czyż jego wylania były tylko komedją? Powątpiewania Ludwika wzmagały się, żałował już prawie swojej optymistycznej depeszy...
Ale te niepokojące myśli nurtujące wewnątrz, nie wydobywały się na powierzchnię. Twarz jego była spokojna, cnotliwa, głos radosny.
Obejrzeli dom z całem gospodarstwem i wyszli na prześliczną łąkę, w końcu której stała hamernia w całym ruchu czynności. Gaston, który podówczas był w całym zapale nowego właściciela, pokazywał bratu wszystkie szczegóły, najmniejszy młotek, najdrobniejszą piłeczkę.
Opowiadał mu wszystkie swoje projekta, jak chce zamienić opał drzewem na węgiel, i wyzyskiwać oddzielne lasy, co się tu dotąd nie udawało.
Ludwik aprobował wszystko; przyklaskiwał, ale odpowiadał pojedynczemi wyrazami:
— A tak! rzeczywiście! bardzo dobrze!...
Bo dręczyła go nowa boleść, którą musiał ukrywać jak i inne. Dręczyła go pomyślność brata, tak widoczna i wielka.
Przy porównaniu losu brata ze swoim, wszystkie zatrute żądła zazdrości rozdzierały jego zawistną duszę. Widział Gastona bogatym, szczęśliwym, szanownym, używającym owoców swej dzielnej pracy, gdy tymczasem on... Nigdy nie uczuł tak dotkliwie okropności swego położenia, które było jego własnem dziełem.
I znów po latach dwudziestu wracały bezwstydne i niegodziwe uczucia, które wrzały nienawiścią dla brata.
Ukończyli przegląd.
— I cóż mówisz o moich nabytkach? — zapytał wesoło Gaston.
— Powiadam, kochany bracie, że masz w najpiękniejszej w świecie okolicy tak roskoszną posiadłość, że każdy Paryżanin mógłby ci jej pozazdrościć.
— Czy rzeczywiście tak sądzisz?
— Nie inaczej.
Gaston z gestem radosnym i okrzykiem tryumfu zawołał:
— A więc bracie ta posiadłość jest naszą, ponieważ jest moją. Jeśli ci się podoba, nie opuszczaj jej nigdy. Czyż ci chodzi o twój mglisty Paryż? Osiądź tu, pod tem pięknem bearneńskiem niebem. Ten lichy a kosztowny przepych paryski nie wart przepychu, jakim natura strony te obdarzyła. Jesteś kawalerem, a więc wolnym. Zostań tu, nic nam brakować nie będzie. A na czas nudy, ponieważ nie można obejść się bez zajęcia, będziemy mieli naszą hamernię. We dwóch, mając kapitały, cudów będziemy dokazywali. Podoba ci się mój plan?
Ludwik milczał. Propozycje te przed rokiem byłyby go napełniły radością. Z jakiemżeby uniesieniem przyjął był perspektywę tego pięknego i szerokiego życia! Jakiż roskoszny wypoczynek po tylu przejściach! Byłby bez obawy obdzierał z siebie starego człowieka, awanturnika i znów został sobą.
Ale teraz nie mógł przyjąć, widział to z wściekłością.
Nie, on nie był wolnym, nie mógł opuścić Paryża.
Rozpoczął tam jednę z tych strasznych partyj, które przegrać można porzucając, a których przegrana prowadzi na galery...
Gdyby był sam, mógłby zniknąć, ale nie był sam, miał wspólnika.
— Nic nie odpowiadasz, — nalegał Gaston, zdziwiony tem milczeniem, — czy widzisz jaką przeszkodę w urzeczywistnienia moich projektów?
— Żadnej.
— A więc?
— Widzisz mój bracie, gdyby nie pensja, jaką pobieram za moje zajęcia w Paryżu, nie miałbym z czego żyć.
— I to cię tak kłopoce, ciebie, któryś przed chwilą ofiarowywał mi połowę ojcowskiego dziedzictwa! Ludwiku, to źle, bardzo źle; alboś mnie nie zrozumiał, albo jesteś złym bratem.
Ludwik schylił głowę. Gaston mimowolnie obracał sztylet w ranie.
— Byłbym ci ciężarem, — rzekł Ludwik zcicha.
— Ciężarem?... Ależ ty zmysły tracisz! Nie powiedziałem ci, że jestem bogaty?... Czy myślisz że widziałeś już wszystko co posiadam? Ten dom i hamernia, to ledwie czwarta część mojego majątku. To tylko kawałek chleba. Czy myślisz, że na podobne przedsiębiorstwo ryzykowałbym wszystko, co zarobiłem w ciągu lat dwudziestu? Mam jeszcze obligi skarbowe, które mi przynoszą dwadzieścia cztery tysiące franków dochodu. I to nie wszystko; zdaje mi się, że i moje grunta w Brazylii będą sprzedane; jakoś mi się wiedzie. Mój korespondent przesłał mi już 400.000 franków.
Ludwik zadrżał z radości. Nareszcie dowie się do jakiego stopnia jest zagrożonym.
— Cóż to za korespondent? — zapytał, przybierając ton, jak najbezinteresowniejszy.
— Mój dawny spólnik w Rio. Pieniądze znajdują się do mego rozporządzenia u jednego bankiera w Paryżu.
— Czy to twój przyjaciel ten bankier?
— Nie. Wskazał mi go mój bankier z Pau i zalecił jako człowieka bardzo bogatego, roztropnego, a nadewszystko wielce uczciwego. Jest-to, czekaj-no... niejaki Fauvel, zamieszkały przy ulicy Provence.
Jakkolwiek Ludwik był panem siebie, jakkolwiek przygotowany był na to, co miał usłyszeć, zbladł przecież i zaczerwienił się widocznie.
Ale Gaston, cały zajęty swą myślą, nie zważał na to.
— Czy znasz tego bankiera? — zapytał.
— Tak, z reputacji.
— Więc niedługo poznamy się z nim razem, bo zamierzam przejechać się z tobą do Paryża, jak wrócisz, aby tam urządzić swoje interesa, nim się tu sprowadzisz.
Na wiadomość o tym projekcie, którego urzeczywistnienie miało go zgubić, Ludwik zaledwie miał siłę pozostać obojętnym. Widział, że brat na niego spoziera.
— Więc pojedziesz do Paryża? — zapytał Gastona.
— Pojadę, a cóż w tem dziwnego?
— Nic.
— Wprawdzie nie cierpię Paryża, a co większa nie cierpię go, chociażem tam nigdy nie był, ale naglą mnie interesa, — zawahał się, — bardzo ważne... Wreszcie panna de la Verberie mieszka w Paryżu, jak mi mówiono, a ja chcę się z nią widzieć.
— Aha!...
Gaston zamyślił się; był wzruszonym i wzruszenie jego było widoczne.
— Tobie Ludwiku, — rzekł, — mogę powiedzieć, dla czego chcę się z nią widzieć. Powierzyłem jej niegdyś klejnoty naszej matki.
— I chcesz po latach dwudziestu trzech zażądać od niej zwrotu tego depozytu?
— Tak... a raczej... nie; jest-to tylko czczy pretekst, który wymyślam dla samego siebie. Chcę się z nią widzieć... bo... bo... bo ją kochałem... oto cała prawda.
— Ale jak ją wyszukać?
— O, to rzecz bardzo prosta! Pierwszy lepszy w naszych stronach powie mi nazwisko jej męża, a jak będę je wiedział... Wiesz co, jutro zaraz napiszę do kogo do Beaucaire.
Ludwik nie odpowiedział.
Gdy ludzie jego hartu znajdą się nagle w położeniu nieprzewidzianem, a mocno zagrożonem, o ile możności milczą. Wiedzą, jaki wpływ może mieć rada na pozór małoznaczna, unikają więc każdego słówka, dopóki nie zważą jego doniosłości i następstw.
Przedewszystkiem Ludwik nie chciał dyskutować projektów brata...
Jak zręczny człowiek, odwrócił rozmowę, i przez cały dzień nie było wzmianki ani o Paryżu ani o Walentynie.
W nocy dopiero, gdy został sam w swoim pokoju, poruszył Ludwik tę kwestję i zaczął ją badać we wszystkich kierunkach.
Z pierwszego rzutu oka wydała mu się rozpaczliwą.
Ludwik od lat dwudziestu wypowiedziawszy wojnę społeczeństwu, żył bezczelnością, czerpał dochody w źródłach łatwowierności i głupoty ludzkiej; i od dwudziestu lat wymijając zasady kodeksu, Ludwik de Clameran miewał bardzo ciężkie chwile.
Schwytano go na grze z rekami pełnemi znaczonych kart; goniła za nim policja wszystkich państw europejskich; zmuszany bywał uciekać pod fałszywem nazwiskiem ze stolicy do stolicy: sprzedawał łotrom swą umiejętność władania szpadą i pistoletem; łapano go, więziono, lecz mimo to cudownie uciekał z więzienia.
Rzucał się na wszystko, nie obawiając niczego.
Umysł jego mógł podejmować plany najbardziej zbrodnicze, bo dusza była zdolną wykonać je z całą krwią zimną...
A jednak w tej chwili był bez myśli; jego pewność i bezczelność już mu nie starczyły.
Schwytany we własne sidła, przydybany w położeniu bez wyjścia, bliskim był zakończenia walki; już miał się zrezygnować i poddać.
Jeszcze jednak medytował, czy nie byłoby dobrze pożyczyć od brata jaką znaczną sumę i zniknąć na zawsze.
Daremnie dręczył umysł; jego niecne doświadczenie nie przedstawiało mu żadnej kombinacji zgodnej z obecnemi okolicznościami.
Musiał koniecznie, fatalnie, uwikłać się w wypadki, które sam zgotował.
Wglądając w przyszłość, widział same klęski i zgubę.
Ze wszystkich stron razem groziło niebezpieczeństwo naglące, niepodobne do usunięcia.
Musiał lękać się zarówno i pani Fauvel, jej siostrzenicy i bankiera; Gaston odkrywszy prawdę, zapragnąłby zemsty; nawet Raul, jego wspólnik, w razie nieszczęścia obróciłby się przeciw niemu i stałby się jego największym wrogiem.
Czy był jaki sposób przeszkodzenia widzeniu się Gastona z Walentyną?
Oczywiście, że nie.
A chwila widzenia się ich była chwilą jego zguby.
Zagłębiony w tej myśli, nie postrzegł biegu czasu. Dzień zastał go opartego w oknie, wystawionem na wiatr poranny, z rozpalonem czołem, które zdawało się, że mu pęknie pod ciężarem myśli.
— Daremnie szukam, — rzekł. — Nie pozostaje nic, jak zyskać na czasie. Trzeba sposobności...
Upadek z koniem w Clameranie tłumaczył zapewne to, co Ludwik nazywał sposobnością.
Zamknął okno, położył się, a nawyknienie jego do niebezpieczeństwa było tak wielkie, że usnął.
Żadna zmarszczka na czole po przebudzeniu nie okazywała przebytych udręczeń.
Był czułym, wesołym, rozmownym, więcej niż dotąd. Chciał siąść na konia i zwiedzić okolicę. Stawszy się nagle ruchliwym, tak jak dotąd był spokojnym, mówił tylko o wycieczkach.
A w gruncie chciał zająć Gastona, zabawić go, odwrócić umysł jego od Paryża, a mianowicie od Walentyny.
Z czasem, przy wielkiej zręczności, myślał, że może mu się uda odradzić bratu ten projekt. Zamierzał wykazać mu, że to widzenie się, zgoła niepotrzebne, byłoby przykrem obustronnie, kłopotliwem dla niego, a niebezpiecznem dla niej.
Co się zaś tyczy depozytu, jeżeli Gaston pragnie jego zwrotu, to on sam podejmie się tego delikatnego posłannictwa i spełni je dokładnie; a co prawda, tylko on jeden wiedział, gdzie się klejnoty znajdują.
Ale wkrótce przekonał się, że te wszystkie nadzieje na nic się nie zdały.
— Czy wiesz, — rzekł doń raz Gaston, — napisałem...
Ludwik wiedział aż nadto dobrze o co chodziło; to właśnie było przedmiotem ciągłych jego medytacyj. Ale przybrał minę najbardziej zdziwioną.
— Napisałeś? — zapytał, — dokąd? do kogo? o czem?
— Do Beaucaire, do Lafourcada, pytając o nazwisko męża Walentyny.
— Więc wciąż myślisz o niej?
— Wciąż.
— I chcesz się koniecznie z nią widzieć?
— Koniecznie.
— Niestety! mój bracie; zapominasz, te ta, którą kochałeś, jest żoną innego, matką rodziny zapewne. Czy zechce widzieć się z tobą? Czy wiesz, że przez to możesz zatruć jej życie, wzbudzić jakie żale?
— Warjat jestem, przyznaję, ale warjacja moja dziwnie mi jest miłą.
Powiedział to takim tonem, że Ludwik widział całą niemożność odwrócenia tego projektu.
Pozostał jednak tym samym, pozornie zajmując się przyjemnościami, a w gruncie ciągle śledził listy, jakie przybywały do domu.
Wiedział, o której godzinie przychodził listonosz, i zawsze znajdował się przypadkiem na dziedzińcu, aby się z nim spotkać.
Jeżeli wydalał się razem z bratem, wiedział, w którem miejscu składano listy i biegł tam natychmiast.
Nadzór jego nie był bezużytecznym.
Pewnej niedzieli, pomiędzy listami jakie mu oddał listonosz, zauważał jeden ze stemplem Beaucaire.
Wsunął go czemprędzej do kieszeni, i chociaż byli na wyjezdnem z bratem, nie mógł powściągnąć niecierpliwości, i wymyślił pretekst, by udać się do swego pokoju.
Był to list oczekiwany z podpisem: Lafourcade.
Miał ze trzy stronice i zawierał mnóstwo szczegółów obojętnych Ludwikowi, ale o Walentynie opiewał jak następuje:
„Mężem panny de la Verberie jest bankier bardzo szanowany, nazwiskiem Andrzej Fauvel. Nie znam go dotąd, ale myślę poznać się z nim jak tylko będę w Paryżu. Powziąłem zamiar, który sprowadziłby bogactwo do naszej okolicy; myślę mu go wyłożyć, a jeżeli uzna go za dobry, prosić, żeby go poparł swoim kapitałem. Zapewne nie weźmiesz mi za złe, jeżeli powołam się na twoje nazwisko...“
Ludwik drżał jak człowiek, który uszedł grożącemu niebezpieczeństwu.
— Gdyby brat ten list odebrał, — szepnął, — nicby mi nie pozostało, jak zmykać.
Ale zguba jego, aczkolwiek opóźniona, niemniej zdawała się nieuniknioną.
Gaston poczeka z tydzień jeszcze, potem znowu napisze; Lafourcade zdziwiony odpisze natychmiast; w najlepszym tedy razie, Ludwik miał przed sobą dwanaście dni.
— Tu właśnie, — myślał, — leży największe niebezpieczeństwo. Jeżeli ten głupiec pojedzie do Paryża i wymówi przed bankierem nazwisko Clamerana — wszystko skończone.
Gaston niecierpliwił się na dole.
— A co, idziesz? — wołał na brata.
— Idę, — odpowiedział Ludwik.
Schodził istotnie, schowawszy w sekretną kryjówkę walizy list Lafourcada.
Teraz był już zdecydowany prosić o pożyczkę. Mając dobrą sumkę w kieszeni z dodatkami tego, co poprzednio posiadał, odpłynąłby do Ameryki, a Raul niechby sobie radził jak mógł.
Przykro mu zapewne było rozstać się z najpiękniejszą kombinacją, jaką kiedykolwiek w życiu ukartował, ale człowiek silny nie miota się niedorzecznie przeciwko losowi; on wyciąga z wypadków najlepsze, jakie może, korzyści.
Zaraz nazajutrz, przechadzając się pod wieczór z Gastonem po pięknej drodze wiodącej z hamerni do Oloron, zaczął piękny prolog do historji, której konkluzją miała być pożyczka dwustu tysięcy franków.
Szli zwolna, pod ręce, gdy o staję od kuźni spotkali się z bardzo młodym człowiekiem, ubranym jak wędrowny robotnik francuski, który przechodząc, ukłonił się im grzecznie.
Ludwik doznał tak gwałtownego wstrząśnienia, że aż Gaston zawołał zdziwiony:
— Co ci?
— Nic. Uderzyłem nogą o kamień, i zabolało mnie mocno.
Kłamał, a drżenie głosu powinno było o tem zapewnić Gastona.
Wzruszenie jego pochodziło ztąd, że w tym młodzieńcu poznał Raula de Lagors.
Od tej chwili Ludwik de Clameran był pognębiony.
Zdziwienie, strach instynktowy, paraliżowały, niszczyły zupełnie jego zuchwałą i krasomówczą werwę. Urwał rozmowę zupełnie.
Szedł wciąż obok brata wzdłuż zapylonej drogi, ale szedł jak automat, siłą biernego ruchu.
Zdawał się słuchać, słyszał nawet może, ale wyrazy bez znaczenia do uszu jego dochodziły; nie pojmował nic i machinalnie tylko, dzięki tej jakiejś niezależności ducha od zwierzęcia, czasami, nie troszcząc się o właściwości, wydawał jakiś okrzyk, jakieś słowo potwierdzenia, które dla Gastona miało być odpowiedzią.
Mówił:
— Tak. W samej rzeczy. Doprawdy? Być może.
Ale ani wiedział co mówi.
Podczas gdy konieczność — nieunikniona konieczność, przytrzymywała go przy Gastonie, myśl jego pędziła za tym młodzieńcem, który obok nich przeszedł.
Jakim sposobem Raul znajdował się w Oloron? Po co tu przybył? dla czego ukrywał się pod suknią robotnika?
Od chwili przybycia do Oloron, Ludwik codziennie prawie pisywał do Raula i nie odbierał od niego odpowiedzi.
Milczenie to, które zrazu uważał za bardzo naturalne, teraz wydało mu się nadzwyczajnem, niewytłumaczonem.
Czy w Paryżu zdarzył się jaki nadzwyczajny wypadek? Czy się zerwało jakie ogniwo łańcucha, którym opasał panią Fauvel? Czy Raul zmuszony do ucieczki, przybył mu powiedzieć, że partja przegrana?
Potem pytał się, czy go czasem jakieś nadzwyczajne podobieństwo nie ładziło? Czy rzeczywiście spotkał swego wspólnika?
I nie módz pobiegnąć w ślady tego człowieka, wypytać go! Męka jego, męka niepewności, wzmagała się co chwila, aż nareszcie stała się nieznośną.
Szczęściem Gaston czuł się tego dnia znużonym. Mówił, że wróci wcześniej niż zwykle i jak tylko stanęli w domu, udał się do swego pokoju.
Ludwik był nareszcie wolny.
Zapalił cygaro i wyszedł powiedziawszy służącemu, by go nie oczekiwał.
Wiedział dobrze, że Raul, jeżeli to on był, musi krążyć koło domu i pilnować jego wyjścia.
Nie zawiodły go przewidywania.
Zaledwie uszedł sto kroków, wybiegł jakiś człowiek z krzaków i stanął przed nim.
Noc była bardzo widna, Ludwik poznał Raula.
— Co się to znaczy? — zapytał natychmiast, nie mogąc powściągnąć niecierpliwości, — co się to stało?
— Nic.
— Jakto! pozycja nie jest zagrożoną?
— Bynajmniej! Powiem więcej: gdyby nie twoje wygórowane dążenia, wszystko szłoby najwyborniej.
Ludwik krzyknął, rzec nawet można, ryknął z wściekłości.
— Wiec po coż przybyłeś tu?! — zawołał. — Któż ci pozwolił opuścić swoje stanowisko z narażeniem nas na zgubę?
— W tem, — odrzekł najspokojniej Raul, — w tem moja rzecz...
Ludwik zerwał się i pochwycił go za ręce z taką siłą, jakby je chciał zgruchotać.
— Wytłumaczysz mi się, — rzekł głosem krótkim i chrypliwym, który wyradza się z grożącego niebezpieczeństwa. — wytłumaczysz mi te powody swego dziwnego kaprysu.
Bez widocznego wysilenia, Raul z siłą, jakiej w nim domyśleć by się nie było można, szarpnął ręce i wydarł się Ludwikowi.
— Wolniej, hę! — rzekł tonem bardzo wyzywającym, — ja nie lubię takiej gwałtowności i mam ci czem na nią odpowiedzieć.
Jednocześnie wydobył do połowy z kieszeni rewolwer i okazał go Ludwikowi.
— Usprawiedliwisz się, — nalegał Ludwik, — inaczej!...
— Inaczej co? Przestań raz na zawsze grozić mi, Ludwiku. Odpowiem ci, ale nie tu, na środku gościńca, przy świetle księżyca; a wiesz czy nas kto nie śledzi? Pójdźmy gdzie dalej...
Przeszli przez rów odgraniczający gościniec i udali się w pole, bez względu na kukurydzę, którą deptali po drodze.
— Teraz, — zaczął Raul, gdy się już znacznie oddalili od drogi, mogę ci powiedzieć kochany stryju, co mnie tu sprowadza. Odebrałem twoje listy i czytałem je kilkakrotnie. Chciałeś być roztropnym, pojmuję to, ale byłeś zarazem tak niejasnym, żem cię nic a nic nie rozumiał. Ze wszystkiego co do mnie pisałeś, jedno tylko jest bardzo jasnem, a mianowicie, że zagrożeni jesteśmy wielkiem niebezpieczeństwem...
— Tem baczniej, nieszczęsny, trzeba na siebie uważać.
— Wybornie rozumujesz. Tylko ja, mój drogi i wielce szanowny stryju, nim stawię czoło niebezpieczeństwu, radbym wiedzieć, jakie ono jest. Ja lubię się narażać, ale lubię i wiedzieć na co się narażam...
— Czyż nie mówiłem ci, żebyś był spokojnym?
Raul uśmiechnął się z głupia-frant, jak ulicznik paryski, gdy przedrwiwa naiwną łatwowierność jakiego cichego mieszczanina.
— Więc powinienem mieć w tobie, kochany stryju, zupełną i nieograniczoną ufność?
— Zapewne. Powątpiewanie twoje jest niedorzeczne po tem wszystkiem, com dla ciebie uczynił. Któż ci podał rękę w Londynie, w chwili, gdy nie wiedziałeś co z sobą zrobić? Ja. Któż tobie dał imię i rodzinę, tobie, coś nie miał ani imienia, ani rodziny? Także ja. Któż, zapewniwszy ci teraźniejszość, pracuje nad twoją przyszłością? Zawsze ja i ja.
Ażeby dobrze słuchać, Raul przybrał postawę komiczno-poważną.
— Wybornie! — przerwał, — świetnie, wspaniale!... Dlaczegóż, kiedyś tak się już rozpędził, nie dowodzisz mi, żeś się poświęcił dla mnie? Wszak nie potrzebowałeś mnie wcale, nieprawda, gdy przybyłeś po mnie do Londynu. Dalej wykaż mi jeszcze, że jesteś najwspaniałomyślniejszym, najbezinteresowniejszym ze stryjów; zażądasz nagrody Montyon, a ja poprę twoje żądanie.
Clameran umilkł, obawiał się uniesień swojego gniewu.
— Dajmy pokój tym dzieciństwom, kochany stryju, — mówił dalej Raul. — Jeżelim tu przybył, to dla tego, że cię znam, że mam w tobie nie więcej ufności, ile powinienem mieć. Gdyby ci się wydało korzystnem zgubić mnie, nie wahałbyś się ani jednej chwili. W razie niebezpieczeństwa umknąłbyś sam, a swego najukochańszego bratańca zostawiłbyś w błocie po same uszy. Oh! nie zaprzeczaj, jest to rzecz bardzo naturalna i na twojem miejscu uczyniłbym to samo. Tylko zauważaj dobrze, że nie jestem z tych, których można uwodzić bezkarnie... Teraz dajmy już pokój bezpotrzebnej zwadzie i powiedz mi, jak rzeczy stoją...
Z takim wspólnikiem trzeba się było rachować i Ludwik to zrozumiał. Zamiast się rzucać, opowiedział krótko i węzłowato wszystko, co zaszło od przybycia jego do brata.
Był prawie szczerym we wszystkich punktach, wyjąwszy jednak co do fortuny brata, której ważność zmniejszał o ile mógł.
Gdy skończył, Raul zapytał:
— A więc zaplątaliśmy się djabelnie. I ty myślisz się wyplątać...
— Myślę, jeżeli mnie nie zdradzisz.
— Ja jeszcze nie zdradziłem nikogo, rozumiesz mnie margrabio? Ale jak się weźmiesz do tego?
— Nie wiem, ale czuję, że wynajdę sposób. Oh! muszę wynaleźć. Więc widzisz, że możesz odjechać spokojnie. Nie narażasz się na nic w Paryżu, póki ja tu będę pilnował Gastona.
Raul zamyślił się.
— Nie narażam się na nic, — rzekł, — jest-żeś tego zupełnie pewny?
— Wszak zanadto dobrze trzymamy panią Fauvel, by mogła coś przeciwko nam uczynić. Gdyby nawet wiedziała prawdę, tę, którą my tylko wiemy, jeszczeby musiała milczeć, by uniknąć kary za przeszłe błędy, ujść przed potępieniem świata i przed zemstą męża.
— Prawda, — odpowiedział Raul poważnie, — trzymamy matkę moją, ale nie jej się obawiam...
— Kogoż więc?
— Nieprzyjaciółki w twoim rodzaju, mój najzacniejszy stryju, nieprzyjaciółki nieprzejednanej — Magdaleny.
Clameran odezwał się lekceważąco:
— Jej?... cóż znowu?
— Lekceważysz ją, nieprawda? — przerwał Raul tonem głębokiego przekonania, — ale mylisz się. Ona poświęciła się dla ocalenia ciotki, lecz nie abdykowała. Przyrzekła pójść za ciebie, odprawiła Prospera, który umiera z boleści, i to prawda, ale nie wyrzekła się wszelkiej nadziei. Ty ją bierzesz za słabą, lękliwą, naiwną, nieprawda? Mylisz się. Ona jest silna, zdolna do najśmielszych pomysłów, nieszczęście nauczy ją doświadczenia. Ona kocha, mój stryju, a kobieta kochająca broni swej miłości, jak tygrysica swych dzieci... Tu jest niebezpieczeństwo...
— Ona ma pięćkroć sto tysięcy posagu.
— Prawda; a choćby po pięć od sta procentu, to dla każdego z nas przypada po dwadzieścia tysięcy franków rocznie. Ale cóż robić! Mędrcze, ty opuścisz Magdalenę.
— Nigdy! słyszysz! — zawołał Clameran, — nigdy! żzeniłbym się z nią, chociażby była ubogą. Ja dziś już nie posagu jej pragnę, ale jej samej; Raulu — ja ją kocham!...
Raula ogłuszyło to nagłe wyznanie.
Cofnął się trzy kroki, podnosząc ręce do nieba ze wszystkiemi oznakami niesłychanego zadziwienia.
— Czy podobna? — powtarzał, — ty kochasz Magdalenę, ty... ty...
— Tak, — odpowiedział Ludwik tonem podejrzliwym, — cóż w tem widzisz nadzwyczajnego?
— Nic, zapewne, nic! Tylko ta cała namiętność tłumacy mi zadziwiające zmiany w twojem postępowaniu. Ach! ty kochasz Magdalenę! Więc czcigoday stryju, nic nam nie pozostaje, jak poddać się.
— A to dla czego, jeżeli łaska?
— Bo widzisz, stryju, gdy serce zajęte, człowiek traci głowę. Jest-to pewnik pospolity. Wodzowie zakochani zawsze przegrywali bitwy. Przyjdzie chwila, gdy zachwycony Magdaleną, zdradzisz nas za jeden uśmiech. A ona jest naszą nieprzyjaciółka, a sprytna jak kot i czuwa nad nami...
Ludwik przerwał bratańcowi śmiechem zbyt głośnym, by mógł być szczerym.
— Jak ty się zaraz zapalasz, — rzekł, — więc nie nawidzisz tej pięknej, tej uroczej Magdaleny?
— Ona nas zgubi, — rzekł Raul tonem przekonania.
— Bądź szczerym, powiedz, czy pewnym jesteś, że jej nie kochasz?
Jakkolwiek noc była widną, Ludwik nie mógł widzieć poruszenia gniewu, jakie ściągnęło rysy Raula.
— Ja zawsze kochałem tylko posagi, — odpowiedział.
— Więc na cóż się użalasz? Wszak winienem ci połowę tego posagu? Będziesz go miał bez kobiety, będziesz miał zysk bez kłopotu.
— Ja nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat, — rzekł Raul z pewnym odcieniem próżności.
— Dosyć! — przerwał Ludwik, — umówiliśmy się, nieprawdaż? w dniu, w którym wyrwałem cię z najstraszniejszej nędzy, że ja będę rządził.
— Przepraszam! zapominasz, że życie moje, a przynajmniej moja wolność jest narażoną w tej grze. Trzymaj karty, ale pozwól mi doradzać.
Długo jeszcze dwaj wspólnicy badali i dyskutowali tę kwestję i minęła już północ, gdy Ludwik zwrócił uwagę, że bawiąc dłużej, mógłby narazić się na kłopotliwe zapytania.
— Nie mięszajmy w próżni, — rzekł do Raula. — Ja jestem twego zdania; rzeczy stoją tak, że trzeba bezzwłocznie powziąć jakieś postanowienie. Ale nie umiem decydować się porywczo. Jutro o tej samej porze bądź tu, a ja przyjdę z gotowym planem.
— Dobrze, jutro.
— Tylko wara od jakiego głupstwa.
— Przecież widzisz, że sam mój kostium nie zachęca mnie do pokazywania się. W Paryżu urządziłem się tak dowcipnie i umiejętnie, że nikt mi nie dowiedzie, sądownie mówiąc, że opuściłem dom, albo Vésinet. Posunąłem ostrożność tak daleko, że jechałem trzecią klasą, a tam djabelnie źle siedzieć. Do widzenia więc, idę do mojego zajazdu.
Oddalił się po tych słowach, nie domyślając się wspólnika obudził bardzo wiele podejrzeli.
W ciągu swego awanturniczego życia, Clameran nie organizował „interesów,“ że wiedział teraz dostatecznie, o ile może ufać takiemu wspólnikowi jak Raul.
Łotry mają właściwą sobie poczciwość, to rzecz wiadoma, niektórzy nawet stawią ją wyżej nad uczciwość dobrych ludzi; ale nigdy ona nie jest po interesie tem, czem była przed interesem. Trudności okazują się dopiero w chwili działów.
Niedowierzający umysł Clamerana przewidywał już mnóstwo powodów do obaw i sprzeczek.
— Dla czego, — pytał się, — ten młokos tak przebrał się starannie i ukrył, by tu przyjechać? Dla czego najął drugie mieszkanie w Paryżu, mieszkając w Vésinet? Czy stawia mi zasadzkę? Ja go mam w ręku, prawda — ale z drugiej strony jestem w jego rękach. Wszystkie listy jakie do niego pisałem, od pobytu u Gastona, stanowią dowód przeciwko mnie! Czy myśli zbuntować, odczepić się odemnie i zebrać sam korzyści naszego przedsięwzięcia?
I tej znowu nocy Ludwik nie zamknął oka; ale nad ranem powziął postanowienie, i z gorączkową niecierpliwością oczekiwał wieczora.
Tak gorąco pragnął raz skończyć, myśl jego tak mocno była wyprężoną, że nie mógł wymódz na sobie, aby tego dnia być takim jak zwykle.
Kilka razy brat, widząc go tak zamyślonym i ponurym, zapytywał:
— Co ci jest? Czyś nie słaby? Czy ukrywasz przedemną jakie zmartwienie?
Nadszedł nareszcie wieczór i Ludwik zdołał pójść na schadzkę z Raulem, którego zastał leżącego na trawie i palącego cygaro, w tem samem miejscu, gdzie znajdowali się przeszłej nocy.
— I cóż! — zapytał Raul wstając, — jest-żeś nareszcie zdecydowany?
— Tak. Mam dwa projekta, których powodzenie zda mi się niezawodnem.
— Słucham cię.
Ludwik namyślił się, jak człowiek, który myśl swą chce wyłożyć najjaśniej i najkróciej.
— Pierwszy mój plan zależy od twojej woli. Cobyś powiedział na to, gdybym ci zaproponował odstąpić od interesu?
— O!..
— Czy zgodziłbyś się zniknąć, opuścić Francję, wrócić do Londynu, gdybym ci dał znaczną sumę?
— Trzebaż wiedzieć jaka to suma.
— Mogę ci dać sto pięćdziesiąt tysięcy franków.
Raul wzruszył ramionami.
— Czcigodny stryju, — rzekł, — widzę z boleścią, że wcale mnie jeszcze nie znasz. Udajesz ze mną, kręcisz, a to nie jest ani szlachetnie ani zręcznie. Nie jest to szlachetnie, bo zdradzasz naszą umowę; nie zręcznie, bo wbij to sobie dobrze w głowę ja jestem tak dobrze kuty jak i ty.
— Nie rozumiem cię.
— Tem gorzej; ale ja ciebie rozumiem, to dla mnie wystarczy. O! ja cię znam, stryju; ja badałem cię wzrokiem interesu, a to wzrok wyśmienity; wymacałem dno twojej beczki. Jeżeli ofiarujesz mi sto piećdziesiąt tysięcy franków, to chyba masz pewność wyskrobać miljon.
Clameran obruszył się jak człowiek oburzony, że się nie poznano na prawości jego charakteru.
— Bredzisz, — wyrzekł.
— Wcale nie. Ja tylko według przeszłości oceniam przyszłość. Z sum wydartych pani Fauvel — często wbrew woli mojej i przekonaniu — cóż otrzymałem? zaledwie dziesiątą część.
— Ale mamy fundusz rezerwowy...
— Który jest w twoich rękach, kochany stryju, to wielka prawda. Tak dalece, że jeżeli jutro coś zwietrzą, ty drapniesz razem z kasą, a ja dla braku pieniędzy pójdę prostą drogą do biura policji poprawczej.
Wyrzuty te zdawały się drażnić Ludwika.
— Niewdzięczniku! — mruczał, niewdzięczniku!
— Wybornie! — zawołał Raul,— w porę wymówiłeś ten wyraz. Ale porzućmy sentymenta; czy chcesz, bym cię przekonał, że mnie oszukujesz?
— Jeśli możesz...
— Zgoda!... Powiedziałeś mi, że twój brat ma skromny mająteczek. Owoż Gaston ma sześćdziesiąt tysięcy franków rocznego dochodu. Nie zaprzeczaj. Ile warta jego tutejsza posiadłość? Trzykroć sto tysięcy najmniej. Ile ma u pana Fauvela? Czterykroć sto tysięcy. Razem siedmkroć sto tysięcy. A czy to wszystko? Nie, bo polecił tutejszemu ajentowi, by mu kupił renty skarbowej. Widzisz, że ani dnia nie zmarnowałem.
Było to tak jasne i dokładne, że Ludwik nie myślał zaprzeczać.
— Toż, do djabla! — ciągnął dalej Raul, — kiedy kto zamyśla rządzić, to niech wprzód wypróbuje swe siły. Miałeś, a raczej mieliśmy w ręku najpiękniejszą partję pod słońcem, cóżeś z nią zrobił?
— Zdaje mi się...
— Co? że przegrana. Tak i ja myślę. A to z twojej winy, z twojej bardzo wielkiej winy.
— Wypadkom rozkazywać nie można.
— Można, ale trzeba być silnym. Głupcy czekają na wypadek, rozumni go przygotowują. Jakaż była umowa, gdy przybyłeś po mnie do Londynu? Mieliśmy grzecznie prosić moją matkę, aby nam trochę dopomogła i obchodzić się z nią uprzejmie jeżeli skłaniać się będzie. Tymczasem, cóż się stało? Z narażeniem na śmierć tej kury o złotych jajach, kazałeś mi tak mordować biedaczkę, że ona głowy już nie czuje.
— Przecież trzeba się było spieszyć.
— Dobrze, ale czy także dla pośpiechu wbiłeś sobie w głowę, że ożenisz się z Magdaleną? Wtedy musiano ją przypuścić do sekretu i odtąd ona podtrzymuje ciotkę i doradza jej; ona ją podnieca przeciwko nam. Nie byłbym bynajmniej zdziwiony, gdyby Magdalena namówiła panią Fauvel do wyjawienia wszystkiego mężowi, albo prefektowi policji.
— Ja kocham ją...
— Eh! mówiłeś mi już, ale to głupstwo. Rzucasz siebie i mnie w interes, któregoś ani wystudjował, ani poznał. To tylko niedołęgi, mój stryju, poszkapiwszy się, mówią na pocieszenie i usprawiedliwienie: „Gdybym był wiedział!“ Trzeba było się wywiedzieć. Cóżeś mi powiedział: „Ojciec twój nie żyje.“ A tymczasem nie prawda, on żyje, a ty rzecz pokierowałeś tak, że nie mogę pójść do niego. On ma milijon, który byłby mi dał, a tymczasem nie będę miał ani grosza. A teraz on pójdzie do swojej Walentyny, znajdzie ją, i wtedy bywaj zdrów...
Ludwik nagle przerwał Raulowi.
— Dosyć! — zawołał nakazujące. — Jeżelim wszystko skrzywił, to mam sposób sprostowania wszystkiego.
— Ty! sposób! A to jaki?
— O! co do tego, — rzekł Ludwik głosem ponurym, — to moja tajemnica...
Ludwik i Raul zamilkli dłużej jak minutę.
A milczenie to między tymi dwoma ludźmi, w tem miejscu, pośród nocy i po takiej rozmowie, było tak okropnie znaczącem, że obaj zadrżeli.
Myśl tak zbrodnicza razem przyszła im do głowy! zrozumieli się bez wyrazu, bez gestu.
Pierwszy Ludwik przerwał to uciążliwe milczenie.
— A więc, zapytał, niechcesz tych 150000 franków, które ci proponuję, żebyś znikł? Rozmyśl się, jeszcze czas.
— Jużem się rozmyślił. Teraz pewny jestem, że nie będziesz się starał mnie oszukać. Pomiędzy dostatkiem pewnym a wielką fortuną przypuszczalną, na wszelkie ryzyko wybrałem fortunę... Uda mi się, albo zginę z tobą...
— I będziesz mi posłusznym?
— Ślepo.
Raul musiał być bardzo pewnym, że przeniknął zamiar swego wspólnika, bo go nie pytał. Może nie śmiał go wypytywać. Może wolał niepewność nad to straszliwe upewnienie, jak gdyby przez to uniknąć chciał wyrzutów moralnego wspólnictwa.
— Najsamprzód, — mówił dalej Ludwik, — wrócisz do Paryża.
— Będę tam pojutrze.
— Więcej niż kiedykolwiek będziesz uprzejmym względem pani Fauvel; wiedzieć musisz wszystko, cokolwiek zajdzie w domu.
— Rozumie się.
Ludwik położył rękę na ramieniu Raula, jakby tym ruchem chciał więcej zwrócić jego uwagę na to, co miał powiedzieć.
— Masz jeden sposób, — dodał, — odzyskania całego zaufania matki: zwal na mnie wszystkie twoje przeszłe winy. Nie omieszkaj go użyć. Im więcej uczynisz mnie ohydnym w oczach pani Fauvel i Magdaleny, tem większą oddasz mi przysługę. Gdyby za powrotem chciano mi zamknąć drzwi od domu, byłbym uradowany. Co się tyczy nas dwóch, powinniśmy napozór być na śmierć zagniewani przeciw sobie. Jeżeli widujesz się jeszcze ze mną, to tylko z konieczności. Oto jest temat, staraj się go rozwinąć.
Raul słuchał tych szczególnych instrukcyj z największem zadziwieniem.
— Jakto! — zawołał, — ty kochasz Magdalenę i takim sposobem starasz się jej podobać? Szczególny rodzaj zalecanek. Niech mię djabli porwą, jeżeli rozumiem...
— Nie potrzebujesz rozumieć.
— Dobrze, — rzekł Raul tonem najuleglejszym, — bardzo dobrze.
Ale Ludwik rozmyślił się, mniemając, że ten tylko może dobrze spełnić posłannictwo, kto chociaż ogólnie pojmie jego dążność.
— Czy słyszałeś, — zapytał Raula, — o tym człowieku, który, aby mieć prawo uścisnąć w swych objęciach ukochaną kobietę, podłożył ogień pod jej dom?
— Słyszałem, więc?...
— Owóż! w danej chwili, ja ci rozkażę podłożyć moralny ogień pod dom pani Fauvel, i ocalę ją razem z jej siostrzenicą. Wtedy ten czyn obu kobietom wyda się tem piękniejszym, im bardziej nienawidziły mnie i pogardzały mną. Cierpliwość nie doprowadziła mnie do niczego... Nagłe wzburzenie, a ja wydam się aniołem...
Raul głosem i gestem aprobował stryjowi.
— Nie źle, — rzekł, gdy Clameran skończył, — nie źle, doprawdy...
— A więc, — dodał Ludwik, — zrozumiałeś mnie dobrze?
— Zrozumiałem, ale pisz do mnie.
— Rozumie się, tak samo i ty, gdyby co nowego zaszło w Paryżu...
— Będziesz miał depeszę.
— A nie trać z oczu mojego rywala, kasjera.
— Prospera!... nie ma niebezpieczeństwa. Biedny chłopiec! on jest teraz moim najlepszym przyjacielem. Zmartwienie wpędziło go na drogę, na której zginie. Doprawdy! są dni, w których mam wielką ochotę żałować go.
— Żałuj go, pozwól sobie.
Uścisnęli sobie raz jeszcze ręce i rozłączyli się w najlepszej komitywie na pozór, w gruncie nienawidząc się z całego serca.
Raul nie mógł wybaczyć Ludwikowi, że chciał go oszukać, wszystko ciągnąć ku sobie, kiedy on właśnie, Raul, przełamał największe trudności.
Ludwik znowu przerażony był postawą, jaką Raul przybrał. Dotąd był chłopcem posłusznym, uległym, jak żołnierz idący do szturmu z zamkniętemi oczyma, a teraz zaczyna brać na kieł. Przebiegłość bratańca zdała mu się dziwną, oburzało go, że zmuszony był rachować się z nim, co nigdy nie wchodziło w jego przewidywania.
Przytem raniły go wyrzuty, bardzo uzasadnione, przyznać to musiał, jakie spotkały go od Raula. Ubódł go do żywego w jego miłości własnej, mniemając się być człowiekiem zdolnym. Dziecko ośmieliło się go poniżyć. Gniew tak się w nim wzmagał, że wracając do domu brata, Ludwik poprzysiągł sobie zemścić się na Raulu i prędzej czy później, gdy go już potrzebować nie będzie, wymyślić środek na jego zgubę.
Ale obecnie tak się obawiał tego młodego wspólnika. że dotrzymując słowa, napisał doń nazajutrz długi list i tak samo dni następnych. Co więcej, rozumiejąc jak wiele na tem zależało, aby mu powrócić mocno zachwiane zaufanie, pisał z wielką swobodą, która inaczej nie byłaby do wytłumaczenia w człowieku tak roztropnym. Położenie zresztą nie zmieniło się wcale. Czarna chmura groziła wciąż na horyzoncie, ale się nie powiększała.
Gaston nie zdawał się już pamiętać, że pisał do Beaucaire, i ani razu nie wymienił imienia Walentyny.
Jak wszyscy ludzie co dużo pracował w życiu, potrzebował zajęcia i ruchu ciała, to też namiętnie zajmował się swojem nowem przedsiębiorstwem.
Hamernia wyczerpywała go zupełnie.
Traciła, kiedy ją nabył, poprzysiągł więc sobie postawić ją na takiej stopie, aby przynosiła korzyści jemu i krajowi.
Przyjął młodego inżyniera, który był równie zdolny jak śmiały, i już, dzięki prędkim ulepszeniom, zmianie metod, przyszli do tego, że dochód równoważył wydatkom.
— Tego roku, — mówił Gaston wesoło, — pokryjemy tylko koszta, ale na przyszły rok zarobimy dwadzieścia pięć tysięcy franków.
Na przyszły rok! Niestety!...
W pięć dni po odjeździe Raula, w sobotę po południu, Gaston nagle zasłabł.
Dostał jakichś mdłości i zawrotów, tak, że zupełnie ustać nie mógł na nogach.
— Znam ja to, — mówił, — miewałem takie zawroty w Rio, dwie godziny snu wyleczą mnie z tego. Położę się spać, niech mnie obudzą do objadu.
Ale w godzinie objadowej, kiedy służący przyszedł go uprzedzić, wcale nie było mu lepiej.
Po zawrotach nastąpił mocny ból głowy. Skronie biły mu z niesłychaną gwałtownością. W gardle czuł niewypowiedziane jakieś ściśnienie i suchość.
Nie dość na tem: język mu się plątał i nie był posłusznym myśli; chciał wymówić jaki wyraz, a wymawiał inny; nareszcie z trudnością i z boleścią otwierał i zamykał usta.
Ludwik, który poszedł do brata, chciał koniecznie posłać po lekarza, ale Gaston się oparł.
— Twój lekarz, — mówił, — obleje mnie lekarstwami i wprowadzi w chorobę, a to tylko lekka słabość, na którą znam lekarstwo.
Jednocześnie rozkazał Manuelowi, służącemu — a był to stary Hiszpan, który z dziesięć lat zostawał u niego w domu — aby mu sporządził limoniady.
Nazajutrz, rzeczywiście, Gaston zdawał się daleko zdrowszym.
Wstał, zjadł śniadanie z niezłym apetytem, ale o tej samej godzinie co wczoraj, też same boleści okazały się, tylko gwałtowniejsze.
Wtedy, nie pytając się Gastona, Ludwik posłał do Oloron po lekarza, któremu pewne kuracje w Eaux-Bonnes zrobiły reputację prawie europejską.
Lekarz oświadczył, że to nic, i kazał tylko postawić wizykatorje uapuszczone po wierzchu troszką morfiny. Przypisał także krople walerjanowe na winie.
Ale w nocy, po trzech godzinach spokojnego snu, bieg choroby zmienił się nagle.
Wszystkie symptomata od strony głowy ustąpiły, a natomiast przyszły kurcze tak okropne, że chory nie miał ani chwili spoczynku, wił się na łóżku nie mogąc miejsca sobie znaleźć. Lekarz, przybywszy zrana zdziwił się nieco, a nawet zadumał nad tą zmianą.
Zapytał, czy dla prędszego uśmierzenia boleści, nie przesadzono czasem dozy morfiny. Służący Manuel, który doglądał pana, odpowiedział, że nie.
Lekarz po opukaniu chorego przepisał pijawki, sulfat chininy w wielkich dozach, i odszedł oświadczając, że będzie nazajutrz.
Gaston gwałtownem wysileniem usiadł na łożu; rozkazał służącemu pójść do jednego z przyjaciół, który był adwokatem.
— I po co, wielki Boże? — zapytał Ludwik.
— Bo widzisz, mój bracie, potrzebuję jego rady. Nie łudźmy się, ja jestem bardzo źle; a tchórze tylko albo niedołęgi dają się wziąć śmierci niespodzianie. Jak zrobię rozporządzenie, będę spokojniejszy. Proszę spełnić moją wolę.
Gaston urządził już dawniej interesa swoje, gdy, przybywszy do Francji, zachorował w Bordeaux; ale jego miłość dla brata, którego znalazł, musiała zmienić jego intencje i rozporządzenia.
Teraz chciał poradzić się prawnika, by zredagować nowy testament i zapewnić cały majątek Ludwikowi.
Adwokat, po którego posłał, był to nie wielki człowieczek, bardzo znany w okolicy, rozumny, szacowany, biegły w sztukach prawniczych, i obracający się zwinnie w zakrętach kodeksu cywilnego, jak węgorz w stawie. Lubiący wykazywać swą zręczność, był jednym z tych niebezpiecznych palestrantów, którzy chętnie poświęciliby część honorarjów, aby mieć przyjemność obejść jaki bardzo wyraźny artykuł prawa.
Ilekroć dobrze się przejął intencjami swego klienta, miał sobie za największą przyjemność przywieść je do skutku najtańszym kosztem, zręcznie unikając opłat spadkowych zawsze znacznych.
Nastręczał się sposób bardzo prosty.
Jeżeliby Gaston przez jaki akt formalny przypuścił brata do swych przedsiębiorstw, przyznając mu dochód wyrównywający połowie swego majątku i potem umarł, Ludwik wniósłby opłatę tylko za resztę, to jest za połowę.
Gaston żywo zgodził się na tę fikcję. Nie dla tego, iżby myślał o oszczędności, jakaby ztąd nastąpiła na wypadek śmierci, ale, że widział w tem, gdyby pozostał przy życiu, sposobność podzielenia z bratem wszystkiego co posiadał, nie narażając delikatności uczuć braterskich.
Akt przeto spółki między panami Gastonem i Ludwikiem de Clameran został zredagowany, w celu wyzyskania hamerni, akt, który wkład Ludwika naznaczał na pięćkroć sto tysięcy franków.
Ale Ludwik, którego trzeba było uwiadomić o tem, ponieważ jego podpis był nieodzownym, wszystkiemi siłami opierał się projektem brata.
— Na co, — mówił, — wszystkie przygotowania? Na co ta pozagrobowa niespokojność, dla jakiejś słabości, o której za tydzień ani pamiętać nie będziesz? Czy myślisz, że zgodzę się na to, aby cię za życia odzierać? Póki żyjesz, wszystko co masz jest twojem, to wiadomo; jeżeli umrzesz, będę twoim spadkobiercą, czegóż chcesz więcej?
Daremne słowa! Gaston nie był człowiekiem, któryby wolę swoją lada czem dał odeprzeć.
Po długim i heroicznym oporze, który wyjawił i jego piękny charakter i rzadką bezinteresowność, Ludwik nie mogąc już znaleźć argumentów, naglony przez lekarza, zdecydował się położyć swój podpis pod umową sporządzoną przez adwokata.
Skończyło się. Dla sprawiedliwości ludzkiej, wobec wszystkich na świecie trybunałów, był odtąd wspólnikiem brata, właścicielem połowy jego dóbr.
A własność była stanowczą. Choćby sam Gaston chciał cofnąć swoje rozporządzenia, jużby nie mógł, tak wszystkie akta opatrzone były w formy legalne.
Najdziwniejsze wtedy wrażenia poruszały się w umyśle wspólnika Raula.
Tracił niemal głowę, oszołomiony tą zwykłą gorączką człowieka, który nagle, bez przejścia, trafem czy wypadkiem, pogrążony będąc w nędzy, staje się panem.
Czyby Gaston żył czy umarł, już Ludwik miał prawnie, uczciwie, dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu, nie licząc bieżących zysków hamerni.
Nigdy w życiu nie śmiał spodziewać się ani marzyć o takiem bogactwie. Życzenia jego nie tylko się spełniły, ale nawet przeszły miarę zakreśloną. Cóż mu odtąd brakowało?
Niestety! Brakowało mu możności używania w spokoju tych dostatków, przyszły za późno!
Ten majątek, co mu z nieba spadał i powinien był napełnić go radością, napełnił serce jego smutkiem i gniewem.
To szczęście, które go spotkało — o gorzka ironio losu! było najsroższą karą, jaką wyobrazić sobie mógł na przyszłe życie.
I zamiast przyznać, że jest sprawiedliwie ukaranym, sam obwiniał brata. Tak, on Gastona czynił odpowiedzialnym za całą grozę swego położenia.
Jego listy do Raula, przez dwa lub trzy dni, wykazywały doskonale wszystkie fluktuacje jego myśli i miały w sobie odbłysk niegodziwych uczuć, jakie w nim wrzały.
„Mam dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu, — pisał w parę godzin po podpisaniu aktu stowarzyszenia, — posiadam sam na siebie pięćkroć sto tysięcy franków. Połowa, co mówię, czwarta część tej sumy, byłaby mnie przed rokiem uczyniła najszczęśliwszym z ludzi. Na co mi się zdał ten majątek dziś? Na nic. Wszystkie złoto całego świata nie ujęłoby ani jednej z trudności naszego położenia. Tak, masz słuszność, byłem nieroztropny, drogo też płacę mój pospiech. Szaleństwem nawet byłoby zatrzymywać się. Bogaty czy ubogi, drżeć muszę, póki nademną wisi zejście się Gastona z Walentyną. Jakim sposobem rozdzielić ich na zawsze? Czy brat mój zaniecha widzenia się z tą tak ukochaną kobietą?“
Nie, Gaston nie wyrzekł się chęci szukania i znalezienia Walentyny, czego dowodem, że kilka razy w najdolegliwszych cierpieniach, wymawiał jej imię.
Bo nie polepszyło mu się wcale. Mimo najenergiczniejszego ratunku, symptomata zmieniły się, ale nie ustępowały. Wciąż bole przechodziły od serca do głowy, co raz mocniejsze, co raz gwałtowniejsze.
Jednakże ku końcowi tygodnia biedny chory miał dwa dni ulgi. Mógł wstać, posilić się nieco, a nawet przejść się trochę.
Ale był zaledwie cieniem samego siebie. W niecałe dziesięć dni postarzał o dziesięć lat. Choroba, na silne organizacje, jak Gastona, ma daleko więcej wpływu i łamie je bardzo prędko.
On, który przed dwoma tygodniami wydawał się w pełni dojrzałości i siły, słabszy był teraz jak dziecko, zgarbiony jak starzec. Nogi zaledwie dźwigały ciężar jego wychudłego ciała. Choć to było lato i upał wielki, drżał z zimna w południe na słońcu.
Wsparty na ramieniu brata, przeszedł łąką, aby rzucić okiem na hamernie, i usiadłszy obok pieca rozpalonego, mówił, że mu tam dobrze, że go ożywia to zgęszczone ciepło.
Nie cierpiał, czuł głowę lekką, oddychał lżej, jego złe przeczucia rozpierzchły się.
— Ja jestem zbudowany z cementu, — mówił do robotników, którzy go otaczali, — ja się z tego wygrzebię.
Mieszkańcy Oloronu, którzy przychodzili go odwiedzać, dali mu do zrozumienia, że może jego choroba pochodzi ze zmiany klimatu — i on sam nie przeczył temu.
— Stare drzewa nikną, jak je kto przesadzi, — mówił, — gdybym chciał długo żyć, powinienbym wrócić do Rio...
Cóż to za nadzieja dla Ludwika, z jakimże zapałem uczepił się tej myśli.
— Tak, — odpowiedział, — dobrzebyś zrobił, nawet bardzo dobrze; ja pojechałbym z tobą. Podróż z tobą do Brazylji byłaby dla mnie prawdziwą uciechą.
Ale cóż z tego! Projekta chorych są projektami dzieci! Nazajutrz Gaston miał całkiem inne myśli.
Utrzymywał, że nigdy nie mógłby się zdecydować na opuszczenie Francji. Zamierzał, jak tylko wyzdrowieje, zwiedzić Paryż. Poradziłby się tam lekarza, znalazłby Walentynę.
W miarę jak choroba jego przedłużała się, co raz więcej troszczył się o Walentynę, zdziwiony, że dotąd nie odbiera listu z Beaucaire.
Ta spóźniająca się odpowiedź tak mu leżała na sercu, że napisał w bardzo naglących wyrazach, żądając wiadomości odwrotną pocztą.
Lafourcade tego drugiego listu nigdy nie odebrał.
Zaraz tego samego wieczoru Gaston znowu zaczął narzekać. Te dwa czy trzy dni ulgi były tylko chwilowę przerwą choroby. Wszczęła się znów z energją i gwałtownością niesłychaną, i lekarz po raz pierwszy okazał oznaki niepokoju.
Od tej chwili rzeczywiście można było przewidywać smutny koniec. Boleści zmniejszyły się wprawdzie, skarżył się mniej, ale dla tego tylko, ze siły odbiegały i następowała bezwładność. Co godzina bicie serca wolniało, kończyny ziębły.
Nareszcie czternastego dnia choroby, zrana, Gaston, który całą noc leżał bezwładny, zdawał się ożywiać.
Posłał po księdza i został z nim sam na sam blisko pół godziny, oświadczając, że umrze po chrześcjańsku, jak jego przodkowie.
Potem kazał drzwi otworzyć na rozcież i zawołać wszystkich robotników. Pożegnał ich i oświadczył, że pamiętał o ich losie.
Po ich odejściu, wymógł na bracie przyrzeczenie, że zatrzyma nadal hamernię, ucałował go po raz ostatni, i opadając na poduszki, wszedł w stan konania.
O samem południu, bez żadnych wstrząśnięć wyzionął ducha.
Odtąd Ludwik został naprawdę margrabią de Clameran, miljonerem.
We dwa tygodnie potem, Ludwik urządziwszy swoje interesa i porozumiawszy się z inżynierem prowadzącym hamernię, wsiadł na kolej żelazną.
W przeddzień wysłał do Raula znaczący telegram: „Przybywam!“

