Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Po dwudziestu przeszło latach małżeństwa, Walentyna da la Verberie zostawszy panią Fauvel, doświadczyła jednej tylko rzeczywistej boleści, która z natury życia dosięga nas w naszych najtkliwszych uczuciach.
W roku 1859 straciła matkę, zmarłą w skutek zapalenia płuc, na które naraziła się podczas jednej z licznych podróży, jakie odbywała do Paryża.
Do ostatniej chwili stara i groźna hrabina de la Verberie zachowała całą przytomność, i na kilka minut przed śmiercią mówiła do córki:
— A co! czy nie dobrze zrobiłam nagląc cię do milczenia? Ono dało mi spokojną starość, za którą dziękuję ci, ono zapewnia ci najspokojniejszą przyszłość...
Odtąd pani Fauvel powtarzała często, że nie miała żadnego poważnego powodu do zmartwienia, żadnej przyczyny do wylania choć jednej łzy.
Czegóż miała sobie życzyć więcej? Po tylu latach Andrzej był dla niej takim, jakim był w pierwszych dniach ich związku. Do miłości, która się nie zmniejszała, przybyła roskoszna zażyłość wypływająca z długiej tożsamości myśli i nieograniczonego zaufania.
Wszystko powiodło się temu szczęśliwemu małżeństwu. Andrzej chciał być bogatym, i zyskał zamożność przechodzącą jego nadzieję, nawet jego i Walentyny życzenia.
Dwaj ich synowie, Łucjan i Abel, piękni jak ich matka, młodzieńcy szlachetnych serc, dobrych głów, należeli do tych wybrańców, którzy są chlubą rodzin, i noszą na sobie jakby odblask domowego szczęścia.
Zdawałoby się, że nic nie braknie do szczęścia Walentyny. Na czas samotności, kiedy przypadkiem mąż i jej synowie oddalili się na wieczór, miała towarzyszkę, młodą dziewczynę Magdalenę, którą sama wychowała i ukochała jak własne dziecię, ona zaś odwzajemniała się jej uczuciami najprzywiązańszej córki.
Magdalena była siostrzenicą pana Fauvel; straciła ona rodziców będąc jeszcze w kolebce, a byli to bielm choć poczciwi ludziska. Walentyna wzięła ją do siebie, może na pamiątkę biednego opuszczonego w Anglji.
Zdawało się jej, że Bóg błogosławić jej będzie za ten dobry uczynek, i że Magdalena stanie się domowym aniołem stróżem.
W dniu przybycia sieroty pan Faurel oświadczył, że chce jej otworzyć rachunek, i w samej rzeczy kazał wpisać dziesięć tysięcy franków na posag dla Magdaleny.
Bogaty bankier bawił się nadzwyczajnemi obrotami, jakie nadawał tym dziesięciu tysiącom franków. On, co na swój rachunek nigdy nie zarezykował spekulacji wątpliwej, pieniądzmi swej siostrzenicy dokazywał niesłychanych rzeczy, wygrywał w najnieprawdopodobniejszych wypadkach, tak, że po piętnastu latach te dziesięć tysięcy franków stały się pół miljonem.
Mieli więc słuszność ci, którzy zazdrościli rodzinie Fauvela.
Z czasem ustawały nawet palące wyrzuty i troski Walentyny. W dobroczynnej atmosferze szczęścia znalazła prawie zapomnienie i spokój sumienia. Tak okrutnie odpokutowała za swój błąd, tak cierpiała za to, że zwiodła Andrzeja, iż zdawało się, że się skwitowała z losem.
Teraz mogła śmielej patrzeć w przyszłość, młodość jej zniknąwszy za ciemną mgłą, była dla niej tylko wspomnieniem przykrego snu.
Tak — już sądziła się ocaloną, gdy raz podczas nieobecności męża, powołanego na prowincję w ważnym interesie, pewnego dnia listopadowego po południu, jeden ze służących przyniósł jej list pozostawiony u odźwiernego przez jakiegoś nieznajomego, który nie chciał wymienić nazwiska.
Bez żadnego przeczucia, bez żadnego drżenia ręki, złamała pieczątkę i przeczytała:

„Pani!

„Byłożby za wiele liczyć na pamięć serca pani i prosić o pół godziny rozmowy?...
„Jutro, między godziną drugą a trzecią, będę miał honor przedstawić się pani w jej mieszkaniu.

Margrabia de Clameran.“

Na szczęście pani Fauvel była samą. Uczucie straszne jak to, które poprzedza śmierć, ścisnęło serce biednej kobiety w chwili, gdy jednym rzutem oka przebiegła list.
Z dziesięć razy odczytywała go półgłosem, jak gdyby dla lepszego przekonania się o przerażającej rzeczywistości, dla przeświadczenia się, że nie śni.
Po dziesięćkroć, ze zgrozą podobną szaleństwu, wymawiała to imię niegdyś tak słodkie jej ustom: — Clameran!... — sylabizując je, jak gdyby go nie znała. I tych ośm głosek co składają to nazwisko, świeciły przed jej oczami jak błyskawica poprzedzająca piorun.
Ach! ona sądziła, spodziewała się, że ta fatalna przeszłość była zapomnianą, zamarłą, na zawsze zniszczoną!...
Nie prawda! Wstaje na raz przed nią żywa, groźna, niemiłosierna!
Biedna kobieta! Jak gdyby wszystkie wole ludzkie zebrana razem mogły cofnąć, wymazać, to co raz było!...
I to w godzinie bezpieczeństwa, gdy zaczynała wierzyć w przebaczenie losu, w pełnię szczęścia, wybuchła katastrof i, łamiąc na tysiąc kawałków kruchą nadziei jej budowę.
Długi czas upłynął, nim była wstanie zebrać myśli rozwiane jak liście jesienne uraganem, nim zdołała zastanowić się.
Wtedy zdawało się jej, że przeraziła się zawcześnie i niepotrzebnie. Od kogo był ten list? Oczywiście od Gastona. Pocóż się wiec trwożyć?
Gaston wróciwszy do Francji, chciał się z nią widzieć. Pojmowała tę chęć, ale znając dobrze tego człowieka, niegdyś tak ukochanego, wiedziała, że się od niego niczego lękać nie potrzebuje.
Przyjdzie, zobaczy ją żoną innego, zestarzałą, matką dzieci, wspomną sobie coś razem, może pożałują czegoś, ona zwróci mu depozyt, który złożył w jej ręce... i koniec.
Mimo to przeszywały ją straszne wątpliwości.
Czy wyznać Gastonowi, że jest ojcem?
Wyznać... znaczyło to oddać się, pozostać na dyskrecji obcego dziś człowieka, najzacniejszego wprawdzie, ale zawsze obcego, nietylko własne swe szczęście i honor, ale zarazem szczęście i honor męża i dzieci.
Zamilczeć? znaczyło popełnić zbrodnię. Znaczyło, po opuszczeniu dziecka, po pozbawieniu go starań i pieszczot macierzyńskich, skraść mu imię i majątek ojcowski.
Ważyła się jeszcze co wybrać, gdy dano do stołu.
Ale nie miała odwagi wyjść ze swego pokoju. Nie miałaby sił do zniesienia spojrzeń swych synów. Powiedziała, że jest bardzo cierpiącą i została w pokoju, po raz pierwszy szczęśliwa z nieobecności męża.
