Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Po strasznej dopiero walce zdecydowała się pani Fauvel poddać się nielitościwemu margrabiemu de Clameran.
Wyczerpała wszystkie środki, które sądziła, że go wzruszą. Bez drżenia widział, jak się czołgała u nóg jego. Ani łzy, ani prośby nie mogły poruszyć tej czarnej duszy.
Zdesperowana, poszła do syna żądać pomocy.
Raul wysłuchawszy, zdawał się być przejęty oburzeniem; pożegnał ją, pobiegł do nędznika, ażeby jak mówił, zmusić go do przeproszenia matki za łzy, które wylewała.
Lecz przecenił swoje siły. Wrócił wkrótce z miną ponurą, spuszczoną głową, twarzą nacechowaną wściekłością niemocy, mówiąc, że trzeba się poddać, przystać, ustąpić.
Teraz dopiero nieszczęsna mogła zmierzyć całą głębię przepaści, do której ją ciągnione.
Miała w tej chwili jakby przeczucie zawikłań ciemnych, których padnie ofiarą.
Oto, gdzie ją poprowadził jeden błąd, mniej jak błąd, nierozwaga, jedna schadzka z Gastonem... Odtąd napróżno wyrywała się nieuniknionemu porządkowi wypadków. Całe życie walczyła za przeszłość. która ją teraz przygniatała.
Serce okrutnie jej się ścisnęło, gdy jej przyszło pokazać dzieło fałszerza, list ze Saint-Rémy, gdy oświadczyła mężowi, że oczekuje swego siostrzeńca, młodego, bardzo bogatego człowieka.
A cóż dopiero za męczarnia, gdy wieczorem przedstawiała Raula wszystkim swoim.
Z uśmiechem na ustach przyjął bankier tego siostrzeńca, którego nigdy nie widział, i podał mu swoją uczciwą rękę.
— Do pioruna! — powiedział, — kto młody i bogaty, nie dziwię się, że przekłada Paryż nad Saint-Rémy.
Przynajmniej Raul starał się okazać godnym tego serdecznego przyjęcia. Jakkolwiek pierwsze wychowanie, które jedynie rodzina dać może, chybione w nim było, nikt się tego jednak dopatrzeć w nim nie mógł.
Z taktem nad wiek wyższym, rozróżniał charaktery wszystkich go otaczających i umiał im się podobać.
Nie minęło ośm dni, a już zjednał sobie laskę pana Fauvela, z Ablem i Łucjanem dobrze się zapoznał i ujął sobie Prospera Bertomy, kasjera tego domu, który przepędzał wtedy wszystkie wieczory u swego pryncypała.
Zmuszoną będąc oddać sprawiedliwość zręczności Raula, doznając prawdziwego uspokojenia po tylu rozpaczliwych wstrząśnieniach, pani Fauvel winszowała prawie sobie, że posłuchała margrabiego i zaczęła mieć lepszą nadzieję na przyszłość.
Niestety! zawcześnie się cieszyła.
Od czasu, jak dzięki stosunkom swoich kuzynów, Raul został wrzuconym w towarzystwo najbogatszej młodzieży, zamiast wejść na dobrą drogę, zaczął prowadzić co raz to więcej lekkomyślne życie. Grał, bankietował, pokazywał się na wyścigach, a pieniądz z jego marnotrawnej ręki sypał się jak piasek.
Wietrznik ten, posuwający delikatność aż do śmieszności, żądający w początkach tylko uczucia od swej matki, teraz nie ustawał dręczyć ją ciagłemi wymaganiami.
Z radością dawała zrazu, nie licząc, lecz postrzegła wkrótce, że jeżeli tak dalej pójdzie, to jej szczodrota do zguby ją doprowadzi...
Ta bogata kobieta, której brylanty były sławione po mieście, mająca jeden z najpiękniejszych ekwipażów w Paryżu, poznała to, co nędza ma najboleśniejszego, nieodzowną konieczność odmawiania zachceniem ukochanej istoty.
Nigdy jej mąż nie liczył się z nią. Zaraz nazajutrz po ślubie oddał jej klucz od biurka, i odtąd brała ile się jej podobało, bez kontroli, co uważała za potrzebne, na ogromne wydatki utrzymania domu, jako też na swoje osobiste potrzeby.
Lecz właśnie z powodu, że zawsze skromną była w swoich wymaganiach, do tego stopnia, że aż nie raz mąż z niej żartował, że zarządzała wnętrzem domu z nadzwyczajną przezornością, nie mogła obecnie znacznych sum wydawać, nie wystawiwszy się na niepokojące zapytania.
Bez wątpienia pan Fauvel, najhojniejszy z miljonerów, cieszyłby się gdyby widział, że jego żona robi jaki szalony wydatek; lecz fantazje tego rodzaju dają się widzieć i ślady za sobą zostawiają.
Wypadkiem, każdej chwili, bankier mógłby się postrzedz, w jak zadziwiający sposób zwiększają się wydatki domowe, cóż mu miała odpowiedzieć, jeżeli się o przyczynę zapyta?
Raul w przeciągu trzech miesięcy spory majątek zmarnował.
