Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Godzinę przeszło po odejściu Raula, pani Fauvel pogrążoną była w tym stanie odrętwienia bliskim zupełnej nieczułości, który następuje zarówno po moralnych, jako i po fizycznych gwałtownych boleściach.
Powoli przychodziła jednak do poczucia obecności, a razem z myślą wróciło i cierpienie.
Straszny gwałt, przez jaki przeszła, przedstawiał się jej umysłowi z nadzwyczajną dokładnością, i uderzały ją żywo najdrobniejsze okoliczności, te nawet, które na razie przeszły niepostrzeżone.
Zrozumiała teraz, że stała się pastwą najohydniejszej komedji: Raul dręczył ją z zimną krwią, z namysłem, czyniąc sobie igraszkę z jej cierpień, spekulując na jej czułość.
Ale czy Prosper dopomógł do kradzieży, której Raul czynił ją wspólniczką?
Dla pani Fauvel kwestja ta była najważniejszą.
Ah! Raul, nędznik, dobrze wymierzył. Pani Fauvel zrazu odepchnąwszy myśl wspólnictwa Prospera, wracała do niej i zatrzymywała się na niej. Któż, jeżeli nie on mógł wydać wyraz i umieścić tak znaczną sumę w kasie, która według rozkazów właściciela powinna była być próżną?
To co wiedziała o postępowaniu Prospera, uprawdopodobniało zapewnienia Raula, i pani Fauvel zawsze zaślepiona, wołała komu innemu, niż własnemu synowi przypisać pierwszy pomysł zbrodni.
Mówiono jej, że Prosper polubił jednę z tych istot, które topią majątki w ogniu dziwnych zachcianek i krzywią najlepsze charaktery. Mogła go więc posądzać o wszystko.
Czyż nie wiedziała z doświadczenia, dokąd prowadzi jedna nieroztropność?
Mimo to tłumaczyła Prospera, nawet winnego, i na siebie zwalała całą odpowiedzialność.
Któż oddalił Prospera z domu, który powinien był uważać jako swój własny? Kto zburzył kruchą budowę jego nadziei i zerwał jego najczystszy stosunek miłosny? Kto go popchnął w to życie nieporządne, w którem może szukał zapomnienia?...
Rozważając, sama nie wiedziała, czego się chwycić: czy powiedzieć o tem Magdalenie, czy zamilczeć.
Nieszczęśliwie natchniona, postanowiła zbrodnię Raula zachować w tajemnicy. Jak zawsze, i chociaż wszystkie swoje nieszczęścia winną była wiecznym fluktuacjom woli, przerwom energji, znowu zaczęła targować się z tem, co uważała za święty obowiązek sumienia, odkładając rozwiązanie do czasu, który dotychczas zdradzał ją niemiłosiernie.
Gdy więc Magdalena wróciła około jedenastej z wieczora, pani Fauvel nie powiedziała jej nic, a nawet zdołała pokryć ślady cierpienia, by uniknąć zapytań.
Spokojność jej przetrwała i za powrotem pana Fauvel z synem.
A jednak przeszywał ją straszny niepokój. Mogła przyjść bankierowi myśl zejścia do biura i sprawdzenia kasy; wprawdzie zdarzało się to bardzo rzadko, ale zdarzyć się mogło.
Właśnie jakby na złość, bankier tego wieczora mówił tylko o Prosperze, że zmartwiony jest z jego trybu życia, że go to bardzo niepokoi, że chciałby wyrozumieć, z jakiego powodu zerwał z jego domem.
Szczęściem, kiedy tak źle wyrażał się o Prosperze, nie spojrzał ani na żonę, ani na siostrzenicę. Byłby bardzo zaintrygowany ich wyrazem twarzy.
Noc musiała być dla pani Fauvel długą i okropną męczarnią.
— Za sześć godzin, — mówiła do siebie, — za trzy godziny, za godzinę wszystko wyjdzie na jaw... Co wtedy będzie?
Nadszedł dzień, ludzie się zbudzili; słychać było chodzące sługi. Potem
dochodził do niej szelest otwieranych biur, przybywających komisantów.