Wkrótce przybiegła Magdalena zaniepokojona, ale pani Fauvel kazała jej odejść, mówiąc, że to tylko mocny ból głowy, i że chciałaby się przespać.
Pragnęła zostać samą w obec nieszczęścia, i umysł jej usiłował przeniknąć przyszłość, odgadnąć co będzie jutro.
Nadeszło to jutro, którego obawiała się i pragnęła.
Do godziny drugiej liczyła kwadranse, potem minuty.
Nareszcie gdy wybiło w pół do trzeciej, drzwi salonu rozwarły się i lokaj zapowiedział:
— Pan margrabia de Clameran!
Pani Fauvel przyrzekła sobie być spokojną, nawet zimną.
Podczas ciężkiej bezsenności usiłowała przewidzieć i zawczasu ułożyć wszelkie okoliczności tego przykrego widzenia się. Układała nawet wyrazy, jakie miała wymówić; najpierw powinna powiedzieć to, a potem tamto...
Ale w ostatniej chwili zdradziła ją energja, straszne wzruszenie przybiło ją do krzesła, zabrakło jej głosu i myśli.
On zaś schyliwszy się z uszanowaniem, stał na środku salonu, nieruchomy, oczekujący.
Był to człowiek pięćdziesięcioletni, z głową i wąsami siwiejącemi, z twarzą smutną i surową, z miną pańską, w czarnem ubraniu wyglądający dystyngowanie.
Pani Fauvel z niewypowiedzianem wzruszeniem, drżąca, patrzyła nań szukając na jego obliczu śladu rysów człowieka, którego ukochała aż do zapomnienia samej siebie, kochanka, który usta swoje do ust jej przyciskał, który przyciskał ją do piersi, który był ojcem jej syna.
I dziwiła się, że w człowieku dojrzałym nie pozostało nic z tego młodziana, którego pamięć wciąż nawiedzała jej życie... nic, nic!
Wreszcie gdy on stał wciąż nieruchomie, ma głosem umierającym szepnęła:
— Gastonie!
Ale on smutnie potrząsłszy głową, odpowiedział:
— Pani, ja nie jestem Gastonem. Brat mój legł pod bólem nędzy i wygnania... ja jestem Ludwik Clameran.
Jakto! więc to nie Gaston pisał do niej, to nie Gaston stał przed nią?...
Dreszcz przerażenia przebiegł ją od stóp do głowy; zakołowało jej w głowie, jak w chwili, gdy człowiek w przepaść spoziera.
To nie był on! A tymczasem sam akcent jej, kiedy wymawiała to imię: Gastonie! — wydał ją z jej uczuć.
Cóż mógł chcieć od niej ten drugi, ten brat, w którym dawniej Gaston, o ile wiedziała, nie miał tyle zaufania, by mu ich tajemnicę zwierzyć?
Tysiące przerażających przypuszczeń przedstawiło się jej myśli jednocześnie.
Jednakże zdołała tak prędko zapanować nad swojem pomięszaniem, że Ludwik zaledwie je dostrzegł. Okropnie dziwne jej położenie, sama groza, groza niebezpieczeństwa, nadały jej umysłowi jasność nadzwyczajną.
Wskazała zwykłym giestem krzesło Ludwikowi, naprzeciwko siebie, i najspokojniejszym zapytała tonem:
— W takim razie, racz mi pan wyjaśnić cel swoich odwiedzin, których najmniej się spodziewałam.
Margrabia nie chciał zauważyć tej nagłej zmiany. Nie przestając uparcie wpatrywać się w panią Fauvel, usiadł.
— Przedewszystkiem, — rzekł, — winienem zapytać się, czy nikt nie będzie słyszał tego, co mamy z sobą mówić?
— Dla czego to zapytanie?... Nie sądzę, abyś pan miał mi do powiedzenia coś takiego, czegoby mój mąż i moje dzieci słyszeć nie mogli.
Ludwik poruszył ramionami z widoczną, afektacją, niby jak człowiek przytomny w obec warjata.
— Pozwól mi pani nalegać o to nie dla siebie, lecz dla pani samej...
— Mów pan więc bez obawy, jesteśmy tu po za obrębem wszelkiej niedyskrecji.
Mimo tego zapewnienia, margrabia przysunął krzesło do kozetki pani Fauvel, ażeby mówić cicho, jak gdyby lękał się sam tego, co miał powiedzieć.
— Powiedziałem już pani, że Gaston umarł. Z porządku rzeczy ja przyjąłem jego ostatnie myśli. Mnie on wybrał na wykonawcę swej ostatniej woli. Czy teraz pani rozumie?...
Rozumiała aż nadto biedna kobieta, ale daremnie usiłowała przeniknąć zamiary tego złowrogiego gościa. Może on poprostu przyszedł po depozyt Gastona?
— Nie będę pani przypominał smutnych okoliczności, — mówił dalej Ludwik, — które złamały życie i zniszczyły przyszłość mojego brata. Jakkolwiek szczęśliwe było życie pani, nie mogłaś zapomnieć tego przyjaciela młodości, który bez wahania, bez namysłu, oddał życie swe, gdy honor pani był zagrożony...
Ani jeden muskuł nie drgnął w twarzy pani Fauvel.
Zdawała się szukać w pamięci do jakiej okoliczności Ludwik czyni tę aluzję.
— Zapomniała pani? — mówił dalej tonem gorzkim, — to postaram się jaśniej wytłumaczyć. Dawno już, o! bardzo dawno, pani kochałaś mojego nieszczęśliwego brata...
— Panie!...
— O! nie ma co zaprzeczać... Gaston, powtarzam pani, zwierzył mi wszystko... wszystko, — dodał z naciskiem.
Ale pani Fauvel nie przelękła się tego wyznania. Cóż znaczyło to wszystko? Nic, skoro Gaston odjechał nie wiedząc w jakim pozostawia ją stanie.
Wstała, i z siłą, która daleką była od jej serca, rzekła:
— Zapominasz pan, zdaje mi się, że mówisz do kobiety dziś już postarzałej, zamężnej i matki rodziny. Być może, iż brat pański mnie kochał, to jego tajemnica, nie pana. Jeżeli będąc młodą i niedoświadczoną, nie byłam dosyć roztropną, nie pańska rzecz przypominać mi to. On, nie przypominałby mi tego!... Wreszcie jakąkolwiek byłaby ta przeszłość, już od lat dwudziestu zapomniałam o niej.
— Więc pani zapomniała?...
— Zupełnie wszystko.
— Nawet dziecię własne?
Frazes ten, rzucony ze spojrzeniem, które sięga do głębi duszy, uderzył panią Fauvel jak młotem. Usiadła na kozetce, mówiąc w duchu:
— Co! on wie? Jakim sposobem mógł się dowiedzieć?
Gdyby chodziło tylko o nią, byłaby bez wątpienia nie walczyła, zdałaby się na dyskrecję. Ale ona winna była dbać o szczęście swoich i bronić go, i w poczuciu tego świętego obowiązku czerpała energję, jakiej trudno się było po niej spodziewać.
— Zdaje mi się, że pan mnie lżysz, panie margrabio, — rzekła.
— A więc to prawda, że pani nie przypominasz sobie Walentyna-Raula?
— Ależ to jakiś zakład!...