Trzebaż go było w świat wprowadzić, dać mu zewnętrzną ogładę, jak na pięknego chłopca przystało. Na wszystkiem mu zbywało, jakby jakiemu rozbitkowi. Chciał mieć konia, karetkę, jakże mu było odmówić?
I tak co dzień po jednem żądaniu przybywało.
Jeśli czasami pani Fauvel odmawiała, twarz Raula natychmiast przybierała zrozpaczony wyraz, a jego piękne oczy łzami się napełniały.
— Tak, prawda, — mówił, — jestem biednem szalonem dzieckiem, nadużywam. Zapominam, że jestem synem biednej Walentyny, a nie bogatej pani Fauvel.
Jego żal tak był wymowny, że przeszywał serce nieszczęśliwej matki. Wszak on tyle wycierpiał niegdyś! Kończyło się na tem, że go pocieszała i tłumaczyła się przed nim.
Przytem ze zgrozą postrzegła, że był zazdrosnym względem Abla i Łucjana, którzy z tem wszystkiem byli jego braćmi.
— Oni to, — mówił, — oni są szczęśliwi, bo weszli w życie przez furtkę złotą. Nic im nie brak, ani pieszczot rodzinnych, ani ludzkiego szacunku; mają przyszłość przed sobą...
— Lecz cóż tobie brakuje, nieszczęsne dziecię? — pytała pani Fauvel zrozpaczona.
— Mnie?... Na pozór nic, w rzeczywistości wszystkiego. Cóż ja posiadam prawnie? Jakież mam prawo do twoich pieszczot, do wygód, które mi dajesz, do imienia, które noszę.
W takich chwilach, żeby Raul nie zazdrościł niczego dwom jej synom, na wszystko była gotową.
Chciała przynajmniej zrównoważyć wydatki. Wiosna się zbliżała; prosiła Raula, żeby się przeniósł na letnie mieszkanie niedaleko posiadłości, którą miała w Saint-Germain. Sądziła, że się będzie opierał; bynajmniej. Ta propozycja podobała mu się, i wkrótce potem oznajmił jej, że wynajął pałacyk w Vésinet i kazał tam przenieść swoje meble i rzeczy.
— A wiec, moja matko, — mówił, — będę bliżej ciebie. Jakże to wybornie że lato razem spędzimy!
Cieszyła się tem nadewszystko, że wydatki lekkomyślnego dziecka zmniejszą się zapewne. I rzeczywiście tak się wyczerpała, że pewnego wieczoru, gdy objadował z rodziną, ośmieliła się przy wszystkich zrobić mu — bardzo delikatnie — kilka małych uwag.
Dnia poprzedniego był na wyścigach, stawił zakład i przegrał dwa tysiące franków.
— I cóż wielkiego! — rzekł pan Fauvel z obojętnością człowieka, mającego pełne złota kieszenie, — mama Lagors zapłaci; mamy są na to stworzone i urodzone aby płaciły.
I nie postrzegając, jakie te proste słowa na jego żonie uczyniły wrażenie, gdyż zbladła jak chusta, dodał:
— Nie troszcz się chłopcze, a jak będziesz potrzebował pieniędzy, przyjdź do mnie ja ci pożyczę.
Cóż miała powiedzieć? Nie onaż to sama oznajmiła, stosując się do woli Clamerana, że Raul jest bardzo bogaty?
Po cóż zmuszono ją by kłamała bezpotrzebnie?
Nagle przyszło jej na myśl, że wpadła w zastawione sidła, lecz wrócić było już zapóźno.
Przytem nie poszły na wiatr słowa bankiera. Z końcem tygodnia nieomieszkał Raul pójść do gabinetu wuja swego, i pożyczyć od niego dziesięć tysięcy franków.
Dowiedziawszy się o tem niesłychanem zuchwalstwie pani Fauvel łamała ręce z rozpaczy.
— Cóż on robi z pieniędzmi, Boże mój! — wołała.
Od pewnego czasu Clameran nie pokazywał się wcale w pałacu bankiera; pani Fauvel postanowiła napisać do niego, aby się z nim rozmówić.
Miała nadzieję, że ten silny człowiek, tak żywo przejęty obowiązkami opiekuna, wszystko uczyni, aby Raula powstrzymać, i że to mu się powiedzie.
Gdy się dowiedział co się działo, o czem upewniał, że zupełnie nie wiedział, margrabia zdawał się jeszcze więcej niepewnym, jeszcze więcej rozgniewanym niż pani Fauvel.
Pomiędzy nim a Raulem odbyła się gwałtowna scena.
Lecz podejrzenie pani Fauvel obudziło się; zaczęła obserwować, i zdawało się jej — czy podobna! — że ich gniew był udany, i że w czasie, gdy zamieniali gorzkie wyrazy i pogróżki — oczy ich były uśmiechnięte.
Nie śmiała nic powiedzieć; lecz zwątpienie przechodząc do jej umysłu jak kropla silnej trucizny niszcząca wszystko czego się dotknie, dodała nowe cierpienie do cierpień nieokreślonych.
