Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Raul wierny programowi skreślonemu przez wspólnika, usiłował w Paryżu odzyskać serce pani Fauvel, stracone zaufanie, słowem przejednać ją.
Było to zadanie trudne, ale nie niepodobne.
Pani Fauvel srodze była zmartwioną postępkami Raula, przerażona jego wymaganiami; ale nie przestała go kochać.
Cokolwiekbądź uczynił, cokolwiekbądź mógł uczynić, zawsze był dziecięciem jej pierwszej miłości, żywem przypomnieniem tego pięknego i szlachetnego Gastona, który był panem serca jej i myśli.
Kochała ona dwóch swoich synów, Łucjana i Abla; ale nie mogła opędzić się jakiejś pobłażliwej słabości dla tego nieszczęśliwego, którego niegdyś z rąk jej wydarto i oddano najemnicy, który tak długo pozbawiony był pieszczot macierzyńskich i rodzinnych uciech.
Siebie obwiniała o jego szaleństwa, i przyjmowała za nie odpowiedzialność wobec własnego sumienia, mówiąc: — Moja wina, moja bardzo wielka wina!
Raul odczuł doskonale jej myśli i zdolnym był je wyzyskać.
I wyznać trzeba, nigdy może jeszcze tak ujmujące pozory nie były na zawołanie tak wielkiej przewrotności.
Pod maską dziwnej niewinności, wczesny ten łotr ukrywał nadzwyczajny zmysł obserwacyjny.
Mógł stosownie do woli przybrać się we wszystkie wdzięki młodzieńczego wieku i powaby naiwności. Aniołowie lubiliby się przeglądać w jego pięknych, przezroczystych oczach. Głos jego, to męski, to dziecięcy, miał te miękkie odcienia lub drżące drgania, które rozczulają i mięszają kobiety.
Podczas całomiesięcznej nieobecności Ludwika, obdarzył panią Fauvel szczęśliwością, o jakiej nie miała wyobrażenia.
Nigdy ta matka rodziny, tak prawdziwie niewinna, mimo tych awantur, w jakie popchnął ją błąd, nie marzyła o takich upojeniach. Uczucie dla tego syna wstrząsało nią niby miłość występna: łączyło ono w sobie jej gwałtowność, rzewność, tajemniczość. Dla niej miał on to, czego nie miewają inni synowie: zalotność, czułość, uwielbienie młodego amanta.
Ponieważ mieszkała na wsi, a pan Fauvel wyjeżdżał zaraz zrana i zostawiał jej swobodę dnia, przeto niemal cały czas trawiła u Raula w jego mieszkaniu w Vésinet. Często wieczorem, nie mogąc się nasycić jego widokiem, nasłuchać się go, wymagała, by pojechał z nią na objad i został na cały wieczór.
Przebaczała mu wszystkie winy przeszłe, a raczej zrzucała je na Clamerana, o którym wiedziała że jest nieobecnym.
— Teraz, — mówiła, — gdy Raul nie ulega już złym radom swego stryja, staje się znowu tem, czem jest w istocie: szlachetnym, kochającym, zacnym jak jego ojciec!
To życie kłamstwa nie nudziło Raula. Nabierał zamiłowania do swej roli jak dobry aktor. Posiadał tę zdolność, która wyradza znakami tych oszustów: łudził się oszukaństwem własnem. W niektórych razach nie wiedział już sam, czy mówi prawdę, czy gra podłą komedję.
Ale za to jaki sukces! Nawet Magdalena, owa roztropna i niedowierzająca Magdalena, nienawracając się stanowczo na stronę młodego awanturnika, może i zaczynała myśleć, czy zanadto ufając pozorom, nie była zbyt niesprawiedliwą.
O pieniądzach nie było ani mowy. Ten poczciwy syn żył wiatrem.
Raul tryumfował więc za przybyciem Ludwika z Oloron, który miał czas skombinować i dojrzale obmyśleć plan postępowania.
Chociaż już bardzo bogaty, postanowił nic na teraz nie zmieniać w sposobie życia. Zamieszkał w hotelu Louvre, jak przedtem.
Jedynym jego nowym wydatkiem był powóz, którym powoził dawny służący Gastona, Manuel, który zgodził się pozostać i nadal w służbie, choć go pan w testamencie, jeżeli nie zbogacił, to przynajmniej uposażył nad potrzebę.
Marzeniem Ludwika, celem jego ambicji i wszystkich usiłowań było zajęcie miejsca między pierwszymi przemysłowcami Francji.
Więcej niż tytułem margrabiego błyskał w oczy tytułem właściciela hamerni.
Tyle w swem życiu awanturniczem potrącił baronów po traktjerniach i książąt przy zielonych stolikach, że w końcu przestał wierzyć w szlachecki urok. Jak tu w tem odróżnić prawdę od fałszu? Mówił sobie, że co tak łatwo wziąć można, nie musi mieć wielkiej wartości.
Doświadczył na samym sobie, że wiek nasz zbyt mało romantyczny, o tyle przywiązuje wartość do herbów, o ile właściciel ich może je uwydatnić na pięknej karecie.
Można być bardzo dobrze margrabią bez margrabstwa, ale nie można być właścicielem hamerni bez zakładu.
Ludwik teraz łaknął poważania. Wszystkie upokorzenia połknięte a niestrawione ciężyły mu w żołądku.
Tyle się nagryzł, tyle zniósł zelżywości, tyle policzków przesunęło się po jego twarzy, że pałał chęcią pomsty. Po najpodlejszej młodości pragnął mieć szanowaną starość.
Przeszłość mało go niepokoiła. Znał dobrze świat i wiedział, że turkot kół jego powozu zagłuszy okrzyki tych, co znali go w młodości.
Takie to myśli zaprzątały głowę Ludwika w ciągu dwudziestu godzin drogi koleją żelazną z Pan do Paryża.
O Raulu ani pomyślał; potrzebował go jeszcze, zamierzał spożytkować jego zręczność, a potem postanowił pozbyć się chłopca za grubą nagrodę, lub przykuć go do swojej doli.
Znaleźć można ślad tych wszystkich myśli w pugilaresie, który Ludwik miał z sobą w drodze.
W hotelu Louvre miało miejsce pierwsze widzenie się dwóch wspólników.
Wszystko przekonywa, że było burzliwe.
Raul, chłopiec praktyczny, utrzymywał, że powinni poprzestać na otrzymanych już tak szczęśliwych rezultatach, i że głupstwem byłoby żądać większych korzyści.
— Na czem-że nam zbywa? — mówił do stryja, i to samo pisał w kilka dni później, — czego nam więcej pożądać? mamy przeszło milion, podzielmy się i siedźmy cicho. Powiodło się nam bardzo szczęśliwie, wierzaj mi, nie kuśmy losu.
Ale to umiarkowanie nie było w guście Ludwika.
— Jestem bogaty, — mówił, — ale mam inne ambicje. Chcę i muszę ożenić się z Magdaleną. Oh! ona będzie moją przysiągłem sobie. Najsamprzód, ja ją kocham; następnie, zostawszy powinowatym jednego z najbogatszych bankierów stolicy, nabywam od razu ogromnego znaczenia.
— Narażasz się bardzo, mój stryju, upędzaniem się za Magdaleną.
— Zgoda, narażam się, tak mi się podoba!... Zamiarem moim jest podzielić się z tobą, ale dopiero nazajutrz po ślubie. Posag Magdaleny będzie twoim udziałem.
Raul zamilkł. Clameran miał pieniądze, był panem położenia.
— Ty nie wątpisz o niczem, — rzekł tonem niezadowolenia, — czyż zapytałeś się siebie, jak wytłumaczysz tę nową fortunę? Wiadomem jest u pana Fauvela, że jakiś Clameran, którego nie znałeś, boś tak sam oświadczył, mieszkał w Oloron, miał nawet fundusze swoje w tym domu. Cóż odpowiesz, gdy cię zapytają, kto jest ten Clameran i jakim sposobem zostałeś jego ogólnym spadkobiercą?