Teraz przekonała się, że ten człowiek rzeczywiście wiedział wszystko. Wiedział... Ale mocno postanowiła przeczyć do końca, uparcie, przeczyć w obec najniezbitszych dowodów, najwyraźniejszych.
Chwilowo przyszła jej myśl haniebnie wypędzić margrabiego de Clameran. Roztropność wstrzymała ją. Powiedziała sobie, że trzeba cośkolwiek poznać z jego zamiarów.
— Do czegóż przecie pan zmierzasz? — zapytała z przymuszonym uśmiechem.
— Zaraz pani. Przed dwoma laty przypadek wygnania zaniósł brata mojego do Londynu. Tam poznał on w pewnem rodzinnem gronie młodzieńca imieniem Raul. Fizjognomia, intelligencja tego chłopca tak uderzyły Gastona, że chciał się dowiedzieć kto on jest. Było to biedne dziecko, opuszczone, i Gaston zasiągnąwszy wiadomości, nabył przekonania, że ten Raul jest synem jego i pani...
— Ależ pan mi recytujesz romans.
— Tak, pani, romans, którego rozwiązanie jest w ręku pani. Prawda, że hrabina, matka pani, dla zachowania tajemnicy, przedsięwzięła najściślejszą i nader umiejętną ostrożność; ale najlepiej obmyślane plany mają zawsze jakąś słabą stronę. Po waszym odjeździe, jedna z przyjaciółek, jaką matka pani miała, w Londynie, przyjechała odwiedzić ją w wiosce, gdzieście zamieszkały. Pani ta wymówiła prawdziwe nazwisko wasze w obec wieśniaczki, której powierzone było dziecko. Wydało się więc wszystko... Brat mój chciał dowodów i znalazł niezbite.
Zatrzymał się, śledząc na twarzy pani Fauvel skutków swego opowiadania.
Ku wielkiemu jego zdziwieniu, ona nie zdawała się ani wzruszoną, ani pomieszaną, oko jej uśmiechało się.
— A potem? — zapytała tonem najlżejszym.
— Potem, pani... Gaston przyznał się do dziecka. Ale Clameranowie są ubodzy, brat mój umarł na tapczanie nędznego hotelu, a ja sam mam na całe utrzymanie tylko 1200 franków dochodu. Co pocznie Raul, sam, bez rodziny, bez opiekuna, bez przyjaciela? Troska o los jego była męczarnią ostatnich chwil mego brata...
— W istocie, panie...
— Kończę, — przerwał Ludwik. — Wtedy to Gaston otworzył mi swe serce. Wtedy kazał mi pójść do pani. — „Walentyna, mówił, będzie pamiętać, ona nie mogłaby znieść tej myśli, że naszemu synowi brak wszystkiego, nawet chleba; ona jest bogata, bardzo bogata, umieram spokojnie.“
Pani Fauvel wstała; na ten raz było widoczne pożegnanie.
— Przyznasz pan, nieprawdaż? — rzekła, — że cierpliwość moja jest wielką.
Ta niezwalczona pewność tak zmięszała Ludwika, że nic nie odpowiedział.
— Nie taję przed panem, — mówiła dalej, — że dawniej rzeczywiście posiadałam zaufanie pana Gastona de Clameran. Dam panu tego dowód, zwracając mu klejnoty margrabiny, matki waszej, które on mi powierzył przed odjazdem.
To mówiąc wyjęła z pod poduszki na kozetce woreczek zawierający klejnoty, i podała go Ludwikowi.
— Oto jest ten depozyt, panie margrabio, — rzekła, — pozwól mi zdziwić się, że brat pański nigdy go odemnie nie zażądał.
Gdyby Ludwik mniej panował nad sobą, dałby był poznać, jakie zadziwienie sprawiła mu ta niespodzianka.
— Miałem zlecenie, — rzekł tonem suchym, — nie wspominać o tym depozycie.
Nie odpowiadając, pani Fauvel wyciągnęła rękę do dzwonka.
— Zechcesz pan zgodzić się, — rzekła, — żebym przerwała tę rozmowę, przyjętą jedynie w celu zwrócenia panu drogiej rzeczy?
Tak odepchnięty Clameran, nie uważał za właściwe nalegać.
— Dobrze, pani, — wyrzekł, — odchodzę. Winienem tylko dodać, że brat powiedział mi jeszcze: — „Jeżeliby Walentyna zapomniała o wszystkiem, gdyby nie chciała zapewnić przyszłości naszego syna, nakazuję ci zmusić ją.“ — Chciej pani rozważyć te słowa, bo je na honor mój przysiągłem spełnić i spełnię!...
Nareszcie pani Fauvel została samą, wolną. Nareszcie mogła bez obawy oddać się wybuchom rozpaczy.
Wyczerpana wysileniami, na jakie była skazana by zostać spokojną pod okiem Clamerana, czuła się złamaną na duszy i na ciele.
Zaledwie miała siłę wnijść chwiejąc się do swej sypialni, i tam się zamknęła.
Teraz nie ma żadnej wątpliwości, obawy jej stały się rzeczywistością. Mogła już z dokładnością mierzyć głębię przepaści, w którą chciano ją wepchnąć, dokąd pociągnęłaby za sobą wszystkich swoich.
Bóg jeden, w tem ogromnem nieszczęściu, mógł jej przyjść na pomoc, ocalić ją. Modliła się:
— „O Boże! ukarz mnie, a ja wielbić będę karę, bom na nią wielce zasłużyła. Ukarz mnie, bo byłam złą córką, matką niegodną, występną żoną. Uderz mnie, Panie, ale mnie tylko samą! Niech twój gniew sprawiedliwy oszczędzi niewinnych, zmiłuj się nad mężem moim, nad dziećmi!“
I cóż znaczyły te jej dwadzieścia lat szczęścia, w porównaniu z tą godziną rozpaczy? Nic... były wyrzutem.
Ach! dla czegóż usłuchała matki, dla czego się zabiła?
Odtąd nie ma nadziei...
Ten człowiek, który się oddalił z groźbą na ustach, wróci; rozumiała to aż nadto dobrze. I cóż mu odpowie?
Dziś zdołała zatrzymać w karbach wszystkie wybuchy serca i sumienia, ale czy kiedyindziej będzie miała tę samą energję, czy zapanuje nad swemi uczuciami?
Tę odwagę, którą sama podziwiała w sobie, winną była niezręczności Clamerana, wiedziała o tem.
Zamiast grozić, czemuż on raczej nie prosił?
Nie wiele już brakowało, że byłaby się zdradziła, gdy Ludwik mówił o Raulu. Wnętrzności jej zadrgały na imię tego, biednego sieroty, który pokutował za winę matki.
Na myśl, że on pójść może w zapasy z nędzą, całą jej istotę ostra przenikała boleść.
On ma łaknąć kawałka chleba, on, jej dziecię! A ona była tak bogatą, cały Paryż zazdrościł jej przepychu!
O! czemuż nie mogła u nóg jego złożyć wszystkich swoich bogactw. Z jakąż roskoszą poddałaby się naj przykrzejszym doświadczeniom! Ale jakimże sposobem, nie wydając się, można mu dać tyle pieniędzy, aby nie doznawał nędzy!
Głos roztropności wołał na nią, że nie może i nie powinna przyjmować pośrednictwa Ludwika de Clameran.