Jednakże nie obwiniała Raula. Tego syna kochała zawsze szalenie, a całą winę składała na margrabiego, że nadużył słabości lub niedoświadczenia swego bratańca.
Mówiła sobie, że będąc na łasce tego człowieka, może się nowych wymagań spodziewać; potem starała się, lecz na próżno przeniknąć jego cele.
On sam wkrótce jej to powiedział.
Uskarżając się na Raula z większą niż zazwyczaj goryczą, pokazawszy pani Fauvel przepaść, jaką miała pod swemi nogami, markiz oznajmił, że widzi jeden tylko środek mogący powstrzymać katastrofę.
A ten był taki, że on, Clameran, musi poślubić Magdalenę.
Od dawna już pani Fauvel przygotowaną była na wszystkie oznaki chciwości, które teraz postrzegła.
Lecz skoro się wyrzekła szczęścia dla siebie samej, skoro zgodziła się na poświęcenie całego swego życia, to dla tego jedynie, że spodziewała się przez swą abnegację i męstwo zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, przez błąd jej skompromitowanej.
Niespodziewane oznajmienie Clamerana dotknęło do żywego czułość, jaka jej jeszcze po tylu przejściach została.
— Więc mogłeś pan wierzyć! — zawołała oburzona, — że przyłożę rękę do twych niegodnych spekulacji?
Skinąwszy głową markiz, odpowiedział:
— Tak jest, pani.
— Z jakąż kobietą, sądzisz pan, że masz do czynienia? Oh! zbłądziłam niegdyś bardzo; lecz kara mój błąd przewyższa! Dopóki szło o mnie samą, widziałeś mnie słabą, bojaźliwą, nikczemną; dziś gdy chodzi o moich, buntuję się!...
— Czyż to tak wielkiem nieszczęściem będzie dla panny Magdaleny, jeśli zostanie margrabiną de Clameran?
— Siostrzenica moja, panie, już wybór zrobiła i wybrała sobie męża podług swojej woli: kocha pana Prospera Bertomy.
Margrabia pogardliwie wzruszył ramionami.
— Miłostka pensjonarki, — powiedział; — zapomni go, skoro pani tego chcesz.
— Ja nie chcę tego.
— Za pozwoleniem! — odrzekł Clameran cichym i przytłumionym głosem człowieka rozgniewanego, silącego się, aby się powstrzymać, — nie traćmy czasu na próżnych rozmowach. Zawsześ pani zaczynała od protestacji... dalej jednakże uznawałaś doskonałość moich dowodzeń. Tym razem jeszcze bądź pani tak dobrą i ustąp...
— Nie, — z siłą odpowiedziała pani Fauvel, — nie!
Nie raczył zważać na jej protestację.
— Jeżeli opieram się przy tem małżeństwie, — ciągnął dalej, — to dla tego, że ono ustali interesa pani i nasze, bardzo w obecnej chwili zachwiane. Pieniądze, któremi pani rozrządzasz, nie są wystarczające, z powodu marnotrawstwa Raula, jak to pani zapewne już zauważyłaś. Przyjdzie chwila, w której nic mu już dać nie będziesz mogła, w której niepodobna będzie pani skryć przed mężem coś nadebrała z kasy gospodarstwa domowego. Co będzie wtedy?
Pani Fauvel zadrżała. Chwilę, którą jej markiz wskazywał, ona już dojrzała w bliskiej przyszłości.
On mówił dalej:
— Wtedy oddasz pani słuszność mojej przewidującej roztropności i moim zamiarom. Panna Magdalena jest bogatą, jej posag pozwoli mi zapełnić brak i ocalić panią.
— Wolę raczej zginąć, niż być ocaloną takiemi środkami.
— Lecz ja na to nie pozwolę, abyś nas pani wszystkich gubiła. Jesteśmy stowarzyszeni we wspólnej sprawie, nie zapomnij pani: Przyszłość Raula!
Na te słowa rzuciła na niego wzrok tak przenikający, że przy całej swojej bezczelności zmięszał się.
— Przestań nalegać, — rzekła zarazem, — moje postanowienie jest nieodwołalnie powzięte.
— Postanowienie?
— Tak jest. Na wszystko jestem przygotowaną, czy słyszałeś, na wszystko? aby się zabezpieczyć od ohydnych pana napaści. Oh! rzuć ten wyraz ironji! Jeśli mię dalej drażnić będziesz, pójdę, rzucę się do nóg pana Fauvela i wszystko mu powiem. On mnie kocha, dowie się com cierpiała i przebaczy mi.
— Tak pani sądzisz? — zapytał drwiąco Clameran.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć? Że będzie nielitościwym, że mnie wypędzi nieszczęsną? Niech i tak będzie; zasłużyłam na to. Po strasznych torturach, któremi mnie męczysz, nie masz żadnych, którychbym się lękała.
Ten niepojęty opór do tego stopnia pomieszał szyki markiza, że zdesperowany zaprzestał wszelkiego udawania.
Maska pokrywająca fizjognomję człowieka światowego, spadla, natomiast pokazał się łotr, cynizmem ziejący. Twarz jego przybrała jak najgroźniejszy wyraz, glos stał się gminnym.