VII.

Raul wierny programowi skreślonemu przez wspólnika, usiłował w Paryżu odzyskać serce pani Fauvel, stracone zaufanie, słowem przejednać ją.
Było to zadanie trudne, ale nie niepodobne.
Pani Fauvel srodze była zmartwioną postępkami Raula, przerażona jego wymaganiami; ale nie przestała go kochać.
Cokolwiekbądź uczynił, cokolwiekbądź mógł uczynić, zawsze był dziecięciem jej pierwszej miłości, żywem przypomnieniem tego pięknego i szlachetnego Gastona, który był panem serca jej i myśli.
Kochała ona dwóch swoich synów, Łucjana i Abla; ale nie mogła opędzić się jakiejś pobłażliwej słabości dla tego nieszczęśliwego, którego niegdyś z rąk jej wydarto i oddano najemnicy, który tak długo pozbawiony był pieszczot macierzyńskich i rodzinnych uciech.
Siebie obwiniała o jego szaleństwa, i przyjmowała za nie odpowiedzialność wobec własnego sumienia, mówiąc: — Moja wina, moja bardzo wielka wina!
Raul odczuł doskonale jej myśli i zdolnym był je wyzyskać.
I wyznać trzeba, nigdy może jeszcze tak ujmujące pozory nie były na zawołanie tak wielkiej przewrotności.
Pod maską dziwnej niewinności, wczesny ten łotr ukrywał nadzwyczajny zmysł obserwacyjny.
Mógł stosownie do woli przybrać się we wszystkie wdzięki młodzieńczego wieku i powaby naiwności. Aniołowie lubiliby się przeglądać w jego pięknych, przezroczystych oczach. Głos jego, to męski, to dziecięcy, miał te miękkie odcienia lub drżące drgania, które rozczulają i mięszają kobiety.
Podczas całomiesięcznej nieobecności Ludwika, obdarzył panią Fauvel szczęśliwością, o jakiej nie miała wyobrażenia.
Nigdy ta matka rodziny, tak prawdziwie niewinna, mimo tych awantur, w jakie popchnął ją błąd, nie marzyła o takich upojeniach. Uczucie dla tego syna wstrząsało nią niby miłość występna: łączyło ono w sobie jej gwałtowność, rzewność, tajemniczość. Dla niej miał on to, czego nie miewają inni synowie: zalotność, czułość, uwielbienie młodego amanta.
Ponieważ mieszkała na wsi, a pan Fauvel wyjeżdżał zaraz zrana i zostawiał jej swobodę dnia, przeto niemal cały czas trawiła u Raula w jego mieszkaniu w Vésinet. Często wieczorem, nie mogąc się nasycić jego widokiem, nasłuchać się go, wymagała, by pojechał z nią na objad i został na cały wieczór.
Przebaczała mu wszystkie winy przeszłe, a raczej zrzucała je na Clamerana, o którym wiedziała że jest nieobecnym.
— Teraz, — mówiła, — gdy Raul nie ulega już złym radom swego stryja, staje się znowu tem, czem jest w istocie: szlachetnym, kochającym, zacnym jak jego ojciec!
To życie kłamstwa nie nudziło Raula. Nabierał zamiłowania do swej roli jak dobry aktor. Posiadał tę zdolność, która wyradza znakami tych oszustów: łudził się oszukaństwem własnem. W niektórych razach nie wiedział już sam, czy mówi prawdę, czy gra podłą komedję.
Ale za to jaki sukces! Nawet Magdalena, owa roztropna i niedowierzająca Magdalena, nienawracając się stanowczo na stronę młodego awanturnika, może i zaczynała myśleć, czy zanadto ufając pozorom, nie była zbyt niesprawiedliwą.
O pieniądzach nie było ani mowy. Ten poczciwy syn żył wiatrem.
Raul tryumfował więc za przybyciem Ludwika z Oloron, który miał czas skombinować i dojrzale obmyśleć plan postępowania.
Chociaż już bardzo bogaty, postanowił nic na teraz nie zmieniać w sposobie życia. Zamieszkał w hotelu Louvre, jak przedtem.
Jedynym jego nowym wydatkiem był powóz, którym powoził dawny służący Gastona, Manuel, który zgodził się pozostać i nadal w służbie, choć go pan w testamencie, jeżeli nie zbogacił, to przynajmniej uposażył nad potrzebę.
Marzeniem Ludwika, celem jego ambicji i wszystkich usiłowań było zajęcie miejsca między pierwszymi przemysłowcami Francji.
Więcej niż tytułem margrabiego błyskał w oczy tytułem właściciela hamerni.
Tyle w swem życiu awanturniczem potrącił baronów po traktjerniach i książąt przy zielonych stolikach, że w końcu przestał wierzyć w szlachecki urok. Jak tu w tem odróżnić prawdę od fałszu? Mówił sobie, że co tak łatwo wziąć można, nie musi mieć wielkiej wartości.
Doświadczył na samym sobie, że wiek nasz zbyt mało romantyczny, o tyle przywiązuje wartość do herbów, o ile właściciel ich może je uwydatnić na pięknej karecie.
Można być bardzo dobrze margrabią bez margrabstwa, ale nie można być właścicielem hamerni bez zakładu.
Ludwik teraz łaknął poważania. Wszystkie upokorzenia połknięte a niestrawione ciężyły mu w żołądku.
Tyle się nagryzł, tyle zniósł zelżywości, tyle policzków przesunęło się po jego twarzy, że pałał chęcią pomsty. Po najpodlejszej młodości pragnął mieć szanowaną starość.
Przeszłość mało go niepokoiła. Znał dobrze świat i wiedział, że turkot kół jego powozu zagłuszy okrzyki tych, co znali go w młodości.
Takie to myśli zaprzątały głowę Ludwika w ciągu dwudziestu godzin drogi koleją żelazną z Pan do Paryża.
O Raulu ani pomyślał; potrzebował go jeszcze, zamierzał spożytkować jego zręczność, a potem postanowił pozbyć się chłopca za grubą nagrodę, lub przykuć go do swojej doli.
Znaleźć można ślad tych wszystkich myśli w pugilaresie, który Ludwik miał z sobą w drodze.
W hotelu Louvre miało miejsce pierwsze widzenie się dwóch wspólników.
Wszystko przekonywa, że było burzliwe.
Raul, chłopiec praktyczny, utrzymywał, że powinni poprzestać na otrzymanych już tak szczęśliwych rezultatach, i że głupstwem byłoby żądać większych korzyści.
— Na czem-że nam zbywa? — mówił do stryja, i to samo pisał w kilka dni później, — czego nam więcej pożądać? mamy przeszło milion, podzielmy się i siedźmy cicho. Powiodło się nam bardzo szczęśliwie, wierzaj mi, nie kuśmy losu.
Ale to umiarkowanie nie było w guście Ludwika.
— Jestem bogaty, — mówił, — ale mam inne ambicje. Chcę i muszę ożenić się z Magdaleną. Oh! ona będzie moją przysiągłem sobie. Najsamprzód, ja ją kocham; następnie, zostawszy powinowatym jednego z najbogatszych bankierów stolicy, nabywam od razu ogromnego znaczenia.
— Narażasz się bardzo, mój stryju, upędzaniem się za Magdaleną.
— Zgoda, narażam się, tak mi się podoba!... Zamiarem moim jest podzielić się z tobą, ale dopiero nazajutrz po ślubie. Posag Magdaleny będzie twoim udziałem.
Raul zamilkł. Clameran miał pieniądze, był panem położenia.
— Ty nie wątpisz o niczem, — rzekł tonem niezadowolenia, — czyż zapytałeś się siebie, jak wytłumaczysz tę nową fortunę? Wiadomem jest u pana Fauvela, że jakiś Clameran, którego nie znałeś, boś tak sam oświadczył, mieszkał w Oloron, miał nawet fundusze swoje w tym domu. Cóż odpowiesz, gdy cię zapytają, kto jest ten Clameran i jakim sposobem zostałeś jego ogólnym spadkobiercą?
Ludwik ruszył ramionami.
— Naiwny jesteś, mój synowcze!
— Wytłumacz że mi to, wytłumacz!...
— Bardzo łatwo! Dla bankiera, jego żony i Magdaleny, ten Clameran z Oloron będzie synem naturalnym mojego ojca, a więc moim bratem, urodzonym w Hamburgu, i przyznanym przezeń podczas emigracji. Czyż to nie prosta rzecz, że chciał zbogacić moją rodzinę? I to właśnie opowiesz jutro twojej czcigodnej mamie.
— To bardzo zuchwale!
— Dla czego?
— Mogą się przecież wywiadywać.
— Kto? bankier? A to w jakim celu? Co go to obchodzi, czy ja mam, czy nie mam brata naturalnego? Jestem spadkobiercą, tytuły moje są w porządku, zapłaci mi i koniec.
— Z tej strony zapewne...
— Czy myślisz że pani Fauvel i jej siostrzenica będą się wywiadywać? Dla czego? Czy mają jakie podejrzenie? Nie. Najmniejszy wreszcie krok może je skompromitować. Choćby nawet wiedziały naszą tajemnicę, ja ich się nie obawiam, bo one z nich żadnego użytku nie zrobią.
Raul namyślał się, szukał zarzutów i nie mógł znaleźć.
— Dobrze, — zawołał, — będę ci posłusznym; ale już teraz przestanę liczyć na kieszeń pani Fauvel!
— A to dla czego? jeśli łaska...
— Jużciż teraz, skoro jesteś bogatym, mój stryju...
— I cóż ztąd? — odrzekł tryumfująco Ludwik. — Wszakże jesteśmy poróżnieni, czyż nie mówiłeś przed niemi o mnie tyle złego, że masz prawo odmówić pomocy z mej ręki? Daj-no pokój! dobrze ja wszystko przewidziałem, a jak ci wyjaśnię mój plan, zawołasz razem ze mną: — Zwyciężymy!
Plan Ludwika Clamerana był bardzo prosty, i przez to na nieszczęście, przedstawiał wielkie widoki powodzenia.
— A więc, — mówił, — porozumiejmyż się i ustanówmy nasz bilans. Jeżeli dotąd, mój panie synowcze, nic nie zrozumiałeś z moich manewrów, wyłożę ci je zaraz.
— Słucham.
— Ja pierwszy przyszedłem do pani Fauvel i nie powiedziałem jej: „Pieniądze lub życie,“ coby nic nie znaczyło, ale: „Pieniądze lub honor!“ Był to twardy orzech. Przeraziłem ją, tegom się spodziewał, i nabawiłem ją najgłębszego wstrętu.
— Wstrętu? to słaby wyraz, stryjaszku.
— Wiem. Wtedy to poszukałem i znalazłem ciebie, i wprowadziłem na scenę. Nie chcę ci pochlebiać, od razu otrzymałeś sukces znamienity. Byłem świadkiem, ukryty za portjerą, twojego pierwszego widzenia się; byłeś jednem słowem szczytny! Zobaczyła cię, pokochała, przemówiłeś i opanowałeś jej serce.
— I gdyby nie ty...
— Pozwól-że mi mówić. Był to pierwszy akt naszej komedji. Przejdźmy do drugiego. Twoje szaleństwa, wydatki wkrótce zmieniły wzajemne sytuacje. Pani Fauvel nie przestała cię kochać, tak, bo podobnym jesteś do Gastona! ale przelękła się ciebie. Przelękła się tak, że rzuciła się w moje objęcia, że zrezygnowała się prosić mnie o poparcie i pomoc.
— Biedna kobieta!...
— Spisałem się dzielnie, przyznaj, w tej okoliczności. Byłem poważny, zimny, ojcowski, oburzający się, ale czuły. Dawna prawość Clameranów szlachetnie przemawiała przez moje usta. Zganiłem jak należało naganne postępowanie. W tym czasie tryumfowałem twoim kosztem. Wbrew pierwej powziętym przekonaniom, pani Fauvel polubiła mnie, błogosławiła, powzięła ku mnie szacunek.
— Odległy to czas...
Ludwik nie raczył uwzględnić ironicznej uwagi synowca.
— Przychodzimy, — mówił dalej, — do trzeciej fazy, podczas której pani Fauvel słuchając rad Magdaleny, oceniła nas prawie według naszej rzeczywistej wartości. Oh! nie łudź się, ona obawiała się nas i pogardzała nami zarówno jednym jak drugim. Jeżeli nie wybuchła przeciw tobie całą nienawiścią, to widzisz dla tego Raulu, że serce matki, zwłaszcza w położeniu, w jakiem znajduje się pani Fauvel, posiada nieprzebrane skarby przebaczenia i pobłażania, jakiemiby całe piekło wykupić można. Jedna tylko matka może jednocześnie pogardzać swym synem i przepadać za nim.
— Ona mi to, jeśli nie powiedziała wyraźnie, to przynajmniej dała poznać w taki sposób, że byłem wzruszony... ja!
— Ba! a ja! Słowem, tak stały nasze rzeczy: pani Fauvel drżała, Magdalena poświęcając się, odprawiła Prospera i zgodziła się przyjąć moją rękę, gdy w tem doszła nas wieść o istnieniu Gastona. Odtąd cóż się stało? Ty potrafiłeś w oczach pani Fauvel stać się bielszym od świeżo upadłego śniegu, a mnie zrobiłeś czarniejszym od smoły piekielnej. Ona znów powróciła do uwielbiania twoich szlachetnych przymiotów, bo w oczach jej i Magdaleny, ja tylko zgubnym moim wpływem popychałem cię do złego...
— Masz zupełną słuszność, czcigodny stryju...
— Dochodzimy tedy do piątego aktu; tem samem musimy nowy zwrot wprowadzić do naszej sztuki.
— Nowy zwrot?...
— Wydaje ci się trudnym, nieprawdaż? Nic prostszego. Słuchaj mnie dobrze, bo od twojej zręczności zależy przyszłość.
Raul usadowił się w fotelu z miną zdeterminowanego słuchacza i rzekł:
— Słucham cię.
— Owoż jutro, — rzekł Ludwik, — pójdziesz do pani Fauvel, i powiesz jej o Gastonie tak, jakeśmy się tylko co umówili. Nie uwierzy ci, mniejsza o to. Główna rzecz, żebyś jak najmocniej był przekonanym o szczerości swego opowiadania.
— Będę przekonanym.
— Ja za cztery lub pięć dni zobaczę się z panem Fauvelem i potwierdzę mu to, o czem prawdopodobnie pisał mu już mój notarjusz z Oloron, to jest, że fundusze złożone w jego domu, do mnie należą. Powtórzę na jego intencję historję o synu naturalnym i będę go prosił, aby zachował jeszcze te pieniądze, które teraz nie są mi potrzebne. Ponieważ ty, mój synowcze, jesteś chodzącem niedowierzaniem, ten depozyt będzie przeto dla ciebie rękojmią mojej szczerości.
— Pomówimy o tem później.
— Następnie, miły mój synowcze, pójdę do pani Fauvel i powiem jej mniej więcej tak: „Będąc bardzo ubogim, kochana pani musiałem zobowiązać panią, abyś przyszła w pomoc synowi mojego brata, który jest twoim synem. Chłopiec ten jest łotrem...
— Dziękuję, stryju!
— ...On nabawił cię tyle zmartwienia, zatruł życie twoje, które powinien był upiększyć, — wybacz mi pani i wierz, że szczerze żałuję. Dziś jestem bogaty, i przychodzę oświadczyć pani, że odtąd sam myślę zająć się teraźniejszością i przyszłością Raula.“
— I ty to nazywasz planem?
— Zaraz zobaczysz. Na to oświadczenie prawdopodobnie pani Fauvel będzie miała chęć rzucić mi się na szyję. Tego jednak nie uczyni, bo ją powstrzyma myśl o Magdalenie, ale zapyta mnie, czy teraz, gdy jestem bogaty, nie odstąpię Magdaleny? Na co ja odpowiem stanowczo: Nie. Będzie to nawet sposobność do pięknego popisania się z bezinteresownością. — „Pani sądziłaś, że jestem chciwy, powiem jej — omyliłaś się. Mnie, jak każdego innego zachwyciły wdzięki, powaby, umysł i piękność panny Magdaleny, i... pokochałem ją. Choćby nie miała grosza majątku, jeszcze na kolanach prosiłbym o jej rękę. Było zdecydowanem, że będzie moją żoną, pozwól mi pani nalegać na ten jedyny punkt naszej umowy. Za taką tylko cenę będę milczał. Ażeby pani dowieść, że za nic uważam jej posag, daję pani słowo honoru, że na drugi dzień po ślubie wręczę Raulowi dokument, zapewniający mu z mojej strony dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu.“
Ludwik wyrażał się takim tonem, głosem tak pociągającym, że Raul, artysta w oszukaństwie, był najsamprzód olśniony.
— Wspaniale! — zawołał, — ten ostatni frazes wykopie przepaść między panią Fauvel a jej siostrzenicą. To zapewnienie majątku dla mnie, może przeciągnąć matkę na naszą stronę.
— Spodziewam się, — odrzekł Ludwik tonem fałszywej stronności, — tem więcej tego się spodziewam, że dostarczę tej szanownej damie argumentów, któremi się we własnych oczach usprawiedliwi. Bo widzisz, kiedy ktoś proponuje komuś uczciwemu jaką maleńką, jak to powiedzieć?... transakcję, to powinien zarazem przedstawić usprawiedliwienia, żeby sumienie ubezpieczyć. Nieinaczej postępuje djabeł. Dowiodę pani Fauvel i jej siostrzenicy, że Prosper oszukał ich niegodnie. Pokażę, jako ten chłopiec obarczony jest długami, hula, gra w karty, i że, dosyć powiedzieć, żyje publicznie z kobietą straconą...
— I piękną nadewszystko, nie zapominaj, że senora Gypsy jest zachwycającą; powiedz im to mianowicie, a dobijesz go.
— Nie obawiaj się, będę wymowny i moralny, jak samo ministerjum oświecenia publicznego. Potem dam do zrozumienia pani Fauvel, że jeśli ona prawdziwie kocha swoją siostrzenicę, to powinnaby chcieć wydać ją zamąż, nie za jakiegoś kasjerzynę, subalterna bez grosza, ale za człowieka znaczącego, za wielkiego przemysłowca, dziedzica jednego z najpiękniejszych imion we Francji, za margrabiego, który może rościć tytuły do najświetniejszych stanowisk w kraju, wreszcie za człowieka bogatego, który i tobie nawet może dać stanowisko.
Sam Raul ujęty był tą perspektywą.
— Jeżeli jej tem od razu nie pokonasz, to zawsze zrobisz wyłom.
— O, ja nie spodziewam się zmiany nagłej. Ja tylko ziarno rzucę do jej umysłu; dzięki tobie, ono wykiełkuje, rozwinie się i wyda owoc.
— Dzięki mnie?
— A tak, pozwól mi skończyć. To powiedziawszy znikam, nie pokazuję się wcale, ty występujesz na scenę. Bardzo naturalnie, matka twoja powtarza ci naszą rozmowę, ztąd będziemy mieli miarę wywołanego efektu. Ale ty powstajesz na samą myśl przyjęcia czegobądź odemnie. Oświadcz energicznie, że wolisz ponosić wszelki brak, nędzę — powiedz nawet — głód, — w zapędzie retorycznym, — niżeli przyjąć coś od człowieka, którego nienawidzisz... od człowieka, który... wreszcie widzisz ztąd całą scenę.
— Widzę ją i czuję. Role patetyczne zawsze mi się pięknie udają, jak mam czas się do nich przygotować.
— Doskonale. Tylko, że ta twoja szlachetna bezinteresowność nie przeszkodzi ci wrócić znowu do życia marnotrawnego. Więcej niż kiedykolwiek będziesz grał i trwonił. Trzeba ci będzie pieniędzy, ustawicznie pieniędzy, będziesz naglił bez miłosierdzia. I uważaj, że ze wszystkiego co wydrzesz, nie będę cię wcale pytał o rachunek, będzie to zupełnie twojem.
— Ha! skoro tak to rozumiesz...
— Więc pójdziesz krokiem niezachwianym?
— Bądź spokojny.
— Oto mi tylko chodzi. Trzeba, ażebyś w ciągu trzech miesięcy wyczerpał wszystkie zasoby, rozumiesz? wszystkie! i to obu tych kobiet. Trzeba, abyś je doprowadził do tego, żeby nie wiedziały już co począć. Ja chcę, aby we trzy miesiące zostały bez pieniędzy, bez żadnego klejnotu, bez niczego...
Ludwik Clameran wyrażał się z takiem ożywieniem, z namiętną gwałtownością, że Raul brał się za głowę.
— Więc ty tak bardzo nienawidzisz te nieszczęśliwe kobiety? — zapytał.
— Ja? — zawołał Ludwik z okiem iskrzącem, — ja miałbym je nienawidzieć? Czyż nie widzisz ślepy, że kocham Magdalenę, tak jak kochają w moim wieku, to jest do szaleństwa? Czyż nie czujesz, że myśl o niej ogarnia całą moją istność, że żądza gore w moim mózgu, że imię jej gdy je wymawiam, pali usta moje?...
— I nic cię to nie mięsza, że gotujesz jej najcięższe boleści?
— Muszę! Czyżby była kiedy moją bez tych strasznych cierpień, bez gorzkich zawodów? Ja ukażę się dopiero w chwili, gdy ty doprowadzisz panią Fauvel i jej siostrzenicę do przepaści, której ujrzą głębię. Kiedy one uważać się będą za stracone bez nadziei, wtedy ja je ocalę. Bądź spokojny. Pozostawiłem dla siebie bardzo piękną scenę, i będę umiał tchnąć w nią taką wielkość i szlachetność, że wzruszy się serce Magdaleny. Ona mnie nienawidzi, tem lepiej! Jak raz zobaczy i przekona się, że tylko osoby jej pragnę, nie zaś jej pieniędzy, przestanie mną pogardzać. Nie ma kobiety, którejby nie ujęło wielkie uczucie, a uczucie usprawiedliwia wszystko. Nie powiadam że mnie będzie kochać, ale połączy się ze mną bez wstrętu, a więcej nie żądam.
Raul zamilkł, przerażany tylą cynizmu, tylą zimnej przewrotności. Clameran wykazał swoją ogromną wyższość w złem, a uczeń podziwiał mistrza.
— Udałoby ci się stryju, — powiedział, — gdyby nie ten uwielbiany kasjer. Ale między Magdaleną a tobą stanie zawsze, jeżeli już nie sam Prosper, to przynajmniej jego wspomnienie.
Ludwik uśmiechnął się szatańsko; do śmiechu dodał gest tak gniewny i pogardliwy, że cała jego fizjognomja przybrała wyraz bardzo znaczący i przerażający.
— O Prospera, — rzekł rzucając wypalone cygaro, — dbam jak o ten niedopałek.
— Ale ona go kocha.
— Tem gorzej dla niego. Za pół roku przestanie go kochać; on już i teraz jest moralnie zgubionym. W chwili, gdy mi się będzie podobało, dokonam tego. Czy wiesz dokąd prowadzą złe drogi, mój synowcze? Prosper ma kosztowną kochankę, jeździ powozem, ma bogatych przyjaciół, gra w karty. Czy ty grasz także?... Potrzeba mu będzie pieniędzy po kilku nocach nieszczęśliwej gry; długi karciane płacą się we dwadzieścia cztery godzin, on będzie musiał zapłacić, a... ma kasę.
Tu już Raul zaprotestował:
— Oh!...
— On jest prawym człowiekiem, powiesz mi? Wiem i ja o tem. Ja również nim czapkę przez płot przerzuciłem, byłem uczciwym. Gdyby był łotrem, byłby już oddawna wyspowiadał Magdalenę i zmusił nas do zwinięcia obozu. On jest kochanym, powiadasz? Cóż więc za klejek płynie w jego żyłach, że pozwala wydrzeć sobie ukochaną kobietę? Ah! gdybym raz uczuł rękę Magdaleny drgającą w mojej, gdyby tchnienie ust jej owiało moje skronie... cały świat by mi jej nie wydarł. Biada temu, ktoby mi stanął na drodze! Prosper mi stoi na drodze, więc go usunę. Ja z pomocą twoją podejmuję się wtrącić go w taką kałużę, że myśl Magdaleny nie pójdzie za nim.
Głos Ludwika wyrażał taką wściekłość, tak okropną żądzę zemsty, że Raul rzeczywiście wzruszony, zamyślił się. Po chwili przemówił:
— Ty przeznaczasz mi rolę ohydną.
— Czyżby mojego synowca zdejmowały skrupuły? — zapytał Clameran tonem żartobliwym.
— Skrupuły... niezupełnie; wyznaję jednak...
— Co? że mas z ochotę się cofnąć? To trochę zapóźno. Aha!... Paniczowi podobają się wszystkie roskosze przepychu, chciałby mieć pełne kieszenie złota, konie rasowe, słowem wszystko, co błyszczy i wzbudza zazdrość... ale obok tego panicz chce pozostać cnotliwym. W takim razie trzeba się było urodzić właścicielem renty. Głupcze!... Czy widziałeś kiedy, aby ludzie jak my czerpali miljony z czystych źródeł cnoty? Trzeba łowić ryby w błocisku, a potem się obmyć.
— Nigdy wprawdzie nie miałem tyle, żeby być uczciwym, — pokornie odrzekł Raul; — ale znowu męczyć dwie kobiety bezbronne, zabijać biedaka, który widzi we mnie swego przyjaciela, do licha! to trochę za ostro!...
Opór ten, który Ludwik de Clameran nazywał śmiesznością i głupstwem, oburzył go do najwyższego stopnia.
— Słuchaj! — zawołał, — dalipan przejmujesz mnie litością. Tu się nadarza sposobność niesłychana, niespodziewana, najnieprawdopodobniejsza do zrobienia fortuny, a ty się narowisz. Tylko osieł spragniony nie chce pić z naczynia, dlatego, że na dnie jego widzi nieco mułu. Tybyś może wołał jakie drobne szelmostwa, nieprawda? Gdzież twój system prowadzi? Do szpitalu, lub do prochowni, pod protekcją żandarmów. A wiesz ty jak ja stałem przed rokiem, po dwudziestu latach cudów, przed któremi bledną wszystkie dyplomacje? Oto z miłością wpatrywałem się w moje pistolety. Czyż wołałbyś żyć, siedząc na fartuszku pani Fauvel i wyciągać co miesiąc jaki bilet tysiącowy, po wielu zalotach i pieszczotach?
— Nie jestem ani ambitny, ani okrutny.
— A zresztą, jeśli pani Fauvel umrze jutro, cóż wtedy poczniesz? Czy pójdziesz z krepą na kapeluszu prosić wdowca, aby ci dalej płacił pensyjkę?...
Raul przerwał stryjowi gniewnym ruchem.
— Przestań, — rzekł, — nigdy nie miałem zamiaru cofać się! Jeżelim ci wyjawił moje zarzuty, to dla tego, że chciałem ci wykazać, jakich podłości oczekujesz po mnie, i zarazem, że bezemnie nic nie możesz.
— Nigdy temu nie przeczyłem.
— Więc powiedz że mi, czcigodny stryju, jaki ma być mój udział w tym interesie? Tylko proszę bez żadnych czczych słówek. Co mi ofiarujesz w razie powodzenia? Co mnie czeka jeżeli chybimy?
— Powiedziałem ci już, że będziesz miał dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu, a wszystko co uzyskasz do dnia mojego ślubu, w to nie wchodzę, to twoja osobista własność.
— Dobrze, przystaję na warunki; a gdzie rękojmia?
Na tym gruncie postawiona kwestja musiała być długą i trudną do załatwienia. Dwaj wspólnicy znali się; obaj mieli doskonałe powody, by sobie wzajem nie ufać.
— Czegoż się obawiasz? — powtarzał Clameran.
— Wszystkiego, — odpowiedział Raul. — Do kogo pójdę na skargę jeżeli ty mnie oszukasz? Czy mam się udać po sprawiedliwość do tego małego sztylecika, który widzisz? Nie, dziękuję, kazanoby mi zapłacić za twoją skórę tyle, ile za najuczciwszego człowieka...
Nareszcie po nieskończonych debatach, urządzili rzecz ku obopólnemu zadowoleniu i rozłączyli się z mnóstwem rąk uściśnień.
Niestety pani Fauvel i jej siostrzenica nie omieszkały odczuć skutków tego sojuszu, zawartego między dwoma nędznikami.
Wszystko, jota w jotę odbyło się tak jak przewidział i ukartował Ludwik de Clameran.
Raz jeszcze, i to wtedy właśnie, gdy pani Fauvel zaczęła wolniej oddychać, postępowanie Raula zmieniło się nagle. Marnotrawstwo jego rozpoczęło się w najlepsze.
Dawniej pani Fauvel mogła się pytać: „Gdzie podziewa wszystkie pieniądze, które mu daję?“ Teraz nie potrzebowała zadawać już sobie tych pytań.
Raul objawiał namiętności wyuzdane; pokazywał się wszędzie ubrany jak ci złoceni młodzieńce, którzy są delicjami bulwarów; widywano go na pierwszych przedstawieniach w teatrze na najdroższem miejscu, a na wyścigach w czterokonnym powozie.
Nigdy też nie miał tak naglącej potrzeby pieniędzy, nigdy pani Fauvel nie była narażona na tak krzyczące wymagania i tak często powtarzane.
Dawniej przychodził po pieniądze z mnóstwem korowodów, z osłonięciem, z prośbą. Teraz przemawiał jak pan, jak gdyby żądał rzeczy należnej, wymagał, a za najmniejszą odmową groził z miną karczemnego Don Juana, zadającego gwałt swojej ofierze.
Takim sposobem środki jawne pani Fauvel i jej siostrzenicy wyczerpały się wkrótce. W ciągu miesiąca nędznik roztrwonił wszystkie ich zasoby. Wtedy uciekły się do tych smutnych wybiegów, jakiemi kobiety przez tajemne wydatki doprowadzają dom do ruiny. We wszystkiem zaprowadziły sromotne oszczędności. Kazano czekać dostawcom, brano na kredyt. Potem same zwiększały rachunki dostawców, a nawet wymyślały niebyłe. Obie pozwalały sobie tak kosztownych fantazji, że raz pan Fauvel rzekł do nich z uśmiechem:
— Moje panie, coś stajecie się bardzo zalotnemi.
Biedne kobiety! Całemi miesiącami nie sprawiały sobie nic, żyły świetnością przeszłą, przerabiały stare suknie, ubolewając nad swem położeniem, które zmusza do pewnej wytworności.
Przezorniejsza od ciotki swej Magdalena, widziała nie bez obawy zbliżenie się chwili, w której trzeba będzie odpowiedzieć: Nie. A wtedy wszystko się odkryje.
Ale chociaż widziała, że wszystkie ofiary są bezużyteczne, milczała. Delikatność uczuć, która ocenią wszystkie piękne dusze, kazała jej pod pozorem względnej spokojności ukrywać całą grozę. Dla tego właśnie, że czyniła ofiarę z siebie, nie mogła uczynić najmniejszej uwagi, któraby wyglądała na przyganę.
— Jak Raul przekona się nareszcie, że nic dla niego nie możemy, mówiła do ciotki, ustatkuje się i wróci do siebie.