Powierzyć się mu, jest to zdać na jego łaskę siebie i swoich, a on budził w niej wstręt instynktowy.
Pytała się, czy rzeczywiście powiedział jej prawdę.
Przebiegając w głowie opowiadanie tego człowieka, znajdowała w niem luki i niepodobieństwa rażące. Jakim sposobem Gaston, wróciwszy do Francji, mieszkając w Paryżu, biedny tak, jak go brat opisał, nie zażądał od kobiety depozytu, który powierzył jej, kiedy była dziewicą?
Jakim sposobem obawiając się o przyszłość swego dziecka, nie przyszedł do niej, skoro wiedział o jej bogactwie, do tego stopnia, że umierając, polegał na niej?
Mnóstwo ciemnych niepokojów błądziło po jej myśli; była pełną podejrzeń niewytłumaczonych, wątpliwości nieokreślonych.
Rozumiała, że jeden stanowczy krok wiązał ją na zawsze, a wtedy czegożby od niej nie wymagano!
Chwilę miała myśl rzucić się do nóg mężowi i wyznać mu wszystko.
Na nieszczęście odepchnęła tę myśl zbawienną. Imaginacja wyobrażała jej okrutną boleść tego uczciwego człowieka, gdy po latach dwudziestu dopiero dowie się, że był nikczemnie oszukiwanym Oszukany w pierwszej chwili, czyż nie może wpaść na myśl, że był oszukiwany zawsze? Już po szczęściu domowem. Porzuciłby dom, synowie poszliby w swoją stronę, stargałyby się wszystkie węzły rodzinne.
Przychodziły jej wtedy myśli samobójcze. Ale pojmowała, że śmierć nie wstrzymałaby nieubłaganego Clamerana, i nie mogąc ją zbezcześcić za życia, rzuciłby plamę na jej pamięć.
Na szczęście bankier był nieobecnym, i całe dwa dni po wizycie Ludwika, pani Fauvel mogła pozostać w swoim pokoju, nikt nie widział jej wzburzenia.
Jednakże Magdalena odgadła kobiecym sprytem, że w tem jest coś innego jeszcze prócz słabości nerwowej, na którą użalała się ciotka, i przeciw której lekarz zapisywał środki łagodzące.
Zauważała nawet, że słabość datowała się od wizyty jakiegoś mężczyzny, z surową fizjognomją, który długi czas pozostawał z jej ciotką.
Magdalena tak doskonale przeczuwała tajemnicę, że na drugi dzień, widząc panią Fauvel niespokojnięjszą, ośmieliła się powiedzieć jej:
— Cóż to ciocia tak smutna? co ci jest? powiedz mi, droga cioteczko, czy nie posłać może po naszego kochanego proboszcza, byście porozmawiali razem?
Pani Fauvel, która była słodyczą samą, odmówiła tej propozycji z pewną cierpkością.
Stało się jak przewidywał Ludwik.
Po namyśle, nie widząc żadnego wyjścia ze swego opłakanego położenia, pani Fauvel powoli skłaniała się do uległości. Zgadzała się na wszystko, miała widok ocalenia wszystkiego. Nie łudziła się, wiedziała, że gotuje sobie życie niepodobne, ale przynajmniej cierpieć będzie sama, a w każdym razie zyska na czasie.
Tymczasem przyjechał pan Fauvel, i Walentyna przynajmniej na pozór przyszła do zwykłego trybu życia.
Ale nie była to już owa szczęśliwa matka rodziny, niewiasta twarzy uśmiechniętej i cichej, tak zapewnioną w swem szczęściu, tak spokojna w obec przyszłości. Wszystko w niej objawiało straszny niepokój.
Nie mając wieści o Clameranie, oczekiwała go, rzec można, co chwila, każdego dnia, drżąc za każdym odgłosem dzwonka, blednąc ilekroć drzwi się otwierały, nie śmiejąc wyjść z domu, by on nie pokazał się w jej nieobecności. Skazany na śmierć, który co rana budząc się, zapytuje: „Czy to już dziś?“ nie doznaje sroższych wzburzeń.
Clameran nie przyszedł, ale napisał, a raczej będąc za roztropnym na to, by dawał broń przeciw sobie, kazał napisać bilecik, którego sama tylko pani Fauvel mogła zrozumieć znaczenie, a w którym tłumacząc się, że jest chory, prosi aby przybyła do niego nazajutrz do hotelu Louvre.
List ten był pewną ulgą dla pani Fauvel. Przenosiła wszystko nad swój niepokój. Gotową była zgodzić się na wszystko.
Spaliła wiec bilet, mówiąc do siebie:
— Pójdę! Nazajutrz rzeczywiście, o wskazanej godzinie, włożyła skromniutką czarną suknię, kapelusz mocno twarz zakrywający, wsunęła w kieszeń zasłonkę i wyszła.
Bardzo opodal od domu wsiadła do fiakra, który wysadził ją przed hotelem Louvre.
Tam nowy obarczał ją niepokój. Żyjąc w świecie, znaną była bardzo wielu osobom, i drżała na myśl, że może ją kto spotkać. Coby pomyśleli ludzie, zobaczywszy ją w tym pałacu, w takiem ubraniu, w tym starym kapeluszu pod tak gęstą zasłoną?
Zapewne że każdy, ktoby ją był spotkał, pewnym byłby jakiejś intrygi, jakiejś schadzki, i byłaby zgubioną!
W niedoświadczeniu swem, gdyż od czasu małżeństwa pierwszy raz potrzebowała się ukrywać, czyniła wszystko, by przejść niepostrzeżona, to jest, aby właśnie zwrócono na nią uwagę.
Pokój pana margrabiego Ludwika de Clamerau, według oświadczenia odźwiernego, był na trzeciem piętrze.
Pobiegła uradowana, że ujdzie przed wzrokiem wszystkich, co na nią patrzali; ale mimo szczegółowych wskazówek, zgubiła się w ogromnym hotelu i długo błąkała się po jego nieskończonych korytarzach.
Nareszcie przybyła przede drzwi, nad któremi był numer wskazujący 317.
Zatrzymała się przyciskając obie ręce do piersi, jak gdyby dla powstrzymania uderzeń serca, które biło gwałtownie.
W chwili wejścia, w chwili dokonania tego stanowczego kroku ogarnął ją tak wielki strach, że wszystkie członki jej zesztywniały.
Widok jednego z mieszkańców, który przechodził przez korytarz, położył koniec jej wahaniu.
Drżącą ręką zapukała trzy razy.
Proszę, — odpowiedział głos.
Weszła.
Ale w pokoju tym nie było margrabiego de Clameran, tylko jakiś młodzieniaszek, prawie dziecko, który dziwnym wzrokiem jej się przyglądał.
Pierwszem wrażeniem pani Fauvel było, że się omyliła.
— Przepraszam pana, — wyrzekła, rumieniąc się jak karmazyn, — sądziłam, że wchodzę do pana margrabiego de Clameran.
— Jesteś pani u niego, odpowiedział młodzieniec.
A widząc, że nic nie odpowiada, że zabiera się do wyjścia, dodał:
— Czy nie z panią Fauvel nam zaszczyt mówić?
Potwierdziła skinieniem głowy. Zadrżała posłyszawszy w ten sposób wymówione nazwisko swoje, przeszywała ją myśl, że ją znają, że Clameran wydał jej tajemnicę.