— Czy doprawdy! — odrzekł, — jesteś więc pani zdecydowaną wszystko wyspowiadać panu Fauvel? Myśl wyśmienita! Szkoda tylko, że wcześniej nie przyszła pani do głowy. Wyznając wszystko w dniu, w którym się pani ukazałem, mogłaś mieć nadzieję ocalenia: mąż pani mógł przebaczyć błąd dawny dwudziestu latami postępowania bez zarzutu okupiony, gdyż byłaś wierną żoną i dobrą matką. Lecz pomyśl pani co powie ten kochany człowiek, gdy się dowie, że mniemany siostrzeniec, któregoś u swego stołu posadziła, który go z pieniędzy odziera, jest owocem pierwszych miłostek pani? Jakkolwiek wybornym jest charakter pana Fauvel, wątpię, żeby uznał za właściwy żart, który oznacza, niech się pani nie łudzi, okropną przewrotność, rzadkie zuchwalstwo i skończoną nikczemność!...
Było prawdą co mówił markiz, okrutną prawdą; lecz mimo rzuconych błyskawic wzroku, pani Fauvel nie spuściła oczu.
— Do djabła, — ciągnął dalej, — widać, że pani głęboko tkwi w sercu ten kochany pan Bertomy! Nie wahasz się pomiędzy sławą imienia a miłostkami tego godnego kasjera. A więc! będzie to zapewne wielkiem dla pani pocieszeniem, gdy pan Fauvel rozłączy się z nią, gdy Abel i Łucjan odwracać się będą ze wstydem, że są twoimi synami, będzie to dla pani wielką pociechą, gdy będziesz mogła powiedzieć sobie: „Poczciwy Prosper jest szczęśliwy!“
— Co bądź się stanie, — odpowiedziała pani Fauvel, — uczynię co powinnam...
— Uczynisz co ja chcę! — zawołał Clameran, wybuchając nareszcie, — nie przyjdzie do tego, żeby jedna czułostka pogrążyła nas wszystkich w kałuży. Koniecznie potrzebnym jest nam posag siostrzenicy pani, a przy tem, tę Magdalenę... ja kocham.
Cios był wymierzony, margrabia osądził, że roztropnie zrobi, skoro poczeka na wrażenie. Dzięki zadziwiającej władzy, jaką miał nad sobą, wrócił do zwyczajnego spokoju, i z lodowatą grzecznością dodał:
— Do pani należy teraz osądzić, czy mam rację. Wierz pani, pozwól na poświęcenie, które będzie ostatniem. Pomyśl o honorze twego domu, a nie o miłostkach twojej siostrzenicy. Za trzy dni przyjdę po odpowiedź.
— Przyjdziesz napróżno, panie, jak tylko mój mąż wróci, o wszystkiem się dowie...
Gdyby pani Fauvel zachowała zimną krew, byłaby dostrzegła na twarzy Clamerana wyraz przenikającej trwogi.
Lecz była to tylko błyskawica. Zrobił niedbały gest, który jasno oznacza: „Jak się pani podoba,“ i rzekł:
— Sądzę, że jesteś pani na tyla rozsądną i nie zdradzisz naszej tajemnicy.
Poczem skłonił się ceremonialnie się i wyszedł, rzucając drzwi za sobą, z gwałtownością zdradzającą niespokojność, która nim miotała.
Clameran bardzo słusznie obawiał się. Energja pani Fauvel nie była udaną.
— Tak! — zawołała rozgrzana zapałem wielkiego postanowienia, — tak, powiem wszystko Andrzejowi.
Lecz w tej-że chwili, gdy sądziła, że jest samą, usłyszała czyjeś kroki przy sobie.
Raptem odwróciła się. Magdalena zbliżyła się, była bledszą i zimniejszą od statuy, miała pełne łez oczy.
— Trzeba być posłuszną temu człowiekowi, — szepnęła.
Z dwóch stron salonu znajdowały się dwa małe pokoje, dwa saloniki gry, oddzielone od wielkiego tylko fałdowaną portjerą.
Magdalena, czego się ciotka wcale nie domyślała, znajdowała się w jednym z nich, gdy przybył pan de Clameran i słyszała rozmowę.
— Jakto! — krzyknęła pani Fauvel przestraszona, — ty wiesz...
— Wszystko, moja ciotko.
— I chcesz bym cię poświęciła?
— Błagam cię na kolanach, abyś mi dozwoliła ocalić cię.
— Lecz to jest niepodobieństwem, abyś nie miała nienawidzieć pana de Clamerana.
— Nienawidzę go, moja ciotko, i pogardzam nim. Jest on i będzie zawsze dla mnie ostatnim z ludzi, a mimo to zostanę jego żoną.
Pani Fauvel była przejętą, zmierzyła całą wielkość poświęcenia, którą jej ofiarowano.
— Cóż się stanie z Prosperem, moje biedne dziecię, — rzekła, — z Prosperem, którego kochasz?
Magdalena powstrzymała łkanie, które ją w gardle dusiło, i powiedziała silnym głosem:
— Jutro na zawsze zerwę z panem Bertomy...