Ale chciawszy powstać, nie mogła. Niepokonane osłabienie i dolegliwe boleści ogarnęły jej ciało. I tak oto, dzwoniąc zębami, a cała w potach niepokoju, czekała rezultatu.
Czekała, leżąc na krawędzi łóżka, z uchem wytężonem, gdy drzwi jej pokoju nagle się rozwarły. Ukazała się Magdalena, która tylko co od niej wyszła.
Nieszczęsna dziewica blada była jak śmierć, oczy jej połyskiwały gorączką, drżała jak liść pod wiatrem nawałnicy.
Pani Fauvel domyśliła się, że zbrodnię odkryto.
— Wiesz co się stało, ciociu, nieprawdaż? — zapytała Magdalena głosem zgrzytającym. — Oskarżają Prospera o kradzież; jest komisarz, który ma go zaprowadzić do więzienia...
Jęk był jedyną odpowiedzią pani Fauvel.
— Widzę w tem, — mówiła dalej dziewica, — rękę Raula, albo margrabiego...
— Jakto! jak wytłumaczyć?...
— Nie wiem... Wiem tylko, że Prosper jest niewinnym. Właśnie go widziałam, mówiłam z nim... Gdyby był winnym, nie śmiałby był oczu na mnie podnieść.
Pani Fauvel otworzyła usta, ażeby wszystko wypowiedzieć, — nie śmiała.
— I czegóż od nas chcą te potwory, — mówiła Magdalena, — jakich wymagają ofiar? Zniesławić Prospera?... Lepiej było go zabić, milczałabym!...
Wejście pana Fauvela przerwało Magdalenie. Bankier tak był uniesiony gniewem, że zaledwie mógł mówić.
— Nędznik! — wyjąknął, — żeby śmieć mnie oskarżać, mnie!... Dawać do zrozumienia, że ja sam siebie okradłem... I ten markiz de Clameran, który zdaje się podejrzywać moją dobrą wiarę!...
Wtedy nie uważając na wrażenia kobiet, opowiedział wszystko co zaszło.
— Ja to przeczuwałem wczoraj, — zakończył, — otóż to do czego prowadzi złe postępowanie.
Tego dnia poświęcenie Magdaleny dla ciotki wystawionem było na najcięższą próbę.
Szlachetna dziewica widziała, jak jej ukochanego ciągano w błocie; wierzyła w jego niewinność jak w swoją własną; pewną była, że zna tych, co uknuli spisek na jego zgubę, i nie otworzyła ust by go bronić.
Ale pani Fauvel domyślała się podejrzeń siostrzenicy, zrozumiała, że choroba jej może być wskazówką, więc chociaż umierająca, zebrała się by wstać i pójść na śniadanie.
Smutneż było śniadanie!... Nikt nic w usta nie wziął.
Słudzy chodzili na palcach i mówili cicho, jak w domu, w którym stało się wielkie nieszczęście.
Około drugiej godziny pan Fauvel siedział w swoim gabinecie, gdy pokojowy dał mu znać, że pan margrabia de Clameran chce z nim mówić.
— Co! — zawołał bankier, — on śmie....
Ale rozmyślił się i dodał:
— Prosić.
Samo to nazwisko. Clameran, rozbudziło nieuspokojone jeszcze rozjątrzenie bankiera. Okradziony zrana, a przez to narażony na ambaras w chwili wypłaty, mógł zmilczeć niektóre docinki; ale teraz cieszył się, że będzie mógł to sobie powetować.
Ale margrabia nie chciał wejść na górę. Wkrótce pokojowy wrócił oświadczając, że ten natrętny gość dla ważnych powodów chce pomówić z panem Fauvelem w biurze.
— Cóż to za nowe wymaganie? — zawołał bankier.
I zgniewany jak można najbardziej, nie widząc powodu mitygowania się, zszedł na dół.
Pan Clameran czekał, stojąc w pierwszej sali, dotykającej kasy. Pan Fauvel szedł prosto do niego.
— Czego pan sobie jeszcze życzysz? — zapytał szorstko, — wszak panu zapłacono, masz pokwitowanie!...
Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich komisantów i samego bankiera, margrabia wcale się nie uraził.
— Jesteś pan surowym względem mnie, — odpowiedział tonem uszanowania, ale bez uniżoności, — lecz ja na to zasłużyłem. Dla tego nawet przyszedłem. Człowiek dobrze wychowany zawsze cierpi, ilekroć błąd popełni, a ja znajduję się właśnie w tym wypadku, i szczęśliwym się mienię, że przeszłość moja pozwala mi wyznać to bez narażenia mnie na posądzenie o słabość. Jeżeli nalegałem o to aby z panem pomówić tu, a nie w pańskim gabinecie, to dla tego, że znalazłszy się nader nieprzyzwoicie w obecności pańskich urzędników, chciałem w ich obecności prosić pana o przebaczenie.
Znalezienie się Clamerana było tak niespodziewane, tak dziwnie odbijało od jego zwykłej pyszałkowatości, że bankier w zdziwieniu swem zaledwie znalazł kilka słów urwanych.
— Tak... zapewne... wyznaję... insynuacje pańskie... pełne wątpliwości...
— Dziś z rana, — mówił dalej margrabia, — miałem chwilę takiej przykrości, że nie mogłem nad nią zapanować. Włosy mi siwieją, prawda, ale jak wpadnę w gniew, jestem gwałtowny i nierozważny, jak gdybym miał dwadzieścia lat. Słowa moje, wierzaj mi pan. wydały moją myśl tajemna, i gorzko ich żałuje.
Pan Fauvel sam bardzo popędliwy i zarazem bardzo zacny, umiał więcej niż ktokolwiek ocenić postąpienie Clamerana i był niem ujęty. Wreszcie długie życie nieskażonej uczciwości nie mogło doznać uszczerbku przez jakiś nierozważny wyraz. Uraza jego znikła wobec tak szlachetnie wypowiedzianego usprawiedliwienia.
Podał rękę Clameranowi, mówiąc:
— Niech wszystko będzie zapomniane. Proszę pana...
Rozmawiali z sobą po przyjacielsku kilka minut. Clameran wytłumaczył, dla czego tak mu gwałtownie potrzeba było dziś zrana pieniędzy, i odchodząc oświadczył, że prosić będzie o pozwolenie złożenia uszanowania pani Fauvel.
— Będzie to może niedyskretnie, — rzekł z widocznym odcieniem wahania, po tem zmartwieniu, jakiego zapewne doznała dziś zrana.
— O! bez wahania, panie margrabio, — odpowiedział bankier, — sądzę nawet, że pogadanka rozerwie ją nieco; ja zaś muszę wyjść w tym smutnym interesie.
Pani Fauvel była podówczas w tym małym saloniku, w którym Raul groził jej wczoraj, że się zabije. Co raz bardziej cierpiąca, wsparła się na kanapie, a Magdalena była przy niej.
Gdy lokaj zapowiedział pana Ludwika de Clameran, porwały się obie, jakby na widok stracha.
On idąc po wschodach, miał czas ułożyć sobie fizjognomję. Prawie wesoły przy rozstaniu się z bankierem, teraz był poważnym i smutnym.
— Pokłonił się; wskazano mu fotel, ale nie chciał usiąść.
— Chciejcie mi panie wybaczyć, ― zaczął, — że śmiem przerywać wasz smutek, lecz mam obowiązek do spełnienia...
Obie kobiety milczały zdawały się czekać wyjaśnienia; wtedy dodał zniżając głos:
— Wiem wszystko!
Pani Fauvel gestem chciała mu przerwać. Domyśliła się, że wyjawi tajemnicę zachowaną przed siostrzenicą.
Ale Ludwik nie chciał widzieć tego ruchu. Zdawał się zajęty jedynie Magdaleną, która powiedziała:
— Wytłumacz się pan!
— Przed godziną dopiero, — odpowiedział, — dowiedziałem się, że wczoraj wieczór Raul uciekając się do najniegodziwszych gwałtów, wymógł na matce oddanie mu klucza od kasy i ukradł trzykroć sto pięćdziesiąt tysięcy franków.
Na te słowa gniew i wstyd zarumieniły lica Magdaleny.