Z widocznym niepokojem oczekiwała wyjaśnienia.
— Uspokój się pani, — rzekł młodzieniec, — jesteś tu tak bezpieczną, jak w salonach swego pałacu. Pan de Clameran zlecił mi przeprosić panią; nie będzie tu.
— Jednak, według listu bardzo naglącego, który napisał do mnie onegdaj, mogłam przypuszczać... przypuszczałam...
— Gdy pisał do pani, miał jeszcze zamiary, od których teraz odstąpił na zawsze.
Pani Fauvel była zanadto zdziwiona, zanadto zmieszana, by mogła rozważać. Prócz chwili obecnej nie była w stanie rozróżnić nie.
— Jakto! — rzekła z pewnem niedowierzaniem, — jego zamiary zmieniły się?
Fizjognomja młodzieńca, który rozmawiał z panią Fauvel, wskazywała rodzaj bolesnego współczucia, jak gdyby odczuwał wszystkie boleści nieszczęśliwej kobiety.
— Margrabia, — rzekł głosem słodkim i smutnym, — odstępuje od tego, co uważał niesłusznie za swój święty obowiązek. Niech pani wierzy, że długo wahał się nim się zdecydował pójść, by uczynić pani bardzo przykre wyznanie... Odepchnęłaś go pani, i nie powinnaś go była słuchać; nie zrozumiał od razu, jak ważne powody panią do tego skłaniały. Wtedy zaślepiony niesprawiedliwym gniewem, poprzysiągł wymódz postrachem, czego od serca pani uzyskać nie mógł. Postanowiwszy zagrozić szczęściu pani, zebrał dowody także, które w tej chwili wykazują rzeczywistość... Wybacz pani... wiązała go przysięga uczyniona bratu umierającemu.
Wziął z kominka plikę papierów, które rozmawiając, wracał.
— Dowody te, — mówił dalej, — oto są: niezbite, przekonywające. Oto świadectwo proboszcza Selleya, zeznanie wieśniaczki Dobbin, poświadczenie lekarza, zeznania osób, które znały w Londynie panią de la Verberie. Niczego tu nie brak. Dowody te nie bez trudności wydarłem panu Clameranowi. Być może, że przeniknął moje zamiary, bo oto co z temi papierami uczy nić chciałem...
Szybkim poruszeniem rzucił wszystkie papiery w ogień i wkrótce zmieniły się w garść popiołu.
— Wszystko już zniszczone, widzi pani, — rzekł z okiem błyszczącem najszlachetniejszymi postanowieniami. — Przeszłość, jeżeli pani chcesz, zniszczoną jest jak te papiery. Jeżeli kto dziś śmiałby twierdzić, że pani miałaś syna nim zostałaś panią Fauvel, powiedz mu wręcz, że jest oszczercą. Dowodów nie ma, jesteś pani wolną...
Nareszcie stanęło jasne znaczenie tej sceny w oczach pani Fauvel, zaczynała pojmować — pojęła.
Młodzieńcem tym, który oswobodził ją od gniewu Clamerana, który wracał jej wolność przez zniszczenie świadczących przeciw niej dowodów, było dziecię opuszczone: Walentyn-Raul.
W tej chwili zapomniała o wszystkiem; czułość macierzyńska tak długo powstrzymywana, wybuchła i pani Fauvel głosem zaledwie dosłyszanym szepnęła:
— Raul!
Na to imię tak wymówione, młodzieniec zachwiał się. Zdawało się, że upada pod ciężarem niespodziewanego szczęścia.
— Tak, Raul! — zawołał, — Raul, który wolałby sto razy umrzeć, niż sprawić matce najmniejsze zmartwienie, Raul, który oddałby krew wszystką, by jej jednej łzy oszczędzić.
Nie próbowała ani walczyć, ani opierać się; cała istność jej drżała upojeniem roskoszy macierzyńskiej.
Otworzyła ramiona, a Raul rzucił się w nie, mówiąc stłumionym głosem:
— Moja matko! moja droga matko! bądź błogosławioną za ten pierwszy pocałunek.
Było to jednak prawdą. Ona nigdy nie widziała tego syna. Mimo próśb i łez, odebrano go jej i nie pozwolono nawet ucałować, a ten pocałunek był pierwszym.
Po tylu i tak bolesnych przejściach znaleźć tę ogromną radość, było nadmiarem szczęścia.
Pani Fauvel usiadła na krześle, i zatopiona w cichej ekstazie, wpatrywała się chciwie w Raula klęczącego u jej nóg.
Jakżeż wydawał jej się pięknym ten opuszczony! Miał tę promienna piękność dzieci miłości, których fizjognomja zachowuje niejako odbłysk pierwszych chwil uczucia.
Odgarnęła ręką jego piękne na czoło spływające włosy, podziwiała białe i czyste skronie jak u dziewicy, jego wielkie drżące oczy, żądną była jego ust rumianych.
— O matko! — mówił, — nie wiem co mi się zrobiło, gdy się dowiedziałem, że stryj mój chciał ci grozić. On, groził tobie!... Bo to widzisz, droga matko, serce moje dzieli się na dwoje, między ciebie i tego szlachetnego Gastona de Clameran, mojego ojca. Oh! on, kiedy mówił swemu bratu, aby udał się do ciebie, już wtedy nie miał całej przytomności. Ja ciebie znałem i to oddawna. Często mój ojciec i ja chodziliśmy około twego pałacu, i gdyśmy cię zobaczyli, wracaliśmy szczęśliwi. Gdy przechodziłaś, ojciec mówił mi: — Patrz, Raulu, to twoja matka! Widzieć cię, było naszą radością. Kiedyśmy się dowiedzieli, że miałaś być na jakiej zabawie, czekaliśmy cię u bramy, aby widzieć jak jesteś piękną i strojną. Ileż to razy, zimą, wyścigałem się razem z końmi twego powozu, aby cię dłużej podziwiać.
Łzy najsłodsze, jakie kiedykolwiek wylała w życiu, zalewały oblicze pani Fauvel.
Drżący głos Raula śpiewał do jej uszu niebiańskie melodje.
Głos ten przypominał jej Gastona, wracał jej świeże, roskoszne uczucia młodości. Zdawało jej się, że od owego czasu aż do chwili obecnej, nie zaszło nic. Porwana odmętem czułości, zapomniała o Andrzeju, obu synach, Magdalenie, wszystkich.
Raul zaś mówił dalej:
— Wczoraj dopiero dowiedziałem się, że stryj mój chodził do ciebie, matko, żądać kilku okruszyn twego bogactwa. Na co? ja jestem biednym, ale bieda mnie nie przeraza, znam ją. Mam ręce i rozum, a z tem żyć można. Ty jesteś bardzo bogatą, powiadają. Co mnie to obchodzi? Zachowaj całą swą fortunę, matko ukochana, ale daj mi tylko trochę swego serca. Pozwól mi cię kochać. Przyrzeknij mi, że ten pierwszy pocałunek nie będzie ostatnim. Nikt o niczem wiedzieć nie będzie, nie obawiaj się, będę umiał ukryć moje szczęście.
I mogłaż się pani Fauvel obawiać tego syna? Ah, jakżeż wyrzucała sobie trwogę swoją! Jakżeż wyrzucała sobie, że nie prędzej naprzeciw niemu wybiegła?...