Ludwik ruszył ramionami.
— Naiwny jesteś, mój synowcze!
— Wytłumacz że mi to, wytłumacz!...
— Bardzo łatwo! Dla bankiera, jego żony i Magdaleny, ten Clameran z Oloron będzie synem naturalnym mojego ojca, a więc moim bratem, urodzonym w Hamburgu, i przyznanym przezeń podczas emigracji. Czyż to nie prosta rzecz, że chciał zbogacić moją rodzinę? I to właśnie opowiesz jutro twojej czcigodnej mamie.
— To bardzo zuchwale!
— Dla czego?
— Mogą się przecież wywiadywać.
— Kto? bankier? A to w jakim celu? Co go to obchodzi, czy ja mam, czy nie mam brata naturalnego? Jestem spadkobiercą, tytuły moje są w porządku, zapłaci mi i koniec.
— Z tej strony zapewne...
— Czy myślisz że pani Fauvel i jej siostrzenica będą się wywiadywać? Dla czego? Czy mają jakie podejrzenie? Nie. Najmniejszy wreszcie krok może je skompromitować. Choćby nawet wiedziały naszą tajemnicę, ja ich się nie obawiam, bo one z nich żadnego użytku nie zrobią.
Raul namyślał się, szukał zarzutów i nie mógł znaleźć.
— Dobrze, — zawołał, — będę ci posłusznym; ale już teraz przestanę liczyć na kieszeń pani Fauvel!
— A to dla czego? jeśli łaska...
— Jużciż teraz, skoro jesteś bogatym, mój stryju...
— I cóż ztąd? — odrzekł tryumfująco Ludwik. — Wszakże jesteśmy poróżnieni, czyż nie mówiłeś przed niemi o mnie tyle złego, że masz prawo odmówić pomocy z mej ręki? Daj-no pokój! dobrze ja wszystko przewidziałem, a jak ci wyjaśnię mój plan, zawołasz razem ze mną: — Zwyciężymy!
Plan Ludwika Clamerana był bardzo prosty, i przez to na nieszczęście, przedstawiał wielkie widoki powodzenia.
— A więc, — mówił, — porozumiejmyż się i ustanówmy nasz bilans. Jeżeli dotąd, mój panie synowcze, nic nie zrozumiałeś z moich manewrów, wyłożę ci je zaraz.
— Słucham.
— Ja pierwszy przyszedłem do pani Fauvel i nie powiedziałem jej: „Pieniądze lub życie,“ coby nic nie znaczyło, ale: „Pieniądze lub honor!“ Był to twardy orzech. Przeraziłem ją, tegom się spodziewał, i nabawiłem ją najgłębszego wstrętu.
— Wstrętu? to słaby wyraz, stryjaszku.
— Wiem. Wtedy to poszukałem i znalazłem ciebie, i wprowadziłem na scenę. Nie chcę ci pochlebiać, od razu otrzymałeś sukces znamienity. Byłem świadkiem, ukryty za portjerą, twojego pierwszego widzenia się; byłeś jednem słowem szczytny! Zobaczyła cię, pokochała, przemówiłeś i opanowałeś jej serce.
— I gdyby nie ty...
— Pozwól-że mi mówić. Był to pierwszy akt naszej komedji. Przejdźmy do drugiego. Twoje szaleństwa, wydatki wkrótce zmieniły wzajemne sytuacje. Pani Fauvel nie przestała cię kochać, tak, bo podobnym jesteś do Gastona! ale przelękła się ciebie. Przelękła się tak, że rzuciła się w moje objęcia, że zrezygnowała się prosić mnie o poparcie i pomoc.
— Biedna kobieta!...
— Spisałem się dzielnie, przyznaj, w tej okoliczności. Byłem poważny, zimny, ojcowski, oburzający się, ale czuły. Dawna prawość Clameranów szlachetnie przemawiała przez moje usta. Zganiłem jak należało naganne postępowanie. W tym czasie tryumfowałem twoim kosztem. Wbrew pierwej powziętym przekonaniom, pani Fauvel polubiła mnie, błogosławiła, powzięła ku mnie szacunek.
— Odległy to czas...
Ludwik nie raczył uwzględnić ironicznej uwagi synowca.
— Przychodzimy, — mówił dalej, — do trzeciej fazy, podczas której pani Fauvel słuchając rad Magdaleny, oceniła nas prawie według naszej rzeczywistej wartości. Oh! nie łudź się, ona obawiała się nas i pogardzała nami zarówno jednym jak drugim. Jeżeli nie wybuchła przeciw tobie całą nienawiścią, to widzisz dla tego Raulu, że serce matki, zwłaszcza w położeniu, w jakiem znajduje się pani Fauvel, posiada nieprzebrane skarby przebaczenia i pobłażania, jakiemiby całe piekło wykupić można. Jedna tylko matka może jednocześnie pogardzać swym synem i przepadać za nim.
— Ona mi to, jeśli nie powiedziała wyraźnie, to przynajmniej dała poznać w taki sposób, że byłem wzruszony... ja!
— Ba! a ja! Słowem, tak stały nasze rzeczy: pani Fauvel drżała, Magdalena poświęcając się, odprawiła Prospera i zgodziła się przyjąć moją rękę, gdy w tem doszła nas wieść o istnieniu Gastona. Odtąd cóż się stało? Ty potrafiłeś w oczach pani Fauvel stać się bielszym od świeżo upadłego śniegu, a mnie zrobiłeś czarniejszym od smoły piekielnej. Ona znów powróciła do uwielbiania twoich szlachetnych przymiotów, bo w oczach jej i Magdaleny, ja tylko zgubnym moim wpływem popychałem cię do złego...
— Masz zupełną słuszność, czcigodny stryju...
— Dochodzimy tedy do piątego aktu; tem samem musimy nowy zwrot wprowadzić do naszej sztuki.
— Nowy zwrot?...
— Wydaje ci się trudnym, nieprawdaż? Nic prostszego. Słuchaj mnie dobrze, bo od twojej zręczności zależy przyszłość.
Raul usadowił się w fotelu z miną zdeterminowanego słuchacza i rzekł:
— Słucham cię.
— Owoż jutro, — rzekł Ludwik, — pójdziesz do pani Fauvel, i powiesz jej o Gastonie tak, jakeśmy się tylko co umówili. Nie uwierzy ci, mniejsza o to. Główna rzecz, żebyś jak najmocniej był przekonanym o szczerości swego opowiadania.
— Będę przekonanym.
— Ja za cztery lub pięć dni zobaczę się z panem Fauvelem i potwierdzę mu to, o czem prawdopodobnie pisał mu już mój notarjusz z Oloron, to jest, że fundusze złożone w jego domu, do mnie należą. Powtórzę na jego intencję historję o synu naturalnym i będę go prosił, aby zachował jeszcze te pieniądze, które teraz nie są mi potrzebne. Ponieważ ty, mój synowcze, jesteś chodzącem niedowierzaniem, ten depozyt będzie przeto dla ciebie rękojmią mojej szczerości.
— Pomówimy o tem później.
— Następnie, miły mój synowcze, pójdę do pani Fauvel i powiem jej mniej więcej tak: „Będąc bardzo ubogim, kochana pani musiałem zobowiązać panią, abyś przyszła w pomoc synowi mojego brata, który jest twoim synem. Chłopiec ten jest łotrem...
— Dziękuję, stryju!
— ...On nabawił cię tyle zmartwienia, zatruł życie twoje, które powinien był upiększyć, — wybacz mi pani i wierz, że szczerze żałuję. Dziś jestem bogaty, i przychodzę oświadczyć pani, że odtąd sam myślę zająć się teraźniejszością i przyszłością Raula.“
— I ty to nazywasz planem?