— Nie! — krzyknęła pani Fauvel, — nie, nie przyjdzie do tego, abym pozwoliła, tobie niewinnej, brać obarczający ciężar moich błędów...
Szlachetna i odważna dziewczyna smutnie potrząsła głową.
— Nie pozwolę, — rzekła, — aby ten dom, który jest moim, okrył się hańbą, kiedy mogę temu przeszkodzić. Wszak winnam ci więcej niż życie? Czemże byłabym, gdyby nie ty? Biedną robotnicą jednej z fabryk naszego kraju. Któż mnie przygarnął? Ty. Wszak mojemu stryjowi zawdzięczam majątek, który jest pokusą dla nędznika. Czy Abel i Łucjan nie są moimi braćmi? I skoro szczęście wszystkich nas jest zagrożone, ja miałabym się wahać?... Nie! Będę margrabiną de Clameran.
Wtedy między panią Fauvel a jej siostrzenicą poczęła się szlachetna walka, tem wznioślejsza, że każda ofiarowała życie drugiej, i oddawała je nie wskutek chwilowego uniesienia, lecz z całej duszy i po głębokim namyśle.
Magdalena odniosła tryumf, rozgrzana świętym zapałem poświęcenia, który z ludzi czyni męczenników.
— Przed sobą zdawać będę tylko sprawę o sobie samej, — powtarzała czując dobrze, że to jest punkt, w który powinna uderzać, — gdy tymczasem ty, droga, ciotko, należysz do męża i do twoich dzieci. Pomyśl, jaką będzie boleść mego stryja, jeżeli się dowie o prawdzie. On chyba umrze...
Szlachetna dziewczyna prawdę mówiła.
Takie było nieszczęsne zawikłanie okoliczności, że pani Fauvel zawsze była powstrzymywaną, jakoby pozorem spełnienia wielkiego obowiązku.
Tak więc poświęciwszy męża swojej matce, poświęciła teraz męża i dzieci dla Raula.
Bo, nieodwołalnie, jeden błąd za sobą drugi prowadzi. Jak niewyraźny płatek śniegu, staje się w końcu lawiną, tak też jedna nierozwaga może do zbrodni doprowadzić.
Nie ma wyjścia z fałszywego położenia, tylko prawda.
Pani Fauvel broniła się jeszcze, lecz opór jej stawał się co raz słabszym.
— Nie. — mówił?., — ja nie mogę przyjąć tego poświęcenia. Jakież życie będziesz miała z tym człowiekiem?
— Kto wie? — powiedziała Magdalena, udając, że ma nadzieję, która była daleką od jej serca, — on mnie kocha, jak mówi, może będzie dobrym dla mnie?
— Ach! gdybym mogła zkąd dostać tak wielką sumę! On chce pieniędzy, ten człowiek, tylko pieniędzy!
— Może ich dla Raula potrzebuje. Wszak to Raul przez swoje szaleństwo wykopał przepaść, którą trzeba zapełnić. Gdyby tylko można wierzyć szczerości pana de Clamerana.
Pani Fauvel z pewnym rodzajem osłupiałej ciekawości spoglądała na swoją siostrzenicę.
Jakto! więc ta młoda, naiwna, niedoświadczona dziewica ważyła rozumem swoją abnegację, kiedy ona, kobieta, matka rodziny, nigdy nie posłuchała niczego, prócz instynktowego głosu swego serca!...
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała.
— Pytam się, moja ciotko, czy w rzeczy samej pan de Clameran myśli o swym bratańcu? Powiedz mi, tak lub nie; czy ma on istotny zamiar przyjść mu w pomoc? Gdy będzie panem mego posagu, czy nie opuści wtedy ciebie i jego? Wreszcie mam jeszcze jedno powątpiewanie, które mnie okropnie dręczy...
— Powątpiewanie?
— Tak jest, i powiedziałabym ci je, gdybym się ośmieliła... gdybym się nie obawiała...
— Mów, — nalegała pani Fauvel, — odkryj mi całą myśl twoją. Niestety! Nieszczęście sił mi dodało. Czegoż się mam lekać? Mogę wszystko usłyszeć...
Magdalena wahała się między obawą obrażenia ukochanej osoby, a pragnieniem oświecenia jej.
— Chciałabym, — rzekła nareszcie, — być zapewnioną, zupełnie zapewnioną, czy pan de Clameran z Raulem nie porozumiewają się, czy każdy z nich nie gra roli wyuczonej i naprzód ułożonej? Miłość jest ślepą i głuchy. Pani Fauvel zapomniała już, że ci dwaj ludzie mieli oczy śmiejące owego dnia, kiedy się tak wydawali przy niej gniewem uniesieni.
— Nie mogła, nie chciała uwierzyć w tak obrzydłą komedję.
— To niepodobna! — wyrzekła, — margrabia rzeczywiście jest oburzony postępowaniem swego bratańca, i nie byłby w stanie dać mu złej rady. Co do Raula, jest to wietrznik, lekki, próżny, marnotrawny, ale ma dobre serce. Pomyślność go zepsuła, lecz mnie kocha. Ach, gdybyś go widziała, gdybyś go słyszała wtedy, gdy mu jaki wyrzut robię! wszystkie twoje podejrzenia byłyby rozproszone. Skoro ze łzami w oczach przysięga, że się poprawi, z serca to mówi... A jeśli nie dotrzymuje przyrzeczeń, to z powodu, że ma przyjaciół, którzy go pociągają...