Nadszedł jednak ów dzień, w którym i Magdalena i jej ciotka ogołocone zostały ze wszystkiego co się zowie.
W przeddzień pani Fauvel miała na objedzie kilka osób, i z wielką trudnością zdołała uzbierać tyle pieniędzy, ile kucharz potrzebował.
Raul zjawił się tego dnia. Nigdy, jak utrzymywał, nie znajdował się w tak wielkim kłopocie; potrzeba mu było koniecznie dwóch tysięcy franków.
Daremnie wykazywano mu stan rzeczy, daremnie zaklinano go, nie chciał słyszeć o niczem, był straszny, nieubłagany.
— Ależ ja już nic nie mam, nieszczęśliwy! — powtarzała pani Fauvel zrozpaczona, — nic, co się zowie, zabrałeś mi wszystko. Zostają mi tylko klejnoty moje, chcesz je? Jeżeli ci się na co przydadzą, to zabieraj.
Jakkolwiek młody szubienicznik doszedł do wielkiego stopnia bezwstydu, zarumienił się jednak.
Litość go zdjęła dla tej nieszczęśliwej kobiety, która była dla niego tak dobrą, tak pobłażającą, która tylekroć obsypywała go macierzyńskiemi pieszczoty. Żałował tej nieszczęśliwej dziewicy, szlachetnej ofiary wypadków, do których niczem się nie przyłożyła.
Ale przyrzekł; wiedział, że potężne ramię zatrzyma te kobiety nad brzegiem przepaści; widział majątek, ogromny majątek u kresu tych wszystkich infamii, które wreszcie obiecywał sobie sowicie okupić później.
Otrząsł się więc z rozczulenia, i brutalnym głosem odpowiedział matce:
— Daj! pójdę do lombardu.
Pani Fauvel dała mu szkatułkę z djamentami. Był to podarunek od jej męża, ofiarowany w dniu, w którym rozpatrzywszy się w swem położeniu, pan Fauvel przekonał się, że posiada miljon.
A tak okropne było położenie tych dwojga kobiet, które otaczał książęcy przepych, na których rozkazy czekało sześciu służących, których zaprzężone konie pieniły się w dziedzińcu, że zaklinały Raula, aby im odniósł choć cząstkę tego, co otrzyma w lombardzie.
Przyrzekł i dotrzymał słowa.
Ale ukazano mu nowy środek, kopalnię nową, którą on też wyzyskiwał do nadużycia.
Po jednym wszystkie stroje djamentowe pani Fauvel przeszły w jego ręce; za niemi poszły klejnoty Magdaleny.
Niedawny proces, który ukazał, jak pewną młodą jeszcze i piękną kobietę przez pięć lat udręczał sromotny złoczyńca, co dobrał się do jej korespondencji — proces, którego czytanie rumieńcem wstydu oblewa czoło, okazał nam, do jakiego stopnia dojść może podłość ludzka.
A sromoty te nie są tak rzadkie, jak się komu wydaje.
Ileż to ludzi żyje z ukradzionej tajemnicy, którą wyzyskują, począwszy od woźnicy, co perjodycznie wydziera po dziesięć luidorów nieroztropnej kobiecie, którą woził na schadzkę, aż do łotra w białych rękawiczkach, który przejąwszy jakąś kombinacje finansową, zmusza interesowanych, aby mu zapłacili za jego milczenie.
Jest to najpodlejsza ze zbrodni, którą, na nieszczęście, prawo rzadko może ubiedz i ukarać.
„Wykradanie tajemnic — mówił jeden z dawnych prefektów policji — jest to przemysł, który w samym tylko Paryżu żywi do tysiąca indywiduów. Czasami znamy ofiarę, a mimo to skazani jesteśmy na bezczynność. Co większa, choć się nam czasem uda schwytać złoczyńcę na gorącym uczynku, ofiara z obawy, aby się jej tajemnica nie wydała, zwraca się przeciwko nam.“
Przemysłem tym zajmują się te obrzydłe próżniaki, którzy nie mając ani grosza ujawnionego dochodu, wydają dużo pieniędzy i o których powiadają:
— Zkąd oni żyją?
Biedne ofiary nie wiedzą, jak łatwo odczepić się od tych łotrów. Policja sama przecież umie, tam gdzie potrzeba, dochować tajemnicy. Pójść tylko do biura, zwierzyć się jednemu z naczelników dyskretnych jak konfesjonał, i rzecz się skończy bez hałasu, cichutko, nic nie wyjdzie na zewnątrz.
Pani Fauvel na obronę przeciw nędznikom, co się do niej przyczepili, miała tylko łzy i błagania; tego było niedosyć.
Tylko te oburzające wyłudzania sprowadzały czasami takie zaburzenie, że sam Raul wzruszony i pognębiony, przejmował się grozą i pogardą względem samego siebie.
— Już mi brak serca, — mówił do stryja, nie wytrzymam dłużej! Idźmy zbrojną ręką, zgoda; ale zarzynać dwie nieszczęśliwe istoty, które mi są miłe, tego nie mogę przenieść na sobie!
Clameran wcale nie dziwił się tym wstrętom.
— Smutno to, — odpowiadał, — wiem o tem dobrze; ale konieczność nie zna hamulca. Dalej! jeszcze trochę energji i cierpliwości, a bliscy jesteśmy celu!
Byli bliżsi, niż przypuszczał Clameran. W końcu miesiąca listopada pani Fauvel czuła się tak bliską katastrofy, że przyszła jej myśl udać się do margrabiego.
Nie widziała go od chwili, jak po powrocie z Oloron przybył ją zawiadomić o swoim spadku. Przekonana wówczas, że on był złym duchem Raula, przyjęła go tak źle, że tem samem nadała mu prawo nie ukazywania się więcej.
Wahała się wspominać o tym projekcie siostrzenicy, obawiając się żywego oporu.
Ku wielkiemu zdziwieniu Magdalena zgodziła się.
Bo nieszczęście, ten cudowny mistrz, obudziło i rozwinęło w Magdalenie zmysł odgadywania.
Rozważając przeszłe wypadki, porównywując i badając wszystkie okoliczności, nie była daleką od tego podejrzenia, że Raul jest tylko narzędziem stryja.
Sadząc bardzo roztropnie, mówiła sobie, że niepodobieństwem jest, aby Raul, chłopiec rozsądny, bez tajemnych motywów czynił takie nadużycia, z narażeniem wszystkiego, co miał i mógł mieć. Wnioskowała ztąd, że prześladowanie jest więcej udanem niż rzeczywistem.
Przekonanie jej pod tym względem było tak silne, że gdyby chodziło tylko o nią samą, nie wahałaby się stawić silny opór, pewną będąc, że groźby skandalu nigdyby się nie urzeczywistniły.
Przypominając sobie, nie bez dreszczu, pewne spojrzenia, jakie na nią rzucał Clameran, prawie dochodziła do prawdy. Przeczuwała, że wszystkie te intrygi miały jeden cel: zmusić ciotkę, aby ją rzuciła w ręce margrabiego.
Mimo wstrętu i wzdrygania się całej swej istoty, oswoiwszy się z myślą ofiary, życzyła sobie prawie, aby ślub prędzej się odbył. Wszystko zdawało się jej znośniejszem nad to życie nie do wytrzymania, jakie tworzyło dla niej postępowanie Raula.
— Im prędzej zobaczysz się ciociu z panem Clameranem, tem lepiej. — mówiła do pani Fauvel.
Tym sposobem zaraz nazajutrz pani Fauvel przybyła do hotelu Louvre, do margrabiego, który poprzednio zawiadomiony był o tem przez bilecik.
Przyjął ją z zimną i wystudjowaną grzecznością, jak człowiek zapoznany, który ze smutkiem i urazą trzyma się opodal.
Zdawał się oburzony postępowaniem synowca, a nawet w danej chwili pozwolił sobie zakląć, mówiąc, że ten niecny synowiec zda mu z tego sprawę.
Ale kiedy pani Fauvel powiedziała mu, że on dla tego wciąż woła na nią o pieniądze, że nic nie chce żądać od niego, Clameran zatrząsł się z gniewu.
— Ah! zawołał, to już za wiele bezczelności! Nędznik! Ja od czterech miesięcy dałem przeszło dwadzieścia tysięcy franków; a jeżeli mu je dałem, to tylko dla tego, że mi wciąż groził, iż panią napastować będzie.
Pani Fauvel była zgnębioną.
— Odemnie dostał blisko czterdzieści tysięcy franków, — rzekła, — zatem w ciągu czterech miesięcy roztrwonił przeszło sześćdziesiąt tysięcy!
— Byłoby to nie do uwierzenia, gdyby nie był zakochany, jak powiada.
— Mój Boże! Co te stworzenia robią z pieniędzmi, które ludzie tak im sypią?
— Owoż tego nigdy dojść nie można było.
Zdawał się bardzo szczerze żałować panią Fauvel; przyrzekł jej, że tego wieczora zobaczy się z Raulem i przywiedzie go do lepszych uczuć. Następnie po długich korowodach oddał swój majątek na usługi pani Fauvel.
Ona odmówiła, ale niemniej ujęło ją to, powiedziała też za powrotem do siostrzenicy:
— Możeśmy się omyliły, może to nie tak zły człowiek...
Magdalena smutnie potrząsła głową. Przewidziała to co nastąpiło ta piękna bezinteresowność margrabiego była potwierdzeniem jej przeczuć.
Raul znowu poszedł do stryja po nowiny. Zastał go promieniejącym.
— Wszystko idzie jak z płatka, mój synowcze, — rzekł Clameran, — sprawiłeś się cudownie. Ah! tęgi z ciebie partner, winienem ci najserdeczniej powinszować. Czterdzieści tysięcy w cztery miesiące?
— Tak, — odpowiedział niedbale Raul, — tyle prawie wydał lombard.
— Do djabła! musisz mieć piękny zapasik, bo ta panna z teatru Délassement, to pewnie tylko pretekst.
— W tem, kochany stryju, w tem moja rzecz. Przypomnij sobie naszą umowę. Ja ci tylko powiadam, że pani Fauvel i Magdalena ogołociły się już ze wszystkiego, nie mają nic, a ja mam już dosyć mojej roli.
— To też rola twoja skończona. Zabraniam ci żądać odtąd.
— Więc cóż dalej?
— Nic dalej; mina już dość nasadzona, a ja czekam tylko stosownej okazji, by pod nią podłożyć ogień.
Tę okazję, na którą z gorączkową niecierpliwością oczekiwał Ludwik de Clameran, miał mu nastręczyć, według jego mniemania, Prosper Bertomy, jego rywal.
Zanadto kochał Magdalenę, by nie być zazdrosnym aż do wściekłości względem człowieka, którego serce jej wybrało, by go nie miał nienawidzieć całą siłą namiętności.
Wiedział o tem dobrze, że od niego zależało zaślubić Magdalenę, ale w jaki sposób? Z nożem na gardle, przez przymus i gwałt? Szaleństwo przychodziło mu do głowy na myśl, że posiadałby ją tylko ciałem, kiedy myśl jej uchodząc przed jego przemocą, szłaby ku Prosperowi.
To też poprzysiągł sobie, że przed ożenieniem wtrąci Prospera w jaką kałużę infamji, z której trudno mu będzie się wydobyć. Myślał, czyby go nie zabić, ale zdawało mu się, że lepiej będzie go zbezcześcić.
Sądził z razu, że mu nie trudno będzie zgubić nieszczęsnego młodzieńca; przypuszczał, że Prosper sam poda ku temu środki. Omylił się jednak.
Wprawdzie Prosper prowadził życie szalone, które zwykle kończy się katastrofą, ale mimo to umiał utrzymać ład w nieładzie. Jeśli położenie jego było czasami krytyczne, jeśli go napastowali wierzyciele, nikt tego nie spostrzegł, gdyż zaprowadził ostrożność najwyższą.
Chybiły wszystkie próby, mające zgubę jego przyspieszyć, i daremnie Raul z rękami pełnemi złota, grając rolę kusiciela, wyzywał go do zguby.
Prosper grał grubo, ale bez namiętności, prawie machinalnie, i nigdy ani egzaltacja wygranej, ani przykrość przegranej nie pozbawiały go zimnej krwi.
Nina Gypsy była marnotrawnicą, ale kochała go, i fantazje jej nigdy nie przechodziły pewnych granic.
Rozważywszy dobrze jego położenie, poznać było w nim można człowieka znękanego, który usiłuje się ogłuszyć, ale który nie stracił wszelkiej nadziei i pragnie zyskać na czasie.
Raul, poufały jego przyjaciel, rzutnem okiem doskonale ocenił położenie Prospera i przejrzał skrytości jego serca.
— Nie licz na żadne szaleństwo ze strony tego człowieka, mówił do stryja; jego zawód miłosny pozostawił mu głowę tak zimną jak głowa lichwiarza. Nikt tego nie wie co widzi przed sobą. Jak zobaczy zupełne pustki w kieszeni, być może, że strzeli sobie w łeb; ale to pewna, że nigdy nie zniży się do czynu podłego, a nawet niedelikatnego; nigdy nie tknie kasy powierzonej jego zacności.
— Trzebaby go pchać żywiej, — odpowiedział Clameran, — obchodzić go, pożyczać mu pieniędzy, łechtać jego próżność, zasiewać próżność w umyśle panny Gypsy.
Raul potrząsł głową jak człowiek przekonany o bezużyteczności swych usiłowań.
— Ty nie znasz Prospera, mój stryju. Nie można galwanizować trupa. Magdalena zabiła go, dając mu odprawę. Wszystko mu obojętne; on nie ogląda się na nic...
— Poczekamy.
I rzeczywiście czekali, i ku wielkiemu zdziwieniu pani Fauvel, Raul znowu stał się tem dla niej, czem był pod nieobecność Clamerana. Po perjodzie marnotrawstwa, nastąpił perjod oszczędności; zerwał zupełnie z teatrem Dślassements. Nawet pod pozorem oszczędności nie chciał wyprowadzić się z Vésinet, który tak jest nieprzyjemnym w zimowej porze. Chciał, jak mówił, w tej ustroni odpokutować za swoje przeszłe błędy. A w rzeczywistości siedząc tam, zapewnił sobie swobodę i wolnym był od odwiedzin matki.
Około tego czasu, pani Fauvel wielce ucieszona tą zmianą, powzięła myśl umieszczenia Raula w biurach męża.
Pan Fauvel podzielał tę myśl. Słyszał o marnotrawstwie Raula i kilkakroć pożyczał mu znaczne sumki. Przekonany, że młodzieniec bez zajęcia może tylko głupstwa robić, ofiarował mu miejsce w oddziale korespondencji z płacą 500 franków miesięcznie.
Propozycja ta uradowała Raula, ale za wyraźnym rozkazem Clamerana odmówił, składając się tem, że nie miał żadnego powołania do zawodu bankierskiego.
Odmowa tak uraziła bankiera, że zrobił Raulowi kilka dosyć gorzkich wyrzutów, uprzedzając go, by odtąd wcale nań nie liczył, i Raul schwycił tę sposobność, by jawnie zaprzestać wizyt.
Jeżeli jeszcze widywał się z matką, to chyba po południu, gdy był pewnym, że pan Fauvel wyszedł, a bawił tylko tyle, ile było potrzeba do wywiedzenia się interesów domowych.
Ten nagły spoczynek po tylu i tak okropnych wstrząśnieniach wydał się Magdalenie złowrogim. Więcej niż kiedykolwiek sądziła, że wszystkie odmiany przypisać trzeba planowi dojrzale obmyślanemu. Przewidywała, że ta groźna cisza jak przed burzą, była poprzedniczką jakiegoś ostatniego i straszliwego ataku. Nie wyjawiała przeczuć swoich ciotce, ale gotową była na wszystko.
— Co oni robią? — pytała czasami pani Fauvel; — czyżby nareszcie zaniechali prześladować nas?
— Tak, — powtarzała Magdalena, — co oni robią?
A Ludwik i Raul nie dawali znaku życia dla tego, że stali nieruchomi, jak myśliwi na czatach, obawiając się spłoszyć zwierzynę. Czyhali na sposobność.
Idąc w ślad za Prosperem, Raul wyczerpał wszystkie środki swego umysłu dla skompromitowania go, dla sprowadzenia go w jaką zasadzkę, w którejby honor swój zostawił. Ale, jak to przewidział, obojętność kasjera trudną była do ujęcia.
Clameran już zaczął się niecierpliwić i szukał jakiego skuteczniejszego sposobu, gdy raz w nocy około godziny trzeciej zbudził go Raul.
— Co takiego? — zapytał niespokojny.
— Może nic, może wszystko. W tej chwili rozstałem się z Prosperem.
— I cóż?
— Prosiłem go na objad, razem z panną Gypsy i trzema moimi przyjaciółmi. Po objedzie urządziłem grę, ale w żaden sposób nie mogłem wciągnąć Prospera, choć był już cięty.
Ludwik zniecierpliwiony zżymał się.
— To i ty widać musiałeś podciąć się, kiedy przychodzisz budzić mnie w nocy, by rozpowiadać głupstwa.
— Poczekaj-no, jest jeszcze coś.
— A toż gadaj prędzej!
— Po grze poszliśmy na kolację, a Prosper coraz bardziej pijany, wymówił wyraz, na który zamyka kasę.
Na to oświadczenie, Clameran nie mógł powstrzymać okrzyku tryumfu.
— A jakiż to wyraz? — zapytał.
— Imię jego kochanki.
— Grypsy!... a tak, rzeczywiście, pięć liter.
Był tak tem poruszony, że aż wyskoczył z łóżka, włożył szlafrok, i zaczął chodzić po pokoju.
— Mamy go! — zawołał z wyrazem zadowolenia wściekłej nienawiści, — mamy go w ręku! Aha! ten zacny kasjer nie chciał tknąć swojej kasy, więc my ją otworzymy za niego, a to go zarówno zbezcześci. Wiemy wyraz, a ty wiesz gdzie jest klucz, mówiłeś mi!..
— Pan Fauvel wychodząc, zawsze prawie zostawia swój klucz w szufladzie biurka, które stoi w jego pokoju.
— Otóż, ty pójdziesz do pani Fauvel i zażądasz od niej tego klucza; albo ci go da, albo weźmiesz gwałtem, mniejsza oto; gdy go będziesz miał, otworzysz kasę i zabierzesz wszystko co będzie... Aha! panie Prosperze, drogi cię będzie kosztować miłość kobiety, którą ja kocham...
Z pięć minut jeszcze Clamerau jak opętany, mówił niestworzone rzeczy, dziwnie mięszając nienawiść dla Prospera z miłością dla Magdaleny, że Raul serjo zadawał sobie pytanie, czy on istotnie nie zwarjował.
Uważał, że obowiązkiem jego było uspokoić go.
— Nim zanucim hymn zwycięstwa, — zaczął, — rozważmy trudności.
— Nie widzę żadnych.
— Prosper może zmienić wyraz.
— To prawda, ale wątpię; nie będzie pamiętał, że go wymówił, a wreszcie będziemy się spieszyć.
— Nie dość na tem. On skutkiem najwyraźniejszych rozkazów pana Fauvela, nigdy nie zostawia na noc w kasie nic, chyba jakieś małoznaczące sumki.
— Będzie tam bardzo znaczna suma jak zechcę.
— Co mówisz?
— Mówię, że mam u pana Fauvela trzykroć sto tysięcy franków, a gdy dziś zażądam ich wypłaty bardzo rano jutro, w chwili otwarcia biur, to pieniądze przepędzą noc w kasie.
— Co za myśl! — zawołał Raul zdumiony.
Była to nie zła myśl istotnie, i dwaj złoczyńcy noc całą przesiedzieli nad jej rozbieraniem, studjowaniem jej stron ujemnych i dodatnich.
Raul obawiał się oporu pani Faurel. Czyż w ostatnim razie nie wyzna raczej wszystko, by nie zabić moralnie człowieka niewinnego?
Ale tego nie obawiał się Ludwik.
— Ofiara, — odpowiedział, — pociąga ofiarę; zanadto już zaszła daleko, by się nie miała zrezygnować na wszystko. Oddała nam Magdalenę, swoją przybraną córkę; więc odda nam i chłopca, który przecież jest jej obcym.
— Dobrze; ale w oczach Magdaleny Prosper nie będzie zniesławionym... a zatem...
— Dzieckiem jesteś mój bratańcze!...
Plan więc stanął kompletny i łatwy do wykonania.
— Jeżeli Prosper powiedział prawdziwy wyraz, — szepnął Raul, — więc zgubiony!...
Pozostawało tylko dwom wspólnikom urządzić pomniejsze okoliczności i ustanowić dzień wykonania ohydnego dzieła.
Po dojrzałym namyśle, po obliczeniu najściślejszem wszystkich za i przeciw, postanowili popełnić tę zbrodnię wieczorem z 27. na 28. lutego.
Wybrali ten wieczór dla tego, iż podług wiadomości Raula, pan Fauvel miał być na objedzie u jednego z finansistów, a Magdalena zaproszoną była na jakiś panieński wieczorek.
Gdyby nic szczególnego nie zaszło, Raul przychodząc do pałacu około godziny w pół do dziesiątej, miał matkę zastać samą.
— Dziś zaraz, — zakończył Clameran, — dam znać panu Fauvelowi, aby fundusz mój przygotował na wtorek.
— Termin jest bardzo krótki, mój stryju, — zarzucił Raul, — macie z panem Fauvelem umowę, powinieneś go wcześniej uprzedzić o wycofaniu.
— To prawda; ale nasz bankier jest dumny, powiem, żerni pilno potrzeba, a on wypłaci, choćby go to nawet wiele kosztować miało. Ty znów weźmiesz na siebie prosić Prospera, jako o osobistą przysługę, aby sumę miał gotową przy otwarciu biur.
Raul raz jeszcze badał położenie, szukając ażali nie znajdzie tego ziarnka piasku, które w ostatniej chwili staje się górą.
— Dziś wieczór przyjmuję Prospera i Nine w Vésinet, odpowiedział w końcu, — ale nie mogę o niczem z nim mówić, póki nie usłyszę odpowiedzi bankiera. Gdy będziesz ją miał, pchnij zaraz do mnie Manuela z wiadomością.
— Nie przyszlę ci Manuela, — rzekł Ludwik, — dla tego, że mnie opuścił, ale przyszlę posługacza miejskiego.
Ludwik prawdę mówił. Zrazu zatrzymał w służbie Manuela, bo jako ostrożnemu chodziło o to, by nie zostawić w Oloron dawnego sługi Gastona, który znał jego życie, mógł wdać się w gawędkę i wypaplać co kompromitującego.
Odciągnął go więc. Potem znowu, zawadzała mu prawość tego sługi, który dzielił dolę i niedolę najlepszego z panów; więc powoli nasunął mu myśl, by na dokończenie życia wrócił do ojczystego kraju.
Tym sposobem w przeddzień, Manuel odjechał do Arenys-de-Mar, małego portu w Katalonji, gdzie się urodził, a Ludwik de Clameran starał się o służącego.
Ludwik i Raul rozstali się po dobrem śniadaniu, mówiąc sobie: „do widzenia“ — „do jutra.“
Clameran był tak radosny, że zapomniał o przepaści błota, jaka dzieliła go od sukcesu. Raul spokojniejszy, był jednak przygotowanym. Bezecny czyn, który miał popełnić, wyswobadzał go z pod obrzydle uciążliwego panowania. On pragnął tylko swobody tak, jak Clameran Magdaleny.
Wszystko wreszcie ułożyło się po myśli złoczyńców. Bankier nie dbając na układ, zgodził się na wypłatę we wskazanym terminie. Prosper obiecał, że pieniądze będą gotowe na godzinę umówioną.
Pewność tryumfu zmysłów pozbawiała Ludwika. Liczył godziny, minuty.
— Gdy się to skończy, będę najuczciwszym człowiekiem! Będę do wszystkich djabłów! tak delikatny, że śmiały będzie ten, ktoby utrzymywał, żem nie całe życie był takim.
Raul natomiast był coraz smutniejszy. Rozwaga ukazywała mu ten czyn w całej jego ohydzie.
Raul był łotrem zdeterminowanym, śmiałym, strasznym, gdy mu chodziło o nasycenie żądzy; mógł kraść przy grze z uśmiechniętemi oczyma, pchać nieprzyjaciela z tyłu nożem i spać potem spokojnie, ale był młody.
Był młody, to znaczy, że występek nie przeniknął mu jeszcze do szpiku kości; zepsucie nie zarosło tak dalece jego duszy, by mogło stłumić aż do ostatnich korzeni uczucie szlachetne.
Czas, w którym miał ułudy święte, dumę szlachetną, nie był tak odległym, by z nich nic w sercu nie zostało.
Ożywiony jeszcze dzielnością lat dwudziestu, nie mógł nie gardzić nikczemnikami; a te pokątne knowania, to wolne konanie dwóch biednych kobiet bezbronnych, przejmowały go grozą. Serce jego wzdrygało się z obrzydzenia, gdy przygotowywał się do tej roli zdrajcy, gdy miał mordować matkę między dwoma pocałunkami.
Otoczony zimną i wyrachowaną zbrodniczością Ludwika, by się we własnych oczach podźwignąć i nabrać ducha, pragnął jakiejś wymówki, choćby niebezpieczeństwa przy działaniu.
Ale nie, on wiedział, że się na nic nie naraża, nawet na galery. Był on pewnym, że pan Fauvel, choćby się i o wszystkiem dowiedział, użyje nadludzkich wysileń, by zdławić tę sromotną sprawę.
Przytem, rzecz dziwna która go zastanawiała, a której za nic w świecie nie powiedziałby Clameranowi, pieszczoty pani Fauvel zrobiły na nim wrażenie, lgnął do niej uczuciem szczerem. Był szczęśliwym w Vésinet, podczas gdy jego wspólnik bawił w Oloronie. On z chęcią zostałby uczciwym, bez trudu i wysileń, nie pojmując na co zda się zbrodnia, jeśli człowiek ma z czego żyć suto. Śmiertelnie oburzał się na Clamerana, który dla zadowolenia egoistycznej namiętności nadużywał swej władzy, i byłby go niezawodnie zdradził, gdyby wiedział jak go zdradzić nie wciągając siebie.
To też jego determinacja, zrazu silna, słabła co godzina w miarę zbliżania się chwili stanowczej.
Ale Ludwik nie opuszczał go, migał mu wciąż przed oczami splendorem przyszłego przepychu, roskoszy, próżności zadowolonej: nie dał mu wytchnąć, zagrzewał go.
Ułożył całą scenę z panią Fauvel, i kazał ją odgrywać swemu wspólnikowi zupełnie tak, jakby to chodziło o jaką fikcję teatralną, usiłując, jak mówił, przepoić go duchem roli, którą miał odegrać, roli, która według jego zdania miała łagodzić to, co sama sytuacja mieściła w sobie obmierźle brutalnego.
Ale jakkolwiek głośno krzyczał Ludwik, jakkolwiek głośno dźwięczał tą olśniewającą sumą: 500.000 franków! sumienie Raula przemawiało głośniej i silniej.
Tak, że w poniedziałek wieczór, około godziny szóstej, Raulowi zabrakło i sił i odwagi, i zadawał sobie pytanie, czy nawet gdyby chciał, mógłby ten czyn wykonać.
— Czy ty się boisz? — zapytał Clameran, który niespokojnem okiem śledził jego wewnętrzne walki.
— Tak, — odpowiedział Raul, — ja nie mam dzikiej woli, boję się.
— Jakto? ty, mój uczeń, mój przyjaciel! To niepodobna. Dalej-że! trochę energji, jedno uderzenie wiosłem i jesteśmy u portu. To co czujesz, jest czysto nerwowe; pójdźmy na objad, szklanka burgundzkiego wina ożywi cię i wzmocni.
Byli już na bulwarze; weszli do jednej z pierwszych restauracji gdzie często bywali, i usiedli w osobnym gabinecie.
Ale daremnie Ludwik puszczał się na facecje, nie mógł rozmarszczyć czoła swego towarzysza.
Raul był wciąż ponury i blady, gdy tamten śmiał się z jego wstrętów, gdy koniec końców chodziło tylko o połknięcie „gorzkiej pigułki. “ Zniewolony koniecznością posłannictwa w wykonaniu czynu, którego się podjął, Raul próbował upoić się i wychylił do dna dwie butelki wina. Ale zawiodło go upojenie, wino go zdradziło: na dnie kielicha napotkał tylko gniew i odrazę.
Ósma godzina wybiła na zegarze w restauracji.
— Już czas, — rzekł Ludwik.
Raul zsiniał, zęby jego szczęknęły. Chciał powstać, nie mógł; nogi zrobiły mu się wiotkie jak z bawełny i nie chciały go nosić.
— Ach! ja nie mogę! — zawołał z boleścią i rozjątrzeniem.
Błysło coś strasznego w oczach Clamerana. Więc wszystkie jego kombinacje mogły chybić nikczemnie! Ale poskromił swój gniew, pojmując, że najmniejszy wybuch mógłby wszystko zgubić. Pociągnął gwałtownie sznurek od dzwonka.
Zjawił się kelner.
— Butelkę porteru! — zawołał, — i butelkę rumu!
Kelner przyniósł, Ludwik napełnił wielki kielich mięszaniną i podał go Raulowi, mówiąc:
— Wypij!
Raul wychylił duszkiem i lekki rumieniec okrył jego lica. Wstał, tupnął nogą, a uderzając pięścią o stół, zawołał:
— Chodźmy!
Ale nie uszedł pięćdziesięciu kroków na bulwarze, gdy sztuczna energja alkoholu opuściła go.
Szedł oparty na ramieniu Clamerana, taczając się jak pijany, znękany gorzej niż delikwent prowadzony na rusztowanie.
— Byle tylko wszedł! — pomyślał Ludwik, który znał Raula, bo badał go oczyma interesu; — jak raz wejdzie, pociągnie go rola i wszystko pójdzie dobrze.
A idąc dalej, mówił do Raula:
— Pamiętaj dobrze, o cośmy się umówili; uważaj jak będziesz wchodził, wszystko na tem zależy! Czy masz pistolet w kieszeni?
— Mam, mam, zostaw mnie...
Clameran dobrze zrobił, że prowadził Raula, bo ten przyszedłszy pod bramę pałacu pana Fauvela, znowu osłabł.
— Biedna kobieta! — zawołał! — nieszczęsny chłopiec, którego wczoraj jeszcze ściskałem rękę, i ja mam ich zarznąć, zamordować!... Ach! to nikczemnie! to zanadto nikczemnie!...
— Ha! — rzekł Clameran tonem pogardy, — omyliłem się na tobie; kiedy kto jest miękkiego żołądka, powinien był zostać uczciwym człowiekiem! Ale Raul przezwyciężył nareszcie wszystkie swoje wzburzone instynkta.
Pobiegł do drzwi i zadzwonił.
Otworzono.
— Czy ciotka moja w domu? — zapytał lokaja.
— Pani jest sama w saloniku przyległym do jej pokoju, — odpowiedział lokaj.