Rozpytywała go, chciała poznać jego życie, dowiedzieć się jak żył, co robił. Nie miał co przed nią ukrywać, wiec mówił; życie jego było takie, jak każdego dziecka ubogiego.
Wieśniaczka, której był powierzony, zawsze mu okazywała pewną czułość. Nawet widząc w nim dobrą minę i otwartą głowę, z chęcią kazała go uczyć i dała mu wykształcenie wyższe nad jej fundusze i nad jego położenie towarzyskie.
W szesnastu latach umieszczono go u bankiera, gdzie usilną pracą zaczął już zarabiać na życie, gdy raz przyszedł tam jakiś człowiek i powiedział mu: „Jestem twoim ojcem“ i uprowadził go z sobą.
Odtąd nic nie brakowało do jego szczęścia, tylko miłości macierzyńskiej. Raz tylko cierpiał w swem życiu, to jest w dniu, gdy Gaston de Clameran, ojciec jego, umarł na jego rękach.
— Ale teraz, — mówił, — wszystko zapomniane, wszystko. Czyż ja byłem nieszczęśliwy? Nic nie wiem, kiedy cię widzę, kiedy cię kocham, matko najdroższa!
Czas mijał, a pani Fauvel zapomniała o tem. Szczęściem, że Raul czuwał.
— Siódma godzina! — zawołał nagle.
Wykrzyknik ten zwrócił panią Fauvel do rzeczywistości.
Siódma godzina!.. Tak długa jej nieobecność może zwrócić uwagę.
— Czy zobaczę cię jeszcze, matko? — zapytał Raul w chwili pożegnania.
— O tak! tak! — odpowiedziała z akcentem szalonej czułości. — Tak często, co dzień, jutro...
Pierwszy to raz dopiero od zamążpójścia pani Fauvel postrzegła, że nie jest zupełną panią swoich czynności. Nigdy aż do tej chwili nie miała sposobności pragnąć swobody nieograniczonej.
Ona duszę swoją zostawiała w tym pokoiku, gdzie znalazła syna. I musiała go opuścić, i była skazaną na tę nieznośną mękę układania twarzy, ukrywania tego wielkiego wypadku, który wywracał jej życie.
Z trudnością znalazłszy fiakra z powrotem, przybyła na ulicę Provence dopiero o wpół do ósmej, a w domu czekano na nią z objadem.
Pan Fauvel żartował z niej z powodu tego opóźnienia; wydał się jej pospolitym. Namiętność nowa tak ją jakoś przeistoczyła, że mąż zdał się jej nawet śmiesznym za to, że ufał jej bez granic.
To też ona, zazwyczaj taka bojaźliwa i uległa, odpowiadała na jego żarciki niezamąconym spokojem, bez pomięszania, prawie bez wysilenia.
Jej uczucie przy Raulu było tak upajające, że w upojeniu swem niezdolną była niczego pożądać, o niczem nie marzyć, tylko o wznowieniu tych roskosznych wrażeń.
Znikła poświęcona małżonka, matka rodziny niezrównana. Zaledwie zatrzymała się myślą na swoich dwóch synach. Ci zawsze byli szczęśliwi i kochani, mieli ojca, byli bogaci, gdy tymczasem tamten, tamten!... Jakąż winna mu ona za to nagrodę!
Jeszcze trochę, a w zaślepieniu byłaby wszystkich swoich uczyniła odpowiedzialnymi za niedolę Raula.
I ani jednej zgryzoty, żadnego wyrzutu sumienia, żadnej obawy wypadków... Szaleństwo jej było zupełne. Przyszłością jej było jutro, wiecznością te szesnaście godzin, które oddzielały ją od nowego widzenia się. Śmierć Gastona wydała się jej rozgrzeszeniem tego co było i jest.
Ale żałowała że poszła za mąż. Gdyby była wolną, poświęciłaby się całkiem Raulowi. Była bogatą, ale byłaby szczęśliwą, gdyby mogła oddać cały swój przepych za biedę z Raulem.
Ani mąż, ani synowie nigdyby nie odgadli myśli, jakie wrzały w niej, z tej strony była spokojną, ale obawiała się siostrzenicy.
Zdawało się jej, że gdy wróciła, Magdalena spoglądała na nią szczególnym wzrokiem. Czyżby się czego domyślała? Od kilku dni zadawala jej dziwna pytania. Trzeba się było mieć przed nią na baczności.
Niepokój ten zmienił w rodzaj nienawiści to uczucie, jakie pani Fauvel miała dla swej przybranej córki.
Ona, tak dobra i kochająca, zaczęła żałować, że ją wzięła do siebie, że tym sposobem oddała się jednemu z tych czujnych dostrzegamy, przed którymi nic nie uchodzi. Jak tu uwolnić się, i — myślała, — od tej czułej troskliwości, od taj przenikliwości młodej dziewicy, która nawykła śledzić na jej twarzy najbardziej nawet przelotnych wzruszeń?
Z niewymowną radością znalazła na to środek pod ręką.
Od dwóch blisko lat była mowa o małżeństwie między Magdaleną a kasjerem domu, Prosperem Bertomy, protegowanym przez bankiera. Pani Fauvel powiedziała sobie, że trzeba zająć się tem małżeństwem i przyspieszyć je czemprędzej.
Magdalena jak pójdzie za mąż, zamieszka z mężem i pozwoli jej swobodnie używać swego czasu.
Tegoż jeszcze wieczoru sama ośmieliła się mówić o Prosperze, i z obłudą, do której przed kilką dniami zdolną nie była, wydarła ostatnie słowo Magdaleny.
— Aha! czy tak, tajemnicza panienko, — mówiła wesoło, — więc pozwalałaś sobie wybierać między konkurentami bez mego pozwolenia?
— Ależ, dobra ciociu, zdaje mi się...
— Co? że powinnam była zgadnąć?
Przybrała minę poważną i dodała:
— Skoro tak, pozostaje tylko otrzymać przyzwolenie pana Prospera. Czy je da?
— On, ciociu?... Ah!
— Aha! doprawdy, wiesz już o tem panienko?...
Pomięszana, zestraszona, zarumieniona Magdalena schyliła głowę, pani Fauvel przyciągnęła ją ku sobie:
— Kochane dziecię, — mówiła najczulszym głosem, — czego się obawiasz? Czyż nie domyśliłaś się, ty taka przenikliwa, że oddawna twój sekret jest naszym? Czyż Prosper byłby przyjmowany w domu naszym, tak jakby należał do rodziny, gdyby z góry nie był upatrzonym przez twego wuja i przezemnie?
Może dla ukrycia nieco swej radości, Magdalena rzuciła się na szyję ciotki, szepcąc:
— Dziękuję, oh, dziękuję! jesteś tak dobrą ciociu, kochasz mnie?...
Ze swej strony pani Fauvel mówiła sobie:
— Muszę natychmiast namówić Andrzeja, by ośmielił Prospera; przed dwoma miesiącami można ich zaprowadzić do ślubu.
Nieszczęściem uniesiona prądem uczucia, które nie dozwalało jej minuty wytchnienia, odłożyła ten projekt.
Przepędzając w hotelu Louvre przy Raulu cześć dnia, nie przestawała myśleć o sposobach przygotowania mu pozycji i zapewnienia niepodległego stanowiska.