— Zaraz zobaczysz. Na to oświadczenie prawdopodobnie pani Fauvel będzie miała chęć rzucić mi się na szyję. Tego jednak nie uczyni, bo ją powstrzyma myśl o Magdalenie, ale zapyta mnie, czy teraz, gdy jestem bogaty, nie odstąpię Magdaleny? Na co ja odpowiem stanowczo: Nie. Będzie to nawet sposobność do pięknego popisania się z bezinteresownością. — „Pani sądziłaś, że jestem chciwy, powiem jej — omyliłaś się. Mnie, jak każdego innego zachwyciły wdzięki, powaby, umysł i piękność panny Magdaleny, i... pokochałem ją. Choćby nie miała grosza majątku, jeszcze na kolanach prosiłbym o jej rękę. Było zdecydowanem, że będzie moją żoną, pozwól mi pani nalegać na ten jedyny punkt naszej umowy. Za taką tylko cenę będę milczał. Ażeby pani dowieść, że za nic uważam jej posag, daję pani słowo honoru, że na drugi dzień po ślubie wręczę Raulowi dokument, zapewniający mu z mojej strony dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu.“
Ludwik wyrażał się takim tonem, głosem tak pociągającym, że Raul, artysta w oszukaństwie, był najsamprzód olśniony.
— Wspaniale! — zawołał, — ten ostatni frazes wykopie przepaść między panią Fauvel a jej siostrzenicą. To zapewnienie majątku dla mnie, może przeciągnąć matkę na naszą stronę.
— Spodziewam się, — odrzekł Ludwik tonem fałszywej stronności, — tem więcej tego się spodziewam, że dostarczę tej szanownej damie argumentów, któremi się we własnych oczach usprawiedliwi. Bo widzisz, kiedy ktoś proponuje komuś uczciwemu jaką maleńką, jak to powiedzieć?... transakcję, to powinien zarazem przedstawić usprawiedliwienia, żeby sumienie ubezpieczyć. Nieinaczej postępuje djabeł. Dowiodę pani Fauvel i jej siostrzenicy, że Prosper oszukał ich niegodnie. Pokażę, jako ten chłopiec obarczony jest długami, hula, gra w karty, i że, dosyć powiedzieć, żyje publicznie z kobietą straconą...
— I piękną nadewszystko, nie zapominaj, że senora Gypsy jest zachwycającą; powiedz im to mianowicie, a dobijesz go.
— Nie obawiaj się, będę wymowny i moralny, jak samo ministerjum oświecenia publicznego. Potem dam do zrozumienia pani Fauvel, że jeśli ona prawdziwie kocha swoją siostrzenicę, to powinnaby chcieć wydać ją zamąż, nie za jakiegoś kasjerzynę, subalterna bez grosza, ale za człowieka znaczącego, za wielkiego przemysłowca, dziedzica jednego z najpiękniejszych imion we Francji, za margrabiego, który może rościć tytuły do najświetniejszych stanowisk w kraju, wreszcie za człowieka bogatego, który i tobie nawet może dać stanowisko.
Sam Raul ujęty był tą perspektywą.
— Jeżeli jej tem od razu nie pokonasz, to zawsze zrobisz wyłom.
— O, ja nie spodziewam się zmiany nagłej. Ja tylko ziarno rzucę do jej umysłu; dzięki tobie, ono wykiełkuje, rozwinie się i wyda owoc.
— Dzięki mnie?
— A tak, pozwól mi skończyć. To powiedziawszy znikam, nie pokazuję się wcale, ty występujesz na scenę. Bardzo naturalnie, matka twoja powtarza ci naszą rozmowę, ztąd będziemy mieli miarę wywołanego efektu. Ale ty powstajesz na samą myśl przyjęcia czegobądź odemnie. Oświadcz energicznie, że wolisz ponosić wszelki brak, nędzę — powiedz nawet — głód, — w zapędzie retorycznym, — niżeli przyjąć coś od człowieka, którego nienawidzisz... od człowieka, który... wreszcie widzisz ztąd całą scenę.
— Widzę ją i czuję. Role patetyczne zawsze mi się pięknie udają, jak mam czas się do nich przygotować.
— Doskonale. Tylko, że ta twoja szlachetna bezinteresowność nie przeszkodzi ci wrócić znowu do życia marnotrawnego. Więcej niż kiedykolwiek będziesz grał i trwonił. Trzeba ci będzie pieniędzy, ustawicznie pieniędzy, będziesz naglił bez miłosierdzia. I uważaj, że ze wszystkiego co wydrzesz, nie będę cię wcale pytał o rachunek, będzie to zupełnie twojem.
— Ha! skoro tak to rozumiesz...
— Więc pójdziesz krokiem niezachwianym?
— Bądź spokojny.
— Oto mi tylko chodzi. Trzeba, ażebyś w ciągu trzech miesięcy wyczerpał wszystkie zasoby, rozumiesz? wszystkie! i to obu tych kobiet. Trzeba, abyś je doprowadził do tego, żeby nie wiedziały już co począć. Ja chcę, aby we trzy miesiące zostały bez pieniędzy, bez żadnego klejnotu, bez niczego...
Ludwik Clameran wyrażał się z takiem ożywieniem, z namiętną gwałtownością, że Raul brał się za głowę.
— Więc ty tak bardzo nienawidzisz te nieszczęśliwe kobiety? — zapytał.
— Ja? — zawołał Ludwik z okiem iskrzącem, — ja miałbym je nienawidzieć? Czyż nie widzisz ślepy, że kocham Magdalenę, tak jak kochają w moim wieku, to jest do szaleństwa? Czyż nie czujesz, że myśl o niej ogarnia całą moją istność, że żądza gore w moim mózgu, że imię jej gdy je wymawiam, pali usta moje?...
— I nic cię to nie mięsza, że gotujesz jej najcięższe boleści?
— Muszę! Czyżby była kiedy moją bez tych strasznych cierpień, bez gorzkich zawodów? Ja ukażę się dopiero w chwili, gdy ty doprowadzisz panią Fauvel i jej siostrzenicę do przepaści, której ujrzą głębię. Kiedy one uważać się będą za stracone bez nadziei, wtedy ja je ocalę. Bądź spokojny. Pozostawiłem dla siebie bardzo piękną scenę, i będę umiał tchnąć w nią taką wielkość i szlachetność, że wzruszy się serce Magdaleny. Ona mnie nienawidzi, tem lepiej! Jak raz zobaczy i przekona się, że tylko osoby jej pragnę, nie zaś jej pieniędzy, przestanie mną pogardzać. Nie ma kobiety, którejby nie ujęło wielkie uczucie, a uczucie usprawiedliwia wszystko. Nie powiadam że mnie będzie kochać, ale połączy się ze mną bez wstrętu, a więcej nie żądam.
Raul zamilkł, przerażany tylą cynizmu, tylą zimnej przewrotności. Clameran wykazał swoją ogromną wyższość w złem, a uczeń podziwiał mistrza.
— Udałoby ci się stryju, — powiedział, — gdyby nie ten uwielbiany kasjer. Ale między Magdaleną a tobą stanie zawsze, jeżeli już nie sam Prosper, to przynajmniej jego wspomnienie.
Ludwik uśmiechnął się szatańsko; do śmiechu dodał gest tak gniewny i pogardliwy, że cała jego fizjognomja przybrała wyraz bardzo znaczący i przerażający.
— O Prospera, — rzekł rzucając wypalone cygaro, — dbam jak o ten niedopałek.
— Ale ona go kocha.
— Tem gorzej dla niego. Za pół roku przestanie go kochać; on już i teraz jest moralnie zgubionym. W chwili, gdy mi się będzie podobało, dokonam tego. Czy wiesz dokąd prowadzą złe drogi, mój synowcze? Prosper ma kosztowną kochankę, jeździ powozem, ma bogatych przyjaciół, gra w karty. Czy ty grasz także?... Potrzeba mu będzie pieniędzy po kilku nocach nieszczęśliwej gry; długi karciane płacą się we dwadzieścia cztery godzin, on będzie musiał zapłacić, a... ma kasę.
Tu już Raul zaprotestował:
— Oh!...