Raul wszedł.

IX.

Clameran powiedział Raulowi:
— Przedewszystkiem uważaj, jak będziesz wchodził, twój widok sam powinien powiedzieć wszystko i zastąpić niepodobne objaśnienia.
Przestroga była niepotrzebna.
Wchodząc do saloniku, Raul był tak blady i zniszczony, oczy jego wyrażały taki obłęd, że spostrzegłszy go pani Fauvel nie mogła powstrzymać okrzyku:
— Cóż to za nieszczęście zdarzyło ci się Raulu?
Dźwięk tego głosu tak pełnego czułości, wywarł na młodym łotrze wrażenie prądu elektrycznego. Dreszcz przebiegł po nim od stóp do głowy. Ale zarazem jasno mu się zrobiło w umyśle. Ludwik nie omylił się: Raul wstępował w swą rolę, był na scenie, przychodziła mu pewność siebie, natura oszusta brała górę.
— Nieszczęście, jakie mi się zdarzyło, — rzekł, — będzie już ostatniem, moja matko!...
Pani Fauvel nigdy go takim nie widziała: wstała drżąca, wzruszona, i stanęła przed nim, twarzą prawie dotykając twarzy, jak gdyby wpatrując się w niego całą siłą woli, chciała czytać w nim aż do głębi duszy.
— Cóż to jest? — nalegała, — Raulu, synu mój! odpowiadaj!
Odstąpił nieco dalej.
— To jest, — odpowiedział głosem stłumionym, który jednak drgał we wnętrznościach pani Fauvel; — to jest, moja matko, że nie jestem godny ciebie, nie godny mojego zacnego i szlachetnego ojca...
Poruszyła głową, jakby na znak zaprzeczenia.
— Oh! — mówił dalej, — znam ja się i oceniam. Nikt nie mógłby mi tak okropnie wyrzucać bezczelności mojego postępowania jak ja sam sobie wyrzucam. Jednak jam się zły nie urodził, jestem tylko nikczemnym szaleńcem. Są chwile, w których ogłupiony, nie wiem co robię. O! nie byłbym takim, matko, gdybym od dzieciństwa miał cię przy sobie. Ale wychowany między obcymi, oddany sobie samemu, bez innej rady prócz własnego instynktu, ustąpiłem bez walki moim namiętnościom. Nie mając nic, nosząc skradzione nazwisko, jestem próżny i pożerany ambicją. Niestety! gdy ciebie znalazłem, już złe się stało. Twoje uczucie, twoja czułość macierzyńska, która mnie jedynem szczęściem obdarzyła na ziemi, nie mogła mnie powstrzymać. Ja, com tyle wycierpiał i tyle znosił prywacji, dałem się oślepić temu tak nowemu dla mnie przepychowi, który ty rozwinęłaś przedemną. Rzuciłem się na ros kosze, jak pijak na wódkę...
Raul wyrażał się z tak głębokiem przekonaniem, tak pociągająco, że pani Fauvel nie śmiała mu przerywać.
Słuchała niema, przerażona, nie śmiejąc pytać, pewna, że dowie się czegoś okropnego.
On tymczasem mówił dalej:
— Tak, byłem szalony. Szczęście przeszło obok mnie, a ja nie umiałem wyciągnąć ręki, aby je zatrzymać. Odepchnąłem słodką rzeczywistość i poszedłem za widmem. Ja, com był powinien życie u kolan twoich przepędzić, jak gdybym się uwziął na to, by ci zadawać najokropniejsze ciosy, nękać cię, uczynić najnieszczęśliwszą z istot... Ach! jakże byłem nędzny, kiedym dla istoty, którą pogardzałem, rzucał na wiatr fortunę, której każdą sztukę złota ty łzą opłacałaś. Przy tobie było szczęście, uznaję to zapóźno...
Przerwał, jak gdyby przywalony ciężarem złego; zdawało się, że wybuchnie płaczem.
— Nigdy nie jest zapóźno do poprawy i zadośćuczynienia, mój synu! — szepnęła pani Fauvel.
— Ach! gdybym mógł!... — zawołał Raul, — ale nie!... już nie czas... Czyż ja wiem wreszcie, jak długo trwałyby moje dobre postanowienia. Ja nie od dzisiaj potępiam siebie bez litości. Przejęty uczuciami, za każdym nowym błędem poprzysięgałem sobie zyskać napowrót mój własny szacunek. Niestety! na cóż się przydały moje perjodyczne skruchy? Za pierwszą sposobnością zapominałem o wstydzie moim i przysięgach. Ty sądzisz, żem człowiek, a jestem tylko dzieciakiem, bez żadnego gruntu. Jestem słaby i nikczemny, a ty nie jesteś dość silną, by zapanować nad moją słabością, by kierować moją wolą chwiejącą. Mam najlepsze intencje, a czyny moje są czynami zbrodniarza. Pomiędzy stanowiskiem mojem a życzeniami mojemi, dysproporcja jest zbyt wielka, bym mógł się zrezygnować. Kto wie nareszcie dokąd by mnie doprowadził mój opłakany charakter...
Zrobił gest straszliwy i dodał:
— Ale ja będę umiał wymierzyć sobie sprawiedliwość!...
Pani Fauvel była okrutnie wzburzona.
— Mówże! — wołała, — wytłumacz się! czyż nie jestem twoją matką? Winieneś mi prawdę! ja wszystko powinnam wiedzieć!
Zdawał się wahać, jakby sam przerażony ciosem, który miał zadać matce. Nareszcie głuchym głosem wyrzekł:
— Jestem zgubiony!...
— Zgubiony!...
— Tak, i nie mam się już czego obawiać, ani oczekiwać. Jestem odarty z czci, i to przez moją własną winę.
— Raulu!...
— Tak jest. Ale nie obawiaj się, matko; nie będę ja nurzał w błocie imienia, które mi dałaś. Będę miał przynajmniej tę pospolitą odwagę, iż nie przeżyję własnego honoru. Nie żałuj mnie, matko... Ja jestem jeden z tych, za którymi upędza się zły los, i których ucieczka tylko w śmierci. Jestem tknięty fatalizmem... Czyż nie byłaś skazaną na to, aby przeklinać moje na świat przyjście? Długo wspomnienie o mnie, nawiedzało cię w nocach bezsennych, jak wyrzut sumienia. Później znajduję cię, iw nagrodę twych poświęceń, wnoszę do twego życia żywioł smutku...
— Niewdzięczny!... czym ja ci kiedy uczyniła jaki wyrzut?
— Nigdy! To też błogosławiąc ci, i z twem drogiem imieniem na ustach umrze twój Raul...
— Ty umrzesz!...
— Tak być musi matko! honor to nakazuje; skazany jestem przez sędziów nieubłaganych: przez wolę moją i sumienie.
Przed godziną pani Fauvel byłaby przysięgła, że Raul przyprawił ją o najcięższe cierpienie, jakie kobietę dosięgnąć może; a on tymczasem przynosił jej nowy ból i to tak dotkliwy, że wszystkie inne w porównaniu z nim wydały się niczem.
— Cóżeś więc takiego uczynił? — zapytała lękliwie.
— Powierzono mi pieniądze, poszedłem grać, przegrałem...
— Jakaż to suma?
— Nie wielka, ale ani ty matko, ani ja nie będziemy mogli jej znaleźć. Biedna matko! czyż nie odarłem cię ze wszystkiego? Czyż nie oddałaś mi do ostatniej kosztowności?
— Ale pan Clameran jest bogaty, oddał cały swój majątek na moje usługi, każę zaprządz i pojadę do niego...
— Pan Clameran wyjechał na cały tydzień, a ja dziś wieczór albo muszę się uiścić, albę jestem zgubiony. Oh, obmyślałem wszystko, zanim się zdecydowałem, w dwudziestym roku nie łatwo się rozstaje z życiem!...
Wyciągnął do połowy pistolet z kieszeni, i dodał z przymuszonym uśmiechem:
— Mam czem uregulować interesa.
Pani Fauvel zanadto była wstrząśniętą, aby mogła należycie ocenić niecny podstęp Raula.
Zapominając o przeszłości, nie dbając o przyszłość, cała w teraźniejszości zatopiona, widziała jedną rzecz tylko, to jest, że syn jej ma umrzeć, zabić się, a ona nic nie może, by go wstrzymać od samobójstwa.
— Zaczekaj, — rzekła, — Andrzej nie zadługo powróci, powiem mu, że potrzebuję... Ileż to ci powierzono.
— Trzydzieści tysięcy franków.
— Będziesz je miał jutro.
— Ja je muszę mieć dziś wieczór.
Czuła, że rozum ją opuszcza, ręce łamała z rozpaczy.
— Dziś wieczór! — zawołała, — czemuż nie przyszedłeś wcześniej? — Czyż nie miałeś do mnie zaufania?... Dziś nie ma już nikogo w kasie... gdyby nie to!...
Raul czekał na to słowo, pochwycił go w lot; wykrzyknął radośnie, jak gdyby jaki promień nagle oświetlił mrok istotnej rospaczy.
— W kasie! — zawołał, — ale ty wiesz gdzie jest klucz?
— Wiem, jest tam.
— A więc...
Patrzył na panią Fauvel z tak piekielną zuchwałością, że spuściła oczy.
— Daj mi go matko! — błagał.
— Nieszczęsny!
— Ja żądam od ciebie życia.
Prośba ta zdecydowała ją; wzięła świecę, przeszła szybko do swego pokoju, otworzyła biurko i znalazła klucz pana Fauvela.
Ale w chwili, gdy go miała oddać Raulowi, rozum odzyskała.
— Nie, — jęknęła, — nie, to niepodobna!
On nie naglił, a nawet zdawał się odchodzić.
— W samej rzeczy, — rzekł, — a więc... matko! ostatni pocałunek....
Zatrzymała go.
— Cóż zrobisz z tym kluczem Raulu, czy wiesz wyraz?
— Nie, ale można spróbować.
— Czyż nie wiesz, że pieniędzy na noc nigdy w kasie nie ma!
— Sprobójmy w każdym razie. Jeżeli cudem jakim otworzę, jeżeli są pieniądze w kasie, to znak, że Bóg ulitował się nad nami.
— A jeżeli nie ma, czy przysięgasz mi poczekać do jutra?
— Na pamięć ojca mojego, przysięgam!
— Masz więc klucz chodźmy!
Bladzi i drżący, Raul i pani Fauvel przeszli przez gabinet bankiera i spuszczali się po krętych schodach, łączących mieszkanie z biurami.
Raul szedł naprzód ze świecą, trzymając w skurczonych palcach klucz od kasy.
W tej chwili pani Fauvel była przekonaną, że próba Raula będzie daremną.
Przez kilka sekund wahania, w chwili odejście, miała czas namyśleć się. Znając system zamykania kasy wiedziała, że zamek stanowi najmniejsze zabezpieczenie i że klucz na nic się nie przydał temu, kto nie wiedział wyrazu. A zdawało jej się niepodobnem, ażeby Raul znał ten wyraz, którego ona sama nie wiedziała. Gdzie i jakim sposobem mógłby się o nim dowiedzieć?
Przypuściwszy nawet, że najdziwniejszym z trafów mógłby otworzyć kasę, to znowu wiedząc o zwyczajach domowych, pewną była, że w niej nie wiele pieniędzy znaleźć się może, gdyż fundusze zawsze były przechowywane w banku.
Była więc prawie uspokojoną co do następstw tego oburzającego kroku, i obawiała się tylko rozpaczy Raula po doznanym zawodzie.
Dla tego tylko podała rękę do tak sromotnego czynu, że polegała na słowie Raula, i chciała zyskać na czasie.
— Gdy się przekona, że daremna nadzieja i usiłowania, — myślała, — to poczeka, przysiągł mi, do jutra, a wtedy ja... jutro... jutro...
Co miała zrobić jutro nie wiedziała, i darmo zadawała sobie pytania. Ale w gwałtownych wydarzeniach najmniejsza zwłoka daje nadzieję, jak gdyby krótkie wytchnienie było ocaleniem stanowczem.
Przyszli do biura Prospera i Raul postawił świecę na Wysokiem miejscu tak, iżby oświetlała całą izbę.
Odzyskał jeżeli nie całą zimną krew, to przynajmniej ową mechaniczną precyzje ruchów, prawie niezależną od woli, którą ludzie nawykli do niebezpieczeństwa znajdą wtedy najłatwiej, gdy ono jest najgroźniejsze.
Szybko, ze zręcznością, jaką nadaje doświadczenie, umieścił kolejno pięć guzików u skrzyni na litery składające imię G, y, p, s, y.
Rysy jego podczas tej krótkiej czynności wyrażały straszliwy niepokój. Pytał się, czy okropna energja, jaką rozwinął, nie opuści go, czy zdoła otworzyć, czy znajdzie sumę oznaczoną? Prosper mógł zmienić wyraz... czy posłał w dzień do banku?
Pani Fauvel z bolesną litością spoglądała na ten widoczny niepokój Raula. Czytać można było w jego oczach tę szaloną nadzieję nieszczęśliwych, którzy namiętnie życząc sobie czegoś, wbijają sobie w myśl, że sam rzut ich woli dostatecznym jest do skruszenia zawad.
Raul, poufały przyjaciel Prospera, będąc u niego kilkadziesiąt razy przy zamykaniu biur, wiedział doskonale, ba i sam próbował nawet (był to chłopiec przewidujący), jak trzeba obracać kluczem w zamku.
Wprowadził go zwolna, skręcił; pchnął dalej, obrócił drugi raz; zagłębił zupełnie i znów obrócił. Serce biło mu tak mocno, że pani Fauvel mogła je słyszeć.
Wyraz nie był zmieniony — kasa otworzyła się.
Raul i matka jednocześnie wydali okrzyk: ona zgrozy, on tryumfu.
— Zamknij!... — zawołała pani Fauvel, przerażona tym rezultatem niewytłumaczonym, niepojętym, — zostaw... wracaj!...
I napoły bez zmysłów, rzuciła się na Raula, przyczepiła się rozpaczliwie do jego ręki i pociągnęła go ku sobie tak gwałtownie, że klucz wyszedł z zamku, poślizgnął się po wieku od skrzyni i zarysował długą i głęboką skazę.
Ale Raul miał czas spostrzedz na wyższej półce kasy trzy paki biletów bankowych. Porwał je lewą ręką i wsunął pod paltot między kamizelkę i koszulę.
Osłabiona wysileniem, jakie uczyniła, upadając pod gwałtownością wzruszeń, pani Fauvel puściła rękę Raula, i ażeby nie upaść, chwyciła się za poręcz od krzesła Prospera.
— Litości, Raulu! — mówiła, — błagam cię, włóż napowrót te bilety do kasy; ja mieć będę jutro, przysięgam ci, trzy razy tyle, dam ci wszystko, mój synu! Proszę cię, miej litość nad matką!
On nie słuchał; patrzył na rysę, jaka utworzyła się na wieku; ten ślad kradzieży był bardzo widzialny i niepokoił go.
— Przynajmniej, — błagała wciąż pani Fauvel, — nie bierz wszystkiego, weź tyle, ile ci potrzeba, abyś się uratował, a zostaw resztę!
— Na co? Czyż ubytek przez to nie będzie tak samo odkryty?...
— Ale widzisz, jabym to jeszcze mogła jako ułożyć... Pozwól mi, znajdę jaką wymówkę, powiem Andrzejowi, że potrzebowałam pieniędzy...
Raul z mnóstwem ostrożności zamknął napowrót kasę.
— Pójdź matko! — rzekł, — odejdźmy, mógłby nas kto zejść, może jaki służący wejdzie do salonu, nie zastanie nas i zdziwi się.
Ta zimna obojętność, ta łatwość rachuby w takiej chwili, przejęły panią Fauvel oburzeniem. Myślała jeszcze, że ma jaki wpływ nad synem, wierzyła w potęgę próśb i łez.
— Kiedy tak, — zawołała, — to dobrze! Niech nas tu kto zejdzie, będę zadowoloną. Wtedy wszystko się skończy. Andrzej wypędzi mnie jak nędznicę, ale ja nie poświęcę niewinnych... Jutro oskarżą Prospera... Clameran wziął mu już kobietę ukochaną, a ty chcesz mu ukraść honor, ja na to nie pozwolę!
Mówiła bardzo głośno, tonem tak donośnym, że Raul się przeląkł. Wiedział, że jeden woźny przepędzał noc w sąsiednim pokoju. Woźny ton, choć nie było późno, mógł się już był położyć i usłyszeć wszystko.
— Wracajmy! — rzekł, — chwytając panią Fauvel za rękę.
Ale ona opierała się; uczepiła się stołu, by nie ustąpić.
— Byłam już tak nikczemną, żem poświęciła Magdalenę, — powtarzała, — nie poświęcę Prospera!
Raul zrozumiał, że jeden tylko zwycięski argument rozbroi panią Fauvel.
— Eh! — rzekł z cynicznym śmiechem, — czyż nie rozumiesz tego matko, że jestem w zmowie z Prosperem, i że on czeka na mnie, aby się podzielić.
— To niepodobna!...
— Ba! wyobrażasz sobie więc, że przypadek tylko nasunął mi wyraz i napełnił kasę? — Prosper jest uczciwym człowiekiem!
— Zapewne, ja także. Tylko brak nam pieniędzy.
— Kłamiesz!
— Nie, kochana matko. Magdalena odmówiła Prosperowi, on też pociesza się jak może, ten biedny chłopiec, a pociechy bardzo drogo kosztują...
Wziął napowrót świecę, i zwolna, ale z nadzwyczajną siłą popychał panią Fauvel ku wschodom.
Teraz szła już nie opierając się, pognębiona jeszcze więcej tem co usłyszała, niż otworzeniem kasy.
— Jakto, — powtarzała z cicha, — Prosper byłby złodziejem?
Zadawała sobie pytanie, czy ją jaka zmora nie dręczy, czy jakie zbudzenie nie wyrwie jej z tych nieznośnych tortur moralnych. Już myśl jej do niej nie należała, i machinalnie tylko, prowadzona przez Raula, szła do góry po wschodach.
— Trzeba włożyć klucz do biurka, — przemówił Raul, gdy stanęli w sypialnym pokoju.
Ale ona go nie słyszała, sam więc złożył klucz w miejscu, na którem leżał poprzednio.
Odprowadził wtedy, a raczej zaniósł panią Fauvel do saloniku, w którym siedziała gdy on nadszedł, i posadził ją w fotelu.
Nieszczęśliwa kobieta była tak pozbawioną władzy, jej oczy nieruchome i bez wyrazu tak dokładnie wyrażały okropny stan jej umysłu, że wystraszony Raul obawiał się, czy istotnie nie dostała pomięszania zmysłów.
— Kochana matko, — rzekł, rozcierając jej zlodowaciałe ręce, — przyjdź do siebie. Ocaliłaś mi życie, a zarazem wyświadczyliśmy wielką przysługę Prosperowi. Bądź spokojna, wszystko się załatwi. Prosper będzie oskarżony, może nawet aresztowany, ale wyprze się, a ponieważ nie będzie można dowieść mu winy, więc go wypuszczą...
Ale tracił czas i kłamstwa, pani Fauvel nie była w stanie go słyszeć.
— Raulu, — szeptała, — mój synu, zabiłeś mnie!...
Głos jej miał tak przejmującą słodycz, jej akcent wyrażał taką straszliwą rozpacz, że Raul do głębi duszy przejęty, już się zachwiał, już miał chęć zwrócić to co ukradł. Myśl o Clameranie wstrzymała go.
Wtedy widząc, że pani Fauvel siedzi zgnębiona, umierająca, obawiając się, aby nie wszedł pan Fauvel albo Magdalena i nie dopytywano się co zaszło, złożył pocałunek na czole matki i umknął.
W restauracji, w gabinecie, w którym jedli objad, Clameran dręczony niepokojem, oczekiwał na wspólnika.
Obawiał się, czy w ostatniej chwili nie zabrakło Raulowi odwagi. Przytem potrzeba nie raz najdrobniejszego przypadku, aby zburzyć kombinacje najlepiej ukartowane.
Za ukazaniem się Raula, Clameran zerwał się z miejsca, blady z niespokojności, i zaledwie dosłyszanym głosem zapytał:
— I cóż? — Stało się, mój stryju, dzięki tobie, jestem teraz ostatnim z najostatniejszych nędzników i łajdaków, przeszedłem wszystkich, nawet siebie samego, nawet ciebie!...
Odpiął prędko kamizelkę, i rzucając na stół, jeszcze zlany winem, którem mu zawrócono głowę, paki biletów bankowych, dodał tonem, w którym zadźwięczała wszystka nienawiść jego i wzgarda:
— Ciesz się, oto pieniądze, które opłacą honorem, a może i życiem trzy niewinne osoby!
Clameran nie zważał na obelgi. Gorączkową ręką chwycił bankowe i przewracał je, jakby chciał się dobrze przekonać o rzeczywistości powodzenia.
— Teraz, — rzekł, — Magdalena jest moją!
Raul milczał; widok tej radości po niedawnych scenach oburzał go i upokarzał. Ale Ludwik przypisał ten smutek czemu innemu.
— To był twardy orzech, nieprawdaż? — zapytał z uśmiechem.
— Milcz! nie wspominaj mi, rozumiesz? — zawołał Raul w najwyższem uniesieniu, — nie wspominaj mi nigdy o tej nocy! Ja chcę o niej zapomnieć...
Na ten wybuch gniewu, Clameran nieznacznie wzruszył ramionami.
— Jak ci się podoba, — wyrzekł jowialnie, — zapomnij mój synowcze, zapomnij. Sądzę jednak, że nie odmówisz wziąć na pamiątkę tych trzystu pięćdziesięciu tysięcy franków. Schowaj je, one są twoje.
Wspaniałomyślność ta ani zdziwiła, ani uradowała Raula.
— Według naszej umowy, — rzekł, — mam prawo do daleko większej sumy.
— A więc przyjm to na rachunek.
— A kiedyż będę miał resztę, jeśli łaska?
— W dzień mojego ślubu z Magdaleną, mój piękny synowcze, nie prędzej. Ty jesteś tak szacownym pomocnikiem, że nie myślę pozbawiać się teraz twych usług, a wiesz, że jeżeli nie całkiem ci ufam, to przynajmniej nie jestem zupełnie pewnym szczerości twojego przywiązania...
Raul rozważył, że popełnić zbrodnię i żadnej z niej nie osiągnąć korzyści, byłoby zbyt głupio. Przyszedłszy z zamiarem zerwania z Clameranem, zdecydował się jednak nie rzucać wspólnika, aż wtedy, gdy już niczego nie będzie się mógł od niego spodziewać.
— Dobrze, — rzekł, — przyjmę ten zadatek, ale nie przyjmuję odtąd żadnych zleceń podobnych dzisiejszemu; odmówię.
Clameran wybuchnął śmiechem.