Nie śmiała jeszcze nic mu o tem mówić.
W miarę jak go lepiej poznawała, jak więcej się przed nią wynurzał, odkrywała w nim całą dumę szlachetną ojca, i taką drażliwość, że obawiała się, by nie odmówił.
Serjo pytała się sama siebie, czy godzi się przyjąć od niej cokolwiek?
Gdy tak bila się z myślami, margrabia Ludwik de Clameran przybył jej w pomoc.
Widywała go często od owego dnia, w którym tak ją przestraszył, i po pierwotnym wstręcie nastąpiła sekretna sympatja. Polubiła go za tę przyjaźń, jaką okazywał synowi.
Jeżeli Raul, niedbały jak zwyczajnie we dwudziestu leciech drwił sobie z przyszłości, za to Ludwik, ów mąż doświadczony, zdawał się żywo zajęty losem synowca.
Dla tego też raz, po kilku uwagach ogólnych, potrącił o tę ważną kwestję.
— Życie takie, jakie prowadzi mój piękny synowiec, — zaczął, — jest zapewne bardzo powabne; tylko czy nie byłoby rozsądnie z jego strony zapewnić sobie jakie położenie w świecie? Nie ma żadnego majątku...
— Eh, kochany stryju, — przerwał Raul, — pozwól mi być szczęśliwym bez wyrzutu; cóż mi brakuje?
— W tej chwili nic, mój piękny synowcze; ale jak wyczerpiesz swoje środki i moje, a to wkrótce nastąpi, co się z tobą stanie?
— Ba! wstąpię do wojska, wszyscy Clameranowie są żołnierzami z urodzenia, a jak wybuchnie wojna...
Pani Fauvel zatrzymała go, kładąc mu lekko rękę na ustach.
— Niedobre dziecko, — mówiła tonem wyrzutu, — do wojska!... Chcesz pozbawić mnie szczęścia widzenia ciebie?
— Nie, kochana matko, nie!...
— Widzisz więc, — nalegał Ludwik, — że trzeba nas słuchać.
— I owszem, ale później. Będę pracował, będę zarabiał dużo pieniędzy!
— W jakim zawodzie?
— Ha! nie wiem, ale bądźcie spokojni, postaram się, pomyślę...
Trudno było poradzić z tym młodym zapaleńcem. Ludwik i pani Fauvel miewali z tego powodu długie rozmowy, i przyrzekli sobie nawrócić go.
Tylko trudno było obmyśleć stan, i Clameran sądził, że dobrze będzie zastanowić się, wypróbować skłonności młodzieńca. Tymczasem umówiono się, że pani Fauvel zostawi dyspozycji margrabiego wszystko, co potrzeba na wydatki Raula.
Widząc w tym bracie Gastonowym ojca dla swego dziecka, pani Fauvel przyszła na to, ze już się obejść bez niego nie mogła.
Raz wraz potrzebowała widzieć się z nim, czy to żeby się naradzić z nim co do myśli, które jej przychodziły, czy też, by dać mu mnóstwo rozmaitych zleceń.
Była też bardzo rada, gdy on poprosił ją, aby mu uczyniła zaszczyt otwartego przyjęcia w dom męża.
Nic łatwiejszego. Ona przedstawi mężowi margrabiego de Clameran, jako dawnego przyjaciela swej rodziny, i od niego już tylko zależeć będzie stać się domownikiem.
Wkrótce pani Fauvel cieszyła się rezultatami tego postanowienia...
Nie mogąc co dzień widywać Raula, nie mogąc jeśli doń pisała, odbierać jego odpowiedzi, miała o nim przynajmniej wiadomości przez Ludwika.
Wiadomości nie zawsze były dobre, i nie upłynął miesiąc od czasu poznania się z Raulem, a już Clameran oświadczył pani Fauvel, że Raul zaczyna go na serjo niepokoić.
Margrabia wyrażał się tonem, który dreszczem przejmuje serce macierzyńskie, ale zawsze z pewnem zakłopotaniem jak człowiek, który dla spełnienia obowiązku, przemaga swe wstręty.
— I cóż takiego? — zapytała pani Fauvel.
— To, że ja w tym młodzieńcu, — rzekł Ludwik, — odnajduję pychę i namiętności Clameranów. To natura, której nic nie powstrzyma wybuchów, którą przeszkody podniecają, przedstawienia gniewają; i nie widzę żadnej tamy, którąby przeciwstawić można jego gwałtownościom.
— Wielki Boże! cóż takiego uczynił?
— Nic tak bardzo nagannego, nic czegoby naprawić nie można, zapewne, ale przyszłość jego mnie przestrasza. On nie wie nic jeszcze o pani łaskach dla niego, mniema, że czerpie z mojej kieszeni, a widzę w nim hojność miljonera.
Pani Fauvel nie byłaby matką, gdyby nie umiała stanąć po stronie Raula.
— Może pan jesteś trochę za surowy? — rzekła. — Biedny chłopiec! On tyle cierpiał. Dotąd znał tylko prywacje, szczęście go upaja. Rzuca się na przyjemnostki, jak zgłodniały na dobrą strawę. Czyż w tem co dziwnego? Prędko wróci do rozsądku, on ma dobre serce...
„On był tak nieszczęśliwym!“ Tem słowem pani Fauvel tłumaczyła Raula. To słowo powtarzała nieustannie panu Clameranowi, ilekroć ten skarżył się na swego synowca.
A on zacząwszy raz, nic ustawał się skarżyć.
— Nic go nie powstrzymuje, — jęczał, — ledwie mu jakie szaleństwo przeszło przez głowę, już go dokonał...
Ale pani Fauvel nie widziała w tem żadnego powodu, by gniewać się na syna.
— Nie zapominajmy o tem, — mówiła, — że od dzieciństwa pozostawiony był instynktom własnym. Nie miał biedny matki zchylonej nad kołyską, któraby rzuciła do jego duszy ziarno dobrych myśli, szlachetnych popędów. Silny głos ojca nie sprostował nigdy zboczeń jego młodej imaginacji.
— Można go wytłumaczyć wprawdzie, ale z tem wszystkiem musi się zmienić. Czyż pani nie mogłabyś z nim na serjo pomówić, wymódz na nim jakie przyrzeczenie?
Obiecała, ale nie dotrzymała obietnicy. Tak mało czasu miała do poświęcenia Rautowi, że zdawało jej się okropnem zużywać go na próżne łajania. Przychodząc czasem z mocnem postanowieniem spełnienia rady margrabiego, nie czuła do tego mocy, gdy zobaczyła Raula: jego wzrok topił jej najstalsze zamiary; przemówił, na głos jego rozpierzchały się najczarniejsze troski.
Ale Clameran, jak twierdził, miał stałe zasady, które nie cierpią żadnej transakcji.
Gaston umarł, pozostawiając mu obowiązek czuwania nad Raulem; on się przeto poczytywał za strażnika jego duszy.
Dla tego też widząc, że jego usiłowania nie mogą zatrzymać nieroztropnego chłopca na niebezpiecznej pochyłości, wezwał panią Fauvel, aby użyła swego wpływu. Ona dla przyszłości swego dziecka powinna głębiej wniknąć w jego życie, widzieć go co dzień.
— Niestety! — odpowiedziała biedna kobieta, — byłoby to mojem najdroższem życzeniem. Ale jak zrobić? Mam-że prawo gubić się? Wszak mam inne dzieci, którym winnam ze czci mojej rachuek.