Matki zawsze miały, mają i mieć będą pretensje do przyjaciół. Przyjaciel, oto główny winowajca.
Lecz Magdalena nadto była szlachetna, żeby ośmieliła się zaprzeczyć swej ciotce.
— Oby nieba dały, żeby to co mówisz było prawdą! — szepnęła, — wtedy moje małżeństwo zdałoby się na coś. Tego wieczora jeszcze napiszemy do pana de Clamerana.
— Dla czegoż dziś jeszcze, Magdaleno? Nic nas nie nagli. Możemy czekać, odwlekać, wyzyskiwać czas.
Te słowa, te na niczem nie oparte nadzieje, ta ufność w zrządzenie, przypadek, w nic, określały cały charakter pani Fauvel i jej nieszczęśliwe życie. Bojaźliwa, chwiejąca, nie zdecydowana, nie umiała nigdy stałego powziąć postanowienia, po którem nie powinno być ani refleksji, ani odwrotu. W chwili niebezpieczeństwa zamykała oczy licząc na cud, który się nigdy nie zjawiał.
Zupełnie przeciwnym był charakter Magdaleny. Skromność jej pokrywała dziewiczą duszę. Jeśli robiła poświęcenie, to zupełne: nie przypuszczała zwodniczych złudzeń, szła prosto przed siebie nie odwracając głowy.
— Lepiej raz skończyć, droga ciociu, — powiedziała głosem silnym. — Wierzaj mi, rzeczywistość niedoli jest mniej bolesną, niż jej oczekiwanie. Czy zdołasz oprzeć się tym ciągłym przemianom cierpienia i radości? Czy wiesz co zrobiły z ciebie te wszystkie niepokoje, które powstrzymujesz? Czy przypatrzyłaś się sobie od czterech miesięcy?
Wzięła ciotkę za rękę, a powiódłszy ją do zwierciadła, rzekła:
— Teraz przypatrz się.
Pani Fauvel była tylko cieniem samej siebie.
Przyszło już do tego zdradnego wieku, w którym piękność kobiety, jak piękność róży w jednym dniu więdnieje.
Zestarzała się wciągu czterech miesięcy. Zgryzota wybiła na jej czole swoje fatalne piętno. Jej świeże i gładkie skronie jak n młodej dziewicy, fałdowały się teraz, a srebrne nitki gęsto ukazywały się w jej włosach.
— Czy rozumiesz teraz, — ciągnęła Magdalena, — dla czego spokój jest ci potrzebnym? Czy rozumiesz, że do tego stopnia się zmieniłaś, iż trzeba było cudu, że stryj dotąd nie zaniepokoił się o ciebie?
Pani Fauvel, której zdawało się, że doskonale udaje, zrobiła gest przeczący.
— O! biedna ciotko, czyż ja nie odgadywałam, że masz tajemnice!
— Ty!...
— Tak jest! tylko sądziłam... O! przebacz niesprawiedliwemu posądzeniu, śmiałam przypuszczać...
Przerwała zmieszana i trzeba jej było wielkiej siły, aby dodać:
— Wyobrażałam sobie, że ty ciociu może kochasz kogo innego, a nie wuja...
Pani Fauvel nie mogła powstrzymać jęku. Podejrzenie, które miała Magdalena, i inni mogli przypuścić.
— Honor stracony! — szepnęła.
— Nie, droga ciociu, nie, uspokój się i zbierz odwagę; jest nas teraz dwie do walki; będziemy się bronić, zdołamy się ocalić.
Margrabia de Clameran był zadowolonym tego wieczora. Pani Fauvel w liście donosiła mu, że się zgadza na wszystko. Prosiła o maleńką zwłokę.
Magdalena, pisała, nie może tak nagle zerwać z panem Bertomy. A przytem może pan Fauvel robić będzie jakie trudności, gdyż kocha Prospera i chętnie jego oświadczyny przyjął. Było to rozumnie, zostawić czasowi zwalczenie przeszkód, które mogłyby się stać niepokonane przy gwałtownem działaniu.
Parę słów przy końcu listu ręką Magdaleny skreślonych, potwierdzały przyjęcie ręki margrabiego.
Biedna młoda dziewczyna! nie oszczędzała się wcale. Nazajutrz wzięła Prospera na bok, i nadużywając wpływu jaki nad nim miała, wymogła na nim obietnicę, że nie będzie się starał widywać z nią, i nawet, że na siebie weźmie odpowiedzialność takiego postępowania.
Zaklinał Magdalenę aby mu powiedziała, co jest przyczyną tego wygnania, które mu życie złamie; odrzekła po prostu, że jej honor i szczęście od jego posłuszeństwa zależą...
Oddalił się ze śmiercią w duszy.
Zaraz po nim przybył margrabia de Clameran.