— On jest prawym człowiekiem, powiesz mi? Wiem i ja o tem. Ja również nim czapkę przez płot przerzuciłem, byłem uczciwym. Gdyby był łotrem, byłby już oddawna wyspowiadał Magdalenę i zmusił nas do zwinięcia obozu. On jest kochanym, powiadasz? Cóż więc za klejek płynie w jego żyłach, że pozwala wydrzeć sobie ukochaną kobietę? Ah! gdybym raz uczuł rękę Magdaleny drgającą w mojej, gdyby tchnienie ust jej owiało moje skronie... cały świat by mi jej nie wydarł. Biada temu, ktoby mi stanął na drodze! Prosper mi stoi na drodze, więc go usunę. Ja z pomocą twoją podejmuję się wtrącić go w taką kałużę, że myśl Magdaleny nie pójdzie za nim.
Głos Ludwika wyrażał taką wściekłość, tak okropną żądzę zemsty, że Raul rzeczywiście wzruszony, zamyślił się. Po chwili przemówił:
— Ty przeznaczasz mi rolę ohydną.
— Czyżby mojego synowca zdejmowały skrupuły? — zapytał Clameran tonem żartobliwym.
— Skrupuły... niezupełnie; wyznaję jednak...
— Co? że mas z ochotę się cofnąć? To trochę zapóźno. Aha!... Paniczowi podobają się wszystkie roskosze przepychu, chciałby mieć pełne kieszenie złota, konie rasowe, słowem wszystko, co błyszczy i wzbudza zazdrość... ale obok tego panicz chce pozostać cnotliwym. W takim razie trzeba się było urodzić właścicielem renty. Głupcze!... Czy widziałeś kiedy, aby ludzie jak my czerpali miljony z czystych źródeł cnoty? Trzeba łowić ryby w błocisku, a potem się obmyć.
— Nigdy wprawdzie nie miałem tyle, żeby być uczciwym, — pokornie odrzekł Raul; — ale znowu męczyć dwie kobiety bezbronne, zabijać biedaka, który widzi we mnie swego przyjaciela, do licha! to trochę za ostro!...
Opór ten, który Ludwik de Clameran nazywał śmiesznością i głupstwem, oburzył go do najwyższego stopnia.
— Słuchaj! — zawołał, — dalipan przejmujesz mnie litością. Tu się nadarza sposobność niesłychana, niespodziewana, najnieprawdopodobniejsza do zrobienia fortuny, a ty się narowisz. Tylko osieł spragniony nie chce pić z naczynia, dlatego, że na dnie jego widzi nieco mułu. Tybyś może wołał jakie drobne szelmostwa, nieprawda? Gdzież twój system prowadzi? Do szpitalu, lub do prochowni, pod protekcją żandarmów. A wiesz ty jak ja stałem przed rokiem, po dwudziestu latach cudów, przed któremi bledną wszystkie dyplomacje? Oto z miłością wpatrywałem się w moje pistolety. Czyż wołałbyś żyć, siedząc na fartuszku pani Fauvel i wyciągać co miesiąc jaki bilet tysiącowy, po wielu zalotach i pieszczotach?
— Nie jestem ani ambitny, ani okrutny.
— A zresztą, jeśli pani Fauvel umrze jutro, cóż wtedy poczniesz? Czy pójdziesz z krepą na kapeluszu prosić wdowca, aby ci dalej płacił pensyjkę?...
Raul przerwał stryjowi gniewnym ruchem.
— Przestań, — rzekł, — nigdy nie miałem zamiaru cofać się! Jeżelim ci wyjawił moje zarzuty, to dla tego, że chciałem ci wykazać, jakich podłości oczekujesz po mnie, i zarazem, że bezemnie nic nie możesz.
— Nigdy temu nie przeczyłem.
— Więc powiedz że mi, czcigodny stryju, jaki ma być mój udział w tym interesie? Tylko proszę bez żadnych czczych słówek. Co mi ofiarujesz w razie powodzenia? Co mnie czeka jeżeli chybimy?
— Powiedziałem ci już, że będziesz miał dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznego dochodu, a wszystko co uzyskasz do dnia mojego ślubu, w to nie wchodzę, to twoja osobista własność.
— Dobrze, przystaję na warunki; a gdzie rękojmia?
Na tym gruncie postawiona kwestja musiała być długą i trudną do załatwienia. Dwaj wspólnicy znali się; obaj mieli doskonałe powody, by sobie wzajem nie ufać.
— Czegoż się obawiasz? — powtarzał Clameran.
— Wszystkiego, — odpowiedział Raul. — Do kogo pójdę na skargę jeżeli ty mnie oszukasz? Czy mam się udać po sprawiedliwość do tego małego sztylecika, który widzisz? Nie, dziękuję, kazanoby mi zapłacić za twoją skórę tyle, ile za najuczciwszego człowieka...
Nareszcie po nieskończonych debatach, urządzili rzecz ku obopólnemu zadowoleniu i rozłączyli się z mnóstwem rąk uściśnień.
Niestety pani Fauvel i jej siostrzenica nie omieszkały odczuć skutków tego sojuszu, zawartego między dwoma nędznikami.
Wszystko, jota w jotę odbyło się tak jak przewidział i ukartował Ludwik de Clameran.
Raz jeszcze, i to wtedy właśnie, gdy pani Fauvel zaczęła wolniej oddychać, postępowanie Raula zmieniło się nagle. Marnotrawstwo jego rozpoczęło się w najlepsze.
Dawniej pani Fauvel mogła się pytać: „Gdzie podziewa wszystkie pieniądze, które mu daję?“ Teraz nie potrzebowała zadawać już sobie tych pytań.
Raul objawiał namiętności wyuzdane; pokazywał się wszędzie ubrany jak ci złoceni młodzieńce, którzy są delicjami bulwarów; widywano go na pierwszych przedstawieniach w teatrze na najdroższem miejscu, a na wyścigach w czterokonnym powozie.
Nigdy też nie miał tak naglącej potrzeby pieniędzy, nigdy pani Fauvel nie była narażona na tak krzyczące wymagania i tak często powtarzane.
Dawniej przychodził po pieniądze z mnóstwem korowodów, z osłonięciem, z prośbą. Teraz przemawiał jak pan, jak gdyby żądał rzeczy należnej, wymagał, a za najmniejszą odmową groził z miną karczemnego Don Juana, zadającego gwałt swojej ofierze.
Takim sposobem środki jawne pani Fauvel i jej siostrzenicy wyczerpały się wkrótce. W ciągu miesiąca nędznik roztrwonił wszystkie ich zasoby. Wtedy uciekły się do tych smutnych wybiegów, jakiemi kobiety przez tajemne wydatki doprowadzają dom do ruiny. We wszystkiem zaprowadziły sromotne oszczędności. Kazano czekać dostawcom, brano na kredyt. Potem same zwiększały rachunki dostawców, a nawet wymyślały niebyłe. Obie pozwalały sobie tak kosztownych fantazji, że raz pan Fauvel rzekł do nich z uśmiechem:
— Moje panie, coś stajecie się bardzo zalotnemi.
Biedne kobiety! Całemi miesiącami nie sprawiały sobie nic, żyły świetnością przeszłą, przerabiały stare suknie, ubolewając nad swem położeniem, które zmusza do pewnej wytworności.
Przezorniejsza od ciotki swej Magdalena, widziała nie bez obawy zbliżenie się chwili, w której trzeba będzie odpowiedzieć: Nie. A wtedy wszystko się odkryje.
Ale chociaż widziała, że wszystkie ofiary są bezużyteczne, milczała. Delikatność uczuć, która ocenią wszystkie piękne dusze, kazała jej pod pozorem względnej spokojności ukrywać całą grozę. Dla tego właśnie, że czyniła ofiarę z siebie, nie mogła uczynić najmniejszej uwagi, któraby wyglądała na przyganę.
— Jak Raul przekona się nareszcie, że nic dla niego nie możemy, mówiła do ciotki, ustatkuje się i wróci do siebie.