Schyliła się ku ciotce i chwytając ją za obie ręce:
— Czy to prawda? — zawołała głosem głuchym, — czy to prawda?
— Niestety! — jęknęła pani Fauvel pognębiona.
— I pozwoliłaś, ciotko, oskarżyć Prospera? — zawołała; — pozwoliłaś go zniesławić, wtrącić do więzienia?
— Wybacz!... — szeptała pani Fauvel, — strach mnie ogarniał, on chciał się zabić! przytem, nie wiesz... Prosper był z nim w zmowie.
— Oh! — krzyknęła Magdalena z uniesieniem, — powiedziano ci to i tyś uwierzyła!...
Clameran uważał za właściwe wtrącić:
— Na nieszczęście, — rzekł tonem bolesnym, — pani Fauvel nie spotwarza pana Bertomy.
— Dowód, panie, dowód!
— Mamy zeznanie Raula.
— Raul jest nędznikiem!
— Wiem o tem aż nadto dobrze, ale któż nareszcie wydał wyraz? kto pieniądze zostawił w kasie? Niezaprzeczenie pan Bertomy...
Argumenta te żadnego wpływu nie miały na Magdalenę.
— A teraz, — zapytała, nie ukrywając bynajmniej pogardy dochodzącej aż do obrzydzenia, — czy pan wiesz, gdzie się podziały pieniądze?
Nie można było pomylić się co do sensu tego zapytania. Ono wzmocnione zabójczem wejrzeniem, znaczyło:
— Tyś do kradzieży nakłonił, ty przechowujesz kradzież.
Ta krwawa obelga od dziewicy, którą przezorny bandyta tak kochał, że dla niej narażał się na utratę całego produktu swych zbrodni, tak głęboko dotknęła Clamerana, że zsiniał.
— Przyjdzie czas, — rzekł, — w którym pani żałować będziesz swego ze mną okrutnego obejścia. Zrozumiałem dokładnie znaczenie zapytania pani... oh, nie zaprzeczaj pani!...
— Ależ ja, panie, wcale nie zaprzeczam...
— Magdaleno! — szepnęła pani Fauvel, przejęta drżeniem na widok rozdrażnionych złych namiętności człowieka, który los jej trzymał w swoich rękach; — Magdaleno, przez litość!...
— Tak, — rzekł smutno Clameran, — panna Magdalena jest nielitościwą; ona okrutnie karze człowieka honorowego, którego jedyną winą jest to, że był posłusznym woli umierającego brata. A jednak, jeżeli ja tu przyszedłem, to dla tego, iż jestem jednym z tych ludzi, którzy wierzą w solidarność wszystkich członków rodziny.
Wyjął z bocznej kieszeni paltota kilka paczek biletów bankowych i położył je nad kominkiem.
— Raul, — wyrzekł, — ukradł 350.000 franków; oto jest ta suma. Stanowi ona więcej niż połowę mojego majątku. Z całego serca oddałbym i resztę, byle tylko być pewnym, że ta zbrodnia będzie ostatnią.
Zbyt niedoświadczona by zgłębić tak śmiały, a tak prosty plan Clamerana — Magdalena osłupiała; wszystkie jej przewidywania zwichnęły się.
Pani Fauvel przeciwnie, przyjęła tę restytucję jako zbawienie.
— Dziękuję panu! — rzekła, — biorąc za ręce Clamerana, — dziękuję, pan jesteś dobrym!...
Promień radości błysnął w oczach Clamerana — ale tryumfował za wcześnie. Minuta zastanowienia zwróciła Magdalenie całe niedowierzanie. Ta bezinteresowność była za piękną na człowieka, o którym była pewną, że nie jest zdolnym do żadnego szlachetnego uczucia, przyszła jej więc myśl, że w tem jest jakaś zasadzka.
— I co my zrobimy z temi pieniędzmi? — zapytała.
— Oddacie panie panu Fauvelowi, panno Magdaleno.
— My, panie, a to jak? Oddać, znaczy to oskarżyć Raula, i zgubić moją ciotkę. Odbierz pan swoje pieniądze.