Był na tyle zuchwałym, że osobiście oznajmił pani Fauvel, iż mając teraz słowo jej i Magdaleny, zgadza się czekać.
Mówił, że rozumie potrzebę cierpliwości, widząc, że nie bardzo był przyjemnym panu Fauvel.
A teraz, trzymając ciotkę i siostrzenicę w swej dłoni, o nic się nie troszczył. Był przekonany, że przyjdzie czas, w którym z powodu niepodobnego wypełnienia deficytu, same życzyć sobie będą przyspieszenia jego małżeństwa.
Przy tem Raul co mógł, robił dla przyspieszenia tej chwili.
Pani Fauvel wcześniej niż zazwyczaj wyjechała do swojej willi; Raul swoją drogą zainstalował się w Vésinet.
Lecz na wsi nie był oszczędniejszym. Powoli pozbył się swej hipokryzji, i przychodził do matki tylko wtedy, gdy potrzebował pieniędzy, a potrzebował ich często i wiele.
Co do margrabiego, ten trzymał się rozsądnie na boku, czyhając na sposobną chwilę, i przypadkiem tylko we trzy tygodnie później, został zaproszonym na objad do bankiera. Był to wielki objad; liczono dwadzieścia osób zaproszonych.
Podano wety, rozmowa ożywiła się, gdy bankier zwrócił się do Clamerana.
— Panie margrabio, — rzekł, — chciałem pana zapytać o jedno objaśnienie. Czy masz pan krewnych tego samego nazwiska?
— Być może, ale nieznam nikogo.
— Przed ośmią dniami poznałem drugiego margrabiego de Clameran.
Clameran dziwnie panował nad sobą, i umysł jego był przeciw niespodziankom uzbrojony, jednak zmieszał się na chwilę i zbladł.
— Oh! oh! — jąkał się, silnie hamując swą wolę, — jakiś Clameran, margrabia... co do tego margrabstwa jest mi to podejrzane.
Pan Fauvel wcale się nie gniewał, że miał okazję sprzeciwić się gościowi, którego przesadzona pretensja herbowa nie raz go urażała.
— Czy jest margrabią, lub nie, — odrzekł, — Clameran, o którym mówię, o ile mi się zdaje, mógłby przynieść zaszczyt temu tytułowi.
— Jest więc bogaty?
— Przynajmniej wnosić mogę, że ogromny posiada majątek. Jeden z moich korespondentów upoważnił mnie, bym na jego imię wypłacił 400.000 franków.
Jakkolwiek bezczelny, jakkolwiek Clameran przyzwyczaił twarz tak, że nigdy nie zdradzała uczuć jego duszy, tym razem jednak rzecz była tak szczególna, zadziwiająca i zapowiadała takie groźby, że go zwykła pewność i szybki rzut oka całkiem zawiodły.
Zdawało mu się, że bankier przybrał ironiczny ton mowy, minę szczególną i to w nim wzbudziło niedowierzanie.
Dla ludzi, którzy nie mieli powodu badawczo mu się przypatrywać, był zawsze ten sam. Lecz Magdalena i jej ciotka dostrzegły jego drżenie i przejęły szybkie spojrzenie, które rzucił Raulowi.
— Zapewne, — rzekł, — ten nowy margrabia musi być negocjantem?
— Dalibog za wiele mnie pan pytasz. Wszystko co wiem o nim, jest, że 400.000 franków mieli mu wypłacić właściciele okrętów w Hawrze, po sprzedaży ładunków na statku brazylijskim.
— A więc on z Brazylji przybywa?
— Tego nie wiem, ale mogę, jeśli pan sobie życzysz, powiedzieć jego imię.
— Bardzo chętnie.
Bankier wstał, poszedł do salonu, przyniósł tekę w safian oprawna, swoją cyfrą opatrzoną. Wyjął z niej pugilares, zaczął w nim przewracać, półgłosem wymawiając nazwiska, które tam były wypisane.
— Zaraz, — mówił, — zaraz... dwudziestego drugiego, nie, to jeszcze później... Ach! otóż jest: Clameran Gaston. Na imię mu Gaston.
Ludwik tym razem nawet brwi nie zmarszczył; miał czas przyjść do siebie, zebrał całe zuchwalstwo i nie obawiał się już największego ciosu.
— Gaston! — odrzekł z miną obojętną, — teraz już wiem. Ten pan będzie to syn jednej z sióstr mojego ojca, której mąż mieszkał w Hawannie. Wracając do Francji, bez ceremonji przybrał nazwisko swej matki, lepiej brzmiące niż nazwisko ojca, który, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, nazywał się Moirot, czy Boirot.
Bankier położył pugilares na jednem z krzeseł w jadalnej sali.
— Boirot czy Clameran, — powiedział, — dość, że niezadługo będziesz z nim razem objadowała u mnie. Z czterechkroć stu tysięcy franków, które mu miałem wypłacić, polecił przysłać sobie tylko sto, a prosi, żeby resztę zatrzymać u siebie. Z czego wnioskuję, że ma zamiar przybyć do Paryża.
— Będzie mi bardzo przyjemnie poznajomić się z nim.