Nadszedł jednak ów dzień, w którym i Magdalena i jej ciotka ogołocone zostały ze wszystkiego co się zowie.
W przeddzień pani Fauvel miała na objedzie kilka osób, i z wielką trudnością zdołała uzbierać tyle pieniędzy, ile kucharz potrzebował.
Raul zjawił się tego dnia. Nigdy, jak utrzymywał, nie znajdował się w tak wielkim kłopocie; potrzeba mu było koniecznie dwóch tysięcy franków.
Daremnie wykazywano mu stan rzeczy, daremnie zaklinano go, nie chciał słyszeć o niczem, był straszny, nieubłagany.
— Ależ ja już nic nie mam, nieszczęśliwy! — powtarzała pani Fauvel zrozpaczona, — nic, co się zowie, zabrałeś mi wszystko. Zostają mi tylko klejnoty moje, chcesz je? Jeżeli ci się na co przydadzą, to zabieraj.
Jakkolwiek młody szubienicznik doszedł do wielkiego stopnia bezwstydu, zarumienił się jednak.
Litość go zdjęła dla tej nieszczęśliwej kobiety, która była dla niego tak dobrą, tak pobłażającą, która tylekroć obsypywała go macierzyńskiemi pieszczoty. Żałował tej nieszczęśliwej dziewicy, szlachetnej ofiary wypadków, do których niczem się nie przyłożyła.
Ale przyrzekł; wiedział, że potężne ramię zatrzyma te kobiety nad brzegiem przepaści; widział majątek, ogromny majątek u kresu tych wszystkich infamii, które wreszcie obiecywał sobie sowicie okupić później.
Otrząsł się więc z rozczulenia, i brutalnym głosem odpowiedział matce:
— Daj! pójdę do lombardu.
Pani Fauvel dała mu szkatułkę z djamentami. Był to podarunek od jej męża, ofiarowany w dniu, w którym rozpatrzywszy się w swem położeniu, pan Fauvel przekonał się, że posiada miljon.
A tak okropne było położenie tych dwojga kobiet, które otaczał książęcy przepych, na których rozkazy czekało sześciu służących, których zaprzężone konie pieniły się w dziedzińcu, że zaklinały Raula, aby im odniósł choć cząstkę tego, co otrzyma w lombardzie.
Przyrzekł i dotrzymał słowa.
Ale ukazano mu nowy środek, kopalnię nową, którą on też wyzyskiwał do nadużycia.
Po jednym wszystkie stroje djamentowe pani Fauvel przeszły w jego ręce; za niemi poszły klejnoty Magdaleny.
Niedawny proces, który ukazał, jak pewną młodą jeszcze i piękną kobietę przez pięć lat udręczał sromotny złoczyńca, co dobrał się do jej korespondencji — proces, którego czytanie rumieńcem wstydu oblewa czoło, okazał nam, do jakiego stopnia dojść może podłość ludzka.
A sromoty te nie są tak rzadkie, jak się komu wydaje.
Ileż to ludzi żyje z ukradzionej tajemnicy, którą wyzyskują, począwszy od woźnicy, co perjodycznie wydziera po dziesięć luidorów nieroztropnej kobiecie, którą woził na schadzkę, aż do łotra w białych rękawiczkach, który przejąwszy jakąś kombinacje finansową, zmusza interesowanych, aby mu zapłacili za jego milczenie.
Jest to najpodlejsza ze zbrodni, którą, na nieszczęście, prawo rzadko może ubiedz i ukarać.
„Wykradanie tajemnic — mówił jeden z dawnych prefektów policji — jest to przemysł, który w samym tylko Paryżu żywi do tysiąca indywiduów. Czasami znamy ofiarę, a mimo to skazani jesteśmy na bezczynność. Co większa, choć się nam czasem uda schwytać złoczyńcę na gorącym uczynku, ofiara z obawy, aby się jej tajemnica nie wydała, zwraca się przeciwko nam.“
Przemysłem tym zajmują się te obrzydłe próżniaki, którzy nie mając ani grosza ujawnionego dochodu, wydają dużo pieniędzy i o których powiadają:
— Zkąd oni żyją?
Biedne ofiary nie wiedzą, jak łatwo odczepić się od tych łotrów. Policja sama przecież umie, tam gdzie potrzeba, dochować tajemnicy. Pójść tylko do biura, zwierzyć się jednemu z naczelników dyskretnych jak konfesjonał, i rzecz się skończy bez hałasu, cichutko, nic nie wyjdzie na zewnątrz.
Pani Fauvel na obronę przeciw nędznikom, co się do niej przyczepili, miała tylko łzy i błagania; tego było niedosyć.
Tylko te oburzające wyłudzania sprowadzały czasami takie zaburzenie, że sam Raul wzruszony i pognębiony, przejmował się grozą i pogardą względem samego siebie.
— Już mi brak serca, — mówił do stryja, nie wytrzymam dłużej! Idźmy zbrojną ręką, zgoda; ale zarzynać dwie nieszczęśliwe istoty, które mi są miłe, tego nie mogę przenieść na sobie!
Clameran wcale nie dziwił się tym wstrętom.
— Smutno to, — odpowiadał, — wiem o tem dobrze; ale konieczność nie zna hamulca. Dalej! jeszcze trochę energji i cierpliwości, a bliscy jesteśmy celu!
Byli bliżsi, niż przypuszczał Clameran. W końcu miesiąca listopada pani Fauvel czuła się tak bliską katastrofy, że przyszła jej myśl udać się do margrabiego.
Nie widziała go od chwili, jak po powrocie z Oloron przybył ją zawiadomić o swoim spadku. Przekonana wówczas, że on był złym duchem Raula, przyjęła go tak źle, że tem samem nadała mu prawo nie ukazywania się więcej.
Wahała się wspominać o tym projekcie siostrzenicy, obawiając się żywego oporu.
Ku wielkiemu zdziwieniu Magdalena zgodziła się.
Bo nieszczęście, ten cudowny mistrz, obudziło i rozwinęło w Magdalenie zmysł odgadywania.
Rozważając przeszłe wypadki, porównywując i badając wszystkie okoliczności, nie była daleką od tego podejrzenia, że Raul jest tylko narzędziem stryja.
Sadząc bardzo roztropnie, mówiła sobie, że niepodobieństwem jest, aby Raul, chłopiec rozsądny, bez tajemnych motywów czynił takie nadużycia, z narażeniem wszystkiego, co miał i mógł mieć. Wnioskowała ztąd, że prześladowanie jest więcej udanem niż rzeczywistem.
Przekonanie jej pod tym względem było tak silne, że gdyby chodziło tylko o nią samą, nie wahałaby się stawić silny opór, pewną będąc, że groźby skandalu nigdyby się nie urzeczywistniły.
Przypominając sobie, nie bez dreszczu, pewne spojrzenia, jakie na nią rzucał Clameran, prawie dochodziła do prawdy. Przeczuwała, że wszystkie te intrygi miały jeden cel: zmusić ciotkę, aby ją rzuciła w ręce margrabiego.
Mimo wstrętu i wzdrygania się całej swej istoty, oswoiwszy się z myślą ofiary, życzyła sobie prawie, aby ślub prędzej się odbył. Wszystko zdawało się jej znośniejszem nad to życie nie do wytrzymania, jakie tworzyło dla niej postępowanie Raula.
— Im prędzej zobaczysz się ciociu z panem Clameranem, tem lepiej. — mówiła do pani Fauvel.
Tym sposobem zaraz nazajutrz pani Fauvel przybyła do hotelu Louvre, do margrabiego, który poprzednio zawiadomiony był o tem przez bilecik.
Przyjął ją z zimną i wystudjowaną grzecznością, jak człowiek zapoznany, który ze smutkiem i urazą trzyma się opodal.
Zdawał się oburzony postępowaniem synowca, a nawet w danej chwili pozwolił sobie zakląć, mówiąc, że ten niecny synowiec zda mu z tego sprawę.