Odpowiedź ta zdała się zadziwiać margrabiego Clamerana. Przed piętnastu dniami pani Fauvel nie byłaby mówiła o swoich synach.
— Pomyślę, — rzekł Ludwik, — może za przyszłem widzeniem się będę miał honor przedstawić pani jaką kombinację, która pogodzi wszystko.
Uwagi tak doświadczonego męża nie mogły być daremne.
Zdawał się bardzo pewnym siebie, gdy przybył w następny czwartek.
— Szukałem. — zaczął, i znalazłem.
— A co?
— Środek uratowania Raula.
Wytłumaczył się. Ponieważ pani Fauvel nie mogła bez obudzenia podejrzeń mężowskich widywać codziennie Raula w jego mieszkaniu, przeto powinna by mu otworzyć wstęp do swego domu.
Ta propozycja zgrozą przejęła kobietę, która była istotnie bardzo nieroztropną, nawet bardzo winną, ale mimo to była wielce uczciwa.
— To niepodobna! — zawołała, — byłoby to ohydnie, nikczemnie...
— Tak, — odparł margrabia zamyślając się, — ale to byłoby ratunkiem dla chłopca.
Ale na ten raz umiała się oprzeć. Opierała się z całą gwałtownością oburzenia, z energją zdolną odstręczyć człowieka mniej silnej woli, jak margrabia de Clameran.
— Nie, — powtarzała, — nie... na to się nigdy nie zgodzę!
Nieszczęśliwa! Kiedy kto raz zejdzie z prawej drogi, czyż wie w jakie błota i kałuże wstępować mu przyjdzie?
Powiedziała nigdy! z całej głębi duszy, a w końcu tygodnia przyszło do tego, że nie tylko nie odrzucała rozpaczliwie tego projektu, ale przemyśliwała nad środkami przywiedzenia go do skutku.
Owoż do czego ją doprowadziło przemądre postępowanie. Zgnębiona, napastowana, daremnie wiła się między nagabaniami słodko-groźnemi Clamerana, a pieszczotliwemi prośbami Raula.
— Ale jak? — pytała, — pod jakim pretekstem przyjmować Raula?
— Byłaby to rzecz bardzo prosta, — odpowiedział Clameran, — gdyby chodziło o to, aby go przyjmować jak obcego... Wszak i ja mam zaszczyt bywać w pani salonie... Ale dla Raula trzeba coś lepszego.
Nareszcie długo umordowawszy panią Fauvel, znękawszy jej wolę i rozum nieustannemi alternatywami groźby i czułości, odkrył przecie swój stanowczy projekt.
— Mamy nareszcie, — rzekł, — rozwiązanie zagadnienia, jest-to prawdziwa inspiracja.
Zmiarkowała po jego akcencie, że wykaże głąb swojej myśli, i słuchała go z tą żałosną rezygnacją skazanego, który słucha wyroku.
— Wszak pani masz, — mówił dalej Ludwik, — w Saint-Rémy jakąś krewną staruszkę, wdowę, która ma tylko dwie córki?
— Tak, panią de Lagors.
— Właśnie. Jakie jest jej położenie majątkowe?
— Ona jest ubogą, bardzo ubogą.
— Właśnie, i gdyby nie pomoc, jaką pani udzielasz jej potajemnie, wyszłaby na żebraninę.
Pani Fauvel nie mogła się wydziwić, zkąd Ludwik tak wiem o wszystkiem.
— Jakto, — szepnęła, — pan wiesz o tem?
— Tak, pani, i o tem, i o wielu innych rzeczach. Wiem naprzykład, że mąż nie zna nikogo z rodziny pani, i że zaledwie domyśla się istnienia krewnej de Lagors. Czy zaczynasz pani pojmować mój plan?
Ona przewidywała go i pytała w duszy, jak się temu oprzeć.
— Owoż, — mówił dalej Ludwik, — co ja umyśliłem. Jutro albo pojutrze odbiorze pani list z Saint-Rémy, od krewnej, zawiadamiający panią, że wysyła syna do Paryża i prosi panią, abyś miała na niego oko. Oczywiście pokażesz pani ten list mężowi, a on w kilka dni potem, przyjmie z całą uprzejmością siostrzeńca swego Raula de Lagors, który jest przystojnym chłopcem, bogatym, dowcipnym, miłym, który uczyni wszystko, by mu się podobać.
— Nigdy! panie, — zawołała pani Fauvel, — nigdy krewna moja, która jest uczciwą kobietą, nie poda ręki do oburzającej komedji.
Margrabia uśmiechnął się z próżnością.
— Czyż ja pani powiedziałem, — zapytał, — że tę krewnę przypuścimy do tajemnicy?
— A jakżeż inaczej?
— O, zgoła nie. List, który pani otrzymasz i okażesz, będzie; przezemnie podyktowany pierwszej lepszej kobiecie, i wrzucony na pocztę w Saint-Rémy przez osobę poufną. Jeżelim pani wspomniał o zobowiązaniach, jakie krewna ma dla pani, to dla tego tylko, żeby pokazać, iż na wszelki wypadek my mamy ją w ręku. Czy pani jeszcze dostrzega jaką przeszkodę?
Pani Fauvel powstała przejęta oburzeniem.
— Jest jeszcze wela moja, — zawołała, — której pan nie uwzględniasz.
— Przepraszam, — rzekł margrabia z szyderczą grzecznością, — jestem pewny, że pani da się przekonać moim argumentom.
— Ależ pan mi proponujesz zbrodnię, mój panie, zbrodnie ohydną.
Clameran także powstał. Wszystkie złe namiętności wprowadzone w grę, nadawały fizjognomji jego wyraz przerażający.
— Widzę, — rzekł z powstrzymywaną gwałtownością, — że się nie rozumiemy. Nim pani mówić będziesz o zbrodni, przypomnij sobie przeszłość. Byłaś mniej lękliwą, gdy będąc jeszcze panną, wzięłaś sobie kochanka. Prawda, żeś go się wyparła, że nie chciałaś iść za nim, kiedy on dla ciebie zabił dwóch ludzi i naraził się na rusztowanie. Nie powodowałaś się temi lichemi przesądami, kiedy potajemnie wydawszy na świat syna w Londynie, opuściłaś go. Trzeba pani oddać tę sprawiedliwość, że o tem dziecku zapomniałaś zupełnie, i że posiadając miljony, nawet nie zapytałaś się, czy ono ma kawałek chleba. Gdzież więc były skrupuły pani, gdy zaślubiłaś pana Fauvela? Czy powiedziałaś temu zacnemu człowiekowi, na jakiem czole spoczął wieniec pomarańczowy? Oto są zbrodnie... A teraz, kiedy ja w imię Gastona upominam panią o nagrodzenie krzywdy, pani powstajesz na mnie? Zapóźno! Zgubiłaś ojca, musisz ocalić syna, albo, na mój honor, nie będziesz dłużej kraść szacunku świata!
— Będę posłuszną, panie, — odpowiedziała nieszczęsna kobieta, zwyciężona, zdeptana.
I w tydzień potem rzeczywiście Raul, zostawszy Raulem de Lagors, był na objedzie u bankiera, siedząc między panią Fauvel a Magdaleną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.