Zaczęto mówić o czem innem, a wkrótce zdawało się, że Clameran zupełnie zapomniał o wiadomości przez bankiera mu udzielonej.
Na pozór rozmawiał najswobodniej, ale mimo to nie przestawał obserwować panią Fauvel i jej siostrzenicę.
One były także zmieszane, lecz inaczej jak on; ich niepokój był widoczny. Co chwila zamieniały ukradkiem spojrzenia najbardziej znaczące.
Widocznie taż sama myśl, straszna, przeszła przez ich umysł.
Wcześniej od swej ciotki, Magdalena zdawała się być wzruszoną. Bo w chwili, gdy bankier wymówił imię Gastona, postrzegła, a nie myliła się, że Raul odsunąwszy krzesło, rzucił okiem ku oknu, jak złodziej, który szuka, którędy ma uciekać.
I odtąd Raul mniej zahartowany od swego stryja, widocznie był pomięszanym. Zazwyczaj świetny, dużo mówiący, teraz zgasł zupełnie, milczał i przypatrywał się obejściu Ludwika.
Nareszcie skończył się objad; biesiadujący podnieśli się, żeby przejść do salonu, a Clameran i Raul tak się urządzili, że zostali ostatni w jadalnej sali.
Byli sami, nie starali się już pokryć swojego niepokoju.
— To on!... — rzekł Raul.
— Tak mi się zdaje.
— Wszystko stracone, trzeba będzie uciekać.
Lecz Clameran, śmiały łotr, nie był człowiekiem, któryby nie będąc zmuszony, rzucał nadpoczętą pastwę.
— Kto wie! — mruknął, a sfałdowane czoło mocno świadczyło jak myśl pracowała, — kto wie!... Dla czego nam ten nędznik bankier nie powiedział, gdzie można znaleźć tego Clamerana, który nam nieszczęście przynosi?
Zatrzymał się, wydając krzyk radości. Postrzegł pugilares, z którego pan Fauvel czytał, leżący na krześle.
— Pilnuj! — rzekł do Raula.
Złapał pugilares, przerzucił go febrycznie i znalazł:
„Gaston margrabia de Clameran, Oloron, Niższe Pireneje.“
— Cóżeśmy zyskali teraz, — rzekł Raul, — dowiedziawszy się o jego adresie?
— To, że jesteśmy ocaleni. Chodź, niechaj nie postrzegą naszej obecności. Trzeba krwi zimnej, do pioruna! dobrze się trzymać i wesoło! Była chwila uważałem, w której twoja mina nas zdradzała.
— Obie kobiety domyślają się czegoś...
— I cóż z tego?
— Nie jesteśmy tu bezpieczni.
— Czy nam lepiej będzie w Londynie? Ufność! Nic nam się nie stanie. Wystawiam nową baterję.
Połączyli się z zaproszonymi. Lecz choć ich rozmowa nie była słyszaną, ich ruchom przypatrywano się uważnie.
Magdalena zbliżywszy się na palcach, widziała jak Clameran przerzucał pugilares bankiera. Lecz do czegóż miało jej służyć przeświadczenie o niepokoju margrabiego? Nie wątpiła już o nikczemności tego człowieka, któremu rękę przyrzekła. Dobrze powiedział, mówiąc do Raula:
— Magdalena ani jej ciotka, co bądź się stanie, nie uchylą się od mojej władzy, gdyż chcąc mnie dosięgnąć, trzeba mówić, wyznać...
We dwie godziny potem, gdy Clameran odprowadzał Raula do Vésinet, miał cały plan osnuty.
— To on... nie ma wątpliwości, — mówił, — lecz mój bratańcze, zawcześnie lękaliśmy się.
— Dziękuję! bankier czeka na niego, jutro możemy go mieć na karku.
— Cicho! — przerwał Clameran. — Wie, lub nie, że Fauvel jest mężem Walentyny? Wszystko się w tem zawiera. Jeśli wie, no, to zbierajmy nogi. Jeśli nie wie, nic nie jest stracone...
— Jak się o tem dowiedzieć?
— Pójść do niego poprostu i zapytać się.
Raul zrobił gest uwielbienia.
— Bardzo pięknie, — rzekł, — lecz niebezpiecznie.
— Zgubniej byłoby zostać. A zmykać za lada podejrzeniem byłoby największem głupstwem...
— A któż do niego pójdzie?
— Ja!
— Oh! — zawołał Raul trzy razy innym tonem, — oh! oh!
Śmiałość Clamerana zdumiała go.
— A ja co będę robił? — zapytał.
— Ty zrobisz mi tę przyjemność i zostaniesz tu. Za najmniejszem niebezpieczeństwem przyszlę ci depeszę i zemkniesz.
Doszli do furtki domu Raula.
— Więc postanowione, — rzekł Clameran, — ty zostaniesz. Lecz za pozwoleniem, podczas mojej nieobecności masz być najlepszym synem. Rozgniewaj się na mnie, spotwarzaj mnie, jeśli możesz. Ale żadnych głupstw. Żadnych prośb o pieniądze. No! żegnam cię! Jutro wieczorem będę w Oloron i zobaczę się z tym Clameranem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.