Ale kiedy pani Fauvel powiedziała mu, że on dla tego wciąż woła na nią o pieniądze, że nic nie chce żądać od niego, Clameran zatrząsł się z gniewu.
— Ah! zawołał, to już za wiele bezczelności! Nędznik! Ja od czterech miesięcy dałem przeszło dwadzieścia tysięcy franków; a jeżeli mu je dałem, to tylko dla tego, że mi wciąż groził, iż panią napastować będzie.
Pani Fauvel była zgnębioną.
— Odemnie dostał blisko czterdzieści tysięcy franków, — rzekła, — zatem w ciągu czterech miesięcy roztrwonił przeszło sześćdziesiąt tysięcy!
— Byłoby to nie do uwierzenia, gdyby nie był zakochany, jak powiada.
— Mój Boże! Co te stworzenia robią z pieniędzmi, które ludzie tak im sypią?
— Owoż tego nigdy dojść nie można było.
Zdawał się bardzo szczerze żałować panią Fauvel; przyrzekł jej, że tego wieczora zobaczy się z Raulem i przywiedzie go do lepszych uczuć. Następnie po długich korowodach oddał swój majątek na usługi pani Fauvel.
Ona odmówiła, ale niemniej ujęło ją to, powiedziała też za powrotem do siostrzenicy:
— Możeśmy się omyliły, może to nie tak zły człowiek...
Magdalena smutnie potrząsła głową. Przewidziała to co nastąpiło ta piękna bezinteresowność margrabiego była potwierdzeniem jej przeczuć.
Raul znowu poszedł do stryja po nowiny. Zastał go promieniejącym.
— Wszystko idzie jak z płatka, mój synowcze, — rzekł Clameran, — sprawiłeś się cudownie. Ah! tęgi z ciebie partner, winienem ci najserdeczniej powinszować. Czterdzieści tysięcy w cztery miesiące?
— Tak, — odpowiedział niedbale Raul, — tyle prawie wydał lombard.
— Do djabła! musisz mieć piękny zapasik, bo ta panna z teatru Délassement, to pewnie tylko pretekst.
— W tem, kochany stryju, w tem moja rzecz. Przypomnij sobie naszą umowę. Ja ci tylko powiadam, że pani Fauvel i Magdalena ogołociły się już ze wszystkiego, nie mają nic, a ja mam już dosyć mojej roli.
— To też rola twoja skończona. Zabraniam ci żądać odtąd.
— Więc cóż dalej?
— Nic dalej; mina już dość nasadzona, a ja czekam tylko stosownej okazji, by pod nią podłożyć ogień.
Tę okazję, na którą z gorączkową niecierpliwością oczekiwał Ludwik de Clameran, miał mu nastręczyć, według jego mniemania, Prosper Bertomy, jego rywal.
Zanadto kochał Magdalenę, by nie być zazdrosnym aż do wściekłości względem człowieka, którego serce jej wybrało, by go nie miał nienawidzieć całą siłą namiętności.
Wiedział o tem dobrze, że od niego zależało zaślubić Magdalenę, ale w jaki sposób? Z nożem na gardle, przez przymus i gwałt? Szaleństwo przychodziło mu do głowy na myśl, że posiadałby ją tylko ciałem, kiedy myśl jej uchodząc przed jego przemocą, szłaby ku Prosperowi.
To też poprzysiągł sobie, że przed ożenieniem wtrąci Prospera w jaką kałużę infamji, z której trudno mu będzie się wydobyć. Myślał, czyby go nie zabić, ale zdawało mu się, że lepiej będzie go zbezcześcić.
Sądził z razu, że mu nie trudno będzie zgubić nieszczęsnego młodzieńca; przypuszczał, że Prosper sam poda ku temu środki. Omylił się jednak.
Wprawdzie Prosper prowadził życie szalone, które zwykle kończy się katastrofą, ale mimo to umiał utrzymać ład w nieładzie. Jeśli położenie jego było czasami krytyczne, jeśli go napastowali wierzyciele, nikt tego nie spostrzegł, gdyż zaprowadził ostrożność najwyższą.
Chybiły wszystkie próby, mające zgubę jego przyspieszyć, i daremnie Raul z rękami pełnemi złota, grając rolę kusiciela, wyzywał go do zguby.
Prosper grał grubo, ale bez namiętności, prawie machinalnie, i nigdy ani egzaltacja wygranej, ani przykrość przegranej nie pozbawiały go zimnej krwi.
Nina Gypsy była marnotrawnicą, ale kochała go, i fantazje jej nigdy nie przechodziły pewnych granic.
Rozważywszy dobrze jego położenie, poznać było w nim można człowieka znękanego, który usiłuje się ogłuszyć, ale który nie stracił wszelkiej nadziei i pragnie zyskać na czasie.
Raul, poufały jego przyjaciel, rzutnem okiem doskonale ocenił położenie Prospera i przejrzał skrytości jego serca.
— Nie licz na żadne szaleństwo ze strony tego człowieka, mówił do stryja; jego zawód miłosny pozostawił mu głowę tak zimną jak głowa lichwiarza. Nikt tego nie wie co widzi przed sobą. Jak zobaczy zupełne pustki w kieszeni, być może, że strzeli sobie w łeb; ale to pewna, że nigdy nie zniży się do czynu podłego, a nawet niedelikatnego; nigdy nie tknie kasy powierzonej jego zacności.
— Trzebaby go pchać żywiej, — odpowiedział Clameran, — obchodzić go, pożyczać mu pieniędzy, łechtać jego próżność, zasiewać próżność w umyśle panny Gypsy.
Raul potrząsł głową jak człowiek przekonany o bezużyteczności swych usiłowań.
— Ty nie znasz Prospera, mój stryju. Nie można galwanizować trupa. Magdalena zabiła go, dając mu odprawę. Wszystko mu obojętne; on nie ogląda się na nic...
— Poczekamy.
I rzeczywiście czekali, i ku wielkiemu zdziwieniu pani Fauvel, Raul znowu stał się tem dla niej, czem był pod nieobecność Clamerana. Po perjodzie marnotrawstwa, nastąpił perjod oszczędności; zerwał zupełnie z teatrem Dślassements. Nawet pod pozorem oszczędności nie chciał wyprowadzić się z Vésinet, który tak jest nieprzyjemnym w zimowej porze. Chciał, jak mówił, w tej ustroni odpokutować za swoje przeszłe błędy. A w rzeczywistości siedząc tam, zapewnił sobie swobodę i wolnym był od odwiedzin matki.
Około tego czasu, pani Fauvel wielce ucieszona tą zmianą, powzięła myśl umieszczenia Raula w biurach męża.
Pan Fauvel podzielał tę myśl. Słyszał o marnotrawstwie Raula i kilkakroć pożyczał mu znaczne sumki. Przekonany, że młodzieniec bez zajęcia może tylko głupstwa robić, ofiarował mu miejsce w oddziale korespondencji z płacą 500 franków miesięcznie.
Propozycja ta uradowała Raula, ale za wyraźnym rozkazem Clamerana odmówił, składając się tem, że nie miał żadnego powołania do zawodu bankierskiego.
Odmowa tak uraziła bankiera, że zrobił Raulowi kilka dosyć gorzkich wyrzutów, uprzedzając go, by odtąd wcale nań nie liczył, i Raul schwycił tę sposobność, by jawnie zaprzestać wizyt.
Jeżeli jeszcze widywał się z matką, to chyba po południu, gdy był pewnym, że pan Fauvel wyszedł, a bawił tylko tyle, ile było potrzeba do wywiedzenia się interesów domowych.
Ten nagły spoczynek po tylu i tak okropnych wstrząśnieniach wydał się Magdalenie złowrogim. Więcej niż kiedykolwiek sądziła, że wszystkie odmiany przypisać trzeba planowi dojrzale obmyślanemu. Przewidywała, że ta groźna cisza jak przed burzą, była poprzedniczką jakiegoś ostatniego i straszliwego ataku. Nie wyjawiała przeczuć swoich ciotce, ale gotową była na wszystko.