Clameran za wiele miał sprytu aby nalegać; wziął pieniądze i niby zabierał się do wyjścia.
— Rozumiem pani odmowę, — rzekł; — ja powinienem wynaleźć środek. Ale nie odejdę ztąd, panno Magdaleno, nie powiedziawszy pani, jaką boleścią przejęła mnie twoja niesprawiedliwość.
Wszak po obietnicy, jaką mi pani uczynić raczyłaś, mogłem spodziewać się lepszego przyjęcia.
— Dotrzymam obietnicy, panie, ale nie wprzód, aż mi pan dasz rękojmię...
— Rękojmię!... A jaką? Powiedz mi pani z łaski swojej.
— Kto mi zaręczy, że po... moim ślubie Raul nie przyjdzie grozić matce? Co znaczy posag mój dla człowieka, który w ciągu trzech miesięcy strwonił przeszło sto tysięcy franków? My robimy targ: ja panu oddaję rękę w zamian za cześć i życie mojej ciotki; przed wszelkiem tedy zapewnieniem pytam się: Jaką dajesz mi pan rękojmię?
— Oh! — zawołał Clameran, — dam pani taką, że musisz się przekonać o mojej dobrej wierze. Niestety! pani wątpisz o mojem poświęceniu; czemże go pani mogę dowieść? Mamże próbować ocalenia pana Bertomy?
— Dziękuję za tę gotowość, — odpowiedziała pogardliwie Magdalena. — Jeżeli Prosper jest winnym, niech ginie! jeżeli nie winien, Bóg mu dopomoże...
Pani Fauvel i siostrzenica powstały — było to pożegnanie. Clameran odszedł.
— Co to za charakter, — mówił, — co za duma! Odemnie żądać rękojmi... Ah! gdybym jej tak nie kochał!... Ale kocham ją, i muszę tę dumną widzieć u nóg moich!... Ona taka piękna... Ha! tem gorzej dla Raula!
Clameran nigdy jeszcze nie był tak rozjątrzony.
Energja Magdaleny, której w rachubach swych nie przewidział, zniszczyła teatralny efekt, na który liczył i poniszczyła jego mądre plany.
W doświadczeniu swem uważał, że nie może sobie pochlebiać, żeby zdołał przestraszyć tę dzielną dziewicę. Pojmował, że ona nie będąc wtajemniczoną w jego zamiary, nie przenikając znaczenia jego manewrów, miała się na ostrożności. Dalej, widocznem było, że będzie panować nad panią Fauvel całą przewagą potęgi charakteru, ożywiać ją swą śmiałością, uwiadamiać o swych uprzedzeniach, wreszcie bronić ją przeciw nowym słabościom.
Właśnie w chwili, gdy Ludwik sądził, że bawiąc się wygra, napotykał przeciwnika. Partję trzeba było rozpocząć nanowo.
Niezaprzeczonem było, że Magdalena chciała poświęcić się dla swej ciotki, ale było również pewnem, że poświęci się tylko na pewnych zasadach, nie zaś na wiatr.
Jakież tedy można było dać jej rękojmie? Jakie przedsięwziąć środki, żeby widocznie i stanowczo postawić panią Fauvel po za obrębem dalszych napaści Raula? Zapewne, że jak Clameran się ożeni, Raul zostanie bogatym, pani Fauvel nie będzie niepokojona. Ale jak tego dowieść, jak o tem przekonać Magdalenę?
Dokładna świadomość wszystkich okoliczności, towarzyszących tej niecnej i zbrodniczej intrydze, mogłaby stanowczo ją zaspokoić; ale byłoż podobieństwem wtajemniczać ją we wszystkie szczegóły, zwłaszcza przed ślubem?... Oczywiście że nie.
Jakąż więc dać rękojmię? Długo Clameran badał tę kwestję z rozmaitych punktów, wyczerpując wszystkie zasoby swego giętkiego umysłu; nie znajdował nic, żadnej możliwej transakcji, żadnego wybiegu.
Ale nie należał on do tych ludzi wahających się, których byle przeszkoda zatrzymuje całe tygodnie Ilekroć nie mógł rozwiązać, rozcinał węzły sytuacji.