— Dobrze, — odpowiedział, — bardzo dobrze! Stajesz się uczciwym, to chwila właściwa, bo zostałeś bogatym. Niech się uspokoi twoje lękliwe sumienie, teraz będę potrzebował od ciebie tylko drobiazgowych przysług. Wejdź za kulisy, ja teraz występuję...

X.

Godzinę przeszło po odejściu Raula, pani Fauvel pogrążoną była w tym stanie odrętwienia bliskim zupełnej nieczułości, który następuje zarówno po moralnych, jako i po fizycznych gwałtownych boleściach.
Powoli przychodziła jednak do poczucia obecności, a razem z myślą wróciło i cierpienie.
Straszny gwałt, przez jaki przeszła, przedstawiał się jej umysłowi z nadzwyczajną dokładnością, i uderzały ją żywo najdrobniejsze okoliczności, te nawet, które na razie przeszły niepostrzeżone.
Zrozumiała teraz, że stała się pastwą najohydniejszej komedji: Raul dręczył ją z zimną krwią, z namysłem, czyniąc sobie igraszkę z jej cierpień, spekulując na jej czułość.
Ale czy Prosper dopomógł do kradzieży, której Raul czynił ją wspólniczką?
Dla pani Fauvel kwestja ta była najważniejszą.
Ah! Raul, nędznik, dobrze wymierzył. Pani Fauvel zrazu odepchnąwszy myśl wspólnictwa Prospera, wracała do niej i zatrzymywała się na niej. Któż, jeżeli nie on mógł wydać wyraz i umieścić tak znaczną sumę w kasie, która według rozkazów właściciela powinna była być próżną?
To co wiedziała o postępowaniu Prospera, uprawdopodobniało zapewnienia Raula, i pani Fauvel zawsze zaślepiona, wołała komu innemu, niż własnemu synowi przypisać pierwszy pomysł zbrodni.
Mówiono jej, że Prosper polubił jednę z tych istot, które topią majątki w ogniu dziwnych zachcianek i krzywią najlepsze charaktery. Mogła go więc posądzać o wszystko.
Czyż nie wiedziała z doświadczenia, dokąd prowadzi jedna nieroztropność?
Mimo to tłumaczyła Prospera, nawet winnego, i na siebie zwalała całą odpowiedzialność.
Któż oddalił Prospera z domu, który powinien był uważać jako swój własny? Kto zburzył kruchą budowę jego nadziei i zerwał jego najczystszy stosunek miłosny? Kto go popchnął w to życie nieporządne, w którem może szukał zapomnienia?...
Rozważając, sama nie wiedziała, czego się chwycić: czy powiedzieć o tem Magdalenie, czy zamilczeć.
Nieszczęśliwie natchniona, postanowiła zbrodnię Raula zachować w tajemnicy. Jak zawsze, i chociaż wszystkie swoje nieszczęścia winną była wiecznym fluktuacjom woli, przerwom energji, znowu zaczęła targować się z tem, co uważała za święty obowiązek sumienia, odkładając rozwiązanie do czasu, który dotychczas zdradzał ją niemiłosiernie.
Gdy więc Magdalena wróciła około jedenastej z wieczora, pani Fauvel nie powiedziała jej nic, a nawet zdołała pokryć ślady cierpienia, by uniknąć zapytań.
Spokojność jej przetrwała i za powrotem pana Fauvel z synem.
A jednak przeszywał ją straszny niepokój. Mogła przyjść bankierowi myśl zejścia do biura i sprawdzenia kasy; wprawdzie zdarzało się to bardzo rzadko, ale zdarzyć się mogło.
Właśnie jakby na złość, bankier tego wieczora mówił tylko o Prosperze, że zmartwiony jest z jego trybu życia, że go to bardzo niepokoi, że chciałby wyrozumieć, z jakiego powodu zerwał z jego domem.
Szczęściem, kiedy tak źle wyrażał się o Prosperze, nie spojrzał ani na żonę, ani na siostrzenicę. Byłby bardzo zaintrygowany ich wyrazem twarzy.
Noc musiała być dla pani Fauvel długą i okropną męczarnią.
— Za sześć godzin, — mówiła do siebie, — za trzy godziny, za godzinę wszystko wyjdzie na jaw... Co wtedy będzie?
Nadszedł dzień, ludzie się zbudzili; słychać było chodzące sługi. Potem dochodził do niej szelest otwieranych biur, przybywających komisantów.
Ale chciawszy powstać, nie mogła. Niepokonane osłabienie i dolegliwe boleści ogarnęły jej ciało. I tak oto, dzwoniąc zębami, a cała w potach niepokoju, czekała rezultatu.
Czekała, leżąc na krawędzi łóżka, z uchem wytężonem, gdy drzwi jej pokoju nagle się rozwarły. Ukazała się Magdalena, która tylko co od niej wyszła.
Nieszczęsna dziewica blada była jak śmierć, oczy jej połyskiwały gorączką, drżała jak liść pod wiatrem nawałnicy.
Pani Fauvel domyśliła się, że zbrodnię odkryto.
— Wiesz co się stało, ciociu, nieprawdaż? — zapytała Magdalena głosem zgrzytającym. — Oskarżają Prospera o kradzież; jest komisarz, który ma go zaprowadzić do więzienia...
Jęk był jedyną odpowiedzią pani Fauvel.
— Widzę w tem, — mówiła dalej dziewica, — rękę Raula, albo margrabiego...
— Jakto! jak wytłumaczyć?...
— Nie wiem... Wiem tylko, że Prosper jest niewinnym. Właśnie go widziałam, mówiłam z nim... Gdyby był winnym, nie śmiałby był oczu na mnie podnieść.
Pani Fauvel otworzyła usta, ażeby wszystko wypowiedzieć, — nie śmiała.
— I czegóż od nas chcą te potwory, — mówiła Magdalena, — jakich wymagają ofiar? Zniesławić Prospera?... Lepiej było go zabić, milczałabym!...
Wejście pana Fauvela przerwało Magdalenie. Bankier tak był uniesiony gniewem, że zaledwie mógł mówić.
— Nędznik! — wyjąknął, — żeby śmieć mnie oskarżać, mnie!... Dawać do zrozumienia, że ja sam siebie okradłem... I ten markiz de Clameran, który zdaje się podejrzywać moją dobrą wiarę!...
Wtedy nie uważając na wrażenia kobiet, opowiedział wszystko co zaszło.
— Ja to przeczuwałem wczoraj, — zakończył, — otóż to do czego prowadzi złe postępowanie.
Tego dnia poświęcenie Magdaleny dla ciotki wystawionem było na najcięższą próbę.
Szlachetna dziewica widziała, jak jej ukochanego ciągano w błocie; wierzyła w jego niewinność jak w swoją własną; pewną była, że zna tych, co uknuli spisek na jego zgubę, i nie otworzyła ust by go bronić.
Ale pani Fauvel domyślała się podejrzeń siostrzenicy, zrozumiała, że choroba jej może być wskazówką, więc chociaż umierająca, zebrała się by wstać i pójść na śniadanie.
Smutneż było śniadanie!... Nikt nic w usta nie wziął.
Słudzy chodzili na palcach i mówili cicho, jak w domu, w którym stało się wielkie nieszczęście.
Około drugiej godziny pan Fauvel siedział w swoim gabinecie, gdy pokojowy dał mu znać, że pan margrabia de Clameran chce z nim mówić.
— Co! — zawołał bankier, — on śmie....
Ale rozmyślił się i dodał:
— Prosić.
Samo to nazwisko. Clameran, rozbudziło nieuspokojone jeszcze rozjątrzenie bankiera. Okradziony zrana, a przez to narażony na ambaras w chwili wypłaty, mógł zmilczeć niektóre docinki; ale teraz cieszył się, że będzie mógł to sobie powetować.
Ale margrabia nie chciał wejść na górę. Wkrótce pokojowy wrócił oświadczając, że ten natrętny gość dla ważnych powodów chce pomówić z panem Fauvelem w biurze.
— Cóż to za nowe wymaganie? — zawołał bankier.
I zgniewany jak można najbardziej, nie widząc powodu mitygowania się, zszedł na dół.
Pan Clameran czekał, stojąc w pierwszej sali, dotykającej kasy. Pan Fauvel szedł prosto do niego.
— Czego pan sobie jeszcze życzysz? — zapytał szorstko, — wszak panu zapłacono, masz pokwitowanie!...
Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich komisantów i samego bankiera, margrabia wcale się nie uraził.
— Jesteś pan surowym względem mnie, — odpowiedział tonem uszanowania, ale bez uniżoności, — lecz ja na to zasłużyłem. Dla tego nawet przyszedłem. Człowiek dobrze wychowany zawsze cierpi, ilekroć błąd popełni, a ja znajduję się właśnie w tym wypadku, i szczęśliwym się mienię, że przeszłość moja pozwala mi wyznać to bez narażenia mnie na posądzenie o słabość. Jeżeli nalegałem o to aby z panem pomówić tu, a nie w pańskim gabinecie, to dla tego, że znalazłszy się nader nieprzyzwoicie w obecności pańskich urzędników, chciałem w ich obecności prosić pana o przebaczenie.
Znalezienie się Clamerana było tak niespodziewane, tak dziwnie odbijało od jego zwykłej pyszałkowatości, że bankier w zdziwieniu swem zaledwie znalazł kilka słów urwanych.
— Tak... zapewne... wyznaję... insynuacje pańskie... pełne wątpliwości...
— Dziś z rana, — mówił dalej margrabia, — miałem chwilę takiej przykrości, że nie mogłem nad nią zapanować. Włosy mi siwieją, prawda, ale jak wpadnę w gniew, jestem gwałtowny i nierozważny, jak gdybym miał dwadzieścia lat. Słowa moje, wierzaj mi pan. wydały moją myśl tajemna, i gorzko ich żałuje.
Pan Fauvel sam bardzo popędliwy i zarazem bardzo zacny, umiał więcej niż ktokolwiek ocenić postąpienie Clamerana i był niem ujęty. Wreszcie długie życie nieskażonej uczciwości nie mogło doznać uszczerbku przez jakiś nierozważny wyraz. Uraza jego znikła wobec tak szlachetnie wypowiedzianego usprawiedliwienia.
Podał rękę Clameranowi, mówiąc:
— Niech wszystko będzie zapomniane. Proszę pana...
Rozmawiali z sobą po przyjacielsku kilka minut. Clameran wytłumaczył, dla czego tak mu gwałtownie potrzeba było dziś zrana pieniędzy, i odchodząc oświadczył, że prosić będzie o pozwolenie złożenia uszanowania pani Fauvel.
— Będzie to może niedyskretnie, — rzekł z widocznym odcieniem wahania, po tem zmartwieniu, jakiego zapewne doznała dziś zrana.
— O! bez wahania, panie margrabio, — odpowiedział bankier, — sądzę nawet, że pogadanka rozerwie ją nieco; ja zaś muszę wyjść w tym smutnym interesie.
Pani Fauvel była podówczas w tym małym saloniku, w którym Raul groził jej wczoraj, że się zabije. Co raz bardziej cierpiąca, wsparła się na kanapie, a Magdalena była przy niej.
Gdy lokaj zapowiedział pana Ludwika de Clameran, porwały się obie, jakby na widok stracha.
On idąc po wschodach, miał czas ułożyć sobie fizjognomję. Prawie wesoły przy rozstaniu się z bankierem, teraz był poważnym i smutnym.
— Pokłonił się; wskazano mu fotel, ale nie chciał usiąść.
— Chciejcie mi panie wybaczyć, ― zaczął, — że śmiem przerywać wasz smutek, lecz mam obowiązek do spełnienia...
Obie kobiety milczały zdawały się czekać wyjaśnienia; wtedy dodał zniżając głos:
— Wiem wszystko!
Pani Fauvel gestem chciała mu przerwać. Domyśliła się, że wyjawi tajemnicę zachowaną przed siostrzenicą.
Ale Ludwik nie chciał widzieć tego ruchu. Zdawał się zajęty jedynie Magdaleną, która powiedziała:
— Wytłumacz się pan!
— Przed godziną dopiero, — odpowiedział, — dowiedziałem się, że wczoraj wieczór Raul uciekając się do najniegodziwszych gwałtów, wymógł na matce oddanie mu klucza od kasy i ukradł trzykroć sto pięćdziesiąt tysięcy franków.
Na te słowa gniew i wstyd zarumieniły lica Magdaleny.
Schyliła się ku ciotce i chwytając ją za obie ręce:
— Czy to prawda? — zawołała głosem głuchym, — czy to prawda?
— Niestety! — jęknęła pani Fauvel pognębiona.
— I pozwoliłaś, ciotko, oskarżyć Prospera? — zawołała; — pozwoliłaś go zniesławić, wtrącić do więzienia?
— Wybacz!... — szeptała pani Fauvel, — strach mnie ogarniał, on chciał się zabić! przytem, nie wiesz... Prosper był z nim w zmowie.
— Oh! — krzyknęła Magdalena z uniesieniem, — powiedziano ci to i tyś uwierzyła!...
Clameran uważał za właściwe wtrącić:
— Na nieszczęście, — rzekł tonem bolesnym, — pani Fauvel nie spotwarza pana Bertomy.
— Dowód, panie, dowód!
— Mamy zeznanie Raula.
— Raul jest nędznikiem!
— Wiem o tem aż nadto dobrze, ale któż nareszcie wydał wyraz? kto pieniądze zostawił w kasie? Niezaprzeczenie pan Bertomy...
Argumenta te żadnego wpływu nie miały na Magdalenę.
— A teraz, — zapytała, nie ukrywając bynajmniej pogardy dochodzącej aż do obrzydzenia, — czy pan wiesz, gdzie się podziały pieniądze?
Nie można było pomylić się co do sensu tego zapytania. Ono wzmocnione zabójczem wejrzeniem, znaczyło:
— Tyś do kradzieży nakłonił, ty przechowujesz kradzież.
Ta krwawa obelga od dziewicy, którą przezorny bandyta tak kochał, że dla niej narażał się na utratę całego produktu swych zbrodni, tak głęboko dotknęła Clamerana, że zsiniał.
— Przyjdzie czas, — rzekł, — w którym pani żałować będziesz swego ze mną okrutnego obejścia. Zrozumiałem dokładnie znaczenie zapytania pani... oh, nie zaprzeczaj pani!...
— Ależ ja, panie, wcale nie zaprzeczam...
— Magdaleno! — szepnęła pani Fauvel, przejęta drżeniem na widok rozdrażnionych złych namiętności człowieka, który los jej trzymał w swoich rękach; — Magdaleno, przez litość!...
— Tak, — rzekł smutno Clameran, — panna Magdalena jest nielitościwą; ona okrutnie karze człowieka honorowego, którego jedyną winą jest to, że był posłusznym woli umierającego brata. A jednak, jeżeli ja tu przyszedłem, to dla tego, iż jestem jednym z tych ludzi, którzy wierzą w solidarność wszystkich członków rodziny.
Wyjął z bocznej kieszeni paltota kilka paczek biletów bankowych i położył je nad kominkiem.
— Raul, — wyrzekł, — ukradł 350.000 franków; oto jest ta suma. Stanowi ona więcej niż połowę mojego majątku. Z całego serca oddałbym i resztę, byle tylko być pewnym, że ta zbrodnia będzie ostatnią.
Zbyt niedoświadczona by zgłębić tak śmiały, a tak prosty plan Clamerana — Magdalena osłupiała; wszystkie jej przewidywania zwichnęły się.
Pani Fauvel przeciwnie, przyjęła tę restytucję jako zbawienie.
— Dziękuję panu! — rzekła, — biorąc za ręce Clamerana, — dziękuję, pan jesteś dobrym!...
Promień radości błysnął w oczach Clamerana — ale tryumfował za wcześnie. Minuta zastanowienia zwróciła Magdalenie całe niedowierzanie. Ta bezinteresowność była za piękną na człowieka, o którym była pewną, że nie jest zdolnym do żadnego szlachetnego uczucia, przyszła jej więc myśl, że w tem jest jakaś zasadzka.
— I co my zrobimy z temi pieniędzmi? — zapytała.
— Oddacie panie panu Fauvelowi, panno Magdaleno.
— My, panie, a to jak? Oddać, znaczy to oskarżyć Raula, i zgubić moją ciotkę. Odbierz pan swoje pieniądze.
Clameran za wiele miał sprytu aby nalegać; wziął pieniądze i niby zabierał się do wyjścia.
— Rozumiem pani odmowę, — rzekł; — ja powinienem wynaleźć środek. Ale nie odejdę ztąd, panno Magdaleno, nie powiedziawszy pani, jaką boleścią przejęła mnie twoja niesprawiedliwość.
Wszak po obietnicy, jaką mi pani uczynić raczyłaś, mogłem spodziewać się lepszego przyjęcia.
— Dotrzymam obietnicy, panie, ale nie wprzód, aż mi pan dasz rękojmię...
— Rękojmię!... A jaką? Powiedz mi pani z łaski swojej.
— Kto mi zaręczy, że po... moim ślubie Raul nie przyjdzie grozić matce? Co znaczy posag mój dla człowieka, który w ciągu trzech miesięcy strwonił przeszło sto tysięcy franków? My robimy targ: ja panu oddaję rękę w zamian za cześć i życie mojej ciotki; przed wszelkiem tedy zapewnieniem pytam się: Jaką dajesz mi pan rękojmię?
— Oh! — zawołał Clameran, — dam pani taką, że musisz się przekonać o mojej dobrej wierze. Niestety! pani wątpisz o mojem poświęceniu; czemże go pani mogę dowieść? Mamże próbować ocalenia pana Bertomy?
— Dziękuję za tę gotowość, — odpowiedziała pogardliwie Magdalena. — Jeżeli Prosper jest winnym, niech ginie! jeżeli nie winien, Bóg mu dopomoże...
Pani Fauvel i siostrzenica powstały — było to pożegnanie. Clameran odszedł.
— Co to za charakter, — mówił, — co za duma! Odemnie żądać rękojmi... Ah! gdybym jej tak nie kochał!... Ale kocham ją, i muszę tę dumną widzieć u nóg moich!... Ona taka piękna... Ha! tem gorzej dla Raula!
Clameran nigdy jeszcze nie był tak rozjątrzony.
Energja Magdaleny, której w rachubach swych nie przewidział, zniszczyła teatralny efekt, na który liczył i poniszczyła jego mądre plany.
W doświadczeniu swem uważał, że nie może sobie pochlebiać, żeby zdołał przestraszyć tę dzielną dziewicę. Pojmował, że ona nie będąc wtajemniczoną w jego zamiary, nie przenikając znaczenia jego manewrów, miała się na ostrożności. Dalej, widocznem było, że będzie panować nad panią Fauvel całą przewagą potęgi charakteru, ożywiać ją swą śmiałością, uwiadamiać o swych uprzedzeniach, wreszcie bronić ją przeciw nowym słabościom.
Właśnie w chwili, gdy Ludwik sądził, że bawiąc się wygra, napotykał przeciwnika. Partję trzeba było rozpocząć nanowo.
Niezaprzeczonem było, że Magdalena chciała poświęcić się dla swej ciotki, ale było również pewnem, że poświęci się tylko na pewnych zasadach, nie zaś na wiatr.
Jakież tedy można było dać jej rękojmie? Jakie przedsięwziąć środki, żeby widocznie i stanowczo postawić panią Fauvel po za obrębem dalszych napaści Raula? Zapewne, że jak Clameran się ożeni, Raul zostanie bogatym, pani Fauvel nie będzie niepokojona. Ale jak tego dowieść, jak o tem przekonać Magdalenę?
Dokładna świadomość wszystkich okoliczności, towarzyszących tej niecnej i zbrodniczej intrydze, mogłaby stanowczo ją zaspokoić; ale byłoż podobieństwem wtajemniczać ją we wszystkie szczegóły, zwłaszcza przed ślubem?... Oczywiście że nie.
Jakąż więc dać rękojmię? Długo Clameran badał tę kwestję z rozmaitych punktów, wyczerpując wszystkie zasoby swego giętkiego umysłu; nie znajdował nic, żadnej możliwej transakcji, żadnego wybiegu.
Ale nie należał on do tych ludzi wahających się, których byle przeszkoda zatrzymuje całe tygodnie Ilekroć nie mógł rozwiązać, rozcinał węzły sytuacji.
Raul zawadzał mu; więc poprzysiągł sobie, że w ten lub ów sposób pozbędzie się wspólnika.
Ale pozbyć się Raula, który był taki sprytny i niedowierzający, rzecz niełatwa. Ta jednak uwaga nie wstrzymywała Clamerana. Parła go jedna z tych namiętności, które wiek strasznemi czyni...
Im pewniejszym był nienawiści i pogardy Magdaleny, tem więcej, w skutek jakiejś niepojętej, a często jednak trafiającej się aberracji umysłu i zmysłów, kochał ją, pragnął jej, pożądał.
Jednakże nie straciwszy do reszty rozumu, uważał że nie można naglić. Czuł, że nim coś przedsięweźmie, musi poczekać na koniec sprawy Prospera.
Przytem pragnął widzieć się jeszcze z panią Fauvel i Magdaleną, które jak sądził, wkrótce same tego zażądają.
Co do tego łudził się także.
Oceniając zimno i zdrowo ostatnie sprawki dwóch wspólników, Magdalena była przekonana, że na teraz oni nie pójdą dalej.
Rozumiała, że obecnie opór nie może w żaden sposób więcej szkody przynieść, jak nikczemna uległość.
Przyjęła więc na siebie całą odpowiedzialność za wypadki, pewną będąc, że działalnością swą potrafi poskromić tak dobrze Raula jak i Clamerana.
Pani Fauvel stawiłaby także opór, Magdalena nie wątpiła o tem; ale dziewica zamierzała użyć, a nawet w razie potrzeby nadużyć swojego wpływu, aby w jej własnym interesie nadać jej postawę śmielszą i godniejszą.
Dla tego też, po widzeniu się z Clameranem, obie kobiety zdecydowane czekać na swych przeciwników, dopóki sami się nie zbliżą, nie dawały żadnego znaku życia.
Pod maską nie źle udawanej obojętności ukrywając swój niepokój, nie dowiadywały się nawet o niczem.
Z ust pana Fauvel usłyszała tylko o skutku badania Prospera. o jego upartem wypieraniu się, o potępiających go okolicznościach, o wahaniu się sędziego śledczego, nareszcie o jego wypuszczeniu na wolność dla braku dowodów. Od chwili jak Clameran oświadczył się za restytucją sumy, pani Fauvel nie wątpiła, że kasjer jest winnym.
Nie mówiła o tem, ale w duchu oskarżała go, że namówił i popchnął do zbrodni Raula, tego synalka, którego, mimo wszystkiego co się stało, nie mogła przestać kochać.
Magdalena przeciwnie, była pewną niewinności Prospera.
Tak pewną, że dowiedziawszy się o uwolnieniu jego, ośmieliła się prosić wuja, pod pozorem jakiegoś dobroczynnego dzieła, o dziesięć tysięcy franków, które przysłała nieszczęśliwemu, co padł ofiarą fałszywych pozorów, i o ile słyszała, pozostał bez żadnych funduszów.
Jeżeli zaś w liście dołączonym do pieniędzy, a wyciętym z modlitewnika radziła Prosperowi opuścić Francję, to dla tego, że wiedziała, iż we Francji życie dlań było niepodobnem.
Nadto Magdalena była wtedy przekonaną, że będzie musiała wyjść za Clamerana, i wolała, żeby na ten czas człowiek przez nią wybrany, znajdował się daleko.
A jednak w chwili uczynienia tego kroku, który pani Fauvel odradzała, obie nieszczęsne kobiety znajdowały się w nader kłopotliwem położeniu.
Dostawcy, których Raul połknął pieniądze, a którzy długi czas kredytowali, obecnie nalegali o uiszczenie należytości, nie pojmując, jak taki dom mógł kazać im czekać na wypłatę sum, które uważali za małoznaczące. Jednemu należało się tysiąc, drugiemu tysiąc, trzeciemu ledwie pięćset franków. Rzeźnik, winiarz, pasztetnik, przychodzili razem, i z trudnością można było odczepić się od nich jakim zadatkiem. Niektórzy grozili, że udadzą się do samego bankiera. Niestety! pani Fauvel miała deficytu około 15.000 franków.
Z drugiej strony Magdalena i jej ciotka, które całą zimę nie wychodziły, aby uniknąć wydatku na ubranie, musiały koniecznie znajdować się na balu dawanym przez panów Jandidier, poufałych przyjaciół pana Fauvela.
Jak tu pójść na ten bal, który na domiar nieszczęścia był kostiumowy, i zkąd wziąć pieniądze na kostiumy?...
Od roku nie zapłaciły swojej szwaczce. Zechce im nadal jeszcze kredytować?
Nowa pokojówka, nazwiskiem Palmira Chocareille, która weszła w służbę Magdaleny, wydobyła je z kłopotu.
Dziewczyna ta, mająca świadomość drobnych kłopotów życia, które są najcięższemi, musiała odgadnąć niepokój swych pań.
Dość, że nie będąc proszoną, wskazała bardzo zdolną szwaczkę na dorobku, która miała nie złe zapasy, i byłaby bardzo szczęśliwa, gdyby mogła tym paniom dostarczyć wszystkiego, a nawet poczekałaby na zapłatę, w pewności, że klientela pani Fauvel dałaby ją poznać światu eleganckiemu i przysporzyłaby jej roboty.
Ale to nie wszystko. Ani pani Favel, ani jej siostrzenica, nie mogły pójść na bal bez żadnego klejnotu.
Tymczasem wszystkie bez wyjątku ich kosztowności zabrał Raul i zastawił w lombardzie, a kwity były u niego.
Wtedy to Magdalena powzięła myśl, by skłonić Raula, ażeby choć część skradzionych pieniędzy użył na wykupienie klejnotów wydartych słabości matczynej. Oświadczyła to swej ciotce, mówiąc:
— Naznacz schadzkę Rautowi, on nie będzie śmiał ci odmówić, ja pojadę...
Rzeczywiście nazajutrz, dzielna dziewica wzięła fiakra, i mimo okropnej pogody udała się do Vésinet.
Nie spodziewała się wtedy, że za nią biegli pan Verduret i Prosper, i wisząc na drabinie, świadkami byli jej schadzki.
Ale daremną była ta odwaga Magdaleny. Raul oświadczył, że podzielił się z Prosperem, że część swoją stracił, i nie ma już ani grosza.
Nawet kwitów nie chciał oddać, i Magdalena musiała energicznie nastawać, aby wydrzeć cztery czy pięć, na przedmioty niezbędne i nie wielkiej wartości.
Odmowę tę nakazał Clameran. Spodziewał się, że w krytycznej chwili udadzą się do niego.
Raul usłuchał go, ale dopiero po gwałtownej kłótni, której świadkiem był Józef Dubois, nowy służący Clamerana.
Bo wtedy dwaj wspólnicy byli z sobą jak najgorzej. Clameran szukał jakiego, jeżeli nie uczciwego, to przynajmniej mało niebezpiecznego środka pozbycia się Raula, a młody bandyta miał jakoby przeczucie przyjacielskich intencji swego towarzysza.
Tylko pewność wielkiego niebezpieczeństwa mogła ich połączyć, a pewności tej nabyli na balu panów Jandidier.
Któż to był ten tajemniczy pajac, który po swych przeźroczystych alluzjach do nieszczęść pani Fauvel, rzekł do Ludwika tak szczególnym tonem:
— Jestem przyjacielem brata twego Gastona?
Nie mogli odgadnąć, ale tak byli pewni, że jest ich nieubłaganym nieprzyjacielem, że po wyjściu z balu próbowali go zasztyletować.
Straciwszy trop jego, przelękli sie śmiertelnie.
— Baczność! — rzekł z cicha Clameran, — może zanadto wcześnie dowiemy się, kto jest ten człowiek...
Raul próbował wtedy nakłonić go, by wyrzekł się Magdaleny.
— Nie! — zawołał Clameran, — mieć ją będę, albo zginę!...

Sądzili, że będąc ostrożnymi, nie tak łatwo dadzą się ująć. Nie wiedzieli jaki to człowiek szedł za nimi.

Rozwiązanie.