— Co oni robią? — pytała czasami pani Fauvel; — czyżby nareszcie zaniechali prześladować nas?
— Tak, — powtarzała Magdalena, — co oni robią?
A Ludwik i Raul nie dawali znaku życia dla tego, że stali nieruchomi, jak myśliwi na czatach, obawiając się spłoszyć zwierzynę. Czyhali na sposobność.
Idąc w ślad za Prosperem, Raul wyczerpał wszystkie środki swego umysłu dla skompromitowania go, dla sprowadzenia go w jaką zasadzkę, w którejby honor swój zostawił. Ale, jak to przewidział, obojętność kasjera trudną była do ujęcia.
Clameran już zaczął się niecierpliwić i szukał jakiego skuteczniejszego sposobu, gdy raz w nocy około godziny trzeciej zbudził go Raul.
— Co takiego? — zapytał niespokojny.
— Może nic, może wszystko. W tej chwili rozstałem się z Prosperem.
— I cóż?
— Prosiłem go na objad, razem z panną Gypsy i trzema moimi przyjaciółmi. Po objedzie urządziłem grę, ale w żaden sposób nie mogłem wciągnąć Prospera, choć był już cięty.
Ludwik zniecierpliwiony zżymał się.
— To i ty widać musiałeś podciąć się, kiedy przychodzisz budzić mnie w nocy, by rozpowiadać głupstwa.
— Poczekaj-no, jest jeszcze coś.
— A toż gadaj prędzej!
— Po grze poszliśmy na kolację, a Prosper coraz bardziej pijany, wymówił wyraz, na który zamyka kasę.
Na to oświadczenie, Clameran nie mógł powstrzymać okrzyku tryumfu.
— A jakiż to wyraz? — zapytał.
— Imię jego kochanki.
— Grypsy!... a tak, rzeczywiście, pięć liter.
Był tak tem poruszony, że aż wyskoczył z łóżka, włożył szlafrok, i zaczął chodzić po pokoju.
— Mamy go! — zawołał z wyrazem zadowolenia wściekłej nienawiści, — mamy go w ręku! Aha! ten zacny kasjer nie chciał tknąć swojej kasy, więc my ją otworzymy za niego, a to go zarówno zbezcześci. Wiemy wyraz, a ty wiesz gdzie jest klucz, mówiłeś mi!..
— Pan Fauvel wychodząc, zawsze prawie zostawia swój klucz w szufladzie biurka, które stoi w jego pokoju.
— Otóż, ty pójdziesz do pani Fauvel i zażądasz od niej tego klucza; albo ci go da, albo weźmiesz gwałtem, mniejsza oto; gdy go będziesz miał, otworzysz kasę i zabierzesz wszystko co będzie... Aha! panie Prosperze, drogi cię będzie kosztować miłość kobiety, którą ja kocham...
Z pięć minut jeszcze Clamerau jak opętany, mówił niestworzone rzeczy, dziwnie mięszając nienawiść dla Prospera z miłością dla Magdaleny, że Raul serjo zadawał sobie pytanie, czy on istotnie nie zwarjował.
Uważał, że obowiązkiem jego było uspokoić go.
— Nim zanucim hymn zwycięstwa, — zaczął, — rozważmy trudności.
— Nie widzę żadnych.
— Prosper może zmienić wyraz.
— To prawda, ale wątpię; nie będzie pamiętał, że go wymówił, a wreszcie będziemy się spieszyć.
— Nie dość na tem. On skutkiem najwyraźniejszych rozkazów pana Fauvela, nigdy nie zostawia na noc w kasie nic, chyba jakieś małoznaczące sumki.
— Będzie tam bardzo znaczna suma jak zechcę.
— Co mówisz?
— Mówię, że mam u pana Fauvela trzykroć sto tysięcy franków, a gdy dziś zażądam ich wypłaty bardzo rano jutro, w chwili otwarcia biur, to pieniądze przepędzą noc w kasie.
— Co za myśl! — zawołał Raul zdumiony.
Była to nie zła myśl istotnie, i dwaj złoczyńcy noc całą przesiedzieli nad jej rozbieraniem, studjowaniem jej stron ujemnych i dodatnich.
Raul obawiał się oporu pani Faurel. Czyż w ostatnim razie nie wyzna raczej wszystko, by nie zabić moralnie człowieka niewinnego?
Ale tego nie obawiał się Ludwik.
— Ofiara, — odpowiedział, — pociąga ofiarę; zanadto już zaszła daleko, by się nie miała zrezygnować na wszystko. Oddała nam Magdalenę, swoją przybraną córkę; więc odda nam i chłopca, który przecież jest jej obcym.
— Dobrze; ale w oczach Magdaleny Prosper nie będzie zniesławionym... a zatem...
— Dzieckiem jesteś mój bratańcze!...
Plan więc stanął kompletny i łatwy do wykonania.
— Jeżeli Prosper powiedział prawdziwy wyraz, — szepnął Raul, — więc zgubiony!...
Pozostawało tylko dwom wspólnikom urządzić pomniejsze okoliczności i ustanowić dzień wykonania ohydnego dzieła.
Po dojrzałym namyśle, po obliczeniu najściślejszem wszystkich za i przeciw, postanowili popełnić tę zbrodnię wieczorem z 27. na 28. lutego.
Wybrali ten wieczór dla tego, iż podług wiadomości Raula, pan Fauvel miał być na objedzie u jednego z finansistów, a Magdalena zaproszoną była na jakiś panieński wieczorek.
Gdyby nic szczególnego nie zaszło, Raul przychodząc do pałacu około godziny w pół do dziesiątej, miał matkę zastać samą.
— Dziś zaraz, — zakończył Clameran, — dam znać panu Fauvelowi, aby fundusz mój przygotował na wtorek.
— Termin jest bardzo krótki, mój stryju, — zarzucił Raul, — macie z panem Fauvelem umowę, powinieneś go wcześniej uprzedzić o wycofaniu.
— To prawda; ale nasz bankier jest dumny, powiem, żerni pilno potrzeba, a on wypłaci, choćby go to nawet wiele kosztować miało. Ty znów weźmiesz na siebie prosić Prospera, jako o osobistą przysługę, aby sumę miał gotową przy otwarciu biur.
Raul raz jeszcze badał położenie, szukając ażali nie znajdzie tego ziarnka piasku, które w ostatniej chwili staje się górą.
— Dziś wieczór przyjmuję Prospera i Nine w Vésinet, odpowiedział w końcu, — ale nie mogę o niczem z nim mówić, póki nie usłyszę odpowiedzi bankiera. Gdy będziesz ją miał, pchnij zaraz do mnie Manuela z wiadomością.
— Nie przyszlę ci Manuela, — rzekł Ludwik, — dla tego, że mnie opuścił, ale przyszlę posługacza miejskiego.
Ludwik prawdę mówił. Zrazu zatrzymał w służbie Manuela, bo jako ostrożnemu chodziło o to, by nie zostawić w Oloron dawnego sługi Gastona, który znał jego życie, mógł wdać się w gawędkę i wypaplać co kompromitującego.
Odciągnął go więc. Potem znowu, zawadzała mu prawość tego sługi, który dzielił dolę i niedolę najlepszego z panów; więc powoli nasunął mu myśl, by na dokończenie życia wrócił do ojczystego kraju.
Tym sposobem w przeddzień, Manuel odjechał do Arenys-de-Mar, małego portu w Katalonji, gdzie się urodził, a Ludwik de Clameran starał się o służącego.
Ludwik i Raul rozstali się po dobrem śniadaniu, mówiąc sobie: „do widzenia“ — „do jutra.“
Clameran był tak radosny, że zapomniał o przepaści błota, jaka dzieliła go od sukcesu. Raul spokojniejszy, był jednak przygotowanym. Bezecny czyn, który miał popełnić, wyswobadzał go z pod obrzydle uciążliwego panowania. On pragnął tylko swobody tak, jak Clameran Magdaleny.
Wszystko wreszcie ułożyło się po myśli złoczyńców. Bankier nie dbając na układ, zgodził się na wypłatę we wskazanym terminie. Prosper obiecał, że pieniądze będą gotowe na godzinę umówioną.
Pewność tryumfu zmysłów pozbawiała Ludwika. Liczył godziny, minuty.
— Gdy się to skończy, będę najuczciwszym człowiekiem! Będę do wszystkich djabłów! tak delikatny, że śmiały będzie ten, ktoby utrzymywał, żem nie całe życie był takim.
Raul natomiast był coraz smutniejszy. Rozwaga ukazywała mu ten czyn w całej jego ohydzie.
Raul był łotrem zdeterminowanym, śmiałym, strasznym, gdy mu chodziło o nasycenie żądzy; mógł kraść przy grze z uśmiechniętemi oczyma, pchać nieprzyjaciela z tyłu nożem i spać potem spokojnie, ale był młody.
Był młody, to znaczy, że występek nie przeniknął mu jeszcze do szpiku kości; zepsucie nie zarosło tak dalece jego duszy, by mogło stłumić aż do ostatnich korzeni uczucie szlachetne.
Czas, w którym miał ułudy święte, dumę szlachetną, nie był tak odległym, by z nich nic w sercu nie zostało.
Ożywiony jeszcze dzielnością lat dwudziestu, nie mógł nie gardzić nikczemnikami; a te pokątne knowania, to wolne konanie dwóch biednych kobiet bezbronnych, przejmowały go grozą. Serce jego wzdrygało się z obrzydzenia, gdy przygotowywał się do tej roli zdrajcy, gdy miał mordować matkę między dwoma pocałunkami.
Otoczony zimną i wyrachowaną zbrodniczością Ludwika, by się we własnych oczach podźwignąć i nabrać ducha, pragnął jakiejś wymówki, choćby niebezpieczeństwa przy działaniu.
Ale nie, on wiedział, że się na nic nie naraża, nawet na galery. Był on pewnym, że pan Fauvel, choćby się i o wszystkiem dowiedział, użyje nadludzkich wysileń, by zdławić tę sromotną sprawę.
Przytem, rzecz dziwna która go zastanawiała, a której za nic w świecie nie powiedziałby Clameranowi, pieszczoty pani Fauvel zrobiły na nim wrażenie, lgnął do niej uczuciem szczerem. Był szczęśliwym w Vésinet, podczas gdy jego wspólnik bawił w Oloronie. On z chęcią zostałby uczciwym, bez trudu i wysileń, nie pojmując na co zda się zbrodnia, jeśli człowiek ma z czego żyć suto. Śmiertelnie oburzał się na Clamerana, który dla zadowolenia egoistycznej namiętności nadużywał swej władzy, i byłby go niezawodnie zdradził, gdyby wiedział jak go zdradzić nie wciągając siebie.
To też jego determinacja, zrazu silna, słabła co godzina w miarę zbliżania się chwili stanowczej.
Ale Ludwik nie opuszczał go, migał mu wciąż przed oczami splendorem przyszłego przepychu, roskoszy, próżności zadowolonej: nie dał mu wytchnąć, zagrzewał go.
Ułożył całą scenę z panią Fauvel, i kazał ją odgrywać swemu wspólnikowi zupełnie tak, jakby to chodziło o jaką fikcję teatralną, usiłując, jak mówił, przepoić go duchem roli, którą miał odegrać, roli, która według jego zdania miała łagodzić to, co sama sytuacja mieściła w sobie obmierźle brutalnego.
Ale jakkolwiek głośno krzyczał Ludwik, jakkolwiek głośno dźwięczał tą olśniewającą sumą: 500.000 franków! sumienie Raula przemawiało głośniej i silniej.
Tak, że w poniedziałek wieczór, około godziny szóstej, Raulowi zabrakło i sił i odwagi, i zadawał sobie pytanie, czy nawet gdyby chciał, mógłby ten czyn wykonać.
— Czy ty się boisz? — zapytał Clameran, który niespokojnem okiem śledził jego wewnętrzne walki.
— Tak, — odpowiedział Raul, — ja nie mam dzikiej woli, boję się.
— Jakto? ty, mój uczeń, mój przyjaciel! To niepodobna. Dalej-że! trochę energji, jedno uderzenie wiosłem i jesteśmy u portu. To co czujesz, jest czysto nerwowe; pójdźmy na objad, szklanka burgundzkiego wina ożywi cię i wzmocni.
Byli już na bulwarze; weszli do jednej z pierwszych restauracji gdzie często bywali, i usiedli w osobnym gabinecie.
Ale daremnie Ludwik puszczał się na facecje, nie mógł rozmarszczyć czoła swego towarzysza.
Raul był wciąż ponury i blady, gdy tamten śmiał się z jego wstrętów, gdy koniec końców chodziło tylko o połknięcie „gorzkiej pigułki. “ Zniewolony koniecznością posłannictwa w wykonaniu czynu, którego się podjął, Raul próbował upoić się i wychylił do dna dwie butelki wina. Ale zawiodło go upojenie, wino go zdradziło: na dnie kielicha napotkał tylko gniew i odrazę.
Ósma godzina wybiła na zegarze w restauracji.
— Już czas, — rzekł Ludwik.
Raul zsiniał, zęby jego szczęknęły. Chciał powstać, nie mógł; nogi zrobiły mu się wiotkie jak z bawełny i nie chciały go nosić.
— Ach! ja nie mogę! — zawołał z boleścią i rozjątrzeniem.
Błysło coś strasznego w oczach Clamerana. Więc wszystkie jego kombinacje mogły chybić nikczemnie! Ale poskromił swój gniew, pojmując, że najmniejszy wybuch mógłby wszystko zgubić. Pociągnął gwałtownie sznurek od dzwonka.
Zjawił się kelner.
— Butelkę porteru! — zawołał, — i butelkę rumu!
Kelner przyniósł, Ludwik napełnił wielki kielich mięszaniną i podał go Raulowi, mówiąc:
— Wypij!
Raul wychylił duszkiem i lekki rumieniec okrył jego lica. Wstał, tupnął nogą, a uderzając pięścią o stół, zawołał:
— Chodźmy!
Ale nie uszedł pięćdziesięciu kroków na bulwarze, gdy sztuczna energja alkoholu opuściła go.
Szedł oparty na ramieniu Clamerana, taczając się jak pijany, znękany gorzej niż delikwent prowadzony na rusztowanie.
— Byle tylko wszedł! — pomyślał Ludwik, który znał Raula, bo badał go oczyma interesu; — jak raz wejdzie, pociągnie go rola i wszystko pójdzie dobrze.
A idąc dalej, mówił do Raula:
— Pamiętaj dobrze, o cośmy się umówili; uważaj jak będziesz wchodził, wszystko na tem zależy! Czy masz pistolet w kieszeni?
— Mam, mam, zostaw mnie...
Clameran dobrze zrobił, że prowadził Raula, bo ten przyszedłszy pod bramę pałacu pana Fauvela, znowu osłabł.
— Biedna kobieta! — zawołał! — nieszczęsny chłopiec, którego wczoraj jeszcze ściskałem rękę, i ja mam ich zarznąć, zamordować!... Ach! to nikczemnie! to zanadto nikczemnie!...
— Ha! — rzekł Clameran tonem pogardy, — omyliłem się na tobie; kiedy kto jest miękkiego żołądka, powinien był zostać uczciwym człowiekiem! Ale Raul przezwyciężył nareszcie wszystkie swoje wzburzone instynkta.
Pobiegł do drzwi i zadzwonił.
Otworzono.
— Czy ciotka moja w domu? — zapytał lokaja.
— Pani jest sama w saloniku przyległym do jej pokoju, — odpowiedział lokaj.
Raul wszedł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.