Raul zawadzał mu; więc poprzysiągł sobie, że w ten lub ów sposób pozbędzie się wspólnika.
Ale pozbyć się Raula, który był taki sprytny i niedowierzający, rzecz niełatwa. Ta jednak uwaga nie wstrzymywała Clamerana. Parła go jedna z tych namiętności, które wiek strasznemi czyni...
Im pewniejszym był nienawiści i pogardy Magdaleny, tem więcej, w skutek jakiejś niepojętej, a często jednak trafiającej się aberracji umysłu i zmysłów, kochał ją, pragnął jej, pożądał.
Jednakże nie straciwszy do reszty rozumu, uważał że nie można naglić. Czuł, że nim coś przedsięweźmie, musi poczekać na koniec sprawy Prospera.
Przytem pragnął widzieć się jeszcze z panią Fauvel i Magdaleną, które jak sądził, wkrótce same tego zażądają.
Co do tego łudził się także.
Oceniając zimno i zdrowo ostatnie sprawki dwóch wspólników, Magdalena była przekonana, że na teraz oni nie pójdą dalej.
Rozumiała, że obecnie opór nie może w żaden sposób więcej szkody przynieść, jak nikczemna uległość.
Przyjęła więc na siebie całą odpowiedzialność za wypadki, pewną będąc, że działalnością swą potrafi poskromić tak dobrze Raula jak i Clamerana.
Pani Fauvel stawiłaby także opór, Magdalena nie wątpiła o tem; ale dziewica zamierzała użyć, a nawet w razie potrzeby nadużyć swojego wpływu, aby w jej własnym interesie nadać jej postawę śmielszą i godniejszą.
Dla tego też, po widzeniu się z Clameranem, obie kobiety zdecydowane czekać na swych przeciwników, dopóki sami się nie zbliżą, nie dawały żadnego znaku życia.
Pod maską nie źle udawanej obojętności ukrywając swój niepokój, nie dowiadywały się nawet o niczem.
Z ust pana Fauvel usłyszała tylko o skutku badania Prospera. o jego upartem wypieraniu się, o potępiających go okolicznościach, o wahaniu się sędziego śledczego, nareszcie o jego wypuszczeniu na wolność dla braku dowodów. Od chwili jak Clameran oświadczył się za restytucją sumy, pani Fauvel nie wątpiła, że kasjer jest winnym.
Nie mówiła o tem, ale w duchu oskarżała go, że namówił i popchnął do zbrodni Raula, tego synalka, którego, mimo wszystkiego co się stało, nie mogła przestać kochać.
Magdalena przeciwnie, była pewną niewinności Prospera.
Tak pewną, że dowiedziawszy się o uwolnieniu jego, ośmieliła się prosić wuja, pod pozorem jakiegoś dobroczynnego dzieła, o dziesięć tysięcy franków, które przysłała nieszczęśliwemu, co padł ofiarą fałszywych pozorów, i o ile słyszała, pozostał bez żadnych funduszów.
Jeżeli zaś w liście dołączonym do pieniędzy, a wyciętym z modlitewnika radziła Prosperowi opuścić Francję, to dla tego, że wiedziała, iż we Francji życie dlań było niepodobnem.
Nadto Magdalena była wtedy przekonaną, że będzie musiała wyjść za Clamerana, i wolała, żeby na ten czas człowiek przez nią wybrany, znajdował się daleko.
A jednak w chwili uczynienia tego kroku, który pani Fauvel odradzała, obie nieszczęsne kobiety znajdowały się w nader kłopotliwem położeniu.
Dostawcy, których Raul połknął pieniądze, a którzy długi czas kredytowali, obecnie nalegali o uiszczenie należytości, nie pojmując, jak taki dom mógł kazać im czekać na wypłatę sum, które uważali za małoznaczące. Jednemu należało się tysiąc, drugiemu tysiąc, trzeciemu ledwie pięćset franków. Rzeźnik, winiarz, pasztetnik, przychodzili razem, i z trudnością można było odczepić się od nich jakim zadatkiem. Niektórzy grozili, że udadzą się do samego bankiera. Niestety! pani Fauvel miała deficytu około 15.000 franków.