Oto są wypadki, które umysłem badawczym, prawie niepodobnym do uwierzenia, zebrał i uporządkował ów gruby jegomość z wesołą twarzą, protektor Prospera słowem, pan Verduret.
Przybywszy do Paryża o dziewiątej wieczór, nie koleją Lyońską, jak zawiadomił, ale Orleańską, pan Verduret udał się natychmiast do hotelu pod Wielkim Archaniołem, gdzie oczekiwał go kasjer drżący z niecierpliwości.
— Ach! dowiesz się dziwnych rzeczy, rzekł do niego pan Verduret, — i zobaczysz, dokąd to nie raz sięgać trzeba w przeszłości, aby odkryć pierwszą przyczynę zbrodni. Wszystko tu trzyma się i wiąże na ziemi. Gdyby Gaston de Clameran przed dwudziestą kilką laty nie był poszedł na pól filiżanki czarnej kawy do kawiarni założonej w Tarascon, kasa twoja nie byłaby okradzioną przed miesiącem. Walentyna de la Verberie zapłaciła w roku 1866 uderzenie noża, zadane z miłości dla niej około roku 1840. Nic nie ginie pod słońcem, nic się nie zapomina. Ale raczej posłuchaj.
I zaraz jął opowiadać, dopomagając sobie notatami i grubym manuskryptem, który napisał.
Od tygodnia pan Verduret nie miał może wszystkiego razem dwudziestu czterech godzin wypoczynku, ale nie znać tego po nim.
Jego stalowe muskuły nie lękały się utrudzenia, a sprężyny umysłowe były tak silne, że nigdy się nie usuwały.
Inny byłby już ducha nie czuł; on ani się zachwiał, a opowiadał z właściwą sobie, pociągającą werwą, odgrywając niejako dramat, którego rozwijał perypetje, rozczulając się lub unosząc, wchodząc — jak to mówią w teatrze — w skórę osób, które przedstawiał na scenie.
Prosper słuchał, olśniony tą zadziwiającą jasnością, tą cudowną łatwością wykładu.
Słuchał i zadawał sobie pytanie, czy ta opowieść, która w najdrobniejszych szczegółach tłumaczyła wypadki, rozbierała przelotne wrażenia, odtwarzała rozmowy tajemne, — nie była raczej romansem, nie zaś dokładną relacją.
Zapewne, że te wyjaśnienia były trafne, ujmujące prawdopodobieństwem, ściśle logiczne; ale na czem polegały? Nie byłyż one marzeniem człowieka imaginacyjnego?
Pan Verduret opowiadał długo; było już około czwartej z rana, gdy skończywszy, zawołał tonem tryumfu:
— A teraz oni mają się na ostrożności; są sprytni, ale drwię sobie z tego, trzymam ich za poły. Przed tygodniem, Prosperze, będziesz zrehabilitowany: przyrzekłem to twojemu ojcu.
— Czy podobna? — szepnął kasjer, któremu się całkiem w głowie przewróciło, — czy podobna, ażeby to wszystko było prawdą?
— Co?
— To co mi pan powiedziałeś.
Pan Verduret podskoczył jak człowiek nienawykły do tego, by słuchacze wątpili o pewności jego informacji.
— Czy podobna? — zawołał, — ależ to jest najistotniejszą prawdą, prawdą schwytaną na uczynku, przeniesioną żywcem.
— Jakto! takie rzeczy mogą dziać się w Paryżu, pośród nas, i...
— Ba! — przerwał pan Verduret, — jesteś jeszcze młody, mój przyjacielu, dzieją się tu inne rzeczy... o których się wam ani śniło. Wy wierzycie tylko w grozę kryminałów. Ha, ha! Za pośrednictwem Gazety Sądowej widać tylko krwawe melodramy życia, a aktorowie życia, niegodni złoczyńcy, są nikczemni jak nóż, lub głupi jak trucizna, której używają. W cieniu to rodzin, często nawet pod zasłoną kodeksu, odbywa się prawdziwy dramat, dramat zabójczy epoki naszej; zdrajcy chodzą tam w glansowanych rękawiczkach, łotry drapują się w togę poważania, a ofiary mrą z rozpaczy, z uśmiechem na ustach... Ale co ja ci tam będę gadał, widzę, że powątpiewasz...
— Ja pytam się, jakeś pan mógł przyjść do odkrycia tych zbrodni?
Gruby jegomość zaśmiał się szeroko.
— He, he! — rzekł z miną zadowoloną z siebie, — ja gdy rozpocznę jaką sprawę, oddaję się jej całą duszą. Uważaj to sobie dobrze; człowiek średniej inteligencji, który do jednego celu skieruje wszystkie swoje myśli i całą swoją wolę, niezawodnie cel osiągnie. A przytem mam ja jeszcze moje wyłączne środki...
— W każdym razie trzeba przecież wskazówek, ja nie mogę dociec...
— Prawda: ażeby iść w ciemnościach, potrzeba światła. To też płomień oczu Clamerana w chwili, gdy wymówiłem imię brata jego Gastona, zapalił moją latarnię. Odtąd szedłem prosto do rozwiązania zagadki, jak do świecącego punktu.
Prosper wzrokiem pytał i błagał.
Chciał poznać śledcze drogi swego protektora, bo jeszcze wątpił, nie śmiał uwierzyć w ogłoszone mu szczęście: — będziesz zrehabilitowany!
— Nieprawda? — zapytał pan Verduret, — dałbyś nie wiedzieć co, ażeby się dowiedzieć, jakim ja sposobem doszedłem kłębka po nitce.
— Wyznaję; jest to dla mnie tak cudownem!...
Pan Verduret cieszył się z zadumania Prospera. Nie był to wprawdzie dla niego ani należyty sędzia, ani zawołany amator; mniejsza o to, szczery podziw zawsze jest pochlebnym, zkądbądź przychodzi.
— Zgoda, — odrzekł, — wykażę ci mój system. Cudowności nie ma tu ani cienia. Pracowaliśmy razem nad rozwiązaniem problematu, widzisz zatem, jaką drogą przyszedłem do przeświadczenia, że Clameran coś znaczy w tej zbrodni. Zkąd, mając taką pewność, znalazłem znakomite ułatwienie zadania? Cóżem uczynił? Umieściłem oddanych mi ludzi u osób, nad któremi wypadało mi czuwać: Józefa Dubois u Clamerana, Ninę Gypsy u pani Fauvel.
— Rzeczywiście, jeszcze nie może mi to wyjść z głowy, jakim sposobem Nina zgodziła się na to posłannictwo.
— To, — odpowiedział pan Verduret, — to moja tajemnica... Idę dalej! Mając dobre oczy, i delikatne uszy na miejscu, pewny teraźniejszości, chciałem poznać przeszłość, i wyjechałem do Beaucaire. Nazajutrz byłem w Clameranie, i w pierwszej chwili napotkałem na syna starego Jana, dawnego sługi zamkowego. Tęgi to chłopiec, dalipan! szczery jak złoto, prosty jak natura, i który zaraz odgadł, że przyjechałem za kupnem wina...
— Wina? — zapytał Prosper, nic nie rozumiejąc.
— Naturalnie, to było jasne jak na dłoni. Trzeba ci wiedzieć, że niezupełnie tam wyglądałem jak teraz. On, ponieważ miał wino na przedaż, co także było widocznem, wszedł ze mną w targ. Debata trwała cały dzień, a myśmy przez ten czas wypróżnili ze dwanaście butelek. Przy wieczerzy Jan spity był jak bela, a ja kupiłem za dziewięćset franków ślicznego wina, które ojciec twój odkupi.
Prosper miał tak szczególną minę, że pan Verduret parsknął śmiechem.
— Ryzykowałem dziewięćset franków, — mówił dalej, — ale od słowa do słowa, wywiedziałem się całej historji Clameranów, miłostek Gastona, ucieczki jego, a nawet tego, jak Ludwik upadł z koniem. Dowiedziałem się także, iż Ludwik wrócił przed rokiem, przedał zamek nabywcy majątków, zwanemu Fougeroux, i że żona tegoż naznaczyła schadzkę Ludwikowi. To też tego wieczoru, przebywszy Rodan, byłem u tej Michaliny. Biedna kobieta! ten łajdak mąż tak ją bije, że nie długo zostanie idjotką. Dowiodłem jej, że przychodzę od jakiegoś Clamerana, a ona czemprędzej opowiedziała mi wszystko! co tylko było jej wiadomem.
Prostota tych śledczych środków zdziwiła Prospera.
— Odtąd, — mówił dalej pan Verduret, — kłębek się rozplątywał, trzymałem już za główną nitkę. Trzeba się było jeszcze dowiedzieć, co się stało z Gastonem. Nie trudno mi było wynaleźć jego ślad. Lafourcade, który jest przyjacielem twojego ojca, powiedział mi, że Gaston de Clameran osiadł w Oloron, że nabył tam hamernię, i umarł. We trzydzieści sześć godzin potem byłem w Oloron.
— Jesteś pan więc niestrudzonym?
— Owszem, ale wziąłem sobie za zasadę, kuć żelazo gdy gorące. W Oloron spotkałem Manuela, który przybył tam na kilka dni po drodze do Hiszpanji; od niego miałem doskonałą biografję Gastona i opis najdrobniejszych szczegółów jego śmierci. Od Manuela dowiedziałem się o odwiedzinach Ludwika, a oberżysta miejski mówił mi o pobycie tam podówczas młodego robotnika, w którym poznałem Raula.
— Ależ rozmowy? — zapytał Prosper, — te rozmowy tak dokładne...
— Zdaje ci się, że wyjąłem je z pod czapki, nieprawdaż? Gdy ja tam pracowałem, moi pomocnicy tu nie zasypiali gruszek w popiele. Clameran i Raul wzajem nie ufając sobie, byli tak przezorni, że na wszelki wypadek zachowywali listy, które pisywali do siebie. Józef Dubois znalazł te listy, przepisał ich większą część, zdjął fotogramy najważniejszych i wszystko mi to poprzesyłał. Z drugiej strony Nina cały czas spędziła na słuchaniu pode drzwiami i przysyłała mi treść tego, co usłyszała. Nareszcie miałem u Fauvelów ostatni środek śledczy, który ci później wyjawię.
Było to jasne, dokładne i niezbite.
— Rozumiem, — szeptał Prosper, — rozumiem...
— A ty, mój młody przyjacielu, cóżeś przez ten czas robił?
Prosper na to zapytanie zmieszał się i poczerwieniał. Ale rozumiał, że zamilczeć o swej nieroztropności, byłoby głupim i złym postępkiem.
— Niestety, — odpowiedział, — oszalałem wyczytawszy w jednym dzienniku, że Clameran ma się żenić z Magdaleną...
— A więc... — nalegał pan Verduret zaniepokojony.
— Napisałem do pana Fauvela list bezimienny, w którym dałem mu znać, że go żona zdradza dla Raula...
Pan Verduret potężnem uderzeniem pięści złamał stolik, przy którym siedział.
— Nieszczęśliwy! — zawołał, — zgubiłeś może całą sprawę!
W mgnieniu oka zmieniła się jego fizjognomja. Jego wesołe oblicze przybrało wyraz groźby.
Wstał i zaczął gwałtownie chodzić po najpiękniejszej komnacie w hotelu pod Wielkim Archaniołem, nie troszcząc się o lokatorów pierwszego piętra.
— Ależ ty jesteś dziecko, — mówił do osłupiałego Prospera, — warjat, gorzej jeszcze... głupiec!
— Panie...
— Jakto! znalazłeś dobrego człowieka, który, kiedy ty toniesz, rzuca się do wody, i kiedy już ma cię wyratować, ty czepiasz się jego nóg i nie dajesz mu pływać!... Cóżem ja ci powiedział?
— Abym siedział spokojnie i wcale nie wychodził.
— A wiec?
Uczucie winy uczyniło Prospera bojaźliwym jak student, którego nauczyciel słucha sprawy z godzin przeznaczonych na naukę, a on tłumaczy się ze swego lenistwa.
— Było to wieczorem, panie, — odpowiedział, — byłem cierpiący, wyszedłem przejść się po ulicach, sądziłem, że nie zawadzi wejść do kawiarni, gdzie wziąwszy dziennik, wyczytałem okropną nowinę...
— Czyż nie umówiliśmy się, że miałeś polegać na mnie?
Pan byłeś nieobecny, ogłoszenie to wzburzyło mnie; pan byłeś tak daleko, mogły ci przeszkodzić jakie wypadki...
— Wypadki nieprzewidziane są tylko dla głupców! — odezwał się krótko pan Verduret. — Pisać list bezimienny! Czy wiesz na coś mnie wystawił? Ty jesteś przyczyną, że może będę musiał złamać najświętsze słowo, jakie dałem jednej z rzadkich osób, które szanuję na ziemi. Będę uchodził za oszusta, nikczemnika, ja, który...
Przerwał, jakby obawiał się, czy nie zawiele powiedział, i dopiero po niejakim czasie, uspokoiwszy się nieco, zaczął:
— Głupio jest ubolewać nad tem, co się stało. Starajmy się wykręcić z tego położenia. Gdzie i kiedy wrzuciłeś ten list na pocztę?
— Wczoraj wieczór, na ulicy Cardinal-Lemoine. Ach! jeszcze nie doleciał do dna, gdy już żal mnie ścisnął.
— Trzeba było, aby cię ścisnął przedtem. O której godzinie?
Około dziewiątej.
— Więc pan Fauvel odebrał dziś rano razem z kurjerem, i prawdopodobnie był sam w gabinecie, gdy go odpieczętował i czytał.
— Nie tylko prawdopodobnie, ale niezawodnie.
— Czy przypominasz sobie wyrażenia listu? Nie mięszaj się, to, o co cię pytam, jest ważne; przypomnij sobie...
— Oh! nie potrzebuję sobie przypominać. Mam wyrażenia w pamięci, jak gdybym je dopiero napisał.
Mówił prawdę, i prawie dosłownie powtórzył list napisany do pana Fauvela.
Pan Verduret słuchał go z natężoną uwagą, a zmarszczki na czole objawiały pracę myśli.
— Hm! to wcale dosadny anonim, jak na człowieka, którego to nie jest rzemiosłem. Daje do zrozumienia wszystko, nic nie wyszczególniając: ogólnikowy, szyderczy, przewrotny... Powtórz-no raz jeszcze.
Prosper powtórzył bez zmiany.
— Ależ tu jest wszystko, — mówił dalej pan Verduret, powtarzając za Prosperem frazesy listu. — Nic bardziej niepokojącego jak ta alluzja do kasjera. Albo to powątpiewanie: — „Czy to on także ukradł brylanty pani Fauvel?“ — to po prostu okropne. Cóż bardziej drażniącego, jak ta ironiczna rada: — „Na pańskiem miejscu, nie robiłbym hałasu, ale uważałbym na żonę?“
Głos jego zgasł; wewnętrznie tylko domawiał monologu.
Nareszcie stanął prosto przed Prosperem złożywszy ręce.
— Wrażenie twego listu musiało być straszne. Idźmy dalej. Twój pryncypał musi być prędki.
— Gwałtowny.
— No, to złe może nie jest niepowetowanem.
— Jakto! pan przypuszczasz...
— Ja sądzę, że każdy człowiek gwałtownego temperamentu, obawia się iść za pierwszem poruszeniem. To jest nasza deska zbawienia. Jeżeli za odebraniem twojego pocisku pan Fauvel nie umiał się powstrzymać, jeżeli wpadł do pokoju żony i krzyknął: „Gdzie są twoje brylanty?“ — to jak dwa razy dwa — cztery, projekta nasze upadły. Ja znam panią Fauvel, ona przyzna się do wszystkiego.
— Byłożby to tak wielkiem nieszczęściem?
— Tak, mój młody dyplomato, bo za pierwszem słowem wymówionem między panią Fauvel a jej mężem, ptaszki nasze ulecą!
Prosper nie przewidywał tej ewentualności.
— Następnie, — mówił dalej pan Verduret, — tym sposobem wyrządziłoby się komuś boleść niesłychaną.
— Komuś, kogo znam?
— Tak, mój roztropny chłopcze, i bardzo znasz. Nareszcie i ja sam byłbym djable zmartwiony, gdybym wypuścił tych dwóch łotrów nie rozprawiwszy się z nimi co do wszystkich szczegółów.
— Przecież pan wiesz już, zdaje mi się, co masz o nich trzymać?
Pan Verduret wzruszył ramionami.
— Alboż ty nie uważałeś, — zapytał, — lukę w mojem opowiadaniu?
— Bynajmniej.
— Bo nie musiałeś mnie słuchać. Najsamprzód, czy Ludwik de Clameran otruł brata, czy nie?
— O! według tego co pan mówiłeś, jestem tego pewny.
— Ho, ho ty jesteś bardziej potwierdzającym, mój młodzieńcze, niż ja sam. Ja mam jedno zdanie z tobą, ale gdzie dowód stanowczy? Żadnego. Śmiem sądzić, żem z pewną zręcznością wypytywał lekarza w Oloron. On nie miał ani cienia podejrzeń. A lekarz ten, to nie konował, to człowiek uczony, praktyk, badacz. Jakie trucizny wywołują opisane przezemnie skutki? Nie znam ich. A jednak studjowałem wiele trucizn, od digitalis la Pommeraye, aż do akonityny Sauvresy.
— Śmierć ta przypadła tak w porę...
— Że trudno nie przypuścić zbrodni? prawda, ale przypadek bywa często zadziwiającym wspólnikiem. Oto punkt pierwszy. Powtóre, nie znam przeszłości Raula.
— A czy trzeba ją znać?
— Nieodzownie, mój towarzyszu. Ale będziemy ją wiedzieć niedługo. Wysłałem do Londynu jednego z moich ludzi... przepraszam, jednego z moich przyjaciół, który jest bardzo zręczny, pana Pâlot, i on pisał mi, że jest już na tropie. Doprawdy, że radbym znać epopeję tego młodego złoczyńcy, sceptyka i sentymentalnego, który, gdyby nie Clameran, byłby może dzielnym i uczciwym chłopcem...
Prosper nie słuchał.
Pewność pana Verdureta napawała go ufnością; już widział prawdziwych zbrodniarzy w ręku sprawiedliwości, i z góry cieszył się tym dramatem kryminalnym, w którym wyjdzie na jaw jego niewinność, a on po hałaśliwej niesławie będzie świetnie zrehabilitowany.
Co większa, odzyska Magdalenę, bo już wyjaśnił sobie jej postępowanie, jej znalezienie się u szwaczki, zrozumiał, że ani na chwile nie przestała go kochać.
Ta pewność przyszłego szczęścia wróciła mu zimną krew, którą stracił od chwili gdy u pryncypała się przekonał, że mu okradziono kasę.
I po raz pierwszy zadziwił się szczególnością swego położenia.
Prosper, który dotąd po prostu dziwił się protekcji pana Verdureta i rozległości jego śledczych środków, teraz nareszcie zadawał sobie pytanie, jakie tajemne przyczyny powodowały go do podobnego działania.
Słowem, jakie były sprężyny poświęcenia w tym człowieku, jakiej nagrody spodziewał się za swoje usługi.
Tak ta myśl gwałtownie w nim wezbrała, że nagle zawołał:
— Panie! nie masz już prawa kryć się przedemną. Kiedy kto wrócił człowiekowi cześć i życie, kiedy go ocalił, powinien powiedzieć komu ma dziękować i błogosławić!
Wyrwany nagle ze swych rozmyślań, gruby jegomość zadrżał.
— Oh! — rzekł z uśmiechem, — jeszcześ się ani nie wydobył, ani nie ożenił, nieprawdaż? Miej-że jeszcze kilka dni cierpliwości i wiarę...
Wybiła szósta.
— Dobrze! — zawołał pan Verduret, — już szósta, a ja wracałem z zupełną nadzieją, że całą noc spać będę. Ale nie pora spać teraz.
Wyszedł z pokoju i pochylił się przez poręcz od wschodów.
— Pani Aleksandro! — zawołał, — hej! pani Aleksandro!
Właścicielka hotelu, rozrosła małżonka pana Fauferlota, zwanego Wiewiórką, nie kładła się wcale. Szczegół ten uderzył Prospera.
Przyszła pokorna, uśmiechnięta, gotowa do usług.
— A co panowie rozkażą? — zapytała.
— Potrzeba mi tu jak najprędzej, żeby przyszedł twój... Józef Dubois, a także Palmira. Poszlij po nich. Jak przyjdą, zbudź mnie, bo trochę spocznę.
Jeszcze pani Aleksandra nie była na dole, gdy gruby jegomość rzucił się bez ceremonji na łóżko Prospera.
— Pozwolisz, nieprawdaż? — zapytał.
W pięć minut potem spał jak zarżnięty, a Prosper siedząc w fotelu, więcej niż kiedybądź zaintrygowany, pytał sam siebie, kto jest ten zbawca?
Była zaledwie dziewiąta, gdy cichutko po trzykroć zapukano do drzwi.
Jakkolwiek szelest był lekki, zbudził wszelako pana Verdureta, który wyskoczył z łóżka, pytając:
— Kto tam?
Ale Prosper, który nie mógł ani oka zmrużyć w swym fotelu, poszedł drzwi otworzyć.
Wszedł Józef Dubois, służący margrabiego de Clameran.
Pomocnik pana Verdureta był zasapany jak człowiek, który długo biegł, a jego małe kocie oczy były bardziej jeszcze ruchome i niespokojne jak zazwyczaj.
— Nareszcie widzę pana! — zawołał, — nareszcie dasz mi pan jaką nową radę. Bez pana choć tłucz głowę o mur, byłem jak zegarek bez sprężyny.
— Jakto, dałeś się zdemontować?
— Ale bo uważaj no pan, nie wiedziałem gdzie pana szukać... Wczoraj po południu posłałem do pana trzy depesze podług wskazanych adresów, do Lyonu, do Beaucaire, do Oloron, i żadnej odpowiedzi. Myślałem, że zwarjuję, a tu pan po mnie przysłałeś.
— Więc jest coś gorącego?
— Pali się, panie, nie podobna dosiedzieć na miejscu, słowo honoru!
Rozmawiając, pan Verduret poprawiał porządek w ubraniu, nieco nadwerężony podczas snu.
Gdy skończył, usiadł w fotelu, a Józef Dubois stał przed nim z uszanowaniem, z czapką w ręku, w postawie żołnierza przybyłego z raportem.
— Wytłumacz się, chłopcze, — zaczął pan Verduret, — a gładko i prędko. jeżeliś łaskaw, bez omówień.
— Oto tak: Nie wiem jakie są pańskie intencje, nie wiem o pańskich środkach działania, ale trzeba prędko kończyć wymierzyć pocisk stanowczy, ale to prędko, bardzo prędko.
— Tak myślisz, panie Józefie?
— Tak, panie, bo jak będziemy czekali, namyślali i kryli się, dobra noc całej kompaniji! zastaniesz pan klatkę pustą. ptaki ulecą... Pan uśmiechasz się?... Wiem, żeś silny, ale i oni mają djabli spryt.
— A czyż ich nie zaleciłeś tam... gdy do ciebie pisałem?
— Owszem, ale tacy ludzie mogą się wyśliznąć, między palcami jak węgorze. Wiedzą, że im ktoś na piety następuje.
— Do kroćset djabłów! — zawołał pan Verduret, — to musiał ktoś chyba jakiego baka strzelić!
Rozmowa była tak przeźroczystą, że dawała dużo do myślenia Prosperowi słuchał też całym słuchem, uważając naturalną wyższość pana Verdureta i nader szczere poważanie dla sługi.
— Nikt baka nie strzelił, — odparł Józef, — ale jak panu dobrze wiadomo, trzymanie się na ostrożności tych dwóch szpaków datuje się już od dawna. Zwąchali oni coś owego wieczoru, kiedy to się pan za pajaca przebrałeś, a dowodem ten nóż, który panu wetknęli. Odtąd spali tylko jednem okiem. Jednak, zdaje mi się, że zaczynali się już uspokajać, kiedy wczoraj stanowczo, dalipan, poczuli zkąd wiatr wieje.
— I dla tego posyłałeś do mnie depesze?
— Naturalnie. Posłuchaj pan: Wczoraj z rana, mój jegomość ledwo z łóżka wyskoczył, to jest tak około dziesiątej, wziął się do porządkowania swoich papier zysków zamkniętych w stoliku, co stoi w salonie, a nawiasem mówiąc, u tego stolika jest zamek, który piekielnie dał mi do czynienia. Ja tymczasem udałem, że poprawiam na kominku, a zezem patrzałem na niego. Panie, ten człowiek ma oko amerykańskie! Od razu postrzegł, a raczej odgadł, że ktoś ruszał jego przeklęte papiery. Zbielał jak koszula, a zaklął, o zaklął!...
— Dalej, dalej.
— Dobrze. Jak on się tam dorozumiał moich lekkich poszukiwań, tego nie pojmuję. Pan wie przecież, jak jestem staranny. Poukładałem wszystko napowrót w porządku tak lekko, tak uważnie!... Owóż, mój margrabia, żeby się dobrze przekonać czy się nie myli, zaczyna badać wszystkie listy jeden po drugim, przewracać, wąchać... miałem ochotę podać mu mikroskop. Ale on go nie potrzebował, psiawiara. Raptem, paf! zrywa się z oczyma zaiskrzonemi, kopnięciem nogi rzuca krzesło na drugi koniec salonu i wpada na mnie, rycząc: — „Ktoś tu był, przetrząsał moje papiery, odfotografował ten list!...“ — Brrr! nie jestem ci ja tchórz tak dobrze jak drugi, ale cała krew naraz obróciła się we mnie: zdawało mi się, że mnie krają, mordują, że umieram. Powiedziałem sobie nawet: — „Fanter... przepraszam, Dubois, mój chłopcze, już po tobie.“ — I pomyślałem o pani Aleksandrze...
Pan Verduret spoważniał. Namyślał się, dozwalając temu poczciwemu Józefowi wykładać i rozbierać swoje osobiste senzacje.
— Mów dalej, — rzekł.
— Skończyło się na strachu, złoczyńca nie śmiał mnie tknąć. Prawda, że pełen roztropności odsunąłem się na bok, tak, że rozmawialiśmy przedzieleni szerokim stołem, który stoi na środku salonu. San zadając sobie pytanie, jakim sposobem z wąchał gruszki w popiele, broniłem się jak nieboraczek i mówiłem:
— To nie prawda, pan margrabia się myli, to niepodobna!
Ale on mnie nie słuchał; potrząsał listem, powtarzając:
— Ten list był odfotografowany, mam dowód!
Jużciż nie mylił się poczciwiec. I jednocześnie pokazał mi na papierze małą plamkę żółtawą: — „Powąchaj! krzyczał na mnie, powąchaj! jest to ten... jest to..“ Powiedział mi nazwisko, ale zapomniałem; musi to być jakieś lekarstwo, którego używają fotografowie...
— Wiem, wiem, — przerwał pan Verduret. — Cóż dalej?
— Potem, panie, mieliśmy scenę, oh! ależ scenę!... Pochwycił mnie nareszcie za kołnierz i trząsł mną jak gruszką, abym powiedział, kto jestem, kogo znam, zkąd przybywam... czy ja wiem? Musiałem mu zdać rachunek z czasu, prawie co do minuty, odkąd jestem u niego. Ten łotr stworzony na sędziego indagacyjnego. Potem posłał po numerowego, do którego ten lokal należy, i wypytywał go po angielsku, a tym sposobem rozumie pan, ja nie rozumiałem... W końcu jednak złagodniał, a gdy numerowy odszedł, dał mi luidora, mówiąc:
— No, przykro mi, żem cię złajał, ty jesteś za głupi na to rzemiosło, o jakie cię posądzałem.
— Tak ci powiedział?
— Wyraźnie, zwracając się do mojej osoby, tak panie.
— I sądzisz, że tak myślał?
— Rzeczywiście.
Gruby jegomość zaświstał z pewną modulacją, która wyraźnie oznaczała, że nie takie jest jego zdanie.
— Jeżeli tak sadzisz, — wyrzekł. — to Clameran miał słuszność; nie tęgi jesteś.
Łatwo można było dostrzedz, że nieoceniony Józef Dubois wrzał chęcią wymotywowania swej opinji, ale nie śmiał.
— W istocie, — odpowiedział zrażony, — może to być... W każdym razie, po załatwieniu tej sprawy, pan margrabia ubrał się, tylko nie kazał zaprzęgać do powozu, ale widziałem, jak brał remizę w dziedzińcu hotelowym. Wtedy doprawdy sądziłem, że go długi czas widzieć nie będę, że pojedzie używać świeżego powietrza. Ale gdzie tam! Powrócił około godziny piątej wesoły jak gil. Ja przez ten czas poszedłem do telegrafu...
— Jakto, nie poszedłeś w ślad za nim?
— Niech pan wybaczy, jeden z naszych... przyjaciół towarzyszył mu; myślałem ja o tem... Przez tego przyjaciela do wiedziałem się, co robił ten hultaj. Poszedł najsamprzód do wekslarza, potem do banku. Widać, że jest kapitalistą! Coś mi się wszystko zdaje, jakby się gotował o podróży.
— Już wszystko?
— Z tej strony już... Z drugiej strony, dobrze żeby pan wiedział, że nasze łotry chcieli zapakować administracyjnie, rozumie mnie pan... pannę Palmirę. Na szczęście, pan przewidziałeś ten wypadek, a ja uprzedziłem tam... Gdyby nie pan, byłaby biedaczka w klatce.
Zatrzymał się i podniósł nos do góry, szukając czy nie ma jeszcze czego do powiedzenia. Nie znalazłszy nic, zawołał:
— Otóż to tak!... Spodziewam się, że pan Patrigent będzie ostro zacierał ręce przy pierwszej mojej wizycie. Ani mu w myśli te szczegóły, które zwiększą jego Akta l. 113.
Nastąpiło długie milczenie. Tak jak wnioskował ów poczciwy Józef, chwila stanowcza nadeszła, i pan Verduret układał plan bitwy, czekając na raport Niny, czyli Palmiry, który miał mu wskazać punkta do ataku.
Ale Józef Dubois był niecierpliwy i niespokojny.
— Cóż mam teraz robić, panie? — zapytał.
— Ty, mój chłopcze, wrócisz do hotelu; twój pan zapewne uważać będzie twoja nieobecność, ale nic ci nie powie, więc ty w dalszym ciągu...
Okrzyk Prospera, który stał przy oknie, przerwał panu Verduretowi.
— Co tam? — zapytał.
— Clameran! — odrzekł Prosper, — tam!..
— Gdzie go pan widzisz? — zapytał Józef.
— Tam, na brzegu mostu, po za szopą pomarańczarki.
Prosper nie mylił się.
Był to szlachetny margrabia Ludwik de Clameran, który zaczajony za szopą, szpiegował przychodzących i wychodzących z hotelu pod Wielkim Archaniołem, i oczekiwał swego służącego.
Trzeba było pewnego czasu, aby się o tem upewnić, bo margrabia ukrywał się bardzo zręcznie, jak awanturnik obyty z podobnemi wycieczkami.
Ale była chwila, gdzie popychany i potrącany przez tłum, musiał zejść z chodnika. Wtedy odkrył się zupełnie.
— A co, czy miałem słuszność? — zapytał kasjer, — czy podobna jeszcze wątpić?
— Tak jest! — przecedził Józef przekonany, — to nie do uwierzenia.
Pan Verduret bynajmniej nie okazał się zdziwionym.
— Otóż teraz, — rzekł, — zając staje się myśliwym. A cóż, mój poczciwy Józefie, czy będziesz się jeszcze upierał, że twój pryncypał dał się złapać na twoje gapiostwa?
— Pan powiedziałeś co innego, — odrzekł Dubois tonera najpokorniejszym, — a po zapewnieniu pańskiem dowody są niepotrzebne.
— Przytem, — mówił dalej gruby jegomość, — manewr ten jakkolwiek bardzo hazardowny, był mu wskazanym.. Ten człowiek wie, że ktoś na nim siedzi... oczywiście chce poznać przeciwnika... Czy wy rozumiecie, ile on musi cierpieć przez tę niepewność? Może sobie wyobraża, że ci, co go szczują, są to po prostu jego dawni wspólnicy, bardzo zgłodniali, którzy obcięliby przystąpić do stołu. On będzie stał tam dopóty, dopóki Józef nie wyjdzie, a wtedy przyjdzie po informacje.
— Ależ ja, panie, mogę go ominąć.
— A, wiem. Możesz przeleźć przez mur niski odgraniczający „Wielkiego Archanioła od dziedzińca, który należy do kupca winnego, ztamtąd przesunąłbyś się przez suterenę papiernika i wpadł na ulicę Huchette.
Poczciwy Józef miał tę nieopłacona minę spokojnego człowieka, któremu naraz, nie wiadomo zkąd, spada wiadro zimnej wody na głowę.
— A tak, tak panie, — wybełkotał. — Powiedziano mi tam, że pan znasz w ten sposób wszystkie domy w Paryżu. Czy to prawda?
Gruby przyjaciel Prospera nic nie odpowiedział. Medytował nad tem, jakąby bezpośrednią korzyść wyciągnąć z postępku Clamerana.
Kasjer zaś słuchał z rozwartemi ustami, spoglądając kolejno na obu nieznajomych, którzy bez widomego interesu, z równąż namiętnością jak i on, smażyli sobie głowę nad tem, by wygrać walną bitwę, od której zależała jego cześć, szczęście i życie!
— Jeszcze jeden sposób, — zaproponował Józef po namyśle.
— Jaki?
— Mogę sobie wyjść spokojnie, ręce w kieszeń włożywszy, i dojść niewinnie aż do hotelu Luwru.
— A potem?
— Naturalnie, Clameran przyjdzie wypytywać panią Aleksandrę, a jeżeli pan ją poduczy, ona mając głowę nie od kształtu, tak zbije z tropu kawalera, że nie będzie wiedział, na którym jest świecie.
— Na nic się nie zdało, — odpowiedział pan Verduret; — nie łatwo to zbić z tropu tak wypróbowanego łotra, zwłaszcza nie łatwo go zbyć byle czem.
Tajemniczy człowiek miał już plan, bo tonem krótkim, niedozwalającym repliki, rzekł:
— Jest coś lepszego. Czy Clameran widział się z Lagorsem od czasu, jak się dowiedział że przetrząsano jego papiery?
— Nie, panie.
— Może pisał do niego?
— Głowę daję że nie. Według instrukcyj pańskich, mając głównie pilnować jego korespondencyj, urządziłem pewien systemacik, który mnie ostrzega, ilekroć weźmie pióro do ręki; owóz od dwudziestu czterech godzin pióra były nietknięte.
— Wszak Clameran wychodził wczoraj na kilka godzin.
— Na drodze nic nie pisał; człowiek co go strzeże, zapewniał mnie.
— Kiedy tak, — zawołał pan Verduret, — to dalej, dalej! Ruszaj na dół na jednej nodze; daję ci kwadrans czasu, ażebyś dorobił sobie inną głowę, głowę ztamtąd, rozumiesz? a ja ztąd będę miał tego rozbójnika na oku.
Bez wahania, bez słówka odpowiedzi, poczciwy Józef znikł jak sylf, a pan Verduret i Prosper zostali przy oknie, obserwując Clamerana, który w miarę przypływu i odpływu tłumu, znikał lub ukazywał się, ale zdawał się zdecydowanym nie opuszczać swego stanowiska, póki się czegoś nie dowie.
— Dla czego pan tak wyłącznie przywiązujesz się do margrabiego? — zapytał Prosper.
— Dla tego, widzisz, mój kolego, — odpowiedział pan Verduret, — dla tego...
Szukał powodu jakiegoś specjalnego, ale nie mogąc znaleźć na prędce, dodał:
— To moja rzecz.
Józef Dubois miał przeznaczony kwadrans na metamorfozę, powrócił w dziesięć minut.
Z pięknego dworusa w czerwonej kamizelce, z faworytami a la Bergami, z miną hożą i zuchowatą, nie zostało nic zgoła.
Obecny człowiek był jednym z tych, których sam widok przestrasza i płoszy ludzi jak wróble, gdy ich ulicznicy napadną.
Jego czarna chustka jak powróz obwiązana koło szyi pod przypinanym kołnierzem i ozdobiona szpilką z fałszywym kamieniem, jego czarny surdut zapięty pod szyję, kapelusz tłusty, buty wyczyszczone tak, że panna mogłaby się w nich przejrzeć, zdradzały podrzędnego oficjalistę z ulicy Jerozolimskiej tak doskonale, jak czerwone spodnie zdradzają żołnierza.
Józef Dubois znikł, a z jego odzieży wyskoczył tryumfujący i promienny Fanferlot, zwany Wiewiórką.
Na jego widok, Prosper nie mógł powstrzymać okrzyku zadziwienia, prawie przerażenia.
Poznał w nim człowieka, który w dniu kradzieży dopomagał w poszukiwaniach komisarzowi policji.
Pan Verduret patrzył na swego pomocnika z miną widocznie zadowoloną.
— Nieźle, — mówił, — nieźle. Z całej twej osoby zieje jakaś woń policyjna, która dreszczem przeszywa poczciwego człowieka. Zrozumiałeś mnie, takim ja ciebie mieć chciałem.
Komplement ten przyjął z uniesieniem Fanferlot.
— A teraz, panie, kiedym się już ustroił, co mam robić? — zapytał.
— Nic trudnego jak dla zręcznego człowieka. Jednakże uważaj dobrze, że od dokładności działań zależy powodzenie mego planu. Nim się zajmę Lagorsem, muszę skończyć z Clameranem. Owóż ponieważ wspólnicy są rozdzieleni, trzeba tak działać, aby się nie połączyli..
— Rozumiem! — rzekł Fanferlot mrugając okiem, — zrobię dywersję.
— Właśnie. Wyjdziesz tedy ulicą Huchette i dojdziesz do mostu św. Michała. Ztamtąd będziesz się kręcił tak niezgrabnie, że się niechcący dasz spostrzedz Clameranowi, tak, iżby zrozumiał, że kiedy on szpieguje, to i jego szpiegują. Gdyby cię nie widział, to już twojemu sprytowi zostawiam zwrócenie na siebie jego uwagi.
— Ba! rzucę kamieniem w wodę.
Uradowany swą myślą Dubois-Fanferlot zacierał sobie ręce.
— Niechże będzie i kamieniem, — rzekł pan Verduret. — Jak cię Clameran zobaczy, strach go ogarnie i będzie uchodził. Ty będziesz szedł za nim, głupio, ale na pozór usilnie. On poznawszy że ma do czynienia z policją, przerazi się mocno i będzie się starał ztropić ciebie. Wtedy wytrzeszczaj oczy, bo łotr jest okrutnie przebiegły...
— O! toć i ja nie wczoraj rodziłem się.
— Tem lepiej, tego mu właśnie dowiedź. Co pewna, to czując ciebie za sobą, nie będzie śmiał wrócić do hotelu Luwr, obawiając się zastać tam ciekawych. To dla mnie punkt główny.
— Ale gdyby wrócił? — zapytał Fanferlot.
Tajemniczy człowiek ważył ten wypadek.
— To nieprawdopodobne, — odpowiedział. — Gdyby jednak poważył się, to niech wejdzie, a ty na niego czekaj, i jak wyjdzie, znowu w ślad za nim. Ale on nie pójdzie do domu. Prędzejby mu przyszła myśl siąść na jaką kolej. W takim razie ty go się trzymaj, choćby cię miał zawieść do Kochinchiny. Masz pieniądze?
— Wezmę od pani Aleksandry.
— Dobrze, nie będę ja tam bardzo ściśle rozbierał twego rachunku.
— Aha, jeszcze słówko!... Jeżeli łotr siądzie na jaką kolej, pchnij mi tu bilecik. Nareszcie jeżeli się będzie kręcił aż do nocy, bądź ostrożny, szczególniej w miejscach oddalonych, bo on nie przebiera...
— Czy mogę strzelić?
— O, daj pokój, nie rób głupstw! Jednakże gdyby cię atakował... No, chłopcze, w drogę!
Po wyjściu Fanferlota, pan Verduret i Prosper znowu stanęli na miejscu obserwacji.
— Dla czego te wszystkie trudy? — pytał kasjer. — Ja przecież nie miałem przeciw sobie wszystkiego tego, co obciąża Clamerana, a nie robiono sobie tyle ceremonji?...
— Jakto, — odpowiedział pan Verduret, — czyż jeszcze nie rozumiesz, że chcę oddzielić sprawę Raula, od sprawy margrabiego?... Ale cicho!.. Patrz!...
Clameran opuścił swój punkt obserwacyjny i zbliżył się do parapetu mostowego, przechadzając się jak człowiek, który usiłuje rozeznać coś niezwykłego.
— Aha! — zawołał pan Verduret, — postrzegł naszego wysłańca.
Rzeczywiście Clameran niepokoił się widocznie. Zrobił kilka kroków jakby chciał przejść przez most; potem namyśliwszy się, zwrócił się szybko i zawinął w kierunku ulicy św. Jakóba.
— Już go mamy! — zawołał radośnie pan Verduret.
Ale w tej chwili skrzypnęły drzwi i w pokoju ukazała się Nina Gypsy, czyli Palmira Chocareille.
Biedna Nina! Każdy dzień, od czasu jak weszła w służbę Magdaleny, jednym rokiem zaciężył na jej pięknej główce.
Łzy zagasiły miłosny płomień jej pięknych czarnych oczu; świeże jej lica zbladły i zapadły, uśmiech zlodowaciał na jej ustach, niegdyś tak wyzywających i czerwieńszych od otwartego granatu.
Biedna Gypsy! Ona niegdyś tak żywa, wesoła, ruchliwa, upadła teraz pod ciężarem trosk, za ciężkich dla niej. Przeszedłszy najzuchwalej po manowcach szczęścia, była teraz pokorna jak niedola.
Prosper wyobrażał sobie, że uradowana z widzenia się z nim, dumna ztąd, że tak się szlachetnie dlań poświęciła, Nina rzuci mu się na szyję i zdusi go w objęciach. Omylił się; a choć cały oddany Magdalenie, od chwili jak znał powody jej postąpienia z nim, uczuł ten zawód.
Gypsy zaledwie zdawała się go poznawać. Przywitała go bojaźliwie, prawie jak obcego.
Całą uwagę zwróciła na pana Verdureta. Wzrok, jaki rzucała nań, miał w sobie tę miłującą bojaźliwość zwierząt domowych, często ofukiwanych przez pana.
On jednak okazywał się dla niej czułym, dobrotliwym, ojcowskim.
— I cóż, kochana dzieweczko, — zapytał łagodnym głosem, — co mi powiesz nowego?
— Oj, musi być coś nowego w domu, dobry panie, i chciałam jak najspieszniej pana zawiadomić, ale mnie służba zatrzymała, tak że aż panna Magdalena musiała znaleźć pretekst do wysłania mnie.
— Podziękuj pannie Magdalenie za jej zaufanie, — odpowiedział tajemniczy człowiek, — póki jej sam nie wynurzę wdzięczności. Sądzę, że wreszcie wierną jest naszej umowie?
— Tak, panie.
— Przyjmują margrabiego Clamerana?
— Od czasu, jak małżeństwo postanowione, on przychodzi co wieczór, i panna przyjmuje go dobrze. On zdaje się uszczęśliwiony...
Zapewnienia te, tak przeciwne myślom Prospera, unosiły go gniewem. Biedny chłopiec, nie pojmujący umiejętnych manewrów, wplatany w łańcuch woli niewytłumaczonej, sądził, ze go już oszukano, zdradzono.
— Jakto! — zawołał, — ten podły margrabia Clameran, ten bezczelny złodziej, ten zbrodniarz, jest familijnie podejmowany u państwa Fauvelów, zaleca się Magdalenie?... A cóż to mnie pan mówiłeś, jakiemi nadziejami kołysałeś mnie, by uśpić nieszczęśliwego?
Rozkazującym gestem pan Verduret przerwał te utyskiwania.
— Dosyć tego, — rzekł ostro, — dosyć! Jesteś zanadto... uczciwym człowiekiem, mój młody towarzyszu. Jeżeli niezdolny jesteś nic poważnego przedsięwziąć na swoją korzyść, pozwól przynajmniej działać innym, nie przeszkadzając im swojemi dziecinnemi podejrzeniami. Czy nie uważasz, że dosyć już uczyniłeś, by mi ręce skrępować?
Dawszy tę lekcję odwrócił się do Grypsy, i łagodniejszym tonem rzekł:
— Pogadajmy we dwoje, kochana dzieweczko, cóżeś się dowiedziała?
— Oh, panie, na nieszczęście nic stanowczego; nic, coby pana mogło objaśnić, i bardzo mi to przykro, wierzaj mi pan.
— Jednakże, moje dziecię, zapowiedziałaś mi jakiś ważny wypadek.
Grypsy zrobiła gest zniechęcony.
— To jest, — odpowiedziała, — ja coś podejrzy wam, coś odgaduję. Ale co? Nie umiałabym wyraźnie powiedzieć, określić jasno. Może to tylko jakieś śmieszne przeczucie, które mi przedstawia wszystko w jakiejś nadzwyczajnej postaci... Zdaje mi się, że nieszczęście wisi nad domem, że zbliżam się do katastrofy. Z pani Fauvel nie można nic teraz wydobyć — jest to ciało bez duszy; przysięgłabym wreszcie, że kryje się przed swoją siostrzenicą, że jej niedowierza...
— A pan Fauvel?
— Miałam właśnie mówić o nim. Zdarzyło mu się jakieś nieszczęście, rękę za to włożyłabym w ogień. Od wczoraj nie jest już tym samym człowiekiem. Chodzi tam i sam, nie może usiedzieć na miejscu, jak warjat. Głos mu się zmienił do tego stopnia, że aż panna to zauważyła i powiedziała mi, a nawet pan Łucjan to postrzegł. Pan Fauvel, którego widziałam zawsze takim dobrym, pobłażającym, stał się nagle opryskliwym, rozdrażnionym, nerwowym. Wygląda jakby co chwila miał wybuchnąć, ale wstrzymuje się. Nakoniec oczy jego, które dobrze uważałam, przybrały jakiś wyraz szczególny, nieokreślony, i który staje się strasznym, ilekroć spoglądnie na żonę. Wczoraj wieczór, jak przyszedł pan Clameran, pan wyszedł nagle mówiąc, że ma pilną robotę.
Tryumfujący okrzyk pana Verdureta przerwał mowę Gypsy. Był promieniejącym.
— A co? — rzekł do Prospera, zapominając o niedawnym złym humorze, — a co, nie mówiłem?
— Zapewne, panie...
— Ten nieszczęśliwy człowiek nie poszedł za pierwszem poruszeniem, przewidziałem to. On teraz szuka dowodów na poparcie twojego listu. A kiedy mówię szuka... to musi je mieć. Czy te panie wychodziły wczoraj?
— Wychodziły i na długo.
— A co robił pan Fauvel?
— Został sam, panie zabrały mnie z sobą.
— Nie ma wątpliwości! — krzyknął tajemniczy człowiek, — Szukał i znalazł. Naturalnie, po twoim liście nie trudno mu było o bardzo stanowcze wskazówki. Ah! Prosperze, nieszczęśliwy młodzieńcze! twój list bezimienny narobił nam wiele złego.
Uwagi pana Verdureta nagłem światłem oświetliły umysł Gypsy.
— Jestem w domu! — rzekła, — pan Fauvel wie wszystko!
— To jest, zdaje mi się że wie, a to co mu powiedziano, jest nawet straszniejsze niż prawda...
— Teraz rozumiem ten jego rozkaz, który przejął pan Cavaillon.
— Jaki rozkaz?
— Pan Cavaillon utrzymuje iż słyszał, jako pan Fauvel nakazywał lokajowi Ewarystowi pod karą natychmiastowego wydalenia, aby wszystkie listy, jakie przychodzą do domu, zkądkolwiek i pod jakimkolwiek adresem, doręczał jemu samemu.
— Jeżeli tak, — zauważył Prosper opanowany przez swój łatwy do zrozumienia egoizm, — jeżeli tak, to wszystko się naraz wyda, i w takim razie lepiej jest wprzód wyznać...
Jeszcze raz piorunujące wejrzenie pana Verdureta przerwało mu mowę.
— W której porze, — zapytał pan Verduret, — Cavaillon usłyszał ten rozkaz?
— Wczoraj po południu.
— Tego się właśnie obawiałem! — krzyknął pan Verduret, — oczywista rzecz, że w tej chwili pan Fauvel ma już stałe postanowienie, a jeżeli wstrzymuje się, to dla tego, by się pewniej zemścić. Zdołamyż dość wcześnie skrzyżować jego zamiary? Podobnaż jeszcze zawiązać mu oczy tak, aby uwierzył w fałsz listu bezimiennego?
Zamilkł. Błąd Prospera, łatwy zkądinąd do wytłumaczenia, wywracał prosty plan, jaki pierwotnie usnuł pan Verduret, a teraz wytężał on swój giętki umysł do wynalezienia stanowczego środka.
— Dziękuję ci za wiadomość, kochana dzieweczko, — wyrzekł nareszcie, — muszę coś począć, bo bezczynność byłaby w tej chwili strasznie niebezpieczną. Ty wracaj spiesznie. Nie łudź się; pan Fauvel ani wątpi że należysz do sekretu. Bądź więc uważną na najmniejszy fakt, na każde słowo.
Ale Nina po tem pożegnaniu nie wychodziła.
— A Caldas, panie? — zapytała bojaźliwie.
Już trzeci raz od dwóch tygodni Prosper usłyszał to imię.
Pierwszy raz usłyszał je w korytarzach prefektury policji; człowiek w pewnym wieku, z obliczem wzbudzającem uszanowanie, szepnął mu je do ucha, obiecując pomoc i obronę.
Drugi raz sędzia śledczy rzucił mu je z powodu Grypsy.
Szukał on tego imienia pomiędzy imionami wszystkich ludzi, których znał i zapomniał, i zdawało mu się, że to imię wmięszane jest do jakiegoś ważnego wypadku jego życia — ale do jakiego?...
Pan Verduret, on, człowiek niewzruszony, zadrżał nerwowo na to imię, ale tylko na chwilę.
— Przyrzekłem ci, że go wynajdę, — rzekł, — i dotrzymam obietnicy... do widzenia!
Było już południe; pan Verduret postrzegł, że mu się chce jeść. Zawołał panią Aleksandrę i potężna władczyni Wielkiego Archanioła natychmiast ustawiła przed oknem stolik, przy którym zasiadł Prosper ze swym protektorem.
Ale ani wyborne śniadanko, sporządzone z miłością, ani ostrygi ostendzkie, ani wyśmienite wino w zapleśniałej butelce, nie mogło rozmarszczyć pana Verdureta.
Na usłużne i krotochwilne zapytania pani Aleksandrowej, odpowiadał krótko:
— Cicho, cicho, daj mi jejmość pokój!
Po raz pierwszy, od czasu jak go znał, Prosper dostrzegł na twarzy Verdureta oznaki niepokoju i wahania, a wykrzykniki i urywki frazesów, jakie wymawiał, wskazywały niepewność.
Niepokój Prospera samego w miarę tego wzrastał tak, że aż odważył się zapytać:
— Wprowadziłem pana w okrutny kłopot, nieprawdaż?
— Tak, rzeczywiście w okrutny, — odpowiedział pan Verduret. — Co tu robić? Przyspieszyć wypadki, czy czekać na nie? A jam związany świętem przyrzeczeniem... Ha, już ja z tego nie wylezę bez sędziego śledczego, trzeba pójść prosić go o pomoc... Pójdź ze mną.


∗             ∗

Jak łatwo było przewidzieć, jak zapowiedział pan Verduret, skutek bezimiennego listu Prospera był przerażający.
Było to zrana; pan Andrzej Fauvel przeszedł do swego gabinetu, by otworzyć dzienną korespondencję.
Złamał już ze dwanaście pieczątek, przebiegł tyleż zawiadomień lub propozycji interesów, gdy fatalny list wpadł mu w ręce.
Pismo samo uderzyło go.
Było zmienione, i chociaż z tytułu miljonera nawykł do odbierania mnóstwa prośb lub obelg bezimiennych, okoliczność ta tknęła go jednak, a nawet byłoby dzieciństwem zaprzeczać - ścisnęła mu serce.
Drżącą rękę, pewny, że niezawodnie dowie się o jakiem nieszczęściu, oderwał pieczęć, rozwinął gruby papier wzięty w kawiarni i przeczytał.
Było to uderzeniem piorunu dla człowieka, którego niewzruszona pomyślność wyczerpała względy losu, i który, gdyby przetrząsnął całą swoją przeszłość, nie znalazłby może ani jednej łzy, wylanej nad rzeczywistem nieszczęściem.
Więc żona oszukiwała go, wybrała właśnie człowieka niecnego do tego stopnia, że zabrał jej kosztowności, i nadużył swego wpływu na nią, by ją zmusić do wspólnictwa w kradzieży, która stała się zgubą niewinnego!...
To bowiem wyrażał list bezimienny.
Pan Fauvel zrazu omroczał, jak człowiek raptem uderzony maczugą. Myśli jego pomieszane krążyły w próżni, bez związku, jak liście pod pędem uraganu.
Zdawało mu się, że w okół niego zaległy ciemności, i że śmiertelna bezwładność sparaliżowała jego rozum.
Ale w kilka minut oprzytomniał.
— Co za nikczemna podłość! — zawołał, co za sromota!...
I gniotąc wściekle przeklęty list w rękach, rzucił go w kominek, obecnie bez ognia, mówiąc?
— Nie chcę o tem myśleć. Nie będę tą ohydą brudził mojej imaginacji!...
Mówił to, a co większa, myślał, jednakże nie mógł dłużej przeglądać korespondencji.
Bo podejrzenie, jak ten robak niewidzialny, który wślizga się w dojrzały owoc, bez śladu wnijścia, i toczy go wewnątrz podejrzenie, jak raz przejdzie do mózgu, rośnie tam, rozpiera się, i żadnej wiary nie zostawi w duszy.
Oparty łokciem na biurku, pan Fauvel rozmyślał, daremnie wysilając się dla odzyskania spokoju, jasności umysłu.
— Gdyby jednak mówiono prawdę!
Po pierwotnem pognębieniu nastąpił gniew, jeden z tych niebezpiecznych gniewów bladych, które odejmując wolną wolę, wyrzucają człowieka z trybu myśli i popychają do zbrodni.
— Ah! — mówił, wściekle zaciskając zęby, — gdybym znał nędznika, który śmiał pisać do mnie, gdybym go miał w mem ręku!...
Sądząc wtedy, że może mu coś pismo powie, wstał i wyjął z popiołów fatalny papier. Rozwinął go, otworzył, wygładził jak mógł i położył na biurku.
Zaczął przyglądać się literom i zakrętom.
— To, — pomyślał, — musi być dziełem jednego z moich komisantów, którego uraziłem w jego miłości własnej, lub w interesie osobistym.
Na to przypuszczenie przebiegł w myśli wszystkich, i nie znalazł nikogo zdolnego do podobnej podłości.
Wtedy uważał, gdzie list mógł być wrzucony na pocztę, sądząc, że go może ta okoliczność objaśni. Odszukał kopertę i przeczytał:
„Ulica Cardinal-Lemoine“
Ten szczegół nic mu nie objaśniał.
Jeszcze raz wrócił do listu, sylabizując, rzec można, każdy wyraz jeden po drugim, ważąc każde słowo, rozbierając układ każdego frazesu.
Rzecz wiadoma, że każdy list bezimienny zasługuje na pogardę, a jako dzieło nikczemnika, nikt nań zważać nie powinien.
Ileż to jednak katastrof z tego tylko wyniknęło źródła! Ileż to złamało się doli ludzkich przez to tylko, że jakiś nędznik rzucił kilka wierszy na papier!...
Tak! gardzimy listem bezimiennym, rzucamy go w ogień, on pali się... Ale gdy płomień zniszczył papier, zwątpienie zostało, i jak subtelna trucizna ulatnia się i przenika do najskrytszych zakątków duszy, kalając i niszcząc najstalszą, najświętszą wiarę.
I zawsze tam coś z niego pozostaje.
Kobieta, na której niesprawiedliwie nawet zacięży podejrzenie, choćby przez godzinę, nie jest już kobietą, w którą wierzyliśmy jak w siebie samych. Zwątpienie, cośkolwiekbądź, zostawia po sobie ślad, jak pot z palców na pozłocie bożyszcz.
W miarę, jak się rozmyślał pan Fauvel, czuł, że jego ufność się zachwiała, ufność przez chwilę tak niewzruszona, bezwzględna.
— Nie! — zawołał, — dłużej nie wytrzymam tej męczarni! Pójdę, pokażę ten list mojej żonie.
Wstał, ale myśl straszna, dokuczliwsza niż żelazo rozpalone w ciele, przybiła go do krzesła.
— Gdyby jednak mówiono prawdę, — rzekł, — gdybym był nikczemnie oszukanym! Zwierzając się żonie, budzę jej czujność, pozbywam się wszelkiego środka sprawdzenia, wyrzekam się dojścia do prawdy.
Tym sposobem urzeczywistniały się wszystkie przewidywania pana Verdureta, tego wielkiego analisty namiętności ludzkich.
— Jeżeli pan Fauvel, — mówił, — nie pójdzie za natchnieniem pierwszej chwili, jeżeli się będzie namyślał, mamy czas przed sobą...
Rzeczywiście po długiem i bolesnem rozmyślaniu, bankier postanowił uważać na swą żonę.
Tak, on człowiek do najwyższego stopnia prawy i szczery, skazywał się na ubliżającą rolę zazdrośnika, szpiega domowego, którego smutne śledzenia upokarzają więcej jeszcze, niż tę, która jest ich przedmiotem.
On, człowiek gwałtownych porywów, skłonny do prędkiego gniewu i prędkiego uciszenia, zdecydował się ułożyć twarz w nieruchomość, zbierać po jednemu dowody niewinności lub winy, nakazał sobie milczenie i postanowił nie wybuchnąć, aż będzie miał za sobą dowód niezbity.
Wreszcie miał bardzo prosty środek sprawdzenia.
Pisano mu, że brylanty jego żony spoczywały w lombardzie, Łatwo mu było przeświadczyć się o tem.
Jeżeli list kłamał w tym punkcie, nie było co zwracać uwagi i na resztę. A jeżeli mówił prawdę!...
Na tym punkcie swych rozmyślań stanął pan Fauvel, gdy dano mu znać, że śniadanie gotowe. Trzeba było nie dać nic poznać po sobie. Przed wyjściem z gabinetu przejrzał się w zwierciadle; — był tak okropnie bladym, że się aż sam siebie przestraszył.
— Czyżby mi zabrakło energji? — zapytał się.
Przy stole usiłował tak zapanować nad sobą, ażeby uniknąć wszelkich zapytań, któremi żona w swojej o niego troskliwości, zarzucała go byle o co. Rozmawiał nawet wiele, opowiadał wypadki, by tem odwrócić uwagę.
Ale rozmawiając, wciąż o tem tylko myślał, żeby jak najprędzej przejrzeć szuflady żony, tak, żeby tego nie postrzegła.
Myśl ta tak go opanowała, że nie mógł przenieść na sobie, by nie zapytać się żony, czy dziś nie wyjedzie gdzie z domu.
— Owszem, — odpowiedziała, — czas jest szkaradny, ale Magdalena i ja mamy kilka pilnych interesów.
— A o której myślisz wyjechać?
— Zaraz po śniadaniu.
Odetchnął jakby uwolniony z wielkiego ucisku.
W kilka chwil będzie tedy wiedział, czego ma się trzymać.
Niepewność tego nieszczęśliwego człowieka tak była dręczącą i nieznośną, że przenosił nad nią wszystko, nawet najstraszniejszą rzeczywistość.
Po śniadaniu zapalił cygaro, ale nie został w sali jadalnej jak zwykle; przeszedł do swego gabinetu, udając pilne zajęcie.
Posunął ostrożność do tego stopnia, że kazał pójść z sobą synowi swemu Łucjanowi i dał mu zlecenie. Chciał być sam w domu.
Nareszcie po pół godzinie, która mu wydała się wiekiem, posłyszał turkot powozu w bramie. Pani Fauval wyjeżdżała z siostrzenicą.
Nie czekając dłużej, wpadł do pokoju żony i otworzył szufladę od komódki, w której chowała swe kosztowności.
Brakowało wiele szkatułek, które znał, a te co pozostały, sześć lub ośm, były puste.
Anonim mówił prawdę.
Pewność szaloną racą huknęła w głowie pana Fauvela. A jednak!...
— Nie! — jęknął z głębi serca, — nie, to być nie może!
Więc szaloną zaciętością niepokoju, i jak gdyby skazany na śmierć spodziewał się uzyskać ułaskawienie, zaczął przewracać w każdem miejscu, szukać po wszystkich zakątach, ale zawsze z pewną ostrożnością, by nie pozostawić śladu swych poszukiwań.
Rozumiał dobrze, iż pani Fauvel mogła gdzieindziej złożyć swoje kosztowności, dać niektóre do naprawy lub przemiany.
Ale nie było nic, nic!...
Przypomniał sobie wtedy o balu, wydanym przez panów Jandidier. On, chełpliwy, powiedział do żony:
— Nie włożysz swoich djamentów?
Ona odpowiedziała z uśmiechem:
— Na co? każdy je zna; jak ich nie włożę, prędzej zwrócę uwagę; wreszcie one się nie nadają do mojego kostiumu.
Tak, powiedziała mu to bez zmięszania, bez zarumienienia, bez drżenia głosu.
Co za bezwstyd! Jakie zepsucie ukrywało się pod temi dziewiczemi pozorami, które zachowała po dwudziestu leciech małżeństwa!
Lecz nagle, w rozstroju myśli, przyszła mu nadzieja wątła, zaledwie dopuszczalna, której jednak uczepił się, jak tonący brzytwy.
— Może pani Fauvel schowała swoje klejnoty w pokoju Magdaleny?
Nie rozbierając niskości swych poszukiwań, wpadł do tego dziewiczego pokoju, i tam równie, jak w pokoju swej żony, przetrząsnął wszystko brutalną ręką, zapominając o szacunku, jaki winien temu przybytkowi.
Nie znalazł klejnotów pani Fauvel; ale w komodzie Magdaleny zastał także kilka próżnych szkatułek.
Więc i ona oddała swoje ozdoby, wiedziała o domowej hańbie, była wspólniczką...
Ostatni ten cios złamał odwagę pana Fauyela.
— Porozumiały się, by mnie oszukiwać, — szeptał, — porozumiały się!...
I osłabły, bezsilny, rzucił się w fotel.
Ciche łzy spływały po jego obliczu, i chwilami głębokie westchnienie wzdymało mu piersi.
Już po jego życiu... W jednej chwili budowa jego szczęścia, bezpieczeństwa, przyszłości, którą lat dwadzieścia wznosił, którą sądził ubezpieczoną przeciw wszelkim próbom losu, rozpadła się na szczątki, jak szkło rzucone na kamień.
Na pozór nic nie zmieniło się w jego życiu, nie był dotkniętym materjalnie, przedmioty koło niego zostały te same, z tą samą powierzchownością, a jednak zaszła zmiana bardziej nagła i zadziwiająca, niż przejście dnia w noc.
Jakto! ta Walentyna, młoda i czysta dziewica, niegdyś tak przezeń ukochana, którą kupił za cenę całego swego majątku, ta kobieta, która mu się stawała co raz droższą w miarę jak się starzeli razem, ta małżonka na pozór nieporównana, zdradzała go?...
Ona go zdradzała!... ona... matka jego synów!...
Ostatnia ta myśl nade wszystko wstrząsała jego istotą aż do obrzydzenia.
Synów!... Gorzkie szyderstwo! A byliż to jego synowie?
Ta, co zdradza dziś, gdy włos jej zaczyna się srebrzyć, czyż nie mogła zdradzać go dawniej?
Nie tylko więc w obecności, ale i za przeszłość cierpiał udręczenia, płacąc niesłychanym bólem kilku minut za lata szczęścia, przejęty wściekłością na wspomnienie kilku roskoszy wspólnych, jak człowiek, któryby niespodziewanie dowiedział się, że wyborne wina, któremi się upajał, zawierały truciznę.
Bo tak to jest: wiara nie zna ani układów, ani stopniowań, ona jest albo nie jest.
O on nie miał już wiary!...
Wszystkie marzenia, wszystkie nadzieje tego człowieka nieszczęśliwego polegały na miłości tej kobiety. Przekonany, jak sądził, że jest go niegodną, nie przypuszczał żadnej możności szczęścia, i pytał się, po co żyć mu teraz, w jakim celu?
Ten jednak stan prosternacji pana Fauvela trwał krótko. Ogień gniewu niebawem osuszył jego łzy i powstał zagrzany zemstą, zdecydowany drogo kazać sobie zapłacić za zniszczone szczęście.
Ale zrozumiał, że brak klejnotów nie był jeszcze potępieniem.
Na szczęście łatwo mu było o inne dowody.
Najpierw zawołał lokaja i nakazał mu, aby wszystkie listy nadchodzące do domu, jemu, jako panu, oddawał.
Następnie posłał do jednego notarjusza w Saint-Rémy, swego korespondenta, szczegółową depeszę telegraficzną, ażeby ten dał mu dokładne objaśnienie co do rodziny Lagors, a mianowicie co do Raula Lagors.
Nareszcie idąc za radą anonimu, pobiegł do prefektury policji, spodziewając się znaleźć tam biografię Clamerana.
Ale policja szczęściem dla wielu osób, dyskretną jest jak grób. Tajemnice swoje zachowuje dla siebie, jak skąpiec swe skarby. Trzeba na to wezwania sądowego, ażeby przemówiły te zielone teki, które chowa w głębi galerji zatarasowanej na kłódki, jak skrzynia kasowa.
Zapytano grzecznie pana Fauvela, jakie ma powody dowiadywać się o przeszłość obywatela francuskiego? — a ponieważ nie mógł ich sformułować, poradzono mu, aby się udał do prokuratora cesarskiego.
Rady tej przyjąć nie mógł. Poprzysiągł, że tajemnica jego nieszczęść zostanie między trzema interesowanymi. Śmiertelnie obrażony, sam chciał być sędzią i wykonawcą.
Wrócił do siebie bardziej rozdrażniony jak przed wyjściem, i zastał odpowiedź z Saint-Rémy na swe zapytanie: „Rodzina Lagors, — pisano mu, tak samo jak przedtem panu Verduretowi, — pozostaje w ostatniej nędzy, i nikt tam nie zna pana Raula. Pani de Lagors miała tylko córki.“
Doniesienie to było ostatnią kroplą, która czarę przechyla. Bankier sądził, że może zmierzyć całą głębię hańby swej żony. Widział w niej tę rachubę zbrodni, która straszniejszą jest może, niż zbrodnia sama.
— O, nikczemna! — krzyczał szalony z bólu i wściekłości, — o nikczemna! Ażeby swobodniej widywać się z kochankiem, aby go nigdy z oczu nie tracić, śmiała przedstawić mi go pod imieniem siostrzeńca, który nigdy nie istniał. Z całym niesłychanym bezwstydem otworzyła mu mój dom, posadziła przy ognisku rodzinnem między mną i dziećmi naszemi. A ja. poczciwy głupiec, mąż ufny i wierzący, pokochałem tego chłopca, ściskałem mu ręce, pożyczałem mu pieniędzy...
Wyobrażał sobie wtedy Raula, jak się z żoną jego śmieje z jego naiwnej dobrotliwości, żądła obrażonej miłości własnej dodawały ognia tym boleściom zdradzonego uczucia — bankier poznał, co jest najstraszliwsza na tej ziemi męczarnia.
Śmierć! śmierć tylko jedna mogła być dostateczną karą za jego krzywdę. Ale sama wielkość jego zagniewania dała mu siłę do pokrycia tego, co się w głębi duszy działo.
— Teraz będę oszukiwał nędzników, — mówił do siebie ze straszliwem zadowoleniem.
Wieczorem był takim jak zawsze. Przy objedzie żartował. Tylko gdy około dziewiątej postrzegł wchodzącego Clamerana, uciekł, obawiając się, żeby się nie zdradził i wrócił dopiero bardzo późno w nocy.
Nazajutrz zerwał owoc swojej roztropności.
Pomiędzy listami, które około południa przyniósł mu lokaj, był jeden z pieczęcią Vésinet.
Z nadzwyczajną ostrożnością rozłamał pieczątkę i przeczytał:

„Kochana ciociu!

„Muszę się koniecznie widzieć z tobą dziś jeszcze, i czekam na ciebie. Powiem ci, z jakich powodów nie mogę być u ciebie.

„Raul.“

— Mam ich więc! — zawołał pan Fauvel, drżąc radością zadowolonej zemsty.
Sądził się tak dobrze pomszczonym, że otworzywszy jedną z szuflad od biurka, wydobył rewolwer, próbując spustów.
Myślał że jest sam, jednakże miał świadka swych najmniejszych poruszeń. Z okiem wlepionem w zamek, Nina Gypsy, wróciwszy z pod Wielkiego Archanioła, czuwała, a ruchy bankiera wyjawiły jej prawdę.
Pan Fauvel położył rewolwer nad kominkiem i zajął się składaniem pieczątki u listu. Po skończeniu wyszedł, żeby list zwrócić odźwiernemu, nie chcąc, aby żona wiedziała, że list Raula przechodził przez jego ręce.
Nie bawił dłużej jak dwie minuty, ale Gypsy, natchniona grozą niebezpieczeństwa, miała czas wejść do gabinetu, pobiedz do kominka i wydobyć kule z rewolweru.
— Tym sposobem, — pomyślała, — niebezpieczeństwo pierwszej chwili jest już zażegnane, a teraz muszę natychmiast przez Cavaillona dać znać panu Verduretowi o tem co się dzieje; może on zdąży jeszcze zaradzić.
Zeszła na dół i dała informację młodemu komisantowi, dodając, że dla większej pewności może zwierzyć się pani Aleksandrze.
W godzinę potom pani Fauvel ubrała się, wsiadła do powozu i pojechała.
Pan Fauvel, który zawczasu zamówił remizę, popędził w jej ślady...
— O mój Boże! — pomyślała Nina, — jeżeli pan Verduret nie zdąży na czas, pani Fauvel i Raul zginęli!...


∗             ∗

Jak tylko margrabia Clameran postrzegł, że między nim a Magdaleną nie ma już innej przeszkody prócz Raula de Lagors, poprzysiągł sobie, że tę przeszkodę usunie.
Nazajutrz zaraz przedsięwziął środki, i Raul wracając do siebie, do Vésinet, pieszo, po północy, obskoczony został przez trzech ludzi, którzy, jak mówili, chcieli koniecznie zobaczyć, która godzina na jego zegarku.
Pomimo wysmukłej powierzchowności, silny, nadzwyczajnie zwinny, wyćwiczony w sztuce szermierskiej, Raul zdołał opędzić się napastnikom, bez innej szkody, prócz silnego zadraśnięcia na lewej ręce.
Wydobywszy się szczęśliwie, przyrzekł sobie, że odtąd będzie ostrożniejszym, szczególniej nocną porą nie będzie wracał bez broni.
Ale nie przyszło mu na myśl posądzać wspólnika.
Tymczasem we dwa dni potem, w kawiarni, gdzie zwykle bywał, jakiś ogromny drągal, którego Raul nie znał, zaczął z nim burdę bez powodu, i w końcu rzucił mu w twarz swą kartę wizytową, mówiąc, że gotów jest dać mu wszelką możliwą satysfakcję.
Raul chciał rzucić się na zuchwalca i ukarać go mistrzowską ręką, ale wstrzymali go przyjaciele.
— To dobrze, — rzekł, — bądź pan w domu jutro z rana, przyszlę ci dwóch moich przyjaciół.
Powiedział to na razie, jeszcze drżący z gniewu; ale gdy wyzywający odszedł, Raul odzyskał całą zimną krew, zamyślił się i, dziwne domysły obiegły mu głowę.
Podniósłszy kartę wąsatego draba, przeczytał:
„W. H. B. Jacobson, ochotnik Garybaldego, eksoficer armij południowych (Włochy-Ameryka); ulica Leonie, n. 30.
— Ho, ho! — pomyślał, — to jakiś znakomity wojownik, który prawdopodobnie stopnie swoje zdobył w sali szermierskiej.
Raul, który dużo widział, potrafił ocenić wartość tych cnych rycerzy, którzy swoje zasługi wojskowe ogłaszają na welinach biletów wizytowych.
Ale ponieważ zniewaga miała kilku świadków, przeto Raul prosił dwóch młodzieńców ze swego towarzystwa, by nazajutrz udali się do pana Jacobsona dla ułożenia warunków.
Umówiono się, że ci panowie przyjdą zdać sprawę ze swego posłannictwa nie do Vésinet, gdzie zamieszkał, ale do hotelu Luwr, gdzie zamierzał pójść na noc.
Po tej umowie Raul wyszedł. Czując zasadzkę, chciał się pod tym względem objaśnić.
Zwinny i doświadczony, zabrał się natychmiast dla powzięcia języka.
To, o czem się dowiedział z wielkim trudem, nie było ani świetne, ani uspokajające.
Pan Jacobson, który stał w hotelu szpetnej powierzchowności, zamieszkałym głównie przez damy więcej niż lekkich obyczajów, przedstawiony mu był jako ekscentryczny gentleman, którego byt zdawał się zagadnieniem trudnem do rozwiązania.
Mówiono mu, że panuje despotycznie w sąsiedniej traktjerni, często wychodzi, późno wraca, i zdaje się, nie posiada innego kapitału, prócz zasługi wojskowej, talentów towarzyskich i mnóstwa różnego rodzaju kunsztów.
— Takim sposobem, — pomyślał Raul, — jaki cel ma ten obywatel w szukaniu ze mną zaczepki? Jaki zysk wyciągnie, gdy mnie pchnie szpadą? Na pozór żadnego. Nie zastanawia się, że jego wojowniczy humor może niepodobać się policji, którą on prawdopodobnie bardzo szanuje... Musi zatem mieć powody, których nie rozeznaję; zatem...
Te zręczne a trafne uwagi i wnioski, tak razem ochłodziły Raula, że wróciwszy do hotelu Luwr, ani słówka o swem zajściu nie pisnął Clameranowi, który jeszcze nie spał.
O w pół do dziewiątej przybyli świadkowie.
Pan Jacobson zgadzał się na szpady, ale to natychmiast, w lasku Vincennes.
Nie bardzo to uspokoiło Raula, ale z tem wszystkiem bardzo raźne odrzekł:
— Zgoda, przyjmuję warunki tego pana, chodźmy!
Udano się na miejsce wybrane, i po pięciominutowem starciu, Raul otrzymał lekką ranę w piersi.
Ekx-oficer południowy chciał dalej prowadzić walkę aż do śmierci, jego sekundanci byli nawet tego zdania, ale świadkowie Raula, uczciwi młodzieńcy, oświadczyli, że honorowi stało się zadość, i że nie pozwolą swemu klientowi dalej narażać życia.
Trzeba było zgodzić się na ich żądanie, bo grozili odejściem. Raul uważając się za szczęśliwego, że się skończyło na tem hygienicznem upuszczeniu krwi, postanowił unikać odtąd garybaldijskiego gentlemana.
Od wczoraj bowiem, po nocy poświęconej rozmyślaniom, żywy jego umysł przebiegł dużo drogi.
Pomiędzy nocnym napadem rabusiów, a tym pojedynkiem, widocznie obmyślanym i wywołanym bez istotnych powodów, odkrył Raul szczególną łączność.
Od tego, do odkrycia ręki Clamerana pod osłoną tych dwóch zaczepek, było bardzo blisko umysł Raula to postrzegł.
Dowiedziawszy się przez panią Fauvel, jakie Magdalena położyła warunki na swoje zamążpójście, zrozumiał, jaki ogromny miał Clameran interes w tem, by się go pozbyć, nie mieszając w to sprawiedliwości.
Powziąwszy raz to podejrzenie, przypomniał sobie mnóstwo drobnych faktów z dni poprzednich; nadał znaczenie pewnym wyrazom na wiatr niby powiedzianym, wypytał bardzo zręcznie margrabiego, i niebawem domysły jego przeszły w pewność.
Przekonanie, że człowiek, którego zamiary tak potężnie poparł, płaci zbójców i uzbraja przeciw niemu łotrów, przejęła go najwyższą wściekłością.
Zdrada ta wydała mu się potworną. Naiwny jeszcze bandyta, wierzył w uczciwość między wspólnikami, w tę sławną nieskazitelność łotrów, którzy jak utrzymują, wierniejsi są zaprzysiężonemu słowu, niż uczciwi ludzie.
Do gniewu przyłączyła się bardzo naturalna obawa.
Pojmował, że życie jego zagrożone przez tak wytrawnego złoczyńcę jak Clameran, wisiało tylko na włosku.
Dwakroć przypadek dziwnie mu sprzyjał, trzecia próba mogła być dlań zgubną.
Oceniając należycie swego wspólnika, Raul widział naokoło siebie same zasadzki, widział śmierć ukazującą się we wszystkich postaciach. Bał się zarówno wychodzić z domu, jak i zostawać; do miejsc publicznych wstępował z wielką ostrożnością, a trucizny bał się jak żelaza. Zaledwie ośmielił się jeść; we wszystkich potrawach, które mu podawano, upatrywał dziwny smak, jakby trąciły strychniną.
Żyć tak nie było podobna, więc równie, gwoli zemsty jako i dla własnej obrony, postanowił sam wyjechać na harc.
A kiedy raz na tym gruncie rozpocznie się walka między nim a Clameranem, oczywiście jeden z nich musi zostać na placu.
— Lepiej, — mówił do siebie, — zabić djabła niż być przez niego zabitym!...
W chwilach nędzy, gdy za kilka gwinei narażał się lekkomyślnie na Botany-Bay, Raul nie wahałby się zabić djabła. Jednem cięciem noża byłby się załatwił z Clameranem.
Ale razem z pieniędzmi przyszła mu roztropność. Chciał korzystać uczciwie ze skradzionych 400.000 franków i bardzo mu chodziło o to, aby nie narazić obecnego swego położenia.
Zaczął więc na swoją rękę szukać jakiegoś dyskretnego sposobu na zgładzenie swojego strasznego wspólnika. Ale sposób trudny był do znalezienia.
Tymczasem uważał za rzecz pożyteczną zniweczyć kombinacje Clamerana i niedopuścić jego małżeństwa. Tem, pewny był, że go ugodzi w samo serce, i to było już satysfakcją.
W skutek tego to postanowienia, nad którem długo przemyśliwał, napisał do pani Fauvel, żądając widzieć się z nią.
Biedna kobieta nie wahała się, przybiegła do Vésinet o godzinie oznaczonej, drżąc, by znowu nie musiała ulegać wymaganiom i prośbom.
Myliła się. Odnalazła Raula z pierwszych dni, tego syna dobrego i ujmującego, którego pieszczoty były dla niej rajem. Raul chciał ją uspokoić, ukołysać, nim serce przed nią otworzy, nim jej po swojemu wypowie prawdę.
Udało mu się. Z miną uśmiechającą, ta nieszczęśliwa niewiasta usiadła w fotelu, a Raul ukląkł przed nią.
— Zawiele zadałem ci cierpień, droga matko, — mówił swoim najczulszym głosem, — żałuję, posłuchaj mnie...
Nie zdążył wymówić więcej; powstał nagle na szelest otwierających się drzwi.
Pan Fauvel, z rewolwerem w ręku, stał na progu.
Bankier był okropnie blady.
Widać było po nim, że czynił niesłychane wysilenie, aby okazać zimną rozwagę sędziego, który widzi i karze występek; ale spokój jego był przerażający jak ten, co przepowiada i uprzedza konwulsje burzy.
Na krzyk żony i Raula, którzy nie mogli powstrzymać się ujrzawszy pana Fauvela, odpowiedział tym nerwowym śmiechem nieszczęśliwych, których ma rozum wkrótce opuścić.
— Aha! nie spodziewaliście się mnie, — rzekł, — sądziliście, że moja głupia ufność zapewni wam bezkarność wiekuistą!...
Raul miał przynajmniej odwagę stanąć przed panią Fauvel, zakrywając ją swojem ciałem, oczekując i przygotowując się — trzeba oddać mu tę sprawiedliwość — na odebranie kuli.
— Wierzaj mi, wuju... — zaczął.
Przerwał mu groźny ruch bankiera.
— Dosyć, — rzekł, — dosyć kłamstw i wszelkich bezeceństw. Zaniechajmy sromotnej komedji, której przestałem być ofiarą.
— Przysięgam, że...
— Oszczędź sobie pracy. Czy nie wiesz, że wiem wszystko, zrozumiej mnie dobrze, zupełnie wszystko! Wiem, że klejnoty mojej żony w Lombardzie, wiem kto je zaniósł. Znam sprawcę kradzieży, za którą niewinnego Prospera Bertomy aresztowano i wtrącono do więzienia.
Pani Fauvel napoły umarła, upadła na kolana.
Nadszedł nareszcie straszny dzień sądu. Daremnie latami stawiała kłamstwo na kłamstwie! daremnie oddała życie swe i poświęciła swoich: wszystko wykrywa się na ziemi...
Wiedziała dobrze, że jest zgubioną, i z błagalnym wyrazem, z twarzą zalaną łzami, wyjękła:
— Zmiłuj się, zaklinam cię, Andrzeju, przebacz!
Na dźwięk tego umierającego głosu, bankier zadrżał i wnętrzności do głębi się w nim poruszyły.
Bo głos ten przypomniał mu wszystkie godziny szczęścia, jakie od lat dwudziestu zawdzięczał tej kobiecie, która była najwyższą panią jego woli, i która jednem spojrzeniem mogła go szczęśliwym lub nieszczęśliwym uczynić.
Cały świat przeszłości budził się w dźwięku tej prośby. W tej nieszczęśliwej, włóczącej się u nóg jego, poznał tęż samą ukochaną Walentynę, którą jak senne marzenie ujrzał niegdyś w poetycznym gaju la Verberie. W niej widział kochającą z pierwszych lat małżonkę, która omało nie umarła, gdy Łucjan przyszedł na świat.
I na to wspomnienie dawnej szczęśliwości, która już powrócić nie miała, serce jego węzbrało smutkiem, zdjęło go rozczulenie — usta przebaczeniem drgały.
— O nieszczęśliwa, — wymówił, — nieszczęśliwa! Cóżem ja ci uczynił? Ach! zawiele cię kochałem, bez wątpienia, zawiele dałem ci to poznać... Wszystkiem bo znużyć się można, nawet szczęściem. Zdały ci się mdłe te błogości życia rodzinnego, nieprawdaż? Znudzona szacunkiem, który cię otaczał i na który zasługiwałaś, chciałaś narazić cześć swoją, naszą, spotkać się z pogardą świata. W jakąż przepaść wpadłaś, o! Walentyno — i jeżeli moja miłość znudziła cię z czasem, czemużeś nie wstrzymała się na myśl o dzieciach naszych!
Pan Fauvel mówił wolno, z największem wysileniem, jak gdyby każde słowo zadusić go miało.
Raul, słuchając z największą uwagą, odgadł znowu, że jeżeli bankier wie wiele rzeczy, to nie wie wszystkiego.
Zrozumiał, że fałszywe doniesienie wprowadziło go w błąd, i że obecnie jest ofiarą zwodniczych pozorów.
Sądził, że nieporozumienie to mogło się wyjaśnić.
— Panie... — zaczął, — racz pan... błagam...
Ale dźwięk tego głosu zerwał urok... Gniew bankiera powstał z większą grozą.
— Ach! milcz ty!... — krzyknął wściekle i pogardliwie, — milcz!...
Nastało długie milczenie, przerywane tylko łkaniem pani Fauvel.
— Przyszedłem, — mówił dalej bankier, — aby was zejść i zabić oboje. Zszedłem was, ale... zabrakło mi odwagi. Nie mógłbym zabić człowieka bezbronnego.
Raul próbował protestować.
— Nie przerywaj mi! — zawołał pan Fauvel. — Życie twoje jest w moich rękach, wszak tak?... Prawo usprawiedliwia gniew męża obrażonego. Ale ja nie chcę usprawiedliwiań kodeksu. Widzę tam na kominku rewolwer podobny do mojego, weź go i broń się...
— Nigdy!...
— Broń się! — wołał bankier podnosząc rewolwer, — broń się, albo...
Raul postrzegł o stopę od swoich piersi lufę rewolweru pana Fauvela, przestraszył się i wziął broń z kominka.
— Stań w progu pokoju, — rzekł bankier, — ja stanę w drugim, na uderzenie tego zegaru, który za kilka sekund bić będzie, wystrzelimy razem...
Stanęli, jak wskazał pan Fauzel, cicho, nie wyrzekłszy słowa. Ale scena była tak straszną, że jej wytrzymać pani Fauvel nie mogła. Widziała tylko jedno, że mąż i syn mają się zamordować wzajem, tu, w jej oczach.
Strach i groza dały jej siłę do powstania, i stanęła między obydwoma, wyciągając ręce, jakby się spodziewała wstrzymać kule. Odwróciła się do męża.
— Przez litość! Andrzeju, — jęczała, — pozwól mi wszystko powiedzieć, nie zabijaj go.
Ten wybuch miłości macierzyńskiej, pan Fauvel wziął za okrzyk występnej kobiety, broniącej kochanka.
Z niesłychaną brutalnością porwał żonę za rękę i odtrącając ją na bok, zawołał:
— Precz!
Ale ona powróciła i rzucając się na Raula, objęła go w pół rękami, mówiąc:
— Mnie zabij, mnie samą, bo ja sama winna jestem!
Na te słowa krew uderzyła do głowy panu Fauvelowi; wymierzył do tej sromotnej grupy i dał ognia.
Gdy żadne nie upadło, wystrzelił drugi raz, potem trzeci.
Właśnie chciał czwarty raz strzelić, gdy człowiek jakiś wpadł na sam środek pokoju, wydarł rewolwer z rąk bankiera, posadził go na kanapie i zwrócił się ku pani Fauvel.
Był to pan Verduret, którego Cavaillon zdołał znaleźć i uprzedzić, ale który nie wiedział, że Nina Gypsy wydobyła kule z rewolweru pana Fauvela.
— Dzięki Bogu! — zawołał, — nietknięta!
Ale bankier już powstał.
— Daj mi pan pokój! — zawołał szamocąc się, — ja chcę się pomścić!
Pan Verduret schwycił go za pięści i zbliżając usta do jego twarzy, jakby dla nadania większej powagi swym słowom, rzekł:
— Dziękuj pan Bogu, że ci nie dopuścił popełnić okropnej zbrodni; list bezimienny zwiódł cię...
Położenia nadzwyczajne mają to w sobie dziwnego, że wypadki najniepodobniejsze jakie z nich wynikają, zdają się naturalnemi aktorom, którzy są do nich wmięszani, i których namiętności przerwały dawne ramy konwencji towarzyskich.
Pan Fauvel nie myślał nawet zapytać tego człowieka, który tak nagle się zjawił, kto on jest, i zkąd ma swe wiadomości.
Widział i zatrzymał w myśli jedno tylko: list bezimienny kłamał!
— Moja żona wyznaje, że jest winną! — rzekł z cicha.
— Zapewne, ale nie tak jak pan rozumiesz, — odparł pan Verduret. — Czy wiesz, kto jest ten człowiek, którego chciałeś zabić?...
— Jej kochanek!...
— Nie... jej syn!...
Obecność tego nieznajomego, który był tak dobrze poinformowany, zdawała się przerażać Raula bardziej jeszcze niż groźby pana Fauvela. Jednakże miał jeszcze dosyć przytomności umysłu, by powiedzieć:
— Prawda!...
Bankier zdawał się bliskim utraty zmysłów, i błędne oczy jego biegały od pana Verdureta do Raula, potem spoczęły na żonie, która wyglądała daleko bardziej strwożoną, niż zbrodniarz przy czytaniu wyroku śmierci.
Wtem przyszła mu myśl, że chciano go oszukać.
— To co mi pan mówisz, jest niepodobnem! — zawołał, — gdzie dowód?
— O! będziesz pan miał dowody, — odpowiedział pan Verduret, — ale na początek słuchaj.
I tu rozpoczął w wielkich zarysach kreślić dramat, który odkrył, z cudowną jasnością wykładu, jaką już w nim widzieliśmy.
Zapewne, że prawda była jeszcze okrutną dla pana Fauvela; ale czemże była w obec tego, o co posądzał żonę!
Po boleści, jaka towarzyszyła opowiadaniu pana Verdureta w sercu bankiera, czuł, że kocha jeszcze swą żonę, i żal go przejmował nad tą nieszczęśliwą. Nie mógłże przebaczyć błędu tak dawnego, okupionego calem życiem poświęcenia, tak szlachetnie odpokutowanego?
Pan Verduret już od kilku minut ukończył swe opowiadanie, a bankier milczał jeszcze.
Tyle wypadków, które od czterdziestu ośmiu godzin waliły się jak lawina, okropna chwila, jaka niedawno miała miejsce, ogłuszyły pana Fauvela i odebrały mu wszelką władzę zastanowienia.
Jak liść na fali morskiej, wola jego pływała na fali wypadków.
Gdy serce radziło mu przebaczyć i zapomnieć, miłość własna nakazywała pamiętać, aby się pomścić.
Gdyby nie Raul, ten stojący tu nędznik, żywe świadectwo odległego błędu, byłby się nie wahał. Gaston de Clameran umarł, on więc otworzyłby ręce żonie, mówiąc:
— Pójdź, ofiara twoja dokonana dla uratowania czci mojej, rozgrzesza cię; pójdź i niech cała przeszłość będzie tylko snem, który za dnia się rozprasza.
Ale Raul go powstrzymywał.
— I to twój syn... — rzekł do żony, — ten człowiek, który cię obdarł, który mnie okradł!
Pani Fauvel była zbyt wzburzoną, żeby mogła choć przemówić. Szczęściem był tam pan Verduret.
— Oh! — odpowiedział, — pani potwierdzi z pewnością, że młodzieniec ten jest synem Gastona de Clameran, ona temu wierzy, ona jest pewną... tylko...
— Co?
— Żeby ją łatwiej obedrzeć, oszukano ją...
Już od niejakiego czasu Raul zręcznie manewrował, by zbliżyć się do drzwi. Sądząc, że w tej chwili nikt na niego nie zważa, chciał zemknąć.
Ale pan Verduret przewidując ten wypadek, pilnował Raula końcem oka i zatrzymał go w chwili, gdy znikał.
— Gdzie się to tak spieszymy, mój piękny paniczu, — rzekł, sprowadzając go na środek pokoju, — chcemyż niedotrzymać kompanji przyjaciołom? To niegrzecznie. Przed odejściem, trzebaż się, do licha! wytłumaczyć.
Żartobliwy głos pana Verdureta, jego szydercza intonacja, oświeciły Raula o całym stanie rzeczy.
Cofnął się, blady z przerażenia, szepcąc:
— Pajac!
— Ten sam, — odpowiedział tajemniczy człowiek, — ten sam, do usług. Aha! poznałeś mnie? A więc wyznaję. Ja to jestem ten wesoły pajac z balu panów Jandidier. Wątpisz o tem?
Podniósł rękaw od paletota, obnażył rękę i mówił dalej:
— Jeżeli nie jesteś dostatecznie przekonanym, to wpatrz się w tę bliznę jeszcze świeżą. Czy czasem nie znasz tego niezgrabę, który, gdy raz podczas pięknej nocy przechodziłem przez ulicę Bourdalone, wpadł na mnie z otwartym nożem w ręku?... Aha! nie zapierasz się?... Tem lepiej. W takim razie bądź łaskaw, opowiedz nam swoje dzieje...
Ale Raul, pod spojrzeniem tych trojga osób, wpadł w takie przerażenie, że gardło mu się ścisnęło a język kołem stanął.
— Milczysz? — mówił dalej pan Verduret, — więc pokazuje się, że jesteś skromny. Brawo!... Skromność jest przymiotom talentu, a wiesz co, że jak na twój wiek, jesteś łotrem niepospolitej wody.
Pan Fauvel słuchał nic nie rozumiejąc.
— W jakąż to przepaść hańby dostaliśmy się! — jęczał.
— Uspokój się pan, — odpowiedział pan Verduret poważnie.
— Po tem co okoliczności zmusiły mnie powiedzieć ci, reszta, którą powiem, jest już niczem. Oto jest uzupełnienie historji:
Clameran odszedłszy od Michaliny, która wyjawiła mu... nieszczęście panny de la Verberie, nie miał nic pilniejszego, jak udać się do Londynu.
Doskonale poinformowany, wkrótce odszukał zacną wieśniaczkę, której hrabina powierzyła syna Gastonowego.
Ale tam czekał go zawód.
Uwiadomiono go, że dziecię to, zapisane w parafji pod imieniem Raul-Walentyn Wilson, umarło z krupu, w ośmnaście miesięcy.
Raul próbował zaprzeczać.
— Tak powiedziano? — wtrącił.
— Tak powiedziano, tak, mój piękny paniczu, i tak nawet zapisano. Czy sądzisz, że ja jestem człowiekiem, co na byle czem poprzestaję? Wydobył z kieszeni rozmaite papiery z urzędowemi pieczęciami i złożył je na stole.
— Oto są, — mówił dalej, — zeznania wieśniaczki, jej męża i czterech świadków; oto jest metryka, a oto akt zejścia, wszystko w doskonałej formie, legalizowane przez ambasadę francuską. Czy jesteś zadowolony, mój piękny paniczu; czy nie masz nic przeciw temu?
— Cóż potem? — zapytał bankier.
— Potem, — odpowiedział pan Verduret, — Clameran wyperswadował sobie, że nie potrzebował dziecka, ażeby wyciągać pieniądze od pani Fauvel; omylił się. Pierwszy jego krok nie powiódł się. Co to robić? Łotr ten ma umysł wynalazcy. Pomiędzy wszystkimi znajomymi sobie bandytami — a zna ich nie małą gromadę — wybrał tego, którego państwo widzicie przed sobą.
Pani Fauvel była w stanie wzbudzającym litość, ale za to nadzieja weszła do jej duszy. Jej niepokój, przez tak długi czas, był tak okropnym, że prawda, jakkolwiek bolesna, ulgą jej się wydała, chociaż nie mniej okropną.
— Czy podobna, — jęczała, — czy podobna!
— Jakto! — odezwał się bankier, — w naszym wieku czy można kombinować i wykonywać podobne bezeceństwa?
— Wszystko to fałsz, — zuchwale odezwał się Raul.
Ale Raulowi odpowiedział pan Verduret:
— Pan życzy zobie dowodów? — rzekł z ironicznym ukłonem, — służę panu. Tylko co rozstałem się z jednym z moich przyjaciół, panem Palot, który przybył z Londynu i ma dobre wiadomości. Powiedz mi też, co trzymasz o tej maleńkiej historyjce, którą mi opowiedział:
Około roku 1847, lord Murray, który jest wielkim i szlachetnym panem, miał żokieja nazwiskiem Spencer, którego nadzwyczajnie lubił.
Zręczny ten żokiej tak nieszczęśliwie upad! przy wyścigach w Epsom, że się zabił.
Otóż lord Murray był w rozpaczy, a nie mając własnych dzieci, oświadczył, że zajmie się przyszłością syna Spencera, który wówczas miał lat cztery.
Lord dotrzymał słowa. James Spencer wychowanym został jak dziedzic wielkiego pana. Był śliczny chłopiec, szczęśliwie obdarzony ujmującą powierzchownością, z pojęciem żywem i łatwem.
Do szesnastu lat James najzupełniej zadowalniał swojego protektora. Na nieszczęście, w tym wieku porobił złe znajomości i poszedł złą drogą.
Lord Murray, który jest nadzwyczaj pobłażliwym, przebaczył wiele win; ale raz zobaczywszy, że jego przybrany syn wdaje się w naśladowanie podpisu jego na wekslach — wypędził go obrażony.
Owóż upłynęły cztery lata, odkąd James Spencer żył w Londynie z gry i innego przemysłu, gdy spotkał Clamerana, który ofiarował mu 25.000 franków za odegranie roli w komedji jego układu.
Raul nie potrzebował więcej słuchać.
— Więc pan jesteś ajentem bezpieczeństwa? — zapytał bełkocąc ze strachu.
Tajemniczy człowiek odpowiedział z dobrotliwym uśmiechem:
— W tej chwili jestem tylko przyjacielem Prospera.
— Co pan chcesz odemnie?
— Najsamprzód zwrotu pieniędzy, któreś ukradł; gdzie są te 350.000 franków?
Młody bandyta wahał się chwilę.
— One są tu, — odrzekł nareszcie.
— Dobrze!... ta szczerość będzie ci policzoną. W samej rzeczy, te pieniądze są tu; wiedziałem o tem, i wiem takie, że są w dolnej szufladzie tego kantorka.
Raul zrozumiał, że przegrał partję; pobiegł do kantorka, wydobył pakiet biletów bankowych, i ogromny zwój kwitów lombardowych.
— Bardzo dobrze, — mówił pan Verduret, układając inwentarz tego, co mu Raul oddał, — otóż te się nazywa być wyperswadowanym.
Raul dobrze liczył na tę chwilę uwagi. Lekko, wstrzymując oddech, dostał się do drzwi, otworzył je i czmychnął jak strzała, drzwi zamykając za sobą na klucz, który był z drugiej strony.
— Ucieka! — krzyknął pan Fauvel.
— Naturalnie, — odparł pan Verduret, — spodziewałem się, że będzie miał na tyle rozumu.
— Jednak...
— A cóżbyśmy z nim zrobili? Chciałżebyś pan, aby się to wszystko rozgłosiło? Chodziż ci o to, żeby wypowiedzieć przed policją poprawczą, jakich zbrodni żona pańska stała się ofiarą...
— Oh!.. panie!...
— Niech-że więc ten nędznik leci na złamanie karku. Oto są skradzione 350.000 franków, rachunek dokładny. Oto kwity na wszystkie przedmioty zastawione. Dla nas tego dosyć. Zabrał z sobą jeszcze z jakie pięćdziesiąt tysięcy, tem lepiej. Za to dostanie się gdzie za granicę, i nie będziemy już o nim słyszeć...
Jak wszyscy, tak i pan Fauvel uległ wpływowej woli pana Verdureta.
Powoli wrócił do poczucia rzeczywistości, niespodziewana perspektywa otwarła się przed nim, zrozumiał, że mu ocalił więcej niż życie.
Wyrażenie wdzięczności nie dało na się czekać. Chwycił za ręce pana Verdureta, jakby je chciał nieść do ust, i głosem najczulszym rzekł:
— Jakim sposobem zdołam kiedy dowieść panu całej mojej wdzięczności?... Jak zawdzięczyć ci tę niesłychaną przysługę, jaką mi wyświadczyłeś?...
Pan Verduret namyślił się.
— Jeśli tak, — odrzekł, — to miałbym prosić pana o jedną łaskę.
— O łaskę, pan!... mnie? Powiedz pan, powiedz! czyż nie widzisz, że moja osoba i moje mienie jest na twoje rozkazy?
— Owóż, powiem panu, że jestem przyjacielem Prospera. Czy nie dopomożesz mu pan do zrehabilitowania się? Pan tyle dla niego możesz! on tak kocha pannę Magdalenę...
— Magdalena będzie jego żoną, — przerwał pan Fauvel, — przysięgam panu. Oh! ja go zrehabilituję w tak świetny sposób, że nikt nie będzie śmiał mu wyrzucić mojej nieszczęsnej pomyłki.
Tajemniczy człowiek, jak gdyby to była zwyczajna wizyta, poszedł po swoją laskę, która razem z kapeluszem stała w rogu pokoju.
— Wybacz mi pan moje natrętctwo, — rzekł, — ale pani Fauvel...
— Andrzeju! — szepnęła nieszczęśliwa kobieta, — Andrzeju!...
Bankier zawahał się zrazu kilka sekund, potem z całym wybuchem czułości, pobiegł do żony i porwał ją w objęcia, mówiąc:
— Nie, nie będę takim warjatem, żebym miał iść przeciw własnemu sercu! Ja ci nie przebaczam, Walentyno... ja zapominam, zapominam wszystko, moja ty biedna męczennico!...
Pan Verduret nie miał już co robić w Vésinet.
Nie żegnając się nawet z bankierem, wyniósł się cichaczem, wsiadł w dorożkę, która go przywiozła, i kazał się wieźć do Paryża, do hotelu Luwru... co koń wyskoczy.
Był w tej chwili mocno zaniepokojony. Ze strony Raula załatwił wszystko, młody oszust musiał już być daleko. Ale czy można było wyswobodzić Clamerana od kary na jaką zasłużył? W żaden sposób!
Owóż, pan Verduret zadawał sobie pytanie, jak wydać Clamerana w ręce sprawiedliwości, nie kompromitując panią Fauvel, i daremnie przebiegał myślą repertuar wszystkich swoich środków, nie widział żadnego, któryby mógł się dać zastosować do okoliczności.
— Jest tylko jeden sposób, — myślał. — Trzeba, ażeby z Oloron wyszło oskarżenie o otrucie. Mogę ja tam poruszyć opinię publiczną, zaczną gadać, ustanowią śledztwo. Tak, ale to wszystko wymaga czasu, a Clameran jest zanadto dobrze zawiadomiony, aby nie drapnął.
Zmartwiony był bardzo swoją niemocą, gdy dorożka zatrzymała się przed hotelem Luwru. Było już prawie ciemno.
Pod przedsionkiem hotelu i pod arkadami, cisnęło się ze sto osób, które, pomimo nawoływań straży miejskiej: — „Rozejść się! rozejść się!“ — zdawały się rozmawiać o jakimś ważnym wypadku.
— Co się stało? — zapytał pan Verduret jednego z przechodzących.
— Wypadek, panie, niesłychany, — odrzekł drugi, rodzaj kominiarza miejskiego, — fakt szczególny, dziwny, z liczby tych, które tylko w stolicach zdarzać się mogą; bo ja sam widziałem na własne oczy, o tam, przy siódmym dymniku na górze, ukazał się po raz pierwszy: był nawpół nagi! Chciano go ująć, ale gdzie tam!... wpadł na dach zwinnie jak małpa albo lunatyk, wołając że go chcą zabić! Nadzwyczajna nieroztropność takiego pochodu każę mi się domniemywać...
Relator zatrzymał się zdekoncertowany, bo go w tej chwili słuchacz porzucił.
— Gdyby to był on, — pomyślał pan Verduret, — gdyby strach miał rozstroić ten mózg tak doskonale uzbrojony do zbrodni!
Przy tym monologu tak tęgo wywijał łokciami, że dostał się na środek dziedzińca hotelowego.
— I cóż! — krzyknął pan Verduret.
Z chwalebną, jednomyślnością, wszyscy czterej ludzie stanęli frontem.
— Pan naczelnik! — zawołali.
— I cóż tam! gadajcie, żaby was djabli rozszarpały! — zawołał pan Verduret.
— Oh! panie naczelniku, — rzekł Fanferlot, — coś mi się nie wiedzie. Pierwszy raz ledwie dostał mi się w ręce prawdziwy interes, aż tu mój klient bankrutuje.
— Więc to Clameran, tam...
— A on ci, on! Spostrzegłszy mnie dziś z rana, łotr pędził jak zając, ależ pędził, myślałem, że zapędzi się gdzie na koniec świata. Bynajmniej, po kilku zakrętach przyszła mu nagle myśl i zawinął tu. Prawdopodobnie szedł po swój pakunek. Zbliża się i cóż spostrzega? Moich trzech kolegów tu obecnych. Na ten widok, jakby go kto młotem w łeb uderzył. Widział się zgubionym. Rozum djabli wzięły.
— Ale gdzież jest?
— W prefekturze zapewne. Widziałem jak straż miejska wzięła go i wsadziła do dorożki.
— Ha, to chodź ze mną.
Rzeczywiście, pan Verduret i Fanferlot zastali Clamerana w jednej z tych izdebek rezerwowanych tylko dla niebezpiecznych gości.
Włożono nań kaftan, on szamotał się wściekle między dozorcami i lekarzem, który chciał mu wlać w gardło jakieś krople uspokajające.
— Na pomoc, — ryczał, — ratujcie!... Czy nie widzicie go! Zbliża się, to mój brat, chce mnie otruć!...
Pan Verduret wziął lekarza na bok, by zasięgnąć wiadomości
— To zgubiony człowiek, — odpowiedział doktor, — ten szczególny rodzaj choroby umysłowej jest nieuleczony. Myśli, że go chcą otruć, będzie odpychał wszelki napój, wszelkie pożywienie... i żeby nie wiedzieć co robić, skończy na głodowej śmierci, przeszedłszy przez wszystkie męczarnie trucizny.
Pan Verduret uczuł dreszcz wychodząc z prefektury.
— Pani Fauvel. — rzekł, — ocalona, skoro sam Bóg wziął na siebie ukaranie Clamerana.
— Z tem wszystkiem, — mruczał Fanferlot, — dla mnie szkoda czasu; a toż mi się wiedzie!...
— Prawda, — odrzekł pan Verduret, — Akta l. 113 nie wyjdą z archiwum. Ale pociesz się. Przed końcem miesiąca poszlę cię z listem od siebie do jednego z moich przyjaciół, a co straciłeś na sławie, odzyskasz na pieniądzach.


∗             ∗
W cztery dni potem, z rana, pan Lecoq — Lecoq urzędowy, ten który wygląda ha naczolnika biura — przechadzał się w swoim gabinecie, co chwila spoglądając na zegar.

Nareszcie zadzwoniono, a wierna Joasia wprowadziła pannę Ninę Gypsy i Prospera Bertomy.
— Ach! — rzekł pan Lecoq, — jacy to z was punktualni kochankowie, moi państwo — to dobrze...
— My nie jesteśmy kochankowie, panie, — odpowiedziała Gypsy, — i tylko rozkaz pana Verdureta raz jeszcze sprowadził nas tu; bo tu, u pana, kazał się nam zejść.
— Bardzo dobrze! — rzekł sławny policjant, — poczekajcie więc tu chwilę, zaraz poszlę po niego.
Nina i Prosper siedzieli razem blisko kwadrans, żadne nie przemówiło ani słowa. Nareszcie drzwi się otworzyły i wszedł pan Verduret.
Nina i Prosper chcieli rzucić się ku niemu, lecz on powstrzymał ich jednem z tych spojrzeń, przeciw którym nie ma oporu.
— Przychodzicie, — rzekł do nich tonem ostrym, — by dowiedzieć się tajemnicy mego postępowania. Obiecałem... dotrzymam obietnicy, chociaż dużo mnie ona w tej chwili kosztuje. Posłuchajcie mnie więc: Moim najlepszym przyjacielem jest dzielny poczciwy chłopiec, nazwiskiem Caldas. Przyjaciel ten przed półtora rokiem był najszczęśliwszym z ludzi. Zakochany w młodej kobiecie, żył tylko przez nią i przy niej, i był tak głupim, iż sądził, że i ona zawdzięczając mu wszystko, kochała go...
— Tak! — zawołała Gypsy, — tak, ona go kochała!
— Niech i tak będzie. Kochała go tak, że pewnego wieczoru uciekła z drugim. W pierwszej chwili Caldas, szalony z boleści, chciał się zabić Potem rozmyśliwszy się, powiedział sobie, że lepiej żyć i zemścić się.
— A wiec! — jęknął Prosper.
— A więc, Caldas zemścił się po swojemu. To jest w oczach kobiety, która go zdradziła, on wykazał swoją nieskończoną wyższość nad tamtym. Tamten, słaby, nędzny, nierozumny, walił się w przepaść; potężna ręka Caldasa zatrzymała go... Bo zrozumieliście zapewne, nieprawdaż?... Kobietą jest Nina, uwodzicielem pan, co do Caldasa...
Silnym gestem zrzucił perukę i faworyty, i ukazała się dumna i rozumna głowa prawdziwego Lecoq’a.
— Caldas! — krzyknęła Nina.
— Nie Caldas, nie Verduret, ale Lecoq, ajent bezpieczeństwa...
Nastała chwila zadumania, poczem pan Lecoq odwrócił się do Prospera.
— Nie mnie tylko samemu, — rzekł, — winieneś pan swoje ocalenie. Kobieta jedna, odważywszy się zwierzyć mnie, ułatwiła mi zadanie. Tą kobietą jest panna Magdalena; jej to ja przysiągłem, że pan Fauvel o niczem nigdy wiedzieć nie będzie... List pański udaremnił moje kombinacje. Powiedziałem, com miał powiedzieć...
Chciał odejść do swego pokoju, ale Nina zastąpiła mu drogę.
— Caldasie! — zawołała, — zaklinam cię, ja jestem tak nieszczęśliwą!.. Ach! gdybyś wiedział... litości! litości!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Prosper wyszedł sam od pana Lecoq’a.


∗             ∗

Dnia 15. ostatniego miesiąca, w kościele Notre-Dame-de-Lorette, odbył się ślub pana Prospera Bertomy z panną Magdaleną Fauvel.
Dom bankowy jest jak i przedtem przy ulicy Provence, ale pan Fauvel, mając zamiar wyjechać na wieś, zmienił firmę, która obecnie brzmi: Prosper Bertomy i spotka.

Koniec tomu drugiego i ostatniego


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.