Z drugiej strony Magdalena i jej ciotka, które całą zimę nie wychodziły, aby uniknąć wydatku na ubranie, musiały koniecznie znajdować się na balu dawanym przez panów Jandidier, poufałych przyjaciół pana Fauvela.
Jak tu pójść na ten bal, który na domiar nieszczęścia był kostiumowy, i zkąd wziąć pieniądze na kostiumy?...
Od roku nie zapłaciły swojej szwaczce. Zechce im nadal jeszcze kredytować?
Nowa pokojówka, nazwiskiem Palmira Chocareille, która weszła w służbę Magdaleny, wydobyła je z kłopotu.
Dziewczyna ta, mająca świadomość drobnych kłopotów życia, które są najcięższemi, musiała odgadnąć niepokój swych pań.
Dość, że nie będąc proszoną, wskazała bardzo zdolną szwaczkę na dorobku, która miała nie złe zapasy, i byłaby bardzo szczęśliwa, gdyby mogła tym paniom dostarczyć wszystkiego, a nawet poczekałaby na zapłatę, w pewności, że klientela pani Fauvel dałaby ją poznać światu eleganckiemu i przysporzyłaby jej roboty.
Ale to nie wszystko. Ani pani Favel, ani jej siostrzenica, nie mogły pójść na bal bez żadnego klejnotu.
Tymczasem wszystkie bez wyjątku ich kosztowności zabrał Raul i zastawił w lombardzie, a kwity były u niego.
Wtedy to Magdalena powzięła myśl, by skłonić Raula, ażeby choć część skradzionych pieniędzy użył na wykupienie klejnotów wydartych słabości matczynej. Oświadczyła to swej ciotce, mówiąc:
— Naznacz schadzkę Rautowi, on nie będzie śmiał ci odmówić, ja pojadę...
Rzeczywiście nazajutrz, dzielna dziewica wzięła fiakra, i mimo okropnej pogody udała się do Vésinet.
Nie spodziewała się wtedy, że za nią biegli pan Verduret i Prosper, i wisząc na drabinie, świadkami byli jej schadzki.
Ale daremną była ta odwaga Magdaleny. Raul oświadczył, że podzielił się z Prosperem, że część swoją stracił, i nie ma już ani grosza.
Nawet kwitów nie chciał oddać, i Magdalena musiała energicznie nastawać, aby wydrzeć cztery czy pięć, na przedmioty niezbędne i nie wielkiej wartości.
Odmowę tę nakazał Clameran. Spodziewał się, że w krytycznej chwili udadzą się do niego.
Raul usłuchał go, ale dopiero po gwałtownej kłótni, której świadkiem był Józef Dubois, nowy służący Clamerana.
Bo wtedy dwaj wspólnicy byli z sobą jak najgorzej. Clameran szukał jakiego, jeżeli nie uczciwego, to przynajmniej mało niebezpiecznego środka pozbycia się Raula, a młody bandyta miał jakoby przeczucie przyjacielskich intencji swego towarzysza.
Tylko pewność wielkiego niebezpieczeństwa mogła ich połączyć, a pewności tej nabyli na balu panów Jandidier.
Któż to był ten tajemniczy pajac, który po swych przeźroczystych alluzjach do nieszczęść pani Fauvel, rzekł do Ludwika tak szczególnym tonem:
— Jestem przyjacielem brata twego Gastona?
Nie mogli odgadnąć, ale tak byli pewni, że jest ich nieubłaganym nieprzyjacielem, że po wyjściu z balu próbowali go zasztyletować.
Straciwszy trop jego, przelękli sie śmiertelnie.
— Baczność! — rzekł z cicha Clameran, — może zanadto wcześnie dowiemy się, kto jest ten człowiek...
Raul próbował wtedy nakłonić go, by wyrzekł się Magdaleny.
— Nie! — zawołał Clameran, — mieć ją będę, albo zginę!...
Sądzili, że będąc ostrożnymi, nie tak łatwo dadzą się ująć. Nie wiedzieli jaki to człowiek szedł za